Naszyjnik królowej (1928)/Tom II/Rozdział L

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Naszyjnik królowej
Podtytuł Powieść
Data wydania 1928
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Collier de la reine
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
L
CHRZEST MAŁEGO PEAUSIRE

Pani de la Motte przerachowała się we wszystkich swych zamysłach. Cagliostro zaś nie zawiódł się na żadnym.
Zaledwie osadzony został w Bastylji, gdy zdołał przeniknąć, czego właściwie od niego żądano.
Słupem wytycznym jego działań miały być dążenia dla wprowadzenia ruiny do tej monarchji, której istnienie podkopywał za pomocą illuminizmu i alchemji.
Jego to dziełem było zebranie wiadomości, przesłanych w liście, który spowodował pierwsze zaburzenia. Rozwalono zatarasowane mury Bastylji, zawrzało w mieście jak w ulu, snać wszystko już było przygotowane, jedna iskra miała wywołać niszczący płomień-rewolucje, pierwszy zwrot polityczny, który poprzedzał wypadki z dnia 14 lipca 1782 roku.
List ten zaburzył spokój króla, królowej, kardynała i wszystkich działaczy politycznych, ale zarazem strącił z zajmowanego stanowiska słynnego tyrana ministerialnego pana de Breteuil.
Oto, co zawierał list ten:
„Teraz gdy jestem już na wolności, nie cofnę słów, którem wyrzekł, będąc uwięziony w Bastylji. Niema winy, niema przestępstwa, któregoby nie powinien zatrzeć sześciomiesięczny pobyt w tem więzieniu. Pytano mnie, czy powrócę kiedyś do Francji. Tak, lecz wtedy tylko, kiedy mury Bastylji zrównane będą z ziemią, kiedy gmach ten zniknie a na jego miejscu staną publiczne ogrody, przeznaczone dla ludu. Oby Bóg dopomógł mi w tem przedsięwzięciu! Francuzi! wy macie wszystkie dane, aby żyć w szczęściu i spokoju; natura hojnie zaopatrzyła was i wasz kraj we wszystkie dary. Posiadacie niepospolite zdolności umysłowe, odznaczacie się humorem, swadą, werwą i niezamąconym spokojem ducha, ojczyzna wasza zajmuje obszerne i żyzne łany, i nie możecie mieć współzawodników w sztuce przypodobania się ludziom, trzymacie pod wieloma względami prym, lecz niestety jest i jedna ciemna strona waszego szczęścia.
Oto nie możecie spokojnie złożyć do snu głowy swojej, bo nie wiecie, co was czeka.
Cagliostro święcie dotrzymał obietnicy i względem Oliwji, ona zaś dała mu niezbite dowody wdzięczności. Nigdy ani słówkiem nie dotknęła swego protektora a w jego nieobecności postępowała w ten sposób, aby mu wyrobić dobrą opinję i niczem nie skompromitować jego osobistości.
Czas, spędzony przez uwięzionych pod zamknięciem, przeszedł dla Oliwji bez widzenia się ze swoim ukochanym Beausire‘m, nie była jednak ciągle samotną i, jak później przekonamy się, ukochany pozostawił jej pamiątkę.
W maju 1786 roku świątynia św. Pawła przy ulicy św. Antoniego przepełniona była pobożnymi. Pośród licznych żebraków zwracał swojem dziwnem zachowaniem się ogólną uwagę człowiek, którego spojrzenie utkwione wciąż było w kierunku Bastylji. Nieopodal od niego zajął miejsce jeden z pomocników Cagliostra, z pochodzenia niemiec, którego Balsamo używał w charakterze asystenta do swych tajemniczych praktyk, odbywających się w tajemniczym domu przy ulicy Saint-Claude.
Człowiek ten poskramiał objawy niecierpliwości ze strony de Beausire i rzekł do niego szeptem.
— Zatrzymaj się, chwilę cierpliwości! oni niezawodnie przybędą.
— Co? — zawołał tajemniczy człowiek z zaniepokojeniem, to pan?
— Panie Beausire, nie rób tyle hałasu, policja nas może zauważyć. Pan mi przyrzekł, iż udzieli ci pożądanych wiadomości a ja właśnie jestem jego posłannikiem i mogę ci o wszystkiem powiedzieć.
— Ależ na Boga, słucham pana, mów pan czemprędzej.
— Nie tak głośno, matka i dziecię są zupełnie zdrowe.
— Co! — zawołał w uniesieniu radości, którego żadni pióro nie zdołałoby opisać — więc ona została już matką i jest już ocalona!
— Tak jest, ale pójdźmy na stronę.
— Jest szczęśliwą matką córki, czy?...
— Nie, panie, urodził się syn.
