Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.
Traf spotkania.

Dziesiątego lipca, 1888 roku, młody człowiek wyglądający na 24 najwyżej 25 lat, wysiadł z pociągu w Chambery, dążąc do przystani Pontcharra posiadającej szczególniejszy urok dla zwiedzających Auvergnes lub Sabaudyję, te dwie ostre okolice, na nierównym i wulkanicznym grancie.
Pontcharra przecież jest przeważnie sabaudzką, znajduje się bowiem na granicy Sabaudyi i Dauphine. Nie wapominalibyśmy o tem miasteczku, gdyby się było nie szczyciło urodzeniem sławnego Bayarda, wspomnienie o którem przyśpiesza bicie serca starszych Francuzów.
Bayard był dzieckiem Pontcharra.
Szczątki jego skromnego szlacheckiego domku, górują nad urodzajna płaszczyzną, pomiędzy burzliwemi rzeczkami, zamieniającemi się dy w potoki, zwanemi Isere i Breda. Dwie wieżyce przetrwały budynek domku, a ze szczytów ich odsłania się wyjątkowo przepyszny krajobraz.
Zieleniejące doliny oblane szumiąemi potokami, lasy jodłowe, płaszczyzny pokryta złotem żniwem, gęste gaje lip stuletnich i kasztanów, starych jak Francyja, wzgórza i góry, mieszaniny piasku z pozostałościami roślin, lodowców i cyplów śnieżnych.
Wszystko tam znajduje się.
Lecz nie w tem rzecz naszego opowiadania.
Młody człowiek, wysiadający z pociągu nie zdaje się, aby był bardzo bogatym, oddał bowiem przy wyjściu, urzędnikowi odbierającemu bilety, bilet trzeciej klasy. O w pół do trzeciej po południa, słońce lekko zasłonięte płatami nieruchomych chmur, czyli raczej mgły panującej tak nadawało wspaniałemu, odkrywającemu się krajobrazowi widok niezamąconego spokoju. Podróżny rzucił wzrokiem zadowolenia w około siebie a doszedłszy na koniec placu, ciągnącego się przed koleją, wszedł śmiało do zajazdu, zbudowanego w kształcie szaletu.
Tęga, młoda i przyjemnej powierzchowności dziewczyna, pomimo rudych włosów, z twarzą okraszoną zdrowym rumieńcem, przyjęła nieznajomego z wyrazem niezwykłego ożywienia, jakby wyrażającm.
— Bodajto! Toż to piękny chłopiec!
A podtrzymując fartuszek wątpliwej białości rzekła.
— Czem panu służyć?
— Kawy, moja mała.
— Z koniakiem?
— Nie, czystej kawy.
— Dobrze.
Ubranie naszego bohatera nie było wyszukanem. Silną ręką kołysał na palcach sak z nieprzemakalnej materyi, używany zwykle przez pieszych amatorów wycieczek w góry, a złożywszy go na marmurowym stole, usiadł na tabureciku, oczekując zamówionej filiżanki kawy.
Kij czyli laskę, z zakończeniem stalowem, postawił koło siebie, kapelusz, czarny filcowy, przepasany czarną wstążką, umieścił na saku, a założywszy na krzyż nogi, obute w skórzane kamasze, opuścił niedbale głową na lewą rękę, opierając prawą łokciem na stole, poprowadził łagodnemi i ciemnemi jak aksamit oczyma naokoło sali, gdzie się znajdował.
Nic nie zwróciło jego baczniejszej uwagi.
Powiedzieliśmy że widocznie niebył bogatym lub też podróżował bez wystawy.
Kostyjum, skrajany podług mody turystów, składa się się z flanelowej koszuli, obcisłego kaftana z czarnej wełny i takichże pantalonów.
Największy wykwint stanowiła jego własna osoba.
Zdumienie służącej z szaletu było usprawiedliwionem, markiza nawet jaka doznałaby równegoż uczucia, z większą tylko wrażliwością.
Gęste czarne włosy okalały czoło matowej białości. Oczy zdawały się mówić, pod łukami prześlicznych brwi. Delikatne rysy nacechowane niezwykłą łagodnością, a zarazem uderzającą melancholiją.
Usta mocno czerwone, osłonione jedwabistym wąsem.
Wzrostu więcej niż średniego; szyja pomiędzy szerokiemi i barczystemi ramionami, oznaczającemi wyjątkową siłę.
