Nasz sąsiad

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Nasz sąsiad
Pochodzenie Cztery siostry
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze RÓJ
Data wydania 1929
Druk Drukarnia „GRAFJA“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NASZ SĄSIAD.

Najciekawszem z zajęć, jakim może się oddawać człowiek stale chodzący po tych samych ulicach miasta, jest chyba określanie rodzaju i usposobienia ludzi, którzy te ulice zamieszkują. Przyczem żadna rzecz nie wpływa tak decydująco na wynik dociekań jak wygląd frontowych drzwi. Rozmaite kształty twarzy ludzkiej bywają tłem dla pięknych i ciekawych studjów; jednakże w fizjognomji frontowych kołatek kryje się cały szereg niemniej charakterystycznych i niemniej niezawodnych cech. Odwiedzając po raz pierwszy w życiu jakiegoś człowieka, z największem zainteresowaniem zgłębiamy rysy jego kołatki, wiemy bowiem, że pomiędzy ludźmi i kołatkami musi istnieć mniejsze lub większe podobieństwo i wzajemna sympatja.
Naprzykład, istnieje rodzaj kołatki, niegdyś cieszący się wielką popularnością, dzisiaj szybko zanikający, masywna, okrągła kołatka, ozdobiona wizerunkiem wesołego, zażywnego lwa, którego figlarne oczy śmieją się do was pochlebnie, gdy poprawiacie ręką zwichrzone włosy lub podciągacie kołnierzyk, czekając cierpliwie, aż wam otworzą drzwi; jeszcze się nam nie udało stwierdzić istnienia takiej kołatki u drzwi skąpca — jak dalece sięga nasze doświadczenie, była ona nieomylnym wskaźnikiem gościnności i pozwalała wierzyć, że gospodarz nie lubi prowadzić rozmowy, nie zwilżywszy uprzednio gardła.
Nikt nigdy nie widział takiej kołatki u drzwi drobnego adwokata lub komornika; ci ludzie trzymają sztamę z innym lwem; na ich drzwiach widnieje ponury, krwiożerczy potwór, którego oblicze zdradza dzikość i niepomierną głupotę: jest to najstarsza z pośród kołatek; świadczy o egoizmie i brutalności.
Istnieje także niewielka, zgrabna kołatka egipska: długa, wychudła twarz z zadartym nosem i ostrym podbródkiem. Cieszy się powodzeniem u urzędników państwowych, którzy noszą jasne płócienne garnitury i krochmalone, sztywne kołnierze: mali, szczupli, wścibscy ludzie, w zupełności zadowoleni ze swych własnych zapatrywań i uważający się za niezmiernie ważne osobistości.
Kilka lat temu zaniepokoiło nas poważnie pojawienie się nowego rodzaju kołatki — kołatki bez twarzy! składającej się jedynie z wieńca, który ozdabia metalową rękę, lub poprostu niewielką sztabkę z bronzu. Jednakże trochę uwagi i wytężenia pozwoliło nam pokonać i tę trudność i pozyskać nowy system kołatek na rzecz naszej ulubionej teorji. Znajdziecie taką kołatkę na drzwiach ludzi zimnych i sztywnych, którzy stale pytają, dlaczego ich nie odwiedzacie, a nie zaproszą nigdy.
Każdy wie, że mosiężna kołatka właściwa jest podmiejskim willom, oraz internatom; na tym gatunku wypada zamknąć listę kołatek najbardziej wyrazistych i dających się najlepiej spreparować.
