Nad morzem (Żuławski, 1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Nad morzem
Pochodzenie Poezje
Data wydania 1908
Wydawnictwo Księgarnia H. Altenberga
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
NAD MORZEM.
1896.
Zachód słońca nad morzem, ZIEMOWID i BOJOMIR wchodzą.
ZIEMOWID

Chodźmy tędy...


BOJOMIR

Zazdroszczę temu rybakowi,
co nam drogę wskazywał. Jakiż spokój mieszka
w jego duchu... Szczęśliwy, gdy rybę ułowi —
i modli się przy pracy...


ZIEMOWID

Na prawo! Tu ścieżka.


BOJOMIR

Widzę. Idąc do domu dawał nam przestrogi,
by nie chodzić po płaskim brzegu w czas przypływu.


ZIEMOWID

Wszak na skałach stoimy teraz.


BOJOMIR

Nasze nogi
są na skałach... Nie mogę, myśląc, wyjść z podziwu,
ile jednak szczęśliwszy jest od nas ten człowiek!
i — mądrzejszy. Wie wszystko, co mu wiedzieć trzeba...


ZIEMOWID

Potrzebuje nie wiele.


BOJOMIR

Wie, kto podparł nieba
i zagadka mu nigdy snu nie spędza z powiek...
On zna drogę.


ZIEMOWID

Czy ty jej nie znasz?


BOJOMIR

Nie znam, panie.


ZIEMOWID

Ja cię wiodę...


BOJOMIR

Już długo...


ZIEMOWID

Wskazałem ci drogę.


BOJOMIR

Droga nasza nad morzem... brzeg płaski. Ja trwogę
czuję przed tym przypływem, co na oceanie
gdzieś rozpuścił swą grzywę i pędzi...


ZIEMOWID

Mów, proszę,
bez przenośni. Kwiecistych wyrażeń nie znoszę.


BOJOMIR

Daruj, mistrzu. To morze ogromne przed nami
myśl mą ciągnie. Zmęczony dziś jestem. Za długo
szliśmy... Dziwne jest morze z tą pian białych smugą.
Czarne fale, jak konie z białemi grzywami,
na brzeg skaczą, a ziemia uderzona stęka;
zda się, coś tam w jej wnętrzu kruszy się i pęka, —
skały drżą, a to drżenie od skał wchodzi we mnie
tak, że nie mam od stopy aż do szczytu czaszki
cząstki, coby nie drżała trwogą potajemnie...


ZIEMOWID

Dziecko! wicher się zerwał i morze igraszki
z nim wyprawia!


BOJOMIR

Dlaczego?


ZIEMOWID

Słońce już zachodzi...


BOJOMIR

Tyle razy przedemną zachodziło słońce
na chmur kirach — i w blasków czerwonych powodzi,
tyle razy — a jednak dni ubiegłych końce
nigdy takie nie były... Nad tym morskim brzegiem,
na Alp szczytach, na stepie i na oceanie,
na arktycznych płaszczyznach ubielonych śniegiem,
błądząc z tobą, patrzyłem na słońca konanie;
nieraz twarz mi się stała czerwona od łuny
z jasnych niebios bijącej, nieraz z echem grzmotu
przy zachodzie lecące nad słońcem pioruny
widziałem: ale nigdy ni głowy zawrotu,
ani oka mrugnięcia nie spostrzegłeś u mnie...
Dziś się boję. Wspomnienia, czy przeczucia wieszcze,
mgłą niejasną mnie naszły i obległy tłumnie...


ZIEMOWID

Co? przeczucia? Więc wierzysz w takie baśnie jeszcze?
Tyle lat cię po ziemi wodziłem za sobą,
wszystkie tajne odkryłem ci świata sprężyny,
wszystkie śruby i kółka machiny przed tobą
rozłożyłem — i żadnej śród wieków godziny
niema tajnej dla ciebie, — gdzież śród ludzkiej wiedzy
miejsce jest dla przeczucia?


BOJOMIR

Nie wiem, mistrzu...


ZIEMOWID

Baśnie!
Niechaj dziecku piastunka o przeczuciach gada,
dziecko może tą bajką kołysane zaśnie;
człowiek jednak, co tajnie całej ziemi bada...


BOJOMIR

Bada tylko! — czy zbadał, to jeszcze pytanie...
Łanem idąc, o mistrzu! nie przeoczaj miedzy!


ZIEMOWID

Wątpisz?


BOJOMIR

Wątpię.


ZIEMOWID

Już widzę — szkoda było czasu,
mózg twój prawdy ogromu objąć nie jest w stanie.
Marzycielu! natura ciągnie cię do lasu!


BOJOMIR

Mistrzu! słyszysz!?


