Nauczycielka/cz. V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Nauczycielka/cz. IV Nauczycielka
Tadeusz Miciński
Nauczycielka/cz. VI
Opowiadanie odznaczone drugą nagrodą na konkursie literackim "Czasu"

2 czerwca, niedziela.

Poszłam dziś sama do parku i spotkałam Staszeckiego. Szedł zamyślony, spostrzegł mnie, gdym już przechodziła. Usłyszałam, jak przystanął i zaczął dopędzać. Odwróciłam się szczerze zadowolona, że mieć będę na przechadzce towarzysza. Ale był małomówny, wyglądał na zdenerwowanego.

Zapytałam, co mu jest. Zdjął kapelusz, wskazał na siwiejące włosy i rzekł gorzko:

— Włos każdy siwieje, czuję zgon każdego włosa.

Rzeczywiście, w przeciągu kilku ostatnich tygodni Staszecki posiwiał.

Chciałam okazać mu współczucie i może pomóc w smutku, którego powodu z lekka się domyślałam. Sądziłam, że idzie tu o Manię, która odwzajemniała się Staszeckiemu sympatyą. Mówiłam długo o jej niesłychanie dzielnym charakterze i wyższym umyśle — zbywał mnie półsłówkami, zdawał się przysłuchiwać z grzeczności. — Wtedy przeszłam bezpośrednio do niego samego i powiedziałam, iż powinien raz wreszcie ustalić sobie byt rodzinny.

Zaśmiał się i pokazując ręką drzewo, spytał: „Czy z tą wierzbą?”

Byłam urażona za Manię. Odrzekłam sucho, że jeżeli ktoś wierzbę pokochał, powinien starać się o jej wzajemność.

— Pyszna recepta! — zawołał — szkoda tylko, że stoją na przeszkodzie ukraińskie rzeki... Nie rozumiałam aluzyi. Wszakże Mania pochodzi z Polesia — i w ogóle, co mają z nią wspólnego rzeki?

Rozmowa przeszła na tor inny, mówiliśmy o swych znajomych. Staszecki nagle wspomniał nazwisko Konrada.

— Pan go znasz? — spytałam żywo.

— Mój kolega szkolny. Wygląda pani, jakby niezadowolona z tej wspólnej znajomości...

Świdrował mnie oczyma, czułam, że się rumienię, ale wnet odzyskałam spokój: choćby wiedział wszystko, cóż w tem dla mnie hańbiącego?

— Nie spodziewałem się nigdy — zaczął znowu — żeby pani była tak przykładną siostrą miłosierdzia.

Z tonu sądzić nie mogłam, czy mówi ironicznie lub seryo.

— Panie Adamie — rzekłam — nie wiem, w jaki sposób stałeś się właścicielem pewnych tajemnic — proszę, nie wspominaj dni, które przeszły!

— Czy w dniach dzisiejszej niedoli wspomnienie ich tak jest przykre?

Spostrzegłam, ze próbuje badać. Jakiem prawem?

— Panie — rzekłam zimno — są wspomnienia, których dotykać pozwalamy tylko bliskim!... Odprowadził mnie do domu więcej jeszcze milczący.

Przykro mi, jeślim go uraziła — jutro to powetuję...


(Tegoż dnia).

Czytałam przez kilka godzin. Za chwilę położę się spać. Doznaję dziwnego wrażenia, jak wtedy, gdy przed zmęczonemi oczyma skacze bezustannie czarny punkcik. O czemkolwiek zaczynam myśleć, staje mi przed oczyma blada twarz Staszeckiego i świdrujące oczy. Czyżbym się lękała jego podejrzeń? Śmieszne to, a jednak...

Podejrzenie, jak przylepiona do ciała smolą, nie sprawia właściwego bólu, ale męczy, denerwuje, tak, że nareszcie chwytamy paznokciami skórę i zdzieramy do krwi...


∗             ∗

Stefka wychodzi za mąż! Powiedziała mi to w tajemnicy, ale jednocześnie pani Courbet, tamta pod sekretem którejś znów, i w jednej chwili cała pensya dowiedziała się o tym znamiennym wypadku.

