Nasi żydzi w miasteczkach i na wsiach/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nasi żydzi w miasteczkach i na wsiach
Wydawca Redakcya „Niwy”
Data wydania 1889
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
NASI ŻYDZI
W MIASTECZKACH I NA WSIACH.
Przez
Klemensa Junoszę.

WARSZAWA
NAKŁADEM REDAКСYI NIWY“

1889.

Дозволено Цензурою.
Варшава, 31-го Іюля 1889 года.



Drukiem „WIEKU“, Nowy-Świat 61.





I.

Wstęp. Kwestya żydowska. Jej dawność. Antysemityzm. Cel niniejszej pracy.


Kwestya żydowska jest tak stara jak pisane dzieje ludzkości, jak historya.
Od zamierzchłych czasów biblijnych aż po dnie dzisiejsze, wlecze się ona przez wieki, zawsze otwarta, paląca, a niewyczerpana i nierozwiązana dotychczas.
„Wieczny tułacz“ idzie przez dzieje — a dokąd zajdzie — któż przewidzi?
Przyszedł też i do nas w tej włóczędze — i oto od wieków dziewięciu, co najmniej, dzieci Judy rozsiadły się wśród narodu, który im więcej niż inne gościnności okazał. Dziewięć wieków pobytu, dziewięć wieków sąsiedztwa i wspólnego mieszkania! — a jednak mamy jeszcze dziś „kwestyę żydowską“, nierozwiązaną, palącą dziś, — w przyszłości groźną.
Nie jest zadaniem niniejszej pracy prowadzić czytelnika przez dzieje, i opowiadać mu wszystkie fazy, przez jakie tu dziewięcio-wiekowi goście nasi przechodzili.
Nie było bardzo rozkosznie nam z nimi, ani też (co każe przyznać bezstronność) i im z nami — względnie jednak mieli tu żydzi większą niż dzieindziej, a nawet największą swobodę i dzięki jej, zasiedzieli się wśród nas, zakorzenili, i pomimo tylu wieków pozostali... żydami, takimi jak za Bolesława Pobożnego (1264), bo nawet z tą samą łamaną mową szwabską, która po dzień dzisiejszy jest ich domowym językiem.
Są narodem w narodzie, społeczeństwem w społeczeństwie — a liczba ich już miljon!!
Dla czego tak się stało, dla czego nie zjednoczyli się z nami, jeżeli nie wyznaniem religijnem, to przynajmniej duchem, poczuciem wspólnych obowiązków obywatelskich, mową, obyczajem i strojem — to rzecz historyków i historyi; — my bierzemy tylko fakt, a faktem jest, że się nie złączyli i wielkie pytanie: czy kiedykolwiek się złączą.
Nasze życie płynie innem korytem, ich innem, nasz duch ma odmienne, aniżeli ich, pragnienia, ale że jedna ziemia nas żywi, więc z konieczności stykać się musimy przy chlebie — i przeważnie z tego to zetknięcia powstaje „kwestya“.
Antysemityzm nie jest wynalazkiem dzisiejszym, bo już patrzyły na niego piramidy egipskie; mylą się również ci, co twierdzą, że go u nas nigdy nie było, gdyż istniał i ślady swoje tak w prawodawstwie, jak i w literaturze zostawił, a kwestya żydowska ciągle domagała się rozwiązania.
Achacy Kmita w r. 1648 pisze: „Przyjdzie ten czas, kiedy żydzi nie posiadłszy urzędów, rządzić będą urzędnikami, nie panując, będą panami panów. Król będzie miał podskarbiego, a oni skarb; a jak panu sprawią szubę sobolową, to im pozwoli zabrać wszystkim chłopom kożuchy[1].
Sleszkowski lekarz (r. 1623) groźnie powstaje na lekarzy żydów, w piśmie: „Jasny dowód, że nie tylko duszę, ale ciało swoje na wieczne zginienie dają, którzy lekarzów żydów i tatarów używają“. Pisał też przeciwko żydom i Klonowicz, pisali mniej lub więcej wszyscy prawie autorowie polscy XVII i XVIII wieku, formowała się cała literatura antysemicka, a podczas sejmu czteroletniego kwestya żydowska wywołała niezwykłe zainteresowanie, czego najlepszym dowodem jest mnóstwo broszur i pism ulotnych, w tej sprawie podówczas wydanych.
Te fakta dowodzą, że kwestya ciągle i nieustannie domagała się rozwiązania, że odczuwano potrzebę uregulowania stosunków nienormalnych i uciążliwych.
Uważne rozpatrzenie się w kartach dziejowych wskazuje również, że (pominąwszy wybuchy fanatyzmu, rzadsze zresztą u nas, aniżeli gdzieindziej) przyczyna główna niechęci do żydów miała źródło przeważnie w stosunkach ekonomicznej natury.
Znoszono ich strój i mowę odrębną, nie wtrącano się do wewnętrznego życia ich społeczności, nie dotykano wyznania — ale pod ciężarem ekonomicznego ucisku usiłowano protestować — domagano się reform.
Dziś antysemityzm objawia się w całej Europie, burzy się we Francyi, Niemczech, Austryi — ma swoje piśmiennictwo, koryfeuszów swoich i przywódców, odzywa się i w prasie peryodycznej i na parlamentarnych mównicach — jakżeby więc nie istniał w tym kraju, gdzie jest liczebnie więcej żydów niż w Europie całej?
Czy doprowadzi do jakiego rezultatu? — można wątpić, namiętność albowiem zaślepiona jest, i ani prawdy nie widzi, ani dróg prostych, a prowadzących do celu, wytknąć nie potrafi.
Jeżeli „antysemityzmem“ (jak to się w Warszawie praktykuje) nazywać mamy w ogóle mówienie o kwestyi żydowskiej, nie w duchu optymistycznym — a „antysemitami“ pisarzy, nie wahających się wypowiadać prawdy — to antysemityzm ma wszelką racyę bytu, a nawet dla dobra obudwóch stron jest niezbędny.
Niech się taki „antysemityzm“ wytworzy, niech bez uprzedzeń i bez nienawiści rasowej, ale też i bez optymistycznych złudzeń, przedstawia prawdę nagą, rzeczywistą, nic nie ukrywając, ani maskując, a wtedy łatwiej będzie obmyśleć środki do zagojenia rany, która na społeczeństwie naszem od wieków się jątrzy i, niestety, zabliźnić się aż dotąd nie może.
W szeregu naszych ogólnych cierpień i dolegliwości, kwestya żydowska ma pierwszorzędne znaczenie.
Począwszy od chłopa, którego świerzbi dłoń, gdy mu żyd lichwiarz ostatnią krowę z obory wyprowadza, aż do myśliciela i statysty, każdy się nią zajmuje i każdyby na swój sposób rozwiązać ją pragnął.
Autor niniejszego nie czuje się powołanym do rozcięcia, lub też do rozwiązania węzła, który zawiązany został przez tysiące przyczyn, a zacieśnił się i zaplątał podczas trwania wieków; pragnie on tylko zaprowadzić czytelnika do samego gniazda „kwestyi“ do naszych miasteczek i wsi i przedstawić rzetelny ich obraz, bez uprzedzeń i bez namiętności.
Jego zdaniem, gorąca miłość dla najbliższych, nie obowiązuje do nienawiści względem dalszych.
W spółczesnem piśmiennictwie naszem mówi się o żydach i o kwestyi żydowskiej bardzo wiele. I dziennikarstwo i belletrystyka dużo czasu i sił tej sprawie poświęca. Jedni widzą w żydach jakieś istoty demoniczne, wyjątkowo czarne i groźne, obdarzone djabelskim sprytem i przebiegłością — drudzy, przeciwnie, otaczają ich poetycznym urokiem, niemal aureolą męczeństwa.
Prawda i stronność nie mogą pod jednym dachem mieszkać. Równie śmiesznym wydaje mi się ten, który dowodzi, że moda spiczastych butów jest najwyraźniejszym objawem panowania żydów nad światem — jak ów, co powiada, że lichwiarz żyd jest dobrodziejem ludzkości, gdyż... wspomaga biedaka w chwili potrzeby. Rzecz jest zbyt poważna i zbyt ważna dla całej społeczności naszej, by mogła być traktowana pobieżnie, lub krańcowo.
Otóż pragnę zaprowadzić cię czytelniku do samego gniazda „kwestyi“, do źródła, z którego ona bierze swój początek. Radbym ci pokazać wnętrza tych domków nizkich, zapadłych w wilgotnym, grzęzkim, gruncie, porosłych pleśnią, przygarbionych i koszlawych. Chciałbym ci pokazać te postacie chude, wynędzniałe, głodne, żyjące z tego wiatru co wieje, goniące za groszem, zdobywające go zkąd się da, bez względu na źródło, byle tylko zdobyć, byle zatkać zgłodniałe usta, napchać pusty żołądek.
Nie znajdziesz w tych obrazach poetycznych widoków natury, ani śpiewu ptasząt, ani balsamicznej woni drzew — bo ludzie, o których mówić będę, żyją w zupełnie innem otoczeniu. Brud, głód i nędza, oto ich nieodstępne towarzystwo — a wiadomo, że Głód doradca zły.
Rozmnożyli się już bardzo, a pracować nie umieją; ludność, wyzyskiwana dotąd, nabiera doświadczenia i coraz oporniejsza się staje — a jeść przecie trzeba!
Nie wierz temu, czytelniku, żeby żydzi byli obdarzeni jakiemiś wyjątkowemi, nadludzkiemi zdolnościami, lub sprytem; nie wierz opowiadaniom o bogactwach tutejszych, małomiasteczkowych żydów. Ich majątki, jak się przekonasz poniżej, są efemeryczne, lub fikcyjne — a owe wyjątkowe zdolności, to tylko spryt zgłodniałego lisa, który, wiedząc dobrze, co są psy folwarczne, co żelaza i samołówki — idzie jednak do zabudowań... by pochwycić kurę...
Jeść mu się chce — i oto źródło sprytu i odwagi.
Pragniemy pokazać czytelnikom miasteczka nasze i ich mieszkańców żydów takimi jak są, w rodzinie, w społeczeństwie własnem — i w stosunku do społeczeństwa naszego.
Cóż to jest w „społeczeństwie ich własnem?“ zapytacie: czy w jednym kraju mogą być dwa społeczeństwa?
Widocznie, że być mogą — skoro są.
My mamy ogólne instytucye i podlegli jesteśmy prawom państwowym — oni mają i państwowe i swoje. Posiadają własny samorząd, własną oświatę w swoich gminach, własną administracyę i sąd, co się wykaże poniżej.
Żyją życiem podwójnem, korzystają z praw dwojakich: z ogólnych, o ile zmusza konieczność; z własnych w całej pełni. Są państwem w państwie, narodem w narodzie, a w życiu wewnętrznem korzystają z bardzo rozległych swobód.
Od współobywateli chrześcian, odgrodzili się murem niedostępnym; — chwilowo łączy jednych z drugimi interes materyalny, po za tem, chrześcianin pozostaje w swoim świecie, do którego żyd zagląda, ile mu się podoba — żyd zaś zamyka się w swoim, gdzie go oko chrześciańskie nie widzi.
Rządzi się też w tym swoim świecie jak chce, płaci podatki na co chce, kształci swoje dzieci jak mu się podoba, sprawę z sąsiadem podaje pod decyzyę swego sądu i wszystko ma swoje odrębne, tak jak miał przed wiekami. I żyłby w tym swoim świecie, spokojny, odosobniony, szczęśliwy i niezależny, gdyby nie to, że potrzebuje jeść, że nie umiejąc sam zapracować na kawałek chleba, szuka sposobów, żeby się pożywić chlebem cudzym.
Na co to pisać? — zapyta czytelnik, — dlaczego poruszać te kwestye teraz, kiedy jak twierdzą optymiści, „blizka jest chwila, w której żydzi zrozumiawszy nareszcie etc.“ (znany frazes, więc go nie kończę).

Odpowiem na to żydowskiem przysłowiem: „nikt nie krzyknie aj! póki mu nie zrobić waj!“ (niemieckie: weh! biada) — a przecież wszystkim stanom naszego społeczeństwa bieda z żydami daje się dobrze we znaki.



II.

Przeciętne miasteczko polskie przed pół wiekiem i dziś. Jego stan obecny. Wpływ kolei żelaznych. Rozmnożenie się ludności żydowskiej.


Dla jaśniejszego przedstawienia sprawy, pragniemy dać obraz miasteczka z przed pół wieku i obraz dzisiejszy. Porównanie jednego z drugim da nam oczywisty dowód, że sprawa żydowska obecnie przeszła w nową fazę, gorszą i w skutkach groźniejszą.
Dodać należy, że mówiąc o małomiasteczkowej ludności żydowskiej mam na myśli ziemie, zostające pod panowaniem ruskiem, głównie Królestwo Polskie i poniekąd prowincye sąsiednie, odgraniczone od Cesarstwa w tym względzie tak zwaną „linią osiadłości“, po za którą żydom mieszkać nie wolno.
Przeciętne miasteczko, tak w guberniach Królestwa, jakoteż i w sąsiednich, przedstawia mniej więcej typ jednakowy. Błotniste, brudne, odrapane, składa się z wielkiego rynku, dokoła którego stoją zwartym szeregiem domy żydowskie i kilku wązkich uliczek rozbiegających się w różne strony. Przy tych uliczkach mieszczą się domy ludności chrześciańskiej, zajętej bądź rolnictwem, bądź rzemiosłami. Długi szereg stodół po za miastem — dopełnia całości.
Żydzi osiedleni są przy głównym punkcie miasta, przy rynku, tu mają szynki, sklepy i kramy, tu są mieszkania potentatów (!) pieniężnych — głównych dostarczycieli drobnego lichwiarskiego kredytu. Tu koncentruje się handel. Nieco dalej jest synagoga wielka (bo i małych nie braknie), kilkanaście chederów, gdzie małe dzieci się uczą, locum rabina i różnych dygnitarzy kahalnych. W każdej mieścinie to samo.
Wiadomo, że głównem zatrudnieniem żydów był i jest handel. Przed pół wiekiem, przed trzydziestoma laty, kiedy jeszcze nie było w kraju tylu dróg żelaznych, ile dzisiaj jest, miasteczka nasze, zwłaszcza położone przy szosach i ważniejszych traktach, miały pewne znaczenie handlowe[2]. Żydzi, a raczej pewna ich część, trudniła się istotnie handlem, wielu utrzymywało się z przewożenia towarów — a jarmarki przyczyniały się ogromnie do podnoszenia dobrobytu sfer handlujących. Był ruch, ruch towarów i podróżnych, z którego można było korzystać, były czasy inne, tak, że kwestya bytu nie przedstawiała wielkich trudności.
Bogatsi handlowali zbożem i lasami dzierżawili propinacye i młyny; mniej zamożni trudnili się furmaństwem, trzymali pachty krów, smolarnie, olejarnie, lub też wdawali się w drobne tranzakcye z chłopami, którzy podówczas podatniejsi byli do eksploatacyi, niż dzisiaj.
Przytem należy wziąść na uwagę, że liczebnie było ich znacznie mniej, aniżeli teraz, więc też przy łatwych środkach egzystencyi, przy posiadaniu prawie że monopolu handlowego i bardzo małych podatkach — mogli wygodnie istnieć.
Ci żydzi, którzy trochę pracowali, żywili siebie samych, utrzymywali żydowskie instytucye i tych licznych stosunkowo żydów, którzy nigdy rąk swych nie splamili ani handlem, ani rzemiosłem, ani jakimkolwiek rodzajem pracy produkcyjnej. Bo i to trzeba wiedzieć, że jeżeli społeczność nasza ma żydów — którzy żyją jej kosztem... to i żydzi mają również „żydów“ swoich, ciężar całego utrzymania których spada na ich barki. My, do pewnego stopnia, żywimy naszych żydów z konieczności — oni zaś swoich z dobrej woli, z przekonania i z poczucia obowiązku.
Muszę to wytłómaczyć jaśniej.
Aczkolwiek w księgach żydowskich jest dużo pięknych sentencyj o „rzemiośle“, pod którą to nazwą należy pojmować pracę produkcyjną w ogóle, aczkolwiek powiedziano jest: że każdy ojciec, oprócz zakonu, powinien syna i rzemiosła też uczyć — jednak o samej nauce zakonu pisma mówią i więcej i piękniej, aniżeli o rzemiośle, a każdy żyd małomiasteczkowy dla uczoności talmudycznej ma głębokie, entuzyastyczne uwielbienie.
Chętniej wyda córkę za uczonego niedołęgę, nie mającego idei o życiu praktycznem jego potrzebach — aniżeli za kupca, lub rzemieślnika.
Ztąd też po za żydami, których widzimy codzień, z którymi mamy stosunki, jako z rzemieślnikami, kupcami, faktorami, lichwiarzami etc. — istnieje moc żydów, nie widzialnych dla nas, zamkniętych w dusznych izbach, lub bóżniczkach, nie robiących literalnie nic — a poświęcających natomiast całe dnie i noce studyowaniu mądrości talmudycznych już po tysiące razy przestudyowanych i przekomentowanych przez takich samych „pracowników“.
Widziałem takich uczonych ludzi, którzy tem się odznaczali od zwykłych śmiertelników, że nie rozumieli ani jednego wyrazu w innym języku, jak żargon lub „święta mowa Syonu!“
Różne-bo kwiatki rosną na naszej biednej ziemi!
Wracamy do przerwanej myśli. Powiedzieliśmy, że przed laty pięćdziesięcioma, trzydziestoma jeszcze, żydzi, którzy troszeczkę robili — mieli jednak środki na utrzymanie własne, utrzymanie swoich instytucyj i całej gromady uczonych, z których każdy miał także małżonkę i liczne potomstwo.
Było dość chleba dla tych, co robili trochę i dla tych, co nie robili nic, a kwestya żydowska nie weszła jeszcze w tę fazę, w jakiej ją dziś widzimy.
Teraz jest zupełnie co innego.
Sieć dróg żelaznych, która poprzecinała w kilku kierunkach kraj nasz i gubernie sąsiednie, przyczyniła się znakomicie do rozwoju punktów centralnych, a natomiast zubożyła miasteczka i odjęła im to znaczenie handlowe, jakie miały poprzednio; przestały być one punktami tranzytowemi, składy towarów utraciły racye bytu, a łatwość i szybkość komunikacyi zamieniła słynne ongi jarmarki na zwykłe chłopskie targi.
Miasteczka podupadły tak dalece, że wiele z nich, nie będąc w możności ponoszenia wydatków na utrzymanie magistratu, zamieniło się na osady, i przyłączyło do gmin wiejskich.
Wstrząśnienie, jakie kraj przeszedł przed ćwierć wiekiem i reforma włościańska wywołały gwałtowny przewrót w gospodarstwach rolnych, tym najbogatszym i najpodatniejszym materyale do wyzysku. Zmienił się i dwór i chata; do poćwiertowanych folwarków napłynęła znaczna ilość kolonistów niemców, którzy odrazu postawili się żydom opornie.
Zaczęły się dla nich ciężkie czasy...
Przebieglejsi z nich, obrotniejsi i rozporządzający jakim takim kapitałem, obłowili się nieźle przy tym przewrocie gwałtownym.
Nagłe przejście z gospodarstw pańszczyźnianych do folwarcznych, pociągające za sobą potrzebę znacznych wydatków i nakładów, konieczność spłacenia nagromadzonych zaległości podatkowych, absolutny brak kredytu, obniżenie się wartości ziemi do minimum, słowem, wszystkie te wyjątkowe i nieprzychylne okoliczności, w jakich się znaleźli ówcześni posiadacze ziemi, przedstawiały niezmiernie korzystne pole do wyzysku.
Żydzi mający trochę pieniędzy korzystali też z położenia. Najpiękniejsze towarowe lasy szły za bezcen, sprzedawano zboże na pniu, wełnę na owcach, okowitę z kartofli jeszcze w ziemi będących — a gdy i te wysiłki nie pomagały — pozbywano się samej ziemi w sposób dobrowolny, lub, co się częściej zdarzało, przymusowy.
Żydzi zaczęli nabywać majątki za bezcen i zaraz wycinali lasy, sprzedawali co tylko było do sprzedania możliwe: zapasy zboża, słomę, inwentarz, narzędzia rolnicze, budynki na rozebranie, nawet żerdzie z płotów — i w końcu wyniszczoną i wyjałowioną zupełnie ziemię rozprzedawali na działki, pomiędzy kolonistów niemców, lub naszych chłopów, zarabiając na tej operacyi grosz na groszu.
Było to zjawisko naturalne. Upadek jednych przynosi korzyść drugim. Tak samo i w lesie. Na drzewie, które burza obali, mnoży się robactwo i toczy kłodę bezwładną...
Kilka lat trwał ten stan przejściowy — a wynikiem jego była gwałtowna zmiana i przeobrażenie się stosunków. Kto nie miał dość sił i środków na przetrzymanie kataklizmu, zmarniał i przepadł, a wyzuty z majątku, szedł w obowiązek, lub wegetował na bruku.
Bieda uczy rozumu...
Stosunki wiejskie uległy, jak powiedzieliśmy, gruntownej zmianie i zaczęły się układać w sposób coraz bardziej dla żydów niekorzystny.
Z każdym rokiem mniej mieli oni na wsi do roboty.
Właściciele folwarków musieli reformować gospodarstwa, liczyć się z każdym groszem i zaprowadzać oszczędności. Dla uzyskania lepszych cen za produkta rolne, zaczęli się udawać na główne rynki zbytu i bądź to wspólnemi siłami, bądź na własną rękę, zawiązywać stosunki wprost z nabywcami istotnymi, starając się unikać o ile możności pośredników.
Ostatnie ćwierć-wiecze ma swoją wybitną, znamienną cechę.
Kto bacznie obserwował i patrzył bez uprzedzeń na to, co się działo w stosunkach naszych wiejskich, musi przyznać, że dużo gruntownych zmian w nich zaszło.
Zmienił się system gospodarstw i system życia gospodarzy. Wiedza specyalna, praca i oszczędność zaczęły zdobywać należne im miejsca.
Lecz wracamy do kwestyi, która nas bezpośrednio zajmuje.
Pole działania żydów na folwarkach zmniejszyło się — a chłopi także zmądrzeli. W położeniu ich zaszła zmiana gruntowna — i oni także nauczyli się liczyć, i oni stali się mniej łatwowierni i naiwni. Wpierw chłop wierzył ślepo we wszystko, co żyd w niego wmawiał i pozwalał się eksploatować z naiwną dobrodusznością — dziś, jak to zobaczymy niżej, żyd musi używać licznych i przebiegłych forteli, aby chłopa w siatkę swoją pochwycić.
Z każdym rokiem robiło się małomiasteczkowym żydom coraz ciaśniej i duszniej — ubywało chleba, a natomiast rozrastała się liczba głodnych.
Ludność żydowska mnoży się niesłychanie szybko, do czego przyczynia się bardzo wczesne zawieranie związków małżeńskich. Obok pokoleń istniejących, dorastają nowe, a środków do utrzymania nędznej egzystencyi coraz mniej.
Miasteczka podupadły, drobne sklepiki i kramy nie przynoszą dochodów, a zresztą jest już tylu sklepikarzy, faktorów, przekupniów, rzemieślników bez znajomości rzemiosła — że życie ich z każdym prawie dniem staje się trudniejsze, a zarobek nie wystarcza nawet na opędzenie tych niesłychanie małych potrzeb, jakie mają żydzi pod względem żywienia się, odziewania i mieszkania.
Panuje też w pośród nich nędza — o jakiej trudno mieć wyobrażenie.
Przypatrzmy się jej bliżej.




III.

Miasteczkowi bogacze, właściciele domów, kupcy, rzemieślnicy, nabożni i uczeni. Czem się żywią?