ZIEMOWID

Co znowu?


BOJOMIR

Jaki jęk na wodzie!


ZIEMOWID

Fala o skał krawędzie rozbita tak dzwoni.


BOJOMIR

Krew na fajach śród piany!


ZIEMOWID

O słońca zachodzie
promień krwawo się łamie, ślizgając po toni.
Zali mam ci powtórzyć o światła łamaniu
wykład?


BOJOMIR

Niegdyś twój wykład był mi księgą świata,
był mi życiem i duszą w dni moich zaraniu —,
dziś pragnę czegoś więcej!...


ZIEMOWID

Czego?


BOJOMIR

Ty machinę
pokazałeś mi wielką, — chcę poznać sprężynę,
która koła porusza. Czekam na to lata...
Ty wiesz wiele, lecz na to jedyne pytanie
głuchy jesteś, mój mistrzu...


ZIEMOWID

Takie dociekanie
pierwszych przyczyn — rabinom zostaw. Dziś nauka
chce to poznać, co widzi, a bogów nie szuka!


BOJOMIR

»Zaszło słońce! — wołają astronomy z wieży,
»ale dlaczego zaszło, nikt nie odpowiada...«


ZIEMOWID

Otóż to korzyść, gdy się z poetami gada!
Wszakże dziecko wie o tem: ekliptyka leży
tak do osi słonecznej nachylona...


BOJOMIR

Znam to,
ale to nie wystarcza. Pragnę czegoś więcej.
Serce bije mi dziwnie — i codzień goręcej — —
ach! to serce przeklęte! Zniszcz je, mistrzu. Tam to
rodzą się te pytania, o które ty gniewny,
tam tęsknota jest duża i żal dziwnie rzewny...
Czy wytłumaczysz, mistrzu, nauką me serce?


ZIEMOWID

Obłęd widzę u ciebie już w pierwszej iskierce —
chroń się!


BOJOMIR

Obłęd?! Tęsknota pali mię ogromna —
i myśl moja szalona, twych nauk niepomna,
mgliste skrzydła rozwija i za światy leci;
leci w ciemność, bo światło ją zmęczyło zimne,
leci w chaos, od twego martwego porządku
uciekając nad ziemię — w mgły marzenia dymne:
tam w bezmiarze, w przestworzu bez końca, początku,
ponad wiedzą twą, mistrzu! tam życie prawdziwe!


ZIEMOWID

Romantyku! szaleńcze! wieczna z tobą bieda!
Tak, tak! »Dziady« czytałeś, »Fausta«, »Manfreda«,
a mówiłem: daj pokój, bo to zaraźliwe!
Wiedzy chciałeś? i prawdy? — w baśniach się nie mieści.
Zostaw dzieciom i głupcom szalone powieści:
prawda jedna jest tylko — jam ci ją pokazał!


BOJOMIR

Mistrzu! jednak tajemnych tyś pragnień nie zmazał
z mego serca. Przyszedłem zgłodniały do ciebie:
głodny dzisiaj tu stoję! — i pono nie będzie
w duszy mojej pokoju — i zawsze i wszędzie
pustka, rozpacz!... O! może, gdy śmierć mnie pogrzebie...


ZIEMOWID

Głupstwo!


BOJOMIR

Pragnę spokoju — choćby nawet śmierci!
Kiedy kości spróchniałe w grobie czerw przewierci,
kiedy oczy mi wyżre piasek, i to serce
wiecznie głodne i w wiecznej z rozumem rozterce
w garstkę błota się zmieni...


ZIEMOWID

Wtedy nicość będzie.
Nie odczujesz już nawet szczęścia tej nirwany!


BOJOMIR

Nicość? dobrze! Byleby duch mój skołatany
burzą pragnień powstrzymał się w szalonym pędzie,
którego końca niema, jak i niema celu!


ZIEMOWID

Głupstwa prawisz! Od lat ci już powtarzam wielu,
że jedynem dla myśli zadaniem — poznanie
tych rzeczy, które widzi oko.


BOJOMIR

Znam je, panie!


ZIEMOWID

Masz więc dosyć —


BOJOMIR

Nie dosyć!


ZIEMOWID

Nic nie poznasz więcej,
bo nic niema prócz tego, co pod zmysły pada.


BOJOMIR

Ja chcę więcej!


ZIEMOWID

Na darmo!


BOJOMIR

O, mistrzu! to zdrada!
Kiedym przyszedł do ciebie w ufności dziecięcej,
tyś powiedział, że wiedza ludzka nie ma granic,
że świat cały, jak księga, stoi nam otworem —
jam ci wierzył... a dzisiaj? Wszystko na nic! na nic!