Frenologiści twierdzą, że wzruszeniom, opanowującym umysł człowieka, odpowiadają pewne zmiany w kształcie jego czaszki. Zastrzegamy się, że nie mamy zamiaru wyciągać ostatecznych wniosków z wyłożonej poprzednio teorji; nie twierdzimy bynajmniej, że każda zmiana w usposobieniu człowieka musi spowodować widoczne zmiany w rysach jego kołatki. Ustalamy jedynie, że w podobnym wypadku magnetyzm, który istnieje pomiędzy człowiekiem a kołatką, skłoni go do usunięcia dawnej i do wyszukania nowej bardziej sympatyzującej z jego zmienionemi uczuciami. Jeżeli dowiadujecie się, że ktoś się przeprowadza, nie mając po temu żadnych rozsądnych przyczyn, możecie być pewni, że, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, czyni to właśnie dlatego, że zerwały się węzły harmonji pomiędzy nim a kołatką. Jest to teorja nowa, tem niemniej odważamy się na jej ogłoszenie, ponieważ ani w swej pomysłowości, ani w prawdziwości, nie ustępuje żadnej z tysiąca uczonych spekulacyj, jakie co dnia pojawiają się na rynku księgarskim gwoli dobra publicznego i prywatnego majątku.
Zważywszy te nasze poglądy na sprawę kołatek, czytelnik z łatwością sobie wyobrazi, z jakim niepokojem stwierdziliśmy całkowite zniknięcie kołatki u drzwi sąsiadującego z naszym domu i pojawienie się dzwonka na jej miejsce. Takiej klęski nie przeczuwaliśmy nawet we śnie. Sama myśl, że ktoś może istnieć bez kołatki, wydawała się tak dziką i szaloną, że ani na chwilę nie przyszła nam do głowy przedtem.
Z nosem spuszczonym na kwintę opuściliśmy miejsce wypadku i skierowaliśmy kroki w stronę Eaton-square’u, który wtedy budował się jeszcze. Jak wielkie było nasze zdumienie i oburzenie, gdyśmy spostrzegli, że dzwonek stawał się prawidłem, a kołatka wyjątkiem! Teorja zachwiała się pod ciosem. Z gorączkowym pośpiechem wróciliśmy do domu; i przewidując w wyobraźni, jak w miarę szybkiego następstwa wypadków trzeba będzie całkowicie zrezygnować z przekonań, postanowiliśmy od tego dnia poddać osobistości naszych sąsiadów ścisłej obserwacji. Sąsiadujący z nami po lewej stronie dom był niezamieszkany, tem więc łatwiej było nam skupić całą uwagę na sąsiadach z prawej.
Dom pozbawiony kołatki znajdował się w posiadaniu urzędnika ze stolicy. W oknie salonu widniała pokryta kaligraficznem pismem kartka, opiewająca, że samotny dżentlmen otrzyma mieszkanie o ile wzamian zapłaci komorne.
Dom leżał po ocienionej stronie ulicy, był mały, schludny, choć ponury, posadzkę korytarza pokrywał wąski, nowy chodnik, po schodach aż do pierwszego piętra ciągnął się wąski, nowy dywan. Nowa była tapeta, nowa farba, nowe meble; i tak tapeta, jak farba i meble, zdradzały skromność pieniężnych zasobów lokatora. W salonie leżał czerwono-czarny dywanik, którego odległość od ścian była ze wszystkich czterech stron harmonijnie wielka; stało kilka poplamionych krzeseł i staroświecki stół; kilka niziutkich kredensów, na każdym purpurowa muszla, która wraz z tacą i puszką do herbaty, wraz z kilkoma innemi muszlami na kominku i trzema pawiemi piórami, rozłożonemi gustownie nad kominkiem, uzupełniała dekorację apartamentu.
Ten właśnie pokój miał samotnego dżentlmena przytulić na czas dnia, a niewielka oficyna na tem samem piętrze miała być jego sypialną wciągu nocy.
Niewiele czasu upłynęło od pojawienia się kartki w oknie salonu, kiedy tęgi, wesoły mężczyzna, w wieku może pięćdziesięciu trzech lat, okazał gotowość osiedlenia się we wspomnianem mieszkaniu. Interesu dobito, bo natychmiast po pierwszej wizycie nieznajomego ogłoszenie znikło. Po kilku dniach samotny dżentlmen się wprowadził, a wkrótce potem wyszły najaw wszystkie jego słabe i mocne strony.