Stefkę otaczają, winszują — pół żartem, pół seryo. Jeden Staszecki nie ukrywa ironii. Stał się tak drwiący i żółciowy, że niepodobna trzech słów z nim zamienić. Stefce gorąco winszował, bo małżeństwo jest doskonałym środkiem na wytępienie inteligencyi: amputuje głowę, a przedstawia bocianie gniazdo.

Na to Stefka:

— Mówi przez pana zazdrość — biedny pan! nie mieć żadnego kochającego serca!

— Zlituj się pani i nie lituj się nade mną! — odrzekł z nagłym wybuchem niecierpliwości i wyszedł z pokoju.

Rzeczywiście Stefka wygląda, jakby dla nas wszystkich miała wielkie politowanie, taka jest rzewna, cicha, w spojrzeniu słodka.

Nigdy bym nie przypuściła, aby ów jakobin zdecydował się na tak ryzykowny krok.

A jednak — najformalniej, w białych rękawiczkach oświadczył się Stefce.

Za miesiąc skończy uniwersytet, za pół roku się pobiorą i zaraz wyjadą na prowincye, gdzie młody doktor ma już obiecaną posadę.

Stefka roi czarowne widoki na przyszłość: domek winem obsadzony, ogródek, w którym będzie sadzić malwy, bratki...

— Kapustę, pietruszkę — dodałam.

— Naturalnie! utrzymanie porządku w pokojach, w kuchni, wszystko to zapełni dzień, wieczorem zaś głośne czytania...

— A dzieci? — spytałam.

— Nie dokuczaj mi! — prosiła — a wreszcie mów, powtarzaj, ja sama ci powiem, że chcę mieć dzieci, chcę mieć rodzinę, ty i Mania macie inne usposobienia: zimne, abstrakcyjne!

— A Sakia-Muni? czy nie wytoczy procesu dawnej prozelitce?

— Odeślę go do ciebie, powetuje sobie stratę stokroć — odrzekła zadąsana. (Już nawet dąsać się nauczyła, z czem jej bardzo do twarzy). Ale rozjaśniła się zaraz i znów zaczęła opowiadać o małym dworku z winem (albo z clematisem — lepiej z winem!) o Stachu, którego będzie surowo trzymać, choć i bez tego będzie on porządnym mężem i dzielnym doktorem...

Jakie to sielankowe, nieprawdaż? nawet bardzo żartować nie można z takich prostych, szczerych i dobrych uczuć!


∗             ∗

Było dziś nowe zajście na pensyi.

Inspektor znalazł u jakiejś przychodniej egzemplarz historyi polskiej (cenzuralny), zwymyślał całą klasę, nauczycielkę, potem wpadł do gabinetu przełożonej i przysięgał na honor, że zamknie pensyę.

Przełożona natychmiast pojechała do kuratora i wytłumaczyła mu, że nie może być odpowiedzialną, jeśli która z uczennic przyniesie z sobą książkę, nie należącą do przepisanych podręczników, nb. cenzuralną.

Kurator wysłuchał sprawy bardzo grzecznie, ale powiedział na odchodnem:

— Jak dotąd świetnie udaje się pani bronić swego patryotycznego posterunku. Ale co będzie dalej?

Tak, co będzie dalej?

Są u nas ludzie nieuleczalni, ślepi, którzy sądzą, że lojalność i zachowywanie wszelkich przepisów prawnych uwolni od niebezpieczeństwa utraty urzędu, lub możności prywatnego zarobkowania, od wywiezienia drogą administracyjną, lub zamknięcia w cytadeli. Ci ludzie nie rozumieją tego, niesłychanie prostego objawu w dziedzinie niższych instynktów: „chcę ciebie zjeść nie dlatego, żeś przed emną zawinił, ale że czuję apetyt”.

Wobec tego staje się zrozumiałem, dlaczego stanowisko i zajęcie polskiego stróża, polskiego kancelisty, polskiego nauczyciela jest uważane za „posterunek polityczny”, który należy znieść w imię instynktu.

Przełożona, mimo groźby, zawartej w delikatnych słowach kuratora, nie traci spokoju; powiedziała do mnie:

— Będziemy pracować, póki nam pensyi nie zanikną.

— A wtedy? — spytałam.

— Zajmiemy inny posterunek i będziemy pracować dalej, póki nas nie zgniotą zupełnie.