Zamożniejsi żydzi, posiadający jakiś rzeczywisty majątek, w małych miasteczkach nie mieszkają, bo nie mają w nich co robić. Ciągną też do większych, bardziej zaludnionych centrów, gdzie w handlu lub lichwie znajdują większe pole działalności.
W miasteczku zatem za wielkiego bogacza uchodzi „kupiec“ mający własną chałupę, konia, biedkę, atłasową kapotę na szabas, świecznik mosiężny i ze dwieście rubli własnego kapitału.
To już jest co się zowie „gwir“ (bogacz), należy do arystokracyi miejskiej i ma poważny głos w kahale[3].
Takich wielkich bogaczy posiada miasteczko kilku. Udają oni kupców zbożowych, chociaż właściwie są faktorami faktorów, agentami właścicieli młynów parowych, jeżeli takie w okolicy istnieją, lub agentami pseudo-kupców z większych miast.
Ów „kupiec“ obraca nieraz i kilkoma tysiącami rubli powierzonych mu przez „grubszą rybę“ i ma od nich odsetki. Czasem robi spekulacye i na własną rękę, wkładając w nią cały swój kapitał i przyjmując do współki kilku lub kilkunastu współobywateli. Jeżeli jest szczęśliwy w interesach i wyrobi sobie poważną „firmę“, staje się mężem zaufania i bankierem całego miasteczka, a ojcowie powierzają mu mizerne swych córek posagi, prosząc, ażeby je w szczęśliwych operacyach powiększył.
Taki „bogacz“ przynajmniej głodu nie cierpi, a nawet, według opinii swoich współwyznawców, pozwala sobie na zbytki.
Miewa nietylko na szabas, ale nawet czasem i przy powszednim dniu kawałek mięsa, kartofli zjada bez liku, a zdarza się nieraz, że sam jeden, na swoją własną osobę, skonsumuje całego śledzia.
Wiadoma rzecz, że arystokracya może sobie pozwalać!
Za „bogaczami“, na których z zazdrością spogląda cała populacya miasteczka, idą właściciele domów i kupcy.
Domy są po największej części dziedziczne i przechodzą drogą sukcesyi z pokolenia na pokolenie. Zachodzi jednak ta okoliczność, że pokolenia się mnożą, a domy nie powiększają się wcale, ztąd też każda prawie realność ma więcej właścicieli aniżeli okien. Bądź co bądź, tytuł współwłasności daje przynajmniej dach nad głową, bez żadnych innych kosztów, prócz opłaty proporcyonalnej części podatków — i obowiązku dopomagania przy najpotrzebniejszych reperacyach budowli.
Tak zwani kupcy, a właściwie posiadacze nędznych kramików, opierają mizerną swoją egzystencyę na kredycie, jaki im udzielają hurtownicy. Wbrew upowszechnionemu mniemaniu o potężnej solidarności żydowskiej, owi „kupcy“ we wzajemnej walce konkurencyjnej nie przebierają w środkach. Tu poczucie spójni i jedności plemiennej — pokonane zostaje przez... głód. Jeden przez drugiego opuszcza ceny, starając się odbić straty na fałszywych wagach i miarach, tudzież na możliwie najwyższej lichocie samego towaru. W tym kierunku pomysłowość ich jest niewyczerpana i godna podziwu.
Dalej idą szynkarze. Są to ważne figury w miasteczku i zajmują jedne z najkorzystniejszych posterunków, to też liczba szynków ciągle wzrasta.
Wydziwić się nie można, jakim sposobem w mieścinie, lub osadzie mającej ludności trzy, maximum cztery tysiące, może się utrzymać trzydzieści, a nawet i czterdzieści szynkowni jawnych, przy dość wysokiej opłacie patentowej.
A jednak utrzymuje się. Właściciel sklepu, rzemieślnik mrze głód, szynkarzowi nigdy chleba nie braknie, bo też to jest jeszcze najkorzystniejszy proceder, zwłaszcza gdy kto umie koło niego chodzić.
Jak ten proceder zblizka wygląda i z jakiemi innemi operacyami jest połączony, powiemy później — obecnie chodzi nam o przedstawienie wszystkich sfer małomiasteczkowej ludności, przechodzimy więc z kolei do rzemieślników.
Jest bardzo piękne przysłowie, uwiecznione w księgach żydowskich, które powiada: „przez siedem lat panowała na świecie Drożyzna, lecz nie zastukała nigdy do drzwi rękodzielnika“. Mądra ta i piękna maksyma absolutnie mija się z prawdą w zastosowaniu do rzemieślników małomiasteczkowych — żydów. Są to po największej części partacze, nie znający swego fachu i nie mogący zadowolnić najskromniejszych nawet wymagań.
Niektórzy z nich pracują, pracują nawet usilnie i ciężko, ale nie wypraktykowani przy dobrych majstrach, nie znający dobrze rzemiosła, nie posiadający ulepszonych narzędzi, ani motorów — wreszcie zmuszeni przez konkurencyę do oddawania roboty bardzo tanio — przy największych wysiłkach ledwie na mizerne życie zarobić mogą i cierpią wielki niedostatek.
Po za rzemieślnikami — idzie cała falanga „nabożnych“, nie robiących literalnie nic a nic — oddanych tylko modlitwom i czytaniom książek religijnych. I ci także potrzebują żyć... Trzeba jednak przyznać, że pod względem umiarkowania w pokarmach żydzi doszli do nieprawdopodobnych granic. Wierzyć trudno — jak mało potrzebują do wyżywienia się i utrzymania nędznego życia.
Rozpatrzymy się w tem bliżej — lecz wpierw musimy zrobić małą wycieczkę na grunt wyznaniowy.
Wielki prawodawca i wielki hygienista Mojżesz — dał żydom szczegółowe przepisy co do pokarmów. Dozwolił im jadać mięso z niektórych tylko zwierząt i zabronił, aby zabijano na konsumcyę bydlęta chore. Nakazał, aby nie ważyli się gotować koźlęcia w mleku matki jego, i żeby nie spożywali krwi zwierząt.
W gorącym klimacie południowym przepisy te miały wszelką racyę bytu i chroniły lud żydowski od wielu chorób zaraźliwych, któreby mogły go trapić.
Przez wieki zmieniły się z gruntu warunki bytu żydów, rozproszyli się oni po całym świecie, przyszli gromadnie pod nasze chłodne niebo — zmieniło się dla nich wszystko — ale prawo, którem się rządzą, nie uległo najmniejszej reformie. Przeciwnie, dodano do niego niezmierną moc komentarzy i objaśnień.
Przez wieki tułaczki i klęsk, jakie ten naród przechodził, w chwilach zda się zupełnego upadku i zagłady, uczeni żydowscy starali się jedynie o zachowanie zakonu. Całą inteligencyę i moc ducha wysilali na to przedewszystkiem, ażeby każdy żyd, gdziekolwiek go los rzuci, między jakiekolwiek społeczeństwo zaniesie — pozostał zawsze żydem. Trudno o potężniejszy mur przeciwko wszelkiej assymilacyi. Ojcowie talmudu, tak zwani „tanaici“, komentowali prawo mojżeszowe, rozszerzali je, nauczali z niesłychaną drobiazgowością, jak je trzeba stosować w praktyce.
Powstał tym sposobem cały las komentarzy i komentarzy do komentarzy i jeszcze nowych komentarzy do poprzednich.
Żyd został otoczony niesłychanie gęstą siatką drobiazgowych przepisów i formułek, tak, że od świtu do nocy, przy wstawaniu i przy udawaniu się na spoczynek, przy spożywaniu każdego kawałka chleba — musi o nich pamiętać. Najdrobniejsze od tych formułek uchybienie, jest w sferze konserwatywnych żydów poczytywane za zbrodnię lekceważenie jakiegokolwiek, choćby najmniej ważnego przepisu, równa się lekceważeniu całego Judaizmu.
Gdy jaka klęska przyjdzie na miasto, nieszczęście ogólne, „gzojres“ (prześladowanie)[4], wtenczas starszyzna żydowska zajmuje się przedewszystkiem wyśledzeniem przyczyny klęski, dopatrując jej zawsze w naruszeniu owych drobiazgowych formułek i przepisów. Sprawdzają zatem, czy wszystkie „mezuze“[5] na drzwiach są w porządku, czy która żydówka zamężna nie nosi włosów własnych, czy noże „szocheta“ (rzezaka żydowskiego) są należycie wyostrzone i czyste itp.
Ktokolwiek śmie naruszyć najdrobniejszy przepis, uważany jest za „wroga Syonu“, spiskowca, odstępcę i sprawcę wszelkich nieszczęść, jakie na żydów spaść mogą, czy to pod postacią epidemii, czy w formie podwyższenia jakiegoś podatku, lub zamianowania nowego, nieprzychylnego żydom urzędnika.
Wielowiekowa tradycya, przekonania wpajane w umysł żydowski od kolebki prawie, sprawiają, iż żydzi trzymają się owych praw swoich drobiazgowo, literalnie, ściśle co do joty.
Nie tu miejsce na wdawanie się w szczegóły i prowadzenie czytelnika w labirynt owych niezliczonych formalności — wspominamy tylko o nich dla wykazania: raz, jak nieprzebytą zaporę stawiają one na drodze asymilacyi żydów, a powtóre: jak dalece utrudniają im kwestyę wyżywienia się.
Jakże można marzyć, ażeby żyd wsiąknął w społeczeństwo nasze, kiedy dla niego i dom chrześcianina, i pożywienie jego, i naczynie, w którem to pożywienie gotuje, lub na którem je spożywa — jest nieczyste?
Żyd w domu chrześciańskim nie wypije szklanki mleka, nie zje kawałka chleba, nie weźmie do ust żadnej potrawy, nie może posłużyć się ani talerzem, ani łyżką, gdyż wszystkie te przedmioty są w jego oczach plugawe, „trefne“[6] — i stanowczo dla prawowiernego żyda obrzydliwe i zakazane.
Twórcy talmudu wiedzieli, jakim sposobem uchronić „narodowość“ żydowską od zagłady — i uchronili ją skutecznie aż dotąd.
Te przepisy, które faktycznie chronią ludność żydowską od zagłady pod względem narodowościowym — przygniatają ją ciężkiem brzemieniem pod względem ekonomicznym.
Za produkty, które żyd kupuje dla podtrzymania mizernej swojej egzystencyi, płacić musi dużo drożej aniżeli chrześcianin.
I tak, weźmy naprzykład główną podstawę pożywienia — mięso. Zawsze dla żyda jest ono droższe, aniżeli dla chrześcianina. Przedewszystkiem na konsumentów tego produktu spada ciężar utrzymania rzezaka (szocheta) wraz z jego rodziną. Taki jegomość musi być bardzo biegły w talmudzie, a zwłaszcza w tej części przepisów talmudowych, które odnoszą się do zarzynania zwierząt i ocenienia: czy są one czyste lub nieczyste, zdatne do pożywienia dla żydów, lub niezdatne. Żaden żyd nie ma prawa zabijania bydła i jadalnych stworzeń w ogóle, tylko „szochet“, odpowiednio do tego przygotowany, wykształcony i upoważniony. Ów „szochet“ pobiera za swoje trudy wynagrodzenie od sztuki. Płacą mu więc od każdego zabitego jego ręką wołu, krowy, cielęcia, barana, gęsi, kaczki, kury — i ta opłata spada naturalnie na konsumentów.
Nie dość na tem. Zabite stworzenie albo jest „koszerne“, to jest zdatne do użytku dla żyda, albo też nie. W drugim wypadku należy je rozprzedać chrześcianom, co (zwłaszcza gdy u chrześcian post) nie przychodzi z łatwością. Prócz tego chociaż bydlę się „zdarzy“, to jest chociaż po obejrzeniu jego wnętrzności okaże się zdatne dla żydów, to jednak wolno im z niego używać mięso tylko z części przednich, pozostałe muszą sprzedać chrześcianom.
Rzecz naturalna, że rzeźnicy żydowscy starają się przy sprzedaży mięsa chrześcianom uzyskać ceny jaknajwyższe, ale to im się nie zawsze udaje, raz dla tego, że w miasteczkach obowiązuje urzędowa taksa — a powtóre, co najważniejsza, że nie zawsze zaofiarowanie odpowiada żądaniu konsumentów. Ostateczny rezultat jest ten, że mięso „koszerne“ dla żydów jest znacznie droższe, aniżeli to, które spożywa ludność chrześciańska. Różnica bywa nieraz bardzo znaczna, wynosi albowiem 5 do 6 kopiejek na funcie, a czasem i wyżej.
Toż samo dzieje się z drobiem. Kupując marną kurę na targu dla chorego dziecka, żydówka nie wie, czy będzie mogła z tego sprawunku korzystać. Jeżeli się „zdarzy“, to dobrze, jeżeli nie, zmuszona jest ową „nieczystą“ rzecz sprzedać, a w braku nabywcy wyrzucić na śmiecie.
Chleba upieczonego w chrześciańskiej piekarni prawowierny żyd do ust nie weźmie. Mleko i w ogóle nabiał może nabywać tylko od żyda i musi płacić za to dużo wyżej nad ceny targowe.
Owo „koszerne“ i „trefne“, tak ważną w życiu żydów grające rolę, dziś przygniata ich brzemieniem znacznych kosztów, a dla społeczeństwa chrześciańskiego szkodliwe jest z tego względu, że nie pozwala żydom rozpraszać się, że łączy ich jakby żelaznym pierścieniem i zmusza do osiedlania się gromadami. Żyd, (notabene żyd konserwatysta, zachowujący ściśle przepisy swej religii) gdyby się, dajmy na to dla zarobku, oddalił od gromady i poszedł w okolice niezamieszkałe przez żydów, musiałby albo umierać z głodu, albo też żywić się tylko wódką i kaszą, lub kartoflami postnemi, gotowanemi we własnem jego naczyniu.
Przepisy wyznaniowe tak ściśle żydów łączą, tak ich przykuwają do gromady, że uchylenie się jednostki od ciągłego z nią stosunku jest niemożliwe. Chyba, że żyd zerwie wszelkie węzły ze swojem otoczeniem wyznaniowem i plemiennem i odsunie się zupełnie od niego.
Powiedzieliśmy wyżej, że małomiasteczkowym żydom naszym wyżywić się jest coraz trudniej, że panuje pomiędzy nimi nędza, że przepisy wyznaniowe sprawiają, iż przedmioty spożywcze są o wiele droższe dla nich, niż dla chrześcian — i istotnie, gdyby nie niesłychana wstrzemięźliwość w pokarmach, wstrzemięźliwość, do jakiej tylko żydzi są zdolni, wielu z nich musiałoby umierać z głodu. Wierzyć trudno, jak mało żyd dla utrzymania mizernej swojej egzystencyi potrzebuje. Kromka chleba i cebula mu wystarcza; na liczną rodzinę obiad składa się z garnka kartofli z wodą, okraszonych odrobiną gęsiego smalcu, lub masła.
Jedynie w piątek na wieczór i w sobotę, raz na tydzień, żywią się trochę lepiej. W tym dniu najbiedniejszy nawet ma odrobinę wódki, trochę białego pieczywa i kawałek mięsa, albo ryby, naturalnie w mikroskopijnych dozach. Ta uczta szabasowa, na którą cała rodzina z wielkiem utęsknieniem przez cały tydzień oczekuje, dodaje im siły do dalszego sześciodniowego postu.
W ostatnich czasach, w pewnych organach prasy warszawskiej, rozwodzono się bardzo nad lichem żywieniem się chłopów — ale chłop jakość pokarmów wynagradza ilością i niezawodnie zjada na dzień tyle, ile żyd nie zje przez tydzień. To też chłop jest silny, zdatny do najcięższej pracy fizycznej, do trudów i niewygód; potrafi cały dzień z grzbietem w pałąk zgiętym wytrwać na skwarze słonecznym, lub w mróz piętnastostopniowy pracować w lesie, przy obróbce drzewa — a żyd, fizycznie słaby i licho odżywiany, zawiędły i marny, tej sztuki nie dokaże — i przemyśla tylko nad tem, jakby się przy owej chłopskiej pracy pożywić.




IV.

Żydzi w gromadzie, ich potrzeby i instytucye, bóżnice, rabini, szkoły.

Tworząc społeczeństwo w społeczeństwie i naród w narodzie, podwójnem potomkowie Judy żyć muszą życiem i podwójne onego ponosić ciężary.
Instytucye, dzięki którym dochowali żydzi aż do dzisiejszego dnia swoją narodową i wyznaniową odrębność, tradycyę i język, kosztują ich materyalnie dość drogo. Bez szemrania wszelako ponoszą te wydatki — i wolą raczej głód cierpieć, aniżeli obywać się bez urządzeń, do których tak wielką przywiązują wagę.
Każde, choćby najmniejsze miasteczko żydowskie posiadać musi:
Synagogę. Zwykle, oprócz jednej największej, mającej niejako charakter urzędowy, znajduje się kilka domów modlitwy prywatnych, dla jednego ściśle określonego kółka.
Oprócz synagogi, zazwyczaj obok niej, znajduje się tak zwana „szkoła“. Nie jest ona wszakże szkołą w tem znaczeniu, w jakiem my rozumiemy ten wyraz, lecz służy za punkt zebrań. Tam przychodzą żydzi modlić się, rozmawiać o interesach, tam zawzięci uczeni przepędzają cały dzień na dysputach, lub czytaniu talmudu, tam wreszcie wędrowny żyd znajduje schronienie, odpoczynek lub nocleg.
Przy bóżnicy powinien być „sługa“ (szames), którego obowiązkiem jest utrzymywać porządek i zwoływać żydów na modlitwę, w powszedni dzień stukając kijem zakrzywionym w okna, a przed nadejściem szabasu, w piątek, obwołując głośno, że czas iść do bóżnicy. (In szul arajn!) W oddziale żeńskim bóżnicy jest kobieta, która czyta modlitwy głośno, a inne, przeważnie czytać nie umiejące, powtarzają za nią. Dalej potrzebny jest śpiewak (chazon), albo też chór śpiewaków, stosownie do zamożności miasteczka, wreszcie „magid“ kaznodzieja, którego obowiązkiem jest tłómaczyć w sposób przystępny pięcioksiąg Mojżesza, psalmy, proroków i w ogóle cały stary testament.
Oprócz bóżnicy wielkiej, „szkoły“ i małych domów modlitwy, niezbędny jest w miasteczku „dom wieczny“, cmentarz, który pozostaje w wyłącznej administracyi bractwa pogrzebowego („chewro kadisze“). W zawiadywaniu bractwa znajduje się również domek przedpogrzebowy, w którym zwłoki żydów poddawane bywają pewnym manipulacyom obrzędowym. Bractwo pogrzebowe trzyma wszystkich żydów „silną ręką“. Od bogatych (?) wymaga bardzo drogich opłat, a jeżeli nieboszczyk popełnił za życia jakieś uchybienie przeciwko przepisom religijnym, to w chwili pogrzebu, rodzina jego bardzo grubo musi za to zapłacić. Wobec istniejących, a silnie wśród żydów zakorzenionych przesądów, przewaga jest po stronie bractwa, na targi zaś i pertraktacye rodzina nieboszczyka niema czasu, gdyż z pogrzebem trzeba się spieszyć, a każda chwila zwłoki, jest dla rodziny do pewnego stopnia hańbiącą[7].
Miasteczko żydowskie utrzymywać musi także budynek, w którym znajduje się łaźnia, oraz pewien rodzaj cysterny, napełnionej wodą, przeznaczoną do kąpieli obrzędowych dla kobiet. Nawiasowo powiedziawszy, nigdy i nigdzie mądra i chwalebna myśl prawodawcy nie była i nie jest tak bezecnie parodyowana, jak tutaj. Mojżesz, niesłychanie dbały o hygienę ludu, który wywiódł z Egiptu i do ziemi obiecanej prowadził, zalecał kobietom izraelskim, w pewnych okolicznościach ich życia, kąpać się „w wodach źródlanych“. Otóż te „wody źródlane“ — to najwstrętniejsza jama, napełniona wodą cuchnącą, zmienianą ledwie raz na kwartał, lub na pół roku[8]. Kobiety żydowskie muszą się w tym brudzie kąpać, dla zachowania zaleconej przez Mojżesza czystości!
Przy łaźni utrzymywany jest stróż chrześcianin, oddziału zaś damskiego, owej tak zwanej „mikwy“, strzeże żydówka. Dalej, miasteczko, ze względów, o których mówiliśmy poprzednio, utrzymać musi „szocheta“ (rzezaka), w większych miasteczkach jest ich po kilku.
Ciężar utrzymania tego specyalisty, który posiadać musi odpowiednie wykształcenie talmudyczne, ponoszą wszyscy konsumenci mięsa — a zatem cała ludność.
Rabin, także w każdej mieścinie niezbędny, nie jest „duchownym“ w tem znaczeniu, jak my ten wyraz pojmujemy, gdyż duchowieństwa wogóle u żydów niema.
Nie znają oni hierarchii duchownej, nie znają święceń, nie uznają nawet autorytetu w sprawach wyznaniowych. Najbiedniejszy woziwoda może nie usłuchać rabina, jeżeli ten zaleciłby mu wykonać coś, coby się sprzeciwiało przepisom talmudu.
Żydzi nie znają też sakramentów, a dopełnienie takich czynności, jak „aktu przymierza“ (obrzezania), ślubów małżeńskich, może być wykonane przez każdego pełnoletniego żyda.
W rabinie szanują żydzi tylko uczoność. Zastrzegam, że mówię o rabinach zwykłych, gdyż o „cadykach“ hassydzkich opowiem później.
O znaczeniu rabina u żydów muszę się trochę obszerniej rozpisać, ze względu na to, że nasza publiczność ma o tem fałszywe, a silnie zakorzenione przekonanie.
Stanowisko rabina żydowskiego niepodobne jest wcale do tego, jakie zajmuje kapłan w społeczeństwie katolickiem. U nas istnieje hierarchia duchowna, biskupi przez akt wyświęcania, a raczej przez szeregi święceń, nadają młodemu lewicie charakter kapłański, upoważniający go do udzielania sakramentów i odprawiania Mszy św. — żydzi tego nie znają.
Rabinem może być każdy, posiadający odpowiednie wykształcenie talmudyczne, a akt „smichy“, to jest kładzenia rąk na kandydata przez rabinów, jest tylko czczą formalnością, nie mającą poważnego znaczenia.
Wiadomo, że według praw Mojżeszowych, kapłaństwo miało być dziedziczne w jednem pokoleniu Lewi; prawo to utrzymywało się niemal do czasów zburzenia świątyni jerozolimskiej, lecz nie wytworzyło teokracyi. Nawet znaczenie arcykapłanów w oczach ludu zachwiane zostało, od czasu, gdy ci zaczęli się udawać po inwestyturę do prokonsulów pogańskiego Rzymu. Władza religijna wówczas dostała się do rąk „Sanhedrynu“, najwyższego sądu, złożonego z uczonych.
Józef Goldszmit, autor bardzo cennej i wyczerpującej pracy: „Wykład prawa rozwodowego, podług ustaw mojżeszowo-talmudycznych“[9], wyraża mniemanie, że instytucya rabinów nie byłaby się nawet wytworzyła wśród żydów, gdyby nie prześladowania, jakich w ogóle w wiekach średnich, a osobliwie w XIV stuleciu, doświadczali.
„W całem piśmiennictwie żydowskiem (słowa Goldszmita) niema przepisu obowiązującego gminę do zaprowadzenia u siebie urzędu rabinicznego. W praktyce żaden obrzęd religijny, nie wyjmując nawet aktu dawania ślubu i rozwodu, współudziału lub obecności rabina nie wymaga i można być najbardziej zachowawczym żydem, nie mając od urodzenia aż do śmierci żadnego stosunku z rabinem“.
Jak powiedzieliśmy wyżej, jedynym punktem, na którym rabin przewyższa swoich współwyznawców, jest biegłość w naukach talmudycznych. O ogólnem ich wykształceniu niema co mówić. Rabinów wybiera sama gmina żydowska — a zatwierdza ich rząd gubernialny[10].
„Prawno-administracyjne znaczenie rabina (mówi dalej Goldszmit) wobec władz cywilnych polega na tem, iż rabin obowiązany jest z mocy reskryptu b. Rady administracyjnej Królestwa Polskiego z dnia 17-go września 1830 roku, utrzymywać księgi i stawać przed urzędnikiem stanu cywilnego dla spisywania aktów urodzeń, zejść i ślubów. Nadto obowiązany jest, w myśl prawa o małżeństwie z roku 1836, dawać śluby wedle obrządku mojżeszowego. Prawo o małżeństwie z roku 1836 w art. 189 stanowi, że ważność lub nieważność małżeństwa, tudzież rozwód, będą wyrzeczone o tyle, o ile podług zasad mojżeszowo-talmudycznych są dozwolone. W praktyce więc sądy wymagają od strony, w sprawach rozwodowych, świadectwa rabina, że rozwód może być dopuszczony. Nie mogą też rabini dawać nowych ślubów rozwiedzionym małżonkom, dopóki sąd właściwy poprzednich związków nie rozwiąże i dopóki strona interesowana nie złoży wyroków prawomocnych, poprzednie małżeństwo za rozwiązane uznających.
„Do odbierania przysięgi, podług prawa obowiązującego, obecność rabina nie jest potrzebna.
„Tak więc rabini w gminach żydowskich urzędujący, nie wykonywają obecnie żadnej juryzdykcyi cywilnej, tylko często urząd sędziów polubownych i rozstrzygają kwestye religijne, przyczem powaga ich opinii zależy od ich zdolności i powszechnego uznania mniejszej lub większej kompetencyi.
Podkreśliłem wyraz „sędziów polubownych“ i na tym punkcie muszę szanownemu autorowi zaprzeczyć. Sądy żydowskie, jakie we wszystkich naszych małych miasteczkach istnieją, mają charakter nie tymczasowy, lecz stały. Rabin — to nie sędzia polubowny, wybrany przez strony dla rozstrzygnięcia sporu, lecz przewodniczący stałej instytucyi sądowej, mającej wiekową tradycyę i zupełne uznanie wśród żydowskiej ludności. Jest to sąd kolegialny, w którym oprócz rabina (przewodniczącego) zasiada dwóch „dajonów“ (sędziów). Każdy żyd wie dobrze co znaczy „Beth din“ (dom sądu) i we wszelkich sprawach, w których można się obejść bez sądów państwowych — tam, a nie gdzieindziej sprawiedliwości szuka.
Sąd odbywa posiedzenia w miarę potrzeby, a rządzi się zasadami wskazanemi w talmudzie — utrzymuje się z opłaty wpisowego od spraw, i ma woźnego (Beth din szames), który ustnie zapozywa strony do sprawy. Od wyroku niema apelacyi.
Żydzi bardzo chętnie oddają sprawy swe pod rozstrzygnięcie tego sądu, a zdarza się nieraz, że i chrześcianin w sprawie z żydem ucieka się do niego.
Sprawiedliwość nakazuje przyznać, że w sprawach pomiędzy żydami a chrześcianinami, sąd żydowski nie bywa nigdy stronny — i o ilu tylko wypadkach mi wiadomo — wywiązuje się z zadania uczciwie, według zasad słuszności. Zdaje się nawet, że rabini mają w tem swoją ambicyę, aby wyrobić w chrześcianach przekonanie pochlebne o żydowskim sądzie.
Po za przewodniczeniem w sądzie, główną czynnością rabina jest rozstrzyganie wątpliwości (szale), których w życiu żydów codziennem, ograniczonem mnóstwem drobiazgowych formułek, przepisów i ścieśnień wyznaniowych — nastręcza się mnóstwo. Do tego potrzebna jest właśnie rabinowi biegłość w naukach talmudycznych i umiejętność stosowania przepisów religijnych w poszczególnych wypadkach.
Z kolei przechodzimy do szkół. Jest ich bez liku, wszystkie o charakterze wyłącznie, a w małej zaledwie cząstce przeważnie wyznaniowym. Wszelkie zamierzane przez rząd w rozmaitych czasach reformy tych szkół, nie doprowadziły do żadnego rezultatu. Chedery są dziś takie same, jakie były przed wiekiem, a może i przed wiekami.
Najlepsze chęci i zamiary reformatorów rozbijały się zawsze o nieprzeparty opór.
Pewien wykształcony żyd, który za młodu, zanim wziął się do nauk świeckich, przebył kilka lat w chederze, mówił do piszącego te słowa:
— Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakiego doznałem, ja i moi towarzysze, i sam nasz nauczyciel, kiedy niespodziewanie urzędnik policyjny wszedł do szkoły. Oniemieliśmy z przerażenia, na myśl, że obcy ten człowiek zrobi i nam i szkole coś strasznego.
— I cóż wam zrobił? — zapytałem.
— Zrobił rzecz okropną, kazał zamieść szkołę! Płakaliśmy, jak po zburzeniu Jerozolimy, gdy przeklęta miotła usuwała nasze drogie, ukochane śmiecie — ale, po chwili, gdy ów straszny człowiek odszedł, my wzbudziwszy w sobie siłę ducha i oporu, zaśmieciliśmy izbę jeszcze bardziej i patrzyliśmy z tryumfem i urąganiem na miotłę, wyobrazicielkę reform! Później nikt nas już nie nagabywał i uczyliśmy się po dawnemu, spokojnie, siedząc po same uszy w brudzie i śmieciach.
Jakie to charakterystyczne i wymowne!
Szkoły żydowskie dzielą się na kilka kategoryj. Najniższe z nich noszą nazwę „Dar deke cheder“ (dosłownie: mała izba), średnie nazywają się „Talmud-Tora“ — najwyższe nareszcie, których jest bardzo niewiele — to „Jesziboty“.
Małych chederków w każdem miasteczku jest mnóstwo, uczęszczają do nich dzieci w wieku od lat czterech do ośmiu, dziewięciu, stosownie do uzdolnienia i pojętności. W tej szkole uczą się czytania po hebrajsku, niektórych modlitw, oraz początkowych rozdziałów starego testamentu, które nauczyciel tłómaczy im na żargon.
Pod względem hygienicznym pomieszczenie owych szkółek woła o pomstę do nieba. Nauka się odbywa w izbie ciasnej, ciemnej, brudnej, pełnej błota i nieznośnego zaduchu. W tej samej izbie, w której odbywają się wykłady, gnieździ się także rodzina nauczyciela, tak zwanego „mełameda“, rodzina zazwyczaj bardzo liczna. Słów braknie na opowiedzenie szkaradzieństwa, brudu i niechlujstwa, jakie w szkole takiej panuje[11].
Pod względem hygienicznym szkoła żydowska jest ohydna, pod pedagogicznym zaś stoi niżej wszelkiej krytyki. Dzieciak nie wynosi z niej nic a nic, coby mu się w życiu przydać mogło, a pod względem wyznaniowym otrzymuje skrzywione i wypaczone informacye. Mełamed, sam nie bardzo w piśmie biegły, nie rozumiejący dobrze języka hebrajskiego, nie tłómaczy istotnego znaczenia pięcioksięgu Mojżesza, ale natomiast nabija uczniom swoim głowy opowieściami o duchach, aniołach, djabłach, któremi przeludniony jest świat zabobonów żydowskich.
Wykład odbywa się bez żadnego systemu. Uczeń powtarza wyrazy za nauczycielem bezmyślnie, a jeśli tego nie potrafi, to zostaje karany na poczekaniu. Mełamed grzmoci go po plecach czem może, co mu wpadnie pod rękę. Cybuchem, kijem, albo wreszcie ciężką, zatłuszczoną jarmułką.
Każdy prawie mełamed ma jeszcze pomocnika, lub, jeżeli cheder większy, kilku. Tych nazywają „belferami“ (Behelfer). Obowiązkiem belfera jest przyprowadzać do hederu małe dzieci i odprowadzać je z powrotem do domu.
Mełamedzi nie używają poważania i miru wśród swoich współwyznawców, żyją oni w upokorzeniu i prawie w pogardzie. Najczęściej nędza skłania żyda do zostania mełamedem. Bankrut, który już zupełnie kredyt utracił i nie ma nadziei ratunku, niedołęga niezdatny do żadnego zatrudnienia, zanadto głupkowaty, żeby się mógł trudnić jakimkolwiek geszeftem — bierze się do uczenia dzieci i otwiera cheder.
Gorzki to, co prawda, kawałek chleba. Wynagrodzenie bardzo nędzne, zaledwie wystarcza na podtrzymanie marnej egzystencyi; tylko twarda konieczność, lub wypadek losowy, stwarza mełameda.
Druga kategorya szkół żydowskich, pod względem urządzenia i hygieny, nie różni się od pierwszej — ale ma obszerniejszy program wykładu i bieglejszych w piśmie nauczycieli.
Do „Talmud-Tory“ wstępują starsi chłopcy, którzy przeszli już cheder, lub też, co się u bogatszych praktykuje, odbyli początkowe nauki pod kierunkiem nauczyciela domowego. „Talmud-Tora“ jest już poniekąd wstępem do głębszych studyów talmudycznych, które żydzi mają w tak wielkiem poważaniu. Uczniowie słuchają w tej szkole systematycznego wykładu gramatyki hebrajskiej, przechodzą całkowitą „Torę“ czyli pięcioksiąg Mojżesza, czytają psalmy i proroków i uczą się niektórych ksiąg talmudu z komentarzami. Młodzieniec, który ukończył „Talmud-Torę“, czuje się już dostatecznie usposobionym do dalszego studyowania talmudu i literatury rabinicznej na własną rękę, lub też, jeżeli szuka karyery na polu uczoności, udaje się dla dalszej nauki do najwyższej już szkoły żydowskiej, to jest do Jeszybotu.
Takich zakładów naukowych jest kilka, znajdują się one na Litwie, gdzie w ogóle nauka żydowska (rabiniczna) stoi na wysokim stopniu rozwoju.
Największy i najsłynniejszy „Jeszyboth” znajduje się w Wołożynie, w powiecie oszmiańskim, o 40 wiorst odległości od Mołodeczny, stacyi drogi żelaznej libawsko-romeńskiej, po nim znacznego używa rozgłosu Jeszyboth w Mirze.
Wołożyn jest to małe miasteczko, liczy około 5000 mieszkańców i należy do hr. J. Tyszkiewicza.
W „akademii“ wołożyńskiej kształci się około 400 młodych żydów, przybyłych z różnych stron państwa ruskiego, nawet z Kaukazu. Oprócz nauk talmudycznych, wykładają tam podobno także języki nowożytne i łacinę.
Szkoła utrzymuje się wyłącznie z ofiar dobrowolnych, które są bardzo znaczne i na wszystkie wydatki szkoły wystarczają. Z tych dobrowolnych też ofiar, zbudowano główny gmach szkolny, który kosztował przeszło 30,000 rs.
W tym gmachu, na parterze, jest kancelarya i mieszkania nauczycieli, na pierwszem piętrze zaś znajduje się ogromna sala, w której odbywają się wykłady. Wszyscy uczniowie nie mogą się tam pomieścić, to też pewna ich część odbywa studya w tak zwanej „szkole“ przy bóżnicy.
Uczniowie (prawie wszyscy żonaci i dzietni) stosownie do stopnia swej zamożności, a właściwiej stosownie do niezamożności, pobierają stypendya stałe, wynoszące po parę rubli tygodniowo.
Ofiary na „jeszyboth“ wołożyński są tak częste, że nie ma prawie dnia, w którymby na imię głównego kierownika szkoły nie nadeszło pocztą choćby kilka listów z pieniędzmi[12].
W liczbie uczniów szkoły wołożyńskiej są noszący nazwisko „Brodzkich“. Tak nazywają stypendystów, otrzymujących po kilkaset rubli rocznie, z funduszu zapisanego na rzecz szkoły przez głośnego milionera kijowskiego, Brodzkiego.
„Jeszybot“ wołożyński ma wśród żydów, zwłaszcza litewskich, bardzo poważną reputacyę.
Zanim zakończę ten rozdział, muszę się zabezpieczyć przeciwko ewentualnemu zarzutowi. Ktoś, nieobeznany bliżej z istotnym stanem rzeczy, może powiedzieć, że obecnie chedery, z powodu wydanych w roku zeszłym rozporządzeń rządowych, uległy reformie, że zyskały pod względem sanitarnym, oraz pod względem kwalifikacyi naukowej mełamedów, i że, prócz tego, w ostatnich latach, w sferach inteligentnych żydów ujawniło się dążenie do zakładania szkół wyznaniowo-rzemieślniczych.
Rzeczywiście, skutkiem rozporządzenia, o którem mowa, w Warszawie i w miastach gubernialnych, jakieś kilkadziesiąt chederów jawnych urządzono pod względem sanitarnym znośnie. Wszakże po za chederami jawnemi, istnieje w tychże miastach mnóstwo chederów tajnych, gdzie wszystko odbywa się podług dawnego trybu. Cóż dopiero mówić o małych miasteczkach i osadach!
Co się tyczy szkółek żydowskich rzemieślniczych, tych, jak dotychczas, nie ma co brać w rachubę, dla tej prostej przyczyny że jest ich zaledwie kilka w całem państwie, podczas gdy chedery na tysiące liczyć można.