Lecz co najwięcej zniewalało ku niemu, to wyraz tkliwego smutku, jakby tłumionego żalu, nadający szczególny i pociągający wdzięk, jego młodej, muszkieterskiej i awanturniczej fizyjognomii.
Po kim odziedziczył podobną tkliwość?
Jaki ciężar smutku mógł obarczać tę duszę, pełną nadziei, dla której wszystko zapowiadało przyszłość, a nic nie mogło należeć do przeszłości.
Służąca przyniosła podany posiłek.
— Może pan życzy czego więcej? — zapytała, stanąwszy jak wryta przed swym nowym gościem.
— Nic więcej, dziękuję.
— Czy pan dłużej pozostanie w Pontcharra?
Podróżny uśmiechnął się.
— Cóżbym tu robił? moja panienko.
— To co robią inni przejezdni podróżni. Zobaczyłby pan okolicę. Jest bardzo malowniczą.
— Widzę ja dobrze.
— Zwiedziłby pan zamek Bayarda...
— Czy to tam, ten wysoki szczyt tej wieży?
— Tak, panie. Nie powinien pan wyjeżdżać, nie zobaczywszy go. Niechaj pan pozostanie chociaż do jutra, będzie pana tutaj wygodnie.
Tęga dziewczyna ponowiła zaproszenie minką ujmującą.
— Niestety — odrzekł młody człowiek — plany moje nie pozwalają na to...
— Pan jedzie?
— Do Allavard.
— Po co?
— Jadę tam, tak, jak pojechałbym gdzieindziej... tak sobie... dla rozmaitości...
— Ale pan nie chory?
— Dzięki Bogu, zdrów jestem.
— Widać to! — powiedziała dziewczyna, mizdrząc się. — Do Allevard jeżdżą tylko suchotnicy, skazani przez doktorów, sądząc, że się wyleczą, pijąc wody. Zobaczy ich tam pan masami.
— Wiesz, mała... to wiara uzdrawia...
— Niezabawne towarzystwo pan pozna. Usłyszy pan kasłanie... stękanie... głosy ochryple...
— Brr! trwożysz mnie... Wszyscy ci chorzy przestraszają mię... doktorzy także...
— A może pan sam jest doktorem?
— Do połowy.
— To dziwne... nie wygląda pan na doktora.
— Jestem jeszcze uczniem.
W tejże chwili skończył dopijać swej filiżanki kawy, a podniósłszy się, rzucił 20 sou na stolik.
— Należy się tylko pięć — odrzekła młoda dziewczyna.
— Schowaj resztę i dopomóż mi do zabrania pakunku.
Ruda dziewczyna oddała mu z prawdziwą przyjemnością przysługę, jakiej żądał.
— Pan tak jak żołnierz — rzekła.
— Znam służbę... byłem ochotnikiem.
Przypasał paski na ramiona, nałożył kapelusz na lśniące, przepysznej czarności włosy, a szykując się już do wyjścia, ujął pod podbródek służącą, mówiąc z galanteryją:
— Wierzaj mała, że mi przykro rozstawać się z tobą tak prędko.
— Może pan powróci?
— Kto to wie?
— Można się spodziewać?... z powrotem...
Wyszedł.
Służąca z widocznym żalem śledziła wzrokiem za pięknym chłopcem, który też się odwrócił, zapytując:
— Proszę cię, jaka jest najkrótsza droga do Allevard?
— Prosto gościńcem. Gdyby pan znał okolice, to najbliższa droga była by przez Crozet i Brame-Farine, lecz mógłby pan zabłądzić... Najlepiej, niechaj pan idzie prosto drogą.
— Dziękuję ci.
Odwrócił się raz jeszcze dla przesłania przyjaznego ukłonu tęgiej dziewczynie, poczem znikł między pierwszemi domkami z Pontcharra.
Służąca powróciła do zajazdu z wyrazem niezadowolenia i głębokiem westchnieniem.
Zbliżali się też nowi goście.
Trzy panie, poprzedzone przez faktora, zatrzymały się przed szaletem.
Jedna z nich, może lat 50, ubrana skromnie, zdawała się przewodniczyć młodej, wątlej i szczupłej panience, wycieńczonej cierpieniem, anemicznej, z wypiekami na buzi, o blond włosach.
Młoda ta dziewczyna, nie mająca więcej nad lat osiemnaście, idąc koło swej guwernantki, zakrywała usta chusteczką batystowa, aby nie dopuścić za gwałtownie powietrza górskiego, mogącego jej na razie zaszkodzić.
