Naszyjnik królowej (1928)/Tom II/Rozdział LIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Naszyjnik królowej
Podtytuł Powieść
Data wydania 1928
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Collier de la reine
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIV
WYKONANIE WYROKU

Joanna wciąż jeszcze oczekiwała przyjścia pisarza sądowego, który miał, podług słów dozorcy, przybyć, ażeby odczytać wyrok. Co do istoty rzeczy, nie mogła już mieć wątpień, drażniły ją tylko uczucia obrażonej dumy, starała sobie jednak chwilami i to wyperswadować, myśląc:
— Co może mnie obchodzić, że uważają pana de Rohan, jako mniej winnego ode mnie?
Czyż mnie zarzucają główną część winy? Bynajmniej.
— I — ciągnęła dalej Joanna, pochłonięta trawiącemi ją myślami — niechaj przyjdą mi oznajmić, mnie, skazanej, wygnanej, sponiewieranej istocie, że nie jestem tak bogata, tak czczona i tak swobodna, jak królowa. Wiem, że nie chodziło jej o to, ażeby mnie skazano; biedny robak, pełzający po ziemi nie może szkodzić królowi zwierząt. Chodziło królowej o to, ażeby kardynał de Rohan nie uszedł kary, lecz omyliła się w swych rachubach, on bowiem został uwolniony od wszelkiej odpowiedzialności. Obecnie tylko ciekawa jestem, w jaki sposób oznajmią mi wyrok i jak się zabiorą do wydalenia mnie z granic państwa. Czyż zemszczą się na mnie, kobiecie, zastosowując karę w całej rozciągłości, czy powierzą moją osobę siepaczom, aby odprowadzili do granicy. Czy powiedzą mi:
— Niegodna! król wydala cię ze swego państwa. Chyba, że nie, sędziowie są dla mnie pobłażliwi — dodała ze śmiechem — teraz już nic do mnie nie mają. Chyba roszczą sobie jakieś pretensje do ludu paryskiego, do tego, który, przechodząc pod ich balkonami woła: „Niech żyje kardynał“. „Niech żyje Cagliostro“. „Niech żyje parlament! Prawdziwym ich nieprzyjacielem jest lud, tak, on jest i moim nieprzyjacielem, bo i ja liczyłam na poparcie opinji publicznej, no i czegóż doznałam?
Joanna zaczęła już czynić przygotowania wstępne do podróży, rachując w myśli, co ją to będzie kosztowało. Zastanawiała się nad tem, gdzie umieści swoje brylanty przed wyjazdem do Londynu. Wspomnienie tylko Réteau de Villette‘a mąciło jej spokój.
— Biedny chłopiec! — wyrzekła ze złośliwym uśmiechem — on zapłaci za wszystkich. Dzieje się już tak w świecie, że dla zmazania winy czyjejś, ludzie muszą znaleźć kozła ofiarnego, na którego całą winę można zwalić.
I tą szumną tyradą pogrzebała w pamięci wspólnika swego Réteau, postanowiwszy się uprzednio dowiedzieć o miejscu jego zesłania, aby przypadkiem los nie zgotował jej niespodzianki, nie zmusił jej do spotkania się z nim.
Nie chciała mu swojem szczęściem przypominać fatalnej jego doli. I czyż można było obwiniać ją o brak serca?
Joanna, mając już dobrą minę, żegnała się z rodziną Herberta, która w obcowaniu z nią straciła serdeczność 1 okazywaniem jej tego wcale się nie krępowała.
Joanna składała to na karb wyroku i nawet zapytała ich, czem ma sobie objaśnić oziębienie wzajemnych stosunków. Odpowiedziano jej na to, że widok osób skazanych oddziaływa zawsze na nich w sposób przygnębiający.
Zdziwiło ją mocno, że przy pożegnaniu Herbert kilkakrotnie zastrzegł sobie zupełne zachowanie tajemnicy co do jej przebywania w ich prywatnem mieszkaniu.
— Pani — wyrzekł — ponieważ istnieje u nas rozporządzenie, na mocy którego nie dozwolone jest osobom, już osądzonym, znajdować się w mieszkaniu...