V.

Sekta hassydów, krótki opis jej dziejów. „Cadykowie-cudotwórcy“, zabobon i fanatyzm.

Konserwatywni żydzi tutejsi dzielą się na dwa obozy, to jest rabanitów, (zwolenników studyów talmudycznych i literatury rabinicznej), oraz „hassydów“ t. j. kabalistów i mistyków, wierzących w nadprzyrodzone siły „cadyków“.
Obie te partye są wrogo przeciwko sobie usposobione.
Sekta hassydów istnieje półtora wieku zaledwie, a powstała i rozwinęła się na naszym gruncie. Obecnie kwitnie ona w Królestwie Polskiem, na Podolu, Wołyniu, w Galicyi i na Bukowinie. Żydzi, zamieszkali w innych częściach Europy, nietylko że nie należą do sekty, lecz zaledwie ze słyszenia wiedzą o jej istnieniu.
W historyi żydowskiej zeszłego stulecia zbiegają się dwa bardzo ważne fakty. W Niemczech zjawia się Mojżesz Mendelsohn, (1729—1786), człowiek wysokiej nauki, filozof, tłómaczy na język niemiecki pięcioksiąg Mojżesza i pragnie zreformować judaizm w duchu postępowym i humanitarnym; pragnie wydobyć swoich współwyznawców z pod pleśni zadawnionych przesądów i uprzystępnić im ogólno-ludzkie nauki — u nas, w tym samym czasie mniej więcej, powstaje sekta, cofająca żydów od razu o całe wieki wstecz, w sferę niesłychanego obskurantyzmu i zabobonów.
Sądzę, że nie nadużyję cierpliwości czytelnika, dając treściwy rys dziejów tej sekty, na której wyznawców codziennie patrzymy. Opieram się na tem, co pisze, bez zaprzeczenia najznakomitszy dziś znawca judaizmu i jego dziejów, dr. H. Graetz, profesor uniwersytetu wrocławskiego[13].
Nową sektę nazywa Graetz „córą ciemności, w ciemnościach zrodzoną i po dziś dzień ciemnemi drogami kroczącą“.
Okoliczności, wśród których powstał hasydyzm, nie są znane dokładnie, wiadomo jednak, że pierwszymi jego założycielami byli Izrael z Międzyboża (ur. 1698 um. 1759), oraz Beer z Mezyrecza (1700—1772). Pierwszego z nich nazywano „Bal szem tow“ (cudotwórcą działającym przez zaklęcia w imię Boże), a przez skrócenie dawano mu przezwisko „Beszt“. O wczesnej młodości Beszta wiadomo nie wiele. Osierocony bardzo młodo i pozostawiony własnemu losowi, lata młodzieńcze przepędził w lasach i jaskiniach gór Karpackich, a chłopi z nad źródeł Prutu byli jego pierwszymi nauczycielami.
W górach poznał Beszt to, czegoby się w ciemnych, brudnych i zatęchłych norach, zwanych w Polsce szkołami żydowskiemi, nigdy nie był nauczył — poznał alfabet natury. Od chłopek nauczył się rozpoznawać zioła lecznicze, od nich również przejął system zaklęć i zamawiań, i stał się „cudownym lekarzem“.
Nędza, która była jego główną mistrzynią, nauczyła go także żebrać. Włócząc się po drogach i pustkowiach, Beszt narażony bywał na różne rzeczywiste i urojone niebezpieczeństwa. Modlił się nieraz głosem podniesionym, krzykliwym, a echo gór odpowiadało jego wrzaskom. Przytem wykonywał całem ciałem rozmaite ruchy, tak, że nieraz zmęczony prawie do omdlenia, wpadał w ekstazę.
Twierdził, że podczas takiej modlitwy widzi w nieskończoności, że rozmawia z wyższemi duchami i jest w stanie, za ich pośrednictwem, wyprosić łaskę Bożą, szczęście, lub odwrócenie grożących niebezpieczeństw. Czy chciał oszukiwać drugich, czy też sam się łudził, kto odgadnie? dość, że zbliżył się do ludzi, aby dowieść im czynami, jak wysoki dar posiada.
Nie odrazu cudowny lekarz i prorok zjednał sobie popularność, gdyż przedewszystkiem myśleć musiał o podtrzymaniu własnej egzystencyi. Służył więc za furmana, potem końmi handlował, potem trzymał wiejską karczemkę. Nareszcie, po jakimś czasie, osiedlił się w Międzybożu na Podolu. Zaczął się trudnić leczeniem i to mu zjednało taki rozgłos, że go wzywano nawet do domów szlacheckich. Żydzi patrzyli z podziwieniem na jego głośne, żarliwe i pełne gestykulacyi modlitwy. Nie bardzo biegły w talmudzie, ani w kabale, ustalił to przekonanie o sobie, aczkolwiek w istocie nie był zupełnym obskurantem w tych przedmiotach. Pewna okoliczność jednała mu sympatyę. Beszt nie był ponurym świętoszkiem (Kopfhänger), jak w ogóle kabaliści; przeciwnie, dla wszystkich przystępny i wesoły, płatał nawet rozmaite figle. Utrzymywał on, że tylko w wesołem i pogodnem usposobieniu ducha, można zanosić modły do Boga, i że wtedy tylko modlitwa otworzyć może zdroje łask. Nienawidził smutnych i ponurych; pełen dobrego humoru przechadzał się po ulicach, paląc fajkę, rozmawiał ze wszystkimi, nawet z kobietami, co podówczas nie było godnem statecznego żyda. Nie przeszkadzało mu to w godzinach modlitwy, a nawet i w każdej porze dnia, spieszyć do swej komórki, aby tam śpiewem, krzykiem i najrozmaitszemi ruchami ciała odurzać się i wpadać w ekstazę.
Byłoby rzeczą nadzwyczajną, gdyby taki cudowny doktór, mający widocznie stosunki ze światem duchów — zwolenników nie znalazł. Czy chciał zakładać sektę nową? na to trudno odpowiedzieć, prawdopodobnie nie miał tego zamiaru, a może i nie zastanawiał się nad tem co czynił.
Przyłączali się do niego jednak ludzie, pokrewni mu duchem, w celu wspólnej modlitwy, połączonej ze śpiewem, klaskaniem w ręce, ruchami całego ciała, skakaniem, wrzaskiem i krzykiem. Beszt nie potrzebował nawet szukać zwolenników, gdyż szał i mistycyzm działają zaraźliwie. Bardziej jeszcze garnęli się do niego ci, co pragnęli żyć wesoło, a mieć przytem pewność, że spełniają swe obowiązki religijne. Beszt nie wymagał od nich nieustannego ślęczenia nad foliantami talmudu, gdyż wcale nie uważał tego za dowód pobożności.
Dodać należy, że w owym czasie żydzi w Polsce przechodzili rozmaite koleje. Sabataj Cwi, Frank, wielki proces kontr-talmudystów z talmudystami, który odbywał się we Lwowie, przed biskupem kamienieckim Dembowskim, wszystko to w wysokim stopniu naprężało umysły i wywoływało wrzenie.
Owa epoka, to jedna z najciekawszych w historyi żydów w Polsce; szczegóły jej jako nie wchodzące w zakres niniejszej, pracy, pomijamy. Wspomnieliśmy zaś o ówczesnem wrzeniu wśród żydów dlatego, aby zaznaczyć, że ono było także jedną z przyczyn szybkiego wzrostu sekty, o której mowa.
Frank z garstką swoich zwolenników przyjął chrześcianizm — talmudyści chcieli ze zdwojoną siłą wtłoczyć żydów pod jarzmo najsurowszych reguł — więc ogół zaczął się grupować koło Beszta. W przeciągu lat dziesięciu (jak powiada Graetz) sekciarz liczył już 10,000 zwolenników, którzy w początkach wyróżniali się z pośród żydów polskich tylko hałaśliwą modlitwą, częstemi ablucyami i bawełnianym pasem.
Hasydzi szydzili z talmudystów, a ponieważ ci ostatni zarzucali Besztowi, że jest nieuczony prostak — przeto hasydzi znowuż obniżali znaczenie studyów talmudycznych i twierdzili, że te nie są wcale dowodem, ani wyrazem bogobojnego życia.
Pomiędzy hasydami i rabinistami wrzała skryta walka, ci ostatni jednak nic nie mogli zarzucić pierwszym, gdyż uczniowie Beszta nie oddalali się w niczem od judaizmu.
Dopiero po śmierci Beszta, gdy na czele sekty stanął Dob Beer z Mezyrecza (na Wołyniu) nastąpiło formalne zerwanie.
Ów Dob Beer (albo Berysz) nie był jak jego poprzednik mistykiem, była to raczej „delikatna głowa“ (Fajnerkopf). Beer wiedział dobrze, czem można wywoływać efekt i jak zawładnąć wolą i umysłami tłumów.
Pod wieloma względami Dob Beer mistrza swojego przewyższał. Oczytany w talmudzie i księgach kabalistycznych, zręczny mówca (magid), umiał zestawiać najsprzeczniejsze ustępy z biblii, talmudu i Zoharu, w celu zdumienia słuchaczów. On też starł z nowej sekty piętno obskurantyzmu i zjednał jej wielu zwolenników.
Miał postawę bardzo poważną, z tłumem się nie łączył, całe tygodnie przepędzał w odosobnieniu, zamknięty, dostępny tylko dla najbardziej zaufanych. Mówiono o nim, że podczas tych długich kontemplacyj obcuje z duchami.
W dzień szabasowy dopiero pokazywał się wszystkim, którzy pragnęli zobaczyć jego oblicze. Występował wówczas ubrany wspaniale, w atłasach, cały biało — od jarmułki aż do pantofli. (W mowie kabalistycznej kolor biały łaskę oznacza).
W szabas Dob Beer miał zwyczaj modlić się z rzeszą zaufanych, z obcymi, którzy przybywali z różnych stron, nowo-przyłączającymi się do sekty i gronem ciekawych, pragnących zobaczyć kabalistycznego cudotwórcę. Modlono się jak za czasów Beszta w usposobieniu wesołem, i aby to usposobienie wywołać, Dob Beer kazał kogo z obecnych draźnić, szczypać, przewracać na ziemię, w skutek czego wszyscy wpadali w szaloną wesołość.
Gdy śmiechy i gwar doszły do kulminacyjnego punktu, wówczas Dob Beer wołał:
— „Teraz w radości ducha służmy Panu!“ i zaczynała się modlitwa ze śpiewem, skakaniem i wrzaskami.
Cadyk (sprawiedliwy), taką nazwę nosił przywódca sekty, musiał modlić się w natchnieniu i miewać widzenia. Dob Beer flaszką gorzałki zastępował wewnętrznego demona. Leczył, także jak jego poprzednik, ale z mniejszym skutkiem, a w razach niepowodzenia kuracyi, mówił, że „grzechy“ zabiły chorego.
Beer musiał także przepowiadać przyszłość, gdyż inaczej utraciłby sławę cudotwórcy — ale od czegóż spryt i głowa? Wśród zaufanych swoich miał kilku bardzo zręcznych szpiegów, którzy wywiadywali się o różne sprawki, pokryte mrokiem tajemnicy i donosili o nich mistrzowi. Czasem ci szpiegowie umyślnie popełniali kradzieże — a Beer wskazywał poszkodowanym, gdzie są ukradzione przedmioty.
Jeżeli zgłaszali się ludzie obcy, zwabieni rozgłosem Dob Beera, dopiero na drugą sobotę dopuszczani byli przed jego oblicze. Czas ten wystarczał zręcznym szpiegom na wybadanie przybyłych. Na przyjęciu sobotniem, Dob Beer rzucał dopiero zręczne słówka, odnoszące się do przeszłości tych, których po raz pierwszy przed oblicze swoje przypuścił, a ci olśnieni jego jasnowidzeniem i mocą czytania w sercach ludzkich, roznosili jego sławę i jednali mu coraz nowych, coraz liczniejszych zwolenników.
Dla lepszego ugruntowania swej władzy Beer powoływał się często na kabalistyczną formułę: „Sprawiedliwy (cadyk) jest fundamentem świata“, a że sam używał tytułu „cadyka“ więc... — konkluzya jasna. Wynika z niej, że „cadyk“ nietylko jest najdoskonalszym, wolnym od grzechu człowiekiem, nietylko Mojżeszem, ale nawet odbiciem samego Boga![14].
Wszystko, co „cadyk“ zrobi, przedsięweźmie, pomyśli nawet, ma decydujący wpływ na światy wyższe i niższe. Wprawdzie kabała dowodzi, że pobożny przez wykonywanie przykazań religijnych oddziaływa na sferę niebios i do pewnego stopnia może nawet zmusić bóstwo, aby spuściło zdrój łask na ziemię — lecz szkodliwa nauka Beera poszła jeszcze dalej: „Wielkość Boga zapełnia świat cały, to znaczy, że nie ma miejsca na ziemi, któreby było pozbawione obecności Bożej. Osobliwie jednak przedstawia się bóstwo w czynach „cadyka“ a najbłahszy nawet gest, lub ruch jego nie jest bez znaczenia. Czy się „cadyk“ ubiera, zawiązuje trzewiki, pali fajkę, czy mówi głębokie nauki, czy żartuje — wszystko to ma doniosłe znaczenie i związek z Bóstwem. Nawet gdy szuka natchnienia w butelce i tem oddziaływa na wyższe i niższe światy“.
Wszystko to, powiada Graetz, są winy płytkiej nauki kabalistycznej, która, mimo nieustannych zamieszek, jakie sprowadzała od Sabataja Cwi[15], aż do Franka — i mimo porażki zadanej w tymże czasie głównemu jej dziełu „Zohar“ przez Jakóba Emdena, tumaniła jeszcze głowy polskich żydów.
Teorya Beera nie miała pozostać bez następstw, lecz powinna była przynieść mu zaszczyty i materyalne plony. Gdy „cadyk“ stara się o dobro świata, o łaski niebieskie, a nadewszystko o utrzymanie i chwałę Izraela, uczniowie i zwolennicy „cadyka“ powinni myśleć o trzech rzeczach. Obowiązkiem ich jest cisnąć się do „cadyka“, napawać się jego widokiem, od czasu do czasu przybywać do niego, choćby z najbardziej odległych stron. Powtóre, winni przed „cadykiem“ wyznawać grzechy swoje i nie mieć przed nim najmniejszego sekretu. Potrzecie nakoniec, powinni mu przynosić dary, dary bogate, które on potrafi najskuteczniej użyć.
Dbać o bezpieczeństwo jego osoby, jest również ich obowiązkiem. Sądzićby można, że wróciły czasy kapłanów Baala, a co najsmutniejsza (słowa Graetza), że nauka godna bałwochwalców, znalazła odgłos w Polsce, gdzie panował nadmiar znajomości żydowskiego pisma. Być może, że ów nadmiar właśnie wywołał to zjawisko, władze bowiem duchowe żydów polskich były tak rozdrażnione, że najmniej smaczny pokarm bardziej przypadał im do gustu, niż najlepszy.
Beer miał swoich apostołów, którzy głosili jego naukę, a najzdatniejszymi z nich byli: Józef Jakób Kohen z Raszkowa, Elimelech, Nahum z Czernobyla, mówcy napuszeni, szpikujący swoje przemówienia mnóstwem poprzekręcanych cytat z Pisma. Głupcy i próżniaki przyłączali się do hassydów, jedni ze skłonności do marzycielstwa i wiary w cudowność, inni przebiegli i chytrzy, aby zyskać łatwe źródło zarobku i środki do wygodnego życia. Próżniacy przystawali także do sekty, gdyż przy „cadyku“ znajdowali pozory jakiegoś zatrudnienia i zaspokojenie ciekawości. Gdy pytano próżniaków, włóczących się całemi dniami z fajką w zębach, o czem myślą — odpowiadali zupełnie seryo: „myślimy o Bogu“.
Rozwojowi hassydyzmu w Polsce, sprzyjały głównie dwie okoliczności: bratanie się wyznawców sekty między sobą, oraz suchość i skostniałość studyów talmudycznych obowiązujących niehassydów, a praktykowanych w Polsce oddawna.
Hassydzi, zwłaszcza w początkach istnienia sekty, tworzyli rodzaj stowarzyszenia, bractwa, które nie utrzymywało wprawdzie wspólnej kasy, lecz pomimo tego, pamiętało o potrzebach biedniejszych swych członków.
Przy solidarności, jaką utrzymywali, przy ruchliwości, sprycie i szpiegowaniu stosunków miejscowych, łatwo im było dać zajęcie i zarobek tym, którzy go nie mieli.
Na święta nowego roku i sądny dzień, wszyscy sekciarze, nawet ze stron najdalszych, ciągnęli do „cadyka“, jak ongi do Świątyni, opuszczając żony i dzieci, aby tak zwany „święty czas“ przepędzić ze swoim duchownym zwierzchnikiem, nacieszyć się jego widokiem, usłyszeć jego słowo. Tam hassydzi poznawali się wzajem, omawiali stosunki miejscowe i jedni drugim udzielali poparcia. Nawet bogatsi kupcy mieli sposobność na takich zgromadzeniach z współwyznawcami, na których wierność i bratnią życzliwość liczyć mogli, zawierać umowy w celu rozszerzenia zbytu swoich towarów. Ojcowie dorosłych i dorastających córek szukali i znajdowali na tych zgromadzeniach łatwo mężów, co w owe czasy uważane było w Polsce za okoliczność nader ważną. Wspólne uczty w soboty i w święta po południu umacniały węzeł braterstwa. Zkąd wystarczało na jedzenie dla tych gości? Bogaci hassydzi uważali sobie za obowiązek sumienia wspierać „cadyka“ najhojniej, a obfitem źródłem dochodu, między innemi, był przesąd, że „cadyk“ za pewną sumę może odwrócić grożące niebezpieczeństwo i leczyć śmiertelne choroby.
Na bogaczów słabszego umysłu oddziaływano postrachem, że jedynie tylko za pomocą darów, „cadykowi“ złożonych, uwolnieni być mogą od grożącego im w przyszłości nieszczęścia. Kto miał się rzucić na ryzykowne przedsiębiorstwo, pytał przedewszystkiem „cadyka“, niby wyroczni — czy się ono powiedzie i płacił za przepowiednie. Mądrzy i przebiegli hassydzi wiedzieli o wszystkiem, na wszystko mieli radę, a sprytem i przebiegłością swoją mogli nieraz przynieść istotną pomoc. „Cadyk“, choćby był nawet najskąpszy, musiał z własnych funduszów przyjmować nędzarzy, każdy znajdował u niego pomoc lub radę i wszyscy wracali z nabożnej pielgrzymki rozpromienieni, czując, że ich łączy węzeł braterstwa i z tęsknotą oczekiwali nadejścia świąt. Wpływało to niezmiernie na rozpowszechnienie tego sekciarstwa. Dla biednych, marzycieli i dla oszustów, nie było nic lepszego do roboty, jak przyłączyć się do tego swobodnego, a jednak religijnego stowarzyszenia. Nawet ludzie poważni uczuwali potrzebę przyłączenia się do sekty.
Judaizm rabiniczny, praktykowany w Polsce, nie dawał, jak powiada dalej Graetz, najmniejszej pociechy religijnej. Przedstawiciele tego judaizmu przywiązywali największą wagę do dyalektyki, oraz do sztucznego tłómaczenia talmudu i komentarzy. Ponieważ w sprawach ogólnych rabini względem współwyznawców swoich pełnili funkcye sędziów, przeto wysunięto na pierwszy plan tę część talmudu, która traktuje o prawie cywilnem. Obmyślanie wyroków w nowych a zawikłanych wypadkach zajmowało biegłych talmudystów dniami i nocami. To drobnostkowe badanie poczytywane było za szczyt religijności. Nabożeństwa, modlitwy, wpływ na ogólną moralność gminy, wszystko to zaliczano do rzeczy podrzędnych, na które zaledwie raczono zwracać uwagę, obowiązki religijne zarówno u biegłych w talmudzie, jakoteż i innych ich współwyznawców stały się bezmyślną praktyką, a modlitwa mechanicznem powtarzaniem wyrazów. Oschłość studyów talmudycznych, żądza dysputowania, bezmierna zarozumiałość i pycha rabinów, stały się wstrętnemi dla wielu. Rzucono się też do nowej sekty, która dawała pole fantazyi i uczuciom.
Hassydyzm wzrastał niezmiernie szybko, prawie w każdem mieście miał stronników, którzy komunikowali się między sobą, a od czasu do czasu odbywali pielgrzymki do „cadyka“. Suchość, bezmyślność i zarozumiałość talmudystów, stała się przedmiotem pośmiewiska między hassydami — a talmud, ta najważniejsza dla żydów polskich krynica mądrości, został zaniedbany. Jeden z uczniów Dob Beera pisze: „Nie szukałem mistrza po to, aby usłyszeć od niego tłómaczenie zakonu, lecz aby widzieć jak zawiązuje i odwiązuje trzewiki, bo to jest daleko ważniejsze“. W literaturze kabalistycznej znaleźli hassydzi dość dowodów, że studyowanie talmudu niema wyższego znaczenia. Zanim się obejrzano, hassydzi utworzyli już sektę, której zwolennicy brzydzili się talmudystami. Z Dob Beerem na czele, jako dość już silni liczebnie, odważyli się wprowadzić otwartą reformę, która, jak łatwo było przewidzieć, ściągnęła na nich gniew rabinów.
Nie będziemy powtarzali drobiazgowych szczegółów, dotyczących samej reformy, zaznaczymy tylko fakt, że wśród całego ogółu żydów polskich, wywołała ona gwałtowne wrzenie i podzieliła całą massę żydowską na dwa wrogie obozy. Zaczęła się prawdziwa wojna, tem zawziętsza, że domowa. Posypały się pisma polemiczne, ale ostatecznie zwycięstwo zostało przy hassydach. Dziś sekta ich rozwielmożniła się szeroko w Królestwie Polskiem, na Podolu, Wołyniu, w Galicyi i na Bukowinie, jedne tylko prowincye litewskie wciągnąć się do niej nie dały. Dawniej wszyscy hassydzi gromadzili się około jednego „cadyka“, dziś cadyków jest wielu, i każdy ma swoich czcicieli...
Po Izraelu Beszcie i po Dob Beerze, było jeszcze kilku głośnych „cadyków“, o których w swojej „Historyi żydów“ wspomina Graetz. Między innymi wymienia on Abrama Melecha, który żył jeszcze w roku 1812, podczas wejścia francuzów do Moskwy, Szulima Szachnę, Izraela z Marusina, który zaplątany w jakąś sprawę, uciekł z granic posiadłości rossyjskich i osiedlił się w Sadogórze na Bukowinie. Ta Sadogóra jest dziś Jerozolimą hassydów. Panuje w niej „dynastya“ Friedmanów, obecnie rozdzielona na dwie gałęzie, gdyż po zmarłym przed kilku laty „cadyku“ sadogórskim, pozostało dwóch synów, z których młodszy osiedlił się w Sadogórze, starszy zaś w pobliskiem miasteczku Bojanach. W Królestwie Polskiem byli także sławni „cadykowie“ w Kozienicach, Kocku, Przysusze etc.
Nie brak ich i dzisiaj.
Do „cadyka“ na święta wiosenne, a bardziej jeszcze na jesienne, zjeżdżają się tłumy żydów i znoszą mu obfite dary. Trzeba widzieć, żeby mieć pojęcie, jaką czcią otoczony jest taki jegomość. Gdy ma przyjechać do jakiego miasteczka, cała ludność wybiega, aby go powitać. Zamożniejsi na bryczkach i biedkach dwukołowych, a biedny tłum pieszo.
Zdarzyło mi się być świadkiem takiego widowiska. Do miasteczka, prawie wyłącznie przez hassydów zamieszkałego, na Podlasiu, miał przybyć sławny „cadyk“ z Białej. Na kilka godzin przed przybyciem jego, tysiące żydów wysypało się na gościniec. Czekali. Gdy wreszcie ukazał się powóz, w którym siedział „rebe“ w towarzystwie kilku swoich „gabajów“ (starszych), rozległy się nie okrzyki, ale ryki radości i cała gromada biegła pieszo za powozem, pomimo nieznośnego gorąca i kurzu. Biegli tak do samego miasteczka, może dwie, może nawet trzy wiorsty drogi, ledwie mogąc oddychać. Pot zalewał im oczy, ale nie zważali na to, bo przecież mieli szczęście oglądać taką świętą osobę!
Przygotowano dla tej „osoby“ najpiękniejsze mieszkanie w miasteczku, oświetlono je mnóstwem świeczek, poznoszono co kto miał najlepszego do jedzenia i picia, bo jakże inaczej być mogło? „Rebe“, „a giter jud“ (tak tytułują „cadyka“), zrobił miastu honor, miał przepędzić w niem szabas! Zabijali się o okruchy pozostałe z jego uczty, z zachwytem patrzyli na dym unoszący się z jego fajki.
Fanatyzm do opisania niepodobny.
Sam „cadyk“ rzadko kiedy rozmawia ze swymi czcicielami, wyręczają go w tem „gabaje“. Oni zanoszą prośbę w imieniu interesanta, oni w imieniu „cadyka“ dają interesantowi odpowiedź. „Cadyk“ ma zazwyczaj liczną rodzinę, która opływa w dostatkach; dom prowadzi po pańsku, żyje dworno wyposaża dzieci hojnie, a na to wszystko daje fanatyczny tłum. Miasteczko, zamieszkałe przeważnie przez biedaków, potrafi jednak kilkoma tysiącami opłacić szczęście oglądania „cadyka“. Po jego wyjeździe nastaje nędza jak po pożarze — głód poprostu.
Znałem pewnego żyda, nędzarza nad nędzarze, sama jego powierzchowność wzbudzała politowanie. Chudy, zawiędły, wynędzniały i blady, a wiecznie głodny, podobniejszy był do widma niż do człowieka; miał żonę i coś ze siedmioro dzieci, półnagich, obdartych i również jak ojciec zgłodniałych. Żyd ten był niby szewcem, powiadam niby, gdyż w życiu swojem ani jednej pary butów nie zrobił, łatał tylko chłopom i łykom miasteczkowym stare chodaki i to było jego zatrudnienie w zimie. Latem puszczał się na korzystniejsze przedsiębiorstwa. Rozebrany do naga, brodził całe dnie po błotnistych rowach i po rzeczce. Z pierwszych, za pomocą starej koszałki wyławiał z błota piskorze, w drugiej łapał siatką kiełbiki i płotki, oraz najzyskowniejszą „zwierzynę“ — raki, które rękami z nor wydobywał.
I to jest także interes.
Marzeniem tego nędzarza było uskładać kilkanaście rubli, ażeby z tym kapitałem od rękodzielnictwa i rybołówstwa przerzucić się do handlu i założyć sklepik, na początek choćby tylko z solą, miotłami i smołą. Ostatecznie uzbierał pięć rubli. Jakim cudem — to już pozostanie jego tajemnicą, dość, że miał pięć rubli, całe pięć, w jednym papierku, który przechowywał, ma się rozumieć, jak największy skarb, jak nadzieję przyszłego dobrobytu i szczęścia.
Nie sądzono mu jednak było zbudować na tym fundamencie dobrobyt rodziny — wydał pięć rubli na co innego, a wydał bez żalu, owszem z radością nawet, gdyż pocieszył się w zmartwieniu i przez uchylone drzwi widział „cadyka“.
Sam opowiadał mi tę scenę.
— Proszę pana, mówił, państwo lubicie się śmiać z takich rzeczy, ale do śmiechu w tem nic nie ma. Taki człowiek, taka osoba, ma od samego Pana Boga siłę i moc! Żaden pan, żaden bogacz, żaden król nie wie tego co on wie i nie może tego, co on może. To jest wielki mocarz! Jemu wiadomo co było, co jest i co będzie, on ma u Boga łaskę, a wszystkich złych duchów potrafi pobić, zgubić i zniszczyć. Ja go widziałem!
— Po cóż chodziłeś do niego?
— Pyta się pan po co? jakto po co? Miałem chore dziecko, poszedłem więc dziecko ratować.
— Jakież lekarstwo przepisał ten wielki mocarz? co ci powiedział?
— On nie potrzebuje przepisywać lekarstw, ani nie potrzebuje rozmawiać z takim biedakiem jak ja. Ja przyszedłem, dałem takiemu żydkowi, co przy nim jest, moje pięć rubli i opowiedziałem mu moje zmartwienie. On poszedł zaraz z tem do rabina, a gdy otwierał drzwi, ja go zobaczyłem! Po chwili żydek wrócił i przyniósł mi od Rebe takie słowo: żebym ja zaraz zaniósł dziecko do doktora.
— I zaniosłeś je?
— W tej chwili poleciałem — i co pan powie, doktór dziecko obejrzał, zapisał proszek, dałem ten proszek i na drugi dzień dziecko było całkiem zdrowe.
— Czyż nie lepiej było, rzekłem, pójść wprost do doktora?
Spojrzał na mnie wzrokiem, w którym można było dostrzedz pewne politowanie nad ciemnotą i ograniczonością mojego umysłu.
— Proszę pana, rzekł, o czem tu gadać, to nie jest taki interes, żeby go pan mógł kiedykolwiek zrozumieć... Na to potrzeba całkiem innej głowy...
Iluż jest nędzarzy, sprzedających ostatnie łachmany z grzbietu, aby zanieść ofiarę „cadykowi“. I nietylko nędzarze, ale i bogatsi żydzi, otarci nawet w stosunkach z ludźmi wykształconymi, nie są wolni od uczucia bałwochwalczej czci dla „cadyka“. Na święta porzucają rodziny swoje i jadą tysiącami do niego.
Jako wymowną illustracyę tych wędrówek, przytoczę fakt współczesny, bardzo charakterystyczny.
Administracya żeglugi parowej na Wiśle, w sprawozdaniu swojem powiada, że ruch pasażerski pomiędzy Warszawą a Płockiem zmniejszył się. W roku 1888 przejechało tę linię 22,324 osób mniej, aniżeli w r. 1887. Zmniejszenie się liczby podróżnych pomiędzy Warszawą a Płockiem tłómaczy się tem, iż w Gostyninie umarł sławny rabin („cadyk“), do którego jeszcze w 1887 roku tysiące współwyznawców jeździło Wisłą (do Tokar, zkąd bardzo blizko do Gostynina).
A iluż ich jeździ do Białej, Góry Kalwaryi, Grodziska etc., jakie wielkie rzesze zalewały swego czasu sławny Kock i Kozienice!
Szkodliwość tej sekty, krzewiącej wśród mas żydowskich najgrubsze zabobony i ciemnotę, jest faktem stwierdzonym. Powstawali przeciwko niej pisarze żydowscy i usiłowali polemizować z jej przywódcami głównymi, co się wszakże nie na wiele przydało. Hassydyzm kwitnie w najlepsze, a cadykowie-cudotwórcy opływają w dostatkach, otoczeni bałwochwalczą czcią tłumów.
W roku 1796, jeden z bardziej oświeconych żydów, Jakób Kalmansohn, wydał w Warszawie broszurę w języku francuzkim[16], w której usiłował przedstawić sposoby podniesienia bytu żydów w prowincyach polskich, przeszłych pod panowanie pruskie. Broszura ta, dedykowana Ober-prezydentowi, hr. von Hoym, mówi także i o hassydach, których sekta liczyła wówczas dopiero około dwudziestu lat istnienia.
Kalmansohn wyraża życzenie, ażeby rząd przedsięwziął energiczne środki, mające na celu zapobieżenie rozwojowi sekty, niebezpiecznej z powodu zasad jakie rozkrzewia, niebezpieczniejszej jeszcze ze względu na rezultaty, które wytwarza. „Ta sekta, której szybkiego rozwoju nie można było przewidywać, zaraziła już swoim jadem rozkładowym wszystkie prawie synagogi“, powiada w konkluzyi Kalmansohn.