Przedewszystkiem lubił, djabeł wie poco, czuwać do trzeciej lub czwartej w nocy, siedzieć przy stole, pić wódkę i palić cygara; następnie zapraszał do siebie przyjaciół; ci przychodzili koło dziewiątej wieczorem, nabierali humoru koło północy i wtedy dawali upust swej wesołości, śpiewając pieśni, których tekst składał się z kilku aryj, każda po dwa wiersze, i z dziesięciowierszowego chóru; przyczem w chór władowywało towarzystwo cały swój zapas energji, czyniąc to bardzo entuzjastycznie i bardzo wrzaskliwie; skutkiem było wielkie niezadowolenie sąsiadów, a zwłaszcza pewnego lokatora domu na lewo, również samotnego dżentlmena.
Te koncerty, odbywające się zazwyczaj trzy razy w tygodniu, mogłyby same przez się doprowadzić do szaleństwa; ale to nie było wszystko. Bo kiedy wreszcie towarzystwo opuszczało lokal, to zamiast spacerować sobie cichutko po ulicy, jak to czynią przyjaciele rzeczywistych dżentlmenów, wyprawiało piekielne hałasy, udając krzyki kobiet przy porodzie. Ponadto pewnej nocy jegomość w białym kapeluszu, z twarzą jak piwonja, zastukał z bezczelną gwałtownością do drzwi domu Nr. 3, w którym mieszkał jegomość z przyprószonym siwizną włosem, i kiedy siwy jegomość, sądząc, że to jedna z jego zamężnych córek dostała przedwczesnych boleści, zeszedł ze schodów poomacku i po długich machinacjach kluczem i zamkiem otworzył wreszcie drzwi — jegomość w białym kapeluszu, z twarzą jak piwonja, rzekł, że bardzo mu przykro, jeżeli fatyguje siwego jegomościa, ale czułby się bardzo zobowiązanym, gdyby ten ofiarował mu szklankę zimnej wody z pod kranu i pożyczył szylinga na dorożkę.
Na to siwy jegomość zatrzasnął gniewnie drzwi, wszedł na schody i wyrzucił przez okno zawartość całego dzbanka wody z pod kranu — rzut był celny, ale woda dostała się komu innemu. Na ulicy powstała nieopisana panika.
Żart żartem; i nawet namacalnie żarty bywają w swoim rodzaju kapitalne, jeżeli się znajdzie niezainteresowana bezpośrednio osoba, która zechce się śmiać. Ale mieszkańcy naszej ulicy byli niedość rozwinięci, aby pojąć cały komizm tych wydarzeń: to też bezpośrednim skutkiem było, że nasz sąsiad musiał złożyć swemu sublokatorowi niezmiernie przykrą dla obu stron wizytę; w toku rozmowy oświadczył, że o ile samotny dżentlmen nie wyrzeknie się spędzania wieczorów z przyjaciółmi w domu, to, niestety, trzeba będzie się rozstać. Samotny dżentlmen przyjął przestrogę bardzo pogodnie i przyrzekł, że na przyszłość będzie spędzał wieczory w kawiarni. Postanowienie to wywołało powszechny aplauz.
Następna noc przeszła bez żadnych zaburzeń: wszyscy odetchnęli z ulgą. Ale w dwadzieścia cztery godziny później hałasy powtórzyły się ze zdwojoną energią. Przyjaciele samotnego dżentlmena, nie mogąc go odwiedzać co drugą noc, postanowili składać mu wizytę każdej nocy. Dość sobie wyobrazić ich hałaśliwe pożegnania, łoskot, z jakim samotny dżentlmen szedł do siebie na górę, i jego zmagania się z butami trzymającemi na uparcie nogi; aby zrozumieć, że tak dalej być nie mogło. A więc nasz sąsiad zawiadomił dżentlmena, który był pod innemi względami bardzo wygodnym lokatorem, że musi się wynosić; dżentlmen się wyniósł i od tej chwili zapraszał przyjaciół do innych lokalów.