Ubrana elegancko, w sukni niebieskiej w jaśniejsze kraty, artystycznie przybranej drogiemi koronkami, kapelusik słomiany z szerokiem rondem, parasolka dopasowana do sukni, podnosiła piękność i szyk toalety.
Piękna! nie, lecz powabna! przy tem wielka słodycz w jej chorobliwych rysach i rzadki wyraz dobroci w całej jej postaci, mimowolnie pociągały ku niej.
Trzecia kobieta, w pełni swej dojrzałości, widocznie była garderobianą. Trzydzieści kilka do czterdziesta lat, świeża i dobrze zakonserwowana, postawa zręczna, o wyrazie twarzy szczerym i przychylnym, cechującej niejako wielkie przywiązanie do swej młodej pani.
Trzy podróżne wysiadły z tegoż samego pociągu co i młody człowiek, niknący w labiryncie wąskich uliczek Pontcharra.
Młoda panna zdała się należeć do innego towarzystwa, może nie lepszego, lecz o wiele bogatszego.
Nie ulegało nawet najmniejszej wątpliwości, że ta, którą bierzemy za guwernantkę, weszła do zajazdu, lecz natychmiast cofnęła się.
Pomimo słońca wdzierającego się promieniami przez okno i drzwi szeroko roztwarte, pomimo świeżego powietrza przewiewającego zaduchy karczmy, dama szybko zawróciła się.
Zielona ławeczka z pokryciem dzikiego wina i powoju, umieszczona przed szaletem zdała się mile zapraszać nowoprzybyłe do chwilowego wypoczynku.
— Usiądź tutaj, rzekła do młodej dziewczyny i nie wchodź do tej knajpy, moje dziecko. Co za zaduch!
A zwracając się do panny służącej, powiedziała:
— Ty, Zuzanno, idź i dowiedz się, czy możemy dostać dwie szklanki zimnej wody i cukru.
Nie potrzebujemy nic więcej... Mam z sobą krople pomarańczowa.
A wydobywszy z małego safijnowego woreczka flakon kryształowy, opleciony złotym sznureczkiem, odkorkowała go.
— Są bardzo dobre powiedziała, dolawszy kilka kropel do wody, czynią ją bardzo smaczną. Udając się w drogę należy się zawsze w nie zaopatrzyć. W tej norze, nie znajdziemy nic odpowiedniego dla siebie.
— Po co nas tutaj przysyłają? zapytało młode dziewczę.
— Aby się rozerwać, a potem...
Zawahała się po raz drugi.
— Bo doktor Chambey znajduje mnie ciężko chorą, nieprawdaż? dokończyła panna. Guwernantka zaprzeczyła żywo.
— Bardzo chorą, nie... gdyby tak było, nie wysłanoby cię ze mną, lecz z matką...
— Cierpiącą trochę... Zmęczoną... Zanadtoś się bawiła podczas zimy... Wieczór uczty, nocami bale, tak... Wypoczniesz trochę a przyjdziesz do siebie.
— Do Allevard! dodała młoda panienka z goryczą, połączoną ze złośliwością... Czytała pani przewodnik?
— Ale...
— Ja studjowałam go starannie... Kiedy doktorzy wysyłają chorego do Mont-Dore lub Allevard, uważają go za nieuleczalnego!
— Co za szaleństwo!
— Niechaj pani sama przeczyta! Wydobyła książkę informacyjną wręczając ją guwernantce, lecz ta odepchnęła ją z oburzeniem.
— Gdybym przypuściła, że ci przyjdą podobne myśli, byłabym najpierwszym pociągiem zawróciła do Paryża.
— No, dajże pokój gniewowi! moja kochana Bernard. Trzeba być posłuszną woli ojca, matki i doktorom którzy to nakazują. Zobaczysz z jaką uległością wypełnię kuracyję przepisaną. Przysięgam ci, że będziesz ze mnie zadowolona. Okolica jest prześliczna, będziemy robić wycieczki... Chyba spacery nie są nam zabronione...
— Przeciwnie.
Garderobiana powróciła, niosąc na tacy dwie szklanki wody, a podając jedną panience, do której guwernantka dolała kropli pomarańczowych, rzekła:
— Gdzież ten powóz, na który czekamy. Kiedyż wreszcie przybędziemy na miejsce.