O ileż wzmógł się ten rozkładowy proces przez sto lat z górą, jakie od owego czasu upłynęły!



VI.

Podatki żydowskie, sposób ich pobierania, skutki nędzy materyalnej i umysłowej, pożary miasteczek.

Instytucye żydowskie, względnie do zamożności tej klasy ludzi, są dosyć kosztowne, a fundusze na ich utrzymanie zbierane bywają zazwyczaj, najpowszechniej, za pomocą nakładania na gminę podatku konsumcyjnego od artykułów spożywczych. Kto więcej jada, więcej płaci, kto mniej — mniej, a ponieważ jeść musi każdy, więc też i ciężar podatku pada na wszystkich. Są to podatki stałe i niestałe, zwyczajne i nadzwyczajne, przypadkowe. Na utrzymanie rabina, rzezaków, szkólników etc., istnieją opłaty od mięsa, drożdży, dochody z miejsc w bożnicy, opłaty za sądzenie spraw w sądach i tak dalej. W razie wydarzeń nadzwyczajnych, w których gmina potrzebuje funduszu na cel ogólny, nałożony zostaje podatek na sól, chleb, albo na piwo. Każdy żyd bez szemrania płaci grosz lub dwa drożej za funt, czy za kwartę potrzebnego mu produktu, a sprzedający jest zarazem kasyerem i po obliczeniu dziennego targu, podatek zebrany rządcom gminy odnosi.
Nie wymawia się nikt, płacą wszyscy bez narzekań i bez oporu. W urządzeniu systemu podatkowego, pociągającego do opłat całkowitą ludność bez wyjątku, stosownie do zamożności pojedynczych indywiduów, która to zamożność wyraża się właśnie większą lub mniejszą ilością konsumowanych produktów — podziwiać należy wielką prostotę. Ściąganie opłat odbywa się bez pomocy specyalnych oficjalistów i bez prowadzenia zawiłej rachunkowości. Każdy handlujący opodatkowanym towarem, jest kasyerem i zebrany podatek komu należy oddaje. Nadużyć i wypadków sprzeniewierzenia się nie ma.
W prowincyach sąsiednich, za Niemnem i Bugiem, żydzi opłacają podatek specyalny, zwany „koszykowem“ („korobocznyj sbor“). Zazwyczaj bywa ustanowiona ogólna suma, należna od całej gminy i tę sumę składa przedsiębiorca, który znowuż rozkłada ją na członków gminy i naturalnie grubo na tem zarabia. Taki jegomość, zwany po żydowsku „Baał Takse“ (pan, właściciel „taksy“) wyzyskuje swych współbraci częstokroć w sposób niegodziwy. W literaturze żargonowej „Baał Takse“ stał się typem wyzyskiwacza, nie przebierającego w środkach, a wszyscy prawie autorowie odzywają się o nim w sposób pogardliwy[17] i piętnują go tak, jak na to istotnie zasługuje.
W Królestwie Polskiem „taksa“ nie istnieje. Żydzi płacą skarbowi podatki ogólne, na równi ze wszystkimi mieszkańcami kraju, pieniądze zaś na utrzymanie swoich instytucyj specyalnych, zbierają w sposób określony powyżej.
Zanim przystąpię do dalszego przedstawienia smutnego stanu tak zwanej „kwestyi żydowskiej“ i bardziej jeszcze smutnych następstw, jakiemi ona już grozi, a w przyszłości coraz bardziej grozić będzie, pozwolę sobie na chwilkę jeszcze zatrzymać uwagę szanownego czytelnika... Widzieliśmy już w pobieżnym zarysie, jak wyglądają żydzi w gromadzie, jakie mają potrzeby swoje odrębne, w jakich zabobonach toną; zobaczmyż jeszcze przeciętnego żyda pojedynczo.
Dziecię rodziców bardzo młodych, częstokroć jeszcze nie rozwiniętych fizycznie, słabo odżywianych i przeważnie nieodznaczających się silnem zdrowiem, przychodzi na świat i rozpoczyna nędzne życie, w warunkach wołających o pomstę pod względem hygienicznym. Rodzice dają mu to, co mogą mu dać najdroższego, (według swego wyobrażenia naturalnie). Przed urodzeniem więc jeszcze dziecka, byli u „cadyka“ i otrzymali błogosławieństwo dla przyszłego potomka — co już znaczy bardzo dużo; gdy dzieciak wreszcie przyszedł już na świat, porozwieszali na ścianach domu, na oknach, na firankach otaczających łóżko, przeróżne karteczki z kabalistycznemi napisami — co znaczy jeszcze więcej. Te kartki („mezuze“, „szmire“, „sziramajlis“), które gorliwi żydzi na taki czas zawieszają nawet w piwnicach, strzegą nowonarodzonego, bardzo skutecznie podobno, od napaści złych duchów, szatanów, upiorów, dyablików polnych, leśnych i domowych, które, nie mając nic lepszego do roboty, czyhają i dybią tylko na to, żeby zgubić młodą i piękną duszę żydowską...
Bo też jest i dusza niezwyczajna i mądrość osobliwa w każdym takim maleńkim potomku Jakóba! Nawet w żywocie matki nie traci on czasu napróżno, lecz oddaje się nauce Tory i Talmudu, pod kierunkiem anioła, który mu jest stróżem i mistrzem zarazem. Przychodzi na świat mały żydek pełen mądrości, ale niestety, zły duch, czyhający na zgubę człowieka, wnet po przyjściu dziecka na świat, daje mądremu niemowlęciu szczutka pod nos, czem je okropnie przeraża, tak dalece, że w jednej chwili zapomina ono wszystkiego, czego się przez dziewięć miesięcy nauczyło.
Dołeczek, znajdujący się nad wierzchnią wargą, jest najwyraźniejszym śladem tego dyabelskiego figla! Od tego nie obroni żadna „szmira“, lecz od dalszych pokuszeń złego ducha zabezpiecza.
Noworodek, zaopatrzony obficie w czarodziejskie karteczki, ssie pierś matczyną i zaczyna żyć, w atmosferze dusznej, przepełnionej miazmatami, w izbie obrzydliwie brudnej, nizkiej, ciasnej, zamieszkanej przez kilka rodzin licznych... Wyrasta blady i mizerny, a po dwóch latach, gdy zaczyna się już czołgać, znowuż troskliwa matka obwiesza go cudownemi amuletami i „kameami“’, mającemi strzedz go od złych duchów i nieszczęścia, i zaledwie budzący się do życia umysł, karmi pełnemi tajemniczości, fantastycznemi bajkami. Dzieciak podrasta mizerny, wątły i bojaźliwy, a gdy ukończy lat cztery, zostaje gwałtem porwany i zaniesiony do chederu. Z wielkiem przerażeniem wchodzi do przybytku „nauki“ i nie śmie spojrzeć na strasznego „rebe“ (mełameda), o którego ciężkiej prawicy słyszał już coś od starszych chłopaków. Cztero, pięcioletniego dzieciaka, zasadzają do całodziennego ślęczenia nad książką, w najszkaradniejszem powietrzu i żywią go bardzo licho. W chederze, gdzie oprócz czytania wyrazów hebrajskich, uczy się najrozmaitszych zabobonów, przebywa żydziak lat cztery, albo pięć i znowuż przechodzi do nowego chederu.
Doszedłszy do lat szesnastu życia, żeni się. Przez lat trzy mieszka przy rodzicach żony, przez drugie trzy przy swoich rodzicach i nareszcie, już jako ojciec kilkorga dzieci, spotyka się oko w oko z ciężkiem i trudnem zagadnieniem: „z czego żyć“?
Niechże odpowiedzą pedagogowie i hygieniści do czego jest zdolny człowiek, wychowany w podobny sposób? jaki pożytek może mieć z niego kraj i rodzina?
Fizycznie słaby, umysłowo nie rozwinięty, a raczej rozwinięty wyłącznie w pewnym, specyalnym, a zupełnie niepraktycznym kierunku, musi stać się wyzyskiwaczem i ciężarem społeczeństwa, jeżeli nie chce skonać z głodu — a trudno żądać od człowieka, żeby się na dobrowolną śmierć skazywał...
Pomiędzy żydowstwem małomiasteczkowem panuje nędza, o jakiej wyobrażenie mieć trudno — z niej też rodzą się różne niegodziwości i występki...
Przypatrzmy się bliżej skutkom owej nędzy, rozpatrzmy je szczegółowo, bo one boleśnie i dotkliwie dają się we znaki wszystkim warstwom narodu. Pod ich uciskiem jęczy chłop, idyocieje i marnuje się łyk małomiasteczkowy, cierpi obywatel ziemski, rzemieślnik, przemysłowiec, urzędnik, emeryt...
Nie ma w kraju klasy ludzi, na której żydzi nie ciążą fatalnie, pod względem ekonomicznym.
Słów niniejszych nie dyktuje ani uprzedzenie, ani nienawiść. Zapatrując się na sytuacyę spokojnie i z zimną krwią obserwując stosunki, nie można przyjść do innego wniosku.
Ciemny, fanatyczny, przesądny, a fizycznie słabo rozwinięty i do produkcyjnej pracy nie usposobiony, i nieprzygotowany żyd, puszcza się na drogę wyzysku i żyje krzywdą cudzą — że zaś ludność zaczyna się opierać, że czasy są gorsze, więc też i wyzysk żydowski, bądź to coraz bardziej wyrafinowane formy przyjmuje, bądź też nowych dróg szuka dla siebie.
Ludność pracująca musi żywić ludność pasorzytną, a że pierwsza tego dobrowolnie czynić nie chce, że się opiera, przeto też druga działać zaczyna podstępem, albo gdzie może — siłą.
Czy przed laty trzydziestoma, lub dawniej, słyszał kto o ciągłych pożarach miasteczek, które teraz epidemicznie się szerzą? Stanowczo nie.
Bywały pożary wypadkowe, ale ogólnie żydzi zachowywali środki ostrożności od ognia, bo pożar nie tylko że nic im w zysku nie dawał, lecz przeciwnie, spowodowywał ruinę materyalną i upadek...
Pilnowano domostw, gdyż w tych domostwach mieściły się składy towarów, częstokroć znacznej nawet wartości; nie miał celu podpalania chałupy swojej nawet rzemieślnik, gdyż z utratą dachu nad głową i narzędzi, tracił możność zarobkowania. Dziś, gdy siedziby żydowskie, to jest małe miasteczka, utraciły zupełnie dawne swoje znaczenie, gdy z punktów rzeczywiście handlowych i ożywionych, stały się po prostu miejscem rezydencyi talmudystów i hassydów, jest zupełnie co innego.
Według dawnego systemu, praktykowanego przez b. Dyrekcyę ubezpieczeń, wynagrodzenie asekuracyjne pogorzelcom za spalone domy wypłacane było w trzech ratach, a mianowicie: przy rozpoczęciu budowy, po wzniesieniu całego zrębu, nareszcie po zupełnem ukończeniu nowego domostwa — którego odbudowanie było obowiązkowe. W dzisiejszym systemie ubezpieczeń wzajemnych gubernialnych warunki te zostały pominięte. Może byłoby to lepiej, gdyby instytucya miała do czynienia bez wyjątku z ludźmi dobrej wiary — w obec jednak aferzystów i spekulantów skutki wynikają fatalne i ciężkiem brzemieniem walą się na ludność uczciwą.
Zwróciło to już uwagę władz, które wydały cały szereg obostrzeń, co do szacowania i przeszacowywania domów, ale zasadniczo ustawa pozostała taż sama, ponieważ zmienić ją można tylko w drodze prawodawczej.
Wytłomaczę jaśniej kwestyę epidemii ogniowej, aby czytelnik zrozumiał, że za pożary miasteczek żydowskich płacą z własnych kieszeni obywatele ziemscy i chłopi.
Instytucya ubezpieczeń gubernialnych w kraju naszym istniejąca, oparta jest na systemie wzajemności, systemie zresztą bardzo pięknym, który nie ma charakteru spekulacyjnego, lecz obywatelski. Zasada bardzo prosta: wszyscy posiadacze nieruchomości poręczają sobie nawzajem całość swych zabudowań. Więcej pożarów, więcej wynagrodzeń — a zatem i składka na każdego przypadająca jest większa; mniej — to mniejsza; gdyby zaś w jakim szczęśliwym roku wcale pożarów nie było, składka spadłaby do rozmiarów najdrobniejszych, wyłącznie na koszta administracyi instytucyi. Na tem polega system ubezpieczeń wzajemnych, przyjęty od dość dawna na zachodzie. Wszelako żeby system taki mógł wydawać dobre owoce, powinien być wzajemnym pod każdym względem. Nie wystarcza wzajemność poręczenia szkód, gdzie nie ma wzajemnej dobrej wiary i uczciwości...
Pożar w miasteczku w dzisiejszych czasach — to wcale dobry interes, pożar na wsi — to klęska niepowetowana. Żyd na ogniu zarabia, chłop się rujnuje. Pierwszy asekuruje wysoko swój dom i wie dlaczego to czyni, nie przeraża go większa składka — drugi, uważając asekuracyę za uciążliwy podatek, szacuje swoje budowle jaknajniżej, byle jaknajmniejszą składkę opłacać.
Co lato, mniej więcej od maja do sierpnia, zauważyć można w dziennikach artykuły zatytułowane „sezon pożarów“. Kronika wypadków ogniowych jest bardzo obfita w owym czasie. Dla czego?
Twierdzą powszechnie, że przyczyną główną tych wypadków jest lato. Słońce operuje, a pod wpływem palących jego promieni, drewniane ściany i gontowe dachy zabudowań żydowskich wysychają jak wióry i dość jednej iskierki, żeby spowodować pożogę. Skutkiem nieostrożnego obchodzenia się z ogniem, zapala się dom, a ponieważ miasteczka zabudowane są fatalnie, dom przy domu stoi w zwartym szeregu — więc, rzecz prosta, że cała mieścina idzie z dymem i kilkaset rodzin pozostaje bez dachu.
Pytanie: dlaczego wśród zimy nie bywa podobnych wypadków? Przecież śnieg nie leży na dachach od jesieni aż do wiosny, a bywają też zimy prawie całkiem bezśnieżne. Prawdopodobieństwo pożarów z nieostrożności, lub w skutek wadliwej budowy kominów, w zimie jest znacznie większe aniżeli w lecie, dlatego, że zimową porą zużytkowywa się więcej opału; dlaczegóż więc zima nie daje takiego materyału do kroniki wypadków ogniowych?
Odpowiedź łatwa. Oto dlatego, że w zimie „biedni pogorzelcy pozbawieni dachu“ nie mogliby przepędzić kilku miesięcy w szałasach, lub pod gołem niebem, ani nie mogliby się odbudowywać na zgliszczach. Dlatego w zimie pożary są rzadsze.
Miasteczka nasze palą się co kilka lat peryodycznie. Po pożarze rozpoczyna się ruch, zwózka drzewa, napływ rzemieślników, a co za tem idzie większe obroty w szynkach i kramikach. Geszefta dobrze idą, zabijająca martwota chwilowo ustaje.
Powie kto, że jednak podczas pożaru wiele rodzin żydowskich traci ruchomości nieasekurowane. Nic nie traci; naprzód, że ruchomości te mają bardzo małą wartość, a powtóre, że jest ich tak niewiele, iż najczęściej dadzą się z łatwością uratować. Co się tyczy towarów w sklepach, to i te bywają usuwane w porę, gdyż właściciele ich miewają „dziwne przeczucia niebezpieczeństwa“, a właściwie doskonale wiedzą, kiedy miasteczko będzie nawiedzone przez ogień.
Jednem słowem, dziś pożar jest dla miasteczka stanowczo dobrym geszeftem. Dom wart, dajmy na to, czterysta rubli, zaasekurowany jest na ośmset, po spaleniu, właściciel skleci nową budę za trzysta, ma więc w zysku pięćset, a z takim kapitałem może już rzucać się na operacye lichwiarskie, na małe antrepryzy, a nawet próbować szczęścia w handlu zbożowym.
Akcyjne towarzystwa ubezpieczeń, forsownie starające się przez licznych agentów jednać sobie najszerszą klientelę, w miasteczkach żydowskich wcale operować nie chcą, rozumiejąc dobrze czem grożą takie interesa, cały zaś ciężar strat wynikających z owych epidemicznych pożarów, ponoszą wiejscy członkowie „wzajemnych ubezpieczeń gubernialnych“, to jest właściciele folwarków i chłopi, zmuszeni płacić oprócz normalnej składki ogniowej, bardzo wysoką dodatkową.
„Interes ogniowy“ nie bywa nawet trzymany w wielkiej tajemnicy; przeciwnie, przed pożarem ukazują się kartki z pogróżkami (a może z ostrzeżeniem), że dnia tego a tego, o godzinie tej a tej, miasto pójdzie z dymem. Robi się alarm, zorganizowana naprędce straż obywatelska czuwa, no — i swoją drogą pożar jest.
Pogorzelcy, ma się rozumieć, płaczą i lamentują, ale lament nie trwa długo. Godzą się z losem i życzą sobie nawzajem, „żeby tylko większego nieszczęścia nie było“.
Jestem przekonany, że z powodu tego, com napisał powyżej, spadną na mnie gromy za szerzenie nienawiści plemiennej, ale mniejsza o to. Kto chce wypowiedzieć szczerą prawdę, musi być na wszystko to przygotowany — a prawdą niezaprzeczoną, niezbitą, doskonale znaną mieszkańcom prowincyi, jest: że co najmniej w ośmdziesięciu wypadkach na sto, pożary miasteczek zaludnionych przez żydów, wynikają w skutek rozmyślnego podpalenia, dla zyskania asekuracyi.
Daleki jestem od przypisywania tego faktu jakiejś specyalnej złości i demoniczności żydowskiej... nie; to tylko wynik nędzy materyalnej i moralnej.
Miałem sposobność rozmawiać o tej kwestyi z pewnym, bardzo poważnym żydem starej daty, który chyba znał dobrze swoich współbraci.
— Panie, — mówił do mnie — dużo jest pomiędzy naszymi łajdaków, ale cóż robić? Oni „potrzebują żyć“!
Potrzebują żyć“. Stary żyd miał słuszność, w tem albowiem jest samo jądro kwestyi.
Tłum ciemny, fanatyczny, do pracy produkcyjnej nie przygotowany i niezdatny, „potrzebuje żyć“, mieszkać, odziewać się, jeść, utrzymywać swoje instytucye, wyposażać dzieci...
Nie umiejąc zapracować środkami godziwemi, szuka dróg mniej godziwych, z prawem niezgodnych — a skutki tego spadają ciężkiem brzemieniem na ludność, pracującą uczciwie i w pocie czoła.
Trzeba być albo zaślepionym, albo też nie chcieć widzieć, że z każdym rokiem moralność wśród żydów zacofanych upada, że coraz więcej biorą się do czynów niegodziwych.
O pożarach mówiliśmy wyżej — ale na tem nie koniec... Kto prowadzi na wielką skalę kontrabandę w miejscowościach nadgranicznych? kto popełnia malwersacye w gorzelniach? kto trzyma gorzelnie ukryte i rujnuje tym sposobem producentów, idących drogą legalną? kto organizuje bandy złodziei koni? kto wreszcie z bronią w ręku napada na ustronne dwory i plebanie? Żydzi, żydzi i żydzi.
Jeżeli nie zawsze występują sami jako aktorowie tych scen, to jako kierownicy — a w każdym razie lwia część zysku do nich należy.
Któż z mieszkańców miejscowości pogranicznych nie wie, że ludność włościańska tych okolic jest w wysokim stopniu zepsuta i zdemoralizowana. Rąk do pracy w polu dostać trudno, ale gdy noc zapadnie i inna robota się zaczyna, „pracowników“ nie brak. Chłop, znający wybornie każdy krzak, każdy kamień w okolicy swej wioski, puszcza się po przemycany towar, bez względu na odpowiedzialność, na jaką się może narazić, bez względu nawet na ewentualność utraty życia od kuli strażnika granicznego. I w jakim charakterze to czyni? dla kogo naraża się na więzienie, lub na śmierć? W charakterze żydowskiego parobka — dla żyda, który z ukrycia całą operacyą kieruje i największe z niej zyski osiąga. Chłop jest tylko narzędziem w ręku żyda.
Do handlu wódką, żydzi z największą skwapliwością się garną, albowiem w ich ręku handel ten przynosi bardzo znaczne korzyści. Że korzyści te są nieprawne, łatwo dowieść, a w jaki sposób handel wódką przez żydów prowadzony oddziaływa na ludność chrześciańską małomiasteczkową i wiejską — to już nie od dzisiaj wiadomo.
Żyd prowadzący gorzelnię, jako właściciel lub dzierżawca, nie myśli o zyskach opartych na ulepszeniach technicznych fabrykacyi, bo ulepszenia wymagają nakładów i stopień wydajności produktu zwiększają w stosunku niewielkim. Nie. Żyd ma pogląd zupełnie inny. Wie on, że w obec wysokiego podatku, każda kropla spirytusu, która da się usunąć z pod kontroli akcyznej, daje mu w zysku dziewięćkroć wziętą swoją wartość. Trzeba tedy tych kropel jaknajwięcej wydobyć. Wydobywa też wszelkiemi sposobami i w skutek tego producent, postępujący legalnie, nie może wytrzymać z nim konkurencyi. A kogóż rujnują gorzelnie potajemne, w których wódka sekretnie jest pędzona? Naturalnie, że przedewszystkiem właścicieli gorzelni jawnych.
Żyd, mający hurtowy skład wódki, wprowadza doń produkt defraudowany — a żyd szynkarz... O tym wartoby obszerniej pomówić.
W lada mieścinie, lub osadzie, liczącej zaledwie parę tysięcy mieszkańców, przynajmniej w czterech piątych żydów, istnieje trzydzieści do czterdziestu szynków jawnych, opłacających patenta, jak wiadomo dość drogie.
Z czegóż się utrzymują właściciele tych szynków? z czego opłacają komorne i podatki? Rzecz prosta, że nietylko z zysków, jakie sprzedaż wódki przynosić może, lecz i z innych źródeł. Z operacyj kredytowych, których ofiarą pada rozpojony i ciemny mieszczanin, z kupowania i przechowywania rzeczy kradzionych, z demoralizowania nieletnich i namawiania ich do potajemnego wynoszenia z domu rodziców różnych produktów — za papierosy, lub wódkę.
Gdy miasteczko pogrążone jest we śnie, w szynkach pali się światło przez całą noc. Dla kogo? — naturalnie że dla złodziei, którzy przychodzą z łupami, aby je szynkarzowi sprzedać.
Od lat kilkunastu rozpowszechniły się w kraju kradzieże koni. Nie pomagają najlepsze zamki, najczujniejsze psy, ani straż nocna. Straż da się upoić wódką, narkotykiem jakim zaprawną, psy zostają otrute, zamki wyłamane. Gdy właściciel dostrzeże stratę swoją, alarmuje policyę, oraz rozpoczyna poszukiwania na własną rękę — ale najczęściej napróżno. Konie przepadają jak kamień w wodzie, na ślad nie ma sposobu natrafić.
Ludzie w okolicy domyślają się, czyja to sprawka, ale odezwać się boją z obawy zemsty, z obawy, że za wydanie w ręce władzy złodzieja, przyjdą jego towarzysze i puszczą z dymem dom i wszystkie zabudowania śmiałka, który się odważył oddać łotra policyi i sądom.
W niektórych okolicach doszło już do tego, że steroryzowana przez złodziei ludność opłaca się łotrom, aby tylko omijali stajnie.
W roku zeszłym, przed kratkami sądu okręgowego w Łomży, toczyła się przez dni kilkanaście sprawa doskonale zorganizowanej bandy złodziejskiej, która była postrachem całej okolicy. Banda składała się z kilkudziesięciu członków, a na ich czele, jako główni przywódcy, stali żydzi z Zambrowa. Na śledztwie sądowem wyjaśniło się to, o czem zresztą bardzo dobrze wiadomo wszystkim mieszkańcom prowincyi — że kradzieżami koni kierują żydzi. Ten złodziej, który szedł wyłamywać drzwi stajni i uprowadzał konia, lub konie, to był tylko najemnik, płatny po kilka rubli od sztuki. On odprowadzał skradzione konie tylko do pierwszej stacyi, do najbliższego lasu, a tam oczekiwali inni agenci. Podczas gdy poszkodowany, nie szczędząc fatygi i kosztów, puszczał się nawet w dalszą drogę, za świeżym, częstokroć umyślnie dla zmylenia pogoni zrobionym śladem, konie jego w bezpiecznem ukryciu znajdowały się niedaleko. Farbowano je, strzyżono, zmieniano do niepoznania, a potem zaopatrzone w fałszowane świadectwa od gminy, jawnie już prowadzono na sprzedaż do bliższych miast w okolicy, do Warszawy, a nawet i za granicę. W obec doskonałej organizacyi bandy, solidarności jej członków, w obec popłochu, jaki na mieszkańców rzucała, policya była bezsilna, a posiadacze koni woleli ponosić opłatę na rzecz złodziei, aniżeli narażać się na pewną i niepowetowaną utratę swojej własności.
Banda złodziei zambrowskich dostała się za kraty więzienia, dzięki przechodzącemu wszelkie pojęcie rozzuchwaleniu. Gospodarowała ona w cudzych stajniach, jak u siebie, a członkowie jej odgrażali się jawnie tym, którzy nie chcieli składać na jej rzecz opłat. Przeciągnięta struna pękła nareszcie, jeden z pokrzywdzonych zdobył się na odwagę, zachęcony jego przykładem odezwał się drugi, trzeci i dziesiąty. Śledztwo się rozpoczęło, zaczęto nagromadzać dowody i wyszły na jaw istotnie zdumiewające fakta. Żydzi, organizatorowie i główni przywódcy bandy, skazani wyrokiem sądu, poszli na Syberyę, ci zaś, co byli ich narzędziami — do więzień, lub rot aresztanckich. Spokojni mieszkańcy odetchnęli cokolwiek.
Powie kto, że owa banda zambrowska to wyjątek, fakt pojedynczy, który niczego nie dowodzi. Nie, to wcale nie wyjątek, takich band, jak zambrowska, dużo jest, ale ukrywają się zręczniej. Każdy urzędnik policyjny, każdy sędzia śledczy, który prowadzi śledztwa dotyczące kradzieży koni, wie o tem bardzo dobrze, że złodziejem schwytanym, dajmy na to, na gorącym uczynku, kierował ktoś inny, niewidzialny, dobrze ukryty, jakiś X, z którego trudno zedrzeć maskę, w obec tego, że z obawy zemsty złodziejskiej ludzie milczą; a nawet sami poszkodowani niechętnie czynią zeznania.
Praktykują się też i innego rodzaju kradzieże. Naprzykład taki fakt. Przywozi chłop do osady żydowskiej na sprzedaż furę drzewa. Wóz ma zaprzężony w dwa tęgie woły. Stoi jakiś czas na rynku, oczekując nabywcy, nareszcie sprzykrzyło mu się stać na zimnie, wchodzi na kieliszek wódki do szynku. Czegóż się ma obawiać? Jest przecież w miasteczku, w biały dzień, z ulicy wołów chyba nikt nie weźmie. W szynku zagaduje go jeden, drugi żydek, proponują mu różne interesa, pytają, czy nie ma na sprzedaż zboża, kartofli i tym podobnych produktów. Na tej interesującej rozmowie upływa kwadransik. Chłop wychodzi na ulicę i z przerażeniem spostrzega, że wołów nie ma przy wozie.
Robi krzyk, woła ludzi, pyta, czy kto nie widział co się stało z wołami? Zjawia się usłużny żydek.
— Nie martwcie się, gospodarzu, powiada, ja widziałem. Jakiś chłop wyprzągł woły i poprowadził w stronę wiatraka. Ja myślałem, że to jego własne woły.
Biegnie chłop za żydziakiem w stronę wskazaną. Za miastem spotykają żyda jadącego wozem.
— Nie widzieliście wołów?!
— Widziałem — takie a takie woły chłop prowadził. Już kawałek drogi musiał ujść.
Chłop opowiada swoje zmartwienie, żyd wzdycha, kiwa głową, narzeka, że takie czasy nastały. Nareszcie, tknięty niby litością względem chłopa, zabiera go na wóz, żeby gonić złodzieja. Jechał wprawdzie do miasta, ale dla dobrego człowieka zrobi poświęcenie. Zawróci w przeciwną stronę. Jadą, gonią złodzieja, który wcale nie istniał...
Chłop oddala się od miasta — a jego woły, które wcale nie były za rogatki wyprowadzone, lecz ukryte w miasteczku, są już zarznięte. Skóry z nich już u garbarza na strychu, a mięso poćwiertowane wiozą żydzi do sąsiednich miasteczek na sprzedaż.
Mieszkańcy prowincyi patrzą na takie fakta codziennie i zadają sobie pytanie: co będzie dalej?
W rozbojach, w napadach na ustronne dwory, plebanie, lub kolonie, żydzi przyjmują również czynny udział. Kroniki sądowe zaznaczyły już wiele takich faktów. Pokazuje się z nich, że żyd, którego powszechnie pomawiają o tchórzostwo wrodzone, który drży na widok broni palnej, obchodzi się jednak bardzo umiejętnie z rewolwerem.
Ten wzrost zbrodni i występków żydowskich datuje się od upadku miasteczek i nie ma najmniejszej racyi przypisywać go innym przyczynom. Nie tak to dawne dzieje i można je objąć pamięcią. Przed laty trzydziestoma, przed dwudziestoma nawet, nie było tak wielu kradzieży, podpalań i rabunków, jak obecnie. Ma się rozumieć, nie chcemy dowodzić, że wówczas istniał jakiś wiek złoty, że kwitnęła moralność. Nie — zdarzały się także zbrodnie (bo kiedyż nie zdarzają się one?), ale nie miały tak, jak dziś charakteru epidemicznego, i nie przyjmowali w nich udziału żydzi w tak przerażającym stopniu, jak obecnie.
Zjawisko to wydaje nam się bardzo naturalnem. Póki miasteczka nie utraciły swego dawnego znaczenia, kwitnął w nich handel i dawał zarobek i zatrudnienie ludności żydowskiej. Ze zmianą warunków ekonomicznych kraju, z upadkiem miasteczek, źródło zarobków, jeżeli nie wyschło do szczętu — to ograniczyło się do minimum, a ludności żydowskiej, która wzrasta ciągle, przybyło. Ta ludność do ciężkiej pracy nie przygotowana i nie zdatna, nie umiejąca zarobić uczciwie, puszcza się na drogi nieprawe, a miasteczka stają się gniazdami nędzarzy i złodziei.
Smutna to prawda, ale prawda, na którą nie należy oczu zamykać.
Lichwa wzmogła się także do niepraktykowanych przedtem rozmiarów, a nieszczęśliwe jej ofiary muszą opłacać wielki haracz swoim wyzyskiwaczom, dopóki tylko pracować są zdolne. Raz wpadłszy w ręce lichwiarzy, człowiek nieszczęśliwy, lub lekkomyślny (bo te dwie kategorye ludzi żywią dziesiątki tysięcy „kapitalistów“), już się nie wydobędzie nigdy, nigdy. Staje się koniem żydowskim i ciągnie dopóty, dopóki wyczerpany zupełnie z sił, nie padnie.
Smutne to, okropne obrazy! a przecież takie zwyczajne, powszednie!
Powiedzieliśmy na początku pracy niniejszej, że w miasteczkach już żydom jest ciasno i duszno. Nie znajdując sposobu do życia, muszą się wynosić ze swoich rodzinnych miejsc. Ci, co mają trochę grosza, uciekają do miast większych, inni próbują szczęścia w interesach, które kodeks karny przewiduje, inni wreszcie osiadają na wsiach.
Coby można mieć przeciwko tym ostatnim, gdyby stanęli na zagonach z sierpem, dźwigali pług, lub od świtu do nocy uwijali się z kosą po łące? Pracowników rolnych nie mamy jeszcze za dużo — ale niechże kto namówi żyda, żeby pracował ciężko, kiedy on woli innemi sposobami zdobywać środki egzystencyi.
Jakie to są sposoby, zobaczymy poniżej.