Czułam się porwaną temi słowami, a jednocześnie upokorzoną: „będziemy pracować”, a ja z tych szeregów występuję... Cóż robić? jest coś silniejszego nad obowiązek, honor, miłość idei narodowej, a tym fetyszem wszechwładnym są zmęczone nerwy.

Inspektor dziś (znów!) przyszedł bardzo ugrzeczniony, użalił się nad przełożoną, że ma tyle pracy i kłopotów — a potem odwiedził drugą klasę; kazał zmówić modlitwy, zadeklamować z uczuciem i zrozumieniem „Boże Carja obrani”, nareszcie zapytał którejś:

— Kto to jest Rosyjanin?

Gdy uczennica, drżąc z przerażenia, żeby nie powiedzieć czegoś niestosownego, milczała — inspektor nalegał:

— No, powiedz, powiedz, gołubuszka, kto to jest Rosyjanin?

— Człowiek — odrzekła niepewnym głosem delikwentka.

— Wot głupost! ale dla ciebie, dla was, kim jest Rosyanin?

A gdy znów milczała ze spuszczonymi oczyma:

— Brat — rzekł łagodnie — brat, wasz brat!

Nieszczęście chciało (bo u nas nieszczęściem jest wszelki wyraz żywszych ludzkich uczuć), że jedna z uczennic wzruszyła na to braterstwo ramionami.

Inspektor - brat stał się nagle zielony, przyskoczył do biednej dziewczynki, pienił się ze złości, tupał nogami i kazał jej postawić dwójkę z rocznego sprawowania. Działo się to w mojej obecności, w mojej klasie!

Gdyby nie obawa narażenia pensyi na zamknięcie, kazałabym temu panu wyjść za drzwi.

Ale musiałam milczeć i zaciskać zęby.

A teraz plączę i ból mną targa niezmierny...

Jeruzalem! Jeruzalem! biedna ziemio ty! Gdy twej męce nie poświęcę każdej mojej lży, Jeśli ciebie nie ogarnę mym synowskim żalem, To mnie przeklnij i zapomnij, matko Jeruzalem!


∗             ∗

Przyszłość moją zdecydowały malce.

Odbywałam dziś zwykłe, sobotnie czytanie, którego słuchają jednocześnie trzy niższe oddziały: miało być ostatnie w tym roku. Wybrałam wzruszającą opowieść Amicisa o chłopcu, który potajemnie dopomagał ojcu w przepisywaniu, przesiadywał nieraz całemi nocami, co naturalnie odbijało się niekorzystnie na jego zdrowiu i poste pach w nauce; ojciec zaczął być dla niego surowym, karcił ustawicznie za lenistwo, aż pewnego razu zastał syna, który z czerwonemi od zmęczenia oczyma, blady siedział nad pliką papierów i pisał.

Dziewczynki słuchały z niezmienieni zaciekawieniem, większość łzy miała w oczach. — Gdy skończyłam, wywiązała się dyskusya o cichem bohaterstwie.

Trudno uwierzyć, ile gorących uczuć, ile skłonności do poświęcenia żywią te małe dziesięcio lub dwunastoletnie kobietki! z jakim entuzyazmem mówią o czynach bohaterstwa, które znały ze słyszenia lub naocznie.

Posypały się opowiadania: jedna widziała pastuszka na wsi, który cały swój obiad oddał że brakowi; druga (poetka, jak ją nazywają towarzyszki) opowiedziała przerywanym od wzruszenia głosem historyę starego tragarza na stacyi kolejowej, który ciężką pracą utrzymywał troje wnucząt. Raz dźwigał jakiś wielki ciężar, potknął się i upadł. Ciężar przygniótł mu piersi i połamał żebra. A on, umierając, rozpaczał tylko nad tem, że jego wnuczęta zginą z głodu!

Wtem jedna się odezwała:

— Zosia to też bohaterka!

— Dlaczego? — spytałam zdziwiona.

— Ach, co te małe plotą — przerwała moja nieodstępna trzecioklasistka, oblewając się cała pąsem.

— Niech pani jej nie wierzy — odezwała się rezolutna Mikulska — Zosia od pół roku pomaga w lekcyach wstępniaczkom; ma trzy uczennice i to jej zajmuje co dzień godzinę rekreacyjną.

— Dlaczego ukrywałaś się z tem przede mną, Zosiu? — spytałam.