— Mamy jeszcze czas — odpowiedziała dziewczyna wesoło. — Trzynaście kilometrów. Prędko je przejedziemy.
— Trzynaście kilometrów! Zkądże wiesz o tem?
— Z przewodnika.
— Ach! zapomniałam. Ale wiedz o tem, że droga jest szkaradną, pagórki, parowy, jak mówił faktor nie powracający dotąd.
— To lepiej, podróż nasza będzie urozmaiconą.
Istotnie, droga była malownicza, lecz bardzo nierówna.
Z Pontcharra do Allevard wjeżdża się w najpiękniejszą okolicę Alp z Dauphiné.
Nasz młody turysta, już od dwóch godzin zachwycał się cudami, zmieniającemi się co chwila. Szedł nie spiesząc się, zatrzymując się na miejscach, pod któremi rozwijała się gromada gór, z ruinami starych zamczysk, zatopionych w zieloności wielkich drzew, u stóp których widniały urwiste wąwozy, głębokie doliny z bystremi potokami i kaskadami, pokrytemi białą pianą. Schodząc z pochyłości słynnego pagórka, oddzielającego doliny Graisivada i Allevard, noszącą szczególną nazwę Brame-Farine, czyli ryk dzikich zwierząt lub utyskiwanie nędzy, — usiadł na spadzie urwiska, przy zakręcie drogi, zagrodzonej parapetem wyżłobionym przez naturę w skale, gdy nagle usłyszał dziwny hałas.
Odwrócił się w stronę, zkąd krzyk dochodził.
Był to odgłos dzwonków, wstrząsanych przez konie, idące truchtem w zaprzęgu, połączony z turkotem źle okutego powozu, klątwą mężczyzny i piskiem kobiet.
Młody człowiek stanął na pochyłości, lecz nic nie mógł dostrzedz.
Droga tworząca zakrzywienie, zasłonięta do tego wielkiemi, pochylonemi drzewami, zakrywała widok przynajmniej na sto kroków.
Nareszcie wytoczył się pojazd, powożony przez młodego, niedoświadczonego gbura, popędzającego konie ile mu sił starczyło; obok zaś niego stojące dwie kobiety, trzymając się jego ubrania, kłóciły się zajadle, starając się zatrzymać woźnicę.
Młoda dziewczyna będąca w głębi karety, zdawała się być obojętną na to, co się wkoło niej działo.
Niebezpieczeństwo mogło stać się groźnem wobec pijanego chłopa, sypiącego przytem klątwami, obrażającemi kobiety.
O kilka metrów od miejsca na którem znajdował się nasz znajomy turysta, parapet ze skał zagradzał drogę.
Jeden zły skręt, a pojazd byłby się stoczył w przepaść.
Oczy garderobianej dostrzegły młodego człowieka i zdały się błagać pomocy.
Rzucił się do koni; pochwycił jedną ręką za uzdy, a wyrwawszy lejce woźnicy, zręcznym skrętem wyprowadził je na równą drogę, zatrzymując też jednocześnie i pojazd.
Młoda dziewczyna, lekka jak ptaszę, wyskoczyła z pojazdu, wyrażając wdzięczność młodemu człowiekowi, pod czas gdy woźnica obsypywał grubijańskiemi słowy podróżne za obawę, jakiej uległy.
Silnym rzutem ręki młodzian schwycił gbura za kark, sadowiąc go na stosie kamieni.
Chłop z Pontcharra, ujarzmiony takiem przyjęciem, chciał się pomścić, podnosząc bat na napastnika.
Młody podróżny wyrwał mu bat, a zgiąwszy go jak serso, rzucił w parów.
Nastąpiło wyjaśnienie.
Podróżne, widząc nierówność drogi, prosiły woźnicę, by zjeżdżał wolno, lecz ten nietylko że nie usłuchał swych pasażerek, ale drwiąc i szydząc, zaczął galopować na skręcenie karku. — O! nigdy już nie pojedziemy z takim gałganem — powiedziała guwernantka.
— Stara sowa! — klął chłop z Pontcharra.
— Wolałabym była przenocować w tym rowie — dodała młoda dziewczyna.
— Tchórze, jak zmokłe kury! — łajał dalej woźnica nawpół jeszcze pijany.
— Jeżeli nie przestaniesz — zawołał nieznajomy — oberwę ci uszy. Jesteś niezgrabą, ty wałkoniu.