VII.

Żydzi na wsi.

Jeżeli przejrzymy prawa o żydach, jakie różnemi czasy, tak w kraju tutejszym, jako też i w Cesarstwie wydawano — uderzyć i zastanowić nas musi dziwna jednozgodność prawodawców w utrudnieniu żydom pobytu wśród włościan.
Myślano nad tem, żeby z żydów zrobić rolników, zakładano im nawet kolonie, nadawano pewne przywileje takim, co chcieli wziąść się do pługa — ale kolonie urządzano oddzielnie i do bezpośredniego sąsiedztwa żydów z włościanami nie chciano dopuszczać. Dlaczego? z jakich względów?
Autorowie niektórzy, traktujący sprawę żydowską jednostronnie i winę anormalnego stanu, jaki istnieje, składający na karb prawodawców, którzy się na przymiotach i cnotach żydowskich poznać jakoby nie umieli, dowodzą, że wszelkie ograniczenia, jakim kiedykolwiek żydzi u nas podlegali, a zatem i systematyczne wzbranianie im pobytu na wsiach, wynikało z uprzedzenia i fanatyzmu religijnego.
D-r Gumplowicz[18], mówiąc o prawodawstwie polskiem względem żydów, twierdzi, że najlepsze chęci królów polskich, którzy nadawali żydom prawa, dążące do zjednoczenia żydów z rdzenną warstwą ludności — paraliżowane były przez duchowieństwo, działające w kierunku wprost przeciwnym. Orszański[19] znów w dziele o prawodawstwie ruskiem względem żydów, usiłuje dowieść, że począwszy od cara Aleksego Michajłowicza aż do ostatnich czasów, prawodawstwo rzeczone opierało się wyłącznie prawie na pobudkach wyznaniowych, do których, w mniejszej stosunkowo części, przyłączał się motyw ewentualnych korzyści materyalnych, jakie skarb państwa mógł mieć z ludności żydowskiej.
Są wszakże liczne dowody, które twierdzenia powyższych autorów znacznie osłabiają. Nie mamy zamiaru zaprzeczać, że rządy ulegały wpływom duchowieństwa i że mogły mieć na uwadze interesa panującego wyznania. Mógł to być motyw jeden, lecz nie jedyny i nie wykluczający innych, które w oczach prawodawców miały bardzo poważne znaczenie.
Szło o zabezpieczenie włościan od wyzysku i demoralizacyi. Sto lat temu, kiedy podczas sejmu czteroletniego w Warszawie, dużo o kwestyi żydowskiej pisano i kiedy wydano setki broszur w tym przedmiocie, o szkodliwej działalności żydów na wsiach mówiono mniej więcej to samo, co dziś.
Gardzą ciężką pracą, boją się jej, wolą handelek, lichwę i w ogóle lekkie życie. A nie trzeba zapominać, że wówczas kwestya żydowska nie była w tej fazie ostrej, że tak powiemy, jak dziś. Żydzi chętniej osiedlali się w miastach, aniżeli na wsi, było ich liczebnie mniej w stosunku do rdzennej ludności i warunki utrzymania się mieli o wiele łatwiejsze. Wtedy już jednak, powtarzamy, niechętnie przyjmowano myśl osiedlania ich na wsi, wyrażając przekonanie, że w ciągłym stosunku i sąsiedztwie wzajemnem, żyd będzie wyzyskującym a chłop wyzyskiwanym, żyd się zbogaci, chłop upadnie i zmarnieje.
Ta obawa dziś sto razy więcej jest usprawiedliwiona, aniżeli przed wiekiem, powiem nawet, aniżeli przed laty trzydziestoma. Przed ostatecznym upadkiem małych miasteczek, żydzi pojedynczo osiedlali się na wsiach. Pachciarz, dzierżawca propinacyi, smolarz, sadownik dzierżawiący ogród przez lato — oto byli żydzi wiejscy.
Nie słyszano, żeby żyd jaki, oprócz wymienionych powyżej, wynajmował sobie na wsi mieszkanie i osiedlał się w niej stale. Woleli robić wycieczki na wieś, w celu kupna, lub sprzedaży, a stałe locum mieć w miasteczku, w swojem otoczeniu, gdzie wszystko, co żydowi potrzebne, jest na miejscu. Najmarniejszy kramarz, handlarz skórek zajęczych, krawiec-łaciarz, chodził cały tydzień po wsiach, a na szabas i na święto wracał do miasteczka, do swojej łaźni, bóżniczki, do swego wyznaniowego otoczenia.
Żyd wiejski nie miał nawet wielkiego miru u swoich współwyznawców, zwłaszcza uczonych. Nazywano go „iszuwnik“, co znaczy „kobieciarz“, taki, co z babami wiejskiemi drobny handel prowadzi. Statecznemu i uczonemu żydowi nie przystoi przecież w ogóle wdawać się w rozmowę z kobietami, a cóż dopiero z chłopką, istotą nieokrzesaną i prawie dziką, według mniemania żydów.
Dziś już nie mają tego skrupułu. Przeciwnie, całą forsą pchają się na wieś, bo ich zmusza do tego głód, bo jak powiedziano wyżej, w miasteczkach im ciasno, za dużo ich tam już.
Dążą do wsi, osiedlają się w nich — w niektórych wioskach jest już po kilka rodzin — a jakie z tego skutki? Jaka jest działalność żydów na wsi, niech powie za mnie kto inny. Zacytuję, co o tem piszą współcześnie w organie, który o „antysemityzm“ i „wyznaniowość“ posądzony być nie może. Artykuł rzeczony ukazał się w „Głosie“ — a wyszedł z pod pióra p. Ordyńskiego. Autor odzywa się jako rzecznik włościan, ludu siermiężnego i — powiada:
„O roli żyda na wsi mało się stosunkowo mówi w publicystyce naszej, i chociaż kwestya ta jest bardzo ważna, bo dotyczy podstawowej, ekonomicznej strony bytu włościan, mimo to publicystyka pozostawia ją wyłącznie literaturze nadobnej.
Rola żyda wśród włościan jest tak różnostronna i tak powikłane są nici wpływów i stosunków, jakie zadzierżgnęła na wsi gospodarka żydowska, że trzebaby sumiennej i obszernej monografii, dla wyświetlenia jej znaczenia w życiu włościan“.
Prawodawstwo dzisiejsze, mówi dalej autor, zabrania żydom szynkowania, a jednak niema ludniejszej wsi bez żyda karczmarza.
Czem się to dzieje?
Naturalnie, mogliby coś o tem powiedzieć stróże prawa, autor wszakże zwraca uwagę w inną stronę. Żyd karczmarz ma zawsze kogoś, kto jest fikcyjnym właścicielem interesu. Rolę tę w wiosce autorowi znanej spełnia jeden z najuboższych gospodarzy, za co pobiera 5 rs. rocznie. Włościanin mógłby brać więcej, gdyby nie to, że winien jest żydowi znaczną kwotę. Z tej strony więc karczmarz ubezpieczony jest najzupełniej. Pozostaje jednak cała wieś, która wiedząc o nielegalnem położeniu karczmarza, mogłaby dużo zaszkodzić; żyd więc płaci dobrowolny podatek za milczenie, po rublu rocznie na chatę. Zdawałoby się, że cała ta sprawa — kosztuje go około 40 rs. (w wiosce jest trzydzieści kilka chat), tymczasem ten podatek ochronny jest najczystszą fikcyą — i tu dopiero, w całej jaskrawości, odsłania się genialna zdziercza polityka małego świata. Żyd nie wypłaca podatku pieniędzmi, lecz wódką. Nie dość na tem, wódki tej nie wydaje włościaninowi jednorazowo, lecz częściowo, biorąc od niego 5 do 10 kop. mniej za każde wypicie, aż do całkowitej amortyzacyi rubla. Włościanin, wiedząc, że mu żyd winien, częściej chodzi do karczmy i więcej pije. Jeżeli więc weźmiemy pod uwagę, że cena wódki w karczmie co najmniej o 50% jest wyższa od normy (domieszka wody i zła miara) — i dalej, że chłop pijący „za podatek“ pije więcej, niż piłby w innych warunkach, to okaże się, że żyd nietylko nie płaci wiosce owych 40 rs., lecz za pomocą fikcyi ściąga z niej znaczniejsze zyski. Tak więc cały mechanizm ochronny, który może śmiało uchodzić za objaw genialnej polityki nawet na wielkim świecie — spada całym ciężarem na wioskę.
Jest to zaledwie szkielet tej kunsztownej budowy, jaką wznosi żyd, coraz szerzej i mocniej, rozrzucając na wieś swoje sieci.
Bezwątpienia, wódka jest główną jego siłą i większa część zysków dostaje mu się z szynkowania.
W karczmie przesiaduje on sam, jego żona i córka, przyczem ciekawy jest podział pracy, jaki tu ma miejsce. Sam arendarz zajmuje się przeważnie „częstowaniem“ gospodarzy — rzadko kto go wyręcza, gdyż nie jest to czynność małej wagi.
Trzeba znać nałogi i „charakter“ każdego, stan majątkowy i całokształt stosunków rodzinnych i gromadzkich, trzeba wiedzieć komu, kiedy i jak borgować; — żyd-arendarz zna to wszystko i wyzyskuje ze zdumiewającą umiejętnością.
Córka zjawia się tylko przy przyjezdnych, szykuje nocującym pościel — i, w ogóle dla wioski małe ma znaczenie. Żona nie robi właściwie nic, lecz przenikliwie wgląda we wszystko, co się dzieje.
Karczma, w ten sposób urządzona, ma stanowczo wygląd karnego posterunku, operującego w ziemi nieprzyjaciół. Czasem, najbardziej obfitym w dobre „interesa“ dla żyda, jest jesień. W tej porze kończy się większa część robót gospodarskich i napełniają się jako-tako śpichrze włościan; wtedy także przypada znaczna ilość świąt i obchodów, uroczystości wioskowych (dożynki, wieczornice) i rodzinnych (chrzciny, wesela). Każde trochę gromadniejsze zejście się włościan wymaga wódki — w jesieni też wieś wypija jej najwięcej. W tej porze, oprócz zwykłych codziennych gości — pijaków — w karczmie bywa prawie cała wioska.
Ale główną sferę zysków jesiennych stanowi dla karczmy nie ten kontyngens „raczących się“ kumów i przyjaciół — lecz pijący pojedynczo — mniej lub więcej nałogowi. Przychodzą oni do arendarza pokryjomu i za wódkę płacą w naturze. Zbiory jesienne pozwalają im na to. Często bardzo z jednej chaty ojciec, syn i matka, kryjąc się wzajemnie przed sobą, uczęszczają do karczmy. Ojciec niesie kul słomy, garniec żyta, baba dziesiątek jaj, kurę, syn — co się da.
Żyd wszystko to przyjmuje, oceniając niemożliwie, często o 50%, 75%, niżej wartości. Temu, kto się nie zgadza na jego cenę, oddaje rzecz:
— No, no! Nieś nazad i nie przychodź więcej, bo jak ojciec dowie się, to będzie źle.
Babie znów przypomina w ten sposób gospodarza i syna, gospodarzowi — babę; aż wreszcie winowajca, ze strachu, żeby nie być zdradzonym przed rodziną, zgadza się na cenę żyda. I że nie jest to fakt pojedynczy, lecz powtarzający się w każdej niemal chacie — świadczą o tem po wierzch naładowane wiejskimi produktami wozy, które arendarz co tydzień wyprawia na targ do miasta.
Taki jest żyd karczmarz.
Rzecz szczególniejsza, mówi dalej p. Ordyński, że w operacyach jego gra główną rolę nie czyste wyrachowanie, na którem się zwykle opierają przedsiębiorstwa, lecz czynniki prywatnej, moralnej natury. Ztąd wyzysk jego dla wioski jest bardzo szkodliwy — żyd nie przestaje na biernem eksploatowaniu istniejących już stosunków, lecz systematycznie zasiewa, pielęgnuje i rozwija wady, które są dla niego korzystne. Szynkowanie nie wyczerpuje całej energii żyda — szuka on więc nowych sfer i stosuje do nich swój fach z niemniejszem powodzeniem.
Niema w wiosce zakątka, w którymby wprawne oko żyda nie odkryło „interesu“. Pierze, kości, stare żelazstwo, grzyby suszone, nabiał, skóry padłych zwierząt, szczecina — i nawet zupełnie bezwartościowe na pozór gospodarki chłopskiej — tworzą jego świetnie procentujący kapitał.
Arendarz (w wiosce przez p. Ordyńskiego opisywanej) ma dwóch synów, którzy rzadko bardzo siedzą w domu, lecz bez ustanku kursują pomiędzy miastem i okolicznemi wsiami. Jeden z nich skupuje wszystko, co się da, drugi sprzedaje wszystko, czego chłopi potrzebują.
Tu autor podaje dwie próbki wyzysku, które dostatecznie wyświetlają charakter działalności żydowskiej.
Żyd jest politykiem przewidującym i biegłym; nie poprzestaje więc na eksploatowaniu istniejącego stanu rzeczy, lecz wytwarza sobie sam takie warunki, jakich potrzebuje. Sam więc zmusza włościan do kupowania od niego i sprzedawania mu wszystkiego, co chłop kupić lub sprzedać potrzebuje. Do tego używa dwóch środków. Pierwszym jest karczma. Tu żyd poznaje doskonale stosunki włościan, stopień ich zamożności i charakter każdego. W tysiącu drobnych wypadków, odsłania się przed nim całokształt wiejskiego życia i on wkręca się weń, staje się potrzebnym, niezbędnym, i często koniecznym w chłopskich sprawach. Zdarza się często, że gospodarz koniecznie czegoś potrzebuje — żyd to ma — i nigdzie, tylko u niego, znajduje włościanin wszystko, co mu potrzeba. Jeżeli zdarzy się, że taki gospodarz ominie go (żyda) i kupi coś za gotówkę gdzieindziej — żyd mu to wypowie przy każdej sposobności; żyd zna wszystkich na wylot i wie, jak kogo zażyć. W karczmie, przy zebranej gromadzie, jednem słówkiem może gospodarza zdradzić z czegoś, z czemby ten utaić się pragnął. W karczmie przed żydem odsłaniają się w gawędzie wszystkie potrzeby i braki każdej gospodarki.
Karczma daje żydowi możność ciągłego obserwowania włościan i zarazem wpływania na nich w różny sposób, czyli, że w niej przygotowywa się grunt do dalszych operacyj.
Drugim środkiem jest kredyt. Nie mówiąc już o biedakach, każdy, stosunkowo zamożny nawet włościanin, w pewnych chwilach musi się uciekać do kredytu — żyd ten kredyt daje, ale żyd nie otworzy kredytu wtedy, gdy gospodarz za gotówkę bierze gdzieindziej; w tem więc żyd ma przewagę nad chłopem, który ostatecznie zawsze do żyda przyjść musi.
Zmuszają go do tego tak okoliczności zewnętrzne (rodzaj zajęcia, brak kredytu), jak i kunsztowność złożonego mechanizmu wyzysku, którym żyd przebiegle i wytrwale kieruje.
W karczmie zakłada żyd pierwszy posterunek, niby punkt oparcia do dalszych operacyj. Karczma daje mu zyski z wódki, oparte na zdumiewających kombinacyach. Dalej, staje on się stacyą centralną, zaopatrującą wioskę w co potrzeba — skupującą, sprzedającą i pośredniczącą, a zawsze z ogromnym procentem zysku. Nareszcie, jako cement gwarantujący trwałość budowy, zjawia się kredyt. On ostatecznie daje szynkarzowi możność bezkarnego wyzysku, unieruchomiając wioskę w swych więzach.
W ostatecznej analizie działalności żyda na wsi operującego, autor odróżnia trzy tej działalności rodzaje: szynkowanie, pośredniczenie i lichwę — wszystkie trzy dla operowanych zasadniczo szkodliwe. I co jest znamiennym rysem tej gospodarki, to, że każda z jej stron służy za podstawę i gwarancyę dla dwóch drugich.
Niedaleko ztąd do wniosku (mówi p. Ordyński), że żyd w wiosce jest siłą rozkładową, niszczącą i że każdy objaw wyemancypowania ludu z pod przemocy tej siły, winien być uważany w życiu wioskowem, jako krok naprzód.
Autor zastrzega, że wywody swoje stosuje do okolicy, którą sam poznał i że mają one o tyle ogólne znaczenie, o ile jednostajne są warunki bytu ludu wiejskiego.
Odpowiadamy na to: warunki bytu ludu wiejskiego i warunki bytu żydów cisnących się na wieś, jednakowe są we wszystkich okolicach kraju, bez wyjątku. Chłop ma ziemię, którą w pocie czoła uprawia, chłop bezrolny ma dwie zdrowe ręce i niemi na kawałek chleba ciężko pracuje — żyd, który z miasteczka wymyka się na wieś, ma tylko spryt i trochę, bardzo niewiele pieniędzy, któremi operować zamierza. Pierwsza strona jest produkująca, druga wyzyskująca. Pierwsza odznacza się pewną ociężałością umysłu, druga sprytem, wyrabianym i pielęgnowanym od najmłodszych lat życia. Gdy te dwie strony zetkną się z sobą, nie może być pomiędzy niemi innego stosunku, tylko taki, jaki właśnie p. Ordyński w artykule swoim bardzo trafnie, z fotograficzną dokładnością odmalował.
Wszelako p. O. przedstawił tylko karczmarza — tymczasem, zwłaszcza w ostatnich latach, osiedlają się w wioskach żydzi nietylko w tym charakterze. Karczma jest jednym, ale nie jedynym punktem oparcia dla nich.
Żydzi osiedlają się na wsiach jako pachciarze, dzierżawcy ogrodów owocowych, właściciele kramików, wreszcie bez określonych zajęć.
Wynajmują mieszkania od chłopów i operują. Każdy z takich żydów ma do sprzedania wódkę, tytoń, papierosy — jeżeli nie utrzymuje szynku potajemnego, to roznosi wódkę od chaty do chaty. Częstuje chłopa w sekrecie przed babą, babę w sekrecie przed chłopem, dzieci w sekrecie przed rodzicami. Demoralizuje na każdym kroku...
Nie będę rozwodził się dłużej nad działalnością żydów na wsi — że zaś jest ona szkodliwa, wiedzą o tem dobrze wszyscy inteligentni mieszkańcy prowincyi — wiedzą zaś o tem starsi mieszkańcy prowincyi, że z każdym rokiem dzieje się gorzej, że ta rzesza fanatycznych, nie umiejących pracować, a łaknących chleba nędzarzy zwiększa się w zatrważający sposób, że nie mogąc utrzymać się w miasteczkach, wylewa się już na wsie, gdzie prowadzi dzieło wyzysku i demoralizacyi.
Ten napływ żydów do wsi powiększa się stale i w przyszłości może być bardzo groźny.
Ci, którzy na kwestyę żydowską zapatrują się z poetycznego punktu widzenia, gdy mowa o żydowskim wstręcie do pracy, wystawiają stereotypowy obrazek żyda-nędzarza, tłukącego kamienie na szosie.
— Czy widzieliście kiedy, zapytują, tego starca z siwą brodą, w nędznych łachmanach na grzbiecie, jak rozbija kamienie ciężkim młotem, podczas największego upału?
Widzieliśmy — i nietylko tego starca, nietylko w ogóle żydów, ale i chrześcian wyrobników, trudniących się tą czynnością, nie cięższą zresztą od wielu innych rodzajów pracy fizycznej. Widzieliśmy nawet kobiety, tłukące po całych dniach kamienie przy drodze — ale jesteśmy najmocniej przekonani, że gdyby ów żyd, pracujący na skwarze słonecznym, był posiadaczem dziesięciu rubli — rzuciłby w tej chwili młot i poszedł do najbliższej wioski handlować wódką...
Żydzi wiedzą o tem doskonale, że podstawą ich bytu są chrześcianie, że tylko w stosunku z nimi mogą egzystować. Dowodem tego własne ich przysłowia, wytworzone w ciągu wieków, a oparte przecież nie na fantazyi, lecz na prawdzie i doświadczeniu życiowem...
„Więcej gojimów, więcej szczęścia“ głosi jedno z nich — i naturalnie, więcej chrześcian, więcej pola do wyzysku. Żyd przy żydzie nie wiele się pożywi; „z żydami dobrze jest tylko do szkoły iść“, „między żydami umierać — wśród gojów żyć“... głosi mądrość zawarta w przysłowiach. Wśród żydów żyd znajduje otoczenie pokrewne duchem, wspólną modlitwą, wspólne obrządki, tłómaczenie ksiąg nabożnych. Gdy o sprawy wyznaniowe, o duchową stronę życia chodzi, dobrze mu jest w gronie współbraci, innego towarzystwa i otoczenia nie pożąda — ale gdy idzie o kawałek chleba, o pożywienie, o grosz, wtenczas idzie między chrześcian — „bo dobrze jest wśród gojów żyć“.




