Naszyjnik królowej (1928)/Tom II/Rozdział XLI

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Naszyjnik królowej
Podtytuł Powieść
Data wydania 1928
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Collier de la reine
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLI
DLACZEGO BARON NABIERAŁ TUSZY

Podczas gdy królowa postanowiła w Saint-Denis o losie panny Taverney, Filip zrozpaczony przez to, czego się tylko co dowiedział, przygotowywał się do odjazdu. Nie chciał bowiem być świadkiem nieuniknionej niesławy królowej, jedynej ubóstwianej przezeń kobiety.
Nigdy też nie pilnował tak, jak dziś, aby mu jak najprędzej osiodłano konie, nabito broń i spakowano w kufrze to, co było mu najniezbędniej potrzebne, a kiedy wszystko skończył, kazał uprzedzić ojca swego, pana de Taverney, że pragnie z nim pomówić.
Staruszek wracał właśnie z Wersalu, drepcząc cienkiemi nogami, na których opierał się dobrze zaokrąglony brzuszek.
Baron od kilku miesięcy nabierał tuszy, czemu zawdzięczał i dumę, łatwą do zrozumienia, gdy pomyśleć, że otyłość jest dowodem wewnętrznego zadowolenia. Zadowolenie pana de Taverney rozmaicie może być tłumaczone.
Baron z pałacu powracał wesoły. Wieczorem jeszcze dnia poprzedniego doniesiono mu o skandalu, który zdarzył się na dworze. Zmieniał uśmiechy i poglądy stosownie do tego, z kim miał do czynienia, a wszystkich burzył, gdyż miał zawsze na pogotowiu cały szereg złośliwości i ploteczek. Dowiedział się sporo nowego, więc też powracał zadowolony.
Kiedy mu powiedziano, że syn z nim pomówić pragnie, sam, nie czekając na Filipa, poszedł, aby zobaczyć się z podróżnikiem.
Filip był mocno zdziwiony, gdy usłyszał wesoło wymówione słowa barona:
— A, mój Boże, on wyjeżdża...
— Byłem tego pewien — mówił dalej baron — nawet byłbym się założył. To dobry pomysł, mój Filipie, dobry pomysł.
— Co pan mówi? — zapytał Filip — co za dobry pomysł?
Staruszek zaczął nucić i skakać na jednej nodze, obiema rękoma podtrzymując okrągły brzuszek, a równocześnie dawał synowi znaki, aby oddalił lokaja.
Filip zrozumiał ojca i uczynił zadość jego życzeniu. Baron wypchnął Champagne‘a za drzwi i zamknął je za nim, doszedłszy zaś do syna, rzekł:
— Podziwiać tylko, podziwiać...
— Nie wiem, panie — odparł oschle Filip — czy zasłużyłem na pochwały, których mi nie szczędzisz.
— O! o! — zauważył mizdrząc się staruszek.
— Wesołość pańską mogę chyba przypisać tylko memu bliskiemu odjazdowi.
— Ha! ha! — śmiał się na inny ton baron — ta, ta, ta! nie ukrywaj się przede mną, nie trudź, bo mnie i tak nie oszukasz... ha, ha, ha...
Filip skrzyżował ręce i pomyślał, czy baron nie dostał czasem bzika.
— Ja mam oszukiwać? poco? — zapytał.
— A z tym twoim wyjazdem... Myślisz, że wierzę w chęć rozłączenia się z nią?
— Nie wierzysz pan?
— Champangne‘a tu nie ma, więc powtarzani, nie ukrywaj się; przyznaję zresztą, że ci nic innego nie pozostało, dobrze więc, że tak czynisz? Bo nieprawdaż, że to zadziwiające, iż wszystko już odgadłem, ale widzisz, mój Filipie, zrozumiałem, że udajesz wyjazd i powinszować ci muszę tego pomysłu.
— Udaję! — zawołała zaintrygowany Filip.
Staruszek zbliżył się do syna i palcami kościstemi, dotykając jego piersi, rzekł tonem poufałym:
— Słowo honoru, bez tego fortelu wszystkoby się wykryło. Bierzesz się do rzeczy we stosownej chwili, jutro byłoby zapóźno. Idź więc prędko, moje dziecko, zabieraj się co tchu!
— Panie — odrzekł Filip tonem lodowatym — oświadczam ci, że nie rozumiem ani słowa z tego, co zaszczyt miałem usłyszeć z ust twoich.
— A gdzie ukryjesz swe konie? — zagadnął więc baron, nie odpowiadając na pytanie i dokąd właściwie zamierzasz niby pojechać?
— Udaję się do Toverney Maison-Rouge.
— Dobrze, bardzo dobrze... udajesz się niby to do Maison-Rouge... nikt tego nie dociecze... Bądź jednakże ostrożny... dużo jest oczu, zwróconych na was oboje.
