Gdy już nie starczy tchu
W tym obłąkanym codziennym wirze,
Spoglądam w lustro:
Na odbitą gałązkę lila bzu.
Nieruchomo płynącą po wodach szklanych i sennych:
I czuję — ze wszystkiego ona jest najbliżej.
Nie mogę jej dotknąć dłonią,
Ujrzeć dotykiem, jak jest wdzięczna i giętka,
Drobnych listeczków jej, zamknionych zieloną tonią.
Nie złowi, nie uchwyci ręka moja, jak wędka —
Nie poczuję zamarłych, zawartych w kryształ zapachów.
Ani zdziwionych na powietrzu płatków.
Nie będę gładził palcem, drżącym od lęku, od słodkiego przestrachu.
Łodygi równej i gładkiej —
Ach, zrozumieć cię! Ach, gdyby
Móc cię ująć, najdalszy świecie,
Płynący po sennych wodach, tam, gdzie się kończą szklane szyby...
Od tego, od nadmiaru słodyczy,
Pęka mi serce przecie.