Przejdź do zawartości

Nie wódź nas na pokuszenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Nie wódź nas na pokuszenie
Pochodzenie Modlitwa Pańska
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE.


 Zośka Lutwińska była bardzo ubogą dziewczyną.
 Cały jej majątek — to co na niej, trocha betów i trocha łachów w kuferku.
 Dorobiła się tego, służąc od maleńkości po dworach. Dużo to tam taka »dziopa«, co to znów tak co wielkiego zrobić nie potrafi, nie brała: trzydzieści reńskich rocznie i wikt. Za to wstawała czasem o czwartej, czasem o piątej, różnie było. Ale częściej o czwartej. Jedno miejsce miała takie, że samych butów było do czyszczenia siedem par panowych, a panieńskich trzy pary. I pokojów było przeszło osiem, a froterować należało porządnie, i ugotować dla czeladzi, bo czeladzkiej kucharki ci państwo nie trzymali, tylko dziewka musiała jadło obrządzić.
 Po zagonach i brózdach chybała Zośka z koszykiem, aby paniczom, którzy ludzi w polu doglądali, na połednie śniadanie przynieść.
 Do miasta też, co dziesięć kilometrów było daleko, na piechotę Zośka, zadarłszy nos i kieckę, wydzierała po gościńcu, aby pańskie sprawunki obłatwić.
 Latem około ogrodu aż ryła się w ziemię, jak kret. Zimą znów, jak chodaki[1] o rąbanie drzewa się z panem targowali, to ją samą tak zgniewało, że tyle grosza chcą, i chyciła za toporek, machnęła a narąbała sporą kupę, aż się wszyscy dziwowali. Do roboty była chętna, tylko tak czasem przyszło na nią lenistwo, i padła nosem na bety, a nijak ją z tych betów wyciągnąć nie mogli. Tylko czarne pięty było widać, czarne, bo Zośka nie lubiła krzątać się koło siebie i mydło znała tylko z widzenia i z prania. Pyskata była także, giembowała o bele co, czasem ot kajsik cosik kto powie, a ona rozewrze giembe i gada.
 Przez to ją stąd stamtąd wyżenili, i ciężko jej było się tak dorobić, jak już dziewka w latach, jak ona, mieć powinna.
 Cóż! w kuferku ma tam cztery, pięć spódnic, fartuchy też w kwiatki, jedna chustka do nosa co ją ukradła, a jedna co ją nalazła. Potem ma jeszcze pudełko od papierów listowych, co je jedna panienka na pole rzuciła, a w pudełku takie złote blaszki od korków z wina, co się bardzo ładnie błyszczą. Największe jej bogactwo to stanowią trzy jedwabne chustki na głowę. Zośka je ślicznie wykrochmaliła, tak, że sterczą jak rogi.
 Czasem, jak je ubierze, jak idzie na litanię, to jej aż inne dziopy zazdroszczą — tak ślicznie te rogi sterczą.
 Zośka jest dumna z tych chustek. Płaciła je w Sączu po trzy papierki. Na taką biedną dziopę to jest wcale wielki pieniądz. Ale ona już jest taka. Wie, że jest trochę szpetna, że ma jedno oko kose, a włosy małe i trochę myszowate. Choć co nieco się przybierze żeby była śwarniejsza.
 Bo Zośka lubi się pośmiać z chodakami i polatać po kątach. Nawet Zośka miała pono jakiś tam wypadek, i jej ciotka Lutwińska ten wypadek hodowała bez trzy niedziele w chałupie. Ale, że to było nędzne i przyszło wśród zimy, więc póty piszczało, aż zmarło.
 I tak się to jakoś utarło, ludzie zapomnieli, mogiłka się z ziemią zrównała na wiosnę, a sama Zośka już se to jak przez mgłę przypomina.
 Lepiej, że się tak stało, bo po co? Dziopa była, to tylko nowe nieszczęście i nowa biedota. Musiałaby znów bez całe życie służyć, i kto wie, czyby się nawet choć pierzyny dorobiła! Zośce to przyszło z ciężką biedą. Trzy lata się ściągała, żeby mieć pościel. Wiadomo przecie, że i państwo i ludzie mają zawsze inne uważanie dla sługi, jak ma kufer i pościel.
 I dlatego Zośka była i dumna, i pyskata, pomimo, że była leniwa, obżarta, brudna i za chodakami latała.

