Nauczycielka/cz. IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Nauczycielka/cz. III Nauczycielka
Tadeusz Miciński
Nauczycielka/cz. V
Opowiadanie odznaczone drugą nagrodą w kolnkursie literackim "Czasu"


17 stycznia.

Konrad bardzo lubi kwiaty — chciałam mu przystroić pokój, ale bałam się wybierać pachnące. Dlatego kupiłam przeważnie obce: azalee, kamelie, chryzantemy, gloksynie, oraz rzecz niezwykłą w zimie — doniczkę, pełną naszych bławatków z kilkunastu kłosami pszenicy.

Ustawiłam to wszystko przy łóżku, a gdy się obudził, uśmiechał się do mnie i dziękował wzrokiem. Potem zapytał:

— Dlaczego wszystkie kwiaty dajesz mi bez zapachu?

A zgadując moją odpowiedź, dodał:

— Nie lękaj się, już mi nic w głowie nie zakręci. Daj mi kilka kwiatów wyłącznie od siebie.

Zerwałam bławatków i pszenicy, i podałam mu. Przyjął, milcząc.


D. 21 stycznia.

Zaczyna wracać do zdrowia. Dziś był o tyle silny, że mógł słuchać głośnego czytania. Prosił, abym wybrała W Szwajcaryi.

Bałam się, że go to rozdrażni, ale przeciwnie, uspokoił się i rozmarzył.

— Widzisz, moja droga, ja ciebie podobnie, fantazyjnie kocham. Tylko, że Słowacki umierał z żalu, usychał z tęsknoty, " ale pozostał zdrów, a ja porwałem za pistolet...

— Czemu nie poszedłeś za jego przykładem — odrzekłam żartobliwie — nie napisałeś większego jeszcze, o trzystu stronicach, poematu, a na pewno byłbyś zdrów na ciele i na duszy, jak po hydropatyi.

Uraził się, ale potem wesoło gawędziliśmy o różnych gatunkach miłości.


D. 25 stycznia.

Nauczyłam się opatrywać mu ranę. Ma niewielki otwór, jak dziesiątka, który się szybko zabliźnia. Doktor obiecuje, że za tydzień Konrad będzie mógł się podnieść z łóżka.


∗             ∗

Między nami nastąpił jakby niemy układ — nie wspominamy nigdy przeszłości, za to często mówimy o Halce, jej rodzicach, lub w ogóle o małżeństwie, wychowywaniu dzieci, stanie naszego społeczeństwa. Ten ostatni temat staram się nawiązywać najczęściej — dziwi mnie, że Konrada on tak mało interesuje.

Raz, czytając na głos „Dwa bieguny”, wyrzekłam zdanie, że nigdzie może tyle sił nie trwoni się marnie, jak w naszem społeczeństwie. A przecież stosunkowo nigdzie tylu rąk i głów do pracy nie trzeba, jak u nas.

Na to Konrad:

— Tak, hodowla ras poprawnych dałaby zdrowie moralne. Dlatego chcesz mnie zrobić hodowcą?

Czy zasłużyłam na taką ironię?


∗             ∗

O ile da się naprawić stosunek Konrada do żony i w jaki sposób — oto myśl, która zajmuje mnie w dzień i nie daje mi spać w nocy. Bo jeżeli żonę kocha i za mną pogonił jedynie ogarnięty urokiem poetycznych wspomnień, powinien przed żoną wyznać wszystko otwarcie i wszystko wytłumaczyć.

Twierdzą, że na kłamstwie można budować szczęście. Ale jeżeli kłamiąc, możemy kogoś zrobić szczęśliwym, za to nigdy siebie. Do szczęścia trzeba wiary w prawomocność, właściwość swego postępowania. Okłamując, dajemy przewagę ukrywanym okolicznościom, bo chociaż od ich konsekwencyi staramy się uchylić — kołysze się ona wiecznie nad nami, jak miecz na nici przypadku zawieszony.

Jest to żywot tułacza, tłumiącego swą godność, ściganego obawą odkrycia, a nie śmiącego wyrąbać sobie szablą, lub zdobyć siłą argumentów, lub zasłużyć pokutą i krzywd naprawieniem — prawa noszenia tej godności wobec siebie i wobec innych.

Lecz w wypadku, gdy Konrad jej nie kocha, czy lepiej, aby udawał uczucie, którego nie ma i utrzymywał kłamstwo, pustą formę małżeństwa, czy żeby zerwał wszystko, opuścił żonę i — znów wielki znak zapytania. Trzeba by mieć tę lub ową pewność. Jak ją zdobyć?


∗             ∗

Obserwując Konrada, dochodzę do przekonania, że nie kocha on ani mnie, ani Haliny, a raczej, że kocha jednę i drugą. Ze mną lubi marzyć, poetyzować — Halka podoba mu się przez swój wdzięk naiwny, prostotę, szczerość, pogodę duszy...

Jest to człowiek, któremu przeciwności zapalają wyobraźnię, a zdobycze ją studzą. Kocha, póki kobieta mu nie wyzna, że gotowa iść za nim.

Z drugiej strony jego natura miękka przywyka do łagodnej, ciepłej dłoni kobiecej, jestem pewna, że gdyby zamiast mnie była np. siostra miłosierdzia, przywiązałby się do niej, a raczej zapałałby uczuciem, jak błysk racy, krótkotrwałem, ale gorącem i świetnem.

Gzy jest to sumienność? nie, może raczej stałość tego popędu wyobraźniowego, który, mając niejasne poczucie ideału, mierzy nim ludzi, jak obłokiem chrabąszcze; czyni to bez świadomej analizy, wprost z mimowolnego zestawienia dwu wrażeń: spoczywającego gdzieś tam na dnie duszy i płynącego zewnątrz — ze świata.

Ujmuje życie pod kategoryą nieokreślonych, niby z Empirejów Platona zaczerpniętych, idej. Nie oddziela tego, co jest, od tego, co by się pragnęło. Stąd mglistość w postępowaniu, stąd niejasność własnych uczuć dla siebie samego. Gotów wszystko zrobić pod wrażeniem, rozdętem przez wyobraźnię, a prawie nic w imię tego, co zna i posiada.

Może się mylę, — wkrótce sprawdzę.


∗             ∗

W rozmowie spytałam Konrada, co zamyśla zrobić ze mną.

Zdziwił się niezmiernie i odrzekł wymijająco, że teraz śni rozkosznie, więc poco go budzić?

Zwróciłam uwagę, że gdy długi sen jemu służy, mnie może wyczerpać, szczególniej wobec ataków opinii.

— Jak to, więc dbasz o sądy ludzkie! — spytał z żalem.

— Naturalnie! (naiwny wyrzut, który zrobi każda męska pycha: jak to, wobec mnie — twego bóstwa, dbasz jeszcze o ten nędzny, otaczający cię świat!)

— Cóż więc chcesz, abym uczynił?

— Bez ślubu żyć nie możemy...

— Ślub... ależ to niepodobieństwo! nie jestem mormonem.

Wstyd mnie oblał, lecz postanowiłam anatomizować dalej:

— Przyjmij protestantyzm, ślub poprzedni zostanie zerwany, staniesz się wolnym.

— I ty to mówisz z takim spokojem?

— Jeśli chcesz mnie posiąść, nie widzę innej drogi. Wreszcie, co znaczy jedna trudność wobec naszego przyszłego szczęścia?

Milczał.

Po długiej pauzie rzekł:

— To byłoby jednak nieuczciwie z mej strony! w jakiem położeniu zostawiłbym Halinę? proszę cię, Amelio, postaw się na mojem miejscu, jako prawego człowieka...

Tryumfowałam.

Słowa Konrada dla każdego uczciwego sumienia były prawdą oczywistą. Ale oczywistość ta, jak wiele innych, gdy chodzi o ścisłość myślenia oraz postępowania, musi być wyrażona i za fundament przyjęta.

Postanowiłam iść dalej i zerwać ostatnią zasłonę z nagiego posągu prawdy.

— Więc gdzie twoja miłość — krzyknęłam — gdy dawnych związków nie chcesz poświęcić dla mnie! Czemże ci jest żona, której nie kochasz wcale?

— Nie kocham, zapewne, ale widzisz, jestem przywiązany do niej. Każdego mężczyznę zdobywa i przykuwa myśl, że jest kochanym, a ona ma dla mnie tyle uczucia... Wreszcie, ty może tego nie rozumiesz, jako kobieta, ale honor mój byłby zadraśnięty. Ja nie mogę porzucić zupełnie żony, uciec od niej, jak kantorowicz od swego pryncypała.

— A cóż my ze sobą zrobimy?

— Wyjedziemy tymczasem gdzieś daleko np. do Szwajcaryi, a potem... któż myśli o potem! Jedna chwila rozkoszy i upojenia ozłoci nam całe pasmo szarego życia.

— Nie, mój drogi — odrzekłam zimno — masz do wyboru, spalić za sobą mosty, albo ich nie przechodzić wcale. Wybieraj!

Czułam, że rozmowa wywiera nań przykre wrażenie. Nic dziwnego, proponowałam układy, a mężczyzna znosi tylko zdanie się na łaskę i niełaskę.

Zaczął mówić długo o tem, że kocha mnie nad wyraz, wszak dał tego dowód! ale względem Halki ma pewne obowiązki. Ona bez niego byłaby tak nieszczęśliwa, powiedziała mu kiedyś, że nie przeżyłaby opuszczenia!...

— Słusznie, byłoby straszną niewdzięcznością nie obdarzać uczuciem takiej istoty. Zatem masz we mnie siostrę czy przyjaciółkę, ale za to żonę swą kochaj szczerze i uczciwie.

Spojrzał na mnie zdziwiony z takiego obrotu rzeczy.

— Więc będziesz mi tylko siostrą! — westchnął. Milczałam. Gdyby milczenie to dało się przetłumaczyć na dźwięki, znaczyłoby długi, ironiczny śmiech. Ale zarazem lekko mi było na sercu, niema bowiem nic straszniejszego nad niezdecydowanie, gdy każda chwila zacieśnia pętlicę sytuacyi i dla wyjścia niesplamionego coraz mniej zostaje miejsca.

Konrad sądzi, że całe zajście ukryć należy przed żoną, bo gdy się dowie, wieczny żal do niego w sercu zachowa.

Jestem pewna, że się myli: znam lepiej Halkę i w ogóle kobiety. Porządna, kochająca kobieta mężczyzny nie potępi, gdy chwilowy szał go ogarnie i pogoni za inną.

Ale tej innej za to — nie przebaczy nigdy.

Wykonałam ryzykowny krok, obawiam się jego następstw, ale zdawało mi się, że tak postąpić było moim obowiązkiem.

Napisałam do Halki list, objaśniając jej wszystko. Dodałam, iż byłoby nieszlachetnie, gdyby nie przebaczyła Konradowi; jeśli ma żywić żal, to tylko do mnie, która dawałam zbytnie wodze marzeniom w Harasimówce i rozpalałam gorącą wyobraźnię Konrada. Winę swą okupiłam długim bólem i czystością postępowania późniejszego. Niech go zabierze, niech z nim pracuje razem, niech go kocha, jak dawniej i nie zważa na ten wypadek.

Ja już nie stoję między nimi.


∗             ∗

Konrada dręczą zgryzoty, że Halka dowie się o wszystkiem z boku i wiadomość ta może niebezpiecznie oddziałać na jej organizm — spodziewa się bowiem wkrótce rozwiązania. Nie przewidziałam tej okoliczności.

Lękam się okropnie. Noc przepędziłam bezsennie, widząc przed sobą zrozpaczoną twarz Halki po przeczytania listu.

Czyżby zawsze w ślad za memi najczystszemi pobudkami iść miały nieszczęścia?


∗             ∗

Odebrałam telegram — Halka jutro przyjeżdża. Dzięki Ci Boże! Jestem pewna, że nastąpi między nimi harmonia, jakiej dotąd nie było.


∗             ∗

Starałam się przygotować Konrada do przybycia żony. On, jakby coś przeczuwał, wyrzekł, iż mnie będzie zawdzięczał, jeśli zostanie spokojnym, poczciwym małżonkiem. Jednocześnie wziął moją rękę, przyciągnął do siebie i chciał pocałować.

Spojrzałam mu w oczy i spytałam: czy należę do kobiet, które się znieważa?

Zmięszał się, a potem wpadł w gniew i zaczął dowodzić, że jestem komedyantka, bo mieszkam razem z nim, a udaję mniszkę.

Uczułam niezmierny ból policzka, wymierzonego przez istotę, która niegdyś była mi droga.

— Nie zrywaj białych róż brudnemi rękoma! — rzekłam.

— Już cię ta krew moja poplamiła — zaśmiał się szyderczo. — Już nie zmyjesz tych plam i palić cię one będą zawsze. Wreszcie, po co się łudzić? białe róże rosną dla nas za wysoko!

— A czerwone za nisko...

Poszłam do swego pokoju i długo myślałam — (śmieszne, nieprawdaż?), co czuje drzewo, gdy wiatr jesienny zrywa mu liście...

Aż się zanosi od śmiechu, chyląc koronę na wszystkie strony: bo ten wiatr zrywa liście już zwiędłe, a co po nich? Niech lecą z wiatrem...

Ale drzewo śmiać się może, bo wie, iż na wiosnę okryje się nowymi, a serce ludzkie, obnażone z zieleni, schnie bez nadziei.


∗             ∗

Konrad mnie przywołał do siebie, rozpłakał się i rzekł:

— Daruj mi obelgę, którą ci wyrządziłem! Jestem zepsuty, kapryśny, zły! Tobie szczęścia nigdy dać bym nie mógł, lecz Halce — spróbuję! Wszystko, co lepsze w mej duszy, zwraca się ku tobie z podziękowaniem za to, co zrobiłaś dla mnie, a więcej jeszcze, iż nie będę miał na sumieniu tego dziecka. (Żonę swą zwykle nazywa dzieckiem. Żona-dziecko! wydaje mi się to czemś nie do pogodzenia)...

Mimo wszelkich przejść bolesnych, czuję się dobrze, bo stanęłam w zgodzie sama z sobą.


∗             ∗


(Na pensyi).

Nie chciałam swą obecnością „męża oddzielać od żony”, więc przed przybyciem Haliny wróciłam na pensyę. Odrazu weszłam w tryb dawnych zajęć. Skąd mi się wzięło tyle spokoju? czy to płynie z poczucia obowiązku?

Obowiązek, to jedynie sztandar, który sam przez się zwyciężyć, ani zapalić do czynu — niezdolny.

Do tego trzeba miłości. Do takiego zwycięztwa trzeba miłości samej siebie: nie umiałam i nie chciałam poświęcić swego porządku moralnego. Może kiedyś zwątpię w jego wartość — dziś go czuję i błogosławię.


∗             ∗

Niespodziewanie odwiedziła mnie Halina. Stanęła we drzwiach i gdym podeszła do niej, padła mi w objęcia z płaczem. Był to płacz szczęścia. Przepraszała za swój egoizm, dziękowała za poświęcenie, a mnie smutno było, że to „dziecko” znów może doznać zawodów.

— Ty go kochasz! — mówiła. — Ja wiem, ty go nawet lepiej kochasz ode mnie, ale ja silniej! dlatego dobrze, żeś mi go oddała.

Śmiała się, a jednocześnie łzy płynęły po jej okrągłej, białej twarzy.

Biedne wy kobiety! miłość wasza jest rozlaniem swego ja w jego ja; jest to pokora niewolnicy; jest to płynięcie bez wioseł i steru za jego cieniem. Biedne wy i szczęśliwe! Bo pozbywacie się dumy osobistej i człowieczeństwa, ale za to zdobywacie coś realnego — macierzyństwo, i wierzycie, że ten, który was całuje, jest Apollinem, i że dziecko będzie półbogiem.

Co do mnie, jestem kobietą nienormalną: miłość pojmuję, jako przymierze do walki. Tem się objaśnia łatwość mej ofiary: Konrad jest ideałem w pierwszem określeniu, lecz tylko cieniem — w drugiem.

Odkąd to sobie powiedziałam — byłam spokojna.


∗             ∗

Byłam spokojna, aż do dnia drugiego. Wtedy porwał mnie jakiś potwór i zaczął ssać... Tak wyobrażam sobie głowonoga: jest to jedna głowa, a osiem duszących uścisków. Było to coś bladego, nieokreślonego a dławiącego.

Było to zwątpienie.

Bo walczyć, ale za co? zwyciężać, deptać jedne uczucia, w imię jakich lepszych? Nie miałam na to odpowiedzi, albowiem nie było już ani nocy cichej, księżycowej, wiodącej do Bóstwa, ani rozbitej rodziny, którą należało zjednoczyć.

Smutek i czczość wewnętrzna były tak silne, że nie czułam nawet syku gadzin. Gdy przyjechałam na pensyę, wnet zbiegły się nauczycielki gromadą, aby runie oglądać, jak syrenę. W spojrzeniach czułam coś złowrogiego i drwiącego.

Potem przyszła do niego pokoju Stefka i opowiedziała wszystko. Kafarska rozgłosiła, że pod pozorem wyjazdu do domu przebywałam w hotelu z młodym mężczyzną.

Wiadomość Stefki obeszła mię mało: wystarcza być uczciwą; po za tem, co mogą obchodzić histeryczki i karlice?

(Potem zrozumiałam, że choćbyśmy czołem sięgali śnieżnych Himalajów — gady nie stracą swego przyrodzonego prawa: pełzać i kąsać...)


∗             ∗

Ogromny mi brak Mani. Nie wróci już na pensyę, gdyż zakłada szkołę 4 klasową, aby utrzymywać polskość na zalanych obcą falą kresach. Chce, żebym jej pomogła w tej pracy; zapewne zrobię to później. Tymczasem tęskno mi do niej, jak do istoty, która jedynie zdolną byłaby podtrzymać gasnącą moc i wiarę...

Kafarska, gdy mnie spotka, kłania się wyniośle i przechodzi. Inne unikają, szepcąc do siebie po kątach. Nawet wśród uczennic spostrzegam ciekawe spojrzenia i uśmiechy.

Ale najgorsze zaczęło się, gdy przybyli sprzymierzeńcy. Pani Courbet wleciała do mego pokoju, jak zwaryowana, obróciła mnie kilka razy w walcu i zaśpiewała jakąś wodewilową piosenkę. Potem zaczęła mówić szybko, że wzbudzam w niej szacunek i uwielbienie, że kto kocha, powinien nie dbać o cały świat, że ona też kochała i mieszkała z kimś przez parę miesięcy w wiosce jurajskiej.

Oh, je connais l'amour divin, je conncris l'amour...

Nim zdążyłam odpowiedzieć, pobiegła do innych nauczycielek i najbardziej obgadującym zapowiedziała, że oczy tej wydrapie, która złe słowo o mnie jeszcze powie. Bo obgadują przez zazdrość, a same z rozkoszą uczyniłyby to samo, tylko, że na takie czupiradła nikt patrzeć nie chce...

Prosiłam Courbet na wszystko, aby już więcej mej sprawy nie broniła, bo tylko plotki rozjątrzy i uzasadni. Ale ona zasypała pocałunkami i obiecała, że jeśli kto w jej obecności na mnie krzywo mrugnie, da mu po twarzy...

Uczulam się bezsilną wobec tak zaciekłej przyjaźni, przypominającej niedźwiedzia, który chcąc odpędzić muchę, siedzącą na czole jego przyjaciela, tak dzielnie uczęstował ją głazem, że rozbił czerep na drzazgi.

Kto wie, gdyby mi tak zrobiono rzeczywiście, może byłabym wdzięczna. Tylko niestety, czaszka moja długo jeszcze będzie więzić myśli, które wiercą mózg i w nieskończonem tempie kołacą, dopraszając się odpowiedzi.

Bo po co ja żyję? ale o to mniejsza, można żyć, nie zadając sobie tego pytania.

Ale czem było to uczucie, które mi sen odbierało i robiło pustkę tam, gdzie jego nie widziałam, a po którem teraz zostało tylko trochę spopielałych wspomnień? Urojeniem? zapewne, ale gdy urojenie znikło, czy jest lepiej? Miałam urojony cel, urojoną namiętność, jedno i drugie wymagało ofiar, walki, cierpienia... Ponosiłam to wszystko i było mi przynajmniej znośnie, jeśli nie dobrze.

Zapełniałam sobie życie, a do tego niekoniecznie trzeba celów podniosłych i wartościowych. Czasem wystarcza dobro fikcyjne, jak np. sława; czasem kłamiące jak morfina; czasem wprost negatywne, jak choroba, z którą się walczy i walka ta skupia całą naszą energię, staje się celem życiowym.

A ja nie mam nic — żadnych pragnień i żadnych celów.

Musi to być jakaś anemia duszy, na którą przyszli lekarze wynajdą zapewne jakiś środek hipnotyczny, jakieś poddawanie pożądań, ambicyi, słowem tego wszystkiego, co się nazywa zdrowiem moralnem. Niestety, my barbarzyńcy jeszcze nie znamy takiej ospy ochronnej. Dlatego choroba nas dziesiątkuje.


∗             ∗

Dni w życiu ludzkim bywają czasem podobne do tych książek, o których nic więcej powiedzieć nie można nad to, że się je przeczytało. Z takich dni szarych i swą szarością przygniatających składają się lata długie, bezpłodne, mające jedyny objaw — starzenie.

Czyż doprawdy, cały ten krzepki organizm, te kształty, o których ludzie mówią, że są wyrzeźbione, ten umysł, rwący się do światła, ta potrzeba wielka kochania, ta żądza życia i rozlewania życia naokół — czyż to wszystko rozwinęło się i żyje, aby zwiędnąć marnie, jak beznasienne kwiaty? Zaiste, lepiej byłoby umrzeć za młodu, nim nastąpi ostateczne rozgorycznie i ostateczne duszy zbłąkanie...


∗             ∗

Nadchodzą święta wielkanocne. Zapach pęczniejących pączków i ciepłe wiosenne powiewy wlatują przez otwarte okna.

Nigdy jeszcze nie było mi tak beznadziejnie... Wyobraźnia śpi, uczucia stłumione, tylko myśli, jak zamkowe straże, błąkają się z latarkami po zaułkach duszy i oświetlają pajęczyny, kurze, oraz cenne niegdyś rupiecie, od których teraz bije stęchlizną.


∗             ∗

Co wieczór odbywam lekcye z Zosią; uczy się dobrze, przywiązana do mnie, jak własne dziecko. Gdy jestem smutna, co teraz prawie stałym jest objawem, ona siada u nóg moich, zaglądając w oczy i całując po rękach.

I czemu ja to piszę? wszystko jest tak bezmyślne...


∗             ∗

Niedziela.

Całe popołudnie błądziłam po polach i cmentarzu. Byłam, jak w lunatyzmie, nie wiedziałam, co się dzieje naokół, czułam tylko coś okropnego, co przytłaczało mi duszę.

Głowę wystawiałam na palące promienie słońca, aby się odurzyć; próbowałam się modlić, ale po paru słowach wybuchnęłam śmiechem, aż strach mię ogarnął przed samą sobą.

Potem — co ja robiłam? ah, tak — pisałam coś w notesie... Ledwom odczytała te smutne, dziwaczne, poplątane słowa. Jeden urywek przepisuję:


Idę na cmentarz, gdzie krzyże czernieją,
Tam wśród grobowców i umarłych grona
Może się moja dusza załzawiona
Przejmie niebytu i ciszy nadzieją,
Może zmęczoną wśród życia zmienności
Uśpi tam powiew ją — nieskończoności.
Na próżno — jakiś niepokój mną targa —
Jak gdybym czuła Samumu zbliżenie,
Gdy śmierć wygląda słodko, jak zbawienie;
Niepokój gorszy, niż bolesna skarga!
W bólu jest życie — cierpienie się zdwaja,
Bolące serce ma — jak harfa — struny,
Na których wichry grają i pioruny,
Tworząc pieśń ducha, co silnych upaja.
Lecz serce moje — to jak cicha urna,
W której jedynie popioły szeleszczą,
Ale nie zagra w niem melodya górna,
Ani nie zadrży tragedya złowieszczą...
Nic nie przeklina, lecz i nic nie kocha;
Niczego nie chce — obce mu nadzieje...
Oh, coś tam strasznie, beznadziejnie szlocha —
Cicho, to dusza moja tak się śmieje.


∗             ∗

Stefka radzi mi opuścić pensyę i wyjechać na wieś. Chętnie to zrobię.

Nie wolno straszyć ludzi ponurym wyglądem i nie grać wraz z wszystkimi smutnej farsy, której tytuł: powaga życia.

Powaga — to wielkie słowo! głupcy je szanują, tłumy przed niem się korzą, mędrcy niem gardzą.

A ja, która nie jestem ani głupią, ani mędrcem, a z tłumu mnie wypędzono, czuję — znużenie...


∗             ∗

Wymówiłam miejsce przełożonej.

Za dwa miesiące wyjadę na wieś i ulegnę katalepsyi. Piaski, drzewa, dobroduszne twarze i plotki sąsiedzkie — to przytłumi, uśpi i znieczuli.


∗             ∗

Przyszedł raz Staszecki, gdy siedziałam sama w gabinecie chemicznym i patrzałam bezmyślnie na cyanek potasu, którego przed chwilą używałam do jakiejś reakcyi.

Zapalił milcząc papierosa i rzekł zwolna:

— Jak się zdaje, myśli pani o wybawicielu. Fałszywy apetyt! ja też miewani czasem coś podobnego, ale uważam to za błędny kierunek dobrego dążenia.

— Gdy nie ma celu, wszystkie kierunki są błędne, lub wszystkie dobre — odrzekłam.

— To paradoks. Cel istnieje mimo naszej woli i z nią lub bez niej zmierzać doń musimy.

— A tym celem?

— Życie.

— Ja widzę drugi: nicość.

— Niech pani unika tego wyrażenia. Przede wszystkiem, jest ono niefilozoficzne, powtóre, źle zastosowane. Nudę lub zmęczenie, jaki o nas chwilowo ogarnia, nazywamy pragnieniem nicości, gdy jest to właśnie pragnienie życia, płynącego falą szeroką, rozlewną...

— Tak, lecz skąd wziąć fali tak szerokiej, aby cała dusza zmieścić się mogła?

— Nie jestem metafizykiem, więc bez nadmiernych subtelności odpowiem, że każde szlachetniejsze i wyższe uczucie stać się może źródłem dla takiej rzeki; tylko nie trzeba płynąc po piaskach bezpłodnych, a wysysających. Niech pani pokona chwilowe znużenie, będzie z pani dzielna, mocna dusza. Ja wierzę w panią! — dodał.

— Zatem mam kogoś, kto we mnie wierzy ! To dużo, to nawet za wiele... łatwowierności. A jednak... jest mi to przyjemne.


∗             ∗

Wszelkiemi siłami (za radą Staszeckiego) staram się bronić przeciwko apatyi, która mnie przytłacza, ale na próżno.

Czasem doznaję wrażenia, jak gdybym szła po torfowisku, które zwolna zapada, nogi grzęzną w błocie; gdy jednę z nich wydobędę, druga zanurza się tem głębiej, wreszcie cała kępa wraz ze mną tonie, ogarnia mnie ciecz miękka, wstrętna, sklepienie zamknęło się nad głową, cisza...

Nie mogę znieść liczniejszych zgromadzeń; zgiełk wszelki mnie razi. Czasem jakaś osoba na ulicy, obca zupełnie, takiem mnie przejmuje obrzydzeniem, że muszę przejść na drugą stronę. Doktor twierdzi, że jest to zdenerwowanie i nic więcej. Bardzo być może.

Gdy ojciec mój nagle skończył, doktór mnie pocieszał: — Ależ, kochane dziecko (byłam wtedy jeszcze mała) nie smuć się! żyłka pękła, to każdemu zdarzyć się może!


∗             ∗

Odebrałam od Stefka list bardzo smutny: stypendyum obiecanego nie dostał, wątpi w swoje zdolności, wyrzuca sobie, że mi jest ciężarem. Chce porzucić uniwersytet i iść do biura.

Strasznie mnie to dotknęło.

Odpisałam, że nie wolno mu wpadać w zniechęcenie, bo przed nim jeszcze droga długa, pełna skutecznej, może wielkiej pracy. Niech się nie oburza na omyłkę, czy niesprawiedliwość ludzi — i bez nich damy sobie radę. Od czegóż posiada siostrę?

On nie domyśla się nawet, jakiem niepodobieństwem byłoby dla mnie dłużej błąkać się po świecie bez tego przekonania, iż jestem komukolwiek potrzebna i użyteczna. Cały list mój był taki zdrowy, taki pełen wiary i zachęty, że mnie samej lżej i lepiej się zrobiło. Kto wie? może i ja cel znajdę, jak gwiazda biegunowa, niezmienny wśród wiecznych oscylacyj mej duszy...


∗             ∗

Przełożona bywa coraz częściej cierpiąca. Miewa tak straszne migreny, że trwają dniami całymi i czynią ją prawie nieprzytomną.

Nic dziwnego! od lat dwudziesta jest przedmiotem nienawiści bogów, czyli mówiąc nowożytnie: zajmuje się pedagogią. W naszych warunkach jest to praca Syzyfa.

Miałam dziś czas wieczorem i poszłam ją trochę rozerwać.

Dziękowała mi serdecznie. Rozgadałyśmy się jak dwie przyjaciółki. Zapytywałam, czemu nie poruczy swych zajęć komu innemu, jeśli one odbierają jej zdrowie. Odrzekła, iż gdy ona ustąpi, pensyę pod lada pozorem mogą zamknąć.

Zbyt dobrze znałam stosunki, aby nie ocenić całej grozy położenia.

Przełożona ma za sobą osobistą tradycyę i wielką powagę, z którą się muszą rachować; mimo to pensya doznaje od władzy szkolnej coraz więcej przykrości. Inspektor zjawia się co dni parę, w tornistrach uczennic szuka podręczników do historyi polskiej, wszystkie miejsca wolne obsadza Rosyanami.

Jeden z nich, nauczyciel języka rosyjskiego, nieokrzesany grubianin, wyprawia ciągłe sceny nauczycielkom i uczennicom. Jeżeli która z uczennic nie wyrecytuje bez zająknienia wszystkich tytułów J. C. Mości oraz jego rodziny (we wstępnej klasie wyuczenie się ich zajmuje pół roku czasu), albo omyli się w dacie urodzenia jednego z wielkich książąt — dostaje zły stopień na cenzurę.

— Ojca swego i domu swego możesz nie znać, ale cesarza i jego rodzinę znać musisz! — głosi ten natchniony apostoł oświaty.

Wczoraj miał odbywać egzamin w V klasie. Nie przychodzi na czas o godzinie 9, czekamy — mija wpół, potem dziesiąta, jedenasta, kilku posłańców z listami szuka go po mieście, wreszcie koło południa zjawia się, jak u nas mówią: „zawiany” — blady, z napuchłą twarzą i niepewnem spojrzeniem.

Jąkając się, przeprasza przełożoną za spóźnienie: troszeczkę zaspał, przyjaciel „podlec” go nie obudził, był niezdrów, ale — eto puśtiaki! — dodaje na uspokojenie tych, co by zbytnio lękali się o jego życie.

Przełożona, milcząc przyjęła wyjaśnienie, tylko się odsuwała, bo zapach spirytusu bił na trzy łokcie.