— Ależ dobrze, nie mam nic przeciwko temu, jestem do usług pańskich. Nie chciałabym pana narazić na możliwe nieprzyjemności, byłobv to złem odwdzięczeniem się za przysługi, których kilkakrotnie doznałam. Chciałabym powrócić do mego pokoju.
Obejrzała się, aby zobaczyć, jakie wrażenie wywarły jej słowa.
Pani de Herbert udawała, że patrzy w inną stronę, aby nie okazać po sobie, co myśli.
Mąż z zakłopotaniem obracał czapkę w ręku, wreszcie wyrzekł: A zatem idzie pani do siebie?
— Nie wiem tylko, gdzie przeczytają mi wyrok.
— Zapewne spodziewają się, że pani wysłucha wyroku u siebie w pokoju.
— Widocznie chcą się mnie pozbyć — odrzekła i dreszcz niepokoju przebiegł ją po całem ciele.
Powolnie wstąpiła na schodki, oddzielające mieszkanie Herbertów od korytarza więziennego.
Pani Herbert, widząc ją wychodzącą wyciągnęła do niej rękę, nie przez jakieś uczucie prawdziwej przyjaźni lub sympatji, lecz w pierwszym porywie litości. Nie uszło to uwagi Joanny, której zmysł spostrzegawczy musiał najbardziej błahą drobnostkę zauważyć. I tym razem umysł jej, przepełniony radością i rychłą nadzieją oswobodzenia, odrzucił od siebie podejrzenia, które wzbudzało w niej postępowanie pani Herbert.
Przez chwilę Joanna chciała zapytać, co znaczyć mają te wyrazy litości, i przygotowała w swej przebiegłej głowie pytanie chytre, jak i ona sama, lecz na wypowiedzenie go nie miała dość czasu.
Herbert wziął ją za rękę, mniej grzecznie niż zazwyczaj... otworzył drzwi.
Hrabina znalazła się w korytarzu.
Ośmiu siepaczy oczekiwało już na kogoś.
— Na kogo oni czekają? taka myśl błysnęła jej w głowie, gdy zobaczyła straż. Chciała się cofnąć, lecz drzwi od mieszkania Herbertów znalazła już zamknięte.
Na czele siepaczy znajdował się jeden ze strażników więziennych, który odprowadzał Joannę codziennie do celi.
Człowiek ten wyprzedził ją, jakby zamierzał wskazywać drogę.
— Czy ja idę do swego pokoju — zapytała z intonacją w głosie, której chciała nadać ton pewny, a jednak było w niej czuć trwogę.
— Tak pani — odpowiedział przewodnik.
Joanna, opierając się o poręcz schodów, postępowała za tym człowiekiem. Pocichu dochodziły ją chichotanie żołnierzy, którzy pozostali na dole.
Uspokojona pozwoliła się zamknąć dozorcy i nawet podziękowała mu uprzejmie. Po chwili dozorca odszedł.
Wtedy dopiero Joanna poczuła się swobodna i wybuchnęła głośną radością, radością długo hamowaną pod maską obłudy za pobytu w domu kluczników.
Dla niej, rozpasanej dzikiej istoty ta cela była najodpowiedniejszem schronieniem; Joanna sprawiała wrażenie zwierzęcia, któremu Opatrzność znów pozwoliła wydostać się na obszerniejsze przestworza.
Wtem usłyszała jakieś kroki, rozlegające się w korytarzu i po chwili klucz zaskrzypiał w zamku.
— Czego oni jeszcze chcieć mogą ode mnie — wyszeptała i oczy zwróciła w stronę wejścia.
Dozorca ukazał się na progu.
— Zechce mi pani towarzyszyć — przemówił.
— A to gdzie?...
— Do kancelarji sądowej.
— A to po co?... jeżeli wolno zapytać pana...
Joanna przysunęła się do tego człowieka, który zbytniej odwagi nie okazywał, i zauważyła za nim kilku siepaczy. Byli to ci sami, którzy poprzednio opuścili ją na dole.
— Powiedzcie mi nakoniec, czegóż mogą ode mnie wymagać w kancelarji sądowej?
— Pan Doillot, obrońca pani, chciałby mieć z panią chwilkę rozmowy.
— Dlaczegóż w kancelarji?... udzielono mu przecież kilkakrotnie pozwolenie odwiedzenia mnie tutaj.
