Nasi żydzi w miasteczkach i na wsiach/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nasi żydzi w miasteczkach i na wsiach
Wydawca Redakcya „Niwy”
Data wydania 1889
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Przeciętne miasteczko polskie przed pół wiekiem i dziś. Jego stan obecny. Wpływ kolei żelaznych. Rozmnożenie się ludności żydowskiej.


Dla jaśniejszego przedstawienia sprawy, pragniemy dać obraz miasteczka z przed pół wieku i obraz dzisiejszy. Porównanie jednego z drugim da nam oczywisty dowód, że sprawa żydowska obecnie przeszła w nową fazę, gorszą i w skutkach groźniejszą.
Dodać należy, że mówiąc o małomiasteczkowej ludności żydowskiej mam na myśli ziemie, zostające pod panowaniem ruskiem, głównie Królestwo Polskie i poniekąd prowincye sąsiednie, odgraniczone od Cesarstwa w tym względzie tak zwaną „linią osiadłości“, po za którą żydom mieszkać nie wolno.
Przeciętne miasteczko, tak w guberniach Królestwa, jakoteż i w sąsiednich, przedstawia mniej więcej typ jednakowy. Błotniste, brudne, odrapane, składa się z wielkiego rynku, dokoła którego stoją zwartym szeregiem domy żydowskie i kilku wązkich uliczek rozbiegających się w różne strony. Przy tych uliczkach mieszczą się domy ludności chrześciańskiej, zajętej bądź rolnictwem, bądź rzemiosłami. Długi szereg stodół po za miastem — dopełnia całości.
Żydzi osiedleni są przy głównym punkcie miasta, przy rynku, tu mają szynki, sklepy i kramy, tu są mieszkania potentatów (!) pieniężnych — głównych dostarczycieli drobnego lichwiarskiego kredytu. Tu koncentruje się handel. Nieco dalej jest synagoga wielka (bo i małych nie braknie), kilkanaście chederów, gdzie małe dzieci się uczą, locum rabina i różnych dygnitarzy kahalnych. W każdej mieścinie to samo.
Wiadomo, że głównem zatrudnieniem żydów był i jest handel. Przed pół wiekiem, przed trzydziestoma laty, kiedy jeszcze nie było w kraju tylu dróg żelaznych, ile dzisiaj jest, miasteczka nasze, zwłaszcza położone przy szosach i ważniejszych traktach, miały pewne znaczenie handlowe[1]. Żydzi, a raczej pewna ich część, trudniła się istotnie handlem, wielu utrzymywało się z przewożenia towarów — a jarmarki przyczyniały się ogromnie do podnoszenia dobrobytu sfer handlujących. Był ruch, ruch towarów i podróżnych, z którego można było korzystać, były czasy inne, tak, że kwestya bytu nie przedstawiała wielkich trudności.
Bogatsi handlowali zbożem i lasami dzierżawili propinacye i młyny; mniej zamożni trudnili się furmaństwem, trzymali pachty krów, smolarnie, olejarnie, lub też wdawali się w drobne tranzakcye z chłopami, którzy podówczas podatniejsi byli do eksploatacyi, niż dzisiaj.
Przytem należy wziąść na uwagę, że liczebnie było ich znacznie mniej, aniżeli teraz, więc też przy łatwych środkach egzystencyi, przy posiadaniu prawie że monopolu handlowego i bardzo małych podatkach — mogli wygodnie istnieć.
Ci żydzi, którzy trochę pracowali, żywili siebie samych, utrzymywali żydowskie instytucye i tych licznych stosunkowo żydów, którzy nigdy rąk swych nie splamili ani handlem, ani rzemiosłem, ani jakimkolwiek rodzajem pracy produkcyjnej. Bo i to trzeba wiedzieć, że jeżeli społeczność nasza ma żydów — którzy żyją jej kosztem... to i żydzi mają również „żydów“ swoich, ciężar całego utrzymania których spada na ich barki. My, do pewnego stopnia, żywimy naszych żydów z konieczności — oni zaś swoich z dobrej woli, z przekonania i z poczucia obowiązku.
Muszę to wytłómaczyć jaśniej.
