Namiętność (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Grabiński
Tytuł Namiętność
Data wydania 1930
Wydawnictwo „Renaissance-Universum“
Drukarz Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


STEFAN GRABIŃSKI
NAMIĘTNOŚĆ
(L’APPASSIONATA)
OPOWIEŚĆ WENECKA
RENAISSANCE-UNIVERSUM
BIBLJOTEKA DLA WSZYSTKICH
WARSZAWA — POZNAŃ — KRAKÓW — LWÓW — STANISŁAWÓW
COPYRIGHT BY RENAISSANCE - UNIVERSUM“
DRUKARNIA VERNAYA SP. AKC.


Nad sestiere[1] di Cannaregio, w samem sercu laguny wisiała lekka, ledwo dostrzegalna mgła. W blaskach lipcowego słońca przecedzanych przez ten najsubtelniejszy z woali drzmały senne wody Canale Grande[2] a w nich jak wyczarowane z bajki, nieprawdopodobnie piękne przeglądały się pałace, wille, domy i kościoły. I widziało się wszystko niby miraż złocisty, powołany do życia przez przepyszną fantazję, niby obraz senny utkany z marzeń artysty w chwilę dziwnej, twórczej szczodroty.
Tylko fala przybrzeżna z cichym chlupotem roztrącająca stopnie schodów, tylko piosenka gondoljera, co przejechał mimo w żałobnej swej łodzi, budziły z zadumy olśnienia i kazały stwierdzać ten ponad wszystko radosny fakt, że jestem naprawdę w Wenecji...
Tak to rozkochany w mieście dożów, pijany czarem architektury i smętkiem czarnych, tajemniczych wód czekałem w ten cudowny poranek na vaporetto, które miało mię przewieść na tamtą stronę Wielkiego Kanału. Poza mną był stary, połowy 18. wieku sięgający kościół S. Marcuola z małym dziedzińcem przed bramą wchodową, po lewej, po drugiej stronie wąskiego rio[3] może najwspanialszy po siedzibie dożów pałac Vendramin-Calergi, ten sam, w którym ostatnie swe tchnienie oddał wielki twórca „Nibelungów“. Właśnie gdy błądząc spojrzeniem po jego fasadzie, odczytywałem dewizę:
Non nobis — Domine — Non nobis, rozległ się przeciągły, trochę szorstko rozdzierający ciszę tej godziny gwizd parowczyka.
Więc rzuciwszy raz jeszcze okiem na koronkę pałacu, wstąpiłem na ruchomy pomost i za chwilę siedziałem już na rufie statku.
Avanti! — podał sternik hasło przez tubę w czeluście kotłowni i vaporetto wyzwolone z uwięzi zaczęło rozgarniać sztabą leniwe wody.
Podróż moja nie miała trwać długo: wysiadałem na najbliższym przystanku, S. Staë. Statek minął były dom patrycjusza, Teodora Correr i założone przezeń Museo Civico, minął stary śpichlerz Republiki, pałace Erizzo, Grimani della Vida i Fontana i dotarłszy do linji Palazzo Tron, zwrócił się dzióbem w prawo ku brzegowi.
Ferma! — spadł rozkaz z wyżki w środku vaporetta.
Przycichł warkot śruby, ustała oddenna praca kotła i parowczyk przyciągnięty łagodnie liną do burty pontonu zbratał się znów z przystanią w chwilowym uścisku.
Przepchawszy się szczęśliwie przez zastęp pasażerów, stanąłem na bulwarze przybrzeża. Stąd do Galleria d’Arte moderna w pałacu Pesaro, celu mojej wędrówki było już niedaleko. Przeszedłem krótki, ponad rio di Mocenigo gibkim łukiem rozpięty ponticello i znalazłem się na Fondamenta Pesaro.
Cicho tu było jakoś o tej porannej godzinie i plusk fali wdzierający się leniwo na omszałe stopnie tarasu rozbrzmiewał wyraźnie w podsieniach pałacu.
Wszedłem na pierwsze piętro. U wejścia do galerji spotkały mię osowiałe i niechętne spojrzenia funkcjonarjuszy, którzy zdawali się mieć mi za złe, że im przerywam dolce far niente, żądając biletu.
Wpuszczono mię do wnętrza. W salonach pustki: tu i tam błąkało się kilku stranieri[4] z Baedekerami w ręku a jakaś koścista miss w cwikierze pożerała oczyma ponętny akt męski. Uwagę moją zaprzątnęła grupa „Mieszczan z Calais“ Aug. Rodina. Gdy po pewnym czasie oderwałem wzrok od rzeźby i spojrzałem w głąb najbliższej sali, spostrzegłem przed jednym z obrazów młodą, piękną damę. Profil jej subtelny a zdecydowany, z orlikowatym nosem odcinał się na tle silnie oświetlonej przez słońce ściany wyraźnie i mocno. Krucze, połyskami metalu grające włosy okalały twarz smagłą, pociągłą, z parą ciemnoorzechowych, ognistych oczu. Spojrzenie ich jedyne, niezapomniane łączyło w sposób przedziwny kobiecą słodycz ze stalowemi błyskami nieugiętej woli: w momentach gniewu oczy te musiały być straszne. Z tą doskonale piękną, patrycjuszowską głową harmonizowała wybornie wysmukła i giętka kibić, której linje przeglądały dyskretnie a kusząco przez czarną, pełną spokojnej elegancji i smaku tualetę. A na tle tej wyrafinowanie prostej i skromnej sukni wykwitał jak płomień szal pomarańczowy i zlewał się w barwną symfonję z dużą, herbacianą różą wpiętą we włosy.
— Cudna kobieta! — pomyślałem, przestępując próg sali. Odwróciła się i po raz pierwszy spotkały się nasze spojrzenia: jej — trochę roztargnione, potem badawcze, wreszcie zaintrygowane — moje — hołdownicze i podziwem brzemienne. Na ustach jej zaświtał zarys uśmiechu i zgaszony wolą rozwiał się powoli bez śladu; obojętne, aksamitne oczy przeniosły znów łaskę spojrzenia na obraz Fragiacoma „Kutry rybackie podczas sztormu“.
I wtedy przyszedł mi w pomoc szczęśliwy przypadek.
Już gdy mijałem ją ze ściśniętem sercem i uczuciem zawodu, książka, którą trzymała w ręku, wysunęła się z palców i upadła na posadzkę koło mnie. Błyskawicznym ruchem schyliłem się po nią i odczytałem tytuł: — El secreto del acueducto — por Ramón Gomez de la Serna.
— To Hiszpanka — pomyślałem i z ukłonem zwracając jej własność, zapytałem:
Dispense V. — Este libro pertenece a V. No es verdad?[5]
Spojrzała przyjemnie zdziwiona i odbierając książkę, odpowiedziała w tymże języku:
— Pan mówi po hiszpańsku. Może jest Pan moim rodakiem?
— Nie, łaskawa Pani — odparłem — jestem Polakiem, lecz nie jest mi obcym język szlachetnych synów Kastylji.
Znajomość była zawarta. I potoczyła się między nami rozmowa żywa a malownicza, bo i ona lubiała styl trochę kwiecisty, w kunszt słowa bogaty i ja urzeczony czarem jej postaci mimowoli dobierałem zwrotów barwnych, jak motyle skrzydlatych.
Donja Inez de Torre Orpega rodem z Estramadury była od kilku lat wdową. Większą część roku spędzała w Madrycie u starszej siostry zamężnej za jakimś dworskim dostojnikiem a tylko na miesiące letnie przyjeżdżała w odwiedziny do krewnych w Wenecji. O Polsce i Polakach wiedziała niewiele i z zajęciem słuchała moich informacyj. Gdy w pół godziny potem opuściliśmy galerję obrazów i znaleźliśmy się na bulwarze Fondamenta Pesaro, byliśmy już dobrymi znajomymi.
— Dokąd się Pan teraz wybiera? — zagadnęła. — Pora jeszcze za wczesna na obiad, lecz stosowna na drugie śniadanie. Czy nie zechciałby go Pan spożyć w mojem towarzystwie gdzieś w jakiejś restauracji z widokiem na Ponte Rialto? Lubię bardzo obserwować go w godzinach porannych.
Byłem zachwycony.
— Najlepiej będzie — zaproponowałem — jeżeli wstąpimy do Corvo Nero opodal przystanka vaporettów.
— Wybornie. Proszę zatem podać mi rękę i sprowadzić do gondoli.
Spojrzałem trochę zdziwiony:
— Narazie nie widzę żadnej. Musimy trochę zaczekać, aż któraś podpłynie.
Odpowiedziała srebrzystym śmiechem:
— Mój Beppo nie każe nam długo czekać. Oto już poznał mię zdala po głosie i zbliża się ku nam na swej Rondinelli.
I rzeczywiście z poza węgła bulwaru wychylił się dziób Jaskółeczki, która przywarłszy czarnem podbrzuszem do wód kanaliku między pałacem Pesaro a Corner della Regina, przyczaiła się tam na chwilę i tylko czekała na hasło.
— Beppo Gualcioni, mój nadworny gondoliere — przedstawiła mi z miną pół serjo, pół buffo swego przewoźnika — stary, długoletni sługa domu Ramorinów, mych krewnych.
I wsiedliśmy do łodzi.
Gondola donji Inez była istnem cackiem. Smukła, zgrabna i zwrotna jak fryga, z ślicznie rzeźbionym dzióbem w kształcie szyi łabędziej, kołysała się na fali jak kolebka królewskiego panięcia. Oparci plecyma o poduszki siedzeń z ciemnozielonego pluszu, pod osłoną niskiego, w złote frendzle strojnego baldachimu, który tutaj felze zowią, płynęliśmy jakby w nieskończoność zasłuchani w rytmikę wiosła.
Rozwiały się doszczętnie woale mgły i pod turkusowym kloszem nieba rozwinęła się bajecznie kolorowa perspektywa Canale Grande. Jej dominantą były trzy barwy: czarna, dżetowa wody, biała domów i pomarańczowa żaluzyj i pozapuszczanych stor. Zmieszane ze sobą te trzy kolory, stopione powinowactwem szczęśliwego doboru — były jak dźwięk jedyny i konieczny, jak wyraz tajemny ukrytej gdzieś głęboko duszy tego miasta. I wszystko było przesiąknięte tym naczelnym, suwerennym tonem, wszystko rozdrganą w bezlik dreszczy jedną struną — złotym monokordem, któremu na imię — Wenecja.
Jak przez sen przesuwały się mimo naszej łodzi arcytwory weneckiej architektury, te koronkowe pałace i domy, z których niemal każdy chlubił się dziełami dłuta i pędzla wielkich artystów. Lipcowe słońce wyzłacało miedzią i cynobrem dumne, arystokratyczne frontony i przyczółki, rozświecało mrokiem wieków nasiąkłe podziemia i kolumnady, spływało palącą pieszczotą na zielone oazy ogrodowych teras i winoroślą otulonych loggij.
Przepłynęliśmy mimo pałacu Ca d’Oro, najozdobniejszego gotyku dawnej Republiki, minęliśmy Sagredo, Michiel dalle Colonne i Morosini i znaleźliśmy się na linji Rybiego Targu. Odór wodnej żywizny, płynący z głębi hali targowej ogarnął nas duszącym wyziewem. Peschiera w pełnym toku porannego ruchu tętniła gwarem i zgiełkiem.
Donja Inez przytknęła do nosa chusteczkę i patrząc na mnie z uśmiechem, wdychiwała zapach perfumy. Gondola była już na wysokości Przystani Jarzynowej. Znużone orgją światła oczy, spoczęły z ulgą na zieleni główek kapusty, kalafiorów, selerów, pietruszek i marchwianej naci.
— Jaki kontrast między tym prozaicznym, choć tak ożywczym widokiem a wyrafinowanem pięknem pałaców — zauważyła donja de Orpega.
— Rzeczywiście — przyznałem — i mnie to zawsze uderza, ilekroć mijam Erberia. Trudno — nie może być inaczej; nie można żyć samą kontemplacja dzieł sztuki. Powiedziałbym nawet, że to pomieszanie prozy życia codziennego z poezją sztuki i przeszłości stanowi największy urok tego dziwnego miasta.
Skłoniła głowę na znak zgody. W bliskiej już perspektywie rozpiął się szary, patyną wieków okryty most Ponte Rialto. Kilku zręcznemi uderzeniami wiosła skierował Beppo łódkę ku przeciwnemu brzegowi i przesunąwszy się lewą burtą mimo Fondaco dei Tedeschi, podpłynął pod łuk mostu. Za chwilę wyskakiwałem już z gondoli na oblepione wodną pleśnią schody nabrzeża i podawałem rękę Inezie.
Była godzina 11 rano. Przeszliśmy stację vaporettów Cerva i wciąż trzymając się brzegu kanału, wstąpiliśmy na Riva del Carbon. Ruch był ogromny; nadjeżdżające co kilkanaście minut parowczyki wyrzucały wciąż nowe zastępy pasażerów. Schroniliśmy się w zaciszny zakątek Corvo Nero, małej, ustronnej gelateria[6] z widokiem na Rialto. Tu, pod skrzydłem płóciennej markizy, wydała mi się donja Inez jeszcze piękniejszą; głębokie cienie pod oczyma podkreślały ich słodycz i żar. Patrzyłem na nią bez przerwy. A ona widząc mój zachwyt, uśmiechała się tylko kącikami ust i cedziła przez perły ząbków oranżadę. Spojrzenie jej senne, lekko rozmarzone błądziło bez celu po tamtym brzegu kanału, potem przerzuciło się na grupę gondol rozkołysaną w przystani i zatrzymało się na łuku Rialto.
— Czy nie przypomina panu trochę florenckiego Ponte Vecchio? — zapytała.
— Tamten jest trójdzielny — odpowiedziałem.
— Chodzi mi o partje górne.
— A tak, oczywiście — przyznałem — oba są zabudowane, zwłaszcza ten we Florencji.
— Te sklepy i bazary, te budy jarmarczne rozbite nad wodą mają w sobie coś tak oryginalnego...
— Przemawiają do przechodnia wieku XX. z lapidarna swadą przeszłości. Może chce Pani przejść się tamtędy?
— Właśnie chciałam to Panu zaproponować; lubię czasem taką przechadzkę pomiędzy pierzejami rozkrzyczanych sklepów.
Opuściliśmy nasz cienisty przytułek i niebawem znaleźliśmy się na łuku mostu. Otoczyła nas atmosfera hali targowej. Wąską uliczkę między dwoma rzędami bazarów wypełniał skłębiony malowniczo tłum. Przeważały kobiety: smukłe, rasowe mieszczanki w charakterystycznych, czarnych szalach z frendzlami. Ich zgrabne, często w ogniste wstążki przystrojone główki pochylały się z zainteresowaniem nad próbkami towarów rozłożonemi na ławkach i ladach a śliczne o wytwornym rysunku ręce z lubością gładziły postawy jedwabiu, satyny i perkalu; kapryśne, wybredne, brakujące ręce.
Chaosowi barw wtórzył chaos woni: wśród ich zgiełku wybijał się na powierzchnię zapach tanich perfum, szorstki odór juchtu i wnętliwa symfonja zamorskich korzeni.
Szczególniejszemi względami cieszył się bazar z lalkami i sąsiadujący z nim sklep z przyborami tualetowemi; zwłaszcza ten ostatni był stale oblężony przez płeć piękną. Właściciel jego, barczysty, średnich lat mężczyzna, z parą melancholijnie opuszczonych ku dołowi wąsów przynęcał weneckie strojnisie, przesuwając między opierścienionemi palcami sznury fałszywych pereł, korali i bursztynu lub przesiewając z dłoni w dłoń migotliwe przygarście kolczyków, broszek i manel.
— Signor Giuliano robi jak zwykle świetne interesa — zauważyła, mijając bazar, donja Inez. — Umie zachwalać swój towar.
— Sama tandeta i surogaty — odpowiedziałem.
— Niekoniecznie — zaoponowała — można tu czasem wyłowić i prawdziwą perłę: trzeba tylko znać się na rzeczy i odróżnić ziarno od plewy. Buda Giuliana — to też rodzaj bric a brac starożytności. Powrócimy tutaj jeszcze kiedyś w porze poobiedniej, gdy na Rialto trochę przestronniej. A teraz proszę mnie odprowadzić do gondoli; muszę wracać do siebie.
Przesyceni gwarem i krzykiem zeszliśmy do łodzi. Beppo pokrzepiony kilku szklanicami piwa i porcją makaronu w przybrzeźnej trattoria odwiązywał raźno gondolę od palika na bulwarze. Gdy zdjąłem kapelusz i utkwiłem w donję Orpega oczy pełne niemej prośby o najbliższe spotkanie, pociągnęła mię za sobą w głąb gondoli.
— Podwiezie mię Pan pod moje mieszkanie.
— Jaka Pani dobra — szepnąłem, przyciskając ku ustom jej rękę.
Gondola pruła już dzióbem wody kanału. Płynęliśmy z powrotem w kierunku Cannaregio. Po drodze Inez wyznaczyła mi schadzkę tegoż dnia popołudniu.
— Pan tu jest nowicjuszem — mówiła, przechylając na ramię swą cudną główkę — chcę być Pańskim cicerone, chcę pokazać Panu wszystkie osobliwości tego miasta. Sama ułożę porządek naszych wędrówek. Zgadza się Pan?
— Z najgłębszą wdzięcznością. Od czego zaczniemy?
Uśmiechnęła się.
— To tajemnica. Dowie się Pan popołudniu. Chcę Panu zrobić niespodziankę. Proszę zatem oczekiwać mnie o czwartej na Ca d’Oro. Do widzenia!
Gondola przybiła do brzegu; łabędzia jej szyja położyła się na omszałych stopniach schodów, co wiodły pomiędzy kolumny jednego z tych cudnych pałaców, które odbija tak wiernie ciemna fala Canale Grande. Tutaj Inez wysiadła. Podał jej rękę czekający już lokaj, bo schody od pleśni zielone śliskie były i niepewne.
— Beppo, odwieziesz Pana do S. Marcuola — poleciła na pożegnanie i posławszy mi czarujący uśmiech, zniknęła za kotarą w głębi krużganka.