Milczała, potem rzekła:

— Bo w tem niema żadnej zasługi, to sprawiało też i przyjemność!

Trzy małe dziewczynki powstały i serdecznie ją uścisnęły. Były to niegdyś bardzo słabe uczennice, obecnie mają zapewnioną promocyę. Po skończonej godzinie cały tłum dziewczątek otoczył mnie i z wesołymi okrzykami wolał: do widzenia! na rok przyszły znów będziemy z paniusią czytywały takie śliczne rzeczy.

— Czy nie wiecie — odezwała, się smutno Zosia — że pani od nas odjeżdża na zawsze?

— Na zawsze? odjeżdża? Zdziwiły się towarzyszki i zachmurzyły, gotowe do łez.

— Dlaczego pani nas opuszcza? dlaczego? - Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

A tymczasem cały ten wieniec dziecinnych postaci o twarzyczkach anielskich wpatrywał się we mnie z wyrzutem i niekłamanym żalem.

— Pani jest chora! — rzekła Zosia.

— Chora? — zaczynały się dziwić i przerażać maleństwa. — Chora? a myśmy o tem nic nie wiedziały! To pewno z naszego powodu! My już będziemy dobrze się sprawować, tylko niech paniusia zostanie, moja złota! — prosiły.

— A będziecie mnie kochały tak samo, jak teraz? — spytałam, ocierając ukradkiem łzy.

— O tak! my tylko mamy nasze tak kochamy, jak paniusię.

— A więc zostanę, moje dziewczątka! mnie też byłoby żal was opuszczać.

Kilkanaście ramionek objęło mnie, kilkanaście ust poczułam jednocześnie na twarzy i rękach, a Zosia, która staią na uboczu, rozpłakała się i wybiegła.

Potem, mówiąc mi dobranoc, szepnęła:

— Paniusiu, ja też będę nauczycielką, dobrze?...

Moje wy dzieci kochane! wy moje — naprawdę moje!

Zostanę się, naturalnie, że zostanę. Tylko i wy zostańcie nadal tak dobremi. Niech pierwszy bal i piąta klasa nie zrobią z was ptaszków, muskających swe piórka!

Ale żeby to nie nastąpiło, trzeba nad wami czuwać. Więc będę!


∗             ∗

Staszecki, gdy mnie dziś spotkał, pogładził swą piękną brodę i z bolesno ironiczną miną rzekł:

— Pozwoli pani przynajmniej się opłakiwać, gdy nasze miasteczko zostanie przez nią osierocone?

— Skąd pan wie, że dłużej nie będę na pensyi?

— Ulicznicy już o tem piosenki wyśpiewują!

— Że też panu wszystko zawsze wyśpiewać muszą...

— To los tych, którzy mają uszy. Dla mnie wystarcza być obserwatorem. Jest pani wesoła i spokojna, zatem można oczekiwać jednej z owych miłych kobiecych niespodzianek, po których porządne masculinum błogosławi króla Niebiosów, że go nie stworzył: „ani kamieniem, ani rośliną, ani zwierzęciem, ani niewiastą”.

— Rzeczywiście, jesteśmy zaledwo trochę mniej zmienne, niż mężczyźni.

— W skutku tego?

— Pańskie wiadomości uliczne oraz obserwacye warte są tyle, co jego błogosławieństwa.

— Jakto, więc pani pensyi...

— Nie opuszczam, oto wszystko.

Staszecki zrobił ruch nagły, jakby mnie chciał uściskać. Aż się zaśmiałam w duszy. Poszłam do przełożonej. Patrzała zamyślona w okno, nie słysząc drzwi otwieranych. Spostrzegłszy mnie, powstała i rzekła:

— Cóż, p. Amelio! za tydzień wyjedziesz od nas na zawsze... Przyjmij ten drobiazg na pamiątkę wspólnej pracy — i podała mi w złoto oprawną miniaturę Klementyny Hoffmannowej.

— Chciałam panią prosić o wielką łaskę...

— Może chcesz wyjechać wcześniej? Jesteś zmęczona... dobrze, my cię zastąpimy moje dziecko...

Coś mnie w gardle ścisnęło.

— Ależ przeciwnie, chciałam prosić, byś mi pani pozwoliła zostać dłużej na pensyi!