Następny amator mieszkania opuszczonego przez niespokojnego samotnika, był zupełnie innym człowiekiem. Wysoki, chudy, młody mężczyzna z bujną blond czupryną, rudawemi bokobrodami i zaledwie zaznaczonym wąsem. Nosił bluzę z galonami, szare spodnie, zamszowe rękawiczki i pod każdym względem przypomniał oficera wyższej rangi. Tak niepodobny do rozpustnego samotnego dżentlmena! Co za czarujące obejście, co za sposób mówienia! I jaka powaga! Kiedy po raz pierwszy przyszedł oglądać mieszkanie, wypytywał szczegółowo, czy, kiedy i jak można otrzymać stałe miejsce w parafjalnym kościele. A gdy już doszedł do porozumienia z gospodarzem, poprosił, aby mu sporządzono spis miejscowych towarzystw dobroczynności, chciał bowiem złożyć ofiarę pieniężną na ręce tych, którzy na to najbardziej zasługują.
Nasz sąsiad nie posiadał się z radości. Dostał wreszcie sublokatora w zupełności odpowiadającego jego własnemu usposobieniu — człowieka poważnego, statecznego, który nie znosił hulaszczej wesołości, a kochał ciszę. Z lekkiem sercem zdjął z okna ogłoszenie, malując sobie w wyobraźni długi szereg spokojnych niedziel, w czasie których będzie wymieniał ze swym lokatorem niedzielne pisma i komplementy.
Poważny pan przyjechał, a jego rzeczy miały nadejść ze wsi nazajutrz. Pożyczył więc od gospodarza czystą koszulę, książkę do nabożeństwa i położył się spać o wczesnej porze, prosząc, aby go obudzono punktualnie o dziesiątej rano — nie wcześniej, był bowiem bardzo zmęczony.
O oznaczonej porze zapukano do jego pokoju: nie odpowiadał; zapukano ponownie: odpowiedzi nie było. Zaniepokojony gospodarz wyważył drzwi. Poważny pan w tajemniczy sposób znikł, zabierając ze sobą koszulę, książkę do nabożeństwa, łyżeczkę do herbaty i pościel.
Czy to wydarzenie, przeważając szalę, i tak już dobrze obciążoną popisami poprzedniego sublokatora, wzbudziło w naszym sąsiedzie wstręt do samotnych dżentlmenów, nie wiemy; to pewne, że następne ogłoszenie, jakie ukazało się w oknie salonu, zawiadamiało poprostu, że jest do wynajęcia umeblowane mieszkanie na pierwszem piętrze. Wkrótce i to ogłoszenie znikło. Nowi lokatorowie najpierw zwrócili na siebie naszą uwagę, potem wzbudzili w nas żywe współczucie.
Był to chłopiec osiemnasto lub dziewiętnastoletni z matką kobietą pięćdziesięcioletnią, a może nawet młodszą. Oboje nosili żałobę. Byli ubodzy — bardzo ubodzy. Utrzymywali się jedynie z pensji, jaką pobierał chłopiec, przyjmując referaty do przepisywania i tłumacząc dla wydawców.
Wyemigrowali z prowincjonalnego miasteczka i osiedlili się w Londynie: po części dlatego, że w dużem mieście chłopiec prędzej mógł liczyć na zarobek a po części może i dlatego, że czuli pewien żal do miejsca, na którem niegdyś zaznali lepszej doli, i unikali instynktownie ludzi, którym znany był ich obecny los. Żaden cios nie zdołał złamać ich dumy, a duma nie pozwalała im rozwodzić się o swych nieszczęściach przed obcymi. Jak wielką cierpieli nędzę i jak ciężko pracował chłopiec, aby jej przeciwdziałać, o tem nikt nie wiedział, oprócz tych dwojga nieszczęśliwych. Noc w noc, do godziny drugiej, trzeciej, czwartej po północy słyszeliśmy trzask płonącego nieśmiało ognia, albo pusty, stłumiony kaszel, który świadczył, że chłopiec wciąż jeszcze pracuje; i z dnia na dzień widzieliśmy coraz wyraźniej, że natura rzuca na jego żałosną twarz to nieziemskie światło, które jest oznaką najgorszej z pośród chorób, jakie nawiedzają ludzi.