Nie mogłem doczekać się utęsknionej godziny. Stan podniecenia, w który mnie wprawiła radosna przygoda, był tak silny, że zapomniałem o obiedzie i nie wróciłem do swego mieszkania obok dworca kolejowego, lecz wałęsałem się nad kanałem w okolicy Złotego Domu; nie mogłem dopuścić do tego, by jakakolwiek banalna czynność przerwała mi rozkoszną ciągłość marzenia o niej; nie chciałem pozwolić na to w żaden sposób, by pomiędzy pierwsze a drugie spotkanie z ukochaną wcisnęło się jakiekolwiek prozaiczne zdarzenie. Dlatego wolałem krążyć w pobliżu miejsca wyznaczonego przez nią na schadzkę. Gdy po paru godzinach uczułem dotkliwy głód i zmęczenie, odszedłem na chwilę od przystani Ca d’Oro ciemną, ciasną vicoletto[7] i dopadłszy jakiejś podrzędnej kawiarenki na rogu ulicy Vittorio Emanuele, wychyliłem duszkiem szklankę kawy. W parę minut potem stałem znów na bulwarze i zapuszczałem niecierpliwe spojrzenie w stronę, skąd miała nadpłynąć gondolą Ineza.
Wkońcu nadpłynęła. Słodka, smagława, oszałamiająca. Gdy chciałem jej pomóc przy wysiadaniu, potrząsnęła przecząco głową:
— Pojedziemy dalej gondolą. Proszę usiąść tu przy mnie.
I wskazała mi miejsce w łodzi.
Beppo, cava il felze! — rozkazała gondoljerowi.
I podczas gdy sługa spełniając polecenie, zwijał ponad naszemi głowami jedwabny baldachim, ona opierając się o moje ramię i zaglądając mi filuternie w oczy, zapytała:
— Czy też Pan choć raz pomyślał o mnie od chwili naszego pierwszego rozstania?
Senjora — odparłem, tonąc oczyma w jej oczach — jestem Panią oczarowany.
— Tak trzeba, tak być powinno. Avanti, Beppo!
— Dokąd płyniemy? — rzuciłem odruchowo pytanie.
— W stronę Fondamenta Nuove systemem kanałów poprzecznych. Lubię przesuwać się na gondoli po tych cichych ścieżkach wodnych, wijących się pomiędzy staremi, przesiąkniętemi ich wilgocią domami.
Odbiliśmy od przystani. Kierowana wprawnem wiosłem gondoljera łódź trzymała się blisko brzegu, by wkrótce po dokonaniu zręcznego półobrotu w prawo, porzucić Canale Grande i wcisnąć się we wąską szyję Rio di S. Felice.
— A — Oel! — rozległo się ostrzegawcze wołanie wioślarza — A — oel! Sia stali!
Gondola prześmignęła popod łękiem mostku łączącego ulicę Wiktora Emanuela z placem Św Feliksa i skręciła znów na prawo w Rio di S. Sofia. Zasłuchani w plusk wiosła, rozkoszowaliśmy się w milczeniu żeglugą.
A miała ta przejażdżka pomiędzy kamienicami szczególny urok. Mimo całej życiowej prozy wyzierającej z tych kilkupiętrowych starych, obdrapanych domostw z suszącą się tu i tam na żerdziach i sznurach bielizną, było coś tajemniczego w ich atmosferze. Coś taiło się w tych mrocznych, skąpo rozświetlonych językami gazu podsieniach, coś drzemało w ciemnych, gdzieniegdzie przeglądających przez wykroje bram podwórzach, czaiło się w brudnych, zatęchłych od lat basenach. Czasem wychyliła się z okna jakaś ludzka głowa, wyjrzała para oczu namiętnych, południowych i znikała jakby spłoszona widokiem obcych; czasem z głębi zagadkowych wnętrz wypłynęła cudna, tęsknotą wezbrana piosenka, zawibrowała między ścianami domów rozełkanem arpeggio i milkła zawstydzona niewczesną swą urodą.
W czarnej, gęstej, nieruchawej wodzie łączyły się w drżącym uścisku pokraczne odbicia kamienic, snuły się, tęczując pod światło, jakieś brudno-tłuste ściegi i popławy. Miejscami wysuwały się z masywów domostw i budynków nadpowietrzne, kryte galerje, „mosty westchnień“ szarej, smutnej codzienności i jak dłonie podane nad przepaścią, sprzęgały ze sobą brzegi kanałów; gdzieindziej łuk kamiennego sklepienia rozpięty spodem nad powierzchnią wody przerzucał się giętkim grzbietem z zaułka w zaułek.
Ciszę uliczek przerywały od czasu do czasu okrzyki gondoljerów.
Sia premi! — Sia stali! — Sia di lungo! — wołali, wymijając się na zakrętach.
Na Rio di S. Andrea musieliśmy się zatrzymać trochę dłużej, bo z łódek stłoczonych na wąskim pasie wody powstał zator; zwłaszcza brzuchata, węglem naładowana barża towarowa nie mogła wywikłać się z duśby; wreszcie otarłszy się bokiem o bulwar, wydostała się z matni i otworzyła przejście. Wpłynęliśmy na kanał Św. Katarzyny.
— Na lewo, Beppo! Pod arkadę ponticello! — poleciła donja.
Gondola podpłynęła do schodków debarkaderu. Wysiedliśmy. Pani zwróciła się do przewoźnika:
— Oczekuj nas za 10 minut w przystani Fondamenta Nuove.
— Sta bene, Signora, sta bene[8].
I podczas gdy Inez wsparta o moje ramię wychodziła po stopniach na brzeg, stary gondoljer ruszył w dalszą drogę kanałem, by potem wykręcić na północ i przez Sacca della Misericordia wydostać się na pełniejsze wody Nowych Nadbrzeży. My tymczasem przeszliśmy mimo kościoła Św. Katarzyny i Jezuitów i zagłębiliśmy się w labirynt zaułków weneckiej suburry.
Popołudniowe słońce skłaniające się powoli ku zachodowi zalewało płynnem złotem kwadratowe płyty bruku i świeciło nam prosto w oczy.
— Jak tu wesoło, jak słonecznie! — zawołała Inez, której wyniosła, elegancka postać rzucała poza siebie cień mocny i długi.
— Szczególnie po wyjściu z mrocznych czeluści kanałów — uzupełniłem jej uwagę.
I jak mogłem, zacząłem opędzać się drobnemi datkami przed gromadką brudnych, obdartych dzieci, które towarzyszyły nam z uporem już od pewnego czasu.
Un baiocco, bella signora, un baiocco ai poveri bambini! — skamlała w imieniu innych chuda, piegowata dziewczyna.
Donja Orpega wyjęła z torebki kilkanaście sztuk półlirowych, zawinęła w papier i śmiejąc się, podrzuciła w górę. Z brzękiem rozsypały się pieniądze po flizach uliczki.
— Teraz uciekajmy, dopóki zajęte zbieraniem.
Skwapliwie zboczyliśmy w sąsiedni zaułek. O parę kroków przed nami zalśniła brylantowemi blaskami laguna.
— Jesteśmy na miejscu. To Fondamenta Nuove w pełnej chwale lipcowego popołudnia.
Wyciągnięta w dal linja bulwaru roiła się od ludzi. Przy stolikach porozstawianych przed winiarniami i cukierniami popijano słodko-cierpką marsalę, turmalinowe chianti, purpurową granatinę lub krzepkie nostrano z pobliskich winnic rodem. Gondoljerzy w pomarańczowych koszulach i szerokich, czarnych kapeluszach nagabywali przechodniów, proponując przejażdżkę na Lido, wyspy Św. Michała, Murano, Burano lub uroczą isola di S. Francesco del Deserto. Beppo uśmiechnięty i zadowolony, że nas wyprzedził, już czekał w malowniczej pozie wsparty o wiosło na wyżce swej Rondinelli. Skierowałem na Inezę pytające spojrzenie. A ona schodząc do łodzi zgrabna i wytworna, w obcisłej, satynowej sukni koloru bleu foncé, określiła cel jazdy w dwóch słowach:
San Michele!
— Na Wyspę Cmentarna? — zapytałem, zajmując obok niej miejsce w gondoli. — Dlaczego właśnie tam?
Podniosła na mnie zdziwione oczy:
— Był Pan tam już może?
— Nie, nie bylem — odpowiedziałem, patrząc na nią zamyślony — lecz widzi Pani, nie lubię cmentarnych zaciszy.
— A jednak warto obejrzeć; w klasztorze obok jest podobno kilku mnichów Polaków. Cóż, sprzeciwia się Pan stanowczo?
— Cóż znowu? — zaprzeczyłem. — Jak można sprzeciwiać się Pani? Avanti, signor gondoliere, avanti! Trochę mi tylko nieprzyjemnie, że zaczynamy nasze wycieczki od tego miejsca.
Por Dios![9] — rzekła, zasłaniając siebie i mnie parasolką przed natarczywemi promieniami słońca. — Nie lubię przesądnych mężczyzn. Adelante, Beppo![10] Sia di lungo![11]
Gondola odbiła od brzegu. Rozcięte pałaszem wiosła fale zalśniły mirjadami blasków i rozbiegły się wokół łodzi karbami fałdów w kręgach koncentrycznych.
— Ta woda czysta, odświeżana ustawicznie dopływem z pełnego morza sprawia orzeźwiające wrażenie — przerwałem uwagą milczenie.
— Ani porównania z ospałą, gęstą i cuchnąca wodą kanałów.
— Ale zato tamta ma w sobie coś tajemniczego; jeżeli można mówić o duszy weneckiej laguny, to kryje się ona w tej czarnej, drzemiącej, przesyconej wyziewami miasta topieli.
— Patrz pan! — przerwała mi, wskazując na prawo. — Co za obraz! Jedyny motyw dla malarza!
Obok przepływała obciążona do półburty krypa pod trójkątnym żaglem latyńskim; wiozła do Wenecji na targ jarzyny z ogrodów wyspy Le Vignole i owoce z sadów jej sąsiadki, zielonej Torcello. Cytrynowo-żółte płótno żagla z wizerunkiem Św. Marka, patrona wydymało się łagodnie w podmuchach zachodniego wiatru nad kopczykami czerwono-ceglastych pomidorów, piramidami marchwi, buraków, rzepy i stożkami winogron, brzoskwiń, renglotów i oliwek.
— Barwy dobrane jak na palecie Claude Monet’a.
— Lub naszego Wyczółkowskiego.
W perspektywie wyłonił się biały kontur cmentarnego muru.
— Tu gdzieś w pobliżu — objaśniała mię donja Inez — uchodzi naczółek mostu pontowego, który dla wygody ludności każe rozpinać w Dnie Zaduszne zarząd miasta między Wenecją a wyspą Św. Michała.
Gondola przesunęła się popod murem obmywanym przez chlupoczącą łagodnie falę i zawinęła do przystani naprzeciw klasztornego portalu. Wysiedliśmy i przekroczywszy bramę opactwa OO. Franciszkanów, weszliśmy w krużganek. W głębi, pomiędzy filarami przechadzało się kilku mnichów. Postacie ich ujęte w szorstkie linje habitów odrzynały się wyraziście ciemnemi plamami od rozsłonecznionego tła z murów, kolumn i posadzki. Wychylone z szerokich rękawów zakonnej sukni ręce przebierały paciorki różańca lub zanurzone palcami w miąższ brewjarzy przewracały szeleszczące cicho ich kartki. Z wnętrza bazyliki po lewej stronie krużganka szła woń kadzidła i płonących świec — z głębi przedsionka, z prześlicznej Capella Emiliana płynęły słodkie tony harmonjum: ktoś grał „Ave Maria“ Gounoda.
Przeszliśmy zamknięty kolumnadą podwórzec i przez drugą, wewnętrzną bramę dostaliśmy się na cmentarz. Była godzina szósta po południu. Zalane potokami zachodu zacisze pławiło się w złocie i bieli: w złocie słońca i bieli marmurów. Przymknąłem na chwilę olśnione oczy. Szliśmy wzdłuż cmentarnego muru inkrustowanego płytami napisów, grobowcowych wnęk i nisz. Pod stopami dudniały nam głucho podziemne komnaty, z boku raziły oślepiająco białe refleksy słonecznych rzutów.
— Jak tu mało zieleni! — rzekłem tonem skargi. — Co za rozpaczliwa posucha bieli! Doprawdy, senjora, ta despotyczna, wszystko sobą przygłuszająca biel jest straszliwa. Zadaje mi niemal fizyczny ból.
Popatrzyła, lekko podnosząc brwi.
— Przemawia z Pana syn Północy. Wasze cmentarze muszą mieć wygląd zupełnie odmienny?
— O tak. U nas na miejscach wiecznego spoczynku pełno drzew i krzewów; bujna, soczysta zieleń przegradza domy zmarłych, przykrywa festonami bluszczu, spławami brzóz i kalin martwą biel nagrobków i mauzoleów. Na polskich cmentarzach przyroda otula w macierzyńskie ramiona przybytki śmierci — gdy tu w tej błogosławionej, wiecznie roześmianej słońcem krainie nawet w ustroniach zmarłych sztuka święci bezwzględnie swój zimny, marmurowy tryumf: smutny tryumf pobielanych grobów. Ach, jakże mi brak tu zieleni!
Zatrzymałem się przy jednym z grobowców, który nagle skupił na sobie moją uwagę. Rzucała się w oczy odrazu oryginalna kompozycja.
Na tarasie przed domem stała naturalnej wielkości postać kobiety o miłej, przepojonej niewieścią słodyczą powierzchowności; lewą ręką zbierała fałdy sukni, w prawej podniesionej do góry gestem pełnym wdzięku niosła doniczkę z kwiatami.
A Luisa Riccardi, moglie adorata — il marito“[12] — czytałem napis u dołu.
— Jest to mogiła jednej z patrycjuszek weneckich — wyjaśniła mi Inez. — umarła nagle śmiercią gwałtowną. Zrozpaczony mąż kazał utrwalić postać ukochanej w chwili, gdy wychodzi z domu na przechadzkę po ogrodzie: taką ją widział podobno po raz ostatni — taką oglądały jego oczy na kilka godzin przed śmiercią. Moment ten uwiecznił rzeźbiarz w marmurze.
— Jakie to piękne, senjora — rzekłem w zamyśleniu.
— I może właśnie dlatego sąsiaduje z pięknem innego pokroju — odpowiedziała, posuwając się ku najbliższemu grobowcowi. — A co Pan powie o tej mogile?
Na płycie z alabastru odcinały się en relief dwa torsy: młodego mężczyzny i czarująco pięknej kobiety. On utkwił w niej rozkochane oczy i wyciągnął usta spragnione ku czarze, którą mu podawała z uśmiechem. Mimowoli rodziło się podejrzenie, czy puhar nie zawiera trucizny. Bo w uśmiechu kobiety czaił się odcień fałszu i okrucieństwa. Lecz tego zaślepiony mężczyzna zdawał się nie dostrzegać — jak nie dostrzegał napewno żądła wąskiej, weneckiej dagi, którą ściskała w drugiej, wtył podanej ręce...
Rzuciłem okiem na wstążkę napisu.
Al suo adorato sposo, Don Antonio de Orpega, spento nel supremo piacere — la moglie[13]zwierzał światu swą tajemnicę w zwięzłych, lapidarnych słowach szczególny grobowiec.
Patrzyłem na Inezę wstrząśnięty do głębi.
— Więc tu spoczywa...
— Mój mąż — dokończyła z dziwnym, nieznanym mi dotychczas uśmiechem.
I wtedy dopiero, po tym uśmiechu poznałem, że kobietą na płycie grobowej była ona.
— Usiądźmy tam na ławce w alei cyprysów — zaproponowała.
Usłuchałem pełen sprzecznych uczuć. Usiedliśmy w cyprysowej niszy. Na chwilę zapadło między nami milczenie. Długie cienie nagrobnych strażników kładły się nam pod stopy ostremi zrysami wierzchołków i czerniły na złotym żwirze ścieżki hieroglifami śmierci. Skądś, z wnętrza cmentarza dochodził łoskot kamieniarskiego młotka trudzącego się przy nowym nagrobku, dolatywał odzew nieszpornych organów...
— Mój mąż skończył samobójstwem — usłyszałem nagle jej głos altowy — w piątym roku naszego pożycia.
— To Pani pchnęła go w objęcia śmierci, seniora — odpowiedziałem niemal surowo.
— Skądże ten prokuratorski ton? — zapytała, lekko uderzając mię końcem swej płomienistej umbrella. — Niech się Pan nie zapomina. Zresztą on umierał w ekstazie najwyższego szczęścia, umierał dla mnie i przezemnie. Czyż nie pięknie?
— Potwór, czy obłąkana? — pomyślałem, lecz spojrzawszy na nią, zapomniałem zupełnie o kategorjach etycznych i chłonąłem tylko diaboliczną jej piękność. A ona tymczasem opowiadała głosem równym i spokojnym, jak gdyby chodziło o kogoś znanego jej tylko ze słyszenia:
— Przyszło do tego niespodziewanie. Tak niespodzianie, tak znienacka, jak bywa nieraz ze szczęściem lub śmiercią. I właśnie w tem widzę najpiękniejszy motyw tej historji. Bo chyba przyzna Pan, że zasługuję na to, by życie moje obfitowało w momenty wyjątkowe.
I popatrzyła na mnie wyzywająco. Była za piękna, by nie przyznać jej racji. Więc spuściłem milcząco głowę i słuchałem dalej.
— W jedną z tych nocy księżycowych, rozełkanych mandolinami nocy weneckich rzekł Don Antonio de Orpega, tuląc roznamiętnioną twarz pomiędzy wzgórza mych piersi:
— Dałaś mi najwyższe szczęście tej nocy, Inezo; nie wiem, czy zdołam je przeżyć do brzasku rana.
— Cha, cha, cha! — zaśmiałam się lekkomyślnie, pieszcząc ręką jego męską urodę. — Jesteś patetyczny, mój piękny małżonku!
— Nie wierzysz, Inezo?
— Nie wierzę, Antonio. Zbyt mnie pożądasz, by tak łatwo przyszło ci teraz rozstawać się z życiem.
— Nie wierzysz? — zapytał powtórnie z odcieniem obłąkania w swych ślicznych, niezapomnianych oczach.
— Chodź do mnie Antonio; wszak jesteśmy tylko ludźmi, tylko parą spragnionych siebie kochanków.
— Więc ja ci udowodnię.
I wyszedł z sypialni. Po chwili strzał z rewolweru zakończył poemat jego życia. Pięknym człowiekiem był Don Antonio de Orpega, mój mąż — nieprawdaż, kochany przyjacielu?
— On Panią kochał, jak mało który mężczyzna na ziemi kocha kobietę — odparłem cicho.
— Tak. To było l’amore altissimo — l’amore supremo. I dlatego bał się, by dnia pewnego nie stanąć nad jego grobem; usunął się w porę w cienie zaświatów, bo nie chciał przeżyć swego wielkiego uczucia. To był genjusz miłości.
— Podziwiam was oboje: namiętność jego i twój objektywizm, Pani.
— Uczucia moje — rzekła wyniośle — są moją wyłączną własnością; wobec osób trzecich uważam za stosowne mówić o tem zdarzeniu jako o dziele sztuki jedynem, wyjątkowem. Zechciej i Pan, kochany przyjacielu, patrzeć na nie i oceniać je tylko z tego punktu widzenia.
— Zastosuję się do woli Pani, senjora — zresztą pozwoli Pani zwrócić sobie uwagę na to, że nie prosiłem o zwierzenia.
I powstałem z ławki. Milcząc wyciągnęła ku mnie rękę na znak zgody. Przycisnąłem ją do ust i rzekłem:
— Późno już i strażnik wzywa do opuszczenia cmentarza.
I rzeczywiście zbliżający się z głębi alei jakiś mężczyzna dawał nam zdaleka znaki.
— Tak, czas wracać — przyznała zamyślona. — Cmentarz zamykają tu wcześnie.
Wkrótce znów żeglowaliśmy gondolą po lagunie.
— Dokąd płyniemy? — zapytałem, ślizgając się spojrzeniem po rozlewisku wód.
— Na Riva degli Schiavoni. Chcę posłuchać z Panem koncertu orkiestry w Café Orientale i śledzić ruch wieczorny przy molo św. Marka.
— Najpiękniejsza partja miasta — odpowiedziałem, nagle poważniejąc.
Trąciła mię wachlarzem w ramię.
— Skądże to nagle zamyślenie?
— Cel naszej jazdy wywołał we mnie smutne skojarzenia; jakie, powiem na miejscu.
— Więc dobrze; tymczasem porzuć Pan te niewesołe medytacje i zachwycaj się krajobrazem.
Inez miała rację; piękno laguny narzucało się z żywiołową siłą. Właśnie gondola okrążała wschodni cypel Wenecji i minąwszy doki Arsenału, wcisnęła się w kanał między wyspą św. Piotra a zrębem właściwego miasta. Rozcinana skrzelem wiosła fala chlupotała łagodnie o burty łodzi i odtrącona od czarnego jej kadłuba odchodziła w tysiącznych zmarszczach ku brzegom. Gdy mijaliśmy przylądek Punta di Quintavalle, nadszedł skądś wielki, mięsisty fałd wody i zakołysał silnie gondolą. Inez spojrzała zaniepokojona na Beppa.
— To piroscafo z Torcello w drodze do Ponte del Vin rozorał brzuchem lagunę i rzucił nam pod gondolę masę wypchniętej przez siebie wody — wyjaśnił przewodnik.
Wjechaliśmy w czeluść wodną pomiędzy wyspą św. Heleny a Ogrodami Publicznemi. Zdaleka zaczęły dochodzić dźwięki muzyki. Po wysypanym żwirem i piaskiem deptaku, który wąską wstęgą owijał się dookoła Punta della Motta, przechadzało się kilka par. Z oplotów krzewów na szkarpie ogrodowej całowanej bez przerwy przez falę laguny wychylał się silny w wyrazie, bronzowy biust Ryszarda Wagnera.
— Trzeba przyznać — zauważyłem —, że wybór miejsca nader szczęśliwy. Zdaje się, jakgdyby duch twórcy „Latającego Holendra“ wciąż odchodził z falą w zawrotne dale...
Wypłynęliśmy na szerokie wody Canale di S. Marco. Przed nami rozwinęła się wspaniała panorama portu. Niezliczona ilość gondol i uskrzydlonych żółtemi lub koloru ala terra cotta żaglami łodzi pląsała po lagunowej płani. Zewsząd niby ku centralnemu punktowi ciążenia zdążały ku przystani statki, łopocząc na wietrze defiladą bander i flag. Tu wjeżdżał tryumfalnie od strony porto di Lido jakiś kolos morski chlubiący się zdaleka barwami Albionu, tam po przebyciu bramy wjazdowej z Adrji przy porcie w Malamocco wyrastała na horyzoncie zatoki zgrabna jak sylfida francuska fregata, ówdzie z cieśniny między Giudeccą a wyspą S. Giorgio Maggiore wysuwał się pasażerski parowiec w drodze powrotnej z Chioggji.
Beppo obejmując rozmiłowanem spojrzeniem ojczyste miasto i lagunę, zanucił nieśmiertelną Santa Lucia“. Gondola docierała do molo. Kilka uderzeń wiosła, kilka zwinnych zwrotów wśród labiryntu łódek — i przybiliśmy do mostu della Paglia.
— Beppo — pożegnała gondoljera senjora de Orpega — na dziś jesteś wolny. Do domu wrócę stąd pieszo.
I przy mojej pomocy wyszła na marmurowy cokół nabrzeża.
— Idziemy do Café Orientale.
Jak zwykle, i tym razem ogarnąłem zachwyconem spojrzeniem śnieżny cud Pałacu Dożów, przesunąłem zamyślone oczy po Moście Westchnień, po ponurym bloku Więzień Karnych i zatrzymałem je na „tym długim wrębie granitowym, zielonemi poprzerywanym kanałami, białemi mostami pospajanym, gdzie kilka tysięcy okrętów przystań miewa“[14] — na Riva degli Schiavoni. I nagle pośród tego przepychu barw i kolorów, pośród tej boskiej rozrzutności piękna dech zapierającej od podziwu i ciągłego zachwytu uczułem ogromny, bezbrzeżny smutek.
Lecz smutek ten „nie do mnie należał“[15]. Jego żałobne, czarne kwefy wysnuły się ku mnie z perspektywy lat ubiegłych, spłynęły falą powrotnych ech z przeżycia wielkiego poety — samotnika, który tu, po tym samym brzegu „pod zorzę wieczorną“ przechadzał się kiedyś cichy i „w siebie pochylon“...
I gdy potem zająwszy miejsce u boku pięknej kobiety przy jednym ze stolików kawiarnianych, wodziłem olśnionemi od blasków i świateł oczyma po nurzającej się w purpurze zachodu zatoce, przyszły mi znów na pamięć słowa zapomnianego poety o temże miejscu mówiące:
„Tam, o jutrzni we mgłach odpływają małe statki rybackie... Tam, o południowem świetle widzisz tajemnice kolorów Veronesa, Tintoretta, Tycjana... Tam, w blasku księżyca znikają okręty w mroku wielkim, a gdzie światło miesięczne wysrebrzyło falę, lśniący topór u gondoli dziobu przytwierdzony profilem zębatym się określa...“
Z zamyślenia obudził mię głos Inezy:
— Teraz może zechce się Pan podzielić ze mną niewesołemi refleksjami, które mu podobno nasuwa Riva degli Schiavoni. Przypominam obietnicę.
— I dotrzymam jej wiernie.
Popiłem czarną kawą, zapaliłem papierosa i rzekłem, patrząc w stronę Pałacu Dożów:
— Tędy, tem samem nabrzeżem, co słońcu wschodzącemu bielą marmurów dumnie się uśmiecha, o tej samej dnia umierającego godzinie szedł lat temu 83 genjalny twórca symbolizmu w Europie przed M. Maeterlinckiem, zapoznany przez własnych rodaków poeta polski, potomek Sobieskich po kądzieli, Cyprjan Kamil Norwid. A towarzyszył mu w tej wieczornej, smutnych przeczuć pełnej promenadzie niejaki Tytus Byczkowski, malarz, Polak również, który nazajutrz rano w czasie kąpieli na Lido „za głęboko w fale zaszedł“ i niby to przypadkiem utonął. Byczkowski miał lat około 60; studjował najpierw w akademji drezdeńskiej a potem w Monachjum, „wszędzie łatwo miejscowym tradycjom się poddając z posłuszeństwem słowiańskiem szkole każdej — wzór cierpliwości, zaparcia się i pokory“[16]; i dlatego w wigilję swej śmierci kończył obraz mały przedstawiający rybaka z dziećmi jego, rybaka, co się trudził dzień cały, by pod wieczór trzymać „w ręku ułowioną rzecz jedną — muszlę pustą“. Ci tedy dwaj polscy wędrownicy, tak niepodobni do siebie — jeden, co się twórcą urodził, drugi słowiańskim niewolnikiem — przechadzali się wieczorną godziną r. 1844 po wybrzeżu dei Schiavoni, „albo jak jeszcze jeden niezatarty zapis się wyraża“: Riva dei Slavi, czyli Wybrzeżu Słowian.
Rozmawiali o Sztuce, a gdy schodzili już z Ponte della Paglia ku piazzetta, Byczkowski zwrócił uwagę na bogactwo inwencji kapitelów, które podpierają Pałac Dożów, dziwnym przypadkiem rozmowę całą na to właśnie skierowując, czego brakowało własnej jego twórczości: na pomysłowość i oryginalność.
I wtedy wyjaśnił mu wielki twórca „Promethidiona“, że nieśmiertelnem w Sztuce jest tylko to, co poczęło się w ukochaniu i że prawdziwe piękno kształtem jest miłości.
— A potem, kochany przyjacielu? — przerwała chwilowe milczenie Ineza. — A potem?
— A potem zstąpili na plac św. Marka, gdy był już zmierzch i „dokoła pod obiegającym czworobok placu korytarzem zaczynało być gwarno, porozświecały się kawiarnie i czekano muzyki przez wojskową kapelę z Czechów zwykle (w owych czasach) złożoną, wykonywanej tu w wieczór“. Do jednej z tych kawiarń, zapewne w podsieniach Procuratie Vecchie weszli...
— A nazajutrz — dokończyła donja — Byczkowski już nie żył.
— Tak. Poszedł na dno — jak córka Hjalmara z „Dzikiej kaczki“ Ibsena — zstąpił w głębiny morza, uświadomiwszy sobie przedtem rozdzierającą prawdę swego żywota. „Zaiste smutny jest ten świat aż do śmierci“...
Umilkłem i zamyślony patrzyłem na czerniejący u naszych stóp tabor gondol, łodzi i motorówek. Tymczasem zmierzchło się zupełnie. Jak na znak dany przez niewidzialną rękę rozjarzyły się nagle elektryczne łuki bań, kloszów i latarń a od placu św. Marka nadpłynęła serenada kapeli: Wenecja uczciła swój wieczór pochwalnym nokturnem. Na lagunie zaczęły tułać się tam i sam błędne ognie sygnałów; naprzeciw molo jakiś statek wojenny na kotwicy przed basenem wyspy San Giorgio Maggiore, cały we flagach i banderach święcił imieniny admirała uroczystą iluminacją. Od Punta della Salute, po tamtej stronie kanału wzbijały się pod niebo wrzeciona rakiet, pękały ulewą iskier ogniste fontanny i bukiety; na Lido rozbłysła wydłużoną linją świateł i kinkietów wieczorna rampa wybrzeża...
Oderwałem oczy od zatoki i spotkałem się z badawczem spojrzeniem Inezy. Wytrzymałem je spokojnie przez chwilę. Wtem, ni stąd ni zowąd nasunęło mi się pytanie:
— Pani wierzy we wróżby?
Chwyciła mię za rękę i odpowiedziała z akcentem zdumienia:
— Skąd Panu przyszło to na myśl właśnie w tej chwili? Czyżby umiał Pan czytać w cudzych duszach?
— Narzuciło mi się to jakoś tak znienacka, że nie mogłem się oprzeć. Czasem pewne myśli nadciągają niewiadomo skąd i dlaczego.
Zaprzeczyła żywo:
— O nie! Pan się myli w tym wypadku. To ja w tej chwili myślałam o starej cygance z Asturji, która mi wywróżyła przedwczesną śmierć męża.
— A zatem myśl Pani przeniosła się na mnie — wyciągnąłem wniosek.
Do you know something about painter — medium Luigi Bellotti?[17] — usłyszeliśmy nagle oboje wyraźny fragment rozmowy prowadzonej przy sąsiednim stoliku.
Siedziało tam dwóch mężczyzn: jeden w pepitkowym garniturze z monoklem w oku, o charakterystycznych dla Anglików rysach starannie wygolonej twarzy i drugi znacznie słabiej akcentujący swą przynależność szczepową.
— Też dziwny kaprys przypadku — rzekła donja. — Ten wyjątek z dialogu naszych sąsiadów jest jakby dalszym ciągiem interesującego nas właśnie problemu a równocześnie przypomnieniem dla mnie.
— Cóż ma wspólnego malarz Bellotti z zajmującą nas sprawą? — zapytałem.
— Nie słyszał Pan dotychczas o nim?
— Nie.
— Jest to fenomenalne medjum, które w transie z zawiązanemi oczyma maluje obrazy naśladujące do złudzenia manierę starych włoskich mistrzów. Czytałam o nim niedawno ciekawy artykuł w La Tribuna“.
— Jeszcze nie widzę związku z naszą rozmową.
— Zaraz go Pan ujrzy. Otóż Bellotti podobno pozostaje też w kontakcie z zaświatem i jak sam utrzymuje, słyszy od czasu do czasu głosy zmarłych.
Spojrzałem z odcieniem ironji:
— Pani wierzy w te bajeczki z „duchami“?
— Więc nazwijmy to usymbolizowaniem podświadomej jaźni samego medjum, jeśli Pan woli. W każdym razie po przeczytaniu artykułu w La Tribuna” postanowiłam odwiedzić p. Bellottiego. Spodziewam się, że mi coś powie o mojej przyszłości za pośrednictwem swych „głosów“.
— Ach tak, teraz rozumiem — to też rodzaj wróżby.
— Rozmowa tych dwóch panów przypomniała mi zamiar, który uskutecznię w najbliższych dniach. Pan pójdzie tam ze mną, nieprawdaż?
— Jakto pójdę? Czy Bellotti mieszka tu gdzieś niedaleko?
— Przebywa stale w Wenecji: mieszka przy calle della Rosa. Więc będzie mi Pan towarzyszył?
— Z prawdziwą przyjemnością. Od pewnego czasu widzę, jak rozwija się przedemną wstęga niezwykłych zdarzeń.
— Tak bywa w życiu, że po okresie szarzyzny i codzienności następuje serja zajść wyjątkowych. Mnie n. p. jakiś głos wewnętrzny mówi, że żyję w przededniu decydujących o moim losie wypadków. Kto wie, może zawarcie znajomości z Panem, signor Polacco, jest pierwszem ogniwem w ich łańcuchu.
— Nie przypuszczam — odparłem z uśmiechem. — Byłoby to dla mnie zbyt pochlebne.
— Co za skromność! Nie wierzę w nią ani trochę. Wy mężczyzni wszyscy jesteście urodzonymi obłudnikami w stosunku do nas.
I zaatakowała mnie brylantami swych oczu. Tak na rozmowie upłynął nam wieczór i nie spostrzegliśmy się nawet, jak wskazówki kawiarnianego zegara przesunęły się na godzinę dziesiątą.
Por Dios! — zawołała nagle, orjentując się w czasie. — Pora wracać do domu.
I poszliśmy najpierw rivą, potem przez molo, otarliśmy się o tłum zalegający piazzettę i marmurowy czworobok przed kościołem Św. Marka, aż przeszedłszy popod łukiem Torre dell’ Orologio[18], zboczyliśmy na Merceria.
Mimo spóźnionej godziny miasto tętniło pełnią życia. Zdawało się nawet, że puls jego bije teraz silniej niż za dnia pod prażącemi promieniami słońca. Z pootwieranych sklepów, kawiarń i restauracyj biła łuna świateł i załamywała się tajemniczo w czarnych wodach kanałów i kanalików. Lokatorowie, kupcy, dozorcy domówi i przekupnie, zwłaszcza kobiety i dzieci, wylegli z dusznych, nasiąkniętych skwarem mieszkań i obsiedli bramy i wejścia — punkty obserwacyjne nocnego ruchu i ogniska — kuźnie małomiasteczkowych plotek. Bo Wenecja — ta śliczna, przez świat kulturalny podziwiana Wenecja ze swojemi pałacami, muzeami i galerjami jest mimo wszystko prowincją. I w tem może jej szczególny urok. Właśnie w tem jedynem zestrojeniu wysokiej kultury wieków z prostotą i bezpretensjonalnością małego miasta. Dlatego cudzoziemiec czuje się w Wenecji lepiej niż n. p. we Florencji lub Rzymie, gdzie przygniatają go chwilami monumentalność i kulturalna „oficjalność“ środowiska. I ja ukochałem głęboko perłę Adrjatyku właśnie za jej „desinwolturę“. Mimo swą nieporównaną piękność Wenecja pozwalała mi czuć się sobą i nie zmuszała do sztucznej i męczącej odświętności.
Dzieląc się wzajemnie uwagami i spostrzeżeniami na temat miasta lagun, minęliśmy linję Ponte Rialto, teatr Malibrán, Scuola dell’ Angelo Custode i weszliśmy na zawsze rojną calle Vittorio Emanuele.
— Jak to dobrze — rzekła Ineza — że niema tu nigdzie miejsca dla aut, tej plagi XX. wieku. To cudne miasto leczy mi corocznie przez dwa miesiące moje potargane nerwy.
Przez calle di Traghetto zapuściliśmy się w system ciasnych, poprzecznych uliczek uchodzących ku Canale Grande. Tu było znacznie ciszej: ruch nocny ześrodkowany w arterjach ulic Wiktora Emanuela i Lista di Spagna odzywał się w tych nadbrzeżnych odgałęzieniach silnie zmatowanym podźwiękiem. Tylko tu i tam przesunęła się półmrocznym parowem kamienic postać samotnego przechodnia, tu i tam przemknął na przełaj jakiś kot wychudły i zdziczały.
U wylotu jednego z tych zaułków, w t. zw. calle dei Preti czyli uliczce Księżej bawiła się pod murem domu grupa dzieciaków. Płonąca nad bramą latarnia obejmowała je kręgiem niedokrwistych blasków i z trudem przenoszącym jej siły obdzielała światłem sąsiedni placyk. Nagle wśród dzieci powstał popłoch; zamarła na ustach przerwana w połowie piosenka, opadły połączone w korowód taneczny ręce a wątłe, wynędzniałe postacie przywarły szeregiem do ściany domu.
Donna Rotonda passa! Donna Rotonda![19] — usłyszeliśmy trwożne szepty.
Na czworobok placyku między uliczkami padł fantastycznie wydłużony cień kobiety, która nadchodziła z głębi przyległego zaułka. Była wysoka i trzymała się sztywnie jak kolumna. Kapelusz dzwonowy à la Lindbergh nasunięty do pół czoła z przystułkami na policzkach i podpinką na szyi okrywał tak szczelnie jej głowę, że sprawiał wrażenie hełmu z uchyloną lekko przyłbicą: z małego prostokątnego wykroju pozostawionego z przodu wyglądał tylko fragment śnieżno-białej, jakby mrozem ściętej twarzy o drobnych, zaciętych ustach: fragmentu tego nieruchomego i surowego jak mumja lub maska tragiczna nie ożywiało żadne spojrzenie; bo oczy osłaniał starannie zapuszczony na brwi brzeg górny kapelusza. I gdyby nie pewność i stanowczość jej ruchów, możnaby było przypuszczać, że Donna Rotonda jest ślepą.
Dziwaczność powierzchowności potęgował jeszcze strój niemodny, staroświecki: stanik obcisły z bufiastemi rękawami barwy przepalonego piasku i takiegoż koloru suknia na krynolinie. Ta suknia przydługa i szeroka jak umbra, zapylona i postrzępiona nielitościwie, której zapewne zawdzięczała Rotonda swe smutnośmieszne przezwisko, wlokła się za nią po ziemi z cichym, charakterystycznym szelestem.
Wyprostowana i zimna jak stela grobowa przeszła krokiem równym, spokojnym, trzymając oburącz na prawem ramieniu wysmukłe naczynie, podobne do greckiej amfory.
— To obłąkana — objaśniła Ineza, gdy Rotunda zniknęła za węgłem kościoła. Mieszka tu gdzieś w pobliżu. Spotykam ją czasami. Niebardzo miłe sąsiedztwo.
— Donna Rotonda — powtórzyłem zamyślony. — Okrągła Pani. Nie dziwię się wcale, że wywołuje taki popłoch wśród dzieci. Jest w tej nieszczęśliwej coś niepokojącego. Przeszła mimo jak symbol cierpienia i śmieszności splecionych w tragiczny węzeł.
— I ja nie lubię spotykać jej na swej drodze — zwierzyła mi się cicho Ineza, przyciskając silniej me ramię. — Omijam ją zdaleka... Lecz jestem już u siebie. Buena noche, caballero! Hasta luego![20]
Wyjęła z torebki klucz i włożyła go w zamek małych niepozornych drzwi, stanowiących boczne wejście do pałacyku od strony lądu. Przywarłem ustami do jej ręki na długą chwilę. Cofnęła ją łagodnie i znikła w głębi domu.
Pozostałem sam u wylotu tonącej w półmroku uliczki. O parę kroków odemnie pluskały o stopnie schodni wody Canale Grande, w głębi, na rogu dogorywała latarnia. Powoli odszedłem ku miastu, zapuszczając się w błędnik ulic, uliczek i zaułków. Nie spieszyło mi się do domu. Ciepła, lipcowa noc usposabiała do romantycznej włóczęgi. Rozmarzony przeżyciami dnia, długo jeszcze wałęsałem się jak lunatyk pomiędzy wąwozami kamienic, w krzyżowej matni weneckich rughe i rughette, corti, salizzade, sottoportici, rami, rioterrà i sacche[21]. Aż znużony wędrówką i syt nastroju znalazłem się wkońcu pod bramą mej cichej gospody w zaułku zwanym calle di Priuli.
Ostatniem wrażeniem, które nawiedziło mię tuż przed zaśnięciem, był tajemniczy a charakterystyczny szelest. Lecz źródło jego nie płynęło z rzeczywistości; było to uparte wspomnienie szelestu, jaki wydawała suknia Donny Rotondy w zetknięciu z brukiem uliczki dei Preti...