 Nagle Zośce trafiło się »śtyrbne« miejsce. Nie potrzebuje spać w oborze, nie chodzi koło krów, nie lata na pole. Jest teraz do pokoju do palenia w piecu, kole kucharki, która z państwem przyjechała ze Lwowa na wieś, i chodzi w kusym kaftaniku z futrem i piórkiem na kapeluszu, aż się chłopy kładą ze śmiechu, kiedy na litanię przyjdzie. Pani jest taka pani, która do kuchni cale nie zaziera, pan także. Pani ma żółte buciki i złote pantofle, więc niema co czyścić. Na podłogach dywany jak w kościele, jedzenia podostatkiem. Zośka rozpuściła się powoli, jak dziadowski bicz. Je maśno i dużo. Dwa bochny chleba jak nic zeźre na tydzień. Pije herbatę rano, a dwa razy tydnia dostaje mięsa i rosołu. Z kucharką kłóci się od rana do nocy i obśmiewa, że kucharka za mężem lamentuje i jest stara panna. Jak do pokoju wpadnie, to zaraz paluch w masło albo w konfitury wetknie. Państwo jej kazali zrobić łóżko za całe trzy papierki, kupili siennik, bety sobie usłała jak stertę, i największa jej uciecha z nogami na bety wleźć i tak palce we włosy wetknąć a siedzieć, i z kucharką się uganiać.
 Pies też jest pański, duży, tłusty, z uciętym ogonem. Państwo na niego wołają: »Dik!« ale Zośka go przezwała Dykoniem i jak może to go szturknie, bo złości ją to, że ono psisko tak maśno źre.
 Samej pani Zośka się odpowiadać nie waży hardo, bo wykalkulowała, że która pani je większa pani, to gorzej gotuje, a że jej teraźniejsza pani, nawet zimniaków nastawić nie umie, więc musi to być »wielka« pani.
 Brudna Zośka jest teraz sromotnie, bo przeważnie w pokojach jak sprząta, nikt jej nie widzi, a potem w kuchni, jak się w bety zaszyje, to wołamiby jej stamtąd nie wyciągnął, chyba jaki chodak się zjawi.
 I tak wszystkie narowy Zośki rozrosły się bujnie na tem »śtyrbnem« miejscu i przy sprzyjających okolicznościach.