— Tem lepiej! jakże jestem szczęśliwym, po tysiąckroć szczęśliwym! Podziękuj swemu panu i powiedz mu, że wdzięczność moja dla niego jest bez granic, że rozporządzać może mną, majątkiem moim i wszystkiem, co jest w mojem posiadaniu.
— Owszem powiem mu to wszystko, lecz muszę się najprzód z nim zobaczyć.
— Ależ, mój przyjacielu, co mają znaczyć twe słowa, proszę przyjąć na pamiątkę te dwa luidory.
— Dziękuję, lecz od nikogo, z wyjątkiem pana mego, nic nie przyjmuję.
— Miałem zamiar zapytać pana, co znaczyły tajemnicze wyrazy „Oni przyjdą“. Zechciej mi pan wytłumaczyć, kto mianowicie tu przybędzie?
— Miałem na myśli chirurga z więzienia Bastylji i akuszerkę, która była tu przy rozwiązaniu panny Oliwji.
— Jakto więc oni tu przybędą? w jakim celu?
— Aby ochrzcić dziecię!
— Więc ujrzę mego syna! — zawołał, skacząc i ciesząc się, jak dziecko.
— Pan powiadasz, że będę miał szczęście zobaczyć tu, za chwilę dziecię Oliwji?
— Z pewnością, lecz zalecić muszę panu spokój, podejrzewam bowiem, że pośród żebraków, okrytych łachmanami, muszę się znajdować i trzej agenci pana de Crosne.
Beausire przycisnął się do niemca.
— Czy jej tam nie brak czego? — zapytał, składając ręce na piersi.
— Nie, przeciwnie jest zupełnie szczęśliwa. Ale oto dorożka zajechała.

— Rzeczywiście, tak jest, to zapewne oni zatrzymują się tutaj — widzę już w okienkach dorożki coś białego, to zapewne pieluszki dziecka, wiezionego do chrztu.
Jest pani dziś uroczo piękna — rzekł
Nadmiar wzruszeń pozbawił pana de Beausire sił, kiedy zobaczył, że do kościoła wkraczają chirurg, akuszerka i jeden z dozorców Bastylji. Mieli asystować przy tej ceremonji jako świadkowie. Przy wejściu tych trzech osób do kościoła ożywione szepty żebraków przycichły, natomiast rozległy się z zachrypniętych gardeł prośby o jałmużnę.

Wtedy kościół stał się widownią dziwnego zdarzenia; rodzice chrzestni torowali sobie drogę do ołtarza, potrącając obecnych i złorzecząc żebrakom, gdy człowiek obcy hojnie rozdawał jałmużnę, tłumiąc łzy radości.
Cały orszak, złożony z rodziców chrzestnych, świadków i kilku ciekawych, podążył do zakrystji, dokąd i Beausire poszedł w nadziei, że i jemu da się zdobyć jeszcze miejsce.
Nareszcie zamknięto drzwi od zakrystji i ksiądz przystąpił do swych czynności zaczynając pisać stereotypowy początek aktu urodzenia.
— Jakie jest imię i nazwisko dziecka? — zapytał.
— Możemy tylko powiedzieć, że jest to chłopiec — odpowiedziano.
— A zatem — rzekł ksiądz — należy mu nadać jakiekolwiek imię, byle tylko jednego ze świętych.
— Zgoda! panna chciała, aby go ochrzczono imieniem Toussaint.
— W takim razie — rzekł ksiądz — z tem imieniem tylko, wezwawszy wszystkich świętych na patronów, możemy się obejść bez ojca. Przystąpmy do rzeczy:
W dniu dzisiejszym przedstawiono nam dziecię płci męskiej, urodzone wczoraj w więzieniu Bastylji z matki Nicoliny-Oliwji-Legay i ojca... niewiadomego.
Beausire nie będąc w stanie ukryć oburzenie z wściekłością rzucił się w stronę księdza i, schwyciwszy go za rękę, rzekł z mocą:
— Toussaint ma ojca, jak ma i matkę. Ma ojca, który go kocha i krwi swojej się nie zaprze: Pisz pan proszę, że:
„Toussaint, urodzony w dniu wczorajszym, z matki panny Nicoliny-Oliwji Legay, jest synem Jana-Baptysty Toussaint de Beausire, tu obecnego“.
Z trudnością możnaby opisać zdumienie księdza i chrzestnych rodziców. Pierwszy wypuścił pióro z ręki, patrząc bezmyślnie przed siebie, a mały Toussaint omal nie wypadł z rąk „troskliwej“ akuszerki.
Beausire schwycił go w swoje objęcia i, okrywając gorącemi pocałunkami, tem samem złożył na czole biednego dziecka powitanie zroszone łzami miłości rodzicielskiej.
Rozrzewniająca miłość Beausira do swego dziecka wywarła na obecnych silne wrażenie.
Tylko ksiądz zachował zimną krew i zdawał się wątpić o prawdziwości słów Beausire‘a. A może przykro mu było, że będzie musiał rozpocząć pisanie aktu na nowo.