— Pan Doillot otrzymał listy z Wersalu i chcę panią obeznać zapewne z ich treścią.
Joanna nie zauważyła, jak nielogiczną była ta odpowiedź. Jedno ją tylko uderzyło: listy z Wersalu, listy od dworu i te miał jej doręczyć adwokat.
— Czyżby królowa miała się wstawić za mną po ogłoszeniu wyroku?... Czyżby?... Ale poco te wszystkie przypuszczenia?... za chwilę mogę mieć rozwiązanie zagadki.
Tymczasem dozorca nastawał i z niecierpliwością przewracał klucze, jak człowiek, niemający czasu do stracenia.
— Zechciej pan chwilkę poczekać, przecież pan widzisz, że jestem już rozebrana; w ostatnich dniach miałam tyle przejść, iż wcześniej udać się musiałam na spoczynek.
— Co do mnie mogę poczekać, zwracam pani uwagę, że pan Doillot nie może tracić czasu dla jednej sprawy.
Joanna przymknęła drzwi, z pośpiechem włożyła świeższą suknię, przyczesała włosy, zarzuciła na siebie płaszcz i w ciągu pięciu minut była już gotowa.
Coś jej mówiło, że pan Doillot przynosi rozporządzenie, na mocy którego sama i to szybciej opuścić będzie mogła Francję. Zapewne chodzi królowej o to, aby się jej jak najprędzej pozbyć.
Uspokojona temi miłemi myślami, Joanna leciała raczej, aniżeli szła za dozorcą, który małemi schodkami wprowadził ją do sali posłuchań.
Lecz, zamiast się tu zatrzymać, zwrócił się w stronę małych drzwiczek na prawo.
— Dokąd mnie pan prowadzisz?... zapytała.
— Chodźże, pani — odrzekł dozorca — tam panią oczekuje pan Doillot.
To mówiąc, poszedł dalej i pociągnął za sobą uwięzioną, która usłyszała łoskot zamykających się za nią drzwi żelaznych. Zdziwienie Joanny nie miało granic, zalegające ciemności nie dozwoliły jej rozróżnić żadnego przedmiotu, z ust jej nie mogło wyjść zapytanie, strach odbierał jej mowę. Postąpiła jeszcze kilka kroków i znów się zatrzymała. Wdzierające się do wnętrza celi niebieskawe światło czyniło z tej ciemnicy prawdziwy grób.
Przez stare, zakratowane okienko nieoczyszczane nigdy z kurzu i zarośnięte pajęczyną, przedostawały się od czasu do czasu bladawe promienie, odbicie ich padało na ściany. Joanna poczuła przebiegające dreszcze, wilgoć lochu przejmowała ją zimnem, w dziwnym wyrazie oczu dozorcy domyślała się czegoś strasznego.
Dotychczas jednak nie widziała nikogo oprócz tego człowieka, on jeden wraz z uwięzioną zajmowali wnętrze lochu, zzieleniałego od wody, przedostającej się przez wybite okna, spleśniałego od powietrza, które nigdy nie było ogrzane promieniami słonecznemi.
— Panie — wyrzekła, głosem ponurym, który sytuację tę uczynił jeszcze straszniejszą — co to ma znaczyć, że oprócz nas dwojga nikogo tu więcej niema. Gdzie jest pan Doillot, którego obecność pan mi zapowiedział.
Dozorca ani słowa nie odpowiedział, obejrzał się tylko, czy drzwi, przez które weszli, są dobrze zamknięte.
Każdy jego ruch Joanna śledziła ze wzrastającem zdumieniem. Przyszło jej do głowy, że może ma do czynienia z dozorcą, tylokrotnie opisywanym w romansach, zakochanym w uwięzionej, który wzamian za miłość ku sobie, ofiaruje jej wolność i swobodę.
Prosto podeszła do dozorcy i, kokietując go oczyma, spytała:
— Mój przyjacielu — wyrzekła — czego żądasz ode mnie?... Czy masz co do powiedzenia. Czas uwięzionej, która ma przed sobą niedaleką swobodę jest drogim. W każdym razie, wyznać muszę, wybrałeś pan nie zupełnie odpowiednie miejsce na rozmowę.