 Kucharka miała przyjaciółkę gospodynię księdza na plebanii.
 Łączyła je obie wspólna staropanieńska dola. Obie cierpiały często na fluksyę i na brutalność otoczenia. Jedna i druga lubiły czytać wieczorami zajmujące książki. Pożyczały sobie co mogły.
 Pewnego niedzielnego popołudnia kucharka powróciła z plebanii, niosąc małą książeczkę w białej okładce. Była to zajmująca historya o świętej Zycie, patronce służących. Gdy przeczytała kilka kartek, kucharkę ogarnął zachwyt. Postanowiła podzielić się swemi wrażeniami z jakąś istotą żyjącą. Na betach w kącie kuchni, sterczały dwie czarne podeszwy. Pewne charakterystyczne podciąganie nosem, oznajmiało, że tam w półcieniu marzy dziopa o cieniuchnym jak sznureczek, niepewnej barwy warkoczyku.
 Plecy pałąkowate wsparła wygodnie o poduszkę w kratkowanej różowej powłoczce, na brzuch naciągnęła róg pierzyny, i siedzi tak na wysokościach, spoglądając kosemi oczyma w drzemiącego na stosie drzazeg Dykonia,Dykonia.
 Kucharka w zapale zbliżyła się do niewielkiej nafcianej lampeczki i przed rozpoczęciem czytania wycina coś w formie przedmowy:
 — Zośka!
 — No?...
 — Śpisz?
 — Czegóż mam spać?
 — To słuchaj!
 — No?...
 — Wiesz, kto była święta Zyta?
 — Ni.
 — Była taka sługa, jak ty i ja.
 Zośka ironicznie wzruszała plecami.
 — A bo to prawda! Święte Pańskie chodzą w jasności i złotych koronach z lelijami w rączkach i z janiołami po bokach, a nie tak jak ja, albo panna Marynia w katankach.
 Marynia podnosi do góry książeczkę w białej okładce.
 — Tu jest tak napisane. Święta Zyta była sługą, co służyła 38 lat w jednem miejscu, i za jej dobre sprawowanie się świętą została.
 Zośka aż piętami bije w krawędź łóżka.
 — To je nieprawda! — krzyczy: — świętaby ziemniaków nie skrobała, ani krowów nie doiła!
 — Napisane!
 Ale Zośka ma żywiołową pogardę dla druku.
 — Co ta, że jaka bezdara takie coś popisała! — mówi wzgardliwie: — to je kłamstwo i tyla!
 Marynia zaperza się i pobija ją jednym argumentem:
 — Nie gadaj, durna, głupstw: tę książeczkę dał do czytania sam ksiądz proboszcz.
 Zośka milknie pobita.
 Jeżeli ksiądz proboszcz wie co tam napisane i sam daje do czytania, to już musi być chyba prawda.
 W prostej i naiwnej duszy powstaje zamęt.
 Święta? sługa? taka za trzydzieści papierków na rok? taka, co całe życie haruje, nim do pierzyny dojdzie? Jakże to? skądże to?
 Zawsze wyobrażała sobie Święte w ślicznych, drogich sukniach z palmami i kwiatami w ręku, spacerujące na obłokach dokoła Świętej Panny i Dzieciątka. Otaczał je chór aniołków w śnieżnych szatach ze srebrnemi skrzydłami, śpiewający kolędę.
 Zośka siedzi, myśli, wykręca sobie palce i z podełba patrzy na zaczytaną kucharkę. Budzi się w niej szalona chęć dowiedzenia się czegoś więcej o świętej Zycie i jej dziełach. Ona czytać umie, ale idzie jej niesporo. Woli słuchać, jak ktoś czyta. Wreszcie ciekawość przemaga, i Zośka odzywa się cienkim głosem:
 — Niech panna Marynia i mnie przeczyta!
 Pochlebia się umyślnie kucharce, nazywając ją »panną«. Ta nie pozostaje nieczuła na to wezwanie, tembardziej, że dręczy ją pragnienie podzielenia się z kimś swemi wrażeniami.
 I wśród wielkiej ciszy, przerywanej chrapaniem buldoga i tykotaniem zegaru, słychać monotonny głos kucharki, czytającej z przejęciem, jako św. Zyta swoje obowiązki spełniała, jako była czysta, skromna, pracowita, pobożna, jak kochała państwo, dbała o ich dobro, nie odpowiadała nigdy.
 Tu kucharka przerywa czytanie i podnosi rękę w górę:
 — Nie giembowała!...
 Nieśmiały protest odzywa się z kąta:
 — Nie giembowała, bo ji nie dokucali!
 Kucharka uśmiecha się tryumfująco.
 — Właśnie, że dokuczali!
 — Kucharka?
 — I kucharka, i cała czeladź. Tylko ona, święta panna, znosiła wszystko z pokorą, z poddaniem, i Bogu ofiarowywała. Za inne sługi robotę robiła.
 — I za kucharkę?
 — I za kucharkę. A za to Bogu była miła. W panieńskim stanie żyła do śmierci, bo tu napisane, że panieński stan Bogu najmilszy, i panny pierwsze koło tronu Boskiego stoją.
 — Dziopy?
 — Tak... ale dziopy takie, co nigdy nie grzeszyły...
 Kucharka w tej chwili tryumfuje. Dumna swą panieńskością, spogląda ironicznie na ginącą w betach Zośkę.
 — Takie dziewczyny, które Bogu czystości dochowały... — ciągnie dalej: — takie tylko mają prawo nawet przed aniołami być w niebie. Tak tu napisane. I święta Zyta była taką uczciwą i świętą dziewczyną. Dlatego ją Bóg umiłował, i dlatego, choć sługa, wywyższona jest teraz ponad inne sługi.
 Zośka słuchała z natężeniem.
 Kucharka czyta z zapałem; książeczka jest dobrze napisana, przystępnie, rozumnie i wybornie obliczona na wywołanie umoralniającego wrażenia w duszach prostych, szczerze naiwnych a poczciwych.
 Zośka słucha, i sapie, i wykręca palce, a kose oczy aż wyłażą jej z pod rzęs.
 I tylko kiedy niekiedy podciągnie nosem, poprawi się w betach i szepnie:
 — No... moi ludzie! moi ludzie!...