Człowiek z Pontcharra spostrzegł, że to nie przelewki, a mając kurs z góry zapłacony, przeszedł za pojazd, poza którym znajdowała się przystawka dla przywiązywania rzeczy, odwiązał cichaczem sznury, podtrzymujące walizy, a stoczywszy ciężar na drogę, wskoczył na kozioł, mówiąc:
— Nie chcecie jechać, to zostańcie tutaj. I nie czekając odpowiedzi, podciął lejcami szkapy, zwracając się na drogę do Pontcharra.
Nieznajomy był również rzeźkim jak silnym i mógłby zatrzymać odjeżdżającego, lecz dla czego zamiast przeszkodzić, patrzał z zadowoleniem za oddalającym się.
Pozostał więc sam między trzema kobietami, zarzucającemi go podziękowaniami.
— Jakże panu dostatecznie podziękujemy za tyle grzeczności?
— Ależ niema za co, ręczę paniom.
— Jak nas pan zobowiązał dla siebie!
— Prawdziwie, zawstydzają mnie panie!
— Gdyby pan wiedział, jakeśmy się bały tego warjata!
— Taki grubijanin!
— Co za szczęście, żeśmy pana spotkały!
Guwernantka nie ustawała w podziękowaniach.
Młody człowiek napróżno starał się tłumaczyć, że to był zwykły a nie nadzwyczajny wypadek, że każdy inny byłby tak samo postąpił, a więc nie było za co dziękować.
Przecież należało się zaopiekować trzema bezbronnemi kobietami i rzeczami, mającemi być odstawionemi do Allevard, udawano się bowiem do tamtejszych kąpieli.
Młoda panienka, widocznie najgłówniejsza osoba z tej trójki kobiet, dołączyła również swoje podziękowanie:
— Istotnie, winnyśmy panu może ocalenie życia!
— O, proszę pani — rzekł skromnie — nic tak nadzwyczajnego.
Dziwny fakt stawiał te dwie istoty naprzeciw siebie, które zdawały się być stworzonemi jedna dla drugiej. On, silny, energiczny, pięknie zbudowany, dumny, jakby trochę dziki, potrzebował przywiązania, którego był pozbawiony od dzieciństwa, sam zaś, żądny opieki nad istotą słabszą, opadającą z sił, jak ta delikatna i gnąca się roślinka, potrzebująca podpory lub pnia drzewa, aby się w koło niego owinąć.
Patrzeli na siebie.
Młoda dziewczyna podniosła wzrok nieśmiało na tego człowieka, mającego stać się dla niej niezatartem wspomnieniem, a lekki rumieniec okrasił jej blado-lilijowe lica, ze słabym przebłyskiem krwi, tak pięknym niekiedy, lecz tak bolesnym dla serca matek.
Zwalczywszy pierwsze wrażenie, przybrała ton naturalnej wesołości, może więcej dla ukrycia pomięszania i ocalenia sytuacyi, aniżeli z naturalnego popędu, mówiąc wesoło:
— Toż to dopiero w przepysznem znajdujemy się położeniu. Co dalej począć?
Trzeba było dotrzeć do Allevard, znajdującego się od czterech do pięciu kilometrów.
Nie przedstawiało to wielkiej trudności, należało tylko poczekać, a niezawodnie wkrótce nadjedzie jaki dyliżans, wóz, bryczka lub inny pojazd, możebny do przewiezienia.
Nieznajomy widocznie tak samo myślał, gdyż zdawał się mieć zamiar pożegnania dam, z któremi zawarł znajomość podczas nieprzewidzianego wypadku.
Ale młoda panienka, śmiała i obyta w towarzystwie, odrzekła bez zmięszania:
— Przecież nas pan nie pozostawi same, opuszczone kobiety na drodze z walizami. Prosimy pozostać do końca naszym wybawicielem.
— Aby zasłużyć na podobne miano, potrzeba narazić się na niebezpieczeństwo...
— Jeżeli w niem nie jesteśmy w zupełności, to przynajmniej znajdujemy się w wielkim kłopocie. Pragniemy wierzyć, że się pan zechce nami zaopiekować.
Niemal w tejże samej chwili dał się słyszeć turkot kół po kamykach ścieżki, prowadzącej do lasu, a potem śpiew, rozlegający się z całego gardła, znanej wieśniaczej piosenki:

Margoton spała na łące...
W koło niej owieczki pasące.

Szczęściem, turkot wózka i szum płynącego w pobliżu potoku zagłuszył dalsze słowa.