Dozorca ani słowa nie odpowiedział, dla bardzo prostej przyczyny, bo nie rozumiał, co do niego mówiono. Usiadł sobie spokojnie w kącie i czekał.
— Ależ — zapytała Joanna — co my dalej robić będziemy.
I myśl, że ma do czynienia z warjatem przestraszyła ją bardzo.
— Czekamy na pana Doillot — odpowiedział.
— Przyznać pan musisz — odpowiedziała — że pan Doillot niezbyt odpowiednie wybrał sobie miejsce, jeżeli ma wręczyć listy mi z Wersalu, każe nieco długo na nie czekać. Nie!... w tem musi być coś innego!...
Nie zdążyła dokończyć słów tych, gdy wtem, drzwi, których istnienia w celi przypuszczać nawet nie mogła, otworzyły się przed nią.
Drzwi te były szczelnie złączone ze ścianą, tak, że dla osób, nie wiedzących o tym mechanizmie, mogło się to wydać jakimś nadprzyrodzonym wypadkiem, wywołanym za pomocą magji. Poza drzwiami tajemniczemi było kilkanaście schodków, które brały swój początek w korytarzu, źle oświeconym, tu jednak powietrze było już lepsze, wiatr przewiewem swoim napełniał całe przejście.
Joanna, powstawszy na palce, zauważyła poza korytarzem obszerne miejsce, pełne rojącego się tłumu kobiet i mężczyzn o oczach błyszczących.
Był to dziełem jednej chwili, Joanna mogła to raczej uważać za zjawisko; nie zdążyła ochłonąć jeszcze z pierwszego wrażenia, gdy ujrzała przed sobą na trzecim stopniu schodków trzech ludzi.
Poza temi osobistościami widniały bagnety, świecące i połyskujące, podobne raczej do gromnic.
Tajemnicze drzwi przymknęły się i tylko trzech mężczyzn wkroczyło do celi, zajmowanej przez Joannę.
Ta doznawała różnorodnych uczuć: zdziwienia, niepokoju i przestrachu.
Dozorcę, który przed chwilą zdawał się w niej nie wzbudzać zaufania, chciała już zrobić swoim obrońcą od nieznajomych.
Ale on siedział jeszcze spokojnie, jakby chciał tem pokazać, że musi pozostać tylko biernym widzem całej sceny.
Joanna została prędzej zapytana, aniżeli sądzić mogła. Badanie rozpoczął najmłodszy z przybyłych. Cały ubrany czarno, w kapeluszu na głowie, obracał w ręku zwój papierów, podobny do starożytnych pergaminów.
— Pani jesteś — zapytał nieznajomy — Joanną de Saint-Rémy de Valois, żoną Mikołaja hrabiego de la Motte?...
— Tak jest.
— Pani mieszkasz w Paryżu ulica Neuve-Saint-Gilles?..
— Istotnie.
— Urodzona jesteś w Fontelle 22 lipca 1756 roku?...
— Nie myli się pan. Lecz w jakim celu zadaje mi pan wszystkie te pytania?...
— Mógłbym się obrazić, że mnie pani nie poznajesz, jestem pisarzem sądu.
— A!... poznaję pana.
— W takim razie mogę już przystąpić do swych czynności.
— Zatrzymaj się pan chwilę, jakież są pańskie czynności?...
— Obowiązkiem moim jest pani przeczytać wyrok, wydany na posiedzeniu sądowem z dnia 31 maja 1786 roku.
Joanna zadrżała i rzuciła dookoła siebie spojrzenie bojaźni i niedowierzania.
— Pan jesteś pisarzem sądu, panie Bretou, ale któż są pańscy towarzysze?...
Pisarz zrobił poruszenie ustami, jakby chciał wyrzec odpowiedź, lecz dozorca, nachylając się ku niemu, wyszeptał z bojaźnią i litością:
— Nie czyń pan tego.
Joanna wszystko to słyszała i rzutem oka starała się rozpoznać dwóch ludzi, siedzących w kącie. Dziwiło ją ich ubranie szare, ich czapki na głowie i fartuch jednego z nich, pokrywający mu całą pierś. Zdawało się jej, że fartuch ten widziała już kiedyś, pokryty krwią.
