Nie-boska komedja/Część druga

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Krasiński
Tytuł Nie-boska komedja
Redaktor Tadeusz Pini
Data wydania 1923
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Drukarz Zakłady graficzne Instyt. Wydawniczego „Bibljoteka Polska” w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ DRUGA.

Czemu, o dziecię, nie hasasz na kijku, nie bawisz się lalką, much nie mordujesz, nie wbijasz na pal motyli, nie tarzasz się po trawnikach, nie kradniesz łakoci, nie oblewasz łzami wszystkich liter od A do Z? Królu much i motyli, przyjacielu poliszynela, czarcie maleńki, czemuś tak podobny do aniołka? — Co znaczą twoje błękitne oczy, pochylone, choć żywe, pełne wspomnień, choć ledwo kilka wiosen przeszło ci nad głową? Skąd czoło opierasz na rączkach białych i zdajesz się marzyć, a, jako kwiat obarczony rosą, tak skronia twoje obarczone myślami?


∗                ∗

A kiedy się zarumienisz, płoniesz, jak stulistna róża, i, pukle odwijając wtył, wzroczkiem sięgasz do nieba — powiedz, co słyszysz, co widzisz, z kim rozmawiasz wtedy? Bo na twe czoło występują zmarszczki, gdyby cieniutkie nici, płynące z niewidzialnego kłębka — bo w oczach twoich jaśnieje iskra, której nikt nie rozumie — a mamka twoja płacze, i woła na ciebie, i myśli, że jej nie kochasz — a znajomi i krewni wołają na ciebie i myślą, że ich nie poznajesz. Twój ojciec jeden milczy i spogląda ponuro, aż łza mu się zakręci i znowu gdzieś przepadnie.


∗                ∗

Lekarz wziął cię za puls, liczył bicia i ogłosił, że masz nerwy. Ojciec chrzestny ciast ci przyniósł, poklepał po ramieniu i wróżył, że będziesz obywatelem pośród wielkiego narodu. — Profesor przystąpił i macał głowę twoją i wyrzekł, że masz zdatność do nauk ścisłych. — Ubogi, któremuś dał grosz, przechodząc, do czapki, obiecał ci piękną żonę na ziemi i koronę w niebie. — Wojskowy przyskoczył, porwał, i podrzucił, i krzyknął: „Będziesz pułkownikiem“. — Cyganka długo czytała dłoń twoją prawą i lewą, nic wyczytać nie mogła, jęcząc, odeszła, dukata wziąć nie chciała. — Magnetyzer palcami ci wionął w oczy, długiemi palcami twarz ci okrążył i przeląkł się, bo czuł, że sam zasypia. — Ksiądz gotował cię do pierwszej spowiedzi i chciał ukląc przed tobą, jak przed obrazkiem. — Malarz nadszedł, kiedyś się gniewał i tupał nóżkami, nakreślił z ciebie szatanka i posadził cię na obrazie dnia sądnego między wyklętemi duchami.


∗                ∗

Tymczasem wzrastasz i piękniejesz, nie ową świeżością dzieciństwa, mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie, bo, choć często oczy masz gasnące, śniade lica, zgięte piersi, każdy, co spojrzy na ciebie, zatrzyma się i powie: „Jakie śliczne dziecię“. — Gdyby kwiat, co więdnie, miał duszę z ognia i natchnienie z nieba, gdyby na każdym listku, chylącym się ku ziemi, anielska myśl leżała miasto kropli rosy, ten kwiat byłby do ciebie podobnym, o dziecię moje. Może takie bywały przed upadkiem Adama.


∗                ∗
Cmentarz.
MĄŻ i ORCIO przy grobie w gotyckie filary i wieżyczki.