Nieznajomy spojrzał na młodą dziewczynę.
— Aby tylko ten nowy gbur chciał być grzecznym, to on właśnie stanie się wybawcą.
Wypowiadając to, uśmiechnął się, odkrywając najpiękniejsze zęby, jakie tylko widzieć można było.
Wytoczył się też wózek, zaprzężony w dwa ładne kuce.
Na widok trzech kobiet, młodego człowieka i bagaży, powożący próżnym wózkiem zatrzymał się!
— Chcesz dobrze zarobić? zapytał podróżny wieśniaka.
— Czego państwo żądają, jestem na ich usługi.
— Przewiezienia do Allevard tych pań i ich rzeczy.
— Chętnie. A ile dadzą państwo?
— Ile żądasz?
Góralczyk patrzył za zdziwieniem.
— Dziesięć franków.
Młoda dziewczyna sięgnęła ręką do kieszeni, wydającej brzęk poruszanego złota, a dobywszy dwa luidory, podała je wieśniakowi. Za połowę, a byłby chętnie pojechał nawet do Grenoble. Podobna gratka mile bywa witaną przez góralczyka, nie mogącego zapracować sto su przez rok cały.
— A teraz, rzekła do nieznajomego, odbędziemy podróż razem. One, niechaj się sadowią jak zechcą.
— Ale... przerwała guwernantka.
— Moja kochana Bernard, jesteś zanadto zmęczoną... Usiądź na skrzyni... Zuzanna jak chce, to pójdzie z nami, a jeżeli nie, to niechaj siada na rzeczach.
Nie było czasu opierać się.
Zresztą guwernantka leniwa z natury, dbająca o swoje wygody, nie gniewała się za podobny fortel.
Panna służąca usiadła na walizach.
Młoda dziewczyna, wydawszy rozporządzenia, pociągnęła towarzysza, poznanego wskutek zaszłego przypadku, mówiąc krótko:
— Chodźmy!
Został posłusznym. Panna otworzyła parasolkę dla zasłonięcia się od słońca i udano się w drogę.
Droga prowadziła pod górę, przerzynając las jodeł i brzóz, poszczepianych w odwrotnej stronie muru poprzecznego Brame-Farine.
— Sądzę, że lepiej by było pani zatrzymać się na jaki przejeżdżający powóz... Do Allevard jeszcze kawał drogi... Zdaje mi się, że najstosowniej postąpię, gdy podążę do Allevard dla przysłania po panią.
— Nie! dodała żywo .Okolica jest piękna... Przygoda podobna zajmuje mnie... Skorzystam z przyjemności porozmawiania z panem... któryś nam oddał przysługę...
— Proszę pani, więcej o tem nie wspominać, rzekł zniecierpliwiony.
— Niechaj i tak będzie.. Wyznaję, że jestem rada pozbywszy się na chwilę tej Bernard.
— Któż to taki, ta Bernard?
— Stara panna, którąś pan widział.
— Pani nauczycielka?
— A! tak... stara gospodyni, rodzaj klucznicy w domu, coś nakształt „bonse-keeper“ kobieta do gospodarstwa u anglików „house maid“... bona rozumie pan?
— Trochę.
— Umie pan po angielsku?
— Nie bardzo dobrze, cokolwiek...
— Bernard zastępuje mi matkę w czasie podróży.
— To pani „blunderbuss“, obrona od napaści?
— Dobra nazwa. Nauczycielkę miałam angielkę. Odjechała do swego kraju, biedna dziewczyna, dotknięta chorobą.
— Jaką?
— Niewiadomo... Mówiono, że to anemija, konsumpcyja. Ja przypuszczam, że to ze zmartwienia.
— I ona?
— Umarła.
— Każdego z nas może coś podobnego spotkać. Czy była młodą?
— 24 lat... Bardzo dobra... bardzo ładna! Co za boleść, umierać w 24 roku życia, Ponah!...
Intonacyja ta, zwróciła uwagę towarzysza.
— Wszakże nie z obawy o siebie, pani o tem mówi?
— Muszę być przecież chorą, kiedy doktór Chambay...
— Kto taki?
— Doktór Chambay, z instytutu... Pewno pan słyszał o nim?
— Często nawet.
— Ah!
— Jestem uczniem medycyny.
— Na którym kursie?
— Na trzecim.
— To bardzo dobrze, bardzo dobrze, przecież medycyna to niewielka rzecz!