— Na was oboje?
— Ona gwałtowna — podchwycił staruszek — gorączkowość jej zły może wziąć obrót; bądź ostrożny, bądź od niej rozsądniejszy.
— Cóż to? — zawołała Filip rozgniewany — zdaje mi się, że pan kosztem moim wynajdujesz sobie zabawkę, doprawdy, niebardzo to łaskawie skoro jestem tak zmartwiony i rozdrażniony, że narażasz mnie pan na zapomnienie o przynależnym ci szacunku.
— O! zwalniam cię od szacunku, jesteś dosyć dojrzały, aby wiedzieć, na czem dla nas polega korzyść, i tem samem wyrównywasz już dług szacunku. Powiedz mi lepiej, pod jakim adresem przesłać ci mam wiadomość o ważniejszych wypadkach?
— Będę w Taverney-Maison-Rouge — odparł Filip w przekonaniu, że staruszek odzyskuje rozum.
— O! dobry adres... w Taverney... osiemdziesiąt mil! Czy sądzisz, że, gdy zajdzie potrzeba uprzedzenia cię lub przesłania ci dobrej rady, zabijać będę ludzi i konie, posyłając na chybił trafił? Daj mi jakiś adres o jaki kwadrans stąd, przecie nie brak ci pomysłów! Jeżeli ktoś dla miłostek czyni to, co ty, jest człowiekiem, bogatym w środki i pomysły!
— Miłostki? Pomysły? ależ bawimy się w zagadki, a pan chowa rozwiązanie dla siebie.
— Nie znam osoby, któraby umiała dochowywać tak tajemnicy, jak ty — zawołał ojciec z wyrzutem. Zdawałoby się, że obawiasz się zdrady nawet z mojej strony! to śmieszne! Dobrze, dobrze, zachowaj swe tajemnice dla siebie, zachowaj tajemnicę, żeś wynajął domek nadzorcy...
— Ja wynająłem domek nadzorcy?
— Zachowaj tajemnicę przechadzek nocnych w towarzystwie dwóch uroczych przyjaciółek.
— Ja odbywałem przechadzki? — szepnął, blednąc Filip \.
— Zachowaj tajemnicę całusów, powstałych jak miód z kwiatów i rosy.
— Panie! — zawołał Filip, przejęty szaloną zazdrością — czyż nie zamilczysz pan?
— Dobrze, wiedziałem o wszystkiem, coś uczynił, lecz nic nie mówiłem. Czyż wątpiłeś, że wiedziałem? I to powinno cię było natchnąć zaufaniem. Twoje dobre z królową stosunki, twoje zabiegi, uwieńczone pomyślnym skutkiem, twoje wycieczki do łazienek, to wszystko, mój Boże, zapewnia nam szczęście i majątek. Filipie, nie obawiaj się ojca, wyznaj mu wszystko!
— Panie! — zawołała Filip, twarz ukrywając w dłoniach — słowa te przejmują mnie boleścią! Ojciec myślał, że wszystko, co niechętni przypisywali panu de Rohan, dobrze zaś powiadomieni panu de Charny, stosuje się do Filipa i coraz wyżej pcha go po stopniach drabiny protekcyjnej. Dzięki zadowoleniu temu przybyło panu baronowi de Taverney w ciągu kilku tygodni sporo funtów tłuszczu...
Filip, widząc nowe zawikłania, w rozpaczy był, że uległ nawet ten, który razem z nim honoru powinien był bronić.
— W chwili, kiedy zrozpaczony Filip wzrokiem przeszywającym patrzył na ojca, turkot kół, szmery i chodzenie zwróciły uwagę Filipa. Naraz odezwał się głos Champagne‘a:
— Nasza panienka, nasza panienka!
— Jaka panienka? — zapytał Tverney.
Moja siostra — odparł Filip; poznał Andreę, wysiadającą z powozu przy świetle pochodni.
— Twoja siostra? — powtórzył staruszek — Andrea? czyż to możliwe?
Wtem zjawił się Champagne z oznajmieniem, że panna Andrea de Taverney czeka na brata w salonie.
— Chodźmy — rzekł baron.
— Wszak ze mną chce mówić Andrea — odparł Filip, kłaniając się ojcu — pozwól więc, panie, że pójdę.
W tejże chwili zajechał powóz.
— A teraz któż to przybywa? — szepnął baron — wieczór dzisiejszy pełen jest przygód!
— Pan hrabia Olivier de Charny! — krzyknął odźwierny do lokaja.
— Zaprowadzić pana de Charny do salonu — rzekł Filip do Champagne — pan baron przyjmie go, ja idę z siostrą do buduaru.
Dwaj panowie wolno zstępowali ze schodów.
— Po co tu hrabia przyjechał? — myślał Filip.
— Czego chce Andrea? — myślał baron.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.