Nad stawem (Lewicka, 1922)
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nad stawem |
| Pochodzenie | Z naszych pól i lasów |
| Wydawca | Księgarnia Wydawnicza H. Altenberg |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | drukarnia Artura Goldmana we Lwowie |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB |
| Indeks stron | |
Jednego razu Grześ pastuszek przybiegł do Kazia i powiedział:
— Jest coś nowego!
— Co takiego?
— Takiego zwierzęcia jeszcze Kazio nie widział!
— A ty widziałeś?
— I ja nie.
— A cóż takiego?
— Stary Szymon mówi, że nazywa się wydra, żyje nad wodą, ale może pływać, nurzać się w wodzie, a żywi się rybami.
— A gdzież ona mieszka? — zawołał Kazik i już chwycił kapelusz, gotów do drogi.
— Gdzieś nad stawem.
— Chodźmy.
I obaj chłopcy Kazio i Grześ pobiegli nad staw.
Po drodze spotkali Szymona.
— A ty gdzie znowu mi uciekłeś Grzesiu?
— Bydło zaraz pójdzie do stajni — rzekł Grześ.
— Pozwólcie mu Szymonie, on mi pokaże wydrę — rzekł Kazio.
— Pokaże — mruknął Szymon — to, czego sam nie widział i nie wie gdzie jest.
— A wy wiecie?
— Jużci, że wiem.
— To i nam powiedźcie — rzekł Kazio, przymilając się do Szymona.
— Idźcie nad staw, tam gdzie rośnie stara płacząca wierzba. Tam dobrze poszukajcie, a znajdziecie.
Chłopcy pobiegli.
Na brzegu stawu uwiązane chwiało się czółno, ale wioseł nie było, bo je chował ogrodnik.
Chłopcy wrócili do ogrodu, zabrali wiosła i dalej nad staw.
— Wiesz co Grześku — rzekł Kazio — popływajmy trochę na łódce, bydło teraz w stajni, to masz czas.
Odczepili czółno od brzegu i pływali po stawie.
— Wiesz co — zawołał znów Kazio — tego roku to już będziemy pilnowali stawu; tu także jest dużo zwierząt, co żyją w wodzie i nad wodą. Dobrze?
— A, dobrze, tylko jak powpadamy w wodę...
— No, to i co? Każdy z nas umie pływać. Mam ubranie z płótna, jak przemoknie, to się wypierze, a w stawie i nad stawem pewno będzie się czemu przypatrywać.
— Ho! ho! — zawołał Grześ. — Ja tu nieraz w południe leżałem w lesie całemi godzinami. To tu tak bąkają i brzęczą rozmaite muchy i komary, a tak latają, że aż ćmi się w powietrzu, a co tu ptaków! mniejsze i większe; to latają, to po ziemi chodzą, po błocie brodzą, są takie co się kąpią w wodzie. A żaby to tak krzyczą...
— Ot widzisz, będziemy mieli zabawę na całe lato.
— Żeby tylko Szymon mnie puścił.
— Puści, puści, ja go poproszę.
— Nie słuchałby on tam panicza, ale sam pan mu powiedział, żeby mnie pozwolił chodzić z Kaziem, bo się tam Kazio dużo nauczy. Szymon ruszył ramionami, że las nie książka, a pan powiedział, że więcej w lesie można się nauczyć niż w książce. To i dobrze.
Chłopcy popłynęli na Kępę, była to malutka wysepka na stawie, rosło na niej tylko kilka drzew i trochę krzaków.
Dzika była zupełnie, nikt z ludzi tam nie zachodził, ale Kępa nie była pusta. Niepłoszone przez ludzi żyło tam ptactwo wodne, ścieląc sobie gniazda, wrzeszczały w niebogłosy żaby, unosiły się w powietrza rozmaite owady. Tu też mieszkała rodzina wydr, na której poszukiwanie wybrali się chłopcy.
Kazio i Grześ uwiązali łódkę do nadbrzeżnego drzewa, a sami ruszyli brzegiem.
Nad wodą rosła stara wierzba. Długie jej gałęzie zwieszały się nizko, woda podmyła brzeg w tem miejscu, wymuliła ziemię i obnarzyła grube korzenie drzew, między któremi wytworzyła się dość duża wyrwa.

Chłopcy przechodząc koło wierzby, zobaczyli w głębi między korzeniami otwór.
— Czy to nie tu będzie?
— Może — rzekł przyciszonym głosem Grześ.
Rzeczywiście tam w głębi pod drzewem była nora, w której gnieździła się rodzina wydr. Żyła tam matka i troje młodych.
Rodzina żyła tu bezpiecznie, gdyż ludzie nigdy nie zachodzili na kępę, więc nie groziło im niebezpieczeństwo.
Dziś jednak, usłyszawszy kroki chłopców i ich głosy, wydra wcisnęła się w głąb nory, nadsłuchiwała nieznanych jej głosów i tuliła do siebie dziecięta. Chłopcy odeszli kilkadziesiąt kroków, usiedli cichutko w krzakach, tak, że ukryci w nich, sami niewidziani, mogli widzieć, co się dzieje u stóp wierzby.
Już z kwadrans siedzieli cichutko, zaledwie szeptem odzywając się do siebie od czasu do czasu, gdy wtem usłyszeli przeciągły świst.
Chłopcy zaparli oddech i zaglądali z za krzaków, za którymi byli ukryci.
Z ukrycia wyszła mama wydra.
Rozglądała się uważnie wkoło, a nie zauważywszy żadnego niebezpieczeństwa, szła wolno i bez szelestu ku wodzie.
Chłopcy przypatrywali się jej ciekawie.