— Dlaczego to pani mówi?
— Bo jestem chorą, a nie leczą mnie.
— I to przyczyna?
— Pan zna doktora Chambay?
— Ze słyszenia.
— A więc! to doktór Chambay wysłał mnie na sezon kuracyjny...
— Powietrze górskie wzmocni panią.
— Nic nie wiem. Również lubiłabym i nasze... Paryż albo Burgundyja. Jestem uległa. Wysyłają mnie do Allevard... Jadę tam... każą robić inhalacyje. Będę je spełniać... punktualnie, proszę wierzyć. Każą brać tusze... nie cierpię tego, lecz będę brać chociaż mi się wydają śmieszne. Kiedy pan jesteś uczniem medycyny, musisz wierzyć w medycynę?
— A pani?
— Ja, wcale nie wierzę, nic a nic...
— To ta pani Bernard? przerwał młody człowiek, uśmiechając się...
— Stara panna. Moja opiekunka.
— A ta druga?
— Moja garderobiana, Zuzanna, bardzo dobra, słodka jak cukier. Po kuracyi przyjmą mi nową nauczycielkę, zawsze angielkę... starają się już.
— Czy to tak trudno znaleść?
— Jak pan myśli... dobrych... tak.
— Dlaczego pani nie podróżuje z matką?
— Alboż ja wiem! Zajętą jest bardzo. Świat! Interesa!...
— Czy jest w interesach... W jakich?
— Przyjęcia, objady, wieczory, intryżki... polityczne lub inne, wszystkie nowinki Paryża... Chce pan wiedzieć prawdę?
— Co takiego?
— Wyznaję szczerze, że jestem zadowoloną, wydaliwszy się na jakiś czas stamtąd. Mnie świat nudzi... drażni mnie... denerwuje... Gdyby mnie nie przymuszano po przybyciu do Allevard i pozostawiano w spokoju, w niewielkim, skromnym pokoiku, pozwolono oddychać swobodnie powietrzem, brać natryski z zimnej wody i pić wodę tylko, byłabym szczęśliwą jak królowa.., przechadzają się przytem po miejscach dzikich, jak te naprzykład... Toby mnie zmieniło. — Westchnęła głęboko.
— Oh! ten Paryż, szeptała, jak ja, go nienawidzę.
Nastąpiła cisza.
Przez kilka minut szli obok siebie przypatrując się sobie ukradkiem.
Młoda dziewczyna, ożywiona chodem, zarumieniła się, stając się zachwycającą.
Oczy jej wielkie i niebieskie, wyrażały nadzwyczajną słodycz, a w chęci wdychania czystego i świeżego powietrza, widoczną była żądza życia i zaczerpnięcia w tej ożywczej okolicy zdrowia, po które ją wysłano.
Nieznajomy, badając ją z prawdziwem zajęciem, zadawał sobie pytanie, czy to wątłe i delikatne stworzenie było istotnie skazane i czy doktorzy nie pomylili się w okrutnej przepowiedni?
— A jaki cel pana życia? zapytała, zatrzymując się zdyszana na szczycie pagórka, zkąd odkrywał się obszerny horyzont.
— Zdążam do tego, com zaczął.
— Prędko pan zostanie doktorem?
— Niedługo, lecz to dla mej przyjemności i oddania przysługi, gdy będę mógł.
— Ile pan ma lat?
— Dwadzieścia cztery.
— A ja 17. Czy pan bogaty?
— Nie. Nie dbam o majątek... Mam z czego żyć podług upodobania... bardzo skromnie.
— Czy jest pan szczęśliwy z podobnemi ideami?
— Może spoczniemy... Musi pani być zmęczoną.
— Trochę... prawda. Prędko się męczę.
Usiadła na kamieniu.
Mały wózek z dwoma kobietami i walizami, zbliżał się.
— Wkrótce nie będziemy sami, rzekła młoda dziewczyna, a chcąc się zobaczyć, należy wiedzieć przynajmniej nasze imiona. Pan się nie pyta o moje?
— Po cóż mi to? Powiedziałem pani, że nie jestem bogatym. Co możemy mieć wspólnego razem?
— Ale...
— Wypadek nas połączył... To interes chwili.
— Czy pan okrutny... czy dumny?...
— Ani jedno, ani drugie.
— Zanadto więc dyskretnym pan jesteś! Dowie się pan jednak imienia tej, którą pan ocalił — zadecydowała wesoło.