15 lipca.

Parę dni temu byliśmy z Inezą u Luigi Bellottiego przy calle della Rosa. Wizyta ta wywarła na nas obojgu głębokie wrażenie; dotychczas nie możemy się z niego otrząsnąć.
Na powitanie wyszedł nam mężczyzna niespełna 30-letni, szczupły, bardzo blady, o szerokiem, wydatnem czole i podłużnym owalu twarzy, w którego ponurem spojrzeniu błąkały się jeszcze błyski niedawnej ekstazy. Jakoż, jak sam potem wyznał, był właśnie po świeżo odbytym „seansie“ z jakimś francuskim profesorem, który przyjechał doń specjalnie dla eksperymentów z Paryża.
Przypuszczając, że chcemy obejrzeć jego obrazy, z wielką uprzejmością oprowadzał nas po swem atelier i pokazywał parę pejzaży naśladujących do złudzenia manierę Segantiniego oraz kilka płócien podpisanych nazwiskami Ciargiego i Moggiolego. Zapytany przezemnie, jak sobie tłumaczy swe niezwykłe zdolności, oświadczył bez wahania, że uważa się za narzędzie zmarłych artystów, którzy kierują jego ręką.
— Badacze zjawisk tej kategorji, którzy urządzają z Panem naukowe seanse, podobno zapatrują się na to trochę odmiennie — zrobiłem oględną uwagę.
— Wiem o tem — odpowiedział — lecz nie podzielam ich zdania, a moje doświadczenie wewnętrzne przyznaje mi rację.
Gdy mu wyjaśniłem cel naszej wizyty, uśmiechnął się i rzekł:
— Wątpię bardzo, czy uda mi się spełnić życzenie państwa; nie zajmuję się mantyką a głosy, które czasami słyszę, nie odsłaniają przedemną niczyjej przyszłości. Przynajmniej tak było dotychczas. Mimo to spróbuję wprawić się w trans, któremu nadam specjalny kierunek przez nawiązanie łączności ze senjorą. Proszę o jakiś przedmiot, który należy do Pani od dłuższego czasu.
Inez podała mu obrączkę. Włożył ją na mały palec swej lewej ręki i usiadłszy we fotelu obok sztalugi ze świeżo rozpiętem płótnem, zawiązał sobie oczy czarną przepaska.
— Teraz proszę o parę minut bezwzględnej ciszy — rzekł, pochylając się trochę ku przodowi.
Usiedliśmy z Inezą obok siebie na sofie i nie spuszczaliśmy zeń oczu. W atelier zapadło głuche milczenie. Słyszałem wyraźnie szmer miasta, przesiąkający do wnętrza przez otwarte okno i tykanie zegara na przeciwległej ścianie. Inez nerwowo ściskała mi rękę. Tak upłynęło 10 minut.
Nagle Bellotti chwycił za pędzel i paletę i zaczął malować. Na palcach podeszliśmy do sztalugi, by śledzić przebieg pracy. Postępowała w tempie nadzwyczaj szybkiem tak, że wkrótce można było zorjentować się w treści obrazu.
W poprzek płótna rozwinęła się stalowobłękitna szarfa wzburzonej rzeki. Na prawym jej brzegu rozsiadło się jakieś wielkie miasto, na lewym nieprzejrzane morze mgieł. Pomiędzy oboma brzegami rozpiął się łuk mostu. Dziwny to był most! Lewe jego przęsło wypadające z wężowiska mgły i oparów zdało się być ich widmowem przedłużeniem: było jak one, mgliste i zatarte; prawe, od miasta kwitnącego biegnące tchnęło tężyzną i wyrazistością określonych kształtów.
Na tym moście spotkało się dwoje ludzi: z morza mgieł wyszedł mężczyzna, ze strony przeciwnej kobieta. Poznaliśmy ich. To widmo Don Antonja de Orpega i obłąkana Rotonda zeszli się na rubieży dwóch światów. Stanęli na środku mostu i podali sobie dłonie, jakby na znak przymierza...
Obraz był skończony. Malarz odłożył pędzel i zaczął mówić monotonnie i sennie:
— Słyszę głos z lewej: „Zawarliśmy pakt, siostro w cierpieniu. Związani braterstwem bólu, oboje ofiary wielkich namiętności schodzimy się tu, na pograniczu życia i śmierci dziś po raz ostatni. Bo godzina twoja już się zbliża, siostro. Człowiek, który ma się stać łącznikiem między nią a tobą, już nadszedł. Pamiętaj siostro, pamiętaj!...“
Bellotti wyczerpany opadł w ramiona fotelu. Staliśmy w milczeniu, wpatrzeni w enigmatyczny obraz, odtwarzając w myśli ciemne słowa interpretacji...
Wtem Bellotti chwycił ponownie za pędzel i kilku energicznemi pociągnięciami przekreślił swe dzieło; zmąciły się kontury, zlały barwy i miejsce zajęła kakofonja plam: wszystko zniknęło jak wizja.
Malarz zerwał z oczu opaskę i oddając Inezie obrączkę, zapytał:
— Cóż? Czy w tem, co namalowałem lub co mówiłem, znalezliście Państwo jaką wskazówkę na przyszłość?
Opowiedziałem mu treść obrazu i powtórzyłem jego słowa. Pochylił w zamyśleniu głowę i zwrócił się do Inezy:
— Pani jest wdową, senjora?
— Tak, Panie.
— Obrączka więc uwarunkowała wizję nieboszczyka.
— Lecz skąd się wzięła postać Donny Rotondy? — wmieszałem się do rozmowy. — I jaki może mieć ona związek ze ś. p. mężem senjory?
— Może Pani w ostatnich czasach myślała o tej nieszczęśliwej? — rzucił przypuszczenie Bellotti.
— Rzeczywiście — odpowiedziała — spotkaliśmy ją oboje niedawno na ulicy w porze wieczornej. Spotkanie to, nie wiem dlaczego, sprawiło na mnie bardziej przykre, niż zwykle wrażenie i myślałam tej nocy o obłąkanej dłużej może, niż należało.
— Wszystko to jednak — zauważyłem — nie tłumaczy jeszcze symbolizmu schadzki i treści rozmowy.
Bellotti rozkrzyżował bezradnie ramiona.
— Nie wiem, nic nie wiem — powtórzył parę razy. — Byłem w owej chwili tylko narzędziem sił nieznanych: a może — a może tylko ich igraszką...
Podziękowaliśmy i zamyśleni zeszliśmy do gondoli.
Wieczór dnia tego spędziłem z Inezą w Giardini Publici. Tutaj, w zaciszu parku, w obliczu kolumn greckich jednego z pawilonów Sztuki spłynęła na mnie łaska pierwszego jej pocałunku; a w parę godzin później tuliłem ją w swoich objęciach w jednej z komnat starego, czasy dożów pamiętającego pałacu.
— Stało się — mówiła do mnie, słodko przeciągając swe cudne, smagłe ciało na tle średniowiecznego łoża pod baldachimem. — Nie mogłam opierać się dłużej; przyszedłeś jak przeznaczenie...
Gdy odurzony miłosnym czadem i niewierzący własnemu szczęściu wymykałem się z jej domu bocznem wyjściem, biła północ. Chwiejnym krokiem zagłębiłem się pomiędzy zaułki. Na zakręcie calle della Misericordia zaszła mi drogę Donna Rotonda. Gdyśmy się mijali, podniosła głowę, jakgdyby chcąc odczytać godzinę na kościelnym zegarze. Wtedy ujrzałem jej oczy. Są ciemnofjołkowe, z odcieniem stali i beznadziejnie smutne. Piękne oczy...

10 sierpnia.

Od miesiąca już jestem szczęśliwym, nadludzko szczęśliwym kochankiem donji Inez de Torre Orpega. Ta kobieta jest stokroć piękniejsza i bardziej wyrafinowana, niż przypuszczałem. Jest mistrzynią w sztuce kochania. A przytem zawsze umie zachować estetyczny umiar i nie popada nigdy w pospolite wyuzdanie.
Od miesiąca żyjemy jak para rozkochanych półbogów, niebardzo zważając na otoczenie i niewiele sobie robiąc z ludzkiej opinji. Dnie poświęcamy wycieczkom. Codziennie przeprawiwszy się na Lido, kąpiemy się w morzu a potem zwiedzamy osobliwości laguny. Obejrzeliśmy już fabryki szkła na Murano i sławną szkołę koronczarską na wyspie Burano, rozmawialiśmy z rybakami w cieniu uroczych winnic Torcello i spędziliśmy parę pięknych godzin w cyprysowych gajach wyspy S. Francesco del Deserto. Takie są nasze dnie. Lecz nie oddałbym za nie wszystkie ani jednej z naszych nocy. Bo noce nasze są podobne do czarownych baśni Wschodu, w których marzenie haftuje tęczowe miraże na kanwie wciąż zapominanej rzeczywistości. W egzotycznych parkach miłości naszej opalizują światła alabastrowych lamp, zatopione w senną posrebrz księżyca kołyszą się na gałęziach rzadkie, złotopióre ptaki i suną po cichych wodach zakochane łabędzie.
Błogosławioną niech będzie noc na wyspie Chioggji, jedyna noc, którą wolno nam było spędzić aż do rana pod jednym dachem w charakterze małżonków.
Un letto matrimoniale, signore? — zabrzmiało u wstępu pytanie uprzejmego hotelarza — pytanie w tonie tak naturalne i oczywiste, że wykluczało jakiekolwiek wątpliwości.
Si, signore, un letto matrimoniale — odpowiedziałem.
I wzięto nas za małżeństwo.
Nie wiem, czy ta mimowoli narzucona nam rola, czy też malowniczy smętek przystani w porze wieczorowej nastroiły Inezę na nutę głębokiego liryzmu, który nocy owej roztopił w sobie nawet szlachetny kruszec jej namiętności. Gdy wśród pocałunków i pieszczot wziąłem ją z łoża i chodząc po sypialni, huśtałem jak dziecko, objęła mię za szyję i rozpłakała się na głos.
— Mój kochanku, mój mężu najdroższy! — usłyszałem przerywany szlochaniem jej szept.
Koło drugiej nad ranem wyczerpana usnęła mi na piersi. Nigdy ani przedtem, ani potem nie widziałem jej tak rozrzewnionej...
Takie bywają nasze noce.
Nadmiar szczęścia usposabia mię względem ludzi życzliwie i pojednawczo; jestem wyrozumiały i współczujący: prawem kontrastu silniej teraz odczuwam cudze nieszczęście. Tembardziej, że życie zdaje się na każdym kroku mi je ukazywać. Jakgdyby obawiało się, że mogę zapomnieć. Jakgdyby chciało mię ostrzec. Codziennie niemal przypomina o tem, wysyłając mi na spotkanie Rotundę.
Bo tak teraz nazywam biedną warjatkę, postrach weneckiej dziatwy i istne wcielenie pokutującego ducha laguny.
Nieszczęśliwa obudziła we mnie szczere zainteresowanie i zasiągnąłem już co do niej informacyj. Rotunda nazywa się w rzeczywistości Gina Vamparone i jest córką dozorczyni jednego z pałaców nad Canale Grande. Dostała obłąkania, gdy porzucił ją, niegdyś słynną z piękności dziewczynę jakiś baron wenecki. Wyjeżdżając z miasta lagun na zawsze, uwodziciel pozostawił Ginie na pamiątkę swój pałac wraz z urządzeniem; lecz matka jej wolała pozostać w swym skromnym pokoiku w głębi oficyny i tu dokonać reszty smutnego żywota u boku obłąkanej, niż przenosić się na pańskie pokoje. Dlatego pałac niezamieszkany przez nikogo stoi pustką; tylko Gina od czasu do czasu robi w nim porządki, odkurzając meble i kobierce. Podobno nie uważa się za właścicielkę lecz za stróżkę tego domu i łudzi się wciąż nadzieją, że pan jej powróci i że wtedy zda mu sprawę ze wszystkiego.
A propos amfory greckiej, zapewne jednej z pamiątek po ukochanym — nosi w niej codziennie rano i wieczorem mleko dla matki.
Oto garść szczegółów zebranych przezemnie u sąsiadów i znajomych. Nie zaspokoiła ona mej ciekawości — owszem podnieciła ją tylko. Jest coś we formie jej obłędu, w wyrazie twarzy i stroju, co pozostaje dla mnie jeszcze zagadką. Pociąga mnie ona i dlatego od kilku dni w wolnych chwilach śledzę zdaleka Rotundę. Czy to nie wygląda na paradoks? Ja, najszczęśliwszy człowiek w Wenecji, ja, kochanek donji de Torre Orpega śledzę ukradkiem obłąkaną córkę dozorczyni domu! Jestże to litość króla dla żebraczki, czy kaprys grand seigneur’a fortuny? Dziwne to, śmieszne, lecz prawdziwe. Tak! Gina Vamparone mnie intryguje...

30 sierpnia.

Jak to się stało?! W jaki sposób? Jak mogłem dopuścić do czegoś podobnego? To przecież wstrętne, to ohydne!...
A jednak stało się i nic na świecie faktu nie odmieni. A było tak.
Wczoraj około 11-tej wieczorem jak zwykle wracałem od Inezy do siebie. Noc była parna, księżycowa. Szedłem powoli rozmarzony i czułem wciąż jeszcze w żyłach pożar miłosnych uniesień. Na jakimś pontestorto, co krzywą zworą spinał dwa brzegi, przystanąłem i rozkoszując się ciszą, przechylony przez balustradę mostu wpatrywałem się w czarną wodę kanału. Wtem posłyszałem za sobą szmer. Odwróciłem się i ujrzałem Rotundę. Szła przez most o parę kroków odemnie sztywna i obojętna, w nasuniętym, jak zawsze, głęboko na oczy hełmowym kapeluszu, podtrzymując lewą ręką amforę opartą na ramieniu. Na mnie zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi, lubo byłem jedynym człowiekiem w tem miejscu o tej spóźnionej już porze. Może wogóle mnie nie widziała. Przeszła mimo jak widmo i zaczęła oddalać się w stronę S. Felice.
Powodowany ciekawością poszedłem za nią, zachowując dyskretny dystans. Tak dotarliśmy do drugiego mostu nad Rio di Noale, poczem Gina zwróciła się na lewo w stronę wybrzeża. Zatrzymałem się w cieniu narożnego domu, bo teraz przechodziła przez pusty plac, zalany powodzią księżycowego światła. Lecz gdy tylko zniknęła mi z oczu za załomem jakiegoś budynku, przebiegłem szybko dzielącą nas przestrzeń i znów miałem ją przed sobą o parę kroków. Teraz już nie ulegało wątpliwości, że wraca do siebie, do pałacyku byłego swego kochanka.
Wkrótce postać jej wsiąkła w mroki jego podsieni. Ostrożnie, skradając się, podszedłem do pierwszej kolumny i ukryty za jej trzonem objąłem spojrzeniem podwórze. Było prostokątne, okolone zewsząd krużgankami w stylu maurytańskim; w pośrodku, pośród bukietów paproci dżdżyła cicho srebrzysta fontanna. Na drugim końcu peristylu ujrzałem znikającą mi z oczu Rotundę.
— Tam musi być loża dozorcy domu — pomyślałem — i tam zapewne mieszka z matką.
I już miałem odejść, gdy ukazała mi się znowu w blaskach miesięcznej poświetli. Z pękiem kluczy w ręku przystanęła na środku podwórza i zdawała się namyślać; potem weszła na schody po prawej wiodące na górę.
Pod osłoną cieni rzucanych przez filary i kolumny dostałem się na pierwsze piętro i przez uchylone drzwi wszedłem za nią do jednej z sal. Wnętrze było stylowem dziełem wczesnego renesansu. Zdjęty podziwem na widok arcytworów mistrzów pędzla rozwieszonych po ścianach, omal nie zdradziłem swej obecności przed obłąkaną. Na szczęście była zajęta wyłącznie sobą. Ukryłem się za parawanem obok staroświeckiego kominka i stąd śledziłem jej ruchy,
Zatrzymała się przed dużem, stojącem lustrem i zrzuciła z głowy swój dziwaczny kapelusz. Miękkie, miedziano-złote zwoje włosów stoczyły się na ramiona połyskliwa kaskadą. Wtedy zmieniła oświetlenie; wnętrze wypełniła łagodna, ciepła purpura spływająca z pod abażurów żyrandolu.
Zbliżyła się do otomany na środku pokoju i szybko zaczęła rozbierać się. Jak pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej przeistoczyła się jej postać. Odpadły zakurzone i brudne łachmany jej codziennego stroju, zniknęła śmieszna krynolina i w pęku czerwonych promieni stanęła bujna, rudowłosa piękność. Nie była to już Donna Rotonda, ponure straszydło na dzieci, smutno-groźne widmo drzemiącej laguny — to była Gina Vamparone, nieszczęśliwe dziecię ludu weneckiego rozkwitłe w zaciszu samotnego pałacu w cudną, obłąkaną z miłości kobietę. W obliczu swej dumnej, królewskiej nagości zmieniła się do niepoznania. Rysy twarzy złagodniały, zatarła się surowość zaciętych ust a ciemnofjołkowe oczy nabrały wilgotnych blasków. Była doskonale piękna. Takie kobiety musiał widywać w ukochanem mieście boski Tycjan i takie mu się zwidziały później w jego twórczej wizji. Donna incomparabile...
Nasyciwszy oczy widokiem własnej krasy, zaczęła z powrotem ubierać się. Lecz teraz włożyła strój zgoła odmienny. Kosztowny był i stylowy, jakby wzorowany na jednym z kobiecych portretów naprzeciw niej na ścianie.
W błękitnej, brokatowej sukni z kołnierzem rozchylającym się jak kielich tulipanu dookoła prześlicznej szyi podobna była teraz Gina do jakiejś Lukrecji Borgia lub demonicznej Beatryczy, która pod czarem zaklęcia zstąpiła z ram renesansowego obrazu. Uśmiech zalotny zaigrał w oczach, zstąpił ku wargom kusząco rozchylonym i rozpłynął się powoli w kątach ust. Może przypomniały jej się lata miłości i szczęścia? Może powtarzała jedną ze scen, której była protagonistką? Może to on ją tak ubierał, stylizując na modłę wielkich włoskich piękności?...
Porwany czarem, który bił od całej jej postaci, zapomniałem o środkach ostrożności i wyszedłem z kryjówki pełen podziwu i adoracji. Na szelest mych kroków odwróciła głowę i spostrzegła mię. Cofnęła się gwałtownie, zakrywając twarz rękoma, potem opuściła je sztywnie wzdłuż ciała, przybierając maskę Rotondy, wreszcie pod siłą mych spojrzeń zapłonęła wstydem jak róża. Nagle wyciągnęła ku mnie ramiona i paląc mię żarem swych przedziwnych oczu, szepnęła w ekstazie:
Giorgio mio! Giorgio mio! Mio carissimo Giorgino!
Pociągnięty tem wezwaniem, niepomny, że było ono wynikiem tragicznej pomyłki, że w rzeczywistości widziała we mnie tamtego, ukląkłem przed nią, obejmując jej kolana. Wtedy uczułem, że drży cała i słania mi się w uścisku. Usta nasze spotkały się a ciała splotły w miłosnym szale...
Gdy oprzytomniałem i zdałem sobie sprawę z tego, co się stało, spostrzegłem, że Gina zemdlała. Pobiegłem po wodę i zacząłem ją cucić. Skoro pierwsze jutrznie krwi zaświtały na śmiertelnie bladych jej jagodach i z głębokiem westchnieniem otworzyła smutne, zdumione oczy, uciekłem stamtąd jak złodziej.

6 września.

Od pamiętnego zajścia w nocy z 29 na 30 sierpnia upłynął tydzień. Niby nic się nie zmieniło. Jak przedtem, codziennie widujemy się z Inezą i pijemy rozkosz ze wspólnego kielicha, jak dawniej, pływamy gondolą po lagunie i robimy bliższe lub dalsze wycieczki. A jednak coś wkradło się do naszego stosunku i położyło się w poprzek nieokreślonym sprzeciwem.
Parę już razy przyłapała mię Inez na tem, że bez widocznego powodu popadłem w zamyślenie; kiedyindziej zrobiła mi pełen goryczy wyrzut, że nieraz wśród miłosnych uniesień czynię wrażenie roztargnionego. Lecz i ja zauważyłem zmiany u niej. Nie było w nich nic takiego, coby mogło mi świadczyć o ochłodzeniu jej uczuć ku mnie; zmiany te miały charakter specjalny. Donja Orpega stała się od pewnego czasu lękliwa i nerwowa. Lada szmer budzi w niej przesadną obawę, lada cień rozrasta się do wymiarów grozy. W ostatnich czasach zdaje się ustawicznie czegoś nasłuchiwać, na coś czekać.
Onegdaj wieczorem przytuliła się do mnie drżąca, a zapytana o powód, odpowiedziała:
— Ciągle mi się zdaje, że ktoś skrada się ku mnie cichemi kroki lub że czai się poza mojemi plecyma. Kiedyindziej znów mam wrażenie, że ktoś tu miał przyjść i zatrzymał się w drodze; lecz zamiaru swego nie zaniechał — tylko go na czas pewien odłożył — na termin nieokreślony.
— Ależ to są wszystko dzieciństwa, najdroższa — uspokajałem. — Jesteś trochę wyczerpana nerwowo i stąd może przewrażliwiona.
— Nie, nie, Adamello! Ty się mylisz. To jest coś całkiem innego. Najbardziej denerwuje mię właśnie ta nieokreśloność, owo wahanie się, ten brak decyzji...
— Jakiej decyzji?
— Nie wiem. Gdybym wiedziała, nie lękałabym się. Najgroźniejszym jest strach przed czemś nieuchwytnem. Czuję dookoła siebie złe, wrogie mi wiry.
Wzruszyłem ramionami i umyślnie przeszedłem do innego tematu. Zresztą prawie zawsze udaje mi się rozprószyć w niej ten chorobliwy lęk przed nieznanem i gdyby nie te chwilowe, choć nader przykre nastroje, życie nasze byłoby jak park rozkwitły w maju.
Przez cały ten czas widziałem Rotundę tylko raz jeden. Zdaje się, że mnie nie poznała; przeszła obok jak dawniej surowa i obojętna z oczyma ukrytemi pod kaskiem. Unikam jej teraz i często wracam od Inezy do siebie okrężną drogą...

10 września.

A jednak Inez miała rację. Obawy jej zaczynają przybierać formy bardziej określone. Dziś już można powiedzieć, że poniekąd są uzasadnione. O ile wogóle można się czegoś obawiać ze strony biednej, nieszczęśliwej warjatki.
Rotunda ją prześladuje! To nie ulega wątpliwości. Od pewnego czasu krąży wciąż w jej pobliżu jak złowróżbny puszczyk, wykwita wciąż na jej drodze jak kwiat smutku i żałoby. Nie jest agresywna — bynajmniej; przechodzi tylko mimo jak nieubłagane memento. Nigdy nie patrzy na nas — chociaż czujemy to dobrze, że wie o naszej obecności, że nas, a raczej Inezy szuka. I może właśnie ten jej kamienny, pogardliwy spokój, ta wyrafinowana obojętność najwięcej denerwują moją ukochaną. Nie można się nawet przed nią bronić, bo nigdy nie zaczepia, nie prowokuje. Cała jej siła w tem, że przechodzi, że mija. Donna Rotonda che passa...[22]
Lubi też robić niespodzianki — lubi zaskoczyć znienacka i to wtedy, gdy się najmniej spodziewamy. Przed paru dniami późnym wieczorem odbiliśmy gondolą od Cad’oro. Zajęty rozmową z Beppem, któremu pomagałem we wiosłowaniu, odwróciłem się plecyma do wybrzeża i śledziłem światła odbite w kanale. Nagle uczułem, że Inez ściska mi nerwowo rękę.
— Co, carissima?
— Patrz, patrz tam — na wybrzeżu — ona!
Popatrzyłem we wskazanym kierunku i rzeczywiście spostrzegłem ją stojącą nad samą wodą wyniosłą i prostą jak kolumna.
— Widocznie wyszła na brzeg, by nas pożegnać — próbowałem zażartować lecz spojrzawszy na Inezę, zamilkłem...
Innym razem w czasie mej nieobecności niespodzianie zjawiła się Rotunda w ogrodzie Papadopoli, gdzie donja Orpega oczekiwała mego przybycia. Wysunęła się z poza grupy drzew tak nagle, że Inez mimowoli wydała okrzyk przerażenia. Na szczęście w tejże chwili nadszedłem. To właśnie spotkanie utrwaliło we mnie podejrzenie, że Donna Rotonda prześladuje Inezę.
Bo moją osobę zdaje się zupełnie ignorować, jakgdybym dla niej nie istniał. Byłżeby to tylko manewr zazdrosnej kobiety? Chociaż skąd ta pewność, że Gina jest o mnie zazdrosna, że nie kierują nią zgoła inne motywy? Może ja rzeczywiście miałem być tylko „łącznikiem“ między temi dwiema kobietami, łącznikiem i niczem więcej? To pewna, że szuka zbliżenia tylko do Inezy. I to właśnie przejmuje donję dreszczem przerażenia.
— Nie chciałabym nigdy zostać z nią sam na sam — wyznała mi dzisiaj podczas kolacji. — Zawsze miałam jakąś instynktową odrazę do tej obłąkanej a teraz lękam jej wprost jak widma. Mam wrażenie, że wczoraj, już po twojem odejściu, gdy wyszłam na chwilę do loggji w parterze, by odetchnąć wieczornym chłodem, Rotonda usiłowała podpłynąć do mnie na gondoli.
— To niemożliwe! — zaprzeczyłem żywo. — Zdawało ci się. Czyżby śmiała?
— Jestem pewna, że to była ona; poznałam ją po stroju, po tym okropnym pół-hełmie, pół-kapeluszu. Była już na linji moich schodów i widocznie chciała tu wylądować. Przerażona uciekłam w głąb domu i zaryglowałam za sobą bramę wchodową. To zuchwała warjatka! Nie powinieneś teraz odstępować odemnie na krok; ja się boję, Adamello...