MĄŻ: Zdejm kapelusik i módl się za duszę matki!
ORCIO: Zdrowaś Panno Marjo, łaskiś bożej pełna, królowa niebios, Pani wszystkiego, co kwitnie na ziemi, po polach, nad strumieniami...
MĄŻ: Czego odmieniasz słowa modlitwy? Módl się, jak cię nauczono, za matkę, która temu dziesięć lat właśnie o tej samej godzinie skonała.
ORCIO: Zdrowaś Panno Marjo, łaski bożej pełna, Pan z tobą; błogosławionaś między aniołami, i każdy z nich, kiedy przechodzisz, tęczę jedną z skrzydeł swych wydziera i rzuca pod stopy twoje. — Ty na nich, jak gdyby na falach...
MĄŻ: Orcio!
ORCIO: Kiedy mi te słowa się nawijają i bolą w głowie tak, że, proszę papy, muszę je powiedzieć.
MĄŻ: Wstań! Taka modlitwa nie idzie do Boga. Matki nie pamiętasz — nie możesz jej kochać.
ORCIO: Widuję bardzo często mamę.
MĄŻ: Gdzie, mój maleńki?
ORCIO: We śnie, to jest niezupełnie we śnie, ale tak, kiedy zasypiam, naprzykład zawczoraj.
MĄŻ: Dziecko moje, co ty gadasz?
ORCIO: Była bardzo biała i wychudła.
MĄŻ: A mówiła co do ciebie?
ORCIO: Zdawało mi się, że się przechadza po wielkiej i szerokiej ciemności, sama bardzo biała, i mówiła:

Ja błąkam się wszędzie,
Ja wszędzie się wdzieram,
Gdzie światów krawędzie,
Gdzie aniołów pienie,
I dla ciebie zbieram
Kształtów roje,
O dziecię moje,
Myśli i natchnienie.

I od duchów wyższych,
I od duchów niższych
Farby i odcienie,
Dźwięki i promienie
Zbieram dla ciebie,
Byś ty, o synku mój
Był, jako są w niebie,
I ojciec twój
Kochał ciebie.

Widzi ojciec, że pamiętam słowo w słowo. Proszę kochanego papy, ja nie kłamię.
MĄŻ: (opierając się o filar grobu) Marjo, czyż dziecię własne chcesz zgubić, mnie dwoma zgonami obarczyć?... Co ja mówię? Ona gdzieś w niebie cicha i spokojna, jak za życia na ziemi! Marzy się tylko temu biednemu chłopięciu.
ORCIO: I teraz słyszę głos jej, lecz nic nie widzę.
MĄŻ: Skąd? W której stronie?
ORCIO: Jak gdyby od tych dwóch modrzewi, na które pada światło zachodzącego słońca.

Ja napoję
Usta twoje
Dźwiękiem i potęgą.
Czoło przyozdobię
Jasności wstęgą,
I matki miłością
Obudzę w tobie
Wszystko, co ludzie na ziemi, anieli w niebie
Nazwali pięknością —
By ojciec twój,
O synku mój,
Kochał ciebie.

MĄŻ: Czyż myśli ostatnie przy zgonie towarzyszą duszy, choć dostanie się do nieba? Możeż być duch szczęśliwym, świętym i obłąkanym zarazem?
ORCIO: Głos mamy słabieje, ginie już prawie za murem kośćtnicy, ot, tam — tam — jeszcze powtarza:

O synku mój,
By ojciec twój
Kochał ciebie.

MĄŻ: Boże, zmiłuj się nad dzieckiem naszem, którego, zda się, że w gniewie Twoim przeznaczyłeś szaleństwu i zawczesnej śmierci! Panie, nie wydzieraj rozumu własnym stworzeniom, nie opuszczaj świątyń, któreś sam wybudował sobie! Spojrzyj na męki moje i aniołka tego nie wydawaj piekłu! Mnieś przynajmniej obdarzył siłą na wytrzymanie natłoku myśli, namiętności i uczuć, a jemu? — dałeś ciało, do pajęczyny podobne, które lada myśl wielka rozerwie. — O Panie Boże — o Boże!
Od lat dziesięciu dnia spokojnego nie miałem. Nasłałeś wielu ludzi na mnie, którzy mi szczęścia winszowali, zazdrościli, życzyli — spuściłeś na mnie grad boleści i znikomych obrazów, i przeczuciów, i marzeń. — Łaska Twoja na rozum spadła, nie na serce moje. Dozwól mi dziecię ukochać w pokoju, i niechaj stanie mir już między Stwórcą i stworzonym! Synu, przeżegnaj się i chodź ze mną! Wieczny odpoczynek.

(wychodzą).