Wydra ubrana była w rudawo-brunatne futerko, na głowie miała jakby czapeczkę tego samego koloru. Przy tem futerku odbijała ładnie jasna kamizelka, która zakrywała pierś i podbrzusze. Główka jej była okrągła, zgrabna, z krótkim pyszczkiem i króciutkiemi uszami. Chłopcy nie zauważyli tylko, że uszy te były zaopatrzone w błonistą klapkę, która szczelnie zatyka błonę uszną, gdy wydra nurza się w wodzie. Żywe oczy błyszczały w główce, niemi troskliwa mama strzygła na wszystkie strony, śledząc czy skąd nie grozi niebezpieczeństwo. Z obu stron twarzy sterczały rzadkie wąsy.
Zauważyli też chłopcy, że palce wydry są spięte błoną, podobną jak mają u nóg kaczki, a zakończone ostrymi pazurami. Zauważyli też, że wydra ma bardzo długi, gruby i silny ogon.
Doszedłszy do brzegu zwierzę puściło się na wodę tak cicho, że chłopcy nie słyszeli najlżejszego nawet szelestu ani plusku. Czas jakiś płynęła, a potem znikła pod wodą, tylko kręgi w miejscu, gdzie zniknęła, świadczyły, że pod wodą uwija się zwinnie wodny rabuś.
Nie upłynęły i dwie minuty, gdy wydra wyszła na powierzchnię niosąc w pysku sporą rybę. Wracała na brzeg tą samą drogą, którą wypłynęła.
Chłopcy widzieli jak wyszedłszy na brzeg usiadła na trawie, a trzymając rybę silnie pazurami, zaświstała znowu.
Na głos ten wybiegła z nory gromadka zwinnych malców i obskoczyła matkę, zatapiając ostre ząbki w ciele ryby.
Dobrze, że ryba już nie żyła i nie czuła tych ukąszeń. Matka odgryzła nasamprzód głowę i odrzuciła ją precz, potem po kawałku odrywała spore kawałki mięsa rybiego i rzucała je malcom. Dzieci wyścigały się w chwytaniu zdobyczy i wyrywały sobie nawzajem smaczne kąski; widać, że nie odebrały wskazówek grzecznego zachowania się. Ale gdy matka rzuciła już tyle kawałków, ile było dzieci, wtedy uspokoiły się malcy, ale tylko na chwilę, bo gdy ostatnie złapało swoją porcyę, to pierwsze już uporało się z swoją i znowu czepiały się matki, nie dając jej zjeść ani kawałka.
W kilka minut były gotowe. Matka wyrzuciła ogon i znowu ruszyła ku wodzie, bo przecież i sama coś zjeść musiała. Malcy pobiegły za nią i jedno po drugiem wskakiwały w wodę, pluskając się, pryskając na siebie i bawiąc się wesoło. Matka tymczasem znowu zapadła w wodę i znowu szukała nowej zdobyczy.
Słońce podniosło się wysoko. Matka wydra i jej dzieci wypłynęły na brzeg i wszyscy pokładli się na piasku. Widocznie wygrzewanie się na słońcu sprawiało im wielką przyjemność. Dzieciaki bawiły się ze sobą, nawzajem się szarpiąc to za ogony, to za łapki, to znów się przewracały, a matka leżała bez ruchu i drzemała przymknąwszy oczy.
Wtem wiatr zawiał od strony chłopców i przyniosł wydrze woń ludzką.
Zerwała się, spojrzała przerażona w stronę, gdzie byli chłopcy, zdaje się dostrzegła w krzakach ich głowy, bo świsnęła przeraźliwie i rzuciła się w wodę, a za nią malcy. Znać było na wierzchu, którędy przepływała, bo nad nią na wodzie unosiły się baloniki powietrzne, ale niebawem i ten ślad zginął.
Nadaremnie chłopcy tak cicho siedzieli, że żaden listek nie drgnął, nadaremnie czekali całą godzinę, już nie ujrzeli tego dnia wydry.
Nie wiedzieli, że ostrożne zwierzę miało drugie wejście do nory, które kryło się pod wodą, nie wiedzieli, że od tego podwodnego wejścia prowadzi podziemny korytarz do nory i że gdy oni upatrywali powrotu wydry na wierzchu wody, mama wydra wprowadziła swe dzieci podwodnem wejściem i razem z niemi spała spokojnie.
∗
∗ ∗ |
Kazik wróciwszy do domu opowiedział ojcu, co widział na Kępie.
— A wiesz ty — rzekł ojciec — że wydrę można bardzo łatwo oswoić.
— Doprawdy? — zapytał Kazik.
— Taką wydrę za króla Jana miał autor sławnych pamiętników Jan Chryzostom Pasek.
— No i co? — zapytał Kazik — co tatuś o niej wie?
— Czekaj — rzekł ojciec. Wstał, poszedł do szafy z książkami, wyjął jedną z nich, przerzucił kartki, a równocześnie mówił:
— Wydrę tę Pasek nazwał Robakiem. Przywiązała się ona do swego pana jak pies i dała się doskonale ułożyć do łapania ryb.
— Oto słuchaj, co Pasek o niej pisze — i zaczął czytać:
„Najpierw ze mną sypiała w pościeli, po drugie stróż z niej taki, że w nocy, Panie zachowaj, do łóżka przystąpić; chłopcu ledwie pozwoliła z butów zzuć, a potem już się nie ukazuj, bo narobiła takiego wrzasku, że się musiałem obudzić, choćbym najtężej spał. W dzień zaś, rozwaliwszy się gdziekolwiekbądź, tak spała, że choć ją na ręce wziąć, to oczu nie otworzyła.
„Rozumiała też tak, jak owo pies: „nie daj ruszać“. Kiedy mnie kto poszarpnął za suknię, a rzekłem „rusza“, to skoczyła z krzykiem przeraźliwym, szarpała za suknie, za nogi równo z psem, którego też jednego kochała, a który zwał się Kapral i był kosmaty. Od niego wszystkiego się nauczyła i z tym psem tylko miała swoje towarzystwo, że to był i izdebny i w drodze z nią wespół bywał. Innych psów nie lubiła; jak który do izby przyszedł, zaraz go wycięła, choćby był najroślejszy chart. To jej tak wszędzie psy się bały.