 Książeczka dokonała cudu.
 Zośka, wysłuchawszy do końca historyi o św. Zycie, uczuła się tak wzruszoną, iż całą noc spać nie mogła.
 Przewracała się z boku na bok i myślała ciągle nad ową cudowną sługą, która była miłosierna, pokorna, dobra, czysta i pobożna. Kochali św. Zytę wszyscy, a Pan Bóg dawał jej dowody najwyższej łaski. Kamienie zmieniały się w róże, woda w wino, aniołowie dopomagali w robocie tej świętej dziewczynie, a gdy raz w ulewę poszła modlić się przed kaplicą, szaty jej były zupełnie suche i świeca zapalona, którą trzymała w ręku, nie zgasła.
 Zośka usiadła na łóżku i, ująwszy rozczochraną głowę w dłonie, myślała:
 — Przecie św. Zyta była córką stolarza. Ona zaś, Zośka, także pochodzi ze stolarskiej rodziny. Św. Zyta przyszła bosa i biedna do służby. Zośka też nic nie miała. Ale ona, Zośka, jakaż ona grzesznica w porównaniu do tej wielkiej Świętej! Leniuch z niej, pyskacz, łakomiec, latawiec, brudas, ba! nawet gorzej, bo co nieco tam skubnie, albo poliże. Czy nie lepiej się poprawić i żyć odtąd jak ta święta panna? Już nie chodzi Zośce o to, aby świętą została, nie, tak wysoko marzyć nie śmie, ale przecie... niech i ona tam w niebie jakiegoś lepszego kąta się dosłuży, a nie będzie ciągle takiem potyradłem.
 Zawsze to już trzydziestka za pasem, i czas już chyba se coś na wieczność zapewnić.
 W duszy Zośki powstaje wielkie postanowienie.
 Tak, ona będzie odtąd dobra, pokorna, pracowita i porządna. Czesać się będzie dwa razy na tydzień, myć mydłem co sobota, będzie się z kucharką rozmawiała grzecznie, co nieco za nią zrobi, i modlić się będzie gorąco, tak, jak ona Święta.
 I na początek Zośka klęka w swoich betach nawprost okna, które wychodzi na zasłane śniegiem pole. Księżyc świeci jak w dzień. Śnieg się cały srebrzy i iskrzy. Z daleka widać czarne modrzewie. Zośka ręce przyciska do piersi i zaczyna się gorąco modlić.
 Kose oczy napływają łzami, coś szlachetnego promienieć zaczyna z tej biednej, steranej twarzy.
 Zośka pięknieje.