Spacer.
DAMY i KAWALEROWIE — FILOZOF — MĄŻ.

FILOZOF: Powtarzam, iż to jest nieodbitą, samowolną wiarą we mnie, że czas nadchodzi wyzwolenia kobiet i murzynów.
MĄŻ: Pan masz rację.
FILOZOF: I wielkiej do tego odmiany w towarzystwie ludzkiem w szczególności i w ogólności — z czego wywodzę odrodzenie się rodu ludzkiego przez krew i zniszczenie form starych.
MĄŻ: Tak się panu wydaje.
FILOZOF: Podobnie, jako glob nasz się prostuje lub pochyla na osi swojej przez nagłe rewolucje.
MĄŻ: Czy widzisz to drzewo spróchniałe?
FILOZOF: Z młodemi listkami na dolnych gałązkach?
MĄŻ: Dobrze. — Jak sądzisz, wiele lat jeszcze stać może?
FILOZOF: Czy ja wiem? Rok — dwa lata.
MĄŻ: A jednak dzisiaj wypuściło z siebie kilka listków świeżych, choć korzenie gniją coraz bardziej.
FILOZOF: Cóż z tego?
MĄŻ: Nic — tylko, że gruchnie i pójdzie precz na węgle i popiół, bo nawet stolarzowi nie zda się na nic.
FILOZOF: Przecie nie o tem mowa.
MĄŻ: Jednak to obraz twój, i wszystkich twoich, i wieku twego, i teorji twojej.

(przechodzą)

∗                ∗
Wąwóz pomiędzy górami.

MĄŻ: Pracowałem lat wiele na odkrycie ostatniego końca wszelkich wiadomości, rozkoszy i myśli, i odkryłem — próżnię grobową w sercu mojem. Znam wszystkie uczucia po imieniu, a żadnej żądzy, żadnej wiary, miłości niema we mnie, jedno kilka przeczuciów krąży w tej pustyni: o synu moim, że oślepnie — o towarzystwie, w którem wzrosłem, że rozprzęgnie się — i cierpię tak, jak Bóg jest szczęśliwy: sam w sobie, sam dla siebie.
GŁOS ANIOŁA STRÓŻA: Schorzałych, zgłodniałych, rozpaczających pokochaj, bliźnich twoich, biednych bliźnich twoich, a zbawion będziesz!
MĄŻ: Kto się odzywa?
MEFISTO: (przechodząc) Kłaniam uniżenie. Lubię czasem zastanawiać podróżnych darem, który natura osadziła we mnie. Jestem brzuchomowca.
MĄŻ: (podnosząc rękę do kapelusza) Na kopersztychu podobną twarz gdzieś widziałem.
MEFISTO: (na stronie) Hrabia ma dobrą pamięć. (głośno) Niech będzie pochwalon...
MĄŻ: Na wieki wieków — amen.
MEFISTO: (wchodząc pomiędzy skały) Ty i głupstwo twoje.
MĄŻ: Biedne dziecię, dla win ojca, dla szału matki przeznaczone wiecznej ślepocie — niedopełnione, bez namiętności, żyjące tylko marzeniem, cień przelatującego anioła, rzucony na ziemię i błądzący w znikomości swojej. — Jakiż ogromny orzeł wzbił się nad miejscem, w którem ten człowiek zniknął!
ORZEŁ: Witam cię — witam.
MĄŻ: Leci ku mnie, cały czarny. Świst jego skrzydeł, jako świst tysiąca kul w boju.
ORZEŁ: Szablą ojców twoich bij się o ich cześć i potęgę!
MĄŻ: Roztoczył się nade mną — wzrokiem węża grzechotnika ssie mi źrzenice. Ha, rozumiem ciebie.
ORZEŁ: Nie ustępuj, nie ustąp nigdy, a wrogi twe, podłe wrogi twe, pójdą w pył.
MĄŻ: Żegnam cię wśród skał, pomiędzy któremi znikasz. Bądź co bądź, fałsz czy prawda, zwycięstwo czy zaguba, uwierzę tobie, posłanniku chwały. — Przeszłości, bądź mi ku pomocy, a jeśli duch twój wrócił do łona Boga, niechaj się znów oderwie, wstąpi we mnie, stanie się myślą, siłą i czynem!