„Gdy trzeba było ryb, to szedłem z nią nad staw, a stanąwszy na grobli mówię: „Robak! trzeba mi ryb dla gości, hul w wodę!“ Wydra poszła, wyniosła najpierw płocicę; drugi raz kazałem, wyniosła szczupaka małego; trzeci raz wyniosła półmiskowego szczupaka, trochę tylko go na karku obraziwszy.
„Takie z nią tylko było uprzykrzenie, że gdziem jechał, wszędzie się dziwiono i ludzie kupami schadzali się, właśnie jakby to było co z Indji przywiezionego i nigdy asystencji nie było skąpo, a osobliwie też w Krakowie“.
— No i co się z nią stało? — pytał dalej Kazik.
— Smutny był jej koniec — rzekł ojciec — bo król Jan Sobieski dowiedziawszy się o tej wydrze, prosił pana Paska, żeby mu ją ustąpił. Nie mógł Pasek nie spełnić królewskiego życzenia i słuchaj:
„Jednej nocy wydra łaziła po schodach przez noc, wyszła jakoś na dwór, bo u mnie nauczyła się chodzić gdzie chciała, bobrować sobie po stawach, po rzekach, póki się jej podobało podług swojej natury i przyjść według swego zwyczaju do domu. Ścieżkami zatem gdzieś poszedłszy błąkała się wydra nie wiedząc gdzie się obrócić. Rano spotkał ją jakiś dragon, a nie wiedząc co to, czy chowane, czy dzikie, uderzył berdyszem i zabił”.
— Biedna wydra — zawołał Kazik. — Ach! Jakbym ja chciał mieć oswojoną wydrę!
— Trzeba poprosić Szymona — on potrafi pewno schwytać jednę młodą.
— Tatuś pozwoli! — zawołał uradowany chłopak.
— Pozwolę, ale pod warunkiem, że nie będziecie jej męczyli i dacie jej żyć wedle jej przyrodzonych potrzeb.
— Ależ naturalnie.
— A to da się zrobić łatwo, bo w ogrodzie mamy staw.
— Ale na Kępę jej puszczać nie można, prawda?
— Naturalnie, bo zaraz uciekłaby do matki i rodzeństwa.
Uszczęśliwiony Kazio pobiegł z nowiną nasamprzód do Grzesia, a potem obaj chłopcy pobiegli do Szymona.
— Złapać wydrę! — to panicz myśli, że to tak jak złapać kurę do zarznięcia — mruknął Szymon.
— Ej Szymonie! wy to potraficie z pewnością — rzekł chłopiec przymilając się do pastucha.
Staremu komplement się podobał.
— Potraficie! potraficie! — a to może ze trzy noce trzeba będzie czatować i kto wie, czy nie na darmo.
— Ale ja wam kupię taką śliczną fajeczkę i kapciuch na tytoń. Wiecie, że zarabiam u tatusia za oczyszczanie drzew z chrabąszczy. A tego roku chrabąszczy jest bez końca! Jak się zawiniemy z Grzesiem, to za tydzień zarobimy sporo.
Stary wzdychał do porcelanowej fajeczki od dawna, więc obietnica podziałała.
— No, no, zobaczymy — rzekł.
— A kiedy? — zawołał Kazik.
— Zaraz — zaczął półgłośno, jakby sam do siebie mówiąc Szymon. — W dzień nie mam czasu, a więc w nocy. Zresztą w nocy może i lepiej, bo w nocy one bezpieczniejsze i pewniejsze siebie i ruchliwsze. W nocy pływają, a w dzień wolą spać.
— Więc w nocy — powtórzył Kazik — a kiedy?
— Trzeba poczekać pełni, bo człowiek nie kot, w ciemności nic nie zobaczy.
— A kiedy będzie pełnia?
— Za sześć dni — powiedział Szymon. — Ale można już za trzy, cztery zaczatować, jeżeli będzie pogoda.
Kazik zaczął klaskać w ręce i wołać:
— Pójdziemy, pójdziemy! za trzy dni!
— Ej wolałbym sam niż z paniczem i pewno w dodatku z Grzesiem... jak zaczniecie szeptać, chichotać się, to i matka ucieknie i wszystkie dzieci zabierze.
— Będziemy siedzieli jak mruki.
— Żebyście potrafili.
— Ależ potrafimy, zobaczycie.
— No, no, już ja was znam.
— A doprawdy, że potrafię siedzieć cichutko jak mysz.
Od tej rozmowy minęło cztery dni, podczas których Kazik nie umiał myśleć o niczem innem jak o wydrach, usypiał nawet z tą myślą i z nią się budził. Siedziałby też był ciągle na Kępie, ale stary Szymon obiecał, że pod tym warunkiem będzie się starał złowić wydrę, jeżeli żaden z chłopców przez cały ten czas ani się zbliży do Kępy, żeby uśpić czujność zwierząt.
Naturalnie, że Kazio obiecał wszystko, czego żądał Szymon.
Nareszcie na dzień przed pełnią, dobrze jeszcze przed wieczorem, Szymon zostawił bydło pod opieką młodszego pastucha, a sam z Kaziem i Grzesiem wybrał się na Kępę. Grzesia wziąć z początku nie chciał, twierdząc, że i tak ich jest za dużo, obawiał się też, że chłopcy będąc razem nie wytrzymają, żeby się nie zaśmiać, nie porozmawiać, nie poruszyć się. Ale prośby Kazia przemogły. Wsiedli do łódki i jechali powolutko, ażeby nie robić szmeru. Łódkę Szymon zostawił daleko od miejsca, w którem wydry miały swą norę.
Cicho, powoli, starając się nie zrobić najmniejszego szelestu posuwali się wszyscy trzej, aż doszli do miejsca, skąd widać było otwór mieszkania wydry.