14 września.

A przecież Rotunda jest o mnie zazdrosna! Zazdrosna jak o kochanego mężczyznę! Przekonała mię o tem dzisiejsza śmieszna w istocie rzeczy przygoda na Ponte Rialto.
Poszliśmy tam z Inezą w samo południe, przypatrzyć się wzmożonemu z powodu jarmarku ruchowi i obejrzeć bazary. Most roił się od przechodniów, przekupni i kupujących; zwłaszcza ciemnowłose niebieskookie mieszczanki, cittadine weneckie o powłóczystych spojrzeniach, w czarnych, żałobnych sukniach i tradycyjnych szalach i mantylach rej wodziły w rozkrzyczanem i roznamiętnionem gorączką targu zbiorowisku.
Zatrzymaliśmy się przed bazarem signor Giuliana, który głośno i z emfazą wyliczał zalety swych naszyjników. Jeden z nich z owalnych ziarn perłowej masy podobał się Inezie. Przerwałem przekupniowi potok pochwał na rzecz towaru i zapytałem o cenę. Podał ją z wyszukaną nonszalancją, oczywiście podnosząc ją momentalnie w dwójnasób. Zapłaciłem i już mieliśmy odejść, gdy wtem obok donji de Orpega wyrosła jak z pod ziemi Rotunda. Zanim zdołałem jej przeszkodzić, wyrwała Inezie z rąk naszyjnik i zniknęła ze zdobyczą w otaczającym nas tłumie. Stało się tak niespodzianie, że w pierwszej chwili wszyscyśmy oniemieli ze zdumienia. Dopiero po czasie zerwała się burza okrzyków i posypały się dosadne epitety pod adresem obłąkanej:
Ladra Rotonda! Ladra, ladra![23]
Kilka osób rzuciło się nawet w pogoń za zbiegłą. Na twarzy Inezy zbladłej z przerażenia pojawił się uśmiech.
Lasciatela! — uspokajała oburzonych — Lasciate la povera pazza! Non m’importa![24]
A potem rzekła do mnie półgłosem:
— Niechaj jej służy. W gruncie rzeczy zadowolona jestem z tego, co zaszło. Może nareszcie pozostawi nas w spokoju.

Zajście na Rialto zaniepokoiło mię na serjo i poważnie zatroskałem się o bezpieczeństwo Inezy. Tegoż jeszcze wieczora postanowiliśmy opuścić Wenecję i przenieść się na Chioggję. Zamiar nasz mieliśmy zrealizować zaraz nazajutrz po południu. Ponieważ parowiec, kursujący między Wenecją a malowniczą wyspą w południowej części laguny odjeżdżał koło piątej a żegluga trwa około dwóch godzin, spodziewaliśmy się przed nocą stanąć u celu i znaleźć tymczasowy przytułek w jednym z hoteli. Potem miałem wynająć jakąś willę od strony Adrjatyku i tam zamieszkać z Inezą.
Na układaniu planów i przygotowaniach do podróży upłynął nam wieczór i część nocy. Ineza była bardzo ożywiona i z błyszczącemi gorączkowo oczyma żegnała mię około północy. Umówiliśmy się, że przyjdę po nią nazajutrz o trzeciej i gondolą podpłyniemy do przystani w kanale św. Marka. Odszedłem z uczuciem ulgi i wkrótce zasnąłem głęboko.
Ranek dnia następnego poświęciłem załatwieniu sprawunków związanych z przeprowadzką a w południe zjadłem obiad w trattoria na Cannaregio. Gdy opuszczałem restaurację, była godzina druga. Opanowany już przez nerwicę podróży przeszedłem się parę razy po calle Vittorio Emanuele, spaliłem mnóstwo papierosów i nie mogąc doczekać się godziny trzeciej, kazałem pierwszemu z brzegu gondoljerowi zawieźć się do Inezy. Gdy podpływaliśmy pod pałac, zauważyłem u stopni debarkaderu jakąś gondolę uwiązana do jednego z błękitnych słupów. Łódka nie należała do Inezy i gondoljerem drzemiącym na ławce nie był Beppo.
— Czy senjora ma gości? — zapytałem go niechętnie.
Przewoźnik ziewnął i przeciągając się leniwe, odpowiedział z dziwnym uśmiechem:
— O tak, signora ma gościa — rzadkiego gościa.
Gdy wszedłem na stopnie, kotara oddzielająca loggję od wnętrza rozchyliła się i wyszła Rotunda. Spostrzegłszy mię, drgnęła, lecz natychmiast opanowała się i obojętna, z kamiennym spokojem na twarzy chciała mnie minąć. Zawrzałem gniewem.
— Czego tu szukasz? — zapytałem ostro. — Dlaczego włóczysz się koło tego domu?
Zbyła mię milczeniem i zeszedłszy po schodkach, wsiadła do swej gondoli. Plusnęło skrzele wiosła, sfałdowała się woda i łódź wysunęła się skwapliwie na środek kanału.
Rzuciłem się ku wejściu i odsunąwszy draperję, wpadłem do przedsionka. Tu, na posadzce pod jedną z kolumn leżała na wznak Ineza; w piersi jej wbity po rękojeść tkwił wenecki puginał. Pewną miała rękę Gina Vamparone, pewną i niezawodną: ugodziła w samo serce...

I znów jest piękne, weneckie popołudnie, słońce gra na opalowej fali i roztocz laguny skrzy się mirjadami blasków. I znów, jak dnia pierwszego, kiedy ją poznałem, odbijam od Fondamenta Nuove z moją ukochaną. I jak wtedy, płyniemy znów w tę samą stronę: ku Wyspie Cmentarnej...
Spoczywa przedemną na dnie czarnej gondoli słodka i pogodna, z uśmiechem na alabastrowej twarzy, w powodzi fiołków i białych róż — śpi cicha i królewska na rozkołysanej fali a nad nią sklepi się szafirowe niebo...
Pochylam się ku małym, w atłasowe ciżmy odzianym stopom, tulę je do ust mych i słyszę, jak poza mną, na wyżce łodzi ktoś płacze... To Beppo — nasz gondoljer...

Wenecja, lipiec r. 1927.


PRZYPADEK.
Prof. Dr. Romanowi Pollakowi
poświęca
m.

Poznali się w pociągu. Zabrzeski wracał wtedy z pogrzebu zmarłej nagle narzeczonej, okryty świeżym kirem smutku, przesiąknięty jeszcze atmosferą domu żałoby. Zaczepiła go pierwsza pod jakimś błahym pozorem. Odpowiadał zrazu niechętnie, niemal opryskliwie, zajęty myślami o tamtej. Powoli jednak przezwyciężyła wspomnienia o zmarłej i pan Kazimierz zaczął zwracać na nią uwagę. Może instynktem kobiety wyczuła przy nim bliskość anioła śmierci? Podobno róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach...
Gdy wysiadała z wagonu u celu podróży, wyraził żal swój z powodu rychłego z nią rozstania. Wtedy naznaczyła mu pierwszą schadzkę w... pociągu.
— Za trzy dni — mówiła, żegnając go czarującym uśmiechem — wracam tymsamym pociągiem do Czerska. Proszę być w oknie pociągu w Rudawie, gdzie będę wsiadała. Tylko niech mnie pan na tej stacji nie pozdrawia! Rozumie pan? Tak, jak gdybyśmy się zupełnie nie znali. Proszę też być przygotowanym na to, że mogę wracać w towarzystwie; wtedy wsiadłabym do innego przedziału.
— Lecz w takim razie zachodzi obawa, że moglibyśmy się nigdy już więcej nie spotkać — zauważył Zabrzeski, którego zaczęła interesować ta kobieta. — Jeżeli pani będzie w towarzystwie przez cały czas trwania podróży...
Na twarzy pani Łunińskiej odbił się wyraz zadowolenia.
— A przecież panu coś na mnie zależy! Gdyby było inaczej, nie okazałby pan tej chwalebnej przezorności.
— Ależ naturalnie, że mi zależy, nawet bardzo, bardzo zależy — zapewnił gorąco.
— No dobrze już, dobrze — odparła, podając mu rękę na pożegnanie. — W takim razie zobaczylibyśmy się napewno od dziś za dwa tygodnie.
— Ale gdzie?
— W pociągu — zawsze tylko w pociągu. 15 lutego pojadę znów z Czerska do Rudawy; pańską rzeczą już będzie w porę zjawić się w jednem z okien wagonu. Lecz sądzę, że zobaczymy się wcześniej; postaram się o to, by powracać sama. A zatem do miłego widzenia!
— Do widzenia! — odparł, podnosząc ku ustom jej rękę. — Do widzenia, śliczna pani! — dodał ciszej, wpatrując się zamyślony w jej rysy. — Więc w piątek?
— Tak — koło 9 rano.
I dotrzymała słowa. W trzy dni potem spotkali się znowu w pociągu osobowym, zdążającym z Będziszyna w stronę Czerska. Pani Stacha dostrzegła go zaraz w oknie jednego z wagonów na stacji w Rudawie i gdy tylko pociąg ruszył, znalazła się u jego boku, zarumieniona cudownie, przytulna, jak kotka i pełna oszałamiających uśmieszków.
Tak zawiązana znajomość miała powoli przerodzić się w stosunek zażyły, namiętny, w całem tego słowa znaczeniu „un amore appassionato“, w którym żądza przedziwnie splotła się z uwielbieniem.
Łunińska nie była kobietą wolną. Okoliczność ta dodawała jeszcze tej niezwykłej znajomości specjalnego uroku i pikanterji, lecz równocześnie kryła w sobie zarodki niebezpieczeństwa: musieli być ostrożni. Dlatego Stacha pod żadnym warunkiem nie chciała się zgodzić na schadzki poza obrębem czterech ścian przedziału; jedynie w pociągu, w samotnem, drogo przez kochanka opłaconem coupé, czuła się bezpieczną. Widywali się dwa, niekiedy trzy razy w miesiącu zawsze na tejsamej przestrzeni kolejowej między Czerskiem a Rudawą. W jaki sposób zdołała pani Łunińska upozorować przed mężem częstość swoich wyjazdów, pozostało do końca jej tajemnicą. Zapytywana o to, odpowiadała wymijająco. Więc nie nalegał.
Dla Zabrzeskiego stosunek z tą rasową, namiętną kobietą był źródłem coraz to nowszych, coraz zawrotniejszych upojeń. Od roku przeszło żył w stanie ciągłego podniecenia, w jakiejś słodkiej, purpurowej gorączce. Demonizm kochanki, jej wyrafinowanie i szatański niemal spryt w pokonywaniu przeszkód, jakie okoliczności rzucały im pod nogi, wzmagały w nim z dniem każdym nieprzeparty pociąg do Stachy, przejmując równocześnie podziwem i zachwytem bez granic. Ukradkowość schadzek na terenie niezwykłym, ten ciągły pośpiech, by zdążyć w porę, by się nie spóźnić ani na minutę, ta ustawiczna nerwica kolejowa miały urok niewysłowiony, który zanurzał całe jego jestestwo w jakiejś rozdrganej, pulsującej arterjami krwi czerwonej mgle, rozkołysywał duszę w rytm gorący, zapamiętały. Te wyczekiwania w słodkiej niepewności na dzień umówiony, te dłużące się w nieskończoność chwile tuż przed spotkaniem, te cudowne godziny, spędzane razem w szale zmysłów, w ekstazie uniesień... Zaprawdę, za rok jeden takiego szczęścia warto było oddać resztę życia...
Zabrzeski czuł, że miłość Stasi — to szczytowy punkt jego życia erotycznego, to jedna z tych najpiękniejszych awantur, które się nigdy już więcej nie powtórzą, bo są jedyne, rzadkie i wyjątkowe. Zapewne mógł jeszcze kiedyś spotkać na swej drodze niejedną kobietę, lecz to rozumiał, że żadna już nie odegra w jego życiu tej roli, co pani Łunińska. Cokolwiek łaskawa przyszłość miała mu przynieść, wiedział z góry z niezachwianą pewnością, że najświetniejszą perłę już mu złożyła w ofierze. Był zo zenit, po którym nie spodziewał się już żadnych niespodzianek. Dlatego pragnął przeciągnąć południe miłości w wieczyste trwanie, zatrzymać w miejscu nieubłagany bieg rzeczy i oddalić w perspektywę nieskończoności smutną chwilę zachodu.
Z rozkosznem drżeniem w sercu rozłamywał zawsze pieczęcie depesz, które co tygodnia przychodziły od kochanki i normowały mu życie. Tych parę słów: „Jadę w środę“, „Wracam 4-go“ lub „Dopiero za 2 tygodnie“, pogrążało go w ekstazę szczęścia lub otchłań zgryzoty. Gdy nie widzieli się przez czas dłuższy z powodu nieprzewidzianej przeszkody w ostatniej chwili lub też wskutek tego, że Łuniński towarzyszył żonie w podróży, Zabrzeski wpadał w fatalny nastrój: zaraz opadały go niby wściekłe psy najczarniejsze przypuszczenia, najdziksze domysły i szarpały nielitościwie aż do najbliższej schadzki. Lecz wtedy ona umiała zawsze w dwójnasób wynagrodzić mu dnie rozłąki i ukoić rozszalałą z goryczy tęsknotę...
Najczęściej widywali się w środy. Kilkumiesięczne doświadczenie przekonało, że był to dzień najodpowiedniejszy. Już w wigilję schadzki chodził Zabrzeski rozgorączkowany i podniecony do ostatecznych granic; znajomych w dzień ten nie przyjmował, cały oddany przygotowaniom do wyjazdu nazajutrz, pochłonięty wyłączną myślą o ukochanej. Chociaż pociąg poranny z Będziszyna, miejsca jego stałego pobytu, odchodził dopiero o siódmej rano, był pan Kazimierz na stacji już o piątej i nerwowemi krokami przechadzał się tam i z powrotem po peronie. Trapiły go zawsze te same wątpliwości:
— A jeśli ona nie wsiądzie po drodze? A jeśli przyczepi się do niej jakaś natrętna znajoma z Rudawy i pojedzie z nią razem choćby do najbliższej stacji? To byłoby fatalne!...
Najbardziej jednak niepokoiła go ewentualna zmiana konduktorów.
— Licho nie śpi — myślał nieraz, spoglądając w przestrzeń — a nuż Stogryn zawiedzie?
I z trwogą w chwili nadejścia pociągu przesuwał spojrzenie po tłumie ludzi, szukając twarzy znajomego funkcjonarjusza uśmiechniętej na poły chytrze, na poły złośliwie. Lecz Stogryn, stary, szczwany wilk kolejowy nigdy nie zawiódł. Ujęty hojnemi napiwkami, ułatwiał kochankom schadzki w iście mistrzowski sposób. Zawsze jakoś w jego „rejonie“, obejmującym trzy wozy, znalazła się ustronna „separatka“, przeznaczona do wyłącznej dyspozycji Zabrzeskiego i jego przyjaciółki. Chytry człeczyna, nie chcąc budzić podejrzeń, nie odrazu wpuszczał swego „klienta“ do upatrzonego przedziału, lecz kazał mu czas jakiś kręcić się po korytarzu, dopóki „się nie uspokoi“. Dopiero po ruszeniu pociągu, gdy fala świeżo przybyłych „gości“ rozlała się po wagonach i opróżniła kuluary, otwierał Stogryn zarezerwowane coupé i zamykał je za Zabrzeskim na cztery spusty. Usłużność swą posunął konduktor z czasem do tego stopnia, że na stacji w Rudawie lub Czersku, zależnie od tego, gdzie Łunińska wsiadała, sam wskazywał jej „właściwy“ wagon i miejsce. Jednem słowem Stogryn w roli „messagero dell’amore“ był niezrównany: otoczeni jego życzliwą opieką kochankowie oddawali się rozkoszom miłości z zupełną swobodą.
Jedynym ciemnym punktem na horyzoncie była krótkość czasu: mogli spędzać razem bez przerwy zaledwie 4 godziny; chociaż bowiem umyślnie wybierali zawsze pociąg osobowy, który wlókł się na tej przestrzeni w dość leniwem tempie, mimo to wystarczał ten krótki, zbyt krótki dla nich przeciąg czasu do pokonania przestrzeni między Rudawą a Czerskiem. Lecz właśnie ta urywkowość wrażeń, ten ciągły niedosyt upojeń, na jaki byli skazani, zaostrzał jeszcze bardziej wzajemną sympatję, podsycając ustawicznie niezaspokojony głód szczęścia.
W Czersku, o ile tura była powrotną, wysiadała Stacha naturalnie sama, a p. Kazimierz jechał jeszcze o jedną stację dalej i tutaj dopiero opuszczał coupé d’amour, by po paru godzinach powrócić pospiesznym do Będziszyna. Zwykle w tydzień lub 10 dni potem, o ile nie nadszedł telegram odwołujący, jechał Zabrzeski do Tulczyna, pierwszego przystanku za Czerskiem, spędzał tu noc w jakimś hoteliku, a nazajutrz rano w drodze powrotnej spotykał w pociągu swoją jasno-włosą kochankę, która towarzyszyła mu aż do Rudawy.
Tak upłynął rok wśród niezamąconej niczem pogody, niezapomniany rok szczęścia i miłosnego szału. Wbrew obawom Stachy, namiętność Zabrzeskiego zdawała się wzrastać i potężnieć z każdym miesiącem. Opętała go zupełnie urodą trzydziestoletniej, bujnie w południe życia rozkwitłej kobiety. Szedł od niej czar, który związał jego męską wolę i rzucił jej pod stopy — pod te śliczne, drobne stopy, które tak namiętnie tulił do ust. Po każdej schadzce odkrywał w niej nowe ponęty; była bowiem, jak żywioł: wciąż inna. Zwłaszcza oczy. Ogniste, ciemno-szafirowe zmieniały się ustawicznie; drzemała w nich tęsknota stepów, palił się żar wschodniej hurysy lub mroczyła się chłodna, wyniosła zaduma Westalki. Zdumiewało go jej wyrafinowanie erotyczne.
— Kto cię tego nauczył? — pytał nieraz oszołomiony bujnością jej fantazji miłosnej. — Czy mąż?
Stacha odymała pogardliwie soczyste, podobne do rozkrojonego granatu wargi:
— On?! Ten solidny, wyzuty zupełnie z wyobraźni pan? Też przypuszczenie!
— Więc chyba dużo czytałaś? No, przyznaj się — nastawał, wodząc ustami po jej cudnej szyi.
Ściągała niecierpliwie królewskie łuki brwi:
— Nudny jesteś dzisiaj Kazik; sprawiasz czasem wrażenie pedanta. Czyż nie prościej przypuścić, że wszystko rozwinęło się u mnie samorzutnie w skwarze prawdziwej miłości?
Oplótł jej kibić ramieniem i szeptał:
— Stacha! Czy być może? Więc to ja, ja dopiero rozpętałem w tobie ten czarujący huragan, który przepala nam dusze i ciała w rozkosznej męce? Więc to dzięki mnie dopiero dojrzał w tobie ten dziwny, egzotyczny kwiat, którego wonią poję się aż do zatraty zmysłów? O jakżeś piękna, przyjaciółko moja, o jakżeś piękna!
I tulił głowę do jej kolan w pokorze uwielbienia...
Mimo kilkakrotnych prób, nie udało mu się nakłonić jej do ucieczki lub przynajmniej do zerwania z mężem.
— Czy chcesz pozbawić mnie uroku, jaki ma dla mnie właśnie ukradkowość naszego stosunku? — odpowiadała mu zawsze w takich razach. — Lubię hazard. Kto wie, czy, zostawszy twoją żoną, nie przestałabym cię kochać?
— Jesteś straszliwie zepsuta, Stasiu — moralizował z uśmiechem Zabrzeski.
— Do szpiku kości — odcinała się, przegarniając mu dłonią bujną, czarną czuprynę. — Lecz co ci to właściwie szkodzi?
— Chcę cię mieć wyłącznie. Nie lubię z nikim dzielić się miłością. Przecie ty go chyba nie kochasz? Więc, jak możesz żyć z nim pod jednym dachem?
— Tak, nie kocham go, lecz nie chcę z nim zrywać. Nie nalegaj, Kazik, dłużej, bo się pogniewamy.
I na tem zwykle kończyły się wszelkie zakusy kochanka w tej sprawie. Łunińska była pod pewnemi względami kobietą nieugiętą i umiała przeprowadzić swą wolę. Zabrzeskiego drażnił ten upór, wobec którego czuł się bezsilnym, jak dziecko.
— Może ona chce nas obu trzymać w szachu? — myślał, analizując stosunek. — Może obaj, i ja i jej mąż, jesteśmy tylko łątkami jej kaprysu, któremi bawi się wedle upodobania? A jednak ten Łuniński wydaje mi się człowiekiem z charakterem i mimo wszystko, co ona o nim mówi, osobnikiem nieprzeciętnym. Hm... dziwna kobieta...
I odtwarzał w myśli śmiały, męski profil rywala, o pięknie zakrojonym orlim nosie i dumnem, wysokiem czole. Obserwował go nieraz ukradkiem z okna wagonu na stacji w Czersku, gdy wychodził na spotkanie żony lub gdy ją żegnał w chwili odjazdu. Ta twarz jasna, otwarta, z dobrym, trochę smutnym uśmiechem na ustach, te oczy siwe, jakby zapatrzone wdal, dawały mu dużo do myślenia.
— Skończenie piękny człowiek — przyznawał w duchu, chcąc być bezstronnym w sądzie o mężu kochanki. — No i przypuszczam też, dzielny człowiek. Może tylko dla niej trochę za stary; wygląda co najmniej na lat 45. Zresztą sprawia wrażenie gentleman’a w całem tego słowa znaczeniu. Musi być do niej ogromnie przywiązany; wita ją zawsze tak serdecznie i tak mu na jej widok rozjaśniają się nagle te zamyślone oczy. Przypuszczam, że nie zgodziłby się tak łatwo na utratę Stachy. Może ona to przeczuwa i dlatego boi się stanowczego kroku?...
Lecz z temi domysłami nie zdradzał się przed panią Łunińską, która wogóle w ostatnich czasach coraz niechętniej mówiła o mężu, widocznie unikając rozmowy na temat swego z nim pożycia.
Aż zaszło coś, co mimowoli skierowało uwagę obojga w tę stronę. Było to 15 czerwca, niespełna półtora roku po zawarciu znajomości. Nie wiadomo, dlaczego Zabrzeskiemu utkwiła ta data głęboko w pamięci.
Jechali od dwóch przeszło godzin w stronę Rudawy, jak zwykle izolowani od reszty podróżnych, rozkochani w sobie, szczęśliwi... W jakiejś chwili Stacha wysunęła mu się z objęć i zaczęła nasłuchiwać.
— Ktoś przeszedł korytarzem i zatrzymał się przed naszem coupé — szepnęła, wskazując ruchem głowy oszklone drzwi, wiodące do przedziału.
— Zdawało ci się — uspokajał ją równie zniżonym głosem — a zresztą każdemu wolno zatrzymać się na korytarzu.
— Może nas podgląda?
— Daremny trud, drzwi są szczelnie zasłonięte.
— Muszę się przekonać, kto to taki.
I ostrożnie odsunąwszy rąbek firanki, wyjrzała przez szparę na korytarz. Lecz niemal w tejże chwili śmiertelnie blada cofnęła się od okna w głąb przedziału.
— Co tobie, Stasiu?
Nie odpowiadała czas dłuższy, utkwiwszy przerażone oczy w drzwi. Wkońcu, tuląc się drżąca do jego piersi, wyszeptała:
— Henek stoi w korytarzu.
— To niemożliwe; sam widziałem, jak w momencie odjazdu z Czerska mąż twój wchodził do biura stacyjnego. Śledziłem dobrze jego ruchy; gdyby był wskoczył w ostatniej chwili do pociągu, byłbym to niewątpliwie zauważył. Przywidziało ci się, Stacha.
— Nie, nie — upierała się — to on, napewno on.
— A więc przekonam się naocznie; wyjdę i przypatrzę mu się dokładnie. Męża twego znam dobrze z widzenia i poznałbym go wszędzie na pierwszy rzut oka.
Zatrzymała go, chwytając kurczowo za ramię:
— Chcesz mnie zgubić?
— Dlaczego? Bądźże rozsądną, Stasiu! Przecież on mnie zupełnie nie zna; nigdy w życiu nie widział mej twarzy. No, puśćże mnie i nie bądź dzieckiem!
I łagodnie, choć stanowczo, oswobodziwszy rękę z jej nerwowego uścisku, wyszedł, zamykając za sobą szczelnie drzwi.
Na korytarzu spostrzegł przy jednem z okien mężczyznę, łudząco podobnego do Henryka Łunińskiego; te same rysy, te same zamyślone oczy; tylko strój jego zwyczajny, spacerowy, wykluczał identyczność z mężem Stachy, który w chwili odejścia pociągu był w mundurze urzędnika kolejowego. Nieznajomy zdawał się nie zwracać nań najmniejszej uwagi. Na odgłos otwieranych drzwi nie drgnął i nie zmienił pozycji: stał wciąż, oparty ramieniem o ścianę wozu i zapatrzony w przestrzeń poza oknem, palił spokojnie cygaro.
Zabrzeski postanowił zaczepić go. Wyjął z puzderka papieros i przystąpiwszy do towarzysza podróży, zwrócił się doń z lekkim ukłonem:
— Czy nie mógłbym prosić szanownego pana o „ogień“?
Nieznajomy ocknął się z zamyślenia i spojrzał nań przytomnie.
— Służę panu — odpowiedział grzecznie, strzepując popiół z cygara.
I wtedy Zabrzeski ze zdumieniem stwierdził szczególną zmianę w wyrazie jego twarzy: przed nim stał w tej chwili zupełnie inny człowiek, który nie miał nic wspólnego z Łunińskim.
— Dziękuję — odparł, pokrywając zdumienie wymuszonym uśmiechem.
I zaciągnąwszy się parę razy dymem z papierosa, wrócił do Stachy. Zastał ją wtuloną w kąt przedziału z wyrazem śmiertelnego niepokoju w oczach.
— To jest stanowczo ktoś inny — uspokoił ją, wchodząc do wnętrza. — Zresztą, jeżeli nie wierzysz, popatrz sama z poza firanki. Ten człowiek wciąż jeszcze stoi na korytarzu.
Posłuchała z ociąganiem się i ostrożnie wyjrzała. Po chwili uspokojona zupełnie, zwróciła się z uśmiechem ulgi do kochanka:
— Masz słuszność. To jest ktoś inny. Jak ja mogłam wogóle choćby przez chwilę wziąć go za Henka? Cha, cha, cha! Zabawne „qui pro quo“!
— Przywidziało nam się obojgu. Głupstwo. Takie pomyłki zdarzają się nieraz.
I złączyli się w długim, przeciągłym pocałunku.
W miesiąc później w chwili wysiadania na stacji w Rudawie wydała pani Łunińska nagle okrzyk przerażenia. Wśród grupy pasażerów u stopnia wagonu powstało zamieszanie. Parę osób otoczyło przestraszoną kobietę, pytając o powód. Z głębi korytarza nadbiegł Zabrzeski, zapominając o zwykłych środkach ostrożności. W tej chwili wysunął się z gromadki podróżnych jakiś wytworny pan z walizką w ręku i z ukłonem zwrócił się do Stachy:
— Łaskawa pani czegoś się przelękła, nieprawdaż? Zapewne nerwowe wyczerpanie wskutek podróży? Może podać wody?...
I już chciał zawrócić ku dworcowi, by poprzeć czynem swą propozycję, gdy Łunińska energicznym ruchem ręki wstrzymała go od zamiaru:
— Dziękuję panu. Już przeszło. Chwilowy zawrót głowy. Dziękuję panu.
I rzuciwszy spojrzenie w stronę Zabrzeskiego, który właśnie w tej chwili ukazał się w drzwiach wagonu, odeszła spokojna już ku peronowi. Nieznajomy mężczyzna zgubił się gdzieś w tłumie pasażerów.
Gdy w tydzień potem Zabrzeski odprowadzał ukochaną do domu, dowiedział się, że przyczyną jej przestrachu było nagłe wyłonienie się z grupy podróżnych jakiejś męskiej twarzy, uderzająco podobnej do Łunińskiego. Lecz na szczęście trwało to tylko moment; gdy nieznajomy przemówił, przykre przywidzenie natychmiast się rozwiało.
— Rzecz szczególna — zauważył Zabrzeski po wysłuchaniu wyjaśnień Stachy. — Twarz tego pana obserwowałem bacznie, gdy do ciebie mówił, lecz w niczem nie przypominał mi twego męża.
— Masz rację; w chwili, gdy usłyszałam dźwięk jego głosu, złudzenie prysło. Wiesz, mam wrażenie, że w twarzy jego zaszła w owej chwili momentalna przemiana, podobna do tej, o jakiej mi wspominałeś miesiąc temu — pamiętasz? — wtedy na korytarzu?
— Być może. W każdym razie dość dziwne powtórzenie. Lecz zdaje mi się — nie był to ten sam osobnik, w którym przywidział nam się twój mąż po raz pierwszy.
— O, nie! Napewno nie. Tamten był znacznie wyższy. Zresztą twarze obu po zajściu metamorfozy były zupełnie różne.
— Tak, tak — tem dziwniejsza. To byli dwaj całkiem różni ludzie, którzy zapewne nic o sobie nie wiedzą. Hm... szczególne, szczególne...
Pan Kazimierz zamyślił się. Mimo wybuchów wesołości Stachy, nie mógł dnia tego opanować uporczywej zadumy, która wciąż przychodziła nań w ciągu rozmowy...