ZIEMOWID

Nie z człowiekiem, lecz z dzieckiem — widać — mówię chorem;
ty gorączkę masz, dziecko? Majaczysz w malignie!


BOJOMIR

Jedną tylko odpowiedź masz na me pytania —
to szyderstwo! Gdy we mnie serce się rozrania,
gdy skroń pali a wewnątrz mózg krzepnie i stygnie,

gdy się boję, gdy płaczę, gdy pytam i pragnę —
ty szydzisz! Mistrzu! mistrzu! jam cię przekląć gotów!


ZIEMOWID

Więc przeklinaj!


BOJOMIR

O, mistrzu! daj mi skrzydeł, wzlotów,
które w niebo mnie niosły niegdyś!


ZIEMOWID

Ja nie nagnę
świętej prawdy dla ciebie. Ty, jak Ikar nowy,
w słońce latasz, pytając: co to tam za świeca?


BOJOMIR

A! przeklęty, kto w duszy pragnienia roznieca,
niezdolen ich nasycić!


ZIEMOWID

Do mnie? temi słowy!
Jam dotrzymał, com przyrzekł. — Znasz ziemię, znasz nieba...


BOJOMIR

Ha! ha! tyś potwornego dał głodnemu chleba —
chleba, co żre jelita i głód jeszcze wzmaga!


ZIEMOWID

Hejże! ty mnie obrażasz! — hejże! ja cię skarcę!


BOJOMIR

Ty mnie skarcisz! I czemże? — czy słowem, czy okiem
skarcisz, panie? — Dziecięciu powiadali starce,
że gdy w Saïs przed człekiem błysła prawda naga,
on do stóp jej padł martwy, rażon tym widokiem!
Twoja prawda zabijać nawet nie ma mocy,
twoja prawda, jak próchno, świeci tylko — w nocy! —
lecz przy świetle słonecznem — hej! — te blaski trupie
próchnem tylko!


ZIEMOWID

Dość tego. Te gadania głupie
już mnie nudzą.


BOJOMIR

Więc ty mów, o, mistrzu! nauczaj!
ja cię słucham w pokorze! Ty wielki! rozumny!...
O! — pamiętam, gdym pierwszy raz ciebie obaczył!...
Park był stary... wśród krzewin szemrał srebrny ruczaj —
wokół kute z kamienia posągi, kolumny...

Tyś stał zimny — jak zawsze... Na mnieś pojrzeć raczył,
a ja drżałem... Na skroniach twoich i na czole
blask mi świtał mądrości, jak rogi Mojżesza,
za któremi przez morze w noc szła ludu rzesza...
I poszedłem! poszedłem, ja głupie pacholę!
za tym blaskiem zwodniczym, za tem czołem dumnem,
za tem okiem, co zdało mi się pruć błękity!
I dokąd ty mnie zawiódł! — mów! dokąd?


ZIEMOWID

Na szczyty
Wiedzy!


BOJOMIR

O tak! na szczyty... kędy skrzydłem tłumnem
zwątpienia, jakby sępy, latają nad głową!


ZIEMOWID

Jam cię wątpić nie uczył.


BOJOMIR

Ty wątpić nie uczył — —
tak jest... tak, pewno! Słuchaj; — Krak smoka utuczył
smołą, siarką i ogniem, — pod skałą zamkową
była woda — smok pije... upił się i pęka...

Krak się śmieje: O smoku! po cóż ci ta męka!
wszak jam pić ci nic kazał!


ZIEMOWID

Choć do domu, synu..


BOJOMIR

Baśń to! prawda? — baśń stara! Mam ją nie od ciebie,
taką baśnią piastunka dzieci w sen kolebie —
O! ty baśni nie prawisz! — to dobre dla gminu! —
o! ty wielki i mądry!


ZIEMOWID

Choć do domu, dziecię,
jesteś chory.


BOJOMIR

Do domu? proszę! — gdzież na świecie
jest mój dom? Niegdyś miałem dom, lecz teraz błądzę...
Tyś mię wywiódł w pustynię, fałszywy proroku!


ZIEMOWID

Zali kiedy napoju przy moim ci boku
brakło?.. Daj rękę. Tu cię zostawić nie mogę,
daj mi rękę, — wszak ja ci krzywdy nie wyrządzę...


BOJOMIR

Zostaw! puść mię! ja nie chcę! — każdy w swoją drogę...


ZIEMOWID

Słuchaj, dosyć już głupstwa! Jesteś rozdrażniony
i sam nie wiesz, co mówisz. Chodziłeś po świecie
ze mną, a jam cię wodził za rękę, jak dziecię —
i dziś odejść chcesz, dziecię? W któreż pójdziesz strony,
jakie słońce ci błyśnie, gdy ci mego braknie?