Powodowani, zdaje się, uczuciami wyższemi nad prostą ciekawość, zawarliśmy z nieszczęśliwymi znajomość, która potem przeszła w serdeczną przyjaźń. Nasze posępne przeczucia się sprawdzały; chłopiec marniał w oczach. Przez część zimy i całą następną wiosnę i lato pracował bez przerwy do głębokiej nocy: tak, że matka musiała postarać się o robotę — szycie, haft — aby podeprzeć jego coraz mniej wydajną pracę.
Jej zarobki ograniczały się jednak do kilku niepozornych szylingów. Chłopiec męczył się i męczył, z każdą minutą posuwał się o krok bliżej ku śmierci, bez jednego protestu, bez jednej skargi.
Pewnego pięknego jesiennego wieczoru wybraliśmy się na zwykłą wizytę do chorego przyjaciela. Podczas ostatnich kilku dni słabł coraz widoczniej; teraz leżał na sofie przy otwartem oknie, wpatrzony w zachodzące słońce. Matka czytała mu nagłos biblję, ale kiedyśmy weszli, zamknęła książkę i wyszła na nasze spotkanie.
— Właśnie tłumaczyłam Williamowi, — rzekła, — że musimy za wszelką cenę wywieźć go za miasto, na wieś, aby wydobrzał. On nie jest chory, pan wie, tylko osłabiony, zwłaszcza że ostatnio tak się przepracowywał. — Biedaczka! Łzy, które potoczyły się po jej palcach, kiedy się odwróciła, udając, że poprawia czepek, nazbyt jasno świadczyły o bezowocności tej samoobłudy.
Bez słowa siedzieliśmy u wezgłowia sofy, nasłuchując, jak cicho i w jak zawrotnem tempie ulatnia się życie z piersi gasnącej w naszych oczach istoty. Z każdym oddechem tętno serca słabło.
Chłopiec podał nam prawą dłoń, lewą uchwycił się ramienia matki, gwałtownie przyciągnął ku sobie i gorąco ucałował jej twarz. Nastąpiła chwila ciszy. Opadł na poduszkę i przeciągłem, poważnem spojrzeniem śledził rysy kobiety.
— Williamie, Williamie! — wyszeptała matka — nie patrz tak na mnie, mów, mów, najdroższe dziecko!
Chłopiec uśmiechnął się z wysiłkiem, ale po chwili wrócił poprzedni wyraz twarzy: to samo chłodne, poważne zapatrzenie.
— Williamie, najdroższy Williamie! podnieś się; nie patrz tak na mnie, dziecko — błagam, nie patrz! Boże, Boże — co ja pocznę! — zawołała wdowa, załamując ręce w rozpaczy — mój chłopiec najdroższy — umiera! —
Chłopiec dźwignął się gwałtownym wysiłkiem ponad poduszkę, splótł ręce i rzekł: — Matko! Kochana matko, pochowaj mnie na rozległych polach — gdzie chcesz, tylko nie wśród tych przeklętych ulic. Chcę być tam, gdzie będziesz mogła widzieć mój grób, nie w tem okropnem, natłoczonem mieście. Ono mnie zabiło. Pocałuj jeszcze raz, uściśnij...
Opadł i dziwny wyraz rozlał się na jego twarzy: nie wyraz bólu lub cierpienia, ale jakieś ogromne skoncentrowanie, znieruchomienie każdego muskułu i ścięgna.
Już nie żył.

(Z cyklu „Our Parish”)




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.