Szymon wziął ze sobą worek, siekierę i kawałek kloca. Każdy niósł jednę z tych rzeczy.
— Co z tem będziecie robić? — zapytał Kazik.
— Zobaczy panicz — odrzekł Szymon, a teraz ani mru-mru.
Długo siedzieli cichutko. Zaszło słońce; księżyc, co przed zachodem zaznaczał się słabo na niebie, wyzłocił swą tarczę i świecił jasno, że widać było jak w dzień.
Wtedy wyszła matka wydra z swej nory i skoczyła do wody. Dzieci zostały w domu.
— Dobra nasza — szepnął Szymon — widząc, że wydra odpłynęła spory kawałek — i równocześnie wyszedł z ukrycia, nastawił worek nad otworem nory tak, że wydrzęta chcąc wyjść z nory musiałyby dostać się do worka, a potem rozebrał się zupełnie i wszedł do wody, zaczął szturkać patykiem o brzeg, aż w głębokości metra może natrafił na otwór.
— Jest — rzekł cicho — ale pod wodą dosyć trudno będzie zabić dziurę. Dajno Grzesiu ten pieniek.
Grześ podał mu pieniek, a on nogą dobrze zmacawszy otwór, zanurzył się prędko z pieńkiem w ręku, zatykał otwór bardzo szybko, tak szybko, żeby nie potrzebował oddychać, a potem wziąwszy siekierę w rękę, już z nosem i uszyma nad wodą, zaczął siekierą pobijać drewno.
Wystraszone stukiem wydrzęta zaczęły uciekać górnym otworem i wpadły w pułapkę.
— Są, są! — zawołał Kazik — a teraz i Szymon już nie przestrzegał ostrożności, wyskoczył szybko z wody, worek nastawiony był do góry dnem, otworem zaś do otworu nory — a w nim kręciły się wydrzęta.
Szymon jedno tylko w worku przytrzymał, resztę wysypał, zawinął worek prędko, Grzesiowi kazał wziąć siekierę i pospieszyli do łódki.
Malec zawinięty w worku nie widział co się z nim dzieje, a jego rodzeństwo zaczęło przeraźliwie świstać i piszczeć.
Świst ten przywołał matkę. Dysząc ze zmęczenia płynęła pędem strzały do brzegu, chciała się dostać do nory otworem ukrytem w wodzie, a natrafiwszy na zabity w otworze pieniek zrozumiała, że stało się coś strasznego.
Wyskoczyła z wody.
I górne wejście znalazła rozburzone. Zakrywające otwór korzenie były rozrąbane siekierą, brzegi wyszarpane.
Wsunęła się do wnętrza, obiegła wszystkie zakątki, nora była pusta.
Wybiegła na wierzch, świsnęła na trwogę, odpowiedziały jej głosy dzieci z różnych stron krzaków.
— Chodźcie tu! — zawołała matka.
Zbiegły się ku niej.
— Jedno, dwoje, troje, a gdzie najmłodszy?
— Nie wiemy — zapiszczały dzieci.
— A cóż się tu stało?
— Coś strasznego. Z boku od wody tak coś biło, tak huczało, że zaczęliśmy uciekać ku górze — opowiadały dzieci — i wpadliśmy w jakąś inną norę.
— Ale takie straszne stworzenia, co chodzą na dwóch łapach, wyrzuciły nas. Małego tylko zatrzymali i zabrali.
Matka już nie słuchała dalej opowiadania, zawołała tylko:
— Schowajcie się w krzaki i nie ruszajcie się, dokąd was nie zawołam!
Sama wróciła na brzeg. Węchem zwietrzyła ślady ludzkie, stanęła nad wodą w tem miejscu, gdzie wsiedli do łodzi, ale w wodzie ślad przepadł. Podniosła głowę, patrzyła na wodę, zdawało się jej, że coś tam mignęło na drugiej stronie wybrzeża, ale nie wiedziała kto to. Ruszyła wpław ku temu miejscu, ale zanim dopłynęła do drugiego brzegu, już ludzi nie było. Próżna łódka tylko stała na wybrzeżu.
Biedna matka wskoczyła do niej, obwąchała starannie wnętrze łodzi i zdawało się jej, że obok woni ludzkiej poczuła słabą woń dziecka.
— Zabrali go ci sami — pomyślała.
Wyskoczyła z łodzi, wytropiła tę samą woń, co ją czuła w łodzi i ruszyła jej śladem.
Tak dobiegła do bramy zamykającej parkan dworski. Brama była już zamknięta, ale wydra wiedziała, że ludzie tędy przeszli. Zaczęła więc z całych sił grzebać ziemię, aż odgrzebała jej tyle, że mogła się wsunąć pod bramę. Na nowo odnalazła ślad ludzi i dobiegła tym śladem do drzwi dworu. Ale tu już nic poradzić nie mogła. Ani drzwi przegryźć, ani kamiennej posadzki rozdrapać nie mogła.
Stała chwilę jakąś bezradnie. Naraz przypomniała sobie, że tam zostawiła troje dzieci i że tamtym może grozić niebezpieczeństwo.
Więc odwróciła się od drzwi i zaczęła biec z powrotem, ale zaledwie ubiegła kilka kroków, znowu stanęła i znowu nie wiedziała w którą iść stronę... tu jedno a tam troje. To porwali ludzie, a tamtym mogło przez ten czas także coś złego się przytrafić. Raz jeszcze wróciła do bramy i raz jeszcze zawróciła i skuliwszy się biegła ku stawowi.
— Jutro tu wrócę — pomyślała dobrze, że wiem, gdzie jest. Wskoczyła w wodę i popłynęła na Kępę.
Wróciwszy świsnęła. Na głos ten z krzaków wybiegła trójka. Tym razem nie brakło nikogo.
— A gdzie Mały? — zapytały dzieci.