VIII.

Błędne koła.

Zdaje się, że nie potrzebujemy gromadzić całego szeregu dowodów, ażeby przekonać, że żydzi fanatyczni, ciemni, głodni, są dla społeczności naszej szkodliwi i niebezpieczni. Jest to proletaryat straszniejszy od innych, gdyż posiada organizacyę ogólną bardzo silną, złożony zaś jest z jednostek, z których każda działa na swoją rękę sprytnie i przebiegle. Nie potrzebujemy, powtarzam, gromadzić dowodów, gdyż rzecz ta powszechnie i nie od dziś już znana.
Mamy naród w narodzie, naród z odrębnym językiem, obyczajami, etyką i organizacyą. Jest to fakt smutny, przykry, ciężki — ale fakt — i liczyć się z nim trzeba.
Zdawałoby się, że każda jednostka, która się od ciemnej masy żydowskiej oderwie, porzuci jej zwyczaje, przesądy, ubiór i mowę, powinna być dla społeczności naszej pożądanym nabytkiem, choćby z tego jednego tylko względu, że przez swoją dezercyę szeregi szkodliwe zmniejsza.
Tymczasem jest inaczej. W kwestyi żydowskiej opinia publiczna kręci się w zaczarowanem kole i wyjść z niego nie może. Żyda zacofanego, w brudnym chałacie, wyzyskującego chłopów i trującego ich wódką — nazywamy łapserdakiem i mamy do niego wstręt; żyda, który zerwał z masą, zrzucił brudny chałat, zamiast Talmudu i Zoharu przyjął wykształcenie europejskie i chce pracować produkcyjnie, nazywamy intruzem, arogantem i mamy do niego wstręt; nareszcie żyda, który przestał być żydem, zerwał wszelkie węzły łączące go z tem plemieniem, przyjął chrześcijanizm i wszedł w społeczeństwo nasze, nazywamy „mechesem“ i także mamy do niego wstręt!
Żeby tylko do niego! Ale i do jego potomstwa, do dalszych pokoleń, które już literalnie z żydowstwem nic wspólnego nie mają.
Wyobraziliśmy sobie, że żydzi odłączeni od zacofanej masy, jakoteż i ci, którzy przyjęli chrzest, nie zrywają nigdy węzłów, jakie łączyły ich z przodkami, że należą do jakiegoś stowarzyszenia tajemnego, którego celem jest... zawojowanie świata! Przypisujemy owemu stowarzyszeniu straszne jakieś siły, w jednostkach żydowskich dopatrujemy nadnaturalne demoniczne właściwości. Jednocześnie, skoro tylko jest mowa o kwestyi żydowskiej, rozprawiamy szeroko o potrzebie assymilacyi i zjednoczenia.
Niech wolno będzie zapytać, kto się ma assymilować z ludnością rdzenną? Czy brudny i ciemny żyd, odgrodzony od społeczeństwa murem przesądów i odrębności, żyd mający swój własny język, obyczaje, tradycye i ustrój społeczny? czy ów oderwany od żydowstwa, a odpychany przez chrześcian i pogardzony przez nich? czy wreszcie przechrzta, któremu społeczeństwo nie przebaczy nigdy garbatego nosa?
Blizko półtora wieku upłynęło od czasu, w którym głośny ongi Frank z wieloma zwolennikami swymi przyjął chrześciaństwo. Półtora wieku! zdaje się, że spory kawał czasu; z potomków owych frankistów przechrzczonych, mamy dziś wiele rodzin zespolonych zupełnie z społeczeństwem naszem; rodzin, które wydały z siebie niejednego człowieka zasłużonego na polu pracy publicznej.
A przecież... do dzisiejszego dnia piętnujemy ich nazwą „mechesów“, do dziś przy każdej zdarzonej sposobności, w sposób najbardziej złośliwy, wymawiamy im pochodzenie semickie...
Bądźmy sprawiedliwi — i powiedzmy wyraźnie: czego chcemy. Traktujemy kwestyę żydowską bez namiętności i bez uprzedzeń, gdyż inaczej z błędnego koła nie wyjdziemy nigdy.
Ostatecznie, jeżeli jedną miarą mierzyć żyda-lichwiarza i żyda-uczciwego pracownika, jeżeli nie zechcemy widzieć różnicy pomiędzy szynkarzem a uczonym, pomiędzy fanatycznym hassydem a oświeconym obywatelem — to nigdy nie dojdziemy do ładu — i wszelkie dowodzenia o konieczności assymilacyi, będą daremne, a nawet zbyteczne.
Powiadają nasi antysemici: taki żyd zły, taki niedobry, ów jeszcze gorszy i starają się poprzeć to twierdzenie dowodami. Niech mi wolno będzie zapytać, co w takim razie z żydami zrobić?.. Zniweczyć tę masę siłą, albo wyrzucić ją precz, nie mamy prawa, ani możności. Żydzi jak istnieli, tak istnieć będą nadal pomiędzy nami, na tej samej ziemi i nie znajdziemy środka, aby się od nich odgrodzić i oddzielić. Musimy pozostawać z nimi i nadal w stosunkach handlowych i ekonomicznych, gdyż nie pozostawać nie ma sposobu.
Prawo obowiązujące przeprowadziło linię demarkacyjną, po za którą żydom osiedlać się nie wolno, a ponieważ nie ma żadnych widoków, ażeby to prawo miało być uchylone, przeto żydzi, jak dotychczas, tak i nadal istnieć, mieszkać i rozmnażać się będą w Królestwie Polskiem i sąsiednich guberniach.
Emigracja żydów do Ameryki, emigracya, o której tyle w ostatnich czasach mówiono i pisano, nie przyczynia się wiele do zmniejszenia doniosłości kwestyi żydowskiej, a nawet i do liczebnego zmniejszenia się żydów w prowincyach, w których mieszkać im wolno, albowiem znacznie więcej żydów rodzi się niż emigruje — a emigrują przeważnie ci tylko, którzy bądźto posiadając jaki fundusz, bądź też znając rzemiosło, bezwzględnym ciężarem dla społeczeństwa nie są.
Nie mamy tedy najmniejszych szans rozłączenia się z żydami. Burze dziejowe przypędziły ich tutaj, a nieopatrzność dawnych prawodawców zrobiła z nich naród w narodzie i zakonserwowała ich odrębność aż do chwili dzisiejszej — musimy więc liczyć się z faktami spełnionemi, i nie mogąc się rozstać, musimy żyć jedni obok drugich i dokładać wszelkich starań, aby to życie dla jednej i dla drugiej strony uczynić możliwie znośnem...
Co prawda, rzuciwszy okiem dokoła, patrząc na to co się dzieje, czytając i słysząc, co się mówi i pisze — nie możemy powiedzieć, że jesteśmy na dobrej drodze.
Z jednej strony groźna zawziętość, z drugiej melancholiczne żale, z obydwóch wzajemne wyrzuty i wymówki — oto bieżąca literatura kwestyi... Żyd — demon, żyd męczennik... i znowuż błędne koło, z którego wyjścia niema.
Antysemici malują żydów najczarniejszemi farbami; filosemici przypisują im cnoty nadzwyczajne; z jednej i z drugiej strony słyszymy tylko wykrzykniki i deklamacye.
Dlaczego nie postawić kwestyi na gruncie praktycznym, nie traktować jej spokojnie? dlaczego nie powiedzieć tak: los nas złączył, rozstać się nie możemy, musimy żyć jedni obok drugich, znajdźmy więc „modus vivendi“ możliwie dla obydwóch stron dogodny.
Co się stało, to się już nie wróci; historya nie cofnie się wstecz — powinniśmy liczyć się z tem co jest, i ratować się jak można.
Niech nas nie straszą urojone widma tych żydów, co się już od żydowstwa oderwali, niech nas nie przeraża ich wrzekomo nadzwyczajny, nadnaturalny spryt, nie trwóżmy się upiorem jakiejś ligi tajemniczej, dążącej do opanowania świata — ale raczej zwracajmy uwagę na rzeczywistość, na to, że mamy obok siebie milion ludzi ciemnych, fanatycznych i głodnych. Nie okrzyczana „Alliance israélite“, nie miliony barona Hirsza, nie jakoweś machinacye Rotszyldów powinny uwagę naszą zaprzątać, ale raczej ów tłum, zaludniający nasze miasta i miasteczka, owi hassydzi na wpół dzicy, owi nędzarze nie przebierający w środkach, ażeby tylko zdobyć możność zarobienia.
Tu jest gniazdo tak zwanej kwestyi żydowskiej, tu źródło jej główne!
Prawda, że o reformie żydów zacofanych pisano u nas dużo i oddawna, ale wszystkie desiderata, wyrażone w tej sprawie, zamykały się znowuż w zaczarowanem kole.
Jeżeli przejrzymy literaturę przedmiotu, tak z dawniejszych czasów, jakoteż i dzisiejszą, obaczymy w niej jedne i te same motywy. „Wódka jest szkodliwem narzędziem w ręku żyda — a więc nie pozwolić mu trudnić się handlem wódki; „żyd nie umie pracować produkcyjnie, a więc skierować go do rzemiosł i rolnictwa — „żyd różni się od reszty ludności ubraniem, a więc oberżnąć mu pejsy i skrócić chałat. Rezultaty z tego wynikały zawsze jednakowe. Pomimo ograniczeń i zakazów, żydzi handlowali i handlują wódką potajemnie, a nawet i jawnie; pomimo usiłowań aby ich skierować do rzemiosł i rolnictwa, do pierwszych biorą się niebardzo gorliwie, do rolnictwa zaś wcale, wyróżniają się ubraniem i mową, jak przedtem — i pomimo wszystkiego są tacy sami, jak byli przed wiekami.
Dlaczego? Czy szczepy słowiańskie mają tak mało zdolności assymilacyjnych? czy rasa żydowska jest taka żywotna i silna, że się nigdy zassymilować nie da?
Ani pierwsze, ani drugie. Przybywają do nas francuzi, niemcy, anglicy — i po kilkudziesięciu latach pobytu wśród nas, w drugiem, trzeciem pokoleniu, zapominają zupełnie o pochodzeniu swojem, stają się obywatelami, gorąco przywiązanymi do kraju, w którym znaleźli gościnność. Takich rodzin mamy sporo, a nazwiskami ich możnaby całe karty zapisać. Co się tyczy drugiego przypuszczenia, upada ono także wobec faktu, że są kraje, w których żydzi różnią się od innych obywateli tylko wyznaniem, mówią językiem krajowym, nie znają żargonu, ani hebrajszczyzny (pozostawiając tę ostatnią tylko duchownym i uczonym), nie odróżniają się ubiorem — słowem, są zasymilowani zupełnie.
Dlaczegóż więc u nas dzieje się inaczej?
Oto przedewszystkiem dlatego, że wszelkie reformy stosowane do żydów, były powierzchowne, że żadna z nich nie dotykała samego rdzenia żydowstwa, nie wchodziła w sferę kształcenia dzieci, oraz nie naruszała w niczem samoistnych instytucyj żydowskich. Pozwolono żydom rządzić się u siebie, jak sami chcieli, kształcić dzieci, jak im się podobało, rozwijać się duchowo zupełnie samoistnie — więc też rozwinęli się nienaturalnie, chorobliwie, potwornie.
Wytworzyli się żydzi polscy, ani podobni do innych — gatunek, o jakim zapewne nie myślał nigdy Mojżesz. Za Mojżesza, jedenaście pokoleń zajmowało się sprawami materyalnemi, doczesnemi, dwunaste żyło z dziesięcin i czas swój poświęcało naukom i służbie Bożej. U nas wszystkie pokolenia żydów, jakie mamy, zajmują się uczonością (!) — a nieliczna garstka trudni się zbieraniem dziesięciny... od nas. Tak jest faktycznie, niestety.
Przyszedłszy do nas głównie z Niemiec, żydzi przynieśli ztamtąd mowę, która z rozmaitemi przekręceniami i zmianami po dzień dzisiejszy została ich narodowym i domowym językiem — Nikt ich nie przymuszał do uczenia się języka krajowego, nikt się nie wtrącał do ich spraw wewnętrznych. Osiedlili się po miastach, zagarnęli w swoje ręce handel, do którego zresztą ani chłop, ani szlachcic się nie rwał, i stworzyli sobie swój własny, wyłączny świat, który aż do dziś dnia egzystuje... Żyjąc odrębnie zupełnie, zaczęli się zagłębiać w studyach religijnych, a uczoność (obok bogactwa, a z czasem i nad bogactwo nawet), stała się szczytem marzeń i ambicyj żydowskich.
Ani w Jerozolimie, ani w Babilonie, ani nawet za czasów najwyższego rozkwitu nauk rabinicznych w Hiszpanii, nigdzie nie miał Talmud tylu badaczy i komentatorów, ile w brudnych mieścinach, rozrzuconych wśród pól i lasów naszej ojczyzny. Można powiedzieć, że powstała tu nowa Palestyna.
Wilno, Brześć, Lublin, Kraków, Brody, że nie wymieniam mnóstwa innych punktów, stały się ogniskami nauk talmudycznych. Tu wzrośli rabini, sławni na całe żydowstwo. Kiedy wynaleziono sztukę drukarską, żydzi tutejsi w lot zaczęli korzystać z jej dobrodziejstw. Zakładali drukarnie, wydawali księgi treści nabożnej w niesłychanych ilościach[20]. Można śmiało twierdzić, że tu koncentrował się cały ruch uczoności żydowskiej.
Nikt w to nie wglądał, nikt nie bronił, wszystko szło tak, jak się żydom podobało i jak uważali za dobre dla siebie i swoich idei. Jeżeli w początkach pobytu żydów w Polsce, było uważane za wielki honor być uczonym, o tyle w późniejszych czasach, za wielki dyshonor poczytywano nie być uczonym. Wszyscy zagłębiali się w księgach, wszyscy przepędzali nad studyami talmudycznemi całą młodość, a bardzo wielu życie całe. Ostatni biedak chyba niepchał się w szeregi uczonych. Tak to szło z wieku w wiek, z pokolenia w pokolenie — i doprowadziło do tego, że dziś żyd tyle czasu poświęca na to, ażeby się nauczyć być żydem — że formalnie niema już kiedy kształcić się na pożytecznego członka społeczeństwa.
Na ten niepomierny rozrost uczoności żydowskiej, na tak jednostronne kształcenie młodzieży, bez uwzględnienia wymagań czasu i potrzeb ogólnych społeczeństwa, zamykano oczy jakby rozmyślnie. Żydzi wytworzyli sobie swój własny świat, nic a nic wspólnego z zewnętrznym ich otoczeniem, z krajem i jego potrzebami nie mający i w tym świecie żyli odosobnieni, zamknięci i spokojni.
Ileż się siły zmarnowało przez te wieki; siły ducha i siły rąk! To już stracone bezpowrotnie...
Widziano, że jest źle, ale nie chciano szukać powodów złego, starano się usuwać skutki, a przyczyny pozostawiano w spokoju.
Ciągle, w całym przebiegu kwestyi żydowskiej u nas, w traktowaniu jej współczesnem i we współczesnych na nią poglądach, powtarzają się stale jedne i te same błędne, zaczarowane koła — bez wyjścia.
Reformy dotykają sprawy zlekka tylko, po wierzchu, a masa żydowska zostaje jak była, zamknięta w sobie, zwarta, spojona, jakby cementem, tradycyą utrwaloną przez wieki, w której wielką siłę odporną znajduje.




IX.

Przywileje żydowskie.

