Naród w żałobie
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Naród w żałobie |
| Pochodzenie | W zamyśleniu |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Hiobowa wieść załopotała skrzydłami o moje okno.
Ależ tak!
Ocean przebieżała, aby na cały nasz naród zwalić się bryłą czarnego, grobowego malachitu, trudnego do zniesienia, niepodobnego do odwalenia.
Jękiem i krzykiem tysięcy.
I w słowie tem brzmi, jak dzwon pogrzebowy, jak ryk smoka, ziejącego ogniem, słowo zdrada!
Bo — oto.
Stało się to najstraszniejsze.
To nie naprawione.
To coś, co naród nasz ze szczytów wali i druzgoce.
I głos jego mówiący „jestem“ w gardło niebytowców wtłacza.
Oto — Zbyszko Cyganiewicz pogrążon!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tak.
Niema co taić.
Dnia 1 maja roku 1910 w Chicago Zbyszko Cyganiewicz położył się sromotnie na materacu, a z nim razem sława i honor narodu polskiego. A na tem wszystkiem usiadł Niemiec Gotsch i siedząc na Zbyszku, jak na koniu, manifestował swój hakatyzm i hakatyzm wogóle Niemców „gegen die Polen“ w pięściowo-bohaterski sposób.
Muzyka grająca do tej chwili „Boże coś Polskę“, zawyła „Wacht am Rhein“ a Polacy, przepełniający cyrk, nie wiedzieli co począć i rękami, które już od początku przygotowywali, aby obnosić na nich sławę narodu Zbyszka-triumfatora: Zbyszka-niezwyciężonego, którego plecy nie znały kontaktu cyrkowych materaców, a piersi, na miarę Fidjasza, kontaktu z siedzeniem współzawodników.
Wprawdzie pocieszał się ten i ów widokiem, iż Zbyszko pomiędzy jednem starciem a drugiem oparł się o słupek cyrkowy tak silnie, iż słupek trzasnął i zwalił się na podłogę, nie na materac.
Ale pociecha to słaba.
Słupek był internacjonalny, a gdyby chcieć być skrupulatnymi, narodowość słupka była raczej Chicagowska, a słupek to nie Niemiec...
I Niemiec Gotsch stał a raczej siedział na Zbyszku, a słupek leżał.
I Zbyszko leżał!
A z nim razem dolarki i ubóstwianie „Narodu polskiego“.
Bo wystarczy przeczytać, co pisze taka amerykańska Zgoda, aby dojść do takiego rezultatu.
Mianowicie:
„Zbyszko był naszą dumą, sławą i podnietą“...
Na Boga — tylko tyle!
Czemże więc będą gienjusze narodowi, bohaterowie, ludzie czynu, nauki, idei, wiedzy?
Skoro atleta cyrkowy, prezentujący swą akademję w elektrycznem świetle i za pieniądze gotów walić się po parku, tarzać się po piasku z drugim golasem, mający za swój dorobek życiowy siłę, tylko siłę fizyczną, nic więcej, wyrasta do rozmiarów dumy, sławy i podniety narodowej?
Sporty są potrzebne o tyle, o ile nie stają się ideą przewodnią i wytycznym punktem życia. Skoro, zamiast być środkiem umiarkowanego rozwoju mięśni i podniety w przemianie materji, przechodzą w fiksację, a w dodatku z zatratą godności ludzkiej stają się źródłem zarobku, tracą prawo nazwy szlachetnych zajęć i spraw dobrego smaku nietylko duchowego, ale i cielesnego, a jako „podnieta“ są to rzeczy brzydkie, półbarbarzyńskie, poniżające i szpetne.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tak jest — szpetne.
Przedewszystkiem, jako linja, jako piękno, tacy atleci są chorobliwie brzydcy. Z orzechami kokosowemi pod skórą przedstawiają typy karykatur pierwszego rzędu. Dość spojrzeć na ich afisze, fotografje, na których siedzą lub stoją cali powydymani, jakby składali się z pęcherzy komicznie pokombinowanych. Dalej, gdy poklepując się po karkach, podskakują do siebie, niby to się mierząc i badając teren, są tak niezmiernie płascy i niezgrabni, że traci się wiarę w to, iżby ci ludzie wogóle w tej chwili mich pojęcie o Dostojeństwie, na jakie przeznaczeni byli.
Następuje walka. Najczęściej scenizowana, ułożona zgóry, jak balet, pod okiem trzech czarno ubranych (arbitrów) i całego zgorączkowanego tłumu. I tu następuje ohyda widowiska. Rzeczywiście, stopniowo tłum, nie czujący, iż zgóry ukartowana przez imprezę komedja, zaczyna rozgrywać się przed naiwnością natury zbiorowej, podnieca się i unosi. To tarzanie się, walenie, szarpanie, zmaganie dwóch ciał, rozpręża zwierzę prymitywne w ludziach w ich najbardziej ukrytych głębiach. Zaciskają się szczęki, wysuwają głowy, języki suche lgną do podniebienia.