— Niema — rzekła matka. — Nie wchodźcie do nory, bo tam już nie możecie być bezpieczne — rzekła i odeszła daleko od dawnego mieszkania. Znalazła takie miejsce, gdzie w zeszłym roku mieszkał borsuk, który podział się niewiadomo gdzie, wprowadziła tam dzieci, a sam a zaczęła przerabiać mieszkanie stosownie do swych potrzeb.
Już zeszło słońce, już podniosło się wysoko, a troskliwa matka wciąż grzebała norę, w którejby dzieciom było dobrze, bezpiecznie i wygodnie.
∗ ∗
∗ |
Już było dobrze po północy, gdy Szymon, Kazik i Grześ wrócili do domu.
Ojciec nie spał jeszcze, czekał na powrót chłopców.
Szymon wyjął z worka wydrzątko i postawił je w sieniach na podłodze.
Przerażone zwierzątko uczuło zimno od betonowej posadzki, promienie lampy oślepiły je prawie, głos ludzi przeraził. Skuliło się i trzęsło ze strachu.
— Biedniątko — rzekł Kazik, wziął w rękę i przytulił do siebie.
Wydrzątko wsunęło się pod paltocik, a uczuwszy miłe ciepło, wcisnęło się pod rękę chłopca i już stamtąd nie dało się wydobyć.
— Już idźcie spać — rzekł ojciec — a jutro zaznajomimy się z malcem.
— A gdzie będzie spał? zapytał Kazik.
— Trzeba mu pościelić jakie futerko, będzie myślał, że jest przy matce.
— Ale będzie spał u mnie, przy mojem łóżku — tak jak wydra pana Paska.
— Dobrze.
Wzięto więc na podłodze rozłożone futro kozy. Grześ zaniósł je do pokoju Kazika. Kazik chciał wyjąć z pod pachy wydrzątko i ułożyć je w pudle, w które w łożył futro — ale zwierzątko wpięło tak silnie pazurki w ubranie chłopca, że odedrzeć go nie było można. Rozdarło bluzkę, ale pazurków nie puściło.
— Zdejm bluzkę razem z wydrą, bo inaczej nie uwolnisz się od niej.
— Będę spał z nią razem tatusiu.
— Zabrudzi ci łóżko.
Rad nierad Kazik z trudem ściągnął z siebie bluzkę i koszulkę, bo pazurki nawskróś wcisnęły się w ubranie. Ciepłem tem odzieniem otulił zwierzątko i złożył na futrze, pudło postawił obok swego łóżeczka i rękę na wydrze położył.
— Będę ją nazywał tak, jak pan Pasek nazywał swoją wydrę. Będę ją nazywał Robakiem.
— No no, wszystko dobrze, ale co to powie mama, gdy zobaczy podartą koszulkę i bluzkę.
— I koszulka stara i bluzka wyrośnięta — rzekł Kazik — taka, której już nie noszę, bo mama kazała mi zdjąć lepsze ubranie, gdy wychodziliśmy na wycieczkę.
W nocy wydrzątko kręciło się, piszczało, spało niespokojnie, ale że Kazio był bardzo zmęczonym więc tego nie słyszał. Nie słyszał nawet, jak wylazłszy z pudła w sunęło się pod kołdrę i ułożyło się pod jego bokiem.
To też zdziwił się niemało, gdy wstawszy, ujrzał zwierzątko obok siebie. Ucieszył się niezmiernie i pomyślał: — Mój Robak przy wiąże się do mnie tak, jak wydra pana Paska przywiązała się do niego.
Wstał więc zaraz, pobiegł do klucznicy, poprosił o trochę mleka i chleba, nalał w miseczkę i zaprosił wydrę na śniadanie.
Z początku Robak jeść nie chciał, ale gdy Kazik włożył mu pyszczek w miseczkę, zwierzątko zasmakowało i jadło chciwie, bo głodne było bardzo. Potem Kazik wybiegł do ogrodu z Robakiem na ręku.
Ale mama nie była zadowolona z towarzysza snu Kazika, łóżko chłopca było zbrudzone, koszulka także. Na taki nieporządek mama nie mogła pozwolić.
— A gdzież on będzie sypiał? — zapytał Kazik.
Zaczęto radzić. Wtem nadbiegł Nero, duży kudłaty pies, który sypiał w budzie koło domu.
Nero obwąchał Robaka. Robak wspiął się na łapki i zawisnął na szyji psa. Przyjaźń była zawarta. Duży pies bawił się małą wydrą, a mała wydra tuliła się do dużego psa.
— Oto jest towarzysz snu dla Robaka — rzekł ojciec. — Mogą spać razem; Robakowi będzie ciepło i będzie mógł nocą wychodzić ile zechce, bo musisz wiedzieć, że wydry lubią nocą chodzić, a część dnia przesypiać.
Dzisiaj trzeba cały dzień Nera zostawić z Robakiem, żeby się do siebie przyzwyczaili i żeby Nero przyjął Robaka na nocleg. Dajcie im mleka do miski i razem do jadła postawcie, zobaczymy co Nero powie.
Robak najedzony już, ledwie umoczył pysk w mleku, a Nero widząc, że nie bardzo go podjada, nie bronił mu jedzenia. Tak tedy przyjaźń zacieśniła się jeszcze bardziej.
Gdy Nero zjadł śniadanie, Kazik posadził mu na grzbiecie Robaka. Nero zrozumiał żart, wymachiwał ogonem, zaniepokojony Robak chwycił się jego kudłów. Kazik zawołał psa i pobiegł ścieżką, pies za nim, a na psie wierzchem jechał Robak. Gdy pierwszy strach minął, Robakowi podobała się jazda i wcale nie myślał schodzić z grzbietu Nera. Nero się położył, a Robak usnął na grzbiecie i spali tak obaj.
Gdy ojciec Kazia załatwiwszy rozmaite sprawy, wrócił na werandę i zobaczył jak Robak spał na grzbiecie Nera, powiedział:
— No, teraz już z pewnością będą stałymi, dobrymi przyjaciółmi.