Odskoczyła od nich i zrobiła ruch, jakby się gotowała do nowego skoku.
Pisarz zbliżył się do niej, mówiąc:
— Na kolana.
— Co!... ja na kolana?... wyrzekła Joanna — Ja, z Walezjuszów, mam paść na kolana.
— Taki jest rozkaz — odrzekł, nachylając się nad nią.
— Ależ — zaprzeczyła Joanna — chyba nie znasz pan prawa. Wysłuchania wyroku na kolanach wymagają od osób, skazanych na publiczne przyznanie się do winy.
— O!... musisz pani...
— Nikomu nie każą wyznawać winy publicznie, jeżeli nie skazany jest na karę hańbiącą. A, o ile mi wiadomo, wygnanie nie jest karą hańbiącą.
— Przecież nie powiedziałem pani, że jesteś skazana na wygnanie — odpowiedział smutnie pisarz.
— Mów więc pan, jakiej kary mam się spodziewać?
— Tego się pani dowiesz dopiero, padłszy na kolana.
— Nigdy! przenigdy!
— Ależ pani jest to pierwszy warunek, który musi być dopełniony. Uprzedzam panią także, że odnośny paragraf prawa opiewa, iż, gdy kto nie chce paść przy tej cerenonji na kolana, jesteśmy zmuszeni siłą go zmusić.
— Jakto użylibyście siły względem kobiety?
— Tam, gdzie chodzi o zadośćuczynienie sprawiedliwości i oddanie należnego szacunku królowi, nie możemy brać w rachubę, czy obwiniony jest kobietą czy mężczyzną.
Zechciej mi pani oszczędzić przykrości, w razie bowiem uporu z pani strony, będę się musiał uciec do środków gwałtownych.
— Nigdy tego nie uczynię.
Pisarz złożył swe papiery i wydobył z boku szpadę, którą ukrył w przewidywaniu tego, co miało nastąpić.
Następnie, z upoważnienia generalnego prokuratora, przeczytał rozkaz, na mocy którego mógł już teraz przystąpić do użycia siły.
Joanna wcisnęła się w kąt celi i sądziła, że ujrzy za chwilę bagnety ukrytych za drzwiami żołnierzy.
Ale pisarz nie kazał nawet drzwi otworzyć, dał tylko znak ludziom, o których wyżej wspominaliśmy. Ci zbliżyli się automatycznie, jak machiny wojenne, które zawsze do jednego celu są używane.
Jeden z nich schwycił Joannę z jednej strony pod rękę, drugi pod drugą i tak ciągnęli ją aż na środek sali, pomimo jej wysiłków i krzyków.
Joanna, widząc, że nic nie pomoże, w końcu uklękła.
Przedtem jednak, chcąc odegrać jeszcze komedję, rzuciła się na bok z głośnym krzykiem.
— Zaprzestań pani tych krzyków, wszystko słychać nazewnątrz, zresztą nie będziesz pani słyszała wyroku.
— Pozwól pan, że wysłucham go, stojąc, a wtedy niczem nie naruszę spokoju — odrzekła Joanna, drżąc cała.
— W wypadkach, kiedy skazany ktoś jest na chłostę, kara zaliczana bywa do hańbiących, musi więc wyznać swą winę, klęcząc.
— Co? Ja skazana jestem na chłostę? — o! nędzniku! I ty mogłeś to powiedzieć?
Wrzaski jej były tak głośne, że dozorca, pisarz i dwaj świadkowie do tego stopnia potracili głowę, iż nie wiedzieli, jak zabrać się do poskromienia tej rozszalałej furji.
Wreszcie rzucili się na nią, chcąc ją obezwładnić, lecz zwycięsko wyszła z tych zapasów.
Przez pewien czas unoszona w powietrzu, rozdawała rękoma i nogami uderzenia na wszystkie strony, tak, że przeciwnicy wyszli z tej walki okryci guzami i ranami.
Nakoniec podzielili między siebie zajęcie: dwóch trzymało ją za nogi jak w kleszczach, dwóch dzierżyło ją za ręce, a wszyscy razem domagali się, aby pisarz przeczytał wyrok.
— Czytaj pan — mówili — bo w przeciwnym razie, nie dojdziemy do ładu z tą rozwścieczoną bestją.