Na początku niniejszej pracy powiedziano, że autor nie czuje się na siłach do rozwiązania kwestyi, która w przeciągu wieków zawiązywała się i plątała — wszelako może nie będzie bez pożytku, jeżeli wypowie kilka uwag, jakie nastręcza mu długoletnia obserwacya żydów naszych i ich bytu.
Dają się słyszeć zdania, że równouprawnienie żydów z resztą ludności jest największym błędem i że tylko na drodze praw wyjątkowych dobić się można jakiego takiego rezultatu.
Wygląda to bardzo paradoksalnie i do celu nie prowadzi. Prawa wyjątkowe są anomalią, której dobrze myślący człowiek nigdy nie pochwali. W obec prawa wszyscy powinni być równi — a jeżeli żydzi składają na rzecz Państwa podatki, jeżeli poszą ciężary ogólne, jeżeli wreszcie, na równi z innymi obywatelami, płacą podatek krwi, oddając synów swych do wojska — to do opieki ze strony państwa, do wolności wybierania sobie dozwolonych zajęć i zatrudnień, powinni mieć takie same prawo — jak wszyscy inni poddani.
Ale uważając równość wszystkich w obliczu prawa za rzecz pożyteczną i słuszną, nie pragnąc dla żadnej warstwy społecznej praw wyjątkowych — musimy się oświadczyć także przeciwko wyjątkowym przywilejom, przysługującym pewnej warstwie społecznej.
Przywileje takie właśnie mają u nas tylko żydzi i w tem właśnie jest główna, a może i jedyna przyczyna niedającej się niczem zachwiać ich odrębności.
Nad wychowaniem młodzieży, a raczej nad jej kształceniem, zarówno publicznem, jak prywatnem, państwo rozciąga, jak wiadomo, bardzo szczegółową kontrolę. Istnieje na to oddzielne ministeryum, okręgi i dyrekcye naukowe, i począwszy od szkółek elementarnych aż do uniwersytetu, wykład odbywa się wszędzie według programu, ułożonego przez państwo i prowadzą go nauczyciele ze strony Państwa mianowani. Szkoły prywatne ulegają najściślejszej kontroli, program wykładów musi być taki, jak w odpowiednich zakładach naukowych rządowych; nauczyciele muszą posiadać wymagane przez prawo kwalifikacye i mieć pozwolenie władzy.
Kontrola rozciąga się nawet na nauczanie domowe. Nikomu nie wolno się trudnić nauczaniem domowem, jeżeli nie złoży egzaminów i nie uzyska pozwolenia.
Powtarzamy, że od szkółki elementarnej aż najwyższych zakładów naukowych ogólnych, specyalnych, duchownych, cała sfera wychowania publicznego, prywatnego, a nawet i domowego, znajduje się pod ciągłą i nieustanną kontrolą organów państwowych.
Ta kontrola dotyczy wszystkich obywateli — oprócz żydów. Dla nich państwo zostawiło najzupełniejszą pod tym względem swobodę.
Ostatnio wydane rozporządzenia, dotyczące „chederów“, wymagają, ażeby „cheder“ był jawny, żeby izba, w której się uczniowie znajdują, odpowiadała wymaganiom hygieny i wreszcie, żeby „mełamed“ poświęcał godzinę dziennie na wykładanie uczniom swym początków języka państwowego.
Oto i wszystko... Zresztą może uczyć jak chce i czego chce.
Obaczmy, czegóż on uczy?
Pięcio, a nieraz nawet czteroletni dzieciak oddany zostaje do „chederu“ i zaczyna się uczyć po... hebrajsku, ażeby w przyszłości mógł czytywać pięcioksiąg Mojżesza i inne księgi, pisane w „mowie świętej“.
Rzecz jasna, że nauka języka hebrajskiego, zwłaszcza wykładana przez mełamedów, którzy po większej części sami mają o tym języku niezbyt jasne pojęcie, a o metodach ułatwiających uczenie nie słyszeli nigdy — nie przychodzi z łatwością. Co najmniej lat czterech lub pięciu potrzeba na to, ażeby dzieciak żydowski mógł przynajmniej piąte przez dziesiąte zrozumieć to, co stanowi podstawę religii żydowskiej, to jest pięcioksiąg Mojżesza.
Niech wolno będzie zapytać, dlaczego ów pięcioksiąg, a następnie i inne księgi religijne mają być koniecznie wykładane w języku, który nie jest ani domowym językiem żydów, ani językiem krajów, w których żydzi mieszkają? Na co tracić czas na naukę języka, który w życiu praktycznem nie ma żadnego zastosowania — podczas gdy nietylko Pięcioksiąg, ale wszystkie księgi starego testamentu, są jaknajdokładniej co do słowa przełożone na wszystkie europejskie języki.
Mojżesz Mendelsohn, znakomity myśliciel, filozof i uczony, który pragnął odrodzenia duchowego żydów i wydobycia ich z ciasnej skorupy przesądów i uprzedzeń, sam dokonał przekładu Pięcioksięgu na język niemiecki. Uczynił to właśnie dlatego, że chciał tę najważniejszą dla żydów księgę religijną uprzystępnić dla kół szerokich, że chciał ułatwić i skrócić nauczanie wyznaniowe, ażeby dać dzieciom żydowskim możność, bądź to poznawania nauk świeckich praktycznych, bądź też uczenia się rzemiosł — co przy dziś praktykowanym systemie kształcenia tych dzieci w „chederach“ i „talmud-torach“, jest prawie niemożliwe.
Bo i kiedyż? gdzie czas na to? Cztery lub pięć lat przepędza dzieciak żydowski w chederze, gdzie od rana do nocy męczy się nad hebrajszczyzną. Poznawszy o tyle o ile treść Pentateuchu — spotyka się z Talmudem.
Cóż to jest ów Talmud? Dla żydów to księga święta, prawo, alfa i omega wszelakiej mądrości; w oczach chrześcian jakaś ustawa groźna, wroga, tchnąca nienawiścią do wszystkiego, co nie żydowskie... nakazująca żydom mściwość, pogardę, kładąca im niemal noże mordercze do rąk...
Rzecz prosta, że i pierwsze i drugie pojęcie mija się z prawdą.
O Talmudzie w różnych językach europejskich napisano foliały... całe biblioteki za tą księgą i przeciw niej. Można więc na nią patrzeć albo oczami Jellinka, Graëtza, Karpelesa, Rabinowicza[21] i całej szkoły bezwzględnych chwalców wiekowej mądrości żydowskiej — albo też słuchać, co o niej mówili lub mówią: Chiarini, ks. Pikulski, Rolling, i cała falanga antysemitów[22].
Ażeby ocenić, jakie znaczenie ma Talmud dziś, dość jest rzucić okiem na dzieje tworzenia się tej księgi, które poniżej w w sposób najtreściwszy opowiemy[23].
Mojżesz dał żydom „Pięcioksiąg“ i prawo w nim zawarte było jedynem prawem, jakiem rządzili się oni aż do czasów niewoli babilońskiej, lecz treściwe onego artykuły wymagały przy stosowaniu ich w praktyce objaśnień. Przewidział to Mojżesz i zalecił żydom, aby w razach wątpliwości co do stosowania praw rzeczonych, udawali się po radę do kapłanów i lewitów, których zdanie należało uważać za sąd nieodwołalny. Talmud powiada, że co do objaśnień zakonu (pięcioksięgu) istnieje nieprzerwana nić tradycyi. Mojżesz otrzymał zakon (ustny) z Synaju i zakon ten przekazał Jozuemu, Jozue podał go siedmdziesięciu starcom (wybranym przez Mojżesza na zlecenie Boga), starcy przekazali zakon prorokom, a prorocy mężom Wielkiego Zgromadzenia.
Tradycya przechodziła ustnie, gdyż prawo zabraniało jej spisywać. Podania ustne przechowywały się aż do czasów Nabuchodonozora. W niewoli babilońskiej dawne prawa już nie wystarczały żydom, trzeba więc było na podstawie tradycyi wytworzyć nowe, któreby się dały stosować w praktyce, przy zmienionych warunkach bytu. Na wygnaniu, w niewoli, tradycya się rozprasza, samo nawet pismo jest zagrożone, może zaginąć. Patryoci zbierają rozproszone szczątki pisma, aby je ocalić od zniszczenia. Byli to pisarze (sofrym), a ponieważ zajmowali się przepisywaniem Tory dla synagog, przeto znali dobrze prawo Mojżeszowe i na zasadzie jego tekstów, wierszy, wyrazów, a nawet znaków, rozstrzygali spory i kwestye. Ich wyroki znane są pod nazwą „Dybre Sofrym“ (słowa pisarzy). Pod przewodnictwem Ezdrasza i Nechemiasza, pisarze, już za czasu drugiej świątyni, w roku świata 3413, zawiązali towarzystwo, złożone ze 120 członków, którzy zwali się „Mężami Wielkiego Zgromadzenia“ (Ansze Keneses ha gedole). Ogrodzeniem zakonu nazywały się ustawy, mające służyć do zachowania Pisma Ś-go w czystości. Okres „pisarzy“ trwał przynajmniej lat 200, a ostatnim członkiem Wielkiej Synagogi i zarazem ostatnim łańcuchem „sofrym“ był Szymon II, syn Chonja, zwany ha-Cadik ( sprawiedliwy). Ten rozpoczął szereg wykładających „halachę“[24], t. j. prawo wyprowadzone z pisma Ś-go, z tradycyjnego zakonu ustnego, ze zdrowego rozsądku, lub słuszności, albo też ze zwyczajów kraju lub prowincyi. Szymon Sprawiedliwy spisywać zaczął zakon w roku 3448 ery świata.
Pierwsze halachy przez dość długi czas po ich napisaniu uważane były za pewne i niewzruszone. Dopiero w 150 lat po Szymonie Sprawiedliwym, po rozpadnięciu się narodu żydowskiego na sekty, wpośród niezgód i wojny domowej między książętami z rodziny Hasmonejskiej (Machabeuszów) pod koniec ich panowania, niektóre halachy skutkiem rozdwojenia się umysłowego, stały się przedmiotem sporów. Powstały oddzielne szkoły, z których najważniejsze są Szamajego i Hillela.
Szamai odznacza się surowością i ostrością przepisów, Hillel zaś łagodnością.
Hillel uporządkował halachy, a tradycyę wzbogacił podaniami, zaczerpniętemi od wygnańców babilońskich. (Hillel urodził się w roku 75 przed, a umarł w roku 20 po narodzeniu Chrystusa).
Przyszedł na żydów czas ciężki, nastała wojna z Rzymianami, uczniowie Hillela zginęli, lub poszli w rozsypkę, szkoły upadły. Wówczas powstali „powtórzyciele“ (Tanaim), którzy zaczęli zbierać, spisywać i uporządkowywać halachy. Te zbiory nazwano „powtórzeniem“ (Miszna).
Pokoleń „Tanaitów“ było cztery. Od zburzenia Jerozolimy — do roku 80 po Chrystusie. Rabi Jochanan, syn Zakkai, uczeń Hillela, założył rodzaj akademii w Jabneh.
Drugi okres „Tanaitów“ (pomiędzy 80 a 136 r. po N. Chrystusa) jest bardzo ożywiony. Wzmagają się spory pomiędzy zwolennikami szkół Szamajego i Hillela, stronnicy tych szkół wezwani zostają przed akademię w Jabneh. Zjawia się wielki i bardzo wpływowy tanaita Akiba, syn Józefa, przeciwko któremu stawia swoje poglądy Rabi Ismael ben Elisza.
W trzecim okresie (od r. 138 — 164 po Nar. Chrystusa) nowe klęski spadają na żydów. Uczonych z rozkazu cesarza Hadryana wyrżnięto, Akiba zginął pod toporem rzymskim. Z uczniów Akiby ocalało tylko siedmiu, którzy usiłowali nawiązać znowuż przerwaną nić tradycyi. Z nich Szymon, zwany Patryarchą, wznawiał i porządkował halachę, R. Meir zaś wskrzeszał i uzupełniał pomysłami własnemi „hagadę“.
W czwartym okresie (pomiędzy 164 a 219 r. po Chr.) nagromadzone już w wielkiej ilości „halachy“ wymagały uporządkowania i obrobienia. Uczynił to Rabi Jehuda ha Nassi (książę), któremu żydzi nadawali także tytuł „nasz świętobliwy mistrz“. R. Jehuda za podstawę swej pracy wziął „misznę“ R. Akiby, zmodyfikowaną przez R. Meira.
„Misznę“ R. Jehudy ha Nassi, uważają żydzi za równą Pismu Świętemu.
Na Jehudzie i synu jego Rabi Szymonie, który pracę ojcowską ostatecznie wykończył, kończy się okres Tanaitów, zwany także okresem Budowniczych, który trwał od r. 220 przed — do roku 220 po Narodzeniu Chrystusa.
Sam „budynek“ Talmudu, przez owych „budowniczych“ wzniesiony, a mający służyć za podstawę dla pokoleń późniejszych, rozpada się na sześć oddzielnych części, które razem wzięte zawierają ogółem 60 traktatów, a te znów 524 rozdziałów, podzielonych na paragrafy.
Owe sześć części traktują o następujących przedmiotach:
Część I. „Zeraim“ (nasiona). Prawa rolnicze, rozpoczynające się od traktatu o modłach i błogosławieństwach. Dziesięciny, darowizny dla kapłanów, lewitów i ubogich, o płodach ziemi, o roku odpoczynkowym[25], o mieszaninach zabronionych w nasionach, zwierzętach i odzieżach.
Część II. „Moed“ (święta). Mówi o sobocie, o dniach świąt i postu, o pracach w te dnie zakazanych, o obrzędach przepisanych na każde święto, o ofiarach, jakie na każdą uroczystość do świątyń przynoszono. Każde święto ma swój oddzielny traktat.
Część III. „Naszim“ (o kobietach). Dzieli się w sposób następujący: 1) „Jebamot“ o powinności zaślubienia wdowy po zmarłym bracie i sposobie uwolnienia się od tego obowiązku; 2) „Ketubot“ o umowach małżeńskich; 3) O ślubach czynionych, o wstrzemięźliwości w pożyciu małżeńskiem, w pożywieniu, o prawie rozwiązywania takich ślubów; 4) O „Nazyreacie“, rodzajach i sposobie takiego ślubu[26]; 5) „Githin“, o rozwodach i opuszczeniu żony; 6) „Sotha“ o kobietach podejrzanych; 7) „Kidduszym“ o zaręczynach, sposobie spisywania umów zaręczynowych i darach przy tej okoliczności.
Część IV. „Nezikim“ (szkody) zawiera po większej części prawodawstwo cywilne i karne. O szkodach uczynionych przez ludzi i zwierzęta i wynagrodzeniu tych szkód, o własności, o kupnie, sprzedaży, umowach, o sądzie, o sędziach i postępowaniu sądowem, o świadectwach i przysięgach, o karach, o bałwochwalstwie, o karze 40 plag. Ten traktat kończy się zbiorem zdań moralnych, zwanym „Aboth“ (od ojców).
Część V. „Kedaszim“ (przedmioty święte). O ofiarach, o zwierzętach czystych i nieczystych, o bydlętach pierworodnych, o karach za winy popełnione przy usługach i ofiarach religijnych, o rozmiarach kościoła i ołtarza w Jerozolimie.
Część VI. „Teharot“ (oczyszczenie) mówi o przepisach dla Lewitów, o hygienie, o rzeczach i osobach nieczystych, o oczyszczaniu etc.
Wszystkich w ogóle przepisów jest w Talmudzie 613.
Ponieważ Rabi Jehuda Hakkadosz zebrał tylko „halachy“, mające niezaprzeczoną moc prawną, a prócz takich było jeszcze wiele innych, przeto niektórzy uczeni zbierali te ostatnie „halachy“ i układali z nich dodatki zwane „Tosyfta“.
Tanaici opracowali cały zakon Mojżesza pisany i ustny, lech ruch, któremu nadali oni impuls, nie ustał z ukończeniem ich dzieła. Przeciwnie, rozszerzył się i to nietylko w Judei, lecz i w Babilonie. Wiadomo, że do odbudowania spalonej stolicy, nie cała ludność żydowska wróciła z Babilonu — wielu żydów pozostało na miejscu i ci, przyjmując mały udział w pracach Tanaitów judzkich, prowadzili na własną rękę studya religijno-prawne i zakładali szkoły, które doszły szybko do ogromnych rozmiarów i wywierały wpływ nietylko na żydów babilońskich, lecz i na zamieszkałych w Judei.
Ten nowy ruch nazwać można okresem „Amoraitów“ (wyjaśniających). W okresie Tanaitów, mistrz czyli Rabi, rozbierał z uczniami swymi pewien tekst z pisma Św., dla wyprowadzenia z niego najodleglejszych dedukcyj — w okresie Amoraitów zaś weszły w życie szkoły („Jeszyboth“), posiedzenia, zajmujące się roztrząsaniem tekstów „Miszny“, ustalające sposób pojmowania i zakres każdego prawa. Każdy mistrz w szkole swojej objaśniał według własnego poglądu, lub też według tradycyi przechowanej, daną halachę — późniejsze zaś pokolenia skrzętnie te poglądy zbierały, porównywały, nakoniec zredagowały systematycznie wykład „Miszny“ i praca ta z chaldejska nazwana została „Talmud“, po hebrajsku „Gemara“, co znaczy: badanie, zgłębianie, nauka.
Amoraici dzielą się na sześć pokoleń.
I. (219 — 279 po n. Chr.). Nauka kwitnie jeszcze w ziemi judzkiej. Rabi Jochanan bar Nappacha zakłada szkołę w Tyberyadzie. Areka, zwany Rab, tworzy szkołę w Sura, Rabi Samuel w Nahardei.
II. (279 — 320 po n. Chr.). Nauka w Judei upada, kwitnie natomiast w Babilonie. Cała ludność studyuje „halachy“, nauka staje się najwyższym zaszczytem, nieuctwo równa się hańbie. R. Juda ben Jecheskel, zakłada szkołę w Pumpadycie.
III. (320 — 375 po n. Chr.). Wiedza talmudyczna w Babilonii dochodzi do najwyższego stopnia rozwoju, w Judei upada. Szkole pumpadytańskiej przewodniczy R. Rabbah i ściąga mnóstwo słuchaczów. Po nim obejmuje kierunek R. Abaija, z którym współzawodniczy Raba, syn Józefa Bar-Chone, założyciel szkoły w Machucy.
IV. (375 — 427). Prace uczonych nad Talmudem dobiegają do końca. Rabi Aszi, przewodniczący szkoły w Sura, zwołuje kolegia, na których porządkuje ostatecznie „Misznę“ i „Gemarę“. W przeciągu lat trzydziestu uporządkowano sześćdziesiąt traktatów i z tego powstał „Talmud Babiloński“.
Mniej więcej w tymże czasie Amoraici judejscy zebrani w Tyberyadzie, układają „Gemarę“ i powstaje ztąd „Talmud Jerozolimski“ (ten jest mniejszy i niekompletny)[27].
V. (427 — 468 po n. Chr.) Dalsze kompletowanie i uzupełnianie Talmudu Babilońskiego prowadzi Rabi Jemar (zwany także Mar-Jemar), kierownik szkoły w Sura.
VI. (468 — 500 po n. Chr.) Żydzi babilońscy ulegają prześladowaniom, nie wolno im odbywać zgromadzeń, szkoły chylą się do upadku. Uporządkowanie Talmudu rozpoczęte przez R. Aszi, kończą R. Rabina, zwierzchnik szkoły w Sura i R. Jose z Pumpadyty. Ci dwaj kończą szereg Amoraitów.
Przeciąg czasu od roku 500 do 550 po Chr. nazywa się okresem Saburaitów.
Zwierzchnicy religijni, nauczyciele i sędziowie, potrzebując stałej normy rozstrzygania wynikających wątpliwości, rozważali rzecz każdą ze stanowiska pro i contra i wydawali wyroki, oparte na słuszności motywów. Tych nazywano „Rabonan Saburai“ (mistrzowie słusznego zdania).
Saburaici wprowadzili do Talmudu niektóre dodatki i objaśnienia, oni też spisali Talmud, który przedtem, pomimo zredagowania Miszny i Gemary, przechowywał się jedynie w pamięci uczonych.
Po nich już nic do Talmudu nie dodano, całość dzieła została skończona. Systematyzowano tylko treść prawa, jak to czynił Alfassi (zmarły 1103 roku), sławny Majmonides (zm. 1205 roku), Jakób Ben Aszer (1360), wreszcie Josef Karo, komentator dzieł Majmonidesa, autor księgi „Bet Josef“ (dom Józefa) i „Szulchan aruch“ (stół nakryty). Ta księga, zawierająca wyciągi i streszczenia najważniejszych praw talmudycznych — jest dziś uznanym kodeksem Judaizmu.
Taka jest historya tworzenia się Talmudu.
Wszelako księga ta nie jest alfą i omegą żydowskiej mądrości. Po za Talmudem, który miał tysiące komentatorów i twórców komentarzy do komentarzy — istnieje bardzo obszerna literatura rabiniczna — las istny.
Zobaczmy teraz, czego dzieciak żydowski uczy się z owej prastarej, odwiecznej księgi swych ojców i jakie ta nauka ma w życiu praktycznem zastosowanie?
Dzięki pracom ludzi uczonych i bogatej w potrzebne wskazówki literaturze europejskiej, Talmud przestał już być dla nieżydów „wilkiem żelaznym“. Można mu się przypatrzyć zbliska i widzieć go w różnem oświetleniu; zresztą piszący te słowa, wiadomości o programie i sposobach wykładu w szkołach żydowskich, czerpał przeważnie od żydów, którzy sami w owych szkołach naukę pobierali, w części zaś znajdował potrzebne informacye w książkach żargonowych.
Zarówno jak Pięcioksiąg Mojżesza, Talmud jest czytany w oryginale, w języku starohebrajskim, a miejscami w chaldejskim. Czy jest dobrze rozumiany i komentowany przez mełamedów, wykładających w „Talmud-Torach“ to wielkie pytanie. Zdaje się, że objaśnienia ich oparte są bardziej na tradycyi, niż na badaniu źródeł... Znakomici oryentaliści, profesorowie, ludzie przygotowani naukowo do studyów językowych, różnią się niejednokrotnie w zdaniu co do znaczenia nietylko pojedynczych wyrazów, ale nawet całych sentencyj w Talmudzie zawartych, a cóż dopiero powiedzieć o biednym, na wpół idyotycznym mełamedzie, który wziął się do nauczania dzieci albo z nędzy, albo też dlatego, że nie miał dość sprytu do geszeftów. Nauczycieli w całem znaczeniu tego wyrazu, nasi małomiasteczkowi żydzi nie mają, można więc sobie wyobrazić, jak idzie nauka!.. Ale choćby szła ona jak najlepiej, choćby prowadzona była przez najznakomitszych oryentalistów i wykwalifikowanych teologów żydowskich, nie przyniosłaby uczniom wielkiego pożytku i nie przysposobiła ich do pracy i do uczciwego zarobkowania.
Talmud tworzył się przez wieki, zamknięty został przed wiekami i zawarł w sobie mądrość i błędy czasów zamierzchłych. Wszystko się przez ten czas zmieniło, wszystko poszło naprzód, a jedyne źródło nauki, z którego nasi żydzi czerpią duchowy swój pokarm, pozostało bez zmiany.
Dalecy jesteśmy od lekceważenia tej księgi — jest ona i pozostanie na zawsze zabytkiem szacownym, pomnikiem pracy umysłowej czasów zamierzchłych; — w archiwach i muzeach cywilizacyi ogólnej należy jej się miejsce niepoślednie, ale żeby studyowanie jej miało być jedynym i wyłącznym pokarmem duchowym dla współczesnych pokoleń, na to trudno się zgodzić.
Powie kto, że w tych słowach tkwi zamach na wolność wyznania. Że tak nie jest, łatwo wytłumaczę. Wolność sumienia i wolność wiary wszystkim ludziom przysługiwać powinna, a więc i żydom — ale tu o co innego idzie. Wyobraźmy sobie na chwilę, że jest stosunek odwrotny, że żydzi mieszkają w tym kraju od bajecznie odległych czasów, a pędzeni przez wichry prześladowań i przeciwności różnych chrześcianie przyszli tu jako obcy i, znalazłszy gościnność, osiedlili się. Że osiedliwszy się, zamknęli się w kole odrębnem i odosobnionem, i cały czas swój poświęcili wyłącznie naukom teologicznym! Coby na to powiedzieli żydzi? Przypuścić można, że gdyby to się działo w wiekach średnich, to żydzi byliby o tyle rozumniejsi od naszych praojców, że batogami pędziliby przybyszów na pole i zmuszali ich do pracy.
Patrząc na to, co się dzieje na Zachodzie, dziś, w XIX-em stuleciu, widząc jak zawzięcie cywilizowani nibyto żydzi walczyli i walczą przeciw szkołom wyznaniowym chrześciańskim, jaki gorący udział przyjmowali w sławnym „Kulturkampfie“ niemieckim, jak głosowali we Francyi za skasowaniem klasztorów, wypędzeniem Sióstr miłosierdzia ze szpitali i t. d. — można być prawie pewnym, że nie żałowaliby w wiekach średnich batogów dla ludności obcoplemiennej i obcowyznaniowej, oddanej wyłącznie studyom religijnym.
Ale dajmy pokój przypuszczeniom i zajmijmy się raczej tem, co jest w rzeczywistości i na co patrzymy obecnie.
Uderzają tu w oczy przedewszystkiem dwa fakta, a mianowicie: niesłychanie szeroka swoboda nauczania i kształcenia swych dzieci, pozostawiona żydom przez rządy — drugi, osobliwa stronność ludzi, którzy za pośrednictwem prasy, do pewnego stopnia przynajmniej, opinią publiczną kierują.
Pomówmy naprzód o pierwszym.
Wspominaliśmy już, że za ostatnich czasów istnienia Rzeczypospolitej i później za księstwa Warszawskiego, za wskrzeszonego w roku 1815 Królestwa, reformą żydów zajmowało się wielu ludzi myślących i poważnych, ale projekta przez nich kreślone kwestyi wychowania religijnego żydów nie dotykały zupełnie. Uważano za objaw nietolerancyi wtrącanie się w ogóle do tej sprawy.
W Cesarstwie były pewne usiłowania w tym kierunku, lecz nie wydały żadnego rezultatu, tak z powodu oporu, jaki napotykały ze strony żydów, jakoteż wskutek innych przyczyn.
Chwilami rząd brał się do żydów bardzo energicznie i używał środków bardzo ostrych, że wspomnimy tylko o instytucyi kantonistów... Pragnąc zaprowadzić ład jakiś w sprawie elementarnego kształcenia żydów, ustanowiono (za panowania Cesarza Mikołaja I-go) skarbowe szkoły żydowskie. (Kaziennyja jewrejskija ucziliszcza). Szkoły te, jak twierdzi Orszańskij[28], miały za główne zadanie walczyć przeciwko Talmudowi, zabobonom, mełamedom, jednem słowem miały zaprowadzić ścisłą kontrolę rządową nad tem, co jest dla żydów najdroższe. Za pomocą rzeczonych szkół rząd chciał religijno-moralne wykształcenie żydów powierzyć ludziom, którymby można zaufać — i poddać pewnej kontroli. Ułożony był program, z przewagą nauk religijno-moralnych nad ogólnemi. Obowiązki dozorców szkół powierzono chrześcianom, którzy mieli kontrolować mełamedów, przy współudziale policyi. Szkoły te nie przyniosły żadnego pożytku. Jak objaśnia Orszańskij, przyczyną ich niepowodzenia byli głównie dozorcy — chrześcianie, a zatem niemile widziani przez żydów.
Żyd konserwatywny nie chciał oddać dziecka swego do zakładu, którego kierownikiem był chrześcianin, prócz tego z chwilą powstania skarbowych szkół żydowskich zaczęły się prześladowania mełamedów, szkółek prywatnych, nieporozumienia z rodzicami uczniów etc. Jednem słowem, szkoły nie doprowadziły do pożądanego celu i w niczem nie zmieniły istniejącego porządku rzeczy.
Swoją drogą rząd starał się poddać szkoły żydowskie jakiej takiej kontroli.
W czwartym dziesiątku bieżącego wieku, kiedy na czele ministeryum oświaty stał hrabia Uwarow, wydane zostały przepisy o mełamedach. Przepisy rzeczone weszły w skład Zbioru praw (Swod Zakonów, Tom IX, art. 1405 i następ.), i zawierają w sobie następujące główniejsze punkta: Mełamed nie może wykładać inaczej, jak po otrzymaniu odpowiedniego świadectwa i podług książek przez władzę szkolną zatwierdzonych. Pomiędzy przedmiotami wykładanemi powinien być koniecznie język ruski.
Na domach mełamedów mają się znajdować znaki.
Dozór nad wykonaniem tych przepisów włożony został na rabinów i ich pomocników. Ci obowiązani są o każdem uchybieniu przeciwko przepisom donosić władzy, celem ukarania winnych. Oprócz tego, co pół roku rabini obowiązani są składać policyi raporta o stanie chederów. Policya powinna, o ile możności najczęściej, sprawdzać na miejscu raporta rabinów i donosić władzom gubernialnym o stanie chederów. Tak to wygląda na papierze, w rzeczywistości wszakże przepisy owe nie bywają wcale wykonywane.
Dnia 9 grudnia 1868 roku gubernator grodzieński polecił tamtejszemu policmajstrowi dopilnować, ażeby każdy mełamed miał na domu wywieszoną tablicę — ponieważ gubernator nie dostrzegł w Grodnie ani jednej tablicy, pomimo że w mieście tem istnieje 74 mełamedów wykwalifikowanych i posiadających świadectwa, (a takich, którzy uczą pokątnie, znacznie więcej).
Naczelnik gubernii wileńskiej okólnikiem z dnia 11-go czerwca 1868 r. zwraca uwagę podwładnych mu organów na to, że bardzo niewielu mełamedów ma na swych mieszkaniach odpowiednie znaki, że rabini uchylają się od włożonego na nich obowiązku kontrolowania chederów, że policya również nie zwraca na to uwagi i nie wykonywa tego, co do niej należy, pod względem mełamedów i szkół żydowskich.
Wywiązana z tego powodu korespondencya w zupełności potwierdziła fakt, że art. 1405, IX Tomu Zbioru Praw istnieje tylko na papierze.
Z osobistego doświadczenia (mówi Orszańskij) wiadomo nam, że to samo mniej więcej dzieje się w kraju noworosyjskim i w ogóle w stronach południowych Cesarstwa, z wyjątkiem może Odessy.
Tenże autor zastanawia się nad pytaniem: kogo należy obwiniać za to, że cytowane wyżej rozporządzenia rządowe nie są wykonywane?
Prawo, jak powiedzieliśmy, kontrolę nad mełamedami, oraz nad chederami, złożyło w ręce rabinów i policyi. Bezczynność rabinów w tym kierunku da się łatwo wytłómaczyć. Ukrócenie bezwzględnej wolności nauczania w chederach nie może przypadać do smaku żydom, dopatrującym w tem zamach na świętość religii, tak drogą żydowskiemu sercu.
Rabini, stanowiący przecież sam kwiat konserwatyzmu i nabożności żydowskiej, nie są wcale skłonni do podtrzymywania kontroli rządowej nad wychowaniem religijnem żydów, ponieważ kontrola taka sprzeciwia się i przekonaniom ich i życzeniom. Nawet rabini wybrani z pośród ludzi, mających pewne wykształcenie szkolne i z tego powodu nie podzielających poglądu większości żydów na tę sprawę, nie mogą wywierać żadnego wpływu na nauczanie młodzieży żydowskiej.
Bezwzględnie zależni od gmin żydowskich, tak pod względem wyboru na posadę, jakoteż i pod materyalnemi względami, muszą oni liczyć się z wymaganiami massy. Każdy krok ze strony rabina, dążący do ograniczenia swobody nauczania w chederach, spowodowałby niechęć ogółu przeciwko rabinowi — i w następstwie tej niechęci utratę „kawałka chleba“.
Wszystko idzie po dawnemu. Dzieci żydowskie tracą co najmniej dziesięć lat życia na to, aby piąte przez dziesiąte nauczyły się prawa talmudycznego cywilnego i karnego, pomimo, że prawo to w kraju nie obowiązuje; żeby poznały przepisy dotyczące rolnictwa, stosowane przed wiekami w Palestynie..., żeby słowem poznały dzieło skończone i zamknięte przed tysiącem lat z górą i do dzisiejszych warunków bytu starały się stosować przepisy w niem zawarte.
W Talmudzie dzieciak żydowski spotyka bardzo często wyrazy „goj“, „nochri“, „akum“. Wyrazy te oznaczają w ogóle ludzi obcych, pogan, czcicieli gwiazd i planet niebieskich. Żydzi, piszący w obronie Talmudu, dowodzą, że prawa o stosunku żydów do pogan zawarte w Talmudzie, nie mogą być stosowane do chrześcian, którzy wierzą w jedynego Boga i jego przykazania. Mają najzupełniejszą słuszność, jeżeli weźmiemy na uwagę czas i okoliczności, w jakich tworzył się Talmud — lecz dzieciak żydowski w chederze, słuchając wykładu o „gojach“ i „akumach“, nie przypuszcza nawet, że to o dawnych poganach mowa, lecz ma na myśli współczesnych innowierców, a więc chrześcian, których też w domowym języku swoim nie inaczej nazywa jak tylko „gojami“. W umyśle jego niema pod tym względem najmniejszej wątpliwości. Dodajmy do tego, że czytanie Talmudu dopełniane jest przez ustne objaśnienia mełamedów, ludzi fanatycznych, przesądnych i ogólnego wykształcenia nie posiadających, a przyjdziemy łatwo do wniosku, że chedery nie przyczyniają się wcale do podniesienia poziomu umysłowego młodzieży żydowskiej, lecz przeciwnie obniżają go w sposób fatalny, i są głównem źródłem tych anomalij i potworności społecznych, które znamy pod ogólną nazwą „kwestyi żydowskiej“.
W opinii publicznej, zarówno ze strony przyjaciół żydów, jakoteż i ze strony tak zwanych „antysemitów“, coraz częściej słychać głosy: „sprawa kształcenia dzieci żydowskich powinna koniecznie wejść na porządek dzienny, a więc... należy zreformować „chedery“.
Wygląda to zupełnie tak, jak gdyby kto wołał: „szósta część ludności choruje epidemicznie na tyfus, a więc... zreformujmy tyfus“! Z plamistego na wysypkowy? czy jak?
Zanim się zacznie mowa o reformie „chederów“ i cywilizowaniu małamedów, należałoby zapytać pierwej: jaką racyę bytu mieć mogą chedery i mełamedzi?
Naszem zdaniem — żadnej...
— To zamach na wyznanie! szczyt nietolerencyi religijnej! — powiedzą żydzi i ci chrześcianie nasi, którzy mówiąc zawsze o tolerencyi religijnej, gdy idzie o żydów, prześcigają się w nietolerencyi względem własnego wyznania.
Odpowiedzieć na to należy, że kwestya chederów z kwestyą tolerancyi religijnej, nie ma żadnego związku. „Chedery“ właśnie i wogóle zakłady naukowe żydowskie są wynikiem wyjątkowego przywileju przysługującego żydom. Zniesienie tego przywileju byłoby pożądanem i zbawiennem, zarówno dla całego społeczeństwa, jak i dla samych żydów.
O nietolerencyi mowy być nie może. Wyznania chrześciańskie, a nawet wyznanie państwowe, otoczone, jak wiadomo, szczególną opieką rządu, nie mają instytucyj wychowawczych takich, jak „chedery“ i „talmud-tory“ — dla czegóż więc żydowskie wyznanie ma z wyjątkowych przywilejów korzystać?
Szkoły elementarne, miejskie, rzemieślnicze, zakłady naukowe, tak zwane średnie, to jest progimnazya i gimnazya, dostępne dla wszystkich klas społeczeństwa, nie są pozbawione wykładu religii. Wykład ten prowadzony jest przez duchownych właściwych wyznań chrześciańskich, ludzi wykształconych nietylko specyalnie, lecz ogólnie i odpowiednio do tego przygotowanych. Niezależnie od tego, dzieci, oprócz początkowej nauki religii, jaką mają w domu rodzicielskim, w niedzielę i święta mogą słuchać wykładu katechizmu w kościele. Ostatecznie chrześcianie mają naukę religii przedewszystkiem w domu, dalej czerpią ją w szkole od nauczyciela-duchownego, a wreszcie mają ją aż do końca życia, co święto, w kościele na kazaniach, przy spowiedzi i innych ważniejszych aktach religijnych. To nietylko przez władze państwowe, ale także przez duchowieństwo i przez ogół, w znacznej większości gorąco do wiary swych ojców przywiązany — uznane jest za wystarczające. Ani naszym chłopom, ani mieszczanom nie przyszłoby nigdy do głowy trzymać dzieci przez ośm lub dziesięć lat z rzędu w uczelni, w której jaki nieudolny, na wpół idyotyczny, szewc, krawiec, albo dziad z pod kościoła, wykładałby teologię w języku łacińskim, lub greckim!
A przecież byłby to tylko specimen „chederu“, właśnie rodzaj tego osobliwego alembiku, przez który filtruje się u nas od wieków cała, prawie bez wyjątku, męzka ludność żydowska.
Wychodzą z niego po długim czasie nauki „żydzi“ — t. j. nie obywatele krajowi, wyznający religię mojżeszową — ale żydzi-narodowcy, członkowie korporacyi, obcej zupełnie dla spraw społeczeństwa, zamkniętej w sobie, odrębnej, żyjącej wyłącznie tylko dla swoich własnych ideałów i celów. Czy może być inaczej? Czy może się stan taki zmienić w czemkolwiek na lepsze, w obec zupełnie swobodnego systemu kształcenia młodzieży żydowskiej?
Co się powiedziało wyżej o „chederach“, dotyczy także szkół żydowskich średnich, zwanych „Talmud-Tory“. Jak pierwsze, tak i drugie, nie mają zarówno z punktu widzenia społecznego, jak i państwowego, najmniejszej racyi bytu. Nie uczą one nic pożytecznego, nie przysposabiają swych wychowańców do pracy produkcyjnej, lecz przeciwnie, są rozsadnikami odrębności, fanatyzmu i niechęci względem współobywateli innych wyznań.
Dopóki chedery istnieć będą, dopóty o rozwiązaniu tak zwanej „kwestyi żydowskiej“ nie ma co marzyć. Żadne półśrodki nie wykorzenią złego i nie doprowadzą do celu.
Zamiast istniejących dotychczas „Jeszybotów“ żydowskich, w których kształcą się po największej części rabini-fanatycy, częstokroć o ogólnych naukach świeckich nie mający pojęcia — pożądane byłyby zakłady naukowe, kształcące i ogólnie i religijnie przyszłych nauczycieli religii żydowskiej, kaznodziejów i rabinów. Ponieważ w ich rękach miałoby się kiedyś znajdować duchowe przewodnictwo mas pospólstwa żydowskiego, przeto należałoby tak te szkoły urządzić, żeby z nich wychodzili rzeczywiście ludzie światli, wykształceni zarówno pod względem religijnym, jak i ogólno-ludzkim. Zapewne, że taki nauczyciel mniej zajmowałby się z uczniami kwestyą: na którą nogę wprzódy wkładać należy pantofel i z której, rozbierając się, pierwej go zdejmować, ale natomiast mówiłby im o uczciwości i moralności, o pracy, o postępowaniu prawem, o obowiązkach względem Boga i bliźnich. Byłby to nauczyciel religii, przewodnik duchowy taki, jaki być powinien, ażeby godnie odpowiadał wzniosłemu swemu zadaniu.
Niestety, dotychczas krążymy jeszcze w zaczarowanem kole i zapewne dużo jeszcze wody upłynie, zanim szkoły żydowskie dzisiejszego typu — znikną z powierzchni kraju.
Opinia publiczna pod tym względem również z zaczarowanego koła wydobyć się nie może. Aczkolwiek dużo mówiono i pisano o kwestyi żydowskiej, aczkolwiek domagano się interwencyi władz i reform ze strony państwa, nigdy jednak nie stawiano kwestyi na tym gruncie, na jakim stanąć powinna.
Żądano np. reform dotyczących... handlu wódką — ale zapomniano o tem, że najszkodliwszych handlarzy wódką i demoralizatorów ludności wiejskiej robią chedery i system kształcenia dzieci żydowskich.
I dzisiaj, kiedy miejsce dawniejszych dzieł, broszur i rozpraw przygodnych, zajęła szeroko rozgałęziona prasa peryodyczna najrozmaitszych odcieni, jesteśmy, jak i pierwej, również w zaczarowanem kole pod względem traktowania kwestyi żydowskiej. Pisma zachowawcze, aczkolwiek nie krępują się w wygłaszaniu zdań o szkodliwości mas żydowskich dla kraju — nie dotykają kwestyi wychowania tych mas. Organa postępowe, sympatyzujące z wykształconymi żydami, zapewne przez jakieś źle zrozumiane dla tych ostatnich względy, o kwestyi wychowania młodych pokoleń konserwatywnego żydowstwa milczą — nasi antysemici widzą niebezpieczeństwo ze strony Hirszów i Rotszyldów, nie chcąc patrzyć na to, co się dzieje u nas i co nas najbliżej obchodzić powinno, a organ żydowski „Izraelita“, z zasady zapewne, nie radby pozbawiać swoich współwyznawców tak wielkiego przywileju, jakim jest zupełna wolność nauczania.
I wszystko idzie po dawnemu. Pół-idyotyczny mełamed w chederze, jak przed wiekami, tak i dziś, ogłupia młode latorośle żydowskiego szczepu, a mur odrębności, przesądów, nienawiści i fanatyzmu wznosi się coraz wyżej i wyżej, zarówno na szkodę naszego społeczeństwa, jak i na szkodę samych żydów. Błędne koło zacieśnia swój okrąg, a tak zwana „kwestya żydowska“ staje się coraz groźniejszą w skutkach.