Robak spał prawie cały dzień.
Po południu Kazio wziął go na rękę i razem, z Nerem poszli na pastwisko do Szymona.
Kazio opowiedział Szymonowi wszystko, co Robak od wczoraj robił i powiedział, że ojciec zadecydował, że Robak będzie spał z Nerem w budzie.
— Byłoby tak dobrzej — odparł Szymon, — gdyby nie to, że matka przyjdzie w nocy i zabierze swoje dziecko.
— A wy skąd to wiecie? — zawołał Kazik.
— Bo zwąchała nasz ślad i już tej nocy tu była.
— Skąd wiecie? — powtórzył znowu Kazik.
— Rano, gdy wypędzałem bydło, spostrzegłem pod bramą wygrzebaną jamkę, a potem na ścieżce zobaczyłem ślady nóg wydry. Doszła aż do ganku; ale tu dostać się nie mogła. Wróci z pewnością, a jeżeli znajdzie dziecko w psiej budzie, to je zabierze.
— A cóż tu zrobić? Mama w pokoju mi go trzymać nie pozwoli, bo zabrudził mi dziś łóżko i podarł ubranie.
Szymon pomyślał i rzekł:
— Niech panicz poprosi pana, żeby pozwolił budkę na noc wciągnąć do stajni, jest na kółkach, to ją łatwo przewieziemy. W stajni podłoga betonowa, drzwi szczelnie przystają, to wydra się nie dostanie. Ja położę się koło budy i usłyszę każdy szmer.
— Doskonale — zawołał Kazio.
— Ale trzeba Robaka do stajni zanieść na rękach, żeby matka śladu nie zwietrzyła — kończył Szymon.
— Dobrze, dobrze.
Tak się też stało.
Nazajutrz rano Kazik i Grześ spostrzegli ślady wydry na drodze wiodącej do domu w miejscach, gdzie Robak chodził w dzień, ale pod stajnią nie było ich wcale.
Po kilku dniach Robak czuł się we dworze jak u siebie. Matka nie mogąc go wytropić; przestała co nocy zabiegać do dworu, ale na noc zawsze jeszcze pies i wydrzątko szli do stajni.
Kazik miał nowy kłopot, bo nie wiedział jak nauczyć wydrę przybiegać, gdy ją zawoła.
Więc znowu poszedł do Szymona po radę.
O, to nie trudna rzecz — rzekł Szymon — niechno panicz tylko przyprowadzi tu wydrę.
Kazio pobiegł do ogrodu i wrócił z Robakiem.
Szymon zaświstał tak, jak matka Robaka.
Robak nastawił uszu, a Szymon zawołał równocześnie: „Robak!“
Robak podbiegł do niego.
— Niech panicz zawsze tak robi.
— Kiedy ja nie umiem tak świstać.
— Wszystkiego można się nauczyć.
Jakoż ledwie minął dzień a Kazik już umiał doskonale naśladować głos wydry.
Całe dnie teraz w ogrodzie rozlegał się to świst, to wołanie: „Robak!“ — aż zwierzątko nauczyło się przychodzić na wezwanie.
— „Nero!“ „Robak!“ — wołał Kazik — a obaj przyjaciele biegli na wyścigi. — „Robak hop!“ — wołał Kazio wskazując na grzbiet psa i pomagając Robakowi wyskoczyć. Robak drapał się na psa — a teraz Kazik wołał: — „Nero galop!“ I Nero biegł a Robak jechał na nim. Z miny Robaka widać było, że rad był z tej zabawy.
Pływał, biegał, bawił się z psem, z chłopcami i nie można było wiedzieć, czy tęskni za matką i rodziną.
— Wydra pana Paska umiała łowić ryby — mówił Kazik — muszę i ja moją nauczyć.
— Nie pójdzie to tak łatwo, ale cierpliwością i to można osiągnąć — rzekł ojciec. — Nasamprzód jednak trzeba ją nauczyć aportować.
— A jak to robić?
— Nero nam pomoże — rzekł ojciec.
— A kiedy zaczniemy naukę?
— Przed wieczorem, kiedy będę miał wolny czas, a tymczasem poproś mamusię, żeby z kawałków skóry zrobiła podłużną piłkę, taką, coby przypominała kształtem rybę.
Mamusia spełniła prośbę Kazia i z szarej sarniej skóry uszyła przedmiot podobny do ryby. Kazio pomalował pyszczek i skrzele i ryba była gotowa. Po podwieczorku usiedli wszyscy w ogrodzie. Ojciec zawołał Nera i Robaka, rzucił skórzaną rybę i zawołał:
— Nero aport!
Nero, umiejący aportować, przyniósł przedmiot i położył u nóg pana. Pan poklepał go po grzbiecie, pogłaskał po głowie i znowu kazał aportować.
Robak przypatrywał się ciekawie sztuce Nera, a gdy już coś piąty raz powtórzyło się to samo, puścił się razem z Nerem po rybę i zaczął ją gryźć i szarpać.
— Nie wolno! — zawołał ojciec Kazia — tu położyć — i pokazał miejsce, gdzie Nero składał piłkę.
I znowu rzucił i zawołał: — Nero aport! — Nero skoczył i położył przyniesioną rybę.
— Nero leżeć!
Nero się położył.
— Robak aport!
Robak popatrzył na obecnych, na Nera i przyniósł rybę.
Za to dostał kilka czereśni i pogłaskanie.
Ucieszył się niezmiernie i znowu kilka razy przyniósł skórzaną rybę — a ile razy zaczynał się nią bawić, tyle razy uderzano go prętem, jeżeli zaś położył ją, to go głaskano i karmiono łakociami.
— Nie można za wiele — rzekł ojciec bo się zniechęci jak dziecko, gdy mu się za długo każą uczyć.
Nazajutrz powtórzono lekcję, a po dwóch tygodniach Robak aportował równie dobrze jak Nero. A gdy jednemu kazano przynosić, to drugi siedział i tylko patrzył.