— Nie ocaliłem pani... Byłbym szczęśliwym, gdybym to uczynił.
— Nazywają mnie Teresa... Czy to imię podoba się panu?
— Bardzo. Jest to jedno z tych imion, jakie przekładam nad inne.
— Tem lepiej... Teresa de Blangy.
Siedzieli koło siebie.
Nieznajomy pobladł i wstał.
— Pani jest?...
— Teresa de Blangy! Cóż w tem tak nadzwyczajnego?
— Córka markiza?
— Tak.
— Czy ojciec pani nie nosił kiedyś innego nazwiska?
— Tak... proszę zaczekać... Valencourt... Franciszek Valencourt. Tytuł odziedziczył po wuju.
— A pan czyż mi nie powie swego nazwiska, zapytała czule, z wzruszającą gracyją i dziecinną serdecznością, zatapiając swoje łagodne spojrzenie w czarnych oczach towarzysza.
Przez chwilę słowa wymówić nie mógł. Uczuł wzburzenie gniewu. Wszystkie uczucia źle przytłumione odżyły.
Lecz gniew ten prędko przeszedł pod anielskiem wejrzeniem panny de Blangy.
— Moje nazwisko, odpowiedział z goryczą, jest tak nieznane, że pewno go pani nie zapamięta.
— Myli się pan.
Położyła rękę na serca.
— Przeciwnie, coś mi mówi, ze pozostanie wyryte na zawsze.
— Nazywam się Filip.
— Jakto Filip?
— Krótko, Filip.
— To niepodobna!
— Matka moja zakończyła bardzo nieszczęśliwie. Inne imię nadane mi było z litości... jak i trochę mienia, które posiadam.
Wskazał na zbliżający się wózek.
— Nie jest już pani samą... odpowiedział, żegnam panią.
— Pan nas opuszcza?
— Muszę.
— Już?
— Oczekują mnie.
— Sądziłam, że pan zdąża do Allevard.
— Nie teraz jeszcze?
— Ale zobaczymy się jeszcze?
— Kto to może przewidzieć.
— W kąpielach pozostanę przez sześć tygodni, pozwól mi pan mieć nadzieję, że tam przybędziesz...
Poprawił torbę na ramionach, zdjął kapelusz, a ukazując na lewo ścieżynkę, prowadzącą w wysoki las, powiedział:
— Moja droga tędy prowadzi.
— Gdzie pan idziesz?
— Tam. Wskazał na dzwonnicę, wyłaniającą się śpiczastym zakończeniem, ze złotym kogutem, pośród nędznej plantacyi sosen i krzaków rozsianych na wierzchu skały, obrosłej mchem i polną różą.
Pokłonił się damom na wózku i młodej panience.
— Czyż pan nie poda mi nawet ręki? zagadnęła Teresa.
— Z przyjemnością.
Dotknęli się palcami.
Uczuł drżenie, wstrząsające młodą dziewczyną, której twarz pokryła się żywym szkarłatem.
— Żegnam panią, wyrzekł z wysiłkiem, aby się nie poddać powabowi jaki go pociągał.
— Nie żegnam, ale do widzenia.
— Żegnam — powtórzył stanowczo.
— Nie, pan przyjedziesz!
Wskazała na domy z Allevard po dwóch brzegach potoku, oblewającego je, na jedną z najpowabniejszych dolin w okolicy i tak już przepysznej.
— Ja, odrzekła mam nadzieję i czekam pana. Skłonił się nic nie odpowiedziawszy, zagłębiając się szybko w ścieżynkę, jakby uciekał i znikł. Panna de Blangy zmieszała się, nie wiedząc, co sądzić o tak nagłem rozstaniu się.
— Jak się nazywa ta wioska? zapytała woźnicę wózka, wskazując ręką ku dzwonnicy ze złotym kogutem.
— Tam w zaroślach?
— Tak.
— To Buisson.
— Czy jest tam oberża?
— Naturalnie i do tego sławna jeszcze... La Truite...
— Jak?
— Mówię la Truite. Wszyscy ją znają.
— Czy wielu jest tam mieszkańców?
— Dosyć... drobniejszych mieszczan, ludzi, zmuszonych żyć o własnym koszcie, lub kąpiących się z Allevard przybywających dla zwiedzenia.
— La Truite. Le Buisson... powtarzała rozmarzona młoda dziewczyna. Odnajdę go.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.