················

 Zośka robi nadludzkie usiłowania, aby choć w części zbliżyć się do swego ideału. Pracuje teraz z zapałem, milczy, czesze się, za chodakami nie ogląda się wcale. Nie posuwa się jednak do energii św. Zyty, która zalecającemu się jej parobkowi wycięła sążnisty policzek. Zośka zadowala się porządnym kułakiem i odwraca się plecami do zdumionego tym oporem napastnika. Kupiła sobie różaniec i święty obrazek, powiesiła obrazek nad łóżkiem i modli się teraz długo wieczorami. Nikt jednak nie zauważył tej wielkiej przemiany, i to korci trochę Zośkę. Nawet kucharka, którą bardzo bolą zęby, nie zwraca uwagi na jej postępowanie. Zośka jednak stara się i to zmartwienie oddać na większą chwałę Pana Jezusa. Książeczkę o św. Zycie wyprosiła sobie u kucharki i czyta ją codziennie, tak, że umie ją prawie na pamięć. Teraz to już przechodzi u niej w manię naśladować św. Zytę we wszystkiem. Z początku dręczył ją ów »wypadek«, który, zdawało się jej, razem z mogiłką zniknął z powierzchni jej życia. Lecz wynalazła w książeczce, że św. Zyta najwięcej wielbiła św. Magdalenę, która przecież była wielką grzesznicą. Zastanowiwszy się, przyszła Zośka do wniosku, że Bóg widocznie największe grzechy odpuszcza, skoro się za nie żałuje szczerze i serdecznie.
 I żałowała biedna dziopa, aż się tarzała w prochu kuchennym, gdy nocką pozostała sama w kuchni.
 Płakała i modliła się, aby Bóg jej darował te miesiące boleści i poniewierki, jakie przeszła, i te sińce i wymysły, które stanowiły cały powab jej grzechu.
 Powoli zasmakowała w tej modlitwie gorącej i teraz kończyła jak najszybciej swoją robotę, aby pobiedz bodaj na kilka minut pod drzwi kapliczki, która stała na dziedzińcu. Tam wciskała się w kąt, aby nie dojrzały jej inne dziewki lub parobcy i, oparłszy głowę o drzwi, szeptała pacierze.
 Świst tylko było dziwny słychać, świst jakiś i świergot jakby ptaka. Czasem nagle wyrwało się jakieś słowo:
 — »Panienko Najświętsza!...« albo: »Święta Zyto, czysta lelijo!« — i znów świergot krył wszystko.
 Na poblizkiej kupie wikliny świergotały wróble. Zośka, taka w swych ubogich sukienkach przypadła do ściany kapliczki, zdawała się jednym takim więcej szarym zmarzłym wróblem, ćwierkającym wieczorną lub ranną modlitwę.
 Największą dla Zośki trudność stanowiło pozbycie się kokieteryi.
 I z tego jednak zrobiła ofiarę. Krochmalne chustki zamknęła do kufra, ba! nawet serdak z białym barankiem, co go tanio od kucharki kupiła. Gdy teraz wchodziła na litanię, już jej dziopy nie zazdrościły krochmalonych rogów. Szła drobnym kroczkiem, z oczyma w dół spuszczonemi. Dostawszy się do pierwszego rzędu, klękała z ferworem i tak śpiewała litanię, tak głośno i przenikliwie, że aż organista z chóru się wychylał, ażeby zobaczyć, która to tam dziewczyna tak fałszywie zawodzi. Wychodząc z kościoła, Zośka nie gziła się już jak dawniej, nie poszturchiwała i nie dokazywała z parobkami na cmentarzu. Wracała do domu tak samo drobnym kroczkiem jak przedtem i w pobożnym nastroju.
 Raz, gdy tak szła miedzami, bo tamtędy była droga krótsza, i można było iść na osobności, a myśleć pięknie o Panu Jezusie i tej wielkiej świętej Zycie, Zośka posłyszała jakieś za sobą kroki. I choć to już śnieg dobrze ziemię pokrył, że się szło miedzami cicho jak po pierzynie, w niej aż się targnęło, bo odrazu wiedziała, kto to za nią tak o szarówce po śniegu się skrada.
 Nim ją zdążył pochwycić za chustkę, już mu się z rąk wymykała, sadząc po śniegu, jak spłoszona sarna. Trwoga szalona malowała się w jej kosych źrenicach. Ręce cisnęła do piersi, a zbielałe usta zaczęły szeptać modlitwę:
 — Pod Twoją obronę... pod Twoją obronę, święta Maryo, święta Zyto... nie wódź mnie na pokuszenie...
 O! bo to była pokusa nielada!
 A toż to był Ignac, ten sam Ignac, az którym służyła przez dwa roki w Międzyborzu, i który, odmiennik, wyprzysięgał się, że się z nią ożeni, i skusił ją słodkiemi słowami, aż na grzech ją zawiódł.
 I dziś przez niego, przez tego odmiennika, ona nie może nawet myśleć, żeby ją Pan Jezus w pierwszy rząd koło swego tronu postawił! Kto wie nawet, czy jej Bóg to wszystko w miłosierdziu Bożem odpuści? Kto wie, czy święta Zyta wstawi się za nią, choć ona ją codzień o to prosi...
 Ale Ignac nie wie, co się w sercu Zośki dzieje.
 Dopadł ją i popycha łokciem, poszturkuje, śmieje się i wydziwia.
 — No... chodź, Zośka, do karczmy, kupię ci wódki!
 Ona milczy, tylko kroku przyśpiesza.
 — Zośka!... — szepcze Ignac, a jest tak blizko niej, że idą przez śnieg ramię w ramię. — Zośka, ty teraz masz dobre miejsce. Co?...
 — No!
 — Widzisz... ja wiem, co twoi państwo szukają do konia parobka. Jabym się im nadał. Jak tam przy pani kiedy będziesz, to przemów za mną słówko. Mnie leśny przed niemi ogadał, jakom ja pijak i próżniący. Ale ty powiedz, że leśny kłamie, a będziemy znowu razem, jak w Międzyborzu... No!... słyszysz?...
 Oj, słyszy dobrze to Zośka, wszystko słyszy i myśli, aż jej w głowie huczy. Wszystko sobie wspomina, słysząc tak głos Ignacowy i tę wiosnę, co to aż ją olśniewa, jak se o niej wspomni. Oj, pachły wtedy jaśminy w pańskim sadzie nocką, a Zośka o świtaniu wracała do obory, gdzie spała z innemi dziopami.
 Wspomina se to Zośka jasno, ale ustami szepcze wciąż »Pod Twoją obronę« i teraz tylko patrzy, czy nie ujźre blizko jakiej chałupy, żeby się do niej zamówić i od Ignaca ukryć.
 Ale na wszystkie strony szczere pole, zawiane śniegiem. Chałupy są, ale w oddali. Migocą się w nich okienka czerwono jak gwiazdeczki, co na ziemię-by spadły i w śniegu ostały.
 Ignac miarkuje, że źle, bo Zośka jakosi nic nie gada. Wprzódzi byłaby mu się zaraz na szyję rzuciła i: »Mój Ignac! mój Ignac!« — a teraz — nic.
 Słyszy, że coś mamrocze, ale to nie do niego, ino jakieś pacierze.
 A jemu bardzo o to miejsce u Zosinych państwa chodzi, bo to mówią we wsi, że złota i srebra w bród, a ludziom jakoby w raju.
 Więc używa już największej pokusy i oto co gada:
 — Zośka! a chciałabyś ty zostać moją żoną? Jakbym ja to miejsce miał, tak póńdziemy do proboszcza i damy dwa papierki na opowiedzi. A po opowiedziach byłby ślub, nawet z honorami. Państwo nic nie powiedzą, bo zawsze państwo wolą trzymać męża i żonę z błogosławieństwem Bożem, niż dziopę i chodaka z obrazą Boską.
 Tu już pokusa za daleko sięga, i Zośka chwilkę staje jak zatumaniona. Te słowa: »opowiedzi«, »ślub z honorami« — olśniły ją. Ale prędko oprzytomniała, westchnęła i, zebrawszy całą odwagę, nagle, pełnym głosem wrzasła:
 — Pójdziesz precz, bezdaro, odmienniku, nędzo jedna! Bez ciebie ja utraciłam moje zbawienie, bez ciebie ja tera gdzieś na samym ostatku u Pana Boga będę siedziała całe wieki, z bele jakiemi śmieciami, a nie z janiołami i świętą naszą od sług Patronką, a ty się tera mnie czepiasz jeszcze i na zło wodzisz! Odsuń się ode mnie, bo jak cię chycę za gardło, to ani pikniesz, ino w ten śnieg się zaryjesz nosem i ani z niego nie wstaniesz!
 W Ignacu krew wezbrała.
 Taka obdarta dziopa go posponuje, wydziwia i pluje! Takie coś z pod płota! od krów dziewka. Za nim gospodarskie córki się obzierają, a Zośka mu na honor następuje!
 I cały gniew swój, pogardę i obrazę koncentruje w porządnym kułaku, którym wali Zośkę w plecy tak, że ta z jękiem upada na śnieg.
 — Masz, bezdaro!
 I szybko oddala się, ginąc w zadymce, która się już podnosi tak, że dokoła ścielą się białe tumany, po za którymi giną nawet wiejskie światełka.