(zrzuca żmiję)
Idź, podły gadzie! Jako strąciłem ciebie i niema żalu po tobie w naturze, tak oni wszyscy stoczą się wdół i po nich żalu nie będzie, sławy nie zostanie, żadna chmura się nie odwróci w żegludze, by spojrzeć za sobą na tylu synów ziemi, ginących pospołu.

Oni naprzód — ja potem.
Błękicie niezmierzony, ty ziemię obwijasz — ziemia niemowlęciem, co zgrzyta i płacze — ale ty nie drżysz, nie słuchasz jej, ty płyniesz w nieskończoność swoją.
Matko naturo, bądź mi zdrowa! Idę się na człowieka przetworzyć: walczyć idę z bracią moją.


∗                ∗
Pokój.
MĄŻ — LEKARZ — ORCIO.

MĄŻ: Nic mu nie pomogli — w panu ostatnia nadzieja.
LEKARZ: Bardzo mi zaszczytnie...
MĄŻ: Mów panu, co czujesz!
ORCIO: Już nie mogę ciebie, ojcze, i tego pana rozpoznać. Iskry i nicie czarne latają przed mojemi oczyma, czasem z nich wydobędzie się nakształt cieniutkiego węża — i nuż robi się chmura żółta — ta chmura w górę podleci, spadnie na dół, pryśnie z niej tęcza — i to nic mnie nie boli.
LEKARZ: Stań, panie Jerzy, w cieniu! Wiele pan lat masz?

(patrzy mu w oczy)

MĄŻ: Skończył czternaście.
LEKARZ: Teraz odwróć się do okna!
MĄŻ: A cóż?
LEKARZ: Powieki prześliczne, białka przeczyste, żyły wszystkie w porządku, muszkuły w sile. (do Orcia) Śmiej się pan z tego — pan będziesz zdrów, jak ja. (do Męża) Niema nadziei — sam pan hrabia przypatrz się źrzenicy — nieczuła na światło. Osłabienie zupełne nerwu optycznego.
ORCIO: Mgłą zachodzi mi wszystko — wszystko.
MĄŻ: Prawda — rozwarta, szara, bez życia...
ORCIO: Kiedy spuszczę powieki, więcej widzę, niż z otwartemi oczyma.
LEKARZ: Myśl w nim ciało przepsuła. Należy się bać katalepsji.
MĄŻ: (odprowadzając lekarza na stronę) Wszystko, co żądasz — pół mojego majątku.
LEKARZ: Dezorganizacja nie może się zreorganizować.

(bierze kij i kapelusz)

Najniższy sługa pana hrabiego. Muszę jechać zdjąć jednej pani kataraktę.
MĄZ: Zmiłuj się, nie opuszczaj nas jeszcze!
LEKARZ: Może pan ciekawy nazwiska tej choroby?
MĄŻ: I żadnej, żadnej niema nadziei?
LEKARZ: Zwie się po grecku: amaurosis.

(wychodzi)

MĄŻ: (przyciskając syna do piersi) Ale ty widzisz jeszcze cokolwiek?
ORCIO: Słyszę głos twój, ojcze.
MĄŻ: Spojrzyj w okno, tam słońce, pogoda.
ORCIO: Pełno postaci mi się wije między źrzenicą a powieką — widzę twarze widziane, znajome miejsca — karty książek czytanych.
MĄŻ: To widzisz jeszcze?
ORCIO: Tak, oczyma duszy, lecz tamte pogasły.
MĄŻ: (pada na kolana)

(chwila milczenia)

Przed kim ukląkłem — gdzie mam się upomnieć o krzywdę mojego dziecka? (wstając) Milczmy raczej! Bóg się z modlitw, szatan z przeklęstw śmieje.
GŁOS SKĄDSIŚ: Twój syn poetą — czegóż żądasz więcej?


∗                ∗
LEKARZ — OJCIEC CHRZESTNY.

OJCIEC CHRZESTNY: Zapewne, to wielkie nieszczęście być ślepym.
LEKARZ: I bardzo nadzwyczajne w tak młodym wieku.
OJCIEC CHRZESTNY: Był zawsze słabej kompleksji, i matka jego umarła nieco... tak...
LEKARZ: Jakto?
OJCIEC CHRZESTNY: Poniekąd tak — waćpan rozumiesz — bez piątej klepki.

(MĄŻ wchodzi)

MĄŻ: Przepraszam pana, żem go prosił o tak późnej godzinie, ale od kilku dni mój biedny syn budzi się zawsze koło dwunastej, wstaje i przez sen mówi. Proszę za mną.
LEKARZ: Chodźmy! Jestem bardzo ciekawy owego fenomenu.


∗                ∗
Pokój sypialny.
SŁUŻĄCA — KREWNI — OJCIEC CHRZESTNY — LEKARZ — MĄŻ.

KREWNY: Cicho!
DRUGI: Obudził się, a nas nie słyszy.
LEKARZ: Proszę panów nic nie mówić.
OJCIEC CHRZESTNY: To rzecz arcydziwna.
ORCIO: (wstając) O Boże — Boże!
KREWNY: Jak powoli stąpa...
DRUGI: Jak trzyma ręce założone na piersiach.
TRZECI: Nie mrugnie powieką — ledwo, że usta roztwiera, a przecię głos ostry, przeciągły, z nich się dobywa.
SŁUŻĄCA: Jezusie Nazareński!
ORCIO: Precz ode mnie, ciemności! Jam się urodził synem światła i pieśni. Co chcecie ode mnie, czego żądacie ode mnie?
Nie poddam się wam, choć wzrok mój uleciał z wiatrami i goni gdzieś po przestrzeniach — ale on wróci kiedyś, bogaty w promienie gwiazd, i oczy moje rozogni płomieniem.
OJCIEC CHRZESTNY: Tak, jak nieboszczka, plecie, sam nie wie co. — To widok bardzo zastanawiający.
LEKARZ: Zgadzam się z panem dobrodziejem.
MAMKA: Najświętsza Panno Częstochowska, weź mi oczy i daj jemu!
ORCIO: Matko moja, proszę cię, matko moja, naślij mi teraz obrazów i myśli, bym żył wewnątrz, bym stworzył drugi świat w sobie, równy temu, jaki postradałem!
KREWNY: Co myślisz, bracie? To wymaga rady familijnej.
DRUGI: Czekaj — cicho!
ORCIO: Nie odpowiadasz mi? O matko, nie opuszczaj mnie!
LEKARZ: (do Męża) Obowiązkiem moim jest prawdę mówić.
OJCIEC CHRZESTNY: Tak jest, to jest obowiązkiem — i zaletą lekarzy, panie konsyljarzu.
LEKARZ: Pański syn ma pomieszanie zmysłów, połączone z nadzwyczajną drażliwością nerwów, co niekiedy sprawia, że tak powiem, stan snu i jawu zarazem, stan podobny do tego, który oczywiście tu napotykamy.
MĄŻ: (na stronie) Boże, patrz, on Twoje sądy mi tłumaczy!
LEKARZ: Chciałbym pióra i kałamarza. — Cerasi laurei dwa grana, etc. etc...
MĄŻ: W tamtym pokoju pan znajdziesz. — Proszę wszystkich, by wyszli.
GŁOSY POMIESZANE: Dobranoc — dobranoc — do jutra.

(wychodzą)

ORCIO: (budząc się) Dobrej nocy mi życzą! Mówcie o długiej nocy, o wiecznej może, ale nie o dobrej, nie o szczęśliwej!
MĄŻ: Wesprzyj się na mnie, odprowadzę cię do łóżka.
ORCIO: Ojcze, co to się ma znaczyć?
MĄŻ: Okryj się dobrze i zaśnij spokojnie, bo doktor mówi, że wzrok odzyskasz.
ORCIO: Tak mi niedobrze. Sen mi przerwały głosy czyjeś.

(zasypia)

MĄŻ: Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie! Nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęścia, ni światła, ni sławy — a dobija godzina, w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębem ziemi, a ciałem przykuty do ziemi — o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu!
MAMKA: (u drzwi) Pan konsyljarz każe jw. pana prosić.
MĄŻ: Dobra moja Katarzyno, zostań się przy małym!

(wychodzi)







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Tadeusz Pini, Zygmunt Krasiński.