BOJOMIR

Nie wiem! nie wiem! Wiem tylko, że ma dusza łaknie
więcej, niż ty dać możesz!


ZIEMOWID

Pójdź! — świat ci pokażę...


BOJOMIR

Świat pokażesz? — a »rzeczy, co są zewnątrz nieba?«


ZIEMOWID

Platonowi daj pokój: raz mieć rozum trzeba;
wieleś jeszcze nie widział na ziemi obszarze.


BOJOMIR

Świat pokażesz! — tem słowem tyś mnie wiódł po ziemi,
jak czarownik, przez rzeki, góry i doliny;
świat przeszedłem, ocean przepłynąłem siny,
— czy już mistrzu? — pytając. Tyś usty zimnemi
odpowiadał: nie jeszcze! jeszcze świata wiele! —
Aż wreszcie, gdym zapragnął zajrzeć w serce świata:
»Niema serca!« odrzekłeś! Więc jest tylko szata
i nic pod nią? i nawet ducha niema w ciele,
które widzę!? Jam zadrżał, zląkł się i osłupiał,
bo świat cały przy tobie w moich oczach strupiał!


ZIEMOWID

Z tobą ładu nie dojdę! Myślałem, że wiedza
marzycielskie mgły w mózgu twoim już przerzedza,
ale darmo, jak widzę! Choćbyś zjadł sto książek,
będziesz głupi, jak byłeś — jak chiński posążek
scholastycznym pokostem pociągnięty z wierzchu,
śmieszny we dnie, a dzieci straszący o zmierzchu!


BOJOMIR

O! szydź, mistrzu! Jam dawniej rękę twą całował
i win niepopełnionych serdecznie żałował,
kiedyś zgromić mnie raczył! — Lecz dzisiaj przed tobą,

mistrzu! kolan nie zegnę! Tyś mnie zwodził kłamnie —
i ty dzisiaj — czy słyszysz? — ty dziś śmieszny dla mnie
z całą wiedzą, z mosiężnem tem słońcem nad sobą,
w które wierzyć mi każesz!


ZIEMOWID

Oto jest zapłata
za mą pracę i trudy, za to, żem pół świata
oczom twoim pokazał!


BOJOMIR

Tylko pół!...


ZIEMOWID

Niewdzięczny
jesteś dla mnie!


BOJOMIR

Tyś winien! bo czemu miesięczny
promień słońcem nazwałeś?


ZIEMOWID

Najsrożej cię skarzę,
bo samego zostawię na ziemi obszarze!
Szukaj ducha w przyrodzie i na niebie Boga,
pokaż, dokąd zawiedzie cię półgłówków droga!
Bądź zdrów!


BOJOMIR

Bądź przeklęty!


ZIEMOWID

Tak się żegnasz ze mną?


BOJOMIR

Odejdź! odejdź, bo w oczach mi przy tobie ciemno!


ZIEMOWID

W mózgu ciemno, nie w oczach... Mówię: do widzenia!
Jutro przyjdziesz znów do mnie prosić przebaczenia...

Odchodzi.
BOJOMIR

Poszedł zatem! sam jestem... Nie przyjdę, nie przyjdę!
po co iść mi do niego! Teraz na świat wyjdę,
jak z więzienia, — na góry pójdę i na morza,
a sam jeden — a szukać będę w świecie ducha,
bo mi widna tu w sercu jakaś otchłań hoża,
w której świat się roztapia i której świat słucha!...
Na las pójdę, a kiedy las ciemny zaszumi
nad mą głową, wieczorne śląc Bogu pacierze,
ja uklęknę, a nikt już szyderstwem nie stłumi
uczuć w sercu, ni światu uroku odbierze!

Dość już nauk mam trupich! Dość zimnej rachuby!
Świat maszyną ma tylko być? kółka i śruby? —
nie! nieprawda! tu życie wszędzie! życie! życie!
duch i życie!
Duch... życie...
Echo odpowiada!...
Cóż jest echo? Mój własny głos po fal błękicie
leciał, aż gdzieś o skały dalekie uderzył —
i głos swój własny słyszę — a wnet bym uwierzył,
że to skały tak mówią i morze...
O biada!
Jeśli wszystek duch w świecie, jeśli głos w nim wszystek,
którym szumi wiatr, morze, drzew wiosennych listek —
jeśli wszystko to tylko jest odbicie słowa,
które z piersi człowieka wyszło w świat rzucone,
i powraca, skąd wyszło? Jeśli człowiek chowa
w swojej myśli gotowy świat, a w świecie szuka
własnej myśli odbicia?..
I jeśli nauka
tego mistrza prawdziwa?...
Oto jest wzburzone
morze, jak otchłań wielka i straszna przedemną —
a to