 Od tej chwili Zośka tryumfuje.
 Czuje sama, że jest na drodze doskonałości. Zwalczyła największą pokusę. Uważa ją za dopust Boży. Pan Jezus chciał ją wypróbować i zesłał na nią Ignaca. Ale ona, wsparta opieką św. Zyty, zwyciężyła. Bo nic innego, jeno ta święta Panna musiała być koło niej i wspomagała ją. Teraz już Zośka nie wątpi, iż jest Bogu miła i że może osiągnąć zbawienie.
 Wyczytawszy iż człowiek powinien starać się ciało swe utrzymywać także w czystości, jako i duszę, zdobyła się na czyn heroiczny. Państwo kąpali się często. Zośka upilnowała raz dzień, kiedy pan się wykąpał i poszedł z łazienki na górę. Postanowiła z wanny nie wylewać wody i raz gruntownie oczyścić swe ciało z ziemskiego pyłu, skoro już duszę swą zdołała tak pięknie wybielić i do porządku doprowadzić.
 Spotkała ją jednak niespodzianka.
 Kucharka właśnie kąpała pańskiego buldoga w tej samej wodzie, korzystając, że była w niej woda kolońska i pachnące mydło.
 — Niech Dik pachnie, kochaneczek! — mówiła szorując hydrocefaliczną bestyę.
 Zośka zniosła i to upokorzenie z budującą pokorą.
 — Wykąpię się po psie! — postanowiła.
 I tak uczyniła.
 Odziana w czarny kaftanik, króciuchny do pasa, bo św. Zyta zalecała skromność nawet przed samą sobą, wykąpała się Zośka po raz pierwszy w życiu.
 Kosztowało ją to dużo, ale zniosła to udręczenie dla osiągnięcia zbawienia.