— Nie pozwolę nigdy odczytać sobie wyroku, który mnie na hańbę skazuje! — krzyczała, wyrywając się z nadludzką siłą.
I, wprowadzając w czyn swoje pogróżki, zaczęła wydobywać z swej piersi takie krzyki, że hałas ten zagłuszył słowa pisarza. Gdy wyrok został odczytany, pisarz zwinął papiery i włożył je do kieszeni.
Joanna, sądząc, że już więcej nic nie usłyszy, usiłowała wydostać się z rąk swych prześladowców, aby dokuczyć wykonawcom sprawiedliwości.
— I Egzekucja — ciągnął dalej pisarz, jakby wypowiadał jakąś banalną formułkę — odbędzie się na placu skazańców.
— Więc publicznie będę karana — jęknęła nieszczęsna.
— Oddaję w ręce pańskie tę kobietę — dokończył pisarz, zwracając się do człowieka, opasanego fartuchem.
— Kto jest ten człowiek? — zapytała Joanna w ostatnim paroksyzmie wściekłości.
— Kat — odrzekł pisarz, bawiąc się mankietami.
Nie dokończył słów tych, gdy naraz dwóch pomocników rzuciło się na Joannę i, unosząc ją w górę, zwróciło się w stronę drzwi, o istnieniu których przed niedawnym czasem dopiero się Joanna dowiedziała.
Poza furtką, gdzie żołnierze powstrzymywali cisnące się tłumy, roiły się tysiące ludu, które z niecierpliwością oczekiwały chwili, oddzielającej je od spełnienia wyroku.
Na estradzie, wznoszącej się na osiem stóp, umieszczony był słup, okrążony żelazną galeryjką, poza którą widniał jakiś napis, który zapewne z rozporządzenia władzy był nieczytelny. Wzniesienie to było zupełnie bez poręczy, wejście na nie prowadziło po wąskich schodkach, pozbawionych także oparcia. Jedyną balustradę, którą można było tam widzieć, stanowiły bagnety siepaczy.
Oddzielały one, jak krata, miejsce wykonania wyroku od publiczności.
Tłumy, widząc, że bramy pałacu się otwierają, że komisarz idzie na przodzie, torując drogę i pisarz kroczy za nim, niosąc zwój papierów, zaroiły się. Wzburzona masa wyglądała, jak falujące okrzyki: To ona! to ona! rozlegały się po całym placu; a towarzyszyły im nie bardzo pochlebne nazwy dla skazanej i nie bardzo korzystne uwagi dla sędziów.
Joanna wybrała sobie doskonały sposób postępowania.
Chcąc zjednać sobie sprzymierzeńców, wystąpiła w roli antagonistki królowej i, wyznać trzeba, że swego dopięła.
Ci, którzy dowiedzieli się, że podjęła nierówną walkę z królową rehabilitowali ją w swem pojęciu.
Ale pan de Crosne wszystko przewidział.
Pierwsze rzędy były zajęte przez osoby, które przyszły na to smutne widowisko za biletami płatnemi.
Można tam było spotkać osoby, należące do różnych sfer. I urzędników, szczelnie zapiętych w swych mundurach, i zagorzałe zwolenniczki kardynała de Rohan.
Całą tę rzecz urządzono w sposób nader sprytny.
Namiętności przeciwko królowej zużytkowano na jej własną korzyść. Ci nawet, którzy przez nienawiść do królowej oklaskiwali kardynała de Rohan, na widok pani de la Motte nie mogli powstrzymać się od sykania.
Z ust tysiącznych tłumów wydobył się zgodnem echem jeden okrzyk:
— Precz z la Motte! precz z fałszerką!
W tej zbitej masie znaleźli się wszakże i tacy, co trzymali stronę Joanny i chcieli głośno wyrazić swoje oburzenie dla niesprawiedliwości wyroku. Głosy ich wytwarzały piekielny hałas i, mieszając się z innemi, były brane za manifestację przeciwko skazanej.
Siły Joanny były już wyczerpane, lecz wściekłość jej nie osłabła. Przestała krzyczeć, bo krzyki jej ginęły w ogólnej wrzawie, chwilami tylko wyrzucała z siebie słów kilka, które przykuwały do niej uwagę tłumu.