Aczkolwiek w księgach żydowskich jest dużo pięknych sentencyj o „rzemiośle“, pod którą to nazwą należy pojmować pracę produkcyjną w ogóle, aczkolwiek powiedziano jest: że każdy ojciec, oprócz zakonu, powinien syna i rzemiosła też uczyć — jednak o samej nauce zakonu pisma mówią i więcej i piękniej, aniżeli o rzemiośle, a każdy żyd małomiasteczkowy dla uczoności talmudycznej ma głębokie, entuzyastyczne uwielbienie.
Chętniej wyda córkę za uczonego niedołęgę, nie mającego idei o życiu praktycznem jego potrzebach — aniżeli za kupca, lub rzemieślnika.
Ztąd też po za żydami, których widzimy codzień, z którymi mamy stosunki, jako z rzemieślnikami, kupcami, faktorami, lichwiarzami etc. — istnieje moc żydów, nie widzialnych dla nas, zamkniętych w dusznych izbach, lub bóżniczkach, nie robiących literalnie nic — a poświęcających natomiast całe dnie i noce studyowaniu mądrości talmudycznych już po tysiące razy przestudyowanych i przekomentowanych przez takich samych „pracowników“.
Widziałem takich uczonych ludzi, którzy tem się odznaczali od zwykłych śmiertelników, że nie rozumieli ani jednego wyrazu w innym języku, jak żargon lub „święta mowa Syonu!“
Różne-bo kwiatki rosną na naszej biednej ziemi!
Wracamy do przerwanej myśli. Powiedzieliśmy, że przed laty pięćdziesięcioma, trzydziestoma jeszcze, żydzi, którzy troszeczkę robili — mieli jednak środki na utrzymanie własne, utrzymanie swoich instytucyj i całej gromady uczonych, z których każdy miał także małżonkę i liczne potomstwo.
Było dość chleba dla tych, co robili trochę i dla tych, co nie robili nic, a kwestya żydowska nie weszła jeszcze w tę fazę, w jakiej ją dziś widzimy.
Teraz jest zupełnie co innego.
Sieć dróg żelaznych, która poprzecinała w kilku kierunkach kraj nasz i gubernie sąsiednie, przyczyniła się znakomicie do rozwoju punktów centralnych, a natomiast zubożyła miasteczka i odjęła im to znaczenie handlowe, jakie miały poprzednio; przestały być one punktami tranzytowemi, składy towarów utraciły racye bytu, a łatwość i szybkość komunikacyi zamieniła słynne ongi jarmarki na zwykłe chłopskie targi.
Miasteczka podupadły tak dalece, że wiele z nich, nie będąc w możności ponoszenia wydatków na utrzymanie magistratu, zamieniło się na osady, i przyłączyło do gmin wiejskich.
Wstrząśnienie, jakie kraj przeszedł przed ćwierć wiekiem i reforma włościańska wywołały gwałtowny przewrót w gospodarstwach rolnych, tym najbogatszym i najpodatniejszym materyale do wyzysku. Zmienił się i dwór i chata; do poćwiertowanych folwarków napłynęła znaczna ilość kolonistów niemców, którzy odrazu postawili się żydom opornie.
Zaczęły się dla nich ciężkie czasy...
Przebieglejsi z nich, obrotniejsi i rozporządzający jakim takim kapitałem, obłowili się nieźle przy tym przewrocie gwałtownym.
Nagłe przejście z gospodarstw pańszczyźnianych do folwarcznych, pociągające za sobą potrzebę znacznych wydatków i nakładów, konieczność spłacenia nagromadzonych zaległości podatkowych, absolutny brak kredytu, obniżenie się wartości ziemi do minimum, słowem, wszystkie te wyjątkowe i nieprzychylne okoliczności, w jakich się znaleźli ówcześni posiadacze ziemi, przedstawiały niezmiernie korzystne pole do wyzysku.
Żydzi mający trochę pieniędzy korzystali też z położenia. Najpiękniejsze towarowe lasy szły za bezcen, sprzedawano zboże na pniu, wełnę na owcach, okowitę z kartofli jeszcze w ziemi będących — a gdy i te wysiłki nie pomagały — pozbywano się samej ziemi w sposób dobrowolny, lub, co się częściej zdarzało, przymusowy.