················

 Teraz już będąc czystą na duszy i ciele, czystą, pracowitą, pobożną i pokorną, zapragnęła Zośka być miłosierną.
 Święta Zyta rozdawała swoje odzienie, pożywienie, rozdawała na prawo i lewo, rozdawała własne i pańskie.
 I tu Zośka postanowiła wypróbować, czy zdołała już osiągnąć jakieś łaski u Boga i czy ten Bóg uczyni dla niej choć cokolwiek z tego, co czynił dla świętej Zyty.
 Zaczęła od drobiazgów.
 Gdy św. Zyta rozdała ubogim bób pański, skrzynia napełniła się cudownie po raz wtóry.
 Zośka ukrajała kawałek babki, która stała na kredensie i dała go biednemu dziecku. Z biciem serca, z gorączką, czekała rezultatu. Państwo siedli do poobiedniej kawy, babkę zjedli i nie zauważyli owego nadkrajania.
 Zośka, która do pokoju nie wchodziła po południu, wywnioskowała, że babka tajemniczo narosła ciastem przez tę parę godzin.
 I czemprędzej pobiegła do kapliczki, aby tam Bogu dziękować za tę łaskę.
 Teraz już Zośka darowała swoje chustki jedwabne, swój kożuszek, swoje buty lepsze, i tak powoli pooddawała wszystko. Z pierzyną rozstać się nie mogła i chowała ją na największą ofiarę i na najwspanialsze zakończenie swego żywota.
 — Oddam ją przed śmiercią — postanowiła. — Pan Jezus nie zapomni wtedy i za świeża mi to policzy.
 Kilku jeszcze drobnych oznak Bożej łaski doznała Zośka, oznak trochę zbliżonych do łask św. Zyty.
 I tak drzwi się otwierały w kapliczce, gdy się o nie oparła. Pan mówił, że klamka się zepsuła, ale ona wiedziała, że tak nie było.
 Powoli więc Zośka bardzo zaufała w łaskę Bożą.
 Jednego dnia, Zośka na werendzie czyściła panowe futro. Dostatnie, ładne futro, kryte ciemnem suknem. Czyściła, wzdychała i modliła się. Z kapliczki zadzwoniono na Anioł Pański.
 Delikatny głos dzwonka przeleciał po nad zamarzłymi stawami i nad polami całemi srebrnemi.
 — A słowo ciałem się stało!... — szeptała Zośka.
 — I mieszkało między nami! — odpowiedział jej jakiś głos po drugiej stronie werendy.
 Zośka przechyliła się przez arkadę i dostrzegła jakiegoś wędrownego żebraka, odzianego bardzo lekko, który stał drżąc cały, siny od zimna.
 — A wspomóż-że mnie czem, moja dziewko! — prosił ów ubogi.
 Pierwszy odruch Zośki było wyżenić go na pole. Tacy wędrujący żebracy to zawsze nic dobrego. Nazywają ich rejzendery i gnają ich, bo patrzą jeno co gdzie ukraść.
 Ale prędko Zośka poskromiła w sobie te złe myśli. Biedny to biedny. Pan Jezus powiedział: »Co biednemu uczynicie, mnie uczynicie«, a święta Zyta raz panowy płaszcz darowała ubogiemu, i oto anioł go odniósł na drugi dzień do kuchni.
 Na Zośkę uderzyły płomienie.
 Przypomniała sobie ten szczegół, i w głowie jej się zawróciło. Rejzender stał wciąż przed werendą i mruczał. Kto wie!... dlaczego, jeśli do św. Zyty przyszedł anioł w postaci zmarzłego żebraka, a ona go płaszczem okryła, dlaczego do niej nie mógł przyjść taki anioł w postaci zziębłego rejzendera?
 Pozdrowił ją słowem bożem, zjawił się w chwili, gdy dzwoniono na Anioł Pański...
 I tu pokusa okazała się najsilniejszą, bo była to pokusa duchowa, która napadła na nią. Ignac nigdy nie przemawiał do niej tak słodkim głosem jak ten duch, który ją kusił, aby wypróbowała wreszcie stopień łaski, którą zdołała posiąść u Boga.
 Wreszcie uległa.
 I gdy nadomiar złego żebrak pokiwał głową i płaczliwym głosem wyrzekł:
 — Oto śliczne futro!... gdyby mnie Pan Jezus dał takie, to jużbym chyba na kolanach do Sącza poszedł!
 Zośka chwyciła futro i, zamknąwszy oczy, jakby skakała w przepaść, rzuciła je przez arkadę.
 — Weźcie w imię Pana Jezusa! — zawołała, i dudniąc bosemi nogami po kamieniach, poleciała do kuchni.