Ale Beausire przewidział trudności i skrupuły księdza i złożył na chrzcielnicy trzy sztuki złota, które zapewne lepiej, niż jego łzy radości, dowiodły ojcostwa.
Ksiądz zebrał pieniądze i zabrał się do wymazywania tych kilku wierszy, które poprzednio skreślone były pod wpływem zbyt dobrego humoru.
— Ponieważ jednak — rzekł ojciec duchowny — zaświadczenie pana chirurga i pani Chopin było zupełnie formalne i już zostało wciągnięte do aktów, teraz pan ze swej strony musisz nam dać piśmienne zobowiązanie, że sam do tego dziecka się przyznałeś i jesteś jego ojcem.
— Ależ panie, choćbym własną krwią miał to wypisać, nie cofnę się.
I schwycił za pióro z zapałem.
— Miej się pan na baczności — rzekł cicho dozorca Gyan, który zawsze chciał wykazać swoją skrupulatność. — Pańskie nazwisko jest dobrze znane w pewnych miejscowościach, przezorność więc nakazuje powstrzymać się od podpisania papieru, którego data byłaby oczywistym dowodem pańskiego pobytu w mieście i świadczyćby mogła, że byłeś pan w stosunkach z jedną z oskarżonych.
— Dzięki ci za rady, mój przyjacielu — rzekł Beausire wyniośle — człowiek ten wygląda na uczciwego i, zdaje się, zasłużył na dwa luidory, które ode mnie otrzymał. A zresztą, mam się wyprzeć dziecka mego, dziecka mojej żony?
— Więc ona jest pańską żoną? — zapytał chirurg.
— Prawną? — dodał ksiądz.
— Z chwilą, kiedy Bóg powróci jej wolność — rzeki Beausire, drżąc z radości — nazajutrz zwać będzie się Nicoliną Legay de Beausire, tak, jak jej syn i ja.
— Ależ pan się narażasz — rzekł Guyan — zdaje mi się, że pana szukają.
— Możesz pan być przygotowany na to, że ja pana nie zdradzę — rzekł chirurg.
— Ani ja — dodali razem ksiądz i akuszerka.
— A gdyby nawet — odparł Beausire z egzaltacją męczennika — chętnie zniósłbym męczarnie, pocieszając się, iż miałem szczęście widzieć mego syna.
— Jeżeli los ten miałby go kiedy spotkać — wyrzekł złośliwie dozorca do akuszerki — to z pewnością nie za to, że się przyznał, iż jest ojcem małego Toussaint.
Wypowiedziawszy to, przystąpił do podpisania aktu.
Beausire chciał swoje zobowiązanie wyrazić w słowach namiętnych, pełnych gorącej miłości rodzicielskiej.
Gdy papier znów powrócił do jego rąk, odczytał go jeszcze raz i, sprawdziwszy wszystko, uścisnął swego syna, włożył mu dwanaście luidorów pod poduszkę, u szyjki zawiesił złoty pierścień, przeznaczony dla Oliwji, i, dumny jak Ksenofont podczas słynnego odwrotu, otworzył drzwi od zakrystji, gotów na wszystko, byle tylko ujść zbirom, gdyby ci byli do tego stopnia wyrodkami, aby czyhać chcieli na niego w podobnej chwili.
Tłumy żebraków nie opuściły kościoła.
Gdyby Beausire zapuścił wzrok w te zbite tłumy, dojrzećby mógł wśród nich sprawcę nieszczęścia — stanowczego agenta. Ale nic nie zamąciło spokoju przy wyjściu z kościoła i Beausire, żegnany życzeniami żebraków: „Niech cię Bóg ma w swej opiece“, opuścił kościół z pozorami dobroczyńcy, którego cała czereda żegnała słowami podzięki i błogosławieństwa.
Co się zaś tyczy świadków, ci, wsiadłszy do dorożek, udali się do domu, mocno zdziwieni całem tem zajściem.
Z usposobieniem wesołem podążył Beausire do miejsca schronienia, znanego jemu, panu de Crosne i Cagliostrze.
Z wspomnianych wypadków sądzićby można, że i pan de Crosne dotrzymał słowa Cagliostrze i nie zamącał spokoju Beausire‘owi.
Kiedy dziecię powróciło do Bastylji i pani de Chopin opowiedziała, jakiego nadspodziewanego zdarzenia była świadkiem, Oliwja włożyła na palec przysłany pierścień i łzy rozczulenia potoczyły się po twarzy.
Chciano wyszukać karmicielkę dla dziecka.
Ale Oliwja nie pozwoliła, mówiąc:
— Kiedyś słyszałam, jak Gilbert, uczeń Roussa, utrzymywał, że dobra matka powinna przynajmniej karmić swoje dziecię, a ja chcę być dobrą matką.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.