— Czy wiecie wy, kto ja jestem? czy wiecie, że w żyłach moich płynie krew królewska? Czy wiecie, że, poddając mnie karze, wydajecie wyrok tylko na rywalkę, a nawet wspólniczkę?
Tutaj głos jej zagłuszony już został przez najsprytniejszych agentów pana de Crosne.
Słowa jej wywarły wrażenie na tłumie, a przynajmniej wzbudziły ciekawość, która należy u ludu do tych żądz, jakie zaspokojone być muszą.
Milczenie, które zapanowało dokoła, pozwoliło Joannie sądzić, że naród żąda jej przemówienia.
— Miej się na baczności — szepnął jej do ucha pisarz sądowy.
Odwróciła się i ujrzała, że kat trzyma bicz w ręku.
Na ten widok, Joanna zapomniała o wszystkiem, nie pamiętała, że chodziło jej o zjednanie sobie gawiedzi, nie widziała nic przed sobą i głosem rozdzierającym poczęła wołać:
— Łaski! łaski!
Wycie tłumów było dla niej jedyną odpowiedzią. Wtedy, dobywając sił ostatka, podniosła się trochę i schwyciła swego prześladowcę za rękę, chcąc zatrzymać narzędzie kary.
Lecz usiłowania były próżne, bicz opadł znów zwolna na plecy skazanej.
Zauważyła, że jej oszczędzano; to spostrzeżenie doprowadziło ją do takiej wściekłości, że silnym ruchem ręki chciała strącić kata z szafotu.
Teraz kat przystąpił do innej czynności.
Podano mu żelazny pręt rozpalony, z którego wydzielający się żar zmusił Joannę, do rzucenia się w stronę. Cichy jęk wydobył się z jej piersi.
— Jakto? ja, mam być napiętnowana!
Zebrany lud odpowiedział strasznym okrzykiem.
— Na pomoc! na pomoc! — poczęła wołać Joanna, usiłując wyswobodzić się z krępujących ją więzów.
Tymczasem kat rozrywał jej suknię, nie mogąc rozpiąć guzików; jedną ręką odsłonił miejsce ogołocone z ubrania, drugą starał się ująć rozpalone żelazo, które mu podawał jego pomocnik.
Ale Joanna nie dała za wygraną, odpychała od siebie kata, walcząc do upadłego.
Wkońcu kat, podrażniony już w swej dumie osobistej, zaczął się niepokoić, czy go czasem nie ściga przekleństwo tłumów.
Ta masa ludu poczęła podziwiać rozpaczliwą walkę kobiety; oczekiwano z niecierpliwością dalszego ciągu.
Chwilowo zapanowała cisza, pisarz zeszedł ze schodów, żołnierze milcząco przypatrywali się temu widowisku. Wyczekiwano czegoś nadzwyczajnego.
— Skończyć już raz — zawołał ktoś z pierwszych rzędów.
Snać była to osoba, wysoko położona, bo kat poznał jej głos i, złapawszy Joannę z nadzwyczajną siłą zgiął w pół i przycisnął do ziemi.
Podniosła głowę, z oczyma więcej pałającemi, aniżeli rozpalone żelazo i wyrzekła głosem, który wszystko zagłuszył.
— Francuzi! jesteście tchórzami, jeżeli możecie pozwolić, aby mnie w ten sposób męczono.
— Milcz pani! — wyrzekł komisarz.
— Uspokój się — dodał pisarz.
— Uspokoić się? a cóż wy mi zrobić jeszcze możecie, cierpię za winy moje.
— Ha! ha! ha! — wrzeszczał tłum, jakby rozumiejąc znaczenie tych słów.
— Będziesz pani cicho — rzekł do niej pisarz.
— Tak, to moja wina — ciągnęła Joanna — bo gdybym chciała wszystko powiedzieć... gdybym chciała poddać wszystko do wiadomości ogółu, co wiem o królowej, nie zhańbilibyście mnie; kara ta byłaby za mała; zostałabym powieszona.
Więcej mówić nie mogła, gdyż komisarz w towarzystwie dwóch agentów wpadł na szafot, zakneblował jej usta i w takim stanie oddał ją w ręce oprawców, z których jeden znów zdołał schwycić rozpalone żelazo.