Od ostatniego zajścia upłynęły trzy tygodnie. Horyzont miłości wypogodził się i nastało złote, nagrzane słońcem południe. W któryś piękny, sierpniowy wieczór wracali znowu razem do Czerska. Stasia była dnia tego czulszą jeszcze i bardziej oddaną, niż zwykle. Jakiś głęboki liryzm drgał w jej namiętnych słowach i wił się motywem przewodnim poprzez miłosne pieszczoty...

Na pożegnanie wręczyła mu swoją gabinetowa fotografję, zdjętą przed paru dniami.
— Umyślnie ubrałam się w tę czarną, dżetową suknię, w której tak mnie lubisz. Wyglądam w niej trochę po staroświecku, lecz, że tak sobie życzyłeś...
Zamknął jej usta pocałunkiem.
— Dziękuję ci, Stacha, ty cudna, ty jedyna, ty moja pani nieporównana!...
W parę minut potem wysiadała już z pociągu. Na stacji, jak zwykle, czekał już mąż. Ukryty za ścianą wagonu, śledził Zabrzeski zazdrosnem okiem ich powitanie. Łuniński pocałował żonę w czoło, lecz zamiast podać jej ramię i odprowadzić do domu, wyjął z kieszeni jakiś papier i, wskazując ręką w stronę Tulczyna, coś jej żywo tłumaczył. Na twarzy Stachy odbił się wyraz zdumienia i niepokoju; spojrzała parę razy ukradkiem w kierunku wagonu i usiłowała odwieść męża od jakiegoś zamiaru. Lecz słowa jej widocznie nie odniosły skutku, bo Łuniński potrząsał tylko głową w sposób przeczący i parę razy uderzył ręką po wydobytej z kieszeni plice papierów. Wkońcu, gdy już zaczęły naglić gwizdy konduktorskich świstawek, uścisnął raz jeszcze żonę i szybko zaczął zmierzać ku pociągowi...
Zabrzeski drgnął: przypadkiem, czy naumyślnie skierował Łuniński swe kroki ku wagonowi, z którego przed chwilą wysiadła jego żona. Przyszła myśl chyża, jak piorun.
— Wracaj do przedziału!
Spojrzał raz jeszcze w stronę Stachy, która z niepokojem obserwowała z peronu ruchy męża, poczem odsunął drzwi od swego coupé i wszedł do wnętrza w chwili, gdy tamten wskakiwał na stopień wozu. Równocześnie zabrzmiała trąbka i pociąg ruszył.
Zabrzeski wsparł się wygodnie o polstrowanie siedzenia i przymknął znużone powieki. Po jakimś czasie ktoś otworzył drzwi przedziału i wszedł.
— To on! — zaświtała myśl pewna, jak oczywistość. Lecz nie otworzył oczu i udawał, że drzemie w dalszym ciągu. Słyszał tylko, jak ów ktoś zajął miejsce naprzeciw, jak wyjął papierośnicę i zapalił cygaro.
— Zabawne spotkanie! — pomyślał, rozchylając lekko powieki, by przez wąską ich szparę stwierdzić słuszność domysłu. — Tak — to on. Cha, cha! Przed chwilą żona, teraz mąż. Niespodzianka!
Naprzeciw siedział istotnie Łuniński w mundurze inspektora kolejowego i palił cygaro, patrząc obojętnie przez okno.
— Nie zwraca na mnie wcale uwagi — pomyślał Zabrzeski. — Ani nie przypuszcza, z kim jedzie.
Sytuacja wydała mu się arcykomiczną. Lecz wciąż jeszcze trzymał oczy przymknięte i głowę lekko odchyloną na wezgłowie, by go w tej pozycji lepiej obserwować z pod opuszczonych rzęs.
— Jaki on spokojny! — snuł dalsze ogniwo myśli. — Jak gdyby nigdy nic. Smutny, ale spokojny. Nie przeczuwa nic. A jednak — a jednak tamte dwa zdarzenia świadczyłyby o czemś wprost przeciwnem. To dwukrotne przywidzenie Stachy, z których jedno i mnie się udzieliło, nie wydaje mi się rzeczą przypadku? Kto wie, co się z nim w owych chwilach działo?... A to dzisiejsze przypadkowe z nim spotkanie wygląda mi na ciąg dalszy tamtych dwóch historyj. Można tu wyczuć pewne jakby stopniowanie. Powiedziałbym, że Łuniński powoli, choć podświadomie zbliża się do odkrycia strasznej dla niego prawdy. Najpierw wysunął tylko, niby macki, myśl swą udręczoną — szukał i znalazł — lecz nie zaczepił: zachował się biernie; nie popatrzył żonie w oczy tam — na korytarzu. To mu oczywiście nie wystarczyło. Więc zaatakował ją wprost powtórnie na stacji w Rudawie, u stopni wagonu w osobie tego nieznajomego pana z walizką... A dziś — jedzie ze mną w tym samym przedziale. Ciekawe, co z tego wyniknie!...
I otworzył oczy. Łuniński patrzył wciąż przez szybę na przesuwające się za nią pola, obrzeżone hen, hen, na krańcach modrzejącą linją lasów. Zdawał się głęboko zamyślony, bo przestał nawet podnosić ku ustom cygaro, na którego końcu wykwitł tymczasem gruby grzyb popiołu. Zabrzeskiego zdjęła nagle szalona chęć zaczepienia tego człowieka pod jakimkolwiek pozorem. Chciał koniecznie zamienić z nim słów parę i poznać cel jego niespodzianej podróży. Wyjął więc papieros, włożył w usta i zaczął udawać, że szuka napróżno zapałek. Tamten nie zwracał na to żadnej uwagi, zatopiony w obserwacji krajobrazu. Wtedy postanowił zaatakować go wprost. Powstał i z grzecznym ukłonem zapytał:
— Czy nie mógłbym prosić szanownego pana o ogień?
Łuniński oderwał oczy od szyby i spojrzał uważnie na towarzysza podróży.
— Proszę — odparł po chwili, podając mu cygaro.
— Dziękuję i przepraszam za przerwanie toku rozmyślań.
Tamten uśmiechnął się blado i zmarszczył czoło, jakby coś sobie przypominając.
— Rzecz szczególna — odpowiedział z namysłem — mam wrażenie, żeśmy się już raz gdzieś w życiu widzieli.
Zabrzeski zdziwił się:
— Prawdziwie, nie mogę sobie przypomnieć.
— Hm... i moje wspomnienie jest mętne i jakby zatarte. Zdaje mi się, że niedawno ktoś do pana bardzo podobny w zupełnie tensam sposób i to w pociągu „pożyczał“ sobie odemnie „ognia“. Sytuacja obecna wydaje mi się dosłownem powtórzeniem jakiejś innej, którą raz już przeżyłem i to jakby niedawno.
Zabrzeski nie spuszczał zeń oczu.
— Może we śnie widział pan twarz, podobną do mojej. Zdarza się nieraz, że takie senne pierwobrazy powtarzają się, względnie realizują potem na jawie.
— Być może — przyznał Łuniński, wpatrując się uważnie w rysy rywala — być może, że śniłem...
— Nie jest też wykluczone zjawisko t. zw. „fałszywego rozpoznania“, obserwowane dość często u osób wrażliwych i hypernerwowych. „Powtórzenie sytuacji“ w tych wypadkach jest pozorne i wynika z intensywności przeżycia, które momentalnie przesuwa się w perspektywę przeszłości i rejestruje na ekranie pamięci, jako rzecz, dawno już przeżyta.
— Nie sądzę — rzekł Łuniński — przynajmniej w tym wypadku. Tu chyba nie można mówić o intensywności przeżycia, tak w istocie swej błahego.
— Ma pan rację. Więc...
— Więc chyba śniłem... Hm... to dziwne jednak, poco i dlaczego? Co nas obu może łączyć ze sobą?
Zabrzeski pochylił się, by ukryć uśmiech, który przewinął mu się po wargach.
— Zresztą można czasem śnić i na jawie — wtrącił niby od niechcenia.
— Na jawie? Nie rozumiem. Chyba użył pan tego wyrażenia w znaczeniu przenośnem?
— Bynajmniej. Miałem na myśli pewien specjalny stan psychiczny na pograniczu między snem a jawą.
Łuniński poruszył się niespokojnie. Jego smutne siwe oczy spoczęły na Zabrzeskim z wyrazem zdumienia i ukrytego lęku.
— W każdym razie musiałby to być jakiś stan anormalny? — zapytał z wahaniem.
— Niewątpliwie. Wywołać go może zbytnie nasilenie myśli lub nadzwyczajne napięcie uczuciowe.
W tej chwili pociąg, który w ciągu ostatnich słów rozmowy zwolnił biegu, zatrzymał się przed stacją.
— Tulczyn! — przesiąkł z poza okna głos konduktora. — Tulczyn!...
Zabrzeski odruchowo zerwał się z miejsca i sięgnął po walizkę. Był u celu podróży. Tutaj zwykle wysiadał, by po spędzeniu nocy w nędznym, prowincjonalnym hoteliku wrócić nazajutrz rannym pociągiem do domu.
— Pan już wysiada? — zapytał Łuniński.
— Właściwie jestem na miejscu; mam bilet do Tulczyna.
Zawahał się. Ogarnęło go niezdecydowanie. Przyszła nagle myśl, że, gdy teraz wysiądzie, „spotkanie“ nie będzie miało właściwie żadnego „sensu“. Rozumiał, że, jeżeli teraz usunie się z drogi, całe to zdarzenie zapowiadające się tak interesująco spełznie na niczem i „zrobi fiasko“. W momencie rozstrzygającym zrodziła się demoniczna chętka, by nie dopuścić do zbanalizowania nastręczonej przez dziwny przypadek sytuacji. Zresztą nie chciał „uciekać“. Jego duma nie pozwalała na to. Zdjął kapelusz, umieścił walizkę z powrotem w siatce i zajmując poprzednie miejsce, oświadczył spokojnie zdumionemu trochę jego ruchami inspektorowi:
— Zmieniłem zamiar i jadę do stacji końcowej na tej linji. W tej chwili przypomniałem sobie właśnie, że muszę być jeszcze w tym tygodniu we Wrębach.
— Ah, tak — przyznał rację tamten — oczywiście należy wyzyskać sposobność, jeśli się już jest na tej przestrzeni. Musi pan tylko zgłosić dopłatę konduktorowi.
— Drobnostka. Zresztą — dodał z uśmiechem — nie lubię przerywać rozmowy, która mnie zajęła.
Łuniński skłonił się uprzejmie:
— Jestem szanownemu panu wielce zobowiązany za dotrzymywanie mi w dalszym ciągu towarzystwa. Temat przez nas poruszony i mnie nadzwyczajnie zainteresował. Ponieważ jadę aż do Leszna, sądzę, że czasu będzie dość do dokładnego roztrząśnięcia problemu.
— O, aż nadto — zapewnił Zabrzeski, zapalając świeżego papierosa.
Tymczasem pociąg ruszył w dalszą drogę. Przed oczyma jadących zaczęły rozwijać się pierwsze akordy gór.
— Przypuszczam — podjął rozmowę mąż Stachy — że ów stan anormalny, o którym pan wspomniał, nie jest połączony z pełną świadomością danego osobnika.
— Naturalnie, jak wogóle przy każdem choćby tylko częściowem rozszczepieniu jaźni.
— Więc zachodzi tu pewne rozszczepienie?
W pytaniu Łunińskiego drgał ton jakby obawy.
— Ależ tak — to zupełnie jasne — podtrzymywał złośliwie swe zdanie Zabrzeski. — Proszę wyobrazić sobie, że ktoś, opanowany jakąś wyłączną myślą, „wybiera się“ duchem swym, że się tak wyrażę, „na zwiady“.
Łuniński oparł ciężko rękę o ramę okna i podniósłszy się z miejsca, pochylił się twarzą ku twarzy przeciwnika. W oczach jego przed chwilą zamyślonych, czaił się teraz strach przed czemś nieznanem i jakby tłumiony gniew.
— „Na zwiady“ powiedział pan? Jakież to „zwiady“ miał pan na myśli?
Zabrzeski uśmiechnął się z przymusem:
— Nie wiem. Mówimy przecież w ogólnikach: teoretyzujemy. To zależy od treści myślowej odnośnego indywiduum.
— No, tak — odetchnął z ulgą Łuniński. — Przepraszam pana; wziąłem rzecz zbyt osobiście. Ale ma pan tak suggestywny sposób rozsnuwania swych poglądów i przemawia Pan stylem tak dosadnym...
— Ależ bagatela, panie inspektorze — uspokajał go pół drwiąco, pół zagadkowo uśmiechnięty rywal — mogę być tylko dumny z osiągniętego wrażenia.
Zaciągnął się dymem z papierosa i spuściwszy ramę okna, wyrzucił niedogarek. Sytuacja zaczęła być zajmującą. Bawiła go ta gra w ciuciubabkę z nieprzeczuwającym nic przeciwnikiem. Odczuwał złośliwą radość na myśl, że igra bezkarnie z tym człowiekiem, z którym musi dzielić miłość Stachy. Cały urok zabawy polegał właśnie na tem, że mógł w każdej chwili, jak ślimak, wciągnąć w siebie zbyt już natarczywie wystawione rogi, by po czasie znów dżgnąć przeciwnika zatrutem żądłem przypuszczeń. A tamten jakby naumyślnie wystawiał się na wciąż nowe ciosy.
— A jakiż cel mogą mieć owe pańskie przeszpiegi? — podtrzymywał w dalszym ciągu temat.
— Zwiady — poprawił go grzecznie, uśmiechając się Zabrzeski.
— Mniejsza o nazwę. Otóż jakie, zdaniem pańskiem, mogą być zamiary takiego psychicznego rekonesansu?
— To znów zależy od okoliczności, które go wywołały. Może ktoś chcieć wytropić wroga, wyśledzić ruchy osoby, na której mu szczególnie zależy lub...
Tu zawahał się na chwilę niepewny, czy zadać cięcie odrazu, czy też zachować na później.
— Lub co? — nalegał Łuniński.
— Lub ostrzec kogoś w porę, ewentualnie zagrozić mu.
— A to w jaki sposób?
— Sposoby bywają rozmaite — mówił wolno coraz spokojniejszy Zabrzeski. — Można w kimś wzbudzić głuche a nieokreślone przeczucie przed czemś grożącem lub jeżeli środek nie skutkuje, wywołać chwilowe przywidzenie lub rodzaj momentalnej wizji za pośrednictwem osoby trzeciej.
— Nie rozumiem.
— Można własną maskę nałożyć chwilowo na twarz cudzą i w ten sposób objawić się komuś, na kim mocno zależy.
Przeciwnik zbladł, jak płótno.
— Czy coś podobnego jest możliwem? — wyszeptał, przecierając drżącą dłonią czoło.
— Najzupełniej — zapewnił Zabrzeski. — Przytem cały ten proces może odbyć się całkiem podświadomie; wywiadowca może o swoim czynie psychicznym nic nie wiedzieć. Niemniej cel swój osiągnął: ostrzegł, zagroził lub odstraszył.
Łuniński utopił błędne spojrzenie w twarzy kochanka swej żony.
— Skąd pan może wiedzieć o tem wszystkiem? — szeptał na pół przytomny. — Mówi pan do mnie rzeczy tak dziwne i tak mnie obchodzące... Chwilami zdaje mi się, że budzi pan we mnie drzemiące od pewnego czasu senne majaki, cuci je, ożywia, wlewa w nie krew tętniczą... chwila jeszcze... chwila — a przyobleką się w ciało...
Przeciągnął ręką po czole, które sfałdowało się w głębokie, bolesne brózdy. Jakaś myśl przykra, męcząca znać, lęgła się pod czaszką i dobijała do świadomości. Zabrzeski przezornie przyłożył chłodne ostrze lancetu do wątłej jeszcze tkanki i zniszczył niebezpieczną zaródź.
— Jestem z zawodu psychjatrą — skłamał bez zająknienia — zagadnienia, które roztrząsamy, z natury rzeczy muszą mnie interesować. Dość dużo czytałem w tej materji. Przytem codzienna praktyka wyrabia sprawność w tym kierunku. Rutyna, panie inspektorze, rutyna zawodowca.
— Szczególne spotkanie — rzekł półgłosem, jakby do siebie Łuniński.
Rozmowę przerwało wejście konduktora. Spostrzegłszy przełożonego, funkcjonarjusz oddał mu należny ukłon, poczem zwrócił się trochę zdumiony do cywilnego gościa:
— Pan nie wysiadł w Tulczynie?
— Pan doktor — wyręczył go w odpowiedzi Łuniński — jedzie dalej aż do Wrębów i zgłasza dopłatę.
— Wszystko w porządku — odparł Stogryn, przykładając rękę do czapki — zaraz obliczę należytość i wystawię bilet.
W parę minut potem znów pozostali sami. Inspektor zdjął płaszcz i rozpiął parę guzików przy obcisłej urzędowej bluzie.
— Gorąco tu, jak w łaźni — tłumaczył się, pochylając twarz ku oknu, by zaczerpnąć powietrza.
— Rzeczywiście — przyznał towarzysz. — Lepiej może było jechać w stroju cywilnym; mundur zbyt krępuje swobodę ruchów.
— Niestety. Nie mogłem inaczej. Jadę w sprawie urzędowej.
— Ah, tak.
— Przykra misja — objaśnił po chwili. — Jako rzeczoznawca, muszę wydać opinję w sprawie niebezpiecznego sabotażu, który zdarzył się wczoraj pod Lesznem.
— Istotnie niemiła historja.
— Tem bardziej, że poza sprawcą głównym stoi, zdaje się, kilku innych i to prawdopodobnie sami kolejarze. Wśród funkcjonarjuszy stacyjnych podobno nastrój dla władz nader nieprzychylny.
— Należy być ostrożnym — zauważył Zabrzeski.
Tamten uśmiechnął się:
— Damy sobie radę. Lecz ostrożność nie zawadzi. Na wszelki wypadek wziąłem z sobą broń. Może pan zechce przypatrzyć się bliżej temu bawidełku?
I wyciągnąwszy ze skórzanego olstra ślicznie inkrustowaną krócicę, podał ją do oglądnięcia.
— Przepyszna broń! — pochwalił ze szczerem uznaniem rywal, biorąc pistolet do ręki.
— Co za robota! Co za wykończenie!
— Pamiątka rodzinna — objaśniał zadowolony z pochwał właściciel. — Rękojeść sięga podobno czasów wyprawy wiedeńskiej, armaturę kazał później przerobić mój ojciec.
Zabrzeski okiem znawcy oglądał części składowe.
— Istne cacko! — unosił się w dalszym ciągu. — Co za bajeczne okładki!
I z lubością przesuwał palce po gryfie z kości słoniowej, inkrustowanej perłową masą.
— Ostrożnie! — ostrzegł nagle Łuniński. — Nabity!
— Proszę być spokojnym — zapewnił tamten, badając wylot. — Umiem obchodzić się z bronią. Pi, pi! Świetna cyzelatura!
Właśnie wtedy pociąg zwolniwszy biegu, wjechał w las. W czworokąt otwartego okna, wpadły smukłe sylwety brzóz, ważkie, barczyste dębów i białe trzony olch. Słodki, sierpniowy zachód całował ich szczyty...
Zabrzeski podniósł na chwilę oczy i zanurzył zamyślone spojrzenie w gęstwę drzew. Wtem zwrócił jego uwagę jakiś duży ptak, który na rozpostartych szeroko skrzydłach leciał brzegiem lasu; jakby współzawodnicząc z pociągiem. W Zabrzeskim odezwała się nagle namiętność myśliwca i chęć popisania się swą zręcznością przed rywalem.
— Widzi pan tego jastrzębia? — zwrócił się ku inspektorowi, równocześnie podnosząc ku oknu krócicę.
— Co pan zamierza? — zapytał Łuniński, chwytając go za rękę. — Z pociągu nie wolno strzelać! Zrobi się awantura. Możemy mieć grube nieprzyjemności.
Lecz tamten jakby nie słysząc, naciskał już sprężynę.
— Panie! — protestował inspektor. — Ja na to pozwolić nie mogę!
I usiłował wydrzeć mu broń z ręki. Wśród szamotania się, jakie stąd wynikło, lufa krócicy skręciła się o fatalny kąt. Wtedy padł strzał...
Na twarzy Zabrzeskiego zaświtał niby uśmiech, niby zdumienie i nagle wypuszczając z palców pistolet, bez słowa, bez jęku zwalił się wstecz na poduszki siedzenia.
— Co to panu? — zawołał zmienionym głosem Łuniński. — Pan ranny?
I rzucił się ku niemu, by zatamować krew, która wąską strugą sączyła się po kamizelce. Wtedy spostrzegł wystającą z wewnętrznej kieszeni jego żakietu fotografję Stachy... Ból ostry, przenikliwy zatargał nim do posad i skrzepł gdzieś zmrożony momentem grozy. Utopił spojrzenie szalone od gniewu i męki w twarzy rywala....
Lecz ten już mu na nie nie odpowiedział — znieruchomiałe oczy jego zaszły już od chwili bielmem śmierci.



POJEDNANIE.
Kochanemu Koledze, Ant. Haluzie
poświęca
m.