Żydzi zaczęli nabywać majątki za bezcen i zaraz wycinali lasy, sprzedawali co tylko było do sprzedania możliwe: zapasy zboża, słomę, inwentarz, narzędzia rolnicze, budynki na rozebranie, nawet żerdzie z płotów — i w końcu wyniszczoną i wyjałowioną zupełnie ziemię rozprzedawali na działki, pomiędzy kolonistów niemców, lub naszych chłopów, zarabiając na tej operacyi grosz na groszu.
Było to zjawisko naturalne. Upadek jednych przynosi korzyść drugim. Tak samo i w lesie. Na drzewie, które burza obali, mnoży się robactwo i toczy kłodę bezwładną...
Kilka lat trwał ten stan przejściowy — a wynikiem jego była gwałtowna zmiana i przeobrażenie się stosunków. Kto nie miał dość sił i środków na przetrzymanie kataklizmu, zmarniał i przepadł, a wyzuty z majątku, szedł w obowiązek, lub wegetował na bruku.
Bieda uczy rozumu...
Stosunki wiejskie uległy, jak powiedzieliśmy, gruntownej zmianie i zaczęły się układać w sposób coraz bardziej dla żydów niekorzystny.
Z każdym rokiem mniej mieli oni na wsi do roboty.
Właściciele folwarków musieli reformować gospodarstwa, liczyć się z każdym groszem i zaprowadzać oszczędności. Dla uzyskania lepszych cen za produkta rolne, zaczęli się udawać na główne rynki zbytu i bądź to wspólnemi siłami, bądź na własną rękę, zawiązywać stosunki wprost z nabywcami istotnymi, starając się unikać o ile możności pośredników.
Ostatnie ćwierć-wiecze ma swoją wybitną, znamienną cechę.
Kto bacznie obserwował i patrzył bez uprzedzeń na to, co się działo w stosunkach naszych wiejskich, musi przyznać, że dużo gruntownych zmian w nich zaszło.
Zmienił się system gospodarstw i system życia gospodarzy. Wiedza specyalna, praca i oszczędność zaczęły zdobywać należne im miejsca.
Lecz wracamy do kwestyi, która nas bezpośrednio zajmuje.
Pole działania żydów na folwarkach zmniejszyło się — a chłopi także zmądrzeli. W położeniu ich zaszła zmiana gruntowna — i oni także nauczyli się liczyć, i oni stali się mniej łatwowierni i naiwni. Wpierw chłop wierzył ślepo we wszystko, co żyd w niego wmawiał i pozwalał się eksploatować z naiwną dobrodusznością — dziś, jak to zobaczymy niżej, żyd musi używać licznych i przebiegłych forteli, aby chłopa w siatkę swoją pochwycić.
Z każdym rokiem robiło się małomiasteczkowym żydom coraz ciaśniej i duszniej — ubywało chleba, a natomiast rozrastała się liczba głodnych.
Ludność żydowska mnoży się niesłychanie szybko, do czego przyczynia się bardzo wczesne zawieranie związków małżeńskich. Obok pokoleń istniejących, dorastają nowe, a środków do utrzymania nędznej egzystencyi coraz mniej.
Miasteczka podupadły, drobne sklepiki i kramy nie przynoszą dochodów, a zresztą jest już tylu sklepikarzy, faktorów, przekupniów, rzemieślników bez znajomości rzemiosła — że życie ich z każdym prawie dniem staje się trudniejsze, a zarobek nie wystarcza nawet na opędzenie tych niesłychanie małych potrzeb, jakie mają żydzi pod względem żywienia się, odziewania i mieszkania.
Panuje też w pośród nich nędza — o jakiej trudno mieć wyobrażenie.
Przypatrzmy się jej bliżej.




Przypisy

  1. Faktem jest, że np. żydzi Międzyrzeccy (gubernia Siedlecka) trudnili się wożeniem towarów z Lipska do Moskwy, a w Międzyrzecu były największe składy futer i wszelkiego rodzaju towarów z za zagranicy i z Cesarstwa. W Kozienicach (gub. Radomska) koncentrował się handel winem węgierskiem — a żydzi z Łęczny, Skaryszewa, Ciechanowca, Jędrzejowa robili na walnych jarmarkach doskonałe interesa. Wielu w krótkim czasie dochodziło nawet do znacznych fortun.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.