Nauczycielka/cz. VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Nauczycielka/cz. V Nauczycielka • Tadeusz Miciński
Nauczycielka/cz. V Nauczycielka
Tadeusz Miciński
Opowiadanie odznaczone drugą nagrodą na konkursie literackim "Czasu"


W sierpniu.

Z dziwnem uczuciem przejrzałam te kartki. Nieświadomie złożyłam w nich kawałek swej duszy. Tylko kawałek i to byłej. Obecnie jestem już inna: doświadczeńsza, a więcej młoda; silniejsza, a mniej złożona. Wiele z tego, co dawniej tylko odczuwałam, dziś rozumiem. Życie! ty jesteś, jak otchłań morza, w którą im głębiej zstępujemy, tem prościej przedstawiają nam się twory i zjawiska życiowe, a jednocześnie, tem większą czujemy nad sobą potęgę bezmiaru...

Trudno mi pisać: rechotanie żab z dalekich dolatuje stawów i wśród ciszy nocnej wydaje się przygrywką do snu. Ale, gdy skupiam wszystkie wrażenia: tych gwiazd, miliardami rozsypanych po niebie, w wiecznym biegu spełniających wyznaczoną drogę; i tych drzew, głęboko zadumanych; i tych chat wieśniaczych, gdzie śpią zmęczone ludzkie mrówki — słyszę drugą, wielką przygrywkę — do życia...


∗             ∗

Staszecki od tygodnia przebywa na wsi, jutro odjeżdża.

Przed wieczorem, jak zazwyczaj, wyszliśmy na przechadzkę, tym razem daleką, bo aż na wiejski cmentarzyk.

Naturalnym biegiem myśli rozmowa przeszła do tematu istnienia za grobowego. Staszecki, posiadający rozległą wiedzą przyrodniczą i matematyczną, mówił niezwykle zajmująco o granicach poznania ludzkiego, o względności naszej wiedzy i o tem a priori, które tkwi w ujmowaniu wrażeń i tworzeniu pojęć ogólnych. „Ewolucya ducha na ziemskim globie prowadzi z konieczności umysł nasz poza szranki doświadczenia i tam każe przypuszczać dalszy ciąg tej ewolucyi”.

Hipoteza ta da się uzasadnić z równem prawdopodobieństwem, jak ewolucya w świecie organicznym, jak teorya Kanta i Laplace'a...

Na uboczu od cmentarza spostrzegliśmy karetę. Zdziwiło to nas, bo cmentarza tego nikt prawie nie odwiedza, jako zdawna opuszczonego. Wahaliśmy się, czy wejść, nie chcąc zakłócać modlącym skupienia, ale Zosia i jej towarzyszka patrzały tak błagalnie, że Staszecki uchylił furtki. Cmentarz ten ma parę wieków przeszłości. Pełno w nim zieleni, starych olbrzymich klonów, jodeł, brzóz; pełno kwiatów i zapachu nigdy niekoszonej trawy. Lubię go, jak starą kronikę, jak granitowego sfinksa o grzywie lwa, piersi kobiecej i mądrych oczach. Próżno staraliśmy się dostrzec kogokolwiek.

Nagle w cieniu czterech cyprysów, owitych bluszczem, ujrzeliśmy postać kobiecą. Aksamitny płaszcz walał się na piasku, a ona przylgnęła piersią do białego marmurowego krzyża. Był to grób pułkownika z roku 1863. Usłyszeliśmy nietłumione łkanie, a potem przejmujący wykrzyk:

— Spotkamy się za grobem, prawda, mój ojcze, że się spotkamy!

O siostro! niechaj te słowa, płynące z głębi kochającego, miłością mądrego serca, będą jasnowidzeniem, które tobie ulży w boleści, a mnie da moc do prowadzenia życia dalej...

Wyszliśmy niepostrzeżenie.

Słońce zaszło; purpurowe morze rozlało się na horyzoncie; nieuchwytna smuga zielonkawego seledynu dzieliła je i zarazem łączyła z ciemniejącym granatem nieba.

Ogarnął mnie jakiś mistycyzm i zdało mi się, że ta purpura w dole — to nasze życie, pełne walki; ta jasna, eteryczna zieloność, to nadzieja przyszłości, a dalej ten szafir, to już wieczność...

Z zamyślenia wyrwała nas rozmowa dziewczynek, które zwierzały się wzajemnie ze swych projektów.

Helenka lubi gospodarstwo i marzy o tem, aby matce dorównać i wyręczyć; Zosia pragnie zdobyć dużo wiedzy, stać się cierpliwą i wytrwałą, aby uczyć dzieci.

— Oto nawet taki drobiazg — odezwał się Staszecki — myśli o przyszłości, a my się o nią nie troszczymy.

— Owszem — odrzekłam — wciąż jestem zajęta myślą o niej.

— Czemże ją pani chce wypełnić?

— Rozrostem swych sił w walce.

— A gdy nastąpi znużenie?

— O, to daleko jeszcze, dopiero się odnalazłam, dopiero jestem sobą, dopiero zaczynam żyć. Czas odpoczynku przyjdzie później, gdy spełnię swoje zadanie i wychowam zastępczynię: Zosię.

— A wtedy zgodzisz się zostać moją żoną?

— Dobrze.

Wziął moją rękę i przycisnął do ust.

Zbliżaliśmy się do domu.

Przez dąbrowę szła gromada włościan, pobrzękując kosami; jedna z dziewcząt, niosących sierpy, silnym, czystym głosem nuciła, aż się echo rozlegało po zagajach.

Nagle Staszecki przystanął:

— Niech się pani przysłucha słowom tej piosenki:

 Wysoko, daleko
Listek na jaworze,
Kto się w kim zakocha
Dopomóż mu, Boże!

— Biorę to za dobrą wróżbę — rzekł radośnie.

— W takim razie ja za drugą, bo pierwszą już miałam tam na cmentarzu: „spotkamy się za grobem”.

— Ale i w życiu — zastrzegł.

— I w życiu — potwierdziłam.