Ale Joanna, korzystając z tego, iż kat tylko jedną ręką mógł przytrzymać ją za głowę, odwróciła się ku niemu z piekielnym uśmiechem, podstawiła mu pod rozpalone żelazo gołą pierś, przeszywając go wyzywającym wzrokiem.
Nieszczęście chciało, że straszne narzędzie, przesuwając się koło szyi, opadło na prawą pierś i, wydawszy syk świszczący, wypaliło ciało.
Szalony ból, pomimo zakneblowania, wyrwał z ust nieszczęśliwej taki okrzyk z doznanych cierpień, że z pewnością żadna pierś ludzka nie mogłaby wydobyć z siebie takiego dźwięku.
Nadmiar cierpień zwalił Joannę z nóg; z ust nie wydobył się już żaden dźwięk, żaden dreszcz nie przebiegł więcej jej ciała. Tym razem rzeczywiście zemdlała.
Kat wziął ją na ramiona i począł schodzić po schodkach, stawiając kroki niepewne.
Tłum przypatrywał się całej tej scenie w niemem zdumieniu i nie opuścił swych miejsc, dopóki nie zobaczył, że wrota, przez które Joanna została uprowadzona, zamknęły się za nią; spodziewano się jakiegoś epilogu z tej sceny dramatycznej, którą urządził parlament.
Policja od pierwszej chwili, tak baczną zwracała na wszystko uwagę, że nierozsądnie byłoby sprzeciwiać się jej w czemkolwiek.
Jeżeli gdzie niegdzie odzywały się głosy niechętne, to w sposób umiarkowany.
Niezadługo zupełna cisza zaległa opustoszały plac; na przeciwnym końcu mostu zatrzymało się tylko dwóch mężczyzn, którzy prowadzili ze sobą następującą rozmowę:
— Jak sądzisz, Maksymiljanie, czy osoba, napiętnowana przez kata, była istotnie panią de la Motte?
— Tak mówią, lecz ja wątpię — odrzekł wyższy z rozmawiających.
— Czyż pan tak sądzisz? — dodał drugi, o wyglądzie nie wzbudzającym zaufania, z oczyma podobnemi do sowich i włosami krótko przystrzyżonemi. — Poplecznicy tych tyranów mogli oszczędzić swoją wspólniczkę. Ażeby zrzucić winę z Marji-Antoniny; wyszukali jakąś pannę Oliwję, która przyznała się, iż jest osobą niezbyt moralnego prowadzenia się; mogli także wynaleźć jakąś panią de la Motte, która potwierdziła zarzut, iż jest fałszerką. Na to mi pan odpowiesz, że wypalono hańbiące piętno? jestto taka sama komedja, jak wiele innych, tylko więcej kosztuje. Zapłacono ofierze i katowi, oto i wszystko.
Towarzysz słuchał go, kiwając głową. Od czasu do czasu uśmiech zawitał na jego ustach, z których jednak ani słowa nie wyszło.
— Cóż mi pan na to odpowie? — zapytał młody człowiek o fizjonomji odrażającej. — Nie podziela pan moich poglądów w tym względzie?
— Ja — odezwał się ten, którego Maksymiljanem zwano — nie mogę się w tym względzie pogodzić z panem.
— Ha! w takim razie postąpisz pan tak, jak zrobi wielu gapiów; utrzymywać będą, iż widzieli na własne oczy, jak piętnowano panią de la Motte. Nie mogę zrozumieć, jak można być tak niekonsekwentny. Przed chwilą twierdziłeś pan, że to napewno nie była pani de la Motte.
— Ja i obecnie jestem tego zdania, jednakże nie wierzę w to, aby skazana była jedna z osób, o których pan wspominasz.
— W takim razie, kim była osoba zhańbiona, jeżeli to nie pani de la Motte?
— Królowa — odparł młody człowiek, ze złośliwym uśmiechem, który nigdy z ust jego nie schodził.
Drugi, zanosząc się od śmiechu, jął klaskać w dłonie.
— Do widzenia, Robespierze — po chwili wyrzekł.
— Do widzenia, Maracie — odpowiedział pierwszy.
To mówiąc, rozeszli się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.