Pożycie małżenskie Łunińskich psuło się z tygodnia na tydzień. Od czasu tragicznego wypadku w przedziale, którego ofiarą padł Zabrzeski, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa kochanek Stachy, rozdźwięk między małżonkami pogłębiał się niemal z dniem każdym i zerwanie stawało się rzeczą nieuniknioną.
O tem, że Stacha zawiniła, Łuniński nie wątpił; fotografja jej dzięki kaprysowi przypadku znaleziona w żakiecie Zabrzeskiego była tego druzgocącym dowodem. Zresztą ona nie usiłowała się nawet bronić: milczała uparcie i wyniośle. Gdy w tydzień po wypadku przywdziała żałobę, zagroził rozwodem i skandalem. Wiadomość przyjęła spokojnie, z uśmiechem na ustach — tych ustach kochanych, tych ustach okrutnych, z których spijał niezmąconą niczem rozkosz przez lat parę...
Dlaczego go zdradziła? Dlaczego? Zaco?!... Wszak nie miał kochanek, nie hulał, nie zostawiał jej samej na długie dnie, godziny. Nawet i to, że nie mieli dzieci, nie było jego winą. Wiedziała o tem doskonale i nie mogła mu z tego powodu czynić żadnych wyrzutów. Więc dlaczego? Dla kaprysu? Dla dogodzenia zmysłom i żądzy zmiany, nowości?... Dlaczego w takim razie nie zerwała z nim otwarcie, nie oświadczyła mu wręcz, że się jej sprzykrzył i że kocha innego? Wszak mogła i nadal wieść życie wygodne i niezależne; znaczny majątek rodzinny, który otrzymała w posagu, pozwalał na to w zupełności. Więc kryła się przed nim ze swem wiarołomstwem z innych widocznie powodów. Ale jakich? Jakich? Byłażby naturą tak wysoce przewrotną, że znajdowała rozkosz w tajeniu cudzołożnego związku?
Henryk Łuniński gubił się w domysłach. To pewna, że stosunek z Zabrzeskim musiał trwać już od dłuższego czasu, już na wiele, wiele miesięcy przed fatalnym epilogiem w przedziale. Świadczył o tem chłód, z jakim przyjmowała od pewnego czasu jego pieszczoty, ów dojmujący chłód, którym wiało od całej jej uwielbianej a tak dalekiej mu postaci...
A potem przyszły te wyjazdy, te ustawiczne, prawie niczem nieuzasadnione ekskursje i wycieczki do Rudawy rzekomo dla dopilnowania gospodarki na folwarku. Trudno było nawet oponować. Gdy parę razy usiłował wytłumaczyć jej ich zbędność i zaręczał o uczciwości dzierżawcy, ściągała niecierpliwie brwi i zbywała go oschłem pytaniem:
— Cóż to — chcesz mi ograniczyć swobodę ruchów?
Stacha umiała być absolutną.
Wtedy to zapewne podczas jednej z tych wycieczek poznała tamtego. Czem jej zaimponował?... Inteligencją, polotem?... Z informacyj zdobytych już po zgonie rywala dowiedział się, że Zabrzeski był człowiekiem majętnym, niezależnym, trochę Don Juanem, trochę sportsmanem.
Czyżby ujął ją przedsiębiorczością i zuchwalstwem erotycznego snoba? Może miał więcej od niego temperamentu, był bardziej pomysłowy w pieszczotach, ognistszy?...
Łunińskiego zdumiewała jego własna ślepota z tych czasów, ów bezprzykładny daltonizm w chwili, gdy rozstrzygały się losy ich pożycia: nie przeczuwał zdrady; był gotów wszystko inne przypuścić, tylko nie to! Zbyt na to wysoko stawiał charakter Stachy. Cha, cha, cha! Charakter i — dzisiejsza kobieta!... Cha, cha, cha! Per Bacco! Trzeba było być takim głupcem, jak on, Henryk Łuniński, by nie dostrzec, że to antynomje!...
A jednak działo się z nim w tym czasie coś niezwykłego. I to najdziwniejsza — uświadomił mu to tamten — właśnie on, Zabrzeski podczas owej pamiętnej, niby przypadkowej rozmowy, która bezpośrednio poprzedziła jego śmierć. Bo czyż nie było rzeczą zastanawiającą, że twarz przeciwnika w chwili, gdy prosił „o ogień“, wydała mu się skądś znajomą? Wprawdzie Zabrzeski podsuwał mu zrazu t. zw. „fałszywe rozpoznanie“, lecz później wskazał i na inne możliwości. I kto wie, czy właśnie jego teorja „psychicznych wywiadów“ owych duchowych rekonesansów — przeszpiegów, która tak nim głęboko wstrząsnęła, nie zawierała w sobie rozwiązania problemu?
Dziś dopiero, gdy już minęła piorunująca chwila odkrycia i przebrzmiały echa rozmaitych przykrości ze strony władz sądowych, na jakie w dodatku naraził go fatalny wypadek w przedziale, zaczął Łuniński wchodzić głębiej w istotę swego stanu duchowego z tych smutnych czasów. Teraz dopiero jak przez mgłę zaczął przypominać sobie pewne szczegóły ze swego życia psychicznego, które wtedy uszły niepostrzeżenie jego świadomości.
Oto nieraz przyłapywał się na dziwnem roztargnieniu, na niezwykłej u siebie „nieobecności duchowej“ w momentach wymagających właśnie skupienia myśli i przytomności. Zdarzyło mu się parę razy w czasie urzędowania, że nie rozumiał tego, co doń mówiono i dopiero na powtórne pytanie dawał odpowiedź. Jakaś wielka zaduma brała go w rozpięcie śnieżnych skrzydeł, że godzinami całemi spoczywał w jej mocnym uścisku, oderwany od świata, zasłuchany w coś w dali, wyczekujący. Przychodziło to na niego niespodziewanie, ni stąd, ni z owąd — czasem między jednem a drugiem załatwieniem aktu urzędowego. A zawsze podczas nieobecności Stachy...
Treść tego stanu pozostała dlań na zawsze niewyjaśnioną: jakieś na pół senne marzenia, strzępy obrazów, fragmenty scen, myśli...
Gdy wracał do rzeczywistości, pierzchały jak fantomy. Nic z nich nie pozostawało w pamięci... I rzecz charakterystyczna — wszystko ustało, ze śmiercią tamtego. Od tragicznego wypadku Łuniński odzyskał panowanie nad sobą: jego drugie „ja“ przestało robić mu niespodzianki; jakgdyby z ustaniem tętna znienawidzonego serca zniknęła u niego podnieta do tajemnych wypadów jaźni.
Natomiast przyszła zgryzota, świadomy siebie, w ostre obrysy zamknięty ból, niewątpliwa już męka: Stacha zdradziła go. Zdradziła i nie okazała skruchy; owszem przywdziała po kochanku żałobę.
A jednak Henryk Łuniński nie mógł z nią zerwać — nie miał sił do tego; łudził się, że czas wszystko zmieni, ukoi, zagoi, wyrówna: kobieta zapomni i wróci do niego a on przebaczy i przygarnie. Tak myślał w pierwszych miesiącach po katastrofie. Potem stopniowo zaczął tracić nadzieję: przepaść wyrosła między nimi pogłębiała się widocznie z przerażającą chyżością; po upływie pół roku nawet nienawiść, dziecię nieodrodne zdrady ulotniła się gdzieś, wypłowiała w szarej poświacie dnia powszedniego i przeszła w doskonałą, chłodną obojętność. Schodzili się przy stole na obiadach i kolacjach, zamieniali z sobą w ciągu dnia parę słów koniecznych a bezbarwnych jak krajobraz w porze przedwiosennej i bez pożegnania rozchodzili się do swych pokoi na godziny nocnego spoczynku. Łuniński, który zrazu planował próby zbliżenia się i pojednania, z czasem stracił zupełnie do tego ochotę; leniwa apatja nałożyła mu na wyciągniętą do zgody rękę obmierzłe kajdany zniechęcenia i ściągnęła ramiona ku dołowi: musieli pozostać izolowani aż do końca...
Raz jeden, raz jedyny na moment rozwidnił widnokrąg beznadziei przelotny błysk — na moment tylko, na krótki — taki właśnie, jakiego potrzeba na bolesny skurcz stęsknionego śmiertelnie serca — i zgasł, zatracił się gdzieś bezpowrotnie...
Było to w dzień jej imienin. Niegdyś, za dawnych, pięknych czasów, gdy się kochali, był to dzień uroczysty. Łuniński brał wtedy urlop i pozostawał w domu. Porę przedpołudniową spędzali małżonkowie razem: słodkie, majowe słońce zaglądające zwykle w dzień ten do wnętrza ich sypialni bywało świadkiem pieszczot i miłosnych uniesień. Potem następowało oglądanie podarków — słoneczna radość Stachy przeplatana wyrzutami z powodu rozrzutności Henia, uśmiechy, pocałunki i łzy... łzy szczęścia w dużych, fiołkowych, cudnych oczach. Popołudniu schodzili się krewni i znajomi...
Tak było dawniej, przed laty. Od czasu fatalnego odkrycia zwyczaj ten ustał. Henryk nie składał jej nawet życzeń. Raz tylko, w pięć lat po katastrofie spróbował nawiązać nić pięknej tradycji. Dnia tego po powrocie z miasta spostrzegła Stacha na swej konsoli flakon z przepysznemi purpurowemi różami. Łuniński, który w przyległym pokoju palił milcząco papierosa we fotelu naprzeciw lustra, śledził żonę z bijącem sercem. Stacha zdawała się w pierwszej chwili głęboko wzruszona; ciemny rumieniec objął łuną matowe policzki aż po skręty jasnych, złotawo połyskujących włosów na skroni. Wyciągnęła odruchowo rękę ku kwiatom i... nagle cofnęła ją z powrotem. Po chwili siedzieli przy obiedzie milczący i obcy. Gdy tego dnia Łuniński wrócił do domu późno w nocy po kilkugodzinnej, hazardowej grze w bridge’a w klubie urzędniczym, zastał w swym pokoju na biurku flakon z purpurowemi różami. Wtedy otworzył okno i wyrzucił wzgardzony podarek na bruk. Brzęk szkła na tle ciszy północy utrwalił mu się na zawsze w pamięci...
W parę dni potem przyszedł pierwszy sen. Był jakby marzennem powtórzeniem chwil dawno ubiegłych, senną projekcją tęsknoty za tem, co minęło.
Śniła się mała, przytulna salka jadłodajni przy ul. Florjańskiej, gdzie po raz pierwszy ujrzeli się ze Stachą. Gwar głosów, stłumione śmiechy kobiet, dźwięk zmienianych talerzy. Henryk podnosi w jakiejś chwili oczy na swoje vis-à-vis i spostrzega jasnowłosą, niebieskooką pannę przypatrującą mu się z zajęciem. Bukiecik fiołków przypięty do bujnej piersi zdaje się poruszać w harmonijnym rytmie falującego łona. Jest oczarowany. Nieodparcie kształtuje się ważkie, o życiu całem rozstrzygające postanowienie:
— Ta, albo żadna.
Do stołu podchodzi starszy pan i wita się serdecznie z piękną dziewczyną. Łuniński doznaje lekkiego niepokoju; ogarnia go coś niby uczucie zazdrości. Lecz po pierwszych słowach, które ze sobą zamienili, cienie pierzchają. To krewni. Sympatyczny starszy pan jest jej wujem. Henryk jest w świetnym humorze: chciałby wszystkich na sali ściskać i całować. Jakże pięknem jest życie!...
Z tym miłym jegomościem o siwych, marsowych wąsach należy stanowczo zawrzeć znajomość. Tem bardziej, że panna odpowiada na spojrzenia... Usłużny sen przychodzi w pomoc i kondenzując zdarzenia rozrzucone na przestrzeni kilku tygodni, sprowadza je na jednoplanową płaszczyznę chwili obecnej. Dzięki jakiejś irracjonalnej, arcykapryśnej reżyserji zmieniają się dekoracje, przesuwają błyskawicznie kulisy i przetwarza się scenerja...
Wtuleni w przepaściste ramiona foteli klubowych, osnuci dymem cygar i fajek siedzą naprzeciw siebie, on, Henryk Łuniński i p. Raduski, wuj Stachy. Znajomość zawarta przy partji szachów. Grają, popijając czarną kawę. Jest popołudnie — godzina piąta. Przez owalne wykroje okien wlewa się strugą namiętne, lipcowe słońce. Z sąsiedniej sali dochodzi odgłos trącających kule kijów bilardowych.
— Szach mat! — z odcieniem tryumfu w głosie mówi p. Raduski. — Znów pan przegrałeś, młody człowieku.
— O tak, przegrałem z kretesem na całej linji...
Ornament senny mąci się, zaciera, przechodzi w kompleks chaotyczny, dla sprawy głównej, duszę po brzegi wypełniającej już obojętny...

Tej samej nocy prześniła Stacha cudowny okres swego narzeczeństwa. Wsparta słodkim bezwładem dziewiczego ciała o ramię Henia, szła z nim wąską ścieżyną poprzez młody zapust olchowy. Było jesienią. W dali rdzewiały wyżółkłe już czupryny lasów podmiejskich, modrzało w pogłębionych tonacjach turkusowe niebo.
— Ogromnie lubię to nasze jesienne, polskie słońce — przerwała milczenie, wodząc rozmarzonemi oczyma po linji horyzontu. — Czy nie zauważyłeś, Heniu, że słońce u nas jesienią ma jakiś specyficzny, nieporównany urok.
— Istotnie — odpowiedział, wpatrzony w lazur jej oczu — ma coś z cichej melancholji zmierzchów.
— Niewątpliwie — o ile chodzi o stany uczuciowe, które w nas budzi — lecz ja miałam na myśli jego stronę czysto malarską; szło mi o barwę, o kolor słońca w jesieni. Otóż na mnie czynią one zawsze wrażenie czegoś zmatowanego; to nie jest już złoto upalnych dni lata — to raczej miedź lub cynober; jakgdyby w roztopione fale złocistego kruszcu wsączył genjalny mistrz palety kilka pośledniejszych składników, i zmnieszawszy w kosmicznej retorcie, stworzył arcytwór jesiennej symfonji. Niewysłowiony jest urok słońca wrześniowego, Heniu.
W milczeniu pochylił się nad nią i całował jej oczy.
— Czemuś tak piękną, Stacho moja, czemuś tak bardzo piękną? Aż mi trudno czasem uwierzyć, że ty, ty cudna, urodziwa będziesz wkrótce moją żoną, moją kochaną, najdroższą żoną.
— Kocham cię, Heniu — odpowiedziała prosto...
Potem, pod wieczór już wracając do miasta, wstąpili do przydrożnej gospody. Przypadek zrządził, że gospodarzom zabrakło mleka; więc wypili po szklance miodu.
— Sielanka — śmiała się słodko Stacha, przesuwając po wargach różowy koniuszek języka — istna sielanka.
— Zupełnie jak Halina i Wiesław z idylli Brodzińskiego — odparł, nie spuszczając rozkochanych oczu z jej twarzy...
Zmierzch już rozwieszał nad miastem szare chusty cieni, gdy mijali rogatkę...

Powrót do jawy nazajutrz rano był dla obojga nader bolesny. Rozkoszne obrazy snu, łamiąc się ostrą linją z rzeczywistością, wywołały nastrój nie do zniesienia. Henryk dnia tego zjadł obiad poza domem. Stacha nie zjawiła się przy stole wieczorem; małżonkowie nie widzieli się dnia tego zupełnie.
Nastąpiło parę nocy nijakich, bezbarwnych. Potem sny powróciły. Jakby ulegając niedocieczonym prawom wzajemnego oddziaływania na się dusz bardzo sobie bliskich lubo rozdzielonych złudną przeponą ciała i jego spraw, oboje śnili równocześnie o swej wielkiej, przedwcześnie zgasłej miłości. Tęsknota za minionem szczęściem tłumiona za dnia pod maską obojętności, paraliżowana przez obrażoną dumę płci, tem bujniej rozkwitała w snach, łącząc napowrót złotą zworą to, co rozdzielił świat zmysłów. Nad samotnemi łożami małżonków pochylał się noc w noc anioł miłości i szeptał śniącym słowa pociechy i ukojenia. Cudowny prąd miłosnego zapamiętania przepływał od duszy do duszy, kojarzył w zaziemskim uścisku i kołysał jak dzieci w kolebce na falach marzennych upojeń...
Oto ich podróż poślubna, w parę dni po zawarciu związku w modrzewiowym, podgórskim kościółku...
Gorąco, skwar — połowa lipca. Przez otwarte okna przedziału obserwują krajobraz przytuleni do siebie głowami.
Pociąg wspina się na poziom przełęczy; z obu stron szlaku wyrastają jak z pod ziemi strome, niemal prostopadłe kulisy want; rzegotanie kół odbija się od zboczy parowu i wzmocnione przez skalne uskoki brzmi długo i kilkakrotnie niby przedrzeźnianie się górskich genjuszy... Minęli przełęcz. Po lewej, hen, ku południowi rzucają się w dal szerokim gestem roztocza węgierskiej puszty, na prawo zamknęły horyzont północy tatrzańskie turnie. Niby drobny, czarny żuk przesuwa się pociąg pod ich granitowym okapem. Minęli Szmeks, prześmignęli jak myśl przez Poprad — Felka... Na lazurze nieba zarysował się imponujący masyw Krywania...
Stacha i Henryk wysiadają na małej stacyjce, przytulonej sieroco do skalnego gzymsu. Jest wieczór i zachodzące słońce żagwi się krwawo na szczytach krzesanic; po smerekowym płaszczu regli wałęsa się już zmierzch i zwabia bratnie mroki nocy...
Łunińscy są w miłym kłopocie: wszystkie trzy gospody, jedyne na całą mieścinę, zajęte. Gdzie tu przenocować?
Pozostała na szczęście stacyjna weranda — obszerna, oszklona, z widokiem wprost na góry.
Uprzejmy naczelnik stacji, jakiś Słowak o dużych, zamyślonych oczach oddaje im ją do dyspozycji w łamanej polszczyźnie...
Noc jest cudowna. Przez otwarte okna wlewają się do wnętrza werandy odurzające wonie smreków, chojarów i tatrzańskich ziół. Przylgnąwszy do siebie ciałami na wąskiem, żelaznem łóżku kochankowie milcząco wciągają w piersi chłodny, przesycony wilgocią nocy aromat... Nagły dreszcz wstrząsa słodką postacią Stachy.
— Chłodno ci, najdroższa? — zapytuje Henryk i zamyka okno.
— Co za pytanie! — odpowiada szeptem, oplątując mu szyję ljanami swych ramion.
I zapadają w różową, ekstatyczną przepaść...

Południe na samotnej hali, gdzieś na wysokości 1500 m. Na północnym krańcu wyciągnięta linja regli, ponad nią wirchy, krzesanice, turnie.
Wokół ani żywej duszy. Dzika, Bogu i sobie oddana dziedzina. Poprzez cisze odludzia przekrada się tylko szmer strumienia — ostatniego już na tej wysokości. Mała rozpadlina gruntu ówdzie pod upłazem przyjęła go po drodze w zaciszną, chwilową gościnę i utworzyła podskalny basen.
— Patrz Heniu, co za bajeczny „banior“! Skąpmy się w nim!
Świetny pomysł!
Po chwili pluskają jak ryby w zimnym, kryształowym żywiole. A potem gonitwa po jedwabistem, jasnozielonem runie hali, pomiędzy kępami jałowcu, świecznikami młodych świerków. Oboje piękni, młodzi, gibcy i nadzy — jak klasyczne bogi: Faun górski i śmigła, kusząco kołysząca się w biodrach Oreada. Wreszcie dopadł ją na skraju smreczanego zapustu i zaniósł w ramionach tam między krzewy, na podścielisko z mchów i macierzanki. I było im słońce tatrzańskiego południa weselnym swatem a wiatr halny, towarzysz z przełęczy godowym grajkiem...

Cichy sad na zboczu góry w prowincjonalnem miasteczku. Maj, rozkwitłe świeżo jabłonie, młode szczepy wisien, czereśni — wonna biel płatków, topiel białych płatków... Polska Japonja...
W zacisznej altanie, w oplączy dzikiego wina Łuniński pieści młodą żonę. Słońce zachodzi. Czerwony jego uśmiech błąka się jeszcze pomiędzy pniami drzew i muska liście winogradu. Poprzez zielone oka altanowych kratek widzą małżonkowie gromadkę dzieciaków nad rzeką. Białe ich ciałka i koszuliny tworzą na tle stalowej smugi wody jasną, ruchliwa plamę.
— Może tak kiedyś biegać będzie po piasku i nasze — mówi mu do ucha zapłoniona Stacha.
— Najdroższa! — odpowiada Łuniński, przesuwając usta po rozkosznych pęczach jej piersi. — Najdroższa!...
Na ogrodową ścieżkę padł wydłużony cień kobiecej postaci.
— Mama tu idzie.
Wysuwa mu się z objęć i szybko zapina stanik. Po chwili siedzą wszyscy troje na werandzie i spożywają kolację. Wielka cisza zmierzchu spływa łagodnie na uśmiechnięte ich twarze...

Potem marzenia poszybowały w błękitne dale przyszłości. Litościwy sen, oszczędzając umęczone serca, przerzucił most niepamięci poprzez lata cierpień, udręki i małżeńskiej zdrady i powiódł ich gościńcem ukojenia, co wił się tam, po drugiej stronie wstęgą szeroką i jasną.
Henryk i Stacha wstąpili nań wdzięczni. Spleceni w nierozerwalnym już na wieki uścisku kochankowie poszli tym marzennym traktem ku jutrzniom dni przyszłych. I śnili... Śnili swe szczęście ogromne, dla którego nie było miejsca na ziemi, padole względności. Gdy zbudziwszy się nad ranem, każde z nich szło do swych codziennych szarych zajęć — kraina cudu zamykała się za nimi na żelazne wrzeciądze na przeciąg kilku godzin jawy, by znów otworzyć przed stęsknionymi swe gościnne podwoje na tajemniczą chwilę nocnego spoczynku. Za dnia przesuwali się obok siebie i ludzi obcych jak fantomy, jak półżywe automaty pełniące z drewnianym gestem narzuconą im rolę. Dusze ich były po tamtej stronie. Zaklęte czarem zaświatów wlokły się jak majaki na ugorach rzeczywistości — senne, bezwolne, apatyczne. Noc je dopiero ożywiała — noc, królowa duchów. Gdy znużone dzienną wędrówką ciała kładły się leniwym ciężarem w ramiona łóżek, wyzwolone ich jaźnie podejmowały przerwany nocy poprzedniej wątek marzeń i snuły go dalej. I coraz to piękniej, coraz wzorzyściej tkał się im kobierzec przyszłego ich życia. Stłumione za dnia żądzą, zniekształcone krzykiem zmysłów żywioły duszy wyswobodziwszy się z uwięzi cielesnej, rozkwitały jak białe lilje. Ukryte głęboko pod powierzchnią elementy Ducha, zadatki wieczności wyważały zwycięsko wrogie im zawory i porwane wirami zaświatów mknęły w zawrotne dale. Tęsknota płci przeradzała się w tęsknotę seraficznych bezkresów, padały w proch ziemskie pragnienia i cele a przed zdumionemi oczyma wędrowców rozwierały się błękitne perspektywy nieskończoności. Wdzierali się na niebotyczne szczyty i podchmurne tumy, wspinali na strome, nad przepaściami zawieszone ścieże. Z oszałamiająca chyżością istot ścigłych jak piorun, lekkich jak marzenie przenosili się z jednego krańca świata w drugi; chybkich jak myśl witała pod jutrznię zarania aleja egipskich sfinksów, zatopionych w modłach oglądały w godzinę południa hinduskie klasztory, obrzucało szkarłatem zachodu słońce piramid Meksyku...
Kiedyindziej wzbiwszy się myślą ponad rubieże Ziemi, płynęli w bezkres międzyplanetarnych przestrzeni, lądowali gdzieś w zaświatowych, gwiaździstych przystaniach i znów zrywali się do lotu w lazury Kosmosu. Bywali na zborach duchów czystych, którym na ziemię zamknięta już droga, oglądali egzotyczne gminy półcielesnych stworów żywiołu, lub z dreszczem grozy mijali w przelocie miejsca udręczenia. I coraz trudniej przychodziło im wracać w niziny codzienności, coraz boleśniej cofać się w szranki rzeczywistości i jawy. Ze wstrętem oczekiwali zbliżającej się godziny przebudzenia, z odrazą przeczuwali chwilę wynurzenia się na powierzchnię „życia“. Bo sen stał się teraz ich żywiołem — we śnie zapominali o swej ziemskiej małości, o nędzy swych pragnień, poziomości swych grzechów i grzeszków. Sen — strojny królewicz z bajki przywracał im utracone piękno dusz, oddawał ich sobie w niezmąconej niczem urodzie...
Aż nocy jednej, w wigilję jej imienin, gdy wśród astralnej zawieruchy, szybowali po archipelagu gwiazd i meteorów, rzekł mężczyzna, obejmując miłosnem spojrzeniem swą towarzyszkę:
— Stacha, nie wrócimy tam więcej!
— Czy to możliwe? — zapytała, tuląc się w jego bratnie objęcia. — Czy to od nas zależy?
— Musimy tylko mocno, bardzo mocno chcieć. Wytężmy nasze wole do ostatecznych granic!
— Pragnę tego od dawna, tęsknię do tego bez miary, najdroższy mój...
I z oczyma pijanemi kosmicznym szałem rzucili się w otchłanie bezmiarów...

Nazajutrz 8 maja nad ranem znaleziono oboje Łunińskich w ich łożach uśpionych snem wiecznym. Umarli młodzi i piękni tej samej nocy. Lekarze stwierdzili śmierć naturalną wskutek udaru serc: samobójstwo było wykluczone.



ZMORA.

Śnił się pokój niewielki, prostokątny, wybielony wapnem. W ścianie tworzącej dłuższy bok czworokąta było okno duże, w rodzaju tych, jakich używają do wystawy sklepowej, wpuszczone w mur tak wysoko, że głową ledwie dosięgałem dolnej jego ramy.
Był poranek jasny, choć bez słońca. Mocne światło, wpadające szerokim strumieniem przez szybę, spotęgowane bielą wapienną ścian, oświecało pokój trochę za silnie, iż mrużyłem oczy.
Było cicho, dziwnie samotnie.
Stałem w dole pod oknem i z podniesioną trochę głową patrzyłem w nieokreśloną, oślepiającą szarzyznę nieba nademną.
Na prawo widniał wyniosły nasyp kolejowy a na nim lśniły metalicznie szyny. I tam był szary spokój martwoty...
Wtem szyba samorzutnie zaczęła się ślizgać po ramach i powoli podniosła się w górę. Równocześnie przez otwarty przez nią prostokąt wpełznął do wnętrza szeroki na metr kawał sukna ciemno-wiśniowej barwy; koniec dolny materji zesunął się z szelestem z ramy okna na podłogę i spłynął mi do stóp.
Zdumiony spojrzałem ku górze, by zbadać, skąd i jakim sposobem sukno wśliznęło się przez okno. I wtedy spostrzegłem, że materja wysuwa się skądś z przestrzeni, jakoby z niewidzialnego walca i bezustannie falistym ruchem spływa przez otwór do pokoju. Ruch był miękki, niemal jedwabisty, lecz nieubłagany; coraz więcej rulonów koloru czerwonego wina wałęsało mi się u nóg.
W izbie zrobiło się mroczno, gdyż sukno zajęło znaczną część otworu okiennego, uniemożliwiając dostęp światła. Jakiś chłód powiał na twarz od tych fal wiśniowych. Uczułem szczególny lęk. One tymczasem spiętrzyły się podemną grubym zwałem, sięgając mi już do pasa. Ustąpiłem przerażony parę kroków wstecz. Ciemno-czerwony szaniec rozsunął się i zaścielił posadzkę ciepłym, wełnistym kobiercem.
Lecz już nowe zwoje kłębiły się w ekranie okna i ciąg dalszy snuł się zapamiętale z niewidzialnych bloków.
Zdjął mię opętańczy strach. Usuwając natrętnie cisnące się postawy sukna, usiłowałem wspiąć się na parapet okna i ściągnąć szybę na dół. Lecz zamiar mój udaremniono. Przeklęta materya pędzona jakimś szatańskim naporem zewnątrz, wydęła się sprężystą falą w mą stronę i oplątując mi nogi i ręce, zepchnęła mię z powrotem do wnętrza. Zerwałem się wściekły, by ponowić próbę. W tejże chwili doszło mię głuche dudnienie szyn: to pociąg szedł torem na prawo, tam w górze.
Przez szparę między niesamowitą kotarą a ramą ujrzałem go w pełnym biegu: pędził jak wicher pociąg towarowy.
A wtem ze zgrzytem pootwierały się drzwi wagonów i wtedy z obłędnym przestrachem spostrzegłem, że z ich czarnych schowów zaczynają wypadać te same brunatno-czerwone rulony i skośną linją staczać się w moją samotnię. Powstał wielki, ogłuszający szum, ciężki łopot sukiennych brytów, których całe kręgi, całe bale, bębny potworne przewalały się ze skwapliwą chyżością w pokój. Olbrzymia, kotłująca, wiśniowa masa wypełniła wnętrze do połowy wysokości ścian. Miałem ją już po piersi, tkwiłem w niej po ramiona. Czułem, że za chwilę morze sukna pokryje mię i zadusi.
Gdy zziajany beznadziejnem borykaniem się na moment podałem się plecyma wstecz, zdając się na łaskę kotłującego żywiołu, nagle oczy me uderzyło nowe, stokroć groźniejsze zjawisko.
Oto cała powierzchnia sukna pokryła się drobniutkiemi, mikroskopijnie malutkiemi stworzonkami; były śnieżno-białe i jak zwinne przecinki ruszały się żwawo w miljonach, w miljardach zrzeszeń.
Serce zamarło mi w piersiach, bo w tych skrętkach rozpoznałem zarazki okropnej, nieubłagalnej choroby. A żyjątka łaziły mi już po rękach, po szyi, za parę sekund miały już wnęcić się do ust.
Ha!...
Tytanicznym, nadludzkiem wysiłkiem przerżnąłem się przez zagradzające mi drogę zasieki sukienne i dopadłszy jakichś drzwi, pchnąłem je ostatkiem sił do środka i runąłem w przestrzeń poza niemi.
Głębokie uczucie ulgi, błogosławionego ukojenia ogarnęło wycieńczone walką ciało.
Odetchnąłem i zaparłszy się o zatrzaśnięte za sobą drzwi, błądziłem wzrokiem po izbie, w którą mię dziwny los zapędził.
Była niska, podłużna i ciemna. Maleńkie oczka okienek zakratowane w górze nadawały wnętrzu wyraz więzienia lub każni. Wzdłuż ścian ciągnęły się długie, plugawe prycze, na których spali jacyś ludzie.
Naprzeciw mnie na stole płonął nędzny kaganek, przy którego świetle zobaczyłem czarno odzianego mężczyznę w postawie siedzącej na krześle. Gdy rzuciłem nań okiem, podniósł się z miejsca i podszedł ku mnie z wyciągniętą przyjaźnie ręką:
— Dzień dobry, Kaziu! Nie poznajesz mnie?
Machinalnie oddałem uścisk, równocześnie przy silniejszym podrzucie światła rozpoznając rysy znajomej mi twarzy.
Lecz tu nasunęło się dziwne skojarzenie. Człowiek stojący przedemną, bliski krewny, nie należał już do świata żyjących; zmarł przed paru laty. I tu szczegół zdumiewający zagadkowym zbiegiem: śmierć nastąpiła wskutek owej właśnie nieuleczalnej choroby, przed której zarazkami uciekłem z sąsiedniego pokoju. Tymczasem na progu nowej kryjówki przyjęła mię ich była ofiara.
Patrzyliśmy sobie chwilę niemo w oczy. On jakgdyby czytał mi w myślach lub wszechwiedzą zmarłych miał świadomość zachodzących tu związków. — Czuliśmy obaj, o co chodziło.
— Prawda — zagadnął wreszcie — co za dziwny sen? Doskonały pomysł do noweli. Coś w rodzaju Edgara Poë? Nieprawdaż? Zdaje mi się nawet, że pomiędzy jego utworami jest jeden bardzo zbliżony tematem.
Usiłowałem sobie przypomnieć rzekomy tytuł.
— Istotnie — masz słuszność. Brzmi on, o ile się nie mylę, następująco.
I podałem jakiś oczywiście fikcyjny nagłówek noweli, która nigdy nie istniała.
Spełniwszy swą misję, zmarły odszedł powoli w głąb ciemnicy i wsiąkł w mroki izby.
Wtedy niewiadomo dlaczego, dzięki jakiejś nie krępującej się niczem logice nabrałem przekonania, że pobyt w przyległym pokoju nie grozi mi już niczem.
Otworzyłem drzwi i wszedłem tam z powrotem. Rzeczywiście przeczucie nie zawiodło. Teraz świeciło tu jasne, poranne słońce, całemi strugami zalewając wolną już posadzkę. Postawy sukna przestały snuć się przez okno a rulony, które przedtem przepełniały pokój niemal po brzegi, teraz ułożyły się spokojnie pod jedną ze ścian w jednolity, na 2 metry wysoki ciemno-czerwony graniastosłup.
Zarazy krętkowej ani śladu: materja była czysta, bez zarzutu, o ciepłym, głęboko stonowanym połysku.
Nie byłem sam w pokoju. W środku oblana strumieniami poranka stała dorodna, ciemnowłosa pani, znajoma mi od paru miesięcy, z którą jednak nigdy nie łączyły mnie bliższe stosunki.
Było tak, jakgdyby wraz ze słońcem i pogodą i jej zdrowa, jędrna postać ku rozweseleniu spłynęła w ponure przed chwilą zacisze.
Stała z głową pochyloną trochę, wysunąwszy naprzód nogę, jakby przypatrując się gładko przylegającej do pysznych bioder sukni, jakby badając, czy dobrze leży.
I oto nagle spostrzegłem, że kolor jej kostjumu był zupełnie identyczny z barwą sukna spoczywającego potężnym zwałem pod ścianą: było to to samo ciemno-wiśniowe, ciepło lśniące pod światło sukno.
A pani przechylając gibką swą kibić, porównywała właśnie obydwa kolory. Zgadzały się przedziwnie ze sobą i z jej pełną, tchnącą ciepłotą snu postacią.
Podniecony podszedłem ku niej i zbliżyłem policzek tuż do jej twarzy, — chcąc ucałować. Lecz kobieta odsunęła się na pół filuternie, napół poważnie i przejmująco stanowczym głosem zauważyła:
— Nie można panie Kazimierzu. Nie można. Przecież ja wiem o tem, że pan był tu przed chwilą w tym pokoju, kiedy się to wszystko działo. Nie można. Toby mi mogło zaszkodzić. Nie widzisz, jak jestem silna, piękna i zdrowa? Nie żalby ci mnie było? Młoda jestem i żyć pragnę długo. — O tak! Długo, długo...
Onieśmielony tą oczywistością cofnąłem się.
Tu przędziwo snu wysnuło się...