Wszyscy w domu lubili Robaka i podziwiali jego spryt i zmyślność.
Kazik karmił go sam, to też Robak przywiązał się najbardziej do niego, chodził za nim jak pies, a Kazio zawsze znajdował dla niego rozmaite przysmaki: to marchewkę, to gruszkę, to ciastko, to jagódkę, przysmaki i owoce smakowały mu lepiej niż mięso.
Robak lubił się bardzo bawić na futrze rozścielonem na podłodze. Kładł się na grzbiecie, podnosił cztery łapki do góry i bawił się ogonem tak długo, aż usnął ze zmęczenia.
Chłopcy nauczyli go też przewracać koziołki, co powtarzał bez przerwy po kilka razy.
Biegał też do stawu, pluskał się w nim, w ogrodzie łowił dżdżownice, gąsienice, żabki.
Razu pewnego złapał ślimaka i tak zręcznie wyjął go ze skorupki, że wszyscy nadziwić się nie mogli.
Nareszcie Kazio przekonał się, że Robak najwięcej boi się, gdy go raptownie zlać wodą, lub popryskać nią z małej sikawki. Pryskania wodą bał się bardziej niż bicia. Od tego czasu, gdy co spsocił, pogryzł, podarł, zrobił nieporządek, pryskano na niego wodą, a kara skutkowała znakomicie.
Ogromnie też lubił drapać się po ubraniu Kazia aż do szyi, ale pozwalano mu na to rzadko kiedy, gdyż niszczył i darł ubranie.
Znowu mamusia uszyła dwie ryby ze skórki szarego koloru i zaczęto naukę.
I znowu doskonałym przykładem był Nero. Do ryby ze skóry uwiązali chłopcy sznurek i rzucili ją daleko w wodę, a równocześnie Kazio zawołał:
— Nero szukaj ryby!
Nero rzucił się w wodę, wyłowił pływającą rybę i przyniósł ją do nogi.
Kazio poklepał psa po karku i dał mu kawałek cukru.
Robak patrzył ciekawie, a gdy Nero dostał cukier, wydra oblizała się łakomie.
Jeszcze raz Kazio rzucił rybę w wodę i zawołał znowu: — „Nero przynieś rybę!“
Nero skoczył w wodę, wydra podskoczyła, ale Grześ zatrzymał ją.
Nero wypłynął z rybą w pysku i położył ją koło nogi. Robak patrzył z zajęciem, widocznie chciał robić to samo.
Więc Grześ wziął drugą rybę na sznurku. Rzucili obie równocześnie w wodę i zawołał. — „Nero! Robak! przynieś rybę!“
Robak naśladował Nera. Obaj wyłowili ryby z wody, Nero znowu swoją zdobycz położył koło nogi, a Robak swoją zaczął trzepać i chciał ją rozdzierać. Widocznie przypomniał sobie jak matka przy nosiła jemu i rodzeństwu rybki i jak je rozdzierała. Ale w tej chwili pryśnięto na niego wodą. Robak rzucił rybę skulił się i przysiadł, Grześ tymczasem wział go za kark i razem z rybą przyprowadził do nogi Kazia, gdzie Nero już ze swoją rybą leżał. Chłopcy pogłaskali oboje, i obojgu dali po kawałku cukru.
Odtąd codzień powtarzano naukę — aż dnia jednego Kazio rzucił do stawu kawałki chleba, żywe ryby zbiegły się do niego, a Kazio zawołał na Robaka: »Przynieś rybę!«
Robak rzucił się w wodę, ryby się rozpierzchły, zapadły w głąb, ale Robak skoczył za niemi i po chwili wypłynął niosąc w pysku sporą rybę. Grześ nie dał Robakowi rozszarpać ryby ale przyprowadził go z nią do Kazia, wyjął rybę z pyska i położył koło nóg...
Chłopcy głaskali Robaka, pieścili, dali mu słodką gruszkę.
Tę próbę powtarzali znowu dni kilka.
Jakaż była ich radość, gdy stanąwszy nad stawem Kazio zawołał: „Robak przynieś rybę!“ a Robak rzucał się w wodę, zanurzał, a po jakimś czasie wypływał z rybą, której już nie rozszarpywał, ale zaledwie zadraśniętą składał u nóg.
Było to w dzień Świętej Heleny, na imieniny mamy zjechali się goście, wszyscy ciekawi byli poznać Robaka — zasiedli w ogrodzie i przypatrywali się, jak wydra jeździła na grzbiecie psa, jak się bawiła.
Ale zdumieniu nie było miary, gdy Robak na rozkaz wyłowił z wody kilka ryb, które podano na kolację. Naturalnie, że jedząc ryby goście rozmawiali o Robaku i ogólnie uznano, że Robak Kazia nie ustępuje w niczem sławnemu Robakowi pana Paska.
Kazio cieszył się niezmiernie temi pochwałami i był dumny, że tak doskonale wytresował swoją wydrę.
Aż dnia jednego zmartwił się ogromnie. Rano jak zwykle zawołał Robaka, ale Robak nie przyszedł. Świstał — i świst go nie zwabił. Nero przybiegł sam.
— Gdzie Robak? — zapytał Kazio.
Nero się skulił, jakby chciał przepraszać, że Robaka niema.
Kazio pobiegł do psiej budy, w budzie nie było nikogo.
Świstał, wołał, biegał, szukał, nigdzie nie było Robaka.
Poruszył dom cały. Nigdzie ani śladu. Wszyscy domownicy rozbiegli się po domu, ogrodzie, szukano dokoła stawu.
Nareszcie dopatrzyli od tyłu ogrodu do stajni wiodące ślady stóp wydry — a potem ze stajni do parkanu ślady podwójne.
Teraz zrozumieli. To matka przyszła po swego syna i uprowadziła go. W stajni pod tylnemi wrotami wygrzebana była jama, tamtędy wydostały się zwierzęta.