Zakończenie.

Chcąc wyczerpująco przedstawić wszystkie ujemne strony nienormalnego stosunku żydów do ludności krajowej, trzebaby napisać chyba tomy całe, gdyż owa nienormalność ciężkiem brzemieniem waży na wszystkich warstwach naszej ludności, na każdej gałęzi pracy wytwórczej. Ile nas żydzi kosztują i moralnie i materyalnie, o tem mogliby dużo powiedzieć przedewszystkiem chłopi, ta najpracowitsza, najbardziej liczna warstwa narodu, dalej koloniści, dzierżawcy, właściciele mniejszych lub większych folwarków, rolnicy małomiasteczkowi — słowem, cały zastęp właścicieli i uprawiaczy ziemi. Mało jest takich, którzyby nie jęczeli pod jarzmem lichwy i wyzysku. To samo powiedzieć można o oficyalistach gospodarczych, rzemieślnikach, robotnikach fabrycznych — a urzędnicy, a pracownicy różnych instytucyj, jak drogi żelazne, różnego rodzaju przedsiębiorstwa, banki — a drobni przemysłowcy i handlujący, zmuszeni w braku odpowiednich instytucyj finansowych szukać kredytu u żydów?... Powtarzamy, że chcąc przedstawić dokładny obraz złego, jakie się z powodu „kwestyi żydowskiej“ w kraju dzieje, tomy trzebaby zapisać. W treściwym artykule dziennikarskim, w broszurze, zaznaczyć można tylko wybitniejsze punkta, co też uczynić było naszem staraniem.
Czytelnik, rozpatrujący pracę niniejszą, mógł nabrać przekonania, że byliśmy i jesteśmy dalecy od uprzedzeń rasowych lub wyznaniowych — że staliśmy na gruncie zupełnej bezstronności. Tych samych zasad trzymać się też będziemy przy sformułowaniu pewnych dezyderatów, które aczkolwiek zapewne przez wieki zaplątanego węzła kwestyi odrazu nie rozwiążą, mogą jednak ludziom wpływowym i zdolniejszym publicystom posłużyć za niejakie wskazówki.
Powiedzieliśmy wyżej, że nie łączymy się bezwzględnie ze zdaniem tych, którzy przypisują plemieniu żydowskiemu jakieś nadprzyrodzone właściwości, niesłychane zdolności umysłowe, zadziwiającą bystrość i spryt niby demoniczny. Nie godzimy się również i na to, jakoby handel był wrodzonem niejako żydów zatrudnieniem i że na tem polu nikt się z nimi nie zrówna. Przeciwnie: żyd handlujący pod względem sprytu kupieckiego nie może się równać ani z Grekiem, ani z Ormianinem, ani nawet z kupcem z wielko-ruskich gubernij. Łatwo było żydom uchodzić za genialnych kupców u nas, gdzie handel wyłącznie w rękach swoich dzierżyli. Królowali też w handlu — ale jak ślepi wśród jednookich. Że sprytem górują nad naszym zapracowanym chłopem, to także nie powinno być przypisywane wyjątkowym ich zdolnościom, lecz wychowaniu. Żyd rozwijał głowę swoją nad kazuistyką talmudyczną, chłop natomiast od dzieciństwa kształcił swe muskuły w ciężkiej pracy. Cóż więc za osobliwość, że żydowska głowa przewyższa chłopską — albo, że chłopska ręka dźwignie ciężar, jakiemu pięciu żydów nie podoła?
Jeżeli widzimy dziś wkoło siebie żydów fanatycznych, do pracy produkcyjnej nieprzygotowanych i niezdolnych, a w działalności swej bezwarunkowo dla społeczeństwa szkodliwych — to nie przypisujemy tego jakimś nadnaturalnym właściwościom rasy, lecz owej bezwzględnej swobodzie, jaką im przed wiekami dano i przez wiek nie cofnięto — swobodzie wychowania i stowarzyszeń, dzięki której rozwinęli się prawie jako państwo w państwie, naród w narodzie, społeczeństwo w społeczeństwie.
Nie łudźmy się też, że odrębność żydowska i ów smutny stan, jaki ona wytwarza, da się usunąć za pomocą półśrodków i deklamacyi... Wprost przeciwnie. Kwestya żydowska z każdym dniem będzie poważniejsza i groźniejsza dla kraju. Jak to wykazaliśmy na początku pracy niniejszej, przez pół wiekiem ciężar ten był znośniejszy i nie tak przygniatał ludność chrześciańską, ludność produkującą i pracującą. W obec upadku małych miasteczek, w obec rozmnożenia się ludności żydowskiej, a coraz trudniejszych warunków życia, sprawa się zaostrza i staje się groźniejszą. Tłum zgłodniałych nędzarzy nie może już się pomieścić w dotychczasowych siedzibach, i rozsypuje się po wsiach, ażeby tam żyć kosztem włościan.
Nie będziemy powtarzali tego, o czem mówiliśmy w poprzedzających rozdziałach, zdaje się, że czytelnicy powinniby nas zrozumieć i przyjść do przekonania, że istotnie z każdym rokiem niebezpieczeństwo, grożące nam ze strony proletaryatu żydowskiego, jest większe...
Wielki czas przedsięwziąć środki zaradcze.
Te środki spoczywają w rękach państwa i społeczeństwa, oraz do pewnego stopnia w rękach ludzi dobrej woli.
Co do pierwszych, to jest, co się tyczy środków, jakie mogą być podjęte i wprowadzone w wykonanie przez Rząd — przedewszystkiem powinna o nich mówić prasa peryodyczna. Opinie wygłaszane w dziennikach, o ile dotyczą spraw ogólny interes na celu mających, nie są lekceważone; w ostatnich nawet czasach mieliśmy dość częste przykłady, że w trakcie debatów nad zaprowadzeniem nowych ustaw i przepisów, sfery rządowe zasięgały zdania obywateli i chętnie słuchały głosu opinii publicznej, zapraszając do różnych komitetów i komisyj osoby prywatne, bądź-to ze sfer ziemiańskich, bądź przemysłowych. (Np. w kwestyach cukrowniczych, ulg dla gorzelni gospodarskich, unormowania taryf kolejowych etc.) Nikt też nie zabrania i w kwestyi żydowskiej wyjawiać za pośrednictwem prasy desideratów ogółu.
Nie potrzeba dowodzić, że kwestya wychowania młodzieży ma pierwszorzędną doniosłość państwową i społeczną — nie trudno też wykazać, że wychowanie młodzieży żydowskiej jest tak dla niej samej, jak i dla społeczeństwa, szkodliwe — i że, co za tem idzie, należy je zmienić — a raczej skasować zupełnie system dotychczasowy, znieść średniowieczne chedery, a żydów skłonić do posyłania dzieci swych do szkółek elementarnych ogólnych, gdzie pobierałyby naukę, tak samo jak dzieci chrześciańskie, za wyjątkiem religii, która wykładana być powinna dla nich przez specyalnego nauczyciela.
Rzecz naturalna, że takim „specyalnym nauczycielem religii“, nie może być człowiek mający takie tylko przygotowanie naukowe, jak mełamedzi dzisiejsi; powinien to być nauczyciel w całem znaczeniu tego wyrazu, przysposobiony do zawodu pedagogicznego w szkole wyższej, w której, oprócz nauki judaistycznej, znalazłby także wiedzę ogólną.
Co powiedziano o nauczycielach, dotyczy również rabinów, kaznodziejów i w ogóle przewodników religijnych ludu żydowskiego. I tych należy coprędzej wyprowadzić ze stanu dotychczasowej ciemnoty — i nie pozwolić na to, ażeby pierwszy lepszy, ciemny i fanatyczny chałaciarz, był kierownikiem religijnym tysięcy ludzi. Żydzi, jak było powiedziane wyżej, nie mają kapłanów, duchownych, w tem znaczeniu, jak u chrześcian — ich rabini i kaznodzieje są to właściwie wykładacze i nauczyciele religii — ponieważ zaś na zasadzie praw ogólnych w państwie obowiązujących, nikt nie jest mocen trudnić się nauczaniem, kto nie posiada odpowiednich kwalifikacyj naukowych i nie jest zatwierdzony w charakterze nauczyciela, przez władze naukowe rządowe — przeto i nauczyciele żydowscy powinni być temu prawu podlegli. Z chwilą zamknięcia dotychczasowych odrębnych szkół żydowskich i z chwilą, kiedy religia mojżeszowa wykładana będzie przez ludzi wykształconych, zaczęłaby się dopiero w życiu żydów naszych nowa era...
Powstając przeciwko odrębności systemu nauczania żydów — w logicznej konsekwencyi głosować należy także przeciw odrębnemu ich sądownictwu i stowarzyszeniom. Obrońcy dotychczasowych przywilejów żydowskich usiłują dowieść, że sądy rabinów legalnie istnieć mogą, gdyż mają dozwolony przez prawo charakter sądów polubownych. Że dowodzenie takie jest naciągane, wykazałem w jednym z poprzednich rozdziałów tej pracy; tu pragnę tylko zaznaczyć, że skoro istnieją sądy państwowe dla wszystkich mieszkańców kraju — to niema żadnej racyi, aby obok nich istnieć mogły specyalne sądy dla obywateli wyznania mojżeszowego. Sądy więc rabinów powinny być zniesione, a żyd, mający spór z żydem, powinien szukać sprawiedliwości tam, gdzie i wszyscy mieszkańcy — i ta powinna mu być wymierzona według praw obowiązujących w kraju, nie zaś według kodeksu Talmudu. Trzeba, żeby żydzi zrozumieli nareszcie, że kraj, w którym tak bardzo się rozmnożyli i rozrośli, nie nazywa się Judea.
W wysokim stopniu byłaby pożądaną jawność stowarzyszeń żydowskich i pewna nad niemi kontrola. Powinno być wiadomo na jaki cel nakładane są podatki żydowskie: na mięso, drożdże, chleb, sól etc., co robią z funduszami dozory bożniczne i bractwa pogrzebowe? czy zarządy ich nie wzbogacają żydów wpływowych w miasteczkach z krzywdą uboższych ich współbraci? Czy nie ma tam karygodnego ucisku biednych i wyzyskiwania nędzarzy. Pożądaną byłaby jawność w rozkładach podatku „koszykowego“ i „od świec“, dokonywanych przez samych żydów w guberniach zachodnich — pożądana tembardziej, że dzieją się tam istotnie krzyczące nadużycia, a tytuł „Baał-takse“, t. j. dzierżawcy tych podatków, stał się wśród samych żydów synonimem rozbójnika i łupieżcy. Wszelki grosz publiczny powinien być poddany publicznej kontroli i nie pozostawać na dyskrecyi kilku jegomościów, którzy, korzystając z bezwzględnej swobody, kładą na ubogich i nędzarzach swoje ciężkie łapy.
Sprawa ta jest niezmiernej wagi dla żydów zamieszkałych w guberniach zachodnich — chociaż i w granicach gubernij Królestwa ma także duże znaczenie.
Należałoby także zabrać się energicznie do „hassydów“, sekty, o której sami żydzi powiadają — że „jest ona ohydnym wrzodem wyrosłym na ciele judaizmu“. Co to za sekta, co za stowarzyszenie, wiedzą czytelnicy z rozdziałów poprzednich. Kalmansohn, którego zdanie przytaczałem powyżej, w broszurze swej o żydach zwraca się wprost do rządu pruskiego, ażeby zgniótł tę sektę w granicach swoich posiadłości; rabini i uczeni żydowscy walczyli przeciwko niej piórem i słowem, uważając ją za szkodliwą w najwyższym stopniu. Pomimo tego, rozwinęła się ona i w granicach Królestwa i w guberniach południowo-zachodnich — a w Galicyi i na Bukowinie liczy setki tysięcy wyznawców.
Czy też kto ma choćby przybliżone pojęcie ile pieniędzy wpływa do kassy „hassydzkich cudotwórców“? Nie będziemy dalecy od prawdy, jeżeli powiemy, że miliony rubli. Najuboższy sprzedaje ostatni grat, zastawia poduszkę z pod głowy, ażeby mieć na „pidiom“ (podarek) dla „cadyka“.
Gdzież się podziewają te pieniądze? co się z niemi dzieje? Powiadają żydzi, że święta osoba cadyka dla siebie nie potrzebuje nic, że przepędzając całe dnie na rozmyślaniu i modlitwach, nie dba o rzeczy ziemskie — pieniądze zaś, jakie mu wierni składają, obraca na jałmużny, na wspieranie pielgrzymów, dążących do ziemi świętej, lub na zapomogi dla tych, co się wynieśli do Palestyny, aby złożyć kości w pobliżu gruzów Świątyni... Zapewne, może sam „cadyk“ na swoją osobę potrzebuje nie wiele (chociaż sławny rebe sadogórski siadywał na srebrnym fotelu, jadał na złotych naczyniach, a ubierał się w białe atłasy), ale po za osobą „cadyka“ jest jego rodzina, lubiąca mieć gotówkę, kosztowności i prowadzić życie wystawne, jest liczny orszak służby i cała zgraja próżniaków, otaczająca „cudotwórcę“, pośrednicząca pomiędzy nim a pielgrzymami, przychodzącymi oglądać jasność jego oblicza...
Owe, zazwyczaj liczne rodziny „cadyków“, a jeszcze liczniejsze sztaby ich asystentów, utrzymują się i żyją wygodnie i dostatnio, kosztem fanatycznych, a przeważnie ubogich sekciarzy.
Chassydyzm jest to plaga, która trapiąc samych żydów, odbija się także dotkliwie na interesach całego kraju. Dotychczasowe wychowanie dzieci żydowskich jest złe stanowczo i czyni z nich istoty, będące ciężarem społeczeństwa — chassydyzm zaś ogłupia swych prozelitów ostatecznie, czyni z nich zawziętych fanatyków i wrogów ludności chrześciańskiej. Na potwierdzenie tego, co mówię, mógłbym przytoczyć bardzo wiele dowodów — ale rozmiar pracy niniejszej nie pozwala mi na to.
Ostatecznie, zgodzi się każdy człowiek myślący, że przywilejom żydowskim czas położyć koniec — czas znieść odrębność ich edukacyi, sądownictwa i stowarzyszeń, czas wejrzyć bliżej w gniazda chassydyzmu i poddać je jakiejś kontroli przynajmniej — jednem słowem „silną ręką“ wtłoczyć tę masę w ramy praw obowiązujących ogół wszystkich obywateli.
Na to dostateczne środki posiada państwo.
Lecz i społeczeństwo samo może się do rozwiązania kwestyi nie mało przyczynić, jeżeli konsekwentnie i wytrwale postępować zechce, jeżeli bez nienawiści, która nic nie buduje i do niczego nie prowadzi, ale spokojnie i trzeźwo stawiać będzie tamy, wszędzie gdzie powódź żydowska zagraża.
Prawie cały handel dziś jest w ręku żydów, którzy korzystają też z wyjątkowego położenia i wyzyskują ludność — trzeba więc ich z dotychczas zajmowanych stanowisk wypierać i walczyć z nimi za pomocą konkurencyi uczciwej.
Niech tego bezwzględni wielbiciele żydów nie nazywają systemem ogładzania — gdyż nie o zupełne wydarcie handlu z rąk żydowskich idzie. Idzie tylko o uregulowanie go, o zniesienie monopolów i nadużyć, o wytworzenie konkurencyi przez powołanie do handlu sił świeżych, z innem usposobieniem, wykształceniem, z inną etyką i tradycyą. Idzie o to, ażeby żydzi zmuszeni byli do pewnego stopnia znaleźć się tam, gdzie ich dziś niema — t. j. wziąść się do pracy produkcyjnej, fizycznej, ująć za młot, siekierę, pług, kosę, jednem słowem: pracować.
Społeczeństwo ma też obowiązek walczyć przeciwko lichwiarzom, a walczyć może skutecznie przez krzewienie zasad oszczędności, przez pomoc wzajemną, zakładanie kas zaliczkowych, instytucyj przezorności, wzajemnego kredytu, lombardów dla biedniejszej ludności. Na tej drodze walka z lichwą może być skuteczna, a kapitały, więzione dziś w papierach procentowych, przynosiłyby właścicielom większy procent, a społeczeństwu pożytek. Niejeden lichwiarz zostałby zmuszony porzucić swój proceder i wziąść się do siekiery, piły, lub dźwigania ciężarów.
Nie lękajmy się walki z żydami na polu handlowem i finansowem, nie przypisujmy im wyjątkowych i nadnaturalnych przymiotów i zdolności, bo to nieprawda. Są to przecież nie demony, ale ludzie — szkodliwi, bo takimi uczyniło ich wychowanie, otoczenie i warunki życia — próżniaki, bo ich pracować nie nauczono — wyzyskiwacze, bo ich do tego pcha głód i nędza, powiększająca się z każdym rokiem...
Wielki czas zreformować ich, wtłoczyć w ramy obowiązujących praw, pozbawić przywilejów nie mających najmniejszej racyi bytu, wyrwać z zaczarowanego koła przesądów, zmusić do pracy uczciwej i produkcyjnej.
Czas porzucić dotychczasową metodę, polegającą na dopatrywaniu złego w dalekich odległościach — a ignorowaniu tego, co się tuż koło nas, na własnych śmieciach, dzieje. Nie lękajmy się Rotszyldów ani Hirszów, bo ci nam niczem nie grożą... nie dopatrujmy straszliwego jakoby widma żydów, tam, gdzie jest właściwie widmo kapitalizmu — ale nie zapominajmy, że tuż obok nas, na tej samej ziemi, istnieją setki tysięcy proletaryatu fanatycznego, zgłodniałego, chciwego, który całą siłą wciska się w nasze stosunki, całym ciężarem swoim przygniata najpracowitsze, najbardziej produkcyjne warstwy narodu — demoralizuje i gubi wieśniaków, rujnuje miasteczka, lichwiarskiemi machinacyami niszczy dobrobyt rzemieślnika, wyrobnika, biuralisty. Pamiętajmy, że ten proletaryat rozmnaża się bardzo szybko, że z każdym rokiem przybywa go więcej — że nie umiejąc zapracować, chwyta się on najniegodziwszych środków i że w przyszłości zaleje nas i zadusi — jeżeli nie zostaną przedsięwzięte środki obronne...
Nie należy nienawidzieć tych ludzi, raczej litować się nad nimi trzeba — i ratować i siebie samych i ich, bez względu na to, że środki za ostre wydawać się mogą...
Rezultatów szybkich, natychmiastowych spodziewać się nie należy — ale jeżeli początek zrobimy, to następcy nasi będą mieli ułatwione zadanie, utorowaną drogę przynajmniej.
Jeszcze słowo...
Wiem, że nie wyczerpałem zupełnie materyi, że licząc się z rozmiarami referatu, musiałem opuścić wiele pobocznych szczegółów, lecz starałem się wytknąć główne punkty sprawy — i szczęśliwy będę, jeżeli posłużą one za punkt wyjścia i materyał do obszerniejszej dyskusyi, która, ze względu na wielką, aczkolwiek zapoznawaną, niestety, ważność kwestyi, byłaby bardzo a bardzo na dobie...

KONIEC.


Przypisy

  1. Achacy Kmita, żupnik bocheński: „Kruk w Złоtej Klatce, albo Żydy w swiebodnej wolności Korony Polskiej“. 1648.
  2. Faktem jest, że np. żydzi Międzyrzeccy (gubernia Siedlecka) trudnili się wożeniem towarów z Lipska do Moskwy, a w Międzyrzecu były największe składy futer i wszelkiego rodzaju towarów z za zagranicy i z Cesarstwa. W Kozienicach (gub. Radomska) koncentrował się handel winem węgierskiem — a żydzi z Łęczny, Skaryszewa, Ciechanowca, Jędrzejowa robili na walnych jarmarkach doskonałe interesa. Wielu w krótkim czasie dochodziło nawet do znacznych fortun.
  3. Jak wiadomo „kahały“ oficyalnie u nas nie istnieją — są tylko tak zwane „dozory bóżniczne“ składające się z członków wybranych przez gminę i zatwierdzonych przez rząd. Zachowałem jednak dawną nazwę, ze względu, że i żydzi zachowują ją dotąd.
  4. Pod tym wyrazem rozumieją także żydzi wszelkie przeciwko nim wydawane prawa i ograniczenia.
  5. Mezuze. Spłaszczona rurka blaszana, w której znajduje się pargamin zapisany słowami błogosławieństwa dla domu i jego gospodarza.
  6. „Trefne“ znaczy „nieczyste“ — do użytku żydom zabronione.
  7. Powie kto, że istnieje przepis policyjno-lekarski, zabraniający wcześniejszego chowania zwłok jak na trzeci dzień od chwili zgonu. Ileż to jednak jest przepisów, od których wykonywania żydzi potrafią się bardzo skutecznie uchylać!
  8. Gdyby żydzi ściśle wykonywali przepisy Mojżesza, odnoszące się do czystości ciała — nie byłoby nad nich czystszego narodu na świecie. Mojżesz nakazał im bardzo częste ablucye, mycie rąk po przebudzeniu się, przed modlitwą, przed jedzeniem, po jedzeniu, kilkanaście razy na dzień — ale oni wykonywają to tylko dla formy, wilżą palce w wodzie i są przekonani, że zrobili wszystko, do czego ich prawodawca zobowiązał. Wiadomo powszechnie, jak są brudni i niechlujni.
  9. „Wykład prawa rozwodowego, podług ustaw mojżeszowo-talmudycznych, z ogólnym poglądem na ich rozwój i uwzględnieniem przepisów obowiązujących“. Napisał Józef Goldszmit, magister prawa i administracyi. Warszawa, nakład St. Czarnowskiego i S-ki. 1871.
  10. Obecnie, według świeżo wydanych przepisów, kandydaci na rabinów obowiązani są składać w rządzie gubernialnym egzamin ze znajomości języka państwowego. Podkopuje to jeszcze bardziej ich autorytet wobec współwyznawców.
  11. W literaturze żargonowej żydowskiej można często spotkać opisy takich chederów, dokonane z niemożliwym do powtórzenia realizmem. Opisy malują z fotograficzną dokładnością wnętrza tych nor wstrętnych, w których dzieci żydowskie po kilka lat życia spędzają. Ciekawym rekomendujemy dziełko p. Linieckiego p. t. „Hassyd“ w wybornym przekładzie polskim p. Maksa Lewarta, (Maksymiliana Skwarcza). Drukowane było w odcinkach „Gazety lubelskiej“ w roku 1888.
  12. Szczegóły o „akademii“ wołożyńskiej znaleźć można w N. 276 „Wieku“ z 11-go grudnia 1888 r.
  13. „Geschichte der Juden von den ältesten Zeiten bis auf die Gegenwart, aus den Quellen neu bearbeitet von Dr. H. Graetz, proff. an der Universität Breslau“. Leipzig. Oskar Leiner. Tom XI, str. 102 i następne.
  14. Opisując tę szkaradną sektę, Graetz nie może się powstrzymać od wycieczek przeciwko katolicyzmowi, do którego pała szczególną nienawiścią. Jest to charakterystyczna cecha wszystkich pisarzy żydowskich. Od nienawiści onej nie może się powstrzymać nawet uczony takiej miary i takiej powagi!!
  15. Sabataj Cwi, szarlatan, żył w zeszłem stuleciu, podawał się za Messyasza i znalazł dość wielu zwolenników. W historyi żydów polskich XVIII stulecia odegrał dość ważną rolę, ponieważ jednak dzieje tego „Messyasza“ nie wchodzą w zakres niniejszej pracy, nie będziemy więc mówili o nim.
  16. Jaques Calmanson. Essai sur l’état actuel de Juifs de Pologne et leur perfectibilité. Varsovie 1796.
  17. Abramowicz, najzdolniejszy ze wszystkich autorów żargonowych, człowiek światły i po europejsku wykształcony, który pisze w żargonie dla tego tylko, żeby walczyć przeciwko fanatyzmowi i ciemnocie i pobijać je bronią zjadliwej satyry, całe rozdziały poświęca opisowi nadużyć „Baał-Taksów“ i „dobroczyńców miasta“ (Sztadt baał towos). Ciekawy czytelnik może znaleźć bardzo interesujące, a z sumiennej obserwacyi poczerpnięte szczegóły w utworach Abramowicza: „Don Kiszot Żydowski“ i „Szkapa“, wydanych w przekładzie polskim, przed kilkoma laty w Warszawie.
  18. D-r Gumplowicz — „Prawodawstwo polskie względem żydów“.
  19. Orszanskij I. G. — „Russkoje zakonodatielstwo o jewrejach. Oczerki i izsliedowanija“. Petersburg, 1887.
  20. W Karpelesa „Geschichte der jüdishen Literatur“ znajdujemy mnóstwo nazwisk żydów polskich — a dość jest przejrzyć katalogi, wydawane przez antykwaryuszów lipskich i z Pragi Czeskiej, mianowicie działy bibliografii hebrajskiej, ażeby się przekonać, ile dzieł rabinicznych drukowano u nas.
  21. Dr Jellinek, rabin w Pradze czeskiej; dr Graëtz znakomity oryentalista, prof. uniw. we Wrocławiu; dr Karpeles, autor historyi literatury żydowskiej; dr med. Rabinowicz, pochodzi z gub. grodzieńskiej; w młodych latach udał się do Francyi i tam ukończywszy nauki medyczne, został lekarzem. Tłómaczył a raczej streszczał Talmud i streszczenia te wydawał w języku francuskim.
  22. Ks. Chiarini, niegdy prof. Akademii duchownej warszawskiej i Uniwersytetu warsz. przed rokiem 1830. Ks. Pikulski autor „Złości żydowskiej“ (Lwów, 1760).
  23. W streszczeniu dziejów tworzenia się Talmudu trzymałem się dzieł różnych autorów, głównie zaś Goldszmita (Wykład Prawa rozwodowego, Warszawa, 1871).
  24. Wykład „halachy“ w Talmudzie przeplata od czasu do czasu „hagada“, t. j. przypowieść, legenda, a niekiedy jakaś wesoła bajka. Kramsztyk (Talmud, Warszawa 1869) twierdzi, że „Agada“ albo „Hagada“ z chaldejskiego, znaczy opowiadanie.
    „Szukaliśmy (słowa Kramsztyka) długo najlepszego sposobu wytłómaczenia jak „hagada“ przerywa bieg „halachy“, gdyśmy sobie przypomnieli postępek pewnego starego nauczyciela. Było to w czasie gorących godzin popołudniowych na Wschodzie. Rabi, wyjaśniając jakiś zawikłany i subtelny ustęp prawa, spostrzegł, że słuchacze jego zaczynają zwolna zasypiać. Wtedy Rabi zawołał nagle: „W Egipcie zrodziła jedna kobieta naraz 600,000 ludzi!!!“ Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie zrobiło na słuchaczach opowiadanie o zdumiewającej płodności egipcyanki. „Ta kobieta, ciągnął dalej Rabi spokojnie, nazywała się Jochabet i była matką Mojżesza, ten albowiem przeciwważył cały lud izraelski, wychodzący z Egiptu (wyszło z Egiptu żydów 600,000) cnotą i zasługą.“ Po tem krótkiem zboczeniu hagadycznem, nauczyciel wyjaśniał dalej swój przedmiot, a słuchacze już tego dnia nie usnęli.
  25. Rolnicy żydowscy ongi, co siódmy rok, dawali ziemi odpoczynek i pozostawiali ją odłogiem.
  26. „Nazyreat“, był to rodzaj pewnego ascetyzmu, do którego zobowiązywano się ślubem, albo na całe życie, albo tylko na pewien przeciąg czasu, pospolicie do 30 dni. Zobowiązani ślubem, wystrzegali się wina, odurzających napojów, nie dotykali ciał zmarłych, nie strzygli włosów na głowie, etc. Śluby mogły być czynione zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn, powodem zaś ich czynienia bywała najczęściej groźna a szczęśliwie przebyta choroba, niebezpieczna podróż itp.
  27. Nasi żydzi mają w użyciu tylko Talmud Babiloński.
  28. Orszańskij. „Russkoje Zakonadatielstwo o Jewrejach“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.