Naszyjnik królowej (1928)/Tom II/Rozdział XLVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Naszyjnik królowej
Podtytuł Powieść
Data wydania 1928
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Collier de la reine
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLVII
W BIURZE PANA NACZELNIKA

Pan de Crosne wiedział o panu de Cagliostro wszystko, co zręczny naczelnik policji wiedzieć może o mieszkańcu Francji, a to wcale niemało. Pan de Crosne był człowiekiem sprytnym, znał wszystkie sposoby i sposobiki swego stanowiska, dobrze był widziany u dworu, nie zależało mu więc na łaskach i nie był zbyt dumny, słowem, niełatwo było go zjednać.
Temu nie mógł Cagliostro — jak ongi panu de Rohan — ofiarować luidory, pochodzące z pieca hermetycznego: temu nie można było pokazać rewolweru, jak to uczynił Balsamo z panem de Sartines; od tego Balsamo nie mógł żądać zwrotu Lorenzy, lecz sam jemu musiał zdawać rachunek. Dlatego też hrabia, nie czekając na bieg zdarzeń, prosił o posłuchanie u naczelnika policji.
Była to gra otwarta, mająca zacięcie, którego jeden z graczów wcale nie podejrzewał, a graczem tym, przyznać należy, był pan de Crosne.
Znał Cagliostra jako szarlatana, nie wiedział jednakże o istnieniu alchemika, robiącego złoto.
Pan de Crosne oczekiwał od Cagliostra wyjasnień, dotyczących naszyjnika i frymarek pani de la Motte... w tem objawiała się jego niższość... Lecz mógł pytać, więzić, śledzić... na tem polegała jego wyższość. Przyjął hrabiego, jak człowiek, pewny swego znaczenia, lecz niechcący być nieuprzejmy. Cagliostro trzymał się odważnie. Chciał tylko uchodzić za wielkiego pana; tę tylko słabostkę chciał okazać.
— Panie — rzekł naczelnik policji — prosiłeś pan o posłuchanie. Przybyłem naumyślnie z Wersalu, aby panu je udzielić.
— Pan — odparł Cagliostro — zajmujesz się bardzo panią de la Motte i zniknięciem naszyjnika.
— Czyżby go pan znalazł? — zapytał prawie drwiąco pan de Crosne.
— Nie — odparł poważnie hrabia — ale wiem, że pani de la Motte mieszkała przy ulicy Saint-Claude.
— Naprzeciw pana, i ja wiem o tem.
— Skoro tak, to wiesz pan zapewne, co robiła pani de la Motte... nie mamy więc o czem mówić.
— Ależ przeciwnie — odparł obojętnie pan de Cro[1] sny — mówmy.
— Może to być o tyle zajmujące, o ile dotyczy
panny Oliwji? — rzekł Cagliostro — ale skoro pan wszystko wie o pani de la Motte, nie powiedziałbym panu nic nowego.
Na imię Oliwji drgnął pan de Crosne.
— Co pan mówi o Oliwji? — zapytał — kto jest ta Oliwja?
— Pan tego nie wie? A, panie, to ciekawa rzecz, czyż ja pierwszy miałbym panu o tem opowiedzieć. Wyobraź pan sobie dziewczynę bardzo ładną, figura... oczy niebieskie, owal twarzy doskonały, a rodzaj piękności, niezmiernie przypominający Jej Królewską Mość królowę.
— Dziewczyna ta źle się prowadziła; to mnie martwiło, gdyż niegdyś służyła u dobrego mego przyjaciela, pana de Taverney... Potem żyła z pewnym uczonym człowiekiem, którego pan nie zna i który... Ale nadkładam drogi i spostrzegam właśnie, że to panu nie na rękę.
— Przeciwnie — rzekł pan de Crosne — chciej pan mówić dalej. Więc ta Oliwja?
— Źle się prowadziła, miałem to już zaszczyt powiedzieć panu. Biedaczka klepała biedę z pewnym jegomościem, swoim kochankiem, który ją bił i okradał.
— Niejaki Beausire? — zapytał naczelnik policji, zachwycony sposobnością okazania swej wiedzy.