Jeden z przeciwników padł i tarza się w piasku. Drugi siadł na nim i łamie mu rękę. Hip! hip!... w tłumie oczy się iskrzą, epileptyczny dreszcz przebiegł... wsłuchują się w chrzęst kości. Najbrudniejsza część człowieka wypełzła z jamy. Dwóch nagich dżentelmenów zwarło się, dyszy... Z nimi dyszy cały tłum. Wreszcie jeden złomotany, wytarzany, zbity — legł!
Wrzask przebiega tłum. Teraz podnieta zmysłowa znikła a występuje szał tych, którzy „stracili“... Bo te tarzające się postacie są poobstawiane, jak konie wyścigowe. Do ich wydętych w balony muskułów poprzylepiały się całe sumy często ciężko zapracowanych pieniędzy. Więc tłum teraz triumfuje z wygranej lub wyje za przegraną. Rozpasała się druga brudna warstwa ludzkiej natury. Jeszcze obrzydliwsza, bo nie prymitywna, ale nabyta, zlizana z mętów układu społecznego życia.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Dziennik chicagowski „Zgoda“ dodaje uwagę, że za część wydanych na zapasy polskich pieniędzy możnaby założyć — niejedną szkołę!
Jest to proste, skromne, mało mówiące — ale walące, jak drągiem, powiedzenie. Dobrze! Ale dlaczego ten sam dziennik nazywa Zbyszka sławą, dumą i podnietą narodową? Nie żal wydawać na sławy, dumy i podniety narodowe, choćby leżących na materacach cyrkowych. Tedy — czemuż Zgoda — jest niekonsekwentna. Nazywa nawet wygranę Zbyszka niezrozumieniem „najistotniejszych interesów swych rodaków“. Hm!... gdzie to ten istotny interes rodaków się lokuje czasem! I dalej jeszcze, Zgoda nazywa położenie się Zbyszkowe na materacu... klęską. W naiwności ducha sądziliśmy, że klęską narodową jest taki ksiądz Jażdżewski, a nie Zbyszko Cyganiewicz. Ale widocznie wszystko zależy od punktu widzenia.
I zwłaszcza od sumy zakładów!
Obecnie — ażeby utrzymać par force sławę, iż nie kto inny, ale Polak, Zbyszko Cyganiewicz, ma najsilniejsze muskuły z żyjących ludzi — rzucają się jego admiratorowie do przekomicznych insynuacyj. Oto — raczej zrobić go przekupionym zdrajcą, niż pozwolić zwątpić światu w siłę tej chluby narodu.
A więc — przejrzyście rzucają na zwyciężonego podejrzenie, iż nie dlatego ignorował „chwyty“ — bo był wyczerpany i Gotsch miał odeń silniejszą zwierzęcą siłę — lecz dlatego, że mu... zapłacono...
A jakże.
Kto? jak? ile?
Milczenie.
Niby, że w rocznicę Grunwaldu, aby i tu pogrążyć — aby się nie szczycono triumfem nad Gotschem.
Więc — „fonds secrets“ poruszono...
I zobaczycie.
Za jakie lata jakiś Burceff, jakiś Rakowski, znów rewelacje — coś tego — i figurować będzie pozycja:
„Zbyszko Cyganiewicz za pozwolenie położenia się (i służenia za taboret) Niemcowi Gotschowi
suma koron — tyle i tyle.
Dajmy nato pięćset czternaście i halerze (dla wzbudzenia zaufania).
Żart na stronę — ale biedny doprawdę ten Zbyszko!
Uczuł, jakie to bajeczki krążyć będą dokoła niego, bo wystosował orędzie do narodu, w którem pisze:
— Zarzucają mi przekupstwo!...
A dalej.
— Sumienie moje czyste, bo ostrzegałem, aby na mnie nie stawiano...
I t. d.
Bardzo, bardzo, biedny Zbyszko!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Jest on człowiekiem bardzo inteligentnym i wykształconym. Jakże smutno teraz dumać musi nad swoim pogromem. Fakt jest faktem. Król jest zdetronizowany. Porażka naukowa może być później nowym triumfem. Zresztą rzeczą ludzi mądrych jest mylić się. Lecz rzeczą królów-siłaczy nie jest kładzenie się na materacach cyrkowych.
Gotsch triumfuje i pociesza świat cały wstrząśnięty naiwnością, czy tak zwany czyrak vulgaris pod kolanem Wilhelma ma łączność z czyrakiem, znajdujących się na prawem przedramieniu tegoż monarchy.
Lecz krótki oto triumf Gotscha.
Bo niechby impressario znudzony zapasami urządził coś ciekawszego.
Oto puścił na Gotscha jako adwersarza — orangutana — porządnego, rosłego orangutana.
Kto będzie leżał na materacu?
Kto będzie pogrążon?
Jaki naród popadnie w żałobę i zatraci dolary?
Niemcy!
O radości!
Będziemy pomszczeni!
Żeby tylko ten orangutan!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tylko jedno.
Grali Zbyszkowi — nasze biedne, tragiczne, pełne łez i krwi Boże coś Polskę!
Grali Gotschowi — Wachty i inne aroganckie hymny.
Ale jaki hymn by zagrano przy zwycięstwie orangutana!
Zastanówmy się głęboko!...