Kazio usiadł w ogrodzie i płakał, tak przywiązał się do Robaka, tak bardzo go lubił. Przybiegł do ojca i zapytał czy nie możnaby go odebrać od matki.
— Jak chcesz — rzekł ojciec — ale powiem ci jedno: Niewola jest straszną męczarnią. Jeżeli Robak tak się do ludzi przywiązał, że woli żyć u nas, że nie czuje niewoli, to wróci. Jeżeli zaś nie wróci, to dowód, że milsza mu swoboda, niż wygody i przysmaki w niewoli.
— Ha, to niech zostanie na wolności — rzekł Kazio, choć bardzo mu było żal za zwierzęciem — pociechę mu jednak sprawiało przekonanie, że jego ulubieńcowi dobrze, że jest z matką i braćmi... A czy też pamiętać go będzie, czy czasem do niego zatęskni?
∗ ∗
∗ |
— Robak — zawołał chłopiec i uściskał zwierzątko, jak dobrego przyjaciela.
Robak tulił się, łasił — a po chwili zeskoczył z kolan, pobiegł do stawu, zanurzył się i przyniósł mu rybę, której nie tknął, a potem rozumnie patrzył w oczy.
Kazio przygarnął go do siebie. Potem zerwał z drzewa kilka gruszek i częstował gościa.
Gdy dowiedziano się, że Robak wrócił, wszyscy domownicy zbiegli się do ogrodu i kucharka i klucznica i dziewki i parobcy — a wszyscy się nim cieszyli.
— Czy też zostanie u nas stale? — zapytał ojca Kazio.
— Zobaczymy — odpowiedział.
Nadszedł Nero, widocznie oboje ucieszyli się sobą bardzo, przyskakiwali do siebie, bawili się wesoło, wkońcu wydra wskoczyła na grzbiet psa i jeździli oboje po drogach ogrodowych, aż zmęczeni tą zabawą położyli się oboje i usnęli.
Wieczorem oboje powędrowali do budy. Buda nie stała już w stajni, ale jak dawniej na podwórzu, Robak więc miał zupełną swobodę.
Nazajutrz rano zbudziwszy się Kazio pobiegł do psiej budy, ale Robaka nie było; nie wiedziano kiedy wyszedł, ale widocznie wyszedł sam, bo śladów nóg matki nie spostrzeżono.
Zapewne nęciło go nocne swobodne życie wspólne z rodziną. Bo też musiało mu tam być wesoło, gdy wszyscy razem w nocy nurzali się w wodzie i łowili wspólnie ryby.
Znowu minęło dni kilka a Robak nie przychodził. — Może już zapomniał o nas, myślał Kazio, może już nigdy tu nie zaglądnie.
Aż oto jednego dnia rano zawołał Grześ przez okno.
— Prędko, prędko Paniczu, dostał panicz podarunek od Robaka.
— Co mówisz? — gdzie Robak? — jaki podarunek?
Zbiegł szybko, było bardzo wcześnie. Patrzy, a przed domem na progu leży Robak i trzyma łapą rybę, którą może ułowił koło Kępy w nocy i aż tu przyniósł.
Kazio zbiegł do zwierzęcia, głaskał je, dał gruszek.
Ryba była duża, kucharka ucieszyła się nią i ugotowała na obiad. Robak spał kilka godzin w ogrodzie, przed wieczorem znikł znowu.
I już odtąd powtarzało się to stale, że wydra przychodziła co parę dni nad ranem.
Jednego dnia oddała mamusi wielką usługę.
W piątek przed południem zajechał ksiądz kanonik z blizkiego miasteczka. Krucho zapowiadał się obiad. Dzień był postny, drobiu nie można było podać, mama kłopotała się obiadem, gdy nagle pojawił się Robak.
Zobaczywszy go Kazio zaprowadził nad staw i zawołał:
— Robak przynieś rybę!
Nie zapomniał nauki. skoczył w wodę raz i drugi i przyniósł lina, drugi raz szczupaka. Był więc szczupak na obiad, a lin w galarecie na kolację.
Ale coraz to rzadziej przychodził do dworu. Widać coraz bardziej przywykał do rodziny, a coraz bardziej odwykał od ludzi.
Zbliżał się koniec wakacji. Kazio miał odjechać do miasta do szkoły. Robaka nie było cały tydzień. Przykro było odjeżdżać chłopcu nie pożegnawszy wakacyjnego przyjaciela.
Więc wieczorem w czas księżycowy wybrali się z Grzesiem i Szymonem znowu na Kępę. Poszukali miejsca, gdzie po raz pierwszy znaleźli norę rodziny Robaka, ale nadaremnie czekali godzinę jedną i drugą. Nikt z niej nie wyszedł, bo była pusta. Aż oto o jakie pięćdziesiąt kroków od siebie ujrzeli wychodzącą starą wydrę — a za nią biegną młode już bardzo podrosłe. Pomiędzy niemi poznają Robaka. Wszyscy się pluszczą, nurkują, wyskakują.
Kazio świsnął. Cała rodzina znikła pod wodą. Jeden tylko nie uciekł na głos ludzki, lecz przypłynął ku niemu. Był to Robak.
Przybiegł do Kazia, zaczął się drapać po jego odzieniu aż do twarzy. Widocznie rad był z odwiedzin.
Pogłaskali go wszyscy, popieścili. Dali kilka gruszek — a pożegnawszy serdecznie poczciwe zwierzę, usiedli do łódki i odpłynęli.
Robak patrzył na odjazd, a po chwili zanurzył się w wodę i płynąc za łódką przeprowadził ludzi na drugi brzeg stawu. Wysiedli z łodzi, ale on nie poszedł za nimi.
Stał długo jakby się wahał, ale wkońcu zsunął się cicho do wody, a chłopcy widzieli w blasku księżyca jak odpływał do swoich.