Patrzała na mnie długo, wreszcie rzekła:

— Rozważ, czy nie będzie to nad twoje siły?

— O, nie sądź pani z mego poprzedniego stanu duszy! Gdy trochę odpocznę na wakacyach, dowiodę, jak jestem silna i wytrzymała.

Uścisnęłyśmy się serdecznie, łza jej spadła na mą twarz.

— Da Bóg — rzekła — że będziemy się bronić jeszcze długo!


∗             ∗

Kafarska dowiedziała się, że zostaję i załamała nade mną ręce.

— Nieszczęsna! zrujnujesz zdrowie, będziesz wyglądała jak cień! nam zostaw tę niewdzięczną pracę! my tylko znieść ją potrafimy — deklamowała melodramatycznie.

— A jakiegoż eliksiru zdrowia używa pani?

— Odpowiadasz impertynencyą na rady, płynące z serca. Więc zostań, zostań! zaznawaj tutejszych rozkoszy, ale przekonasz się, że nie jest tu tak przyjemnie, jak w hotelu...

Za nami stała przełożona. Kafarska, gdy ją spostrzegła, urwała i zaczerwieniła się.

Chciałam wyjść, bo łzy mnie dusiły. Przełożona zatrzymała:

— Panno Amelio, czy nie byłabyś łaskawa objąć od przyszłego roku zajęć administracyjnych zamiast lekcyj popołudniowych?

— Nie wiem, czy podołam — odrzekłam.

— Dałaś tego dostateczne dowody. Wzbudzasz szacunek w każdej uczciwej, znającej cię osobie. Czy nie tak, proszę pani? — zwróciła się do Kafarskiej.

— Ależ tak, tak! panna Amelia taka młoda, a cieszy się ogólnem powodzeniem.

Była to złośliwość, na którą i teraz odpowiedziałam milczeniem.

„Idź swoją drogą i pozwól mówić ludziom”.

Dziś był popis. Wypadł świetnie. Zosia dostała list pochwalny. Przysłany z okręgu naukowego dostojnik wyraził podziw, że uczennice robią tak wielkie postępy. Wszyscy w brylantowych humorach.

Po skończonej uroczystości zostałam wezwana do salonu.

Staszecki wyświeżony, z różami na piersiach, podskoczył do mnie i uścisnął rękę.

— Racz pani przyjąć te kwiatki — rzekł, podając wspaniały bukiet storczyków.

— Ależ panie... — zaczęłam.

— Czy ma pani już miejsce na wakacye? — przerwał szybko.

— Dotąd nie.

— A więc może pani przyjmie o pół mili od Nałęczowa, do jednej dziewczynki; kwota stu rubli. Ludzie zacni, znam ich doskonale, dom przyjemny, odpocznie pani świetnie...

— Dziękuję panu.

— Jakto! nie chcesz pani przyjąć? dlaczego? proszę samej oznaczyć warunki!

— Przecież jeśli panu dziękuję, to znaczy, że gotowam przyjąć i być wdzięczną za jego pomoc. A pan, co z sobą robi przez lato?

— Co do mnie, proszę pani, doktorzy ostatnią nerwową kuracyę każą odbyć...

— Może w Nałęczowie?

— Zgadła pani. — Zrobiłam poważną minę. — Tylko niech pani nie sądzi, że to jaki fortel uknuty!

— Obawiam się, że nie będę mogła miejsca tego przyjąć.

— Ponieważ? — wycedził powoli.

— Ponieważ nie chcę rozstać się z Zosią. Chyba, że ci państwo dadzą mi połowę oznaczonej sumy, a wzamian pozwolą, bym ją wzięła z sobą.

— Cóż to — zaperzył się — moich krewnych uważasz pani za spekulantów? Będą szczęśliwi, gdy dla swej córki zdobędą towarzyszkę.

— A więc wszystko w porządku, jutro mogę wyruszyć.

— Tylko — zaczął się uśmiechać złośliwie — tam niema rzek romantycznych! — Niestety, gdyby nawet były, pedantyzm pewnych nauczycieli przerobiłby je na trotoary. Pedanci dowiodą pani...

— Że umieją ofiarować piękne bukiety i kochać swój naród... Za pierwsze ich się lubi, za drugie... szanuje.

Podaliśmy sobie ręce, serdecznie, po przyjacielsku.