PROJEKCJE.

Maj 1880.
Nazywam się Tadeusz Śnieżko — z zawodu jestem architektem; mam lat 42 i jestem kawalerem. W piórze nie próbowałem szczęścia nigdy i jeśli dzisiaj zaczynam spisywać swe przeżycia, to naprawdę nie z pobudek literackich. Właściwie sam nie wiem, co mię skłania do prowadzenia tego dziennika, który prawdopodobnie nie wyjdzie nigdy drukiem, bo mam zamiar zniszczyć go przed śmiercią. Może piszę dlatego, by uświadomić względnie wytłumaczyć sobie później to, co od jakiegoś czasu przeżywam. Mam wrażenie, że to, co się teraz dzieje, przesuwa się na mym horyzoncie tak szybko, tak nieuchwytnie, że utrwalenie w piśmie ułatwi mi kiedyś orjentacje. Zresztą może w ten sposób wynagradzam życiu moje obecne próżniactwo, gdyż od paru miesięcy przestałem pracować. Zmęczony wykonaniem ostatnich projektów architektonicznych, przyjechałem tutaj właściwie na odpoczynek i rozrywkę.
Jakoż przez pierwsze tygodnie pobytu w tem mieście bawiłem się nieźle, znalazłszy towarzystwo miłe i dobrane. Dopiero od pewnego czasu wszystko jakoś zmieniło się; zabawy zbrzydły mi i zacząłem stronić od ludzi. Zdaje mi się ta nagła zmiana w nastroju nastąpiła dni temu dziesięć, po powrocie z pierwszej mojej wycieczki do ruin starego klasztoru Trapistek.
Pamiętam ten wieczór ciepły, słoneczny. Pod kopułą nieba rozpiętą w turkusowy baldachim rysowały się tajemniczo kontury średniowiecznego opactwa, gorzały purpurą zachodu zwietrzałe koronki wieżyc.
Wracałem od ruin wzdłuż klasztornego muru, co poszczerbiony i popękany w tysiące szpar i przepuklin szczerzył się liszajami odłupanego tynku, ropił ranami cegieł. Ze szczytu, przykrytego miejscami spróchniałym zupełnie daszkiem, zwisały festony dzikiego wina, spływał błękitną kaskadą powój. W jednem miejscu ściana załamana w głęboką wnękę ujmowała opiekuńczym uściskiem posążek jakiejś świętej; rysów twarzy nie można było rozeznać, gdyż zwietrzały kamień odpadł kawałkami i zniekształcił głowę. Tylko szaty zakonne, powłóczyste, sznurem w pół przepasane świadczyły, że święta była za życia mieszkanką klasztoru.
Ówdzie, na zakręcie, z okola tarniny i zdziczałych róż wychylała się kapliczka. Czyjaś ręka pobożna nalała oliwy do ampułek i zapaliła światło, które migotało smutnym, nagrobnym blaskiem w szklanych, ciemnowiśniowych latarenkach. Znać miejsce często nawiedzane, bo na przechylonej ku piersi szyi Zbawiciela chwiał się w powiewach wieczornych świeży wianek róż i jaśminu. Krwawy blask latarek ślizgał się cicho po sercach wotywnych, po zeschłych kwiatach, różańcach, czarnych paciorkach i lizał zżółkłe, umęczone stopy Chrystusa...
Wróciłem smutny i zamyślony. W nocy śniły mi się ruiny, ich pustka głucha, beznadziejna i smutek cichy, klasztorny. Zbudziłem się znużony, z głową bolącą i ze wspomnieniem woni starych, zasuszonych ziół i płaczu konających gromnic...
Popołudniu odwiedziłem znów klasztor, by powrócić wieczorem z uczuciem łagodnego smutku i melancholji.
Tak powoli zżywałem się z rozwalinami, doznając w ich otoczeniu wrażeń dziwnych, dotychczas mi nieznanych, pełnych ukrytego czaru i tajemniczości. Dobrze mi było błądzić tak godzinami po długich, chłodnych korytarzach, gdzie kroki moje budziły dawno przebrzmiałe echa, zapuszczać się w kryte ganki podniebnych wież, przemierzać wieczorną porą wyniosłe refektarze. Słodko było spędzać słoneczne popołudnia w zaciszu klasztornych murów, otwierać puste i zimne cele, na pół zagrzebane i zielskiem zarosłe kaplice... Jakaś moc tajemna ciągnęła mię do tych ruin i zwiedzałem je codziennie, zawsze z tem samem zajęciem, z tem samem uczuciem nieokreślonego lęku i czaru zarazem.
A stary klasztor miał swe tajniki, ukryte głęboko przed okiem ciekawych komysze i podziemne zapusty, które rozpięte krzyżową siecią lochów i piwnic, szły hen, hen w podwaliny murów. Każdy dzień przynosił niespodziankę, każda wycieczka nowe odkrycia.
Nie potrzebowałem przewodnika ani burgrabi; obznajomiony dobrze z techniką architektoniczną średniowiecza, orjentowałem się szybko, odgadując niejednokrotnie intuicją zawiłe problemy budowniczego. Zapoznałem się również z historją klasztoru, którą znalazłem w małem dziełku z 18 wieku u antykwarza. Klasztor uległ zniszczeniu w czasie wojen w wieku 17 od kul armatnich, chociaż podobno stał pustką już pół wieku przedtem z niewiadomych przyczyn. Ten punkt niejasny w jego dziejach zaciemniła mi jeszcze bardziej opowieść mojego sąsiada, kościelnego przy farze, który utrzymywał, że na klasztorze tym zaciążyła klątwa jednego z papieży; powodu anatemy nie umiał mi podać. W każdym razie już przez 50 lat z górą przed wspomnianem bombardowaniem klasztor świecił pustkami.
Chodziły też wieści, że wieczorną i nocną porą snują się po celach i korytarzach białe postacie w zakonnych szatach, słychać śpiew pogrzebowy i głos organów; wiosną, zwłaszcza w porze majowej, dochodziły podobno z ruin echa piekielnych śmiechów i długi, przejmujący chichot kobiecy.
Oczywiście gawęda starego poczciwca nie wpłynęła w niczem na gorliwość, z jaką odwiedzałem klasztor; uważałem całą historję za romantyczny pieprzyk, za rodzaj ornamentyki, która uzupełniała tylko obraz ruin w jednolitą, stylową całość. Każda ruina ma swoje tajemnicze dzieje, w każdej pokutować muszą potępieńcze dusze...
Pewnego wieczora wróciłem z przechadzki później niż zwykle. Tego popołudnia wspinałem się parokrotnie na wieże po schodach przeżartych czasem i co krok grożących zawaleniem; dlatego czułem się trochę znużony.
Zapaliwszy światło, usiadłem zamyślony przy biurku i ukryłem twarz w dłoniach. Gdy po dłuższym czasie odjąłem ręce i wyjrzałem przez okno, na dworze panowała już noc zupełna. Zapuściłem storę i usiadłszy z powrotem, zacząłem bezmyślnie błądzić oczyma po pokoju... Nagle spostrzegłem na ścianie naprzeciw wyraźny cień klucza.
Podszedłem bliżej, pewny, że ulegam złudzeniu, by przekonać się, że jednak mnie oko nie myli; na ścianie widniał dokładny kontur klucza. Był duży, z dwoma potężnemi wyimkami w znak greckiego „sigma“ i z obszernem, rozmiarów ludzkiej dłoni uchem.
— Hm, skąd się wziął tutaj? W jaki sposób mógł powstać podobny cień?
I rozglądnąłem się uważnie dokoła. Lecz żaden szczegół w otoczeniu nie wyjaśniał projekcji. Sprzęty w pokoju stały jak zwykle na swoich uświęconych zwyczajem miejscach; zresztą żaden z nich nie mógł rzucać wizerunku klucza. Lampa elektryczna u stropu paliła się w takiem położeniu, że żaden ze znajdujących się wewnątrz przedmiotów nie mógł stanowczo zasłaniać sobą źródła światła: docierało wszędzie.
— Ciekawa historja. A może istotnie jakiś klucz zwisa ze stropu?
Nie dowierzając oczom, które i temu przypuszczeniu zadawały kłam oczywisty, postawiłem krzesło na biurku i wstąpiwszy na to sztuczne rusztowanie, zacząłem wodzić ręką w przestrzeni pod sufitem... Klucza ani śladu — palce trafiały w próżnię.
— Tam do licha! Zabawny objaw! Cień niewidzialnego przedmiotu! Jak w bajce!
Nadrabiałem miną, lecz przyznam się, było mi jakoś nieswojo. Odwróciwszy się tedy plecyma od ściany, zagłębiłem się w lekturze powieści Flauberta. Lecz świadomość, że tam poza mną kreśli swe ciemne kontury zagadkowy przedmiot, nie dawała spokoju i po paru minutach rzuciłem znów okiem w tamtą stronę.
Klucz nie zniknął! Owszem: cienisty rysunek jakby nabrał soczystości i siły. Przysunąłem do ściany ekran z pod pieca i zasłoniłem nim tajemniczy wizerunek klucza; cień ekranu wchłonął go w swoje prostokątne ramy i zakrył przedemną. Uspokojony wróciłem do lektury, która potrwała do północy, poczem zgasiwszy światło, zasnąłem nerwowym, niespokojnym snem. Śniły mi się ruiny klasztoru we fantastycznem, bengalskiem oświetleniu, pełne snujących się po krużgankach mniszek.

2 czerwca 1880.
Po tygodniowej przerwie zabieram się znów do pisania. Byłem chory i dlatego zaniedbałem pamiętnik. Zresztą nie zaszło w tym czasie nic ważnego. Cień klucza pojawiał się jeszcze przez parę dni z rzędu i dotychczas nie zdołałem zbadać przyczyny. Ponadto wystąpił dzisiaj wieczorem jakiś inny rysunek, równie zagadkowy i pozbawiony fizycznego podłoża jak tamten... Jest nim lekki, nadzwyczaj słabo zarysowany kontur czworobocznej ramy w odległości paru cali od klucza. Cień ten, względnie półcień sprawia wrażenie niezdecydowanego szkicu: coś tam majaczy między temi czterema linjami, lecz co — powiedzieć dziś jeszcze nie umiem. Wszystko to zbyt niewyraźnie i jakoby tylko zaznaczone. Może przyszłość wyjaśni...
3 czerwca.
Zdaje się, że znalazłem dla mego klucza jego odpowiednik w rzeczywistości. Błądząc dzisiaj popołudniu po jednej z galeryj klasztornych potrąciłem o jakiś przedmiot żelazny, który mi zadźwięczał pod nogą. Schyliłem się i podjąłem duży, zardzewiały klucz, zupełnie podobny do tego, który od tygodnia rysuje się na ścianie mego pokoju. Schowałem do kieszeni i mam go tu na stole przed sobą. Lecz, rzecz dziwna — tego samego wieczoru po zapaleniu światła nie ujrzałem już jego cienia; zniknął bezpowrotnie ze ściany. A szkoda! Chciałem go porównać ze znalezionym w ruinach. Jestem głęboko przekonany, że to był cień tego samego klucza. Kształtem i wielkością zgadzały się jak najzupełniej. Nie potrafię wytłumaczyć sobie tej dziwnej trochę pewności, lecz niemniej przysiągłbym, że tak jest istotnie. Zastanawia tylko owo nagłe zniknięcie jego cienia z chwilą, gdy odnalazłem go w rzeczywistości. Wygląda to naprawdę na projekcję, tylko w trochę innem, niż potoczne znaczeniu...
Ostatecznie jednak nie rozumiem celu — nie wiem, poco to wszystko i ku czemu zmierza. Może być wskazówką, może być zapowiedzią — gubię się w przypuszczeniach...
Równocześnie z usunięciem się projekcji klucza wystąpił wyraźniej mdły dotychczas cień drugi: obraz owej niby — ramy. Dzisiaj już linje nabrały sytości i mocy jakby drogą rekompensaty za zanik poprzedniego widma. Owa wczoraj jeszcze mglista, jak pajęczyna wiotka i rozwiewna siatka plam w pośrodku czworokąta przedstawia się wcale wyraźnie. Patrzę na nią w tej chwili i nabieram przekonania, że jest to wizerunek zakratowanego okna. Lecz krata widocznie jest w samym środku wyłamana, jakgdyby przeszła przez nią wielka, działowa kula, lub jakiś ciężki, twardy przedmiot. Może kamień? Cienie krat urywają się w środku, który świeci szerokim, białym otworem pustki. W przystępie dziecinnego kaprysu przyłożyłem głowę do tej idealnej wyrwy, by przekonać się, że rozmiarami odpowiada szerokości mej czaszki.
Gdyby tam — pomyślałem z uśmiechem — poza tą kratą ukrywała się jakaś piękna mniszka, mógłbym ją od biedy przez ten wyłom pocałować; wystarczyłoby wychylić tylko głowę przez otwór na drugą stronę... A kuku, moje kochanie — a kuku!...
15 czerwca.
Od tygodnia staczam walkę z cieniem zakratowanego okna. Uparty cień! Ilekroć usiłuję zasłonić go mym ekranem, podchodzi w górę i zjawia się ponad moją głowę, gdzie go nie mogę dosięgnąć. Wspinałem się już parę razy na stół, by stamtąd przykryć jego krnąbrny obraz. Bezskutecznie! Wymyka mi się z pod ram ekranu i zjawia na innem miejscu. Dziś przeniósł się na przeciwległą ścianę, tuż nad lustro. Wędrowny cień!...
A jednak ta włóczęga zdaje się go wyczerpywać, bo jest teraz słabszy i jakby skurczony: okno zmalało do rozmiarów kilku decymetrów...
17 czerwca.
Projekcja wyłamanej kraty skarlała zupełnie. Dziś wygląda jak mały, o kilkucentymetrowym obwodzie prostokącik zawieszony gdzieś w górze pod samym sufitem. Zato wystąpił rysunek nowy, delikatny i misterny ogromnie. Wygląda na cień średniowiecznej chrzcielnicy z parą skrzydlatych aniołków po bokach. Nie zasłaniam jej już ekranem, bo wiem, że to byłoby bezskuteczne. Zresztą dziś mnie to już nie denerwuje. Ciekawy tylko jestem, co z tego będzie?...
30 czerwca.
Szalona opowieść! Gdyby ktoś przeczytał te zwierzenia, uznałby mnie chyba za warjata. A jednak zdrów jestem na umyśle zupełnie i mówię prawdę...
Wizerunek okna dotychczas nie zniknął: utrzymuje się wciąż lubo w zredukowanych wymiarach. Może jest on motywem przewodnim w całej tej cienistej historji! Nie wiem. W każdym razie ciągle powtarza się i trwa uporczywie tam, pod stropem, gdy inne obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Tajemniczy Leitmotiv cieniów!...
A teraz opowiem w kilku słowach, co widziałem wczoraj na ścianie. Opowiem krótko i zwięzle, by było ohydne i świętokradzkie. Jeśli to tylko wytwór mego chorego mózgu, niechaj mi ktoś na ulicy strzeli w łeb jak psu!...
Było tak.
Po zapaleniu światła wynurzył się na ścianie prześladujący mnie już od dni 13 cień chrzcielnicy. Patrzyłem znużonem spojrzeniem na złośliwie skrzywione profile aniołków pochylonych nad masywną, wygiętą wargami brzegów czarą...
Wtem z wnętrza naczynia zaczęło się coś podnosić, coś róść pałkowatym trzonem, pęcznieć... Nagle wzdrygnąłem się, odwracając z obrzydzeniem oczy.
Z chrzcielnicy wydźwignął się olbrzymi fallus...
2 lipca.
A jednak zdaje się, że projekcje mają jakiś związek z rzeczywistością: zaczynają zwolna przeglądać tajemne przęsła i spoiwa łączące je z życiem — przynajmniej z mojem życiem...
Dziś przekonałem się, że klucz znaleziony przezemnie przed miesiącem miał mi oddać ważną przysługę: przydał się. Zwiedzając, jak zwykle, ruiny, wpadłem na trop nieznanej mi dotychczas galerji podziemia. Ciągnie się na prawem skrzydle klasztoru, może trzy metry pod poziomem. Dotąd zapuszczałem się zawsze w te kręte chodniki bez przeszkody: stały przedemną otworem; jeśli były jakieś drzwi, zastawałem je zwykle lekko uchylone lub tylko przymknięte — ustępowały pod silniejszem pchnięciem. Dziś po raz pierwszy natknąłem na zamkniętą szczelnie bramę wiodącą do wspomnianej galerji na skrzydle. Nacisnąłem klamkę — drzwi nie ustąpiły. Próbowałem wyważyć je nogą, opierałem się o nie całym ciężarem ciała, lecz bezskutecznie: były widocznie zamknięte na klucz. Zmęczony wysiłkiem usiadłem naprzeciw na kamieniu i obejrzałem dokładnie uparte wierzeje. Ciekawa brama! Prawdopodobnie jest cała z bronzu, pokryta od dołu do góry płaskorzeźbami, które rozmieszczono na sześciu polach: każde ujęte w kwadratową listwę niby w ramę. Rzeźba zachowana przedziwnie; rysunek czysty i wyraźny — nie skaziła go patyna wieków.
Co za tematy! naprawdę zaczynam wierzyć okropnościom, o których mówi „Młot czarownic“ i przestaję dziwić się fanatyzmowi św. Inkwizycji.
Powstałem z kamienia.
Obiecujący portal! Co też ukrywa poza sobą? Ponowiłem próbę wywalenia drzwi z zawiasów. Napróżno. Wtem przypomniałem sobie klucz znaleziony, który od paru dni, niewiadomo dlaczego, noszę ze sobą w kieszeni.
— Może to od tej bramy?
Wkładam w zamek, zakręcam — o dziwo! Zamek zgrzytnął chropawo, drzwi odchyliły się i ujrzałem czarną czeluść podziemnego kurytarza. Duszna woń stęchlizny uderzyła we mnie studziennym wyziewem. Wnętrze, znać oddawna zamknięte zaczęło oddychać po wiekach trującym powiewem...
Niebezpiecznie zapuszczać się tam teraz... Niech się wpierw przewietrzy. Powrócę tu za parę dni.
Drzwi zostawiłem otwarte...
15 lipca.
Cień zbezczeszczonej chrzcielnicy nareszcie zniknął. Nie widzę go więcej. Natomiast „motyw przewodni“ trwa dalej. Nawet jakby się znów powiększył i zstąpił z wyżyn pod sufitem: wyłamana krata czerni się obecnie w połowie wysokości ściany. Remember me!
Są też i zawiązki czegoś nowego; jakieś przejrzyste, pajęczo delikatne szale snują się po ścianach, zwijają w mgliste spirale, skupiają w chwiejne ośrodki. Na coś się zanosi...
Nie ulega dziś już dla mnie wątpliwości, że między tem, co się pojawia od pewnego czasu na ścianach mego pokoju a murami klasztoru istnieje związek. Tylko nie mogę dopatrzyć się w tem wszystkiem celu, nie mogę zrozumieć intencji...
Przed paru dniami wpadł mi w ręce mistyczny traktat nieznanego bliżej zakonnika z opactwa Kartuzów; poglądy w nim zawarte odpowiadają mi bardzo i może tłumaczą choć w części zjawiska, których jestem świadkiem od kilku miesięcy.
Autor rozprawy mówi o projekcjach myśli zgęszczonych do kształtów widomych i rozwodzi się szeroko na temat widm przedmiotów, które pozornie nie istnieją. Jako ogniwo pośrednie w tym łańcuchu wywodów dorzuciłbym z mej strony problem myśli podświadomych, istniejących pod progiem jawy, przyczajonych w komyszach jaźni.
Lecz któż mi zaręczy, czy nie współdziałają w tej dziwnej historji siły jakieś poza mną, może nawet wrogo usposobione?
Chwilami ogarnia mię lęk, okropny lęk i dławi przedzmierzchową porą. W ostatnich czasach spędzam całe wieczory pociemku, gdyż nie mam odwagi zapalić światła i patrzeć na ścianę. Możeby zmienić mieszkanie lub wynająć z kimś drugim na spółkę?...
20 lipca.
Senne majaki, o których wspominałem ostatnim razem, przybrały kształt wyraźny; z mgławicy wyłonił się na ścianie cień zdecydowany. Jest nim cudowny profil zakonnicy. Twarz rzymska, o nieskalanie czystych linjach, nos orli, bosko sklepione czoło pod szerokim kornetem: głowa klasycznej Westalki. Oczu nie mogę oderwać od ściany...
25 lipca.
Wczoraj odkryłem nową odrośl podziemia — długi, niezmiernie długi chodnik, ciągnący się wąską szyją aż hen, hen poza miasto. Szedłem nim całą długą godzinę. U wylotu znalazłem się na jakimś kamiennym dziedzińcu zarosłym chwastem i trawą ze szczątkami murów i gotyckich wykuszy.
I to jakieś rujny, lecz napewno nie są dalszym ciągiem tamtych; jest to odrębna, zamknięta w sobie całość architektoniczna, również o charakterze zakonnym. Zresztą zbyt to daleko od klasztoru Trapistek — niemal pół mili drogi. — Jakoż nie pomyliłem się. Dziś wiem już, że są to szczątki opactwa Cystersów...
Więc istniała podziemna komunikacja...
26 lipca.
Przeniosłem się z mej pracowni do sąsiedniego pokoju i teraz stale przebywam w sypialni. Uciekłem przed cieniem pięknej mniszki...
30 lipca.
Wszystko nadaremnie. Cień Westalki goni mnie i prześladuje od dni paru: wykwitł i tu, w sypialni ponad mojem łóżkiem.
A obok złowieszcza minjatura kraty...
2 sierpnia.
Przed chwilą wróciłem od lekarza i siedzę w ciemnym pokoju z obawy, by nie ujrzeć ruchu jej warg i długich jedwabistych rzęs. Bo przysięgam wam — one się ruszają! Zauważyłem to wczoraj. Cudownie zakrojone usta rozchyliły się nagle i zadrgały niemą skargą. Ona chce przemówić! A potem ten łagodny ruch rzęs. Widziałem wyraźnie, jak wysuwały się jedwabistą frendzlą i znów cofały w głąb powiek. Dreszcz zbiega me ciało — dreszcz rozkoszy i grozy zarazem. Mrugający cień...
4 sierpnia.
Przed godziną wróciłem z klasztoru i dotychczas nie mogę się uspokoić. Drżę cały jak w febrze. Muszę mieć gorączkę, bo pulsa tętnią mi młotami. Spojrzawszy w lustro przeląkłem się siebie. Jestem blady jak płótno, z włosem zjeżonym na głowie i spoglądem okiem szaleńca. Okropna wycieczka!...
Zwiedziłem nareszcie galerję odkrytą przezemnie miesiąc przeszło temu. Zaprawdę brama, która ją do tej pory tak zazdrośnie zamykała, ma rzeźbę stylową, dostosowaną wybornie do tajemnic wnętrza...
Z płonącym stokiem zeszedłem w dół po stromych kamiennych schodach. Zaduch teraz był mniejszy; atmosfera oczyściła się dzięki przeszło miesięcznej wentylacji. Mimoto światło pełgało tylko nikłym, chorym płomykiem...
Tak uszedłem kwadrans drogi i skręciłem w boczny korytarz. Tu grunt obniżył się jeszcze bardziej, a przestrzeń między murami zwęziła do rozmiarów ludzkiej postaci. Z trudem posuwałem się naprzód, od czasu do czasu zaczepiając głową o niskie sklepienie. Nagle chodnik skończył się, rozwierając w szeroką, półkulisto sklepioną komnatę w kształcie ula.
Umieściwszy stok w kamiennej niszy, oparłem się znużony wędrówką o mur i otarłem pot z czoła. Nikły płomień mego kaganka lizał wilgotne ściany, przesuwał się leniwo po spleśniałych zboczach, zaglądał w cieniste kryjówki. Wkońcu wpadł jego wydłużony jęzor we wnętrze naprzeciw i oświetlił parę graniastych przedmiotów jakby z przegniłego drzewa.
Postąpiłem parę kroków w tę stronę, by je zbadać dokładniej. Były jakieś wielkie skrzynie okute mocno po węgłach, lecz z góry otwarte, bez wiek. Gdy chciałem pochylić się nad jedną z nich, uderzył mię z boku łagodny modro-błękitny blask. Odwróciwszy się, spostrzegłem, że owa niebieska poświetl szła z końca długiej, wąskiej szyi będącej dalszem odgałęzieniem podziemia. Widocznie komnata nie stanowiła jego etapu końcowego, lecz drugiem ujściem przechodziła w dalszą sieć krętych krużganków. A może właśnie ów korytarz, z którego końca padało światło, był ostatnią odnogą podziemnego labiryntu, z której wychodziło się już na świat i słońce? Tylko w takim razie skąd to światło błękitne? Czyżby refleks nieba odbity od klasztornych murów lub od któregoś z pozostałych witraży?
Zresztą stąd nie było widać żadnego otworu u wylotu szyi; światło zdaje się szło z poza załomu ściany, która skręcała pod kątem. I stamtąd z za węgła padał dziwny blask i oświetlał część sklepienia. Zaciekawiony tym nowym szczegółem, postanowiłem zapuścić się aż do końca szyi w nadziei, że może wyjdę drugą stroną z podziemia. Tymczasem jednak należało przeglądnąć skrzynie.
Zanurzyłem rękę w najbliższą, błądząc palcami w ciemności. Wtem natrafiłem na jakiś twardy, gładki przedmiot. Chwyciłem i wyciągnąłem z głębi: była kość ludzka; mała, wąska piszczel. Pochyliłem się ze stokiem nad skrzynią i wtedy spostrzegłem we wnętrzu całe stosy dziecięcych szkieletów. Leżały zrzucone bezładnie jedne na drugich, wśród jakichś przegniłych łachów, cuchnących szmat, strupieszałych całunów...
Wypadłem z grobowca niewiniątek, pędem przebiegłem głuche galerje i ślepe chodniki i po schodach wydobyłem się na świat...
A teraz siedzę tu, przy biurku u siebie i trzęsę się w podrzutach febry. W głowie zamęt, w żyłach gorączka. Patrzę na ścianę przed sobą i szukam profilu Westalki — djablicy. — Rzecz dziwna! Niema jej już! Zniknęła bez śladu. A wraz z nią i „motyw przewodni“. Ściana jest czysta i pusta. Tabula rasa! Czyżby nareszcie historja skończona?
5 sierpnia.
Zdenerwowany tem, co ujrzałem w grobowej komnacie, długo nie mogłem usnąć. Wkońcu nad ranem zmorzył mię sen ciężki, przesycony scenami ponurej grozy.
Śniło się podziemie klasztoru i jego rozgałęzione bez końca korytarze. Jednym z nich, w krwawem świetle pochodni, posuwał się orszak zakonników i mniszek. Szaty ich były ciemne, powłóczyste, żałobne — twarze szczelnie ukryte w kapturach. Szli wydłużoną linją w milczeniu.
W odstępach między jedną pochodnią a drugą po dwóch mnichów niosło na barkach jakieś ciężary owinięte w czarne, spadające ku ziemi całuny. Wtem odwinęło się jedno żejło i z pod niego wychyliła się sztywnie wyciągnięta, trupio blada rączka dziecka...
Kondukt skręcił w znany mi korytarz wiodący do grobowca w kształcie ula. Tu klasztorni żałobnicy rozpostarli całuny i zaczęli po nich staczać zwłoki do skrzyń. Jedna z mniszek przypadła odruchowo do zwolna spadającego ciałka i przywarła doń ustami... Ktoś łkał cicho w ciemnościach...
Nagle przodownica orszaku, smukła i gibka jak pinja, odwróciła się i odrzuciwszy woal, spojrzała w mą stronę.
Zadrżałem. Westalka!
A ona wskazując palcem w błękitny zakręt galerji, skinęła mi głową:
— Pójdź! Pójdź za mną gościu!
I zaczęła oddalać się w głąb korytarza majestatycznym, harmonijnym krokiem.
— Nie, nie pójdę za tobą! — krzyknęłem, broniąc się z całych sił przed czarownym nakazem.
I z tym okrzykiem na ustach obudziłem się...
A jednak czuję, że mimo wszystko pójdę tam, pójdę, bo muszę. Niech się co chce dzieje! Pójdę dziś jeszcze przed wieczorem...


