Niebezpieczne związki/List IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST IX.

Pani de Volanges do Prezydentowej de Tourvel.

Nie wątpiłam nigdy, moja młoda i piękna przyjaciółko, ani o tej przyjaźni, jaką dla mnie żywisz, ani o szczerym udziale, jaki bierzesz we wszystkiem, co tylko mnie dotyczy. Nie poto też, aby poruszać jeszcze tę materyę, która, sądzę, na zawsze jest między nami ustalona, odpowiadam ci jeszcze na twoją Odpowiedź; ale nie mogę pominąć sposobności pomówienia z tobą kilku słów odnośnie do wicehrabiego de Valmont.
Wyznaję, iż nie przypuszczałam, abym się miała spotkać kiedykolwiek z tem imieniem w twoich listach. Zaprawdę, i cóż może istnieć wspólnego pomiędzy nim a tobą? Ty nie znasz tego człowieka; i skądże mogłabyś mieć jakiekolwiek pojęcie o wizerunku duszy rozpustnika? Mówisz mi o jego rzadkiej prostocie: och! tak; prostota p. de Valmont musi być w istocie dość rzadka. W jeszcze wyższym stopniu fałszywy i niebezpieczny, niżeli gładki i pełen powabu, nigdy, od najwcześniejszej młodości, nie uczynił on jednego kroku, ani nie powiedział jednego słowa bez jakiegoś zamiaru, nigdy zaś nie powziął zamiaru, któryby nie był nieuczciwym lub zbrodniczym. Znasz mnie, moja droga przyjaciółko; wiesz, że, ze wszystkich cnót, jakie staram się sobie przyswoić, najwyżej cenię pobłażliwość. To też, gdyby Valmont działał uniesiony porywem gwałtownych namiętności, gdyby, jak tylu innych, dał się pociągnąć błędom swojego wieku, wówczas, potępiając uczynki, zachowałabym współczucie dla jego osoby i czekałabym w milczeniu, czy nie przyjdzie czas, w którym szczęśliwe opamiętanie przywróci mu szacunek uczciwych ludzi. Ale w Valmoncie niema nic z tego wszystkiego: postępowanie jego jest wynikiem zasad. Umie on doskonale obliczyć, na ile bezeceństwa może pozwolić sobie mężczyzna, nie gubiąc się w oczach świata; toteż, aby bezkarnie dać folgę swojej złości i okrucieństwu, obrał sobie kobiety na ofiary. Nie próbuję nawet policzyć tych, które uwiódł: ale ile z nich zgubił poprostu?
Przy cichem i bogobojnem życiu, jakie prowadzisz, nie docierają do ciebie wieści o owych gorszących przygodach. Mogłabym opowiedzieć niejedną, któraby ci zadrżeć kazała ze zgrozy; ale spojrzenia twoje, czyste jak twoja dusza, zbrukałyby się od takich obrazów; spokojna, że Valmont nigdy nie będzie niebezpiecznym dla ciebie, nie potrzebujesz takiego pancerza, aby się przed nim obronić. To jeszcze mogę ci powiedzieć, że ze wszystkich kobiet, które miały nieszczęście stać się celem jego zabiegów, uwieńczonych powodzeniem czy nie, każdej przyszło gorzko opłakiwać tę niebezpieczną znajomość. Jedyna markiza de Merteuil stanowi wyjątek w tem ogólnem prawidle: ona jedna umiała mu się oprzeć, a zarazem nałożyć hamulec jego niegodziwości. Wyznaję, że ten rys życia najwięcej jej przynosi zaszczytu w moich oczach; to jedno wystarczyłoby już, ażeby, w oczach świata, w całej pełni okupić tych parę lekkomyślności, jakie miano jej do zarzucenia w początkach jej wdowieństwa[1].
Jakbądź się rzeczy mają, moja urocza przyjaciółko, z prawa wieku, doświadczenia, a przedewszystkiem przyjaźni, na jedno muszę ci zwrócić uwagę; a mianowicie, że w Paryżu zdołano już zauważyć nieobecność Valmonta. Jeżeli się rozgłosi, iż spędził on czas jakiś w wyłącznem towarzystwie swej ciotki i twojem, twoja dobra sława znajdzie się w jego rękach: największe nieszczęście, jakie może się przydarzyć kobiecie. Radzę ci więc, uproś jego ciotkę, aby nie zatrzymywała go dłużej: zaś, gdyby się opierał, sądzę, iż powinnaś bez wahania ustąpić mu miejsca. Ale czemuż miałby tam siedzieć? po co miałby się zakopywać na wsi? Gdybyś kazała śledzić jego kroki, odkryłabyś z pewnością, że dom swej ciotki obrał sobie jedynie jako wygodne schronienie dla jakiejś intrygi w okolicy. Ale, gdy nie w naszej mocy zapobiec złemu, poprzestańmy na tem, aby ubezpieczyć bodaj samych siebie.
Do widzenia, moja droga przyjaciółko; otóż i małżeństwo mojej córki opóźnia się nieco. Hrabia de Gercourt, którego oczekiwaliśmy z dnia na dzień, donosi mi, że jego pułk wysłany został na Korsykę; że zaś tam jeszcze trwają rozruchy wojenne, niepodobieństwem mu będzie uwolnić się przed nastaniem zimy. Bardzo mi to nie na rękę; ale w zamian pocieszam się nadzieją, że będziemy miały przyjemność ujrzenia cię na uroczystościach weselnych; przykro mi było bowiem, iż miały się odbyć bez ciebie. Do widzenia; masz we mnie, bez żadnych czczych zapewnień, zawsze szczerze oddaną przyjaciółkę.
P. S. Chciej mnie przypomnieć pamięci pani de Rosemonde, którą kocham zawsze tak, jak na to zasługuje.

Paryż, 11 sierpnia 17**.


Przypisy

  1. Błąd, w jakim pozostaje pani de Volanges, świadczy nam, że, podobnie jak inni zbrodniarze, Valmont umiał nie wydawać swoich wspólników.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.