 A teraz? co będzie? co będzie?
 Zośka po spełnieniu tego szalonego czynu przez dwie godziny doznawała błogiego upojenia.
 Cud się stanie, cud się stać musi! Wątpić byłoby grzechem. Wszak ona uczyniła to w intencyi pobożnej, idąc za przykładem swojej wielkiej Świętej!
 Chwilami zdawało się jej, że jest już sama jakby wniebowzięta. Chodziła po kuchni cicho, lekko rozpromieniona i uśmiechnięta.
 Nagle doznała jakby uderzenia pięścią w kark.
 Kucharka zapytała ją:
 — Wyczyściłaś futro panowe?
 — No!...
 — Powiesiłaś w szafie?
 — No!
 — Pan jutro rano jedzie do Sącza. Żeby mi było porządnie wyczyszczone!
 — No!
 To ostatnie »no!« było wymówione prawie umierającym głosem.
 Nagle, brutalnie rzeczywistość stanęła Zośce przed oczyma.
 Fakt był. Futra niema. Pan jutro rano o futro będzie wołał.
 A jeśli anioł się spóźni z odniesieniem futra? jeśli tak, jak św. Zycie, odniesie gdzieś koło południa, co się stanie?
 Zośka febrycznie, nerwowo zaczęła strugać ziemniaki. Starała się uspokoić, przekonywując siebie, że przecież Pan Jezus, który wie wszystko, wie także, że i pan jedzie rano do »Szącza«, i nie wprowadzi jej w takie straszne awantury. Anioł się zjawi, zjawi z pewnością, jeżeli nie wieczorem, to o świcie...

················

 Gdy już się wszyscy do snu układli, a księżyc świecił tak jasno, że aż Dunajec cały wyglądał jak srebrny i szafirowy wąż, co się po świecie wije, Zośka wyszła przed dom i stanęła na ścieżce, prowadzącej na gościniec.
 Śnieg padał duży przez dzień cały, więc już i drzewa takie białe, że tylko małą czarną linijką można odróżnić gałęzie. Dziedziniec het! zasłany śniegiem, a i stawek nieduży koło młynka od brzegów całkiem zamarzł, ino ma w środku niewielkie, czarne oparzelisko.
 Zośka stoi na środku dziedzińca i modli się gorąco. Czeka cudu, czeka janioła, co jej tu zejdzie w długiej, cieniuchnej, jak Boża przędza sukni, i ode bramy, po srebrnej ścieżce promienia księżycowego, ku niej przyńdzie.
 Janioł mieć będzie złote włosy i koronę z kwiatów. Może z róż, może z lelij. I taka już będzie jego wielka moc i świętość, że choć zimno dokoła, to one kwiaty będą i różowe, i białe, i pachnące, jakby wśród gorącego lata.
 Wiara Zośki w ten cud jest tak wielka i potęguje się teraz wśród tej cichej, jasnej nocy.
 Na gościńcu pusto zupełnie.
 W chałupach ognie pogasły, ino psy naszczekują. Czasem który zawyje i umilknie. To się wie. Na śmierć się nikomu nie zanosi.
 Mija północ, mija jeszcze godzina, a anioła niema. Zośka przestępuje z nogi na nogę, ale się modli ciągle szczerze i gorąco.
 Chmury nadciągają i zasłaniają księżyc.
 Powoli śnieg prószyć zaczyna.
 Z początku drobny, niewielki. Potem coraz większy. Wreszcie duże płaty pokrywają Zośkę białą płachtą.
 Ona już stoi nieruchoma, zdrętwiała.
 Ziębnie na ciele i na duszy. Anioł z futrem panowem nie zjawia się wcale, a tu do świtu brakuje niewiele, może godzina, może dwie...
 Zośka jeszcze próbuje się modlić, ale już i słów jej brakuje, i nie wie, jak i co ma mówić. Jeszcze ma nadzieję w świętej Zycie, może ona się nad nią ulituje i anioła z futrem wyślę.
 Lecz oto nadchodzi świt groźny i nieubłagany.
 Śnieg padać przestał, chmury się rozchodzą.
 Mróz zaczyna ukradkiem ścinać powietrze.
 Niebo powoli nabiera zielonawej, przezroczej barwy. Drzewa białe nikną jeszcze w przestrzeni, tylko wierzbę nad stawkiem zaczyna być widać dokładniej.
 Zośka osypana cała śniegiem, który powoli przymarza na niej, wygląda jak biały słup na rozstajnych drogach.
 Przestała się modlić.
 Z oczu płyną jej dwie duże łzy i marzną na policzkach.
 Usta ma sine i wpół otwarte.
 Zrozumiała teraz, że anioł nie przyjdzie, że futro panowe zginęło, że ją, Zośkę wygnają za parę godzin ze służby, a może, kto wie, oddadzą do sądu.
 Powiodło ją na pokuszenie to dobre trzymanie o sobie i o tem, jakoby i ona cudu może być godną. Pan Jezus chciał jej pokazać, że jeszcze do świętej Zyty jej daleko i pokusę jej taką zesłał.
 Źle się widać modliła, źle mówiła do Boga:
 — Nie wódź nas na pokuszenie!

················

 Anioł się nie zjawił, futro przepadło, Zośkę żandarmi powieźli do Sącza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.
  1. ↑ Chłopcy.