EPILOG WYDAWCY PAMIĘTNIKA.

Z początkiem sierpnia roku 1880 w Paryżu zniknął bez śladu powszechnie ceniony architekt, Tadeusz Śnieżko. Odkrycie nastąpiło przypadkowo, dzięki jednemu ze znajomych, panu Z., który zaniepokojony dłuższą nieobecnością Śnieżki w resursie, udał się do jego mieszkania, by go odwiedzić. Tu dowiedział się od sąsiada i dozorcy domu, że już od dłuższego czasu nikt Śnieżki nie widział. Zamknięte szczelnie drzwi mieszkania wyważono. Wewnątrz inżyniera nie było. Pan Z. znalazł tylko na biurku pamiętnik pisany ręką Śnieżki z końcową datą 5 sierpnia. Treść manuskryptu dostarczyła pewnych wskazówek co do kierunku, w jakim należało rozpocząć poszukiwania. T. Śnieżko uległ, zdaje się, w ostatnich czasach rozstrojowi nerwowemu i unikał ludzi, znać świadomy swego stanu. Za to odbywał częste wycieczki do ruin starego klasztoru Trapistek sterczących w niewielkiej odległości od jego mieszkania. Tam też skierowano pierwsze kroki. Lecz wszelkie wysiłki policji spełzły na niczem: Śnieżki nie odnaleziono. Przypuszczano tylko, że zginął gdzieś w labiryncie podziemnych chodników, w które obfitują podwaliny klasztorne...
Dopiero w rok później przypadek odkrył tajemnicę. Pewnego dnia jakaś staruszka, zbierająca zioła wśród ruin na szkarpie południowej, ujrzała na kracie okna, u wylotu jednego z lochów klasztornych, wychyloną na zewnątrz głowę kościotrupa.
Wiadomość o okropnem odkryciu rozeszła się szybko po mieście i zaalarmowała władze. Przybyła natychmiast komisja stwierdziła tożsamość zwłok zaginionego przed rokiem Śnieżki. Wybito wyłom w murze i przez otwór dostano się do wnętrza.
Po zbadaniu miejsca doszły władze policyjne do przekonania, że Śnieżko uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. Prawdopodobnie, zwiedzając podziemia, zabłądził w nieznany sobie korytarz i tu spadł, staczając się gwałtownie w dół po pochyłym terenie aż do zakratowanego okna. Dziwnym trafem głowa nieszczęśliwego przesunęła się przez otwór w kracie wybity znać w dawniejszych już czasach przez jakąś zabłąkaną kulę. Śmierć nastąpiła zdaje się w ten sposób, że Śnieżko, oprzytomniawszy po upadku, usiłował uwolnić się z kleszczów, które dławiły mu szyję; szarpnął się więc i rzucił wstecz — lecz to go zgubiło; wygięte na zewnątrz ostrza wyłamanej kraty wbiły mu się w krtań i przecięły tchawicę. Wyzionął ducha wśród najokropniejszych męczarni, zawieszony ledwo parę cali nad ziemią, z głową przewleczoną przez żelazne pręty.


STRYCH.

Była niedziela po południu. Gorące sierpniowe słońce prażyło dachy domów i duszny skwar drzemał po wnękach kamienic.
Godzina trzecia, pora poobiednich wywczasów. Na oknach pospuszczano żaluzje lub płócienne rolety i odcięto wnętrza od słonecznej orgji na dworze. Ustał ruch po klatkach schodowych, zdrętwiało życie ulic. Tylko służące czyniły gorączkowe przygotowania do niedzielnych rozrywek. Od czasu do czasu pojawiały się na gankach postacie dziewek z putniami śpieszące do zlewów lub śmieciarek, czerwone od pośpiechu i zniecierpliwione robotą, która opóźniała im „wychód“. Za pół godziny zabrzmią z farnego kościoła dźwięki dzwonów i zwoływać będą na nieszpory. Czas wielki, by uporać się z naczyniem i wydobyć z zaduchu kuchen.
W podwórzu koło studni wyciągnął się na wypłowiałym sienniku stróż domu i grzał do słońca półsenny. Obok stary pies kamieniczny, czarny jak smoła Cygan wciągnął zapadły kadłub w głąb budy i dyszał z wystawionym jęzorem. Parę kur grzebało ospale w paprowiskach...
Na ganku, w załomie między ścianami pierwszego piętra siedziała na krześle czternastoletnia Wisia. Czarne, ogniste oczy dziewczęcia zanurzały się niespokojnie w mroczną szyję naprzeciwległego korytarza, to znowu podnosiły się w górę ku oknu sieni nad jej głową.
Wisia czekała. Niecierpliwym ruchem pulchnej rączki zgarnęła z uszu kaskadę czarnych jak heban włosów i nasłuchiwała czyichś kroków. Po chwili wstrząsnęła główką z rozczarowaniem.
— To nie Grześ. — Niedobry! Miał przyjść zaraz po obiedzie a tymczasem już trzecia minęła, a on nie pokazuje się. Tak spieszyła się z tą leguminą, że aż mama zwróciła na to uwagę i zapytała o powód. Wtedy skłamała, że musi dziś skończyć książkę, którą należało jutro oddać przyjaciółce. Skłamała dla niego, by się nie spóźnić na schadzkę, a on...
Wisia uczuła dziwne ściskanie w gardle jak przed płaczem. To ją oburzyło. Nie! Płakać nie będzie! Raczej pójdzie sobie precz do pokoju i nie pokaże się tydzień cały temu szkaradnikowi.
I już zerwała się z miejsca, by wykonać zamiar, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Dziewczynka uczuła się nagle bardzo ociężałą.
— A może go pilnują? Może znów odrabia te nudne lekcje z nauczycielem? Trzeba jeszcze trochę poczekać.
Oparła się plecami o ścianę i wyciągnęła nogi ku słońcu. Struga słońca objęła jej nagie łydki i załaskotała kolana. Wisia przymknęła z rozkoszą oczy. Zupełnie jakby całował Grześ. On ma zawsze takie gorące usta. Takie słodkie, mocne usta! I tak ślicznie na nią zawsze patrzy, tak głęboko, głęboko w oczy, że Wisi aż oddech zapiera i robi się jakoś dziwnie, bardzo dziwnie... Mój Grześ najdroższy! Milszy nad mamę, nad ojca, nad wszystko w świecie! Jak on ją zawsze całuje, jak tuli, jak pieści..
Poznali się rok temu na ganku. Ona czytała jak zwykle w swoim kąciku, on wyszedł również z książką i oparł się na balustradzie o parę kroków od niej. Nie mówili wtedy jeszcze nic do siebie; tylko on patrzył na nią bez przerwy, a na pożegnanie ukłonił się. Odtąd widywali się codziennie o tej samej porze i rozmawiali półgłosem o rozmaitych rzeczach.
Wtedy jeszcze jej nie całował: wstydzili się. Na ganku mógł ktoś z okien zobaczyć. W parę miesięcy później pocałował ją. Wisię ogarnia zawsze płomień na wspomnienie tego pierwszego pocałunku. Pamięta dokładnie wszystko, jak było. Grześ stanął jak zwykle koło jej zakątka i po paru wstępnych słowach szepnął stłumionym głosem:
— Chodź ze mną na korytarz.
— Nie można. A gdy spostrzegą? — broniła się słabo.
— Nie spostrzegą — uspokajał ją. — Ja odejdę pierwszy, niby do siebie i tam zaczekam. Ty posiedzisz tutaj jeszcze przez chwilę a potem pójdziesz za mną. Nikt nie zauważy. Zabawimy tylko małą chwilkę, tylko bardzo krótką chwilkę — dodał, patrząc jej błagalnie w oczy. — Wisieńko, nie odmawiaj!
I Wisia poszła. Poszła w ten długi, ciemny korytarz bez końca, który ją zawsze przejmuje dziwnym lękiem, ilekroć spojrzy w jego ponurą, mroczną głąb.
Tam ją po raz pierwszy pocałował. Pamięta, jak omal nie zdradziła się okrzykiem przestrachu, gdy znienacka pochwycił ją w mroku i przygarnął do siebie. Straszne to było, ale i słodkie zarazem. Nikt ich nie spostrzegł, bo zaraz rozeszli się do swych pomieszkań.
Odtąd codziennie spotykali się na kilka chwil w czarnej szyi. Dla Wisi były to momenty dziwne i tajemnicze. Nieokreślony strach przed miejscem i poczucie czegoś niedozwolonego zlewały się z czarem dziewczęcych pragnień w jakiś cudowny, jedyny splot uczuć rozkołysujący bolesnem upojeniem całą istotę rozbudzonej dziewczyny. Drzemiący nurt krwi wstrząsał coraz silniejszym dreszczem jej młodą, przedwcześnie wybujałą krasą i niecił zachcenia gorące i parne. Grześ umiał je wyczuć i podsycać. Wynalazł różne zabawy.
Wkrótce uznali korytarz za niewygodny i mało bezpieczny. Trzeba było poszukać lepszego przytułku.
Grześ spostrzegł, że sień zresztą całkiem pusta kończy się w głębi zamkniętemi stale drzwiami, których nikt nigdy nie używał. Wkrótce też przekonał się, że poza drzwiami niema pomieszkania, tylko tylna ściana kamienicy wychodząca na jakiś pusty plac. Dom, już bardzo stary, niegdyś rozciągał się widocznie w tamtą stronę, lecz gdy wskutek pożaru runęło całe skrzydło, oszczędny gospodarz kazał tylko wyrównać poszczerbioną ścianę a reszty nie odbudowywał. Drzwi były śladem dawnego stanu rzeczy, szczątkową pozostałością dawnego pomieszkania.
Pocięte w dziwaczne zygzaki, pokryte bezlikiem rysunków kredą i węglem ich skrzydła zewnętrzne przymykały się tylko luźnie na skobel i odstawały od listwy. Wystarczyło parę pociągnięć pilnikiem a odchylały się, ukazując szeroki, wolny rozstęp progu między obiema drzwiami.
Ten rozstęp stał się przybytkiem ich miłości. Grześ umieścił tu dla wygody jakąś starą, kulawą ławkę, wykradzioną z drewutni rodziców, podparł krótszą nogę kamieniem i zaścielił postrzępionym kilimem. Kryjówka okazała się znakomitą. W tem miejscu nikt ich nie mógł wytropić.
Tutaj w absolutnej ciemni rozświecanej chyba światłem jego zapałek lub mdłą poświatą, wpadającą przez wpół uchylone drzwi, przeżywali krótkie jak sen, cudowne jak marzenie chwile. Tutaj, w tej ciasnej, zwężonej przestrzeni zapoznali się po raz pierwszy z tajemnicą dotknięcia, nauczyli się oceniać rozkosz cielesnej wzajemności.
Pod wpływem ponawiania prób rosła pomysłowość, rozszerzał się zakres możliwego użycia; wysilali się w wynajdywaniu coraz innych sposobów zaspakajania pragnień, prześcigali w finezji i wyrafinowaniu. Lecz oboje czuli niedostateczność środków i wieczny głód niedosytu, który oszukać się nie da sztuką surogatu. Po tych kilku krótkich momentach wracali do siebie w łunie krwi, rozpaleni, niesyci, z żądzą jutra, które miało przynieść nowe żary, nowe senzacje i nowe rozczarowania...
Wczorajsza schadzka trwała krócej niż zwykle. Grześ wpadł tylko na chwilę i spieszył się bardzo. Na odchodnem rzekł tajemniczo:
— Znalazłem nowe miejsce. Będziemy swobodniejsi. Wymyśliłem też nową zabawę, o której ci się nawet nie śniło. Lecz tutajby tego nie można. Tam — co innego.
Przycisnęła usta do jego ust:
— Coś jeszcze rozkoszniejszego? — szepnęła.
— Tak. Wyczytałem w jednej z książek ojca. Już wiem, jak bawią się starsi. Jutro niedziela, rodzice idą z wizytą a mnie wysyłają do kina. Skorzystam z nieobecności; będzie więcej czasu. Ty ze swej strony postaraj się, by mieć wolną rękę. No cóż? Przyjdziesz?
— Przyjdę.
Uśmiechnęła się, zarzucając mu ręce na szyję.
I tak rozstali się. Wisia miała tej nocy niespokojny sen. Ciągle śnił się jej długi czarny korytarz, z którego gardzieli wysuwały się ku niej czyjeś chude ręce usiłując wciągnąć ją w głąb. Broniła się ze wszystkich sił i opierała zmorze wśród rozpaczliwych szamotań; wreszcie wyczerpana walką obsunęła się w jakąś otchłań bez dna i straciła przytomność. Obudziła się późno nad ranem zmęczona i wybladła.
Przedpołudnie wlokło się nieznośną nudą. Z bijącem sercem skończyła obiad i korzystając z poobiedniej drzemki matki, wymknęła się na ganek, by tu oczekiwać jego przybycia. Lecz on się spóźniał. Niecierpliwość Wisi, podniecona obawą i ciekawością wzrastała z każdą chwilą. Wstała i na palcach skradając się, minęła linję okien i przysunęła się ku drzwiom wiodącym w sień...
Nagle zadrżała. W dali po lewej chwili odezwało się ostrożne skrzypnięcie drzwi i przekręcanie klucza w zamku. Grześ nadchodził.
Nagle zadrżała. W dali po lewej stronie odez-[25] zienia sieni szczupły szesnastoletni chłopak o miękkich, kobieco delikatnych rysach twarzy. Oczy jego fiołkowe, przesłonione lekką mgłą zadumy i lubieżnej melancholji, objąwszy szybkiem spojrzeniem platformę ganku i klatkę schodową, spoczęły mocno na dziewczynie. Ujął w ręce jej cieple, aksamitne dłonie i pociągnął w mroczną czeluść korytarza:
— Wiśka! Złota czarnobrewka, przyszłaś? — szeptał, namiętnie tuląc ją do siebie.
A ona podawała mu już mokre, soczyste wiśnie swych ust.
Cicho, tłumiąc odgłos kroków, dotarli do końca czarnej szyji. Dziewczyna położyła rękę na klamce drzwi. Grześ wstrzymał ją:
— Dziś pójdziemy gdzieindziej. Czyżbyś już zapomniała o tem, co ci wczoraj mówiłem? Znalazłem lepsze miejsce.
Wisia popatrzyła mu w oczy pytająco:
— Tędy — odpowiedział, wskazując ręką na złamaną, w półmroku ledwo dostrzegalną falę schodów wstępującą w górę tuż obok prawego skrzydła drzwi.
— Na stary strych? — zapytała, mimowoli cofając się przerażona. — Tędy już nikt nie chodzi od kilku lat. Schody zużyte i spróchniałe.
— Nie bój się, Wiśka — można stąpać bezpiecznie. Chodziłem tam i z powrotem kilka razy i ani jeden nie ugiął mi się przed nogami. Dobrałem klucz do drzwi — wejdziemy na górę jak do własnej sypialni.
Dziewczyna wahała się:
— Boję się czegoś bardzo. Tam tak ciemno i strasznie. Nie widzę końca schodów; możemy spaść po drodze.
— Nie bądź dzieckiem — upominał ją niecierpliwie. Mam stoczek i zapałki. Zresztą pójdziemy razem; będę cię podtrzymywał.
Milcząco ustąpiła. Zaczęli iść w górę: Wisia naprzód, Grześ za nią, rozświecając ciemności światłem stoczka.
Schody szły jakiś czas prosto w górę, potem skręcały w prawo i gubiły się w pomroce sklepienia. Pełgający płomień światła wywabiał na wilgotnych od pleśni murach dziwaczne cienie niby wielkie, śmieszno-groźne poczwary. Przerażone ich gestami przebiegały po ścianach skośnym pędem duże, plugawe pająki.
Zbutwiałe stopnie skrzypiały nieśmiało cichą skargą, z pod nóg obsuwało się z szelestem rdzawe próchno.
Tak minęli załom schodów i linją spiralną dochodzili do szczytu.
— Zatrzymaj się — szepnął chłopak — jesteśmy u celu. Teraz wyprzedzę cię o jeden stopień i otworzę drzwi.
Podszedł w górę i dotknął głową stropu: schody kończyły się drzwiami poziomemi starego typu. Wyjął ogromny, zardzewiały klucz i włożył w zamek. Po paru nieudałych chwytach zasuwka odskoczyła.
— Potrzymaj na chwilę!
Podał jej stoczek, poczem podparł drzwi wyciągniętem ramieniem. Zapadnia podniosła się w górę. Przez powstałą szparę wpadł prąd powietrza ze strychu i zgasił światło.
— Grześ — gdzieś ty?
— Tutaj; podaj mi rękę.
Uczuła mocny, ciepły uścisk i poszła parę kroków w górę. Drzwi odchylały się powoli od poziomu i parte z dołu ręką Grzesia zakreśliły kąt prosty.
Chłopak stanął na progu i podtrzymując je plecyma, przepuścił mimo towarzyszkę.
Chwiejąc się, przebyła Wisia ostatni stopień i z westchnieniem ulgi stanęła na podłodze strychu. Wtedy Grześ chwycił za brzeg zapadni i zaczął ją powoli przechylać z powrotem do poziomu.
— Co za szkaradne drzwi — zauważyła dziewczyna — jakieś takie drapieżne, pełne gwoździ i haków!
Istotnie, wyglądały zjadliwie. Cała listwa dłuższa, ruchoma, którą przylegały do brzegów otworu, zaopatrzona była w odstępach żelaznymi krukami, które jak szpony wchodziły w odpowiednie zęby podłogi.
— Et, głupstwo. Nie warto zwracać na to uwagi.
Wygiął się w kabłąk i z wysiłkiem wstrzymując impet spadania, spuścił drzwi ostrożnie w pierwotne położenie.
— Teraz jesteśmy u siebie — odwrócił się ku niej z dziwnym błyskiem w oczach. — Wicha! Wicha moja!
Wtulił się w nią, obejmując ramieniem jej gibką, dziewiczo rozwiniętą kibić.
— Mój Grześ, mój jasny, słodki chłopiec! — szeptała przez rozchylone płatki warg.
I tak stali w milczeniu przez długą rozkoszną chwilę. Promienie popołudniowego żaru przepuszczone przez szpary w dachu oblewały ich wąskiemi strużkami, grając gorącą barwą na czerwonej bluzie dziewczyny. Ciężkie, śniade kłęby kurzu wzbite ruchem stóp wznosiły się w górę i pyliły mirjadami atomów w smugach światła.
Wyjrzeli przez jedno z okien strychu na świat. W dole pod nimi rozciągało się morze dachów, przyczółków, kopuł i wież — szumiało niedzielnym gwarem miasto.
— Ładnie — mówiła półgłosem, skłaniając mu główkę na ramię.
— Chodź — odpowiedział, łagodnie kierując ją w głąb strychu.
— Dokąd? — zapytała jak we śnie, poddając się jego woli.
— Tam w kąt pomiędzy te dwie belki. W tem zaciszu odkryłem starą, zapomnianą otomanę. Bardzo wygodna. Wszystkie sprężyny w porządku.
Mówili cicho z namiętnym cynizmem wyrazy pieszczoty, przerywane dreszczem wzrastającej lubieży.
Usiedli na otomanie. Powoli wśród orgji pocałunków przechylił ją ku wezgłowiu i zaczął pieścić jej kolana.
Nie broniła się. Podłożyła ramię pod głowę i z przymkniętemi oczyma poddawała się szałowi jego rąk. Ciszę upojenia przerywały od czasu do czasu słowa krótkie, dziecinne, pytania zbędne, bezcelowo śmieszne — stłumiony bełkot ściśniętych krtani:
— Chcesz? Wicha?... Chcesz?... Czujesz...
Nagle przygarnęła go ku sobie, oplatując ruchem nóg. Czerwona mgła przysłoniła oczy. Na strychu rozległ się krótki, bolesny krzyk, potem drugi, trzeci... i ciche, długie łkanie...
Grześ zerwał się i ukląkł przy otomanie, ujmując w obie dłonie twarz szlochającej dziewczyny:
— Wisieńko! Wichunek! Najdroższa, najmilsza! Boli? Co? Bardzo? Wisieńko, nie gniewaj się na mnie!
Usiadła, poprawiając rozrzuconą sukienkę. — Trochę — uśmiechnęła się przez łzy. — Lecz już dobrze. Mój Grześ!
Przycisnęła mu głowę do piersi.
— Mój złoty, najmilszy chłopiec!
Położył jej głowę na kolanach i patrzył długo, przeciągle w oczy. Nagle odsunęła się i blednąc, zaczęła nadsłuchiwać.
— Słyszysz? — wyszeptała, trzęsąc się cała. — Słyszysz?
— Co takiego?
— Jezus! Marja! — krzyknęła, rzucając się ku wyjściu. — Otwieraj czemprędzej drzwi! To głos mamy! Woła mnie! Nie słyszysz?!
Usłyszał. Z dołu dochodziło wyraźne wołanie:
— Wisiu! Wisiu!
Drżącemi rękoma chwycili wspólnie za haki i odwalili drzwi. Grześ zeszedł pierwszy parę stopni w dół, przytrzymując zapadnię ponad ich głowami; za nim chwiejąc się na nogach, obsunęła się niemal w brzeg otworu dziewczyna. W sieni pod ich nogami odezwały się kroki lekkie, kobiece, zaszeleściła suknia. Chłopak pochylił się ku czeluści korytarza i wypatrywał ciemność.
— Wisiu! Gdzie jesteś?! Wisiu! — rozległ się w dole głos matki.
Wyciągnięta w górę ręka Grzesia zadrgała konwulsyjnie i puściła nieopatrznie zapadnię. Uczuł nad sobą pęd nagle spadających; lecz nie usłyszał uderzenia o krawędź podłogi.
— Wisiu! Wisiu! — wołał głos z dołu, lecz już jakby oddalając się.
Zaczął nerwowo macać rękoma wkoło siebie.
— Wisiu! — szeptał. — Podaj mi rękę. Gdzie jesteś?
— Dziewczyna milczała.
— Wisiu! Co tobie?
Dotknął ręką jej kolan, które zdawały się klęczeć na jednym ze stopni ponad nim. Podszedł w górę i zaczął wodzić ręką wzdłuż jej ciała, sądząc, że straciła przytomność; doszedł do szyi, posunął dłoń wyżej i natrafił na deskę zapadni. Okropna myśl zaświtała w mózgu... Gwałtownym ruchem ramion podważył drzwi i pchnął w górę...
Wpadające ze strychu światło oświetliło nagle straszny obraz.
Na stopniach sztywnych schodów klęczała Wisia z głową złożoną bezwładnie na brzegu otworu; szyja nieszczęśliwej dziewczyny tkwiła pomiędzy dwoma hakami podłogi wbita w żelazne ich kleszcze przez spuszczone gwałtownie drzwi. Cios był silny i zdruzgotał kręgi momentalnie. Zginęła bez jęku...

Pod wieczorną godzinę schodził ze strychu młody chłopiec. Schodził powoli i ostrożnie, bo w ramionach ważył mu się bezcenny ciężar nieżywej kochanki...


Przypisy

  1. Dzielnica wenecka.
  2. Kanał Wielki.
  3. Rodzaj kanału.
  4. Cudzoziemców.
  5. Wybaczy pani (Przepraszam panią). Ta książka do niej należy. Nieprawdaż?
  6. Cukiernia, w której wyłącznie podają lody.
  7. Uliczką.
  8. Dobrze, Pani.
  9. Na Boga! (po hiszp.)
  10. Naprzód, Beppo! (po hiszp.)
  11. Prosto przed siebie! (po włosku, t. j. wenecku.)
  12. Ludwice R., uwielbianej żonie — mąż.
  13. Swemu uwielbianemu małżonkowi, Don A. d. O., zgasłemu w najwyższej rozkoszy — żona.
  14. Cytat z noweli Cyprjana Kamila Norwida p. t. „Menego“.
  15. Cytat z noweli tegoż poety p. t. „Garstka piasku“.
  16. Cytaty z „Menego“ C. K. Norwida.
  17. Czy wie Pan co o malarzu-medjum L.  B.?
  18. Wieży Zegarowej.
  19. Pani Rotonda (Okrągła) przechodzi!
  20. Dobranoc panu! Do rychłego (zobaczenia!) (Po hiszp.)
  21. Rodzaje weneckich ulic, placów i podsieni.
  22. D. R. przechodząca.
  23. Złodziejka.
  24. Zostawcie w spokoju biedną obłąkaną! Nic mi na tem nie zależy.
  25. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku: zbędne powtórzenie początku poprzedniego akapitu i brak początku następnego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Grabiński.