— A! zna go pan? to dziwne — rzekł Cagliostro z uznaniem. — Bardzo dobrze, lepiej pan odgaduje, niż ja. Otóż pewnego dnia, kiedy Beausire zbytnio pobił i okradł Oliwję, uciekła do mnie, prosząc o schronienie. Jestem dobry, dałem jej więc kącik pawilonu, w jednym z moich pałacyków.
— U pana! Ona była u pana — zapytał zdziwiony pan de Crosne.
— Zapewne — odparł Cagliostro, udając też zdziwienie, Dlaczegóż nie miałbym pomieścić jej u siebie, wszak jestem kawalerem.
Przy tych słowach, uśmiechnął się z tak znakomicie udaną dobrodusznością, że pan de Crosne zupełnie wpadł w sidła...
— U pana... — powtórzył raz jeszcze — dlatego tez agenci moi, tak długo bezowocnie szukali.
— Jakto, szukali? — rzekł Cagliostro. Szukano Oliwji? Czyż zbroiła coś takiego, o czembym nie wiedział?
— Nie, panie, bynajmniej. Mów pan dalej, proszę.
— O, mój Boże, skończyłem. Umieściłem ją u siebie, ot i wszystko.
— Ależ nie, panie hrabio, zdaje się, że to nie wszystko, bo przed chwilą łączyłeś pan imię Oliwji, z nazwiskiem pani de la Motte.
— O! to z powodu sąsiedztwa — rzekł Cagliostro.
— Musi być co innego, panie hrabio; nie napróżno mówiłeś pan, że Oliwja i pani de la Motte były sąsiadkami.
— To dotyczy sprawy, którą zbytecznie byłoby wyjawiać panu. Wszak nie godzi się pierwszemu ministrowi państwa opowiadać o niedorzecznościach rozpróżniaczonego kapitalisty.
— Zaciekawiasz mnie pan więcej, niżeli przypuszczasz, gdyż znaleziono ową, niby u pana mieszkającą Oliwję na prowincji.
— Znaleziono ją?
— I to z panem Beausire.
— O, domyślałem się tego — zawołał Cagliostro. — Więc była z Beausire‘m? A to dobrze, dobrze, zwracam honor pani de la Motte.
— Co to ma znaczyć? — zapytał pan de Crosne.
— Mówię, że najzupełniej zwracam honor pani de la Motte. ponieważ ją podejrzewałem.
— Podejrzewałeś ją pan? o co?
— Mój Boże! Słuchasz pan cierpliwie wszystkich tych głupstw, więc powiem, że kiedy cieszyłem się nadzieją umoralnienia Oliwji, nawrócenia jej na drogę pracy i uczciwości — ktoś mi ją porwał, tak jest... porwał.
— Porwał! od pana?
— Z mojego domu.
— To dziwne!
— Czyż nie? Byłbym przysiągł, że to pani de la Motte. Do czego to prowadzą sądy ludzkie!
Pan de Crosne zbliżył się do Cagliostra, i rzekł:
— Proszę, mów pan jaśniej, dokładniej.
— O, teraz, skoro pan znalazł Oliwję z panem de Beausire, nie będę już wtrącał pani de la Motte; nie będę zważał na jej uprzejmość względem Oliwji, na jej znaki, na korespondencję.
— Z Oliwją?
— Ależ tak.
— Pani de la Motte porozumiewała się z Oliwją?
— Tak jest.
— Widywały się?
— Pani de la Motte znalazła sposób wyprowadzania Oliwji co noc z mego domu.
— Co noc? jesteś pan tego pewny?
— Tak pewny, jak tego, com widział i słyszał.
— Ależ panie, opłaciłbym każdy wyraz twój tysiącami! Jakżem szczęśliwy, że pan robisz złoto.
— Już go nie robię, zbyt było drogie.
— Jesteś pan przyjacielem pana de Rohan?
— Zdaje się.
— Więc musisz pan wiedzieć, jaką rolę odgrywa to uosobienie intrygi, pani de la Motte, w sprawie pana de Rohan?
— Nie, nie wiem.
— A może pan zna skutki tych przechadzek nocnych, odbywanych przez panią de la Motte i Oliwję?
— Panie, są rzeczy, o których człowiek rozważny milczeć powinien — odparł Cogliostro.
— Będę miał zaszczyt o jedno jeszcze zapytać pana — rzekł pan de Crosne. — Czy masz pan dowody, że pani de la Motte korespondowała z Oliwją?
— Setne dowody.
— Jakie?
— Bileciki pani de la Motte, pisane do Oliwji i przerzucane za pomocą procy ręcznej, którą zapewne znajdą w jej mieszkaniu. Kilka takich bilecików, owiniętych na kulkach ołowianych, nie doszło do miejsca przeznaczenia. Upadły na ulicę, a ja, lub służba moja, podnieśliśmy je.
— Czy przedstawisz je pan sprawiedliwości?
— O, panie, treść ich tak jest niewinna, że nie będę sobie robił skrupułów i zdaje mi się, że nie zasłużę nawet na naganę pani de la Motte.
— A dowody wspólnictwa, schadzek?
— Tysiączne.
— O jeden tylko proszę.
— Dam najlepszy. Pani de la Motte widocznie z łatwością odwiedzała w moim domu Oliwję, gdyż widziałem ją tegoż dnia, kiedy Oliwja zniknęła.
— Tego samego dnia?
— Widziałem ją i widziała moja służba.
— A... pocóż przyszła, skoro Oliwji już nie było?
— Sam już nad tem zastanawiałem się, lecz nie zdołałem sobie wytłumaczyć. Widziałem panią de la Motte, wysiadającą z karety pocztowej, czekającej na rogu ulicy Roi-Dore; ludzie moi długo widzieli czekający powóz, a ja sądziłem, przyznać muszę, że pani de la Motte przybywa po Oliwję.
— A... panna Oliwja znała się z panią de la Motte, widywały się z sobą, wychodziły razem?...
— Tak, panie.
— A... widziano panią de la Motte u pana w tym dniu, kiedy porwano Oliwję?
— Tak, panie.
— A... zdawało się panu, że pani de la Motte przybyła po Oliwję?
— Czyż mogło mi się zdawać inaczej?
— I cóż powiedziała pani de la Motte, nie zastawszy Oliwji?
— Zdawała się być zmieszana.
— Przypuszczasz pan, że Beausire porwał Oliwję?
— Przypuszczam jedynie tylko dlatego, że pan tak powiedział, inaczej niepodejrzewałbym, gdyż Beausire nie wiedział o mieszkaniu Oliwji; któż mu je wskazać mógł?
— Oliwja sama.
— Nie sądzę, gdyż w takim razie nie on przyszedłby do niej, lecz ona uciekłaby do niego, a wierzaj mi pan, że bez klucza, dostarczonego przez hrabinę de la Motte, nie dostałby się do mego domu.
Hrabina miała klucz?
— Trudno o tem wątpić.
— Którego dnia porwano Oliwję? — zapytał pan de — Crosne, objaśniony nagle światłem, tak zręcznie przez Cagliostra kierowanem.
— O! panie, pamiętam doskonale, było to, w wigilję Ś-go Ludwika.
— A! — zawołał szef policji — panie, oddałeś pan wielką usługę krajowi.
— Jestem nad wyraz szczęśliwy.
Pan de Crosne skłonił się.
— Czy mogę liczyć na dostarczenie dowodów, o których mówiliśmy? — zapytał.
— Pragnę służyć sprawiedliwości.
— Mam więc pańskie słowo, a zatem do widzenia.
Pożegnał przy tych słowach Cagliostra, który, wychodząc, pomyślał:
— Ach, hrabino, ach, żmijo, chciałaś oskarżyć mnie; zdaje mi się, że zgryzłaś twardy owoc, ostrożnie z zębami!

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment tekstu przepisano z wydania: Aleksander Dumas, „Naszyjnik królowej“, Tom VII, Wydawnictwo E. Wende i S-ka, Warszawa 1926 r., str. 15.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.