Nieśmiertelny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Nieśmiertelny
Pochodzenie Stare obrazki
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1888
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NIEŚMIERTELNY.
Trazeusz umiera! Dwa miliony ust w Rzymie, powtarzały te dwa wyrazy. Dwa miliony powtarzających je głosów brzmiały przerażeniem tajemniczém, złośliwą radością lub ponurym żalem. Okiem lwa patrzał w tygrysią źrenicę Nerona; gdy mówić rozkazywano, milczał; kiedy milczenia żądano, przemawiał. Wśród senatorów, którzy ze wstydu czy trwogi nizko, chyląc czoła, Popeę obwoływali boginią, krzyknął: „nierządnica!” A potém, różanemi wieńcami owinął posąg Brutusa i ręka w rękę z zięciem swym Helwidem, zwyciężonego nazywał wielkim, przeklętego — błogosławionym. Dziś w przedwieczornéj porze, kwestor konsula stanął w przedsionku jego domu, rozwinął pergamin świecący pieczęciami Cezara i senatu, i przeczytał wyrok skazujący go na śmierć. Po ulicach rynkach portykach, łaźniach i bazylikach rzymskich, zjadliwym chychotem i stłumionym płaczem, popłynęły dwa wyrazy: Trazeusz umiera!
Już wylał czarę wina pod stopy Jowisza wyswobodziciela, pożegnał przyjaciół swych, uścisnął małżonkę, żyć jéj rozkazując, i błogosławiące dłonie złożył na głowach jedynéj córki i przybranego syna. Już z rozprutych żył jego, część zawartéj w nich krwi wyciekła, bo upływ jéj powstrzymać rozkazał, nie dla tego, by łaknął marnéj godziny życia, ale że jeszcze nie skończył rozmowy swéj z Demetryuszem.

W wielkim, bogatym domu, panowała niezmącona cisza. Ani krzyki rozpaczy, łkania żalu, nie mąciły ostatnich chwil skazanego i nie chwiały jego odwagą. Furye żalu i rozpaczy zamieszkały dziś w tym domu, ale szarpały piersi, umiejące milczéć wtedy nawet, gdy dusze wiły się w męczarniach.
Słońce zniżało się ku zachodowi i różowo-złotém światłem napełniało wspaniały perystyl, nad którym letnie powiewy, niosły po szafirowém niebie chóry ognistych obłoków. W świetle tém, szklana mozaika posadzki iskrzyła się blaskami drogich kamieni, a kolumny z białego marmuru, zmieniały się w płomieniste słupy. Tu i owdzie, z wazonów o dziwnych kształtach i rzeźbieniach, wyrastały pachnące mirty i rozłożyste laury, szeroko-listne aloesy i krokusy osypane złocistém kwieciem. W ogrodzie, za nieruchomą ścianą palm i platanów, perlisto szemrała fontanna i niby z kadzielnic buchały wonie fiołków i lilii.
W cieniu rzeźbionego gzemsu i dwóch laurowych drzew, których wierzchołki splatały się ze sobą, na hebanowém łożu, świecącém ozdobami z kości słoniowéj i perłowéj konchy, pod wielkiem, szkarłatném okryciem, spoczywał umierający.
Wśród purpurowych haftów wezgłowia, twarz jego uwypuklała się nieruchomemi kształty, niby poważna i szlachetna rzeźba. Oczy jego były otwarte i spokojne, spokojne téż były zarysy zbielałych policzków, i można było mniemać, że do chwilowego spoczynku ułożyły go tu miękkie dłonie przyjaźni albo miłości, gdyby nie fale myśli, przepływające po wielkiém czole i zaledwie dostrzegalne kurcze bólu, wijące się po zbielałych wargach.
U nóg łoża, twarzą zwrócony ku twarzy umierającego, owinięty w płaszcz gruby i podarty, na bronzowym stołku siedział Demetryusz z Sunionu. Filozof ten ze szkoły cyników oblicze miał zorane grubemi bruzdy, ciało wychudłe od suchego chleba, którym się żywił i słomianego barłoga, na którym sypiał, długą siwą brodę i płomień młodzieńczy w starych źrenicach. Głosem przyciszonym słabością i bólami, lecz w którym jeszcze odzéwały się dźwięki męzkiéj piersi, Trazeusz mówił:
— W minucie, poprzedzającéj zgon mój, nie osypałem ciała mego różami, ani rozkazałem lutnistom śpiewać i deklamować poetom, jak to uczynił był wykwintny Petroniusz. Nie zgromadziłem téż na wzór mądrego Seneki, dokoła mego śmiertelnego łoża tłumu przyjaciół i uczniów, aby im opowiadać tajemnice zaziemskie i smutki tego życia pocieszać obietnicami innego. Gdyby wszystkie rozkosze świata przybiegły, aby mię pieścić i weselić, nie zapłaciły-by mi za lata myśli i czynów, które utracam. Upewniać o niczém nie mogę i nikogo nauczać — bo sam wątpię i nie wiem. Z tobą tylko mówić chcę, Demetryuszu. Odpowiedziałeś mi już na wiele zapytań; odpowiedz jeszcze: czy bogowie są? czy bogów niéma?
Demetryusz po chwili milczenia odpowiedział:
— Epikur utrzymywał, że niéma bogów, Zenon z Cittium, że są oni; Protagoras zaś mawiał, że nic nie wie o bogach, czy są oni albo ich niema. Poszedłem za zdaniem Protagorasa. Nie wiem, Trazeuszu, czy są bogowie, albo ich niéma.
— Odpowiedź twoja zasmuciła mię. Wolał-bym, abyś mi był stanowczo odpowiedział; niéma bogów, bo wówczas mógłbym umierać z gniewem i pogardą tylko dla ludzi, a teraz, zapragnąłem, wstać z tego łoża, porwać w ramiona Pellion i górą tą Olimp zgruchotać.
Podniósł nieco ociężałą głowę, zabolałe jego ramiona poruszyły się pod szkarłatnemi fałdami, źrenice zapłonęły.
— Bo jeżeli bogowie są, jakiemiż są oni, skoro wszechmoc ich nie tworzy samego dobra, a dobroć nie zapobiega istnieniu zła? Nie dożyłem, Demetryuszu, kresu dojrzałego wieku, bogactwo i zaszczyty towarzyły mi stale i u boku cnotliwéj małżonki, niezachwianego doświadczałem szczęścia. Przecież, gdybyś mię zapytał: czy znałem męczarnią? Odpowiedział-bym: jak Laokona dusiły mię wężowe ich skręty. Od dnia, w którym ojcowskie dłonie przyoblokły mię w togę dojrzałości, na com ja patrzał i czegom doznawał? Tryumf chciwości i pychy, a pognębienie sprawiedliwości, zdeptanie cnoty przez podłość i rozumu przez przebiegłą głupotę, jest to, o Demetryuszu, tragedya, straszliwsza, niż wszystkie ponure wymysły Eszyla i Eurypidesa, na którą, gdyby patrzali bogowie, gniewowi ich nie wystarczyło-by gromów a dobroci łez. Ale ludzkość odegrywa téż i atalany (farsy) pocieszne, z których ja przecież śmiać się nie mogłem, bo ksztusiły mię one goryczą pieprzową. Żarłoczność wilków wydawała mi się niewinnością wobec pokory lisów, liżących stopy wilcze. Tygrys i hyena przerażały mój umysł, ale mdłości wstrętu podchodziły mi ku gardłu, na widok głupoty pozwalających pożerać się owiec. Nie nawidziłem ogarów, gdy krwiożerczémi pyski szarpały jelita szlachetnego jelenia, lecz ze wzgardą srożéj piekącą od nienawiści, spoglądałem na zające, których cień żaby, wyłażącéj z błota, zapędzał w gęste krzaki! Bogów, o których tak jak ty, nicem nie wiedział, ciszy nocnych i blasków słonecznych, zapytywałem: dla czego pod Filipami zwyciężył Oktawian, a uległ Brutus? dla czego nikczemna dłoń Pompeja zrzuciła z ramion wspaniałą głowę Cycerona? Dla czego cnotliwy Germanikus skonał od trucizny podłego Tyberyusza? Dla czego Messalina przeżyła wiek swój w wyuzdanych rozkoszach i umarła na pościeli z róż, a szlachetna i surowa Arya, skonała w potokach krwi małżonka swego i swojéj? W kole senatorów, trzęsących się od strachu i dbających tylko o całość swych latifundyów (majątków) i szkarłaty swych latiklów (tog senatorskich) jak téż, na widok ludu rzymskiego w amfiteatrze i cyrkach rytmicznemi oklaski witającego Nerona, wołałem w duszy: gdzież ujrzę ludzi! Wydawało mi się czasem, że cały naród rzymski widzę w postaci rycerza, stojącego pod Kaudyńskiém jarzmem. Stał z karkiem zgiętym i leniwemi palcami wygrzebywał sobie z ziemi to ziarna twardéj fasoli, to dzwona smacznéj barweny — skarżąc się tylko na to, że znajdował ich za mało. Brzuch mu rósł, w miarę jak postać malała, aż z rycerza o silnych barach i jasném obliczu, przemienił się w brzuchatego karła, z twarzą satyra i małpy. Na tom ja patrzał. Demetryuszu, a własną duszę czułem zamkniętą w scrinium takiém, w jakiém zamykają się zwoje pergaminów. Była ona zgnieciona, sznurami niemożności skrępowana i w futerale milczenia zamknięta. Myśli moje biły się o ściany méj głowy, jak więźnie łaknący powietrza. To, co czułem, nie wybuchało z méj piersi, lecz na dno jéj spadało, sycząc jak żużle topione w wodzie. Byłem jako położnica, która dziecięcia swego na świat wydać nie może. Nie mogłem wydać na świat samego siebie. Gdy zaciskałem zęby, aby nie mówić, kurczyłem prawicę aby nie działać, połykałem ślinę, aby nią nie pluć na tych, którymi gardziłem; chwytały mię bóle, od których ani bogactwo i zaszczyty, ani szczęście domowe, ani nauki mistrzów mych, stoików, uleczyć mię nie mogły. Ale człowiek, nad sobą samym nawet, wszechmocnym nie jest. Trazeusz, stworzony przez naturę, wyszedł na świat z Trazeusza, ulepionego przez okropności czasu. Rycerz, zgięty pod Kaudyńskiém jarzmem, wyprostować się spróbował. I oto — umieram. Jakiemiż są bogowie, jeżeli są, — o Demetryuszu, — jeżeli na wszystko, co ci opowiedziałem, patrzą i milczą?
Zmęczony długiém mówieniem, znowu głowę na poduszki opuścił, oddychał ciężko, i nieruchome, szeroko otwarte oczy w twarz mędrca wlepiał. Po ustach jego kurcze bólu przewijały się z ironicznemi uśmiechy. Tym ostatnim odpowiedział na ustach Demetryusza uśmiech żartobliwy, niemal wesoły. Głosem takim, jakby u biesiadnego stołu opowiadał przyjacielowi pocieszną dykteryą, zaczął:
— Kiedym raz na chodniku Tuskulańskiéj ulicy, stanął w łachmanach moich, półnagi bosy i na słonecznym skwarze z głową odkrytą, przechodzący tamtędy z orszakiem swoim Kajus Kaligula stanął przedemną i rzekł: „Czy nie możesz ciała swego, okryć przyzwoitszą szatą, a stóp osłonić takiemi choćby sandałami, jakie noszą szewcy rzymscy? Czemu przybierasz postać nędzarza?” Odpowiedziałem mu: „Dla tego tak czynię, Cezarze, abym jak najmniéj wydawał się podobnym do szambelanów twoich.” Kajus czuł się dnia tego w wesołym humorze; zapewne Jucitatus, ulubiony jego źrebiec, powitał go zrana uprzejmém rżeniem. „Znanym jesteś z dziwactw twych, rzekł ale nie gniewam się na ciebie... Oto daję ci wór sestercyi, ubierz się tak, jak ubierają się szambelani moi i przyjdź do pałacu mego. Od dziś, zaliczam cię do przyjaciół moich piérwszego rzędu.” Mówiąc to, skinął na jednego ze swoich posługaczy, a ten złożył obok mnie sakiewkę, splecioną z pereł i pełną złotych pieniędzy. „Kajusie, rzekłem, kiedy ci przyjdzie na myśl kusić mię po raz drugi, zacznij od ofiarowania mi całego państwa swego. Gdy wówczas odmówię przyjęcia twego daru, nie przemówisz już do mnie nigdy, bo nic nadto ofiarować mi nie zdołasz.” Wtedy Kajus, zwracając się do prefekta Rzymu: „Człowiek ten jutro płynąć będzie ku brzegom Afryki, łachmany jego brudzą mi piękne moje ulice! niech je obszywa w piaskach pustyni.” Czy mniemasz, Trazeuszu, że rozkoszą i weselem płynęły mi lata wygnania? Jeżeli mniemasz, że gdy ciało swoje żywiłem kęsem chleba i poiłem wodą zaprawioną octem, nie krzyczało ono o soczyste mięso pieczonego dzika i o płomienne słodycze, zaprawionego miodem Falernu, nie rozplątałeś dobrze zygzaków ludzkiéj natury. Kiedy zmęczone kości składałem na słomianym barłogu, nigdyż nie śniłem o łożu, wysłaném łabędzim puchem? Chropowata glina, z któréj popijałem moję wodę z octem, przypominała mi srebrną czarę, miłą dla oka i gładką dla warg i wolał-bym pewno wciągać w swe nozdrza woń arabskich perfum albo indyjskich kadzideł, niż smrody ryb gnijących i smażonego tłuszczu, które gęstą parą ścielą się u stóp Janikulu i napełniają izbę, w któréj mieszkam. Ale, Trazeuszu, widok osłów, wydymających grzbiety pod złocistemi czapraki i wieprzów, tarzających się w potokach win greckich i aleskandryjskich sosów, obmierziły mi stroje i uczty wielkiego Rzymu. Patrząc na rzędy zębów, gryzących się w kałuży o miedziany obol, ja, złote talenty odtrącałem nogą. Po świecie, zalanym morzem wyuzdanego zbytku, nędza moja obwoływała pogardę bogactwa. Pogodę i radość na obliczu swém nosząc, ukazywałem szczęście w łachmanach tym, którzy je tylko w Tyryjskiéj purpurze dostrzegać umieli. Uczniów miałem wielu; niejednemu wymiotłem z głowy pychę, a z pod błony piersiowéj wydarłem rozpustne chucie. Dostojnéj duszy ludzkiéj wystawiłem posąg w przybytku pijanego Pana, bożka cielesnéj natury. Nie będę, Trazeuszu, skrzepiać cię mową o niepojętych bogach, lecz powiem rzecz, dostępną mojemu i twojemu rozumowi: tam, gdzie nie było ludzi, byłem człowiekiem. Kiedy ostatków krwi swéj żyły twe pozbywać się będą, myśl tak o sobie.
Gdy Demetryusz mówił, rysy umierającego, przed chwilą wzburzone, przyoblekały się wyrazem takiéj słodyczy z jaką człowiek słucha dźwięków, wtorujących wewnętrznym jego głosom. Jednak fale rozmyślań przepływały mu wciąż jeszcze po bladém czole, a w oczach malowały się niezaspokojone żądania:
— Pocieszyłeś mię, Demetryuszu. Konając, widziéć będę posąg dostojnéj duszy ludzkiéj, wystawiony przez ciebie i przeze mnie w przybytku pijanego Pana, bożka cielesnéj natury. Ale człowiek, choćby największym był, jak cień przemija i milknie jak echo. Chciałbym, aby dusza moja nie przeminęła. Ponieważ jednak wyznałeś mi swą niewiadomość co do istnienia lub nie istnienia bogów, daremnie zapytywał-bym cię, czy dusza moja jest albo nie jest nieśmiertelną.
— Przeciwnie, Trazeuszu, umieraj z wiedzą, że dusza twoja jest nieśmiertelną.
Źrenice skazańca rozwarły się szerzéj. Lekka ironia zaigrała znowu dokoła warg, śmiertelnym bólem kurczonych.
— Wiem, Demetryuszu, że mówić mi nie będziesz o czarnym Styksie ani o przepływającéj go łodzi Acherona. Wszak nie ukażesz mi bladych cieni, błąkających się nad brzegami wody zapomnienia i miejsca mi wśród nich nie wyznaczysz. Nie powiesz, że, jak Eneasz, stąpię do piekieł i tam duchy ojców moich powitam, ani że na mnie zaszczeka trójgłowy Cerber i przed sąd swój postawią mię nieubłagani Minos i Radamantes. Wiész dobrze, że tak głupi nie jestem, abym temu wszystkiemu uwierzył, i gdybym o tém, nie zaś o wcale czém inném chciał słuchać, zamiast ciebie, wezwał-bym do śmiertelnego łoża mego paru augurów. Oniby mi te rzeczy szeroko rozpowiedzieli, a za progiem, spojrzawszy sobie w oczy, parsknęli-by śmiechem.
Demetryusz uśmiechał się przez chwilę, poczém łagodnie mówić zaczął:
— Są tacy, którym dusza zdawała się być sercem. Inni mówią że jest ona tchem, oddechem. Zenon z Cittium utrzymywał, że dusza świata to ogień. Arystoksenes miał ją za harmonią strun wewnętrznych, Pytagores za liczbę, Arystoteles za ruch nieustanny. Plato dzielił ją na trzy części: rozum w głowie, gniew w piersi, pożądliwość pod błoną piersiową. Bozki Plato najwięcéj przybliżył się do prawdy. Lecz nietylko rozum, gniew i pożądliwość powinien był wymienić. Wszystkie myśli i uczucia twe, Trazeuszu, były duszą twoją a słowa i czyny jéj oddechami.
Umilkł na chwilę i wszystko do koła milczało. Nawet szmer fontanny ucichł kędyś za ścianą palm i platanów; pobladły w górze ogniste obłoki; przygasły blaski kolumn i posadzki, a w opadającym na perystyl zmroku, w ciszy niezmąconéj, brzmiał nad głową skazańca sam jeden tylko, łagodny, głęboki głos filozofa.
— Znasz, Trazeuszu, naukę Epikura o atomach materyi, które, bujając nieustannie po nieskończonych przestrzeniach, tworzą ciągle coraz nowe światy i istoty. Gwiazda, metal, roślina, zwierzę i człowiek, zlepkami są nieskończonéj liczby atomów, z których każdy jest nieśmiertelnym, bo rozprzęgając się, wiążą się one znowu w kształty inne, a nigdy nie giną. Takiém jest królestwo materyi, do którego ciało twoje należy. Jak garść piasku, przez wiatr zdmuchnięta, rozpierzchnie się ono po nieskończonéj przestrzeni, a składające je atomy wnikną może w jedwabną tkaninę liliowego liścia, albo w strumieniu popłyną kroplą wody, czy parą wzniosą się w błękitne etery, zamigocą w płomieniu lampy, błysną w dyamencie, wyrosną z ziemi kłosem pszenicy, stwardnieją w sierści zwierzęcéj, spojrzą znów na świat źrenicą nowonarodzonego dziecięcia, lub świętym ogniem myśli zapłoną w mózgu męża. To wszystko opowiadam ci o królestwie ciał. Lecz obok niego istnieje takież królestwo dusz. Uczucia i myśli, to atomy duszy człowieka; tak jak te, które składają jego ciało, nie giną one nigdy, lecz sprzęgają się z atomami dusz innych, tworzą coraz nowe światy. Mądrość, wiedza, cnota, bohaterstwo, harmonia zlepkami są nieskończonéj liczby atomów, uleciały z dusz ludzkich. Nakształt ogniska rozwianego w mnóztwo płomyków i fali wodnéj w kroplistą mgłę, dusza twoja, Trazeuszu, rozproszy się po przestrzeni czasu, a składające ją atomy wnikną może w serce młodzieńca zapałem i męztwem, czy w pierś niewiasty pragnieniem wielkich miłości i ofiar, czy w czaszkę starca, miłą o czynach twoich opowieścią, czy w mózg dziecięcy, przeczuciem bohaterskości przyszłéj. Żywić się niemi będzie może niewolnik blady, lub truć się ten, który go rzucił w ciemnicę; wciągnie je w pierś swą pusty hulaka i z czołem zawstydzoném od biesiadnego stołu powstanie, albo męczennik, wychylający swą gorzką czarę, słodyczą ich usta swe ukoi. Ze śmiercią ludzi, nie umierają myśli ich, ani uczucia, ani słowa, ani czyny. To nawet, czego nigdy nie wypowiedziałeś, pieśnią bez słów w świat uleciało przez oczy twoje, postawę, uśmiechy, westchnienia. Milczące twoje bunty przeciw złemu, zabrzmią w przestrzeni czasu hasłem, wołającém ku dobru. A czy wiész, jaką pierś podnosić będą kiedyś bolesne twoje westchnienia? Na czyje usta zlecą uśmiechy twoich wspaniałych wzgard? Ty na to wszystko nie odpowiesz: „mnie tam nie będzie!” bo umiłowanie przyszłych wieków i pokoleń, mocno tkwi w duszach wzniosłych. Umierając, powtarzaj słowa starego poety:

Niechaj nikt łzami grobu mojego nie skrapia,
Ani z płaczem za trumną moją nie idzie —
Bo żyję wiecznie i z duszy do duszy przelatam.

Taką jest nieśmiertelność, Trazeuszu, którą ci opowiedział Demetryusz z Sunionu.
Przestał mówić i Trazeusz milczał także. Zbłąkany wśród laurów, ostatni promień słońca blady blask rzucił mu na czoło, gładkie teraz, jakby w zaraniu młodości. Dół jego twarzy pokrywał już cień nieprzejrzany, ale pod czołem wypogodzoném, widać było źrenice ze słodyczą zachwycenia wpatrzone w daleką przestrzeń. Pochylony nieco nad łożem Demetryusz zapytał:
— O czém teraz myślisz, Trazeuszu?
— Nazywaj mię przyjacielem swoim i pytaj: co widzę?
— Co widzisz, przyjacielu?
Bardzo cicho, tak jakby z wymawianemi słowy życie ulecieć zeń miało, Trazeusz zaczął:
— Widzę przestrzeń nieskończoną, napełnioną zmrokiem, płaczem i powiewami mroźnego Austeru. W téj krainie udręczeń płoną wielkie ogniska... u których wybledli i zziębli wędrowcy ogrzewają swe członki i drogi swe rozpoznawają, wołając: Dzięki Wam!
— Jedném z ognisk tych, Trazeuszu, będzie dusza twoja.
— Widzę jeszcze pustynią nagą i smętną. Ze spieczonych jéj piasków wytryskują szumiące zdroje. Do nich zeschłemi piersi przypadają pracownicy spoceni i, chciwe wargi w nich zatapiając, wołają: Dzięki Wam!
— Jednym ze zdrojów takich, Trazeuszu, będzie dusza twoja.
— Słyszę szczęk broni, huk ciał upadających, grzmot rozwalających się grodów. W tym zgrzytającym zgiełku, głosy jakieś przelatują, wołając: „harmonia! harmonia! harmonia!” Jeden z nich najwyraźniéj o słuch mój uderza...
— Jest-to, Trazeuszu, głos twojéj duszy.
— Słyszę świst biczów, chrzęst kości gniecionych, jęki szemrzące: krzywda! krzywda! i chichot olbrzymów, krzyczących: siła! siła! W tych gwarach zwycięztw i klęsk, przelatują głosy jakieś, wołając: sprawiedliwość! sprawiedliwość! sprawiedliwość!
— Pośród tych głosów, Trazeuszu, jest głos twojéj duszy.
Pierś umierającego wzdęła się długiém westchnieniem ulgi. Zwolna sennie powieki mu okryły zamglone źrenice, można-by rzec, że, cudną pieśnią upojony, usnął w rozkosznym spokoju. Jedna po drugiéj gasły perystylu kolumny, wprzódy rozpłomienione słońcem i w zawojach z kamiennych liści, stawały w zmroku, jak rzędy widm wysmukłych i białych. Górą, pod zciemniałą kopułą nieba, błysnęły gwiazdy; u końców perystylu i daléj, w głębiach domu, z wieloramiennych, wysokich świeczników, strzeliły płomienie lamp. Dymy kadzideł, palonych u domowego ołtarza, sinym obłokiem rozpostarły się w powietrzu i zapachami wonnych kor i korzeni owiały śmiertelne łoże. Nizko już teraz nad łożem schylony Demetryusz zapytał:
— O czém myślisz, przyjacielu?
Cichy, jak powiew zefiru, szept odpowiedział:
— Myślę, Demetryuszu, że gdybym ten zlepek atomów materyi, który był ciałem mojém, sprzęgał się po stokroć razy, stokroć razy, tak jak to raz uczyniłem, rozprzęgł-bym go przedwcześnie dla prawdy, dobra, harmonii i sprawiedliwości.
W godzinę potém, po wielkim, bogatym domu, po ulicach, rynkach, teatrach i pałacach rzymskich, z łkaniami rozpaczy, z szeptami trwogi i z chichotami tryumfu, popłynęły dwa wyrazy: Trazeusz umarł!
Nad łożem zmarłego skazańca stał jeszcze Demetryusz z Sunionu, twarz swą, po któréj ciężka łza ciekła, zwracając ku gwiazdom. Kiedy kapłani i sługi Wenery Libitiny, bogini pogrzebowych obrządków, mrucząc ponure mortualia, ciemnym orszakiem napełniali perystyl, on wzniósł ramiona i wielkim głosem zawołał: — Żegnaj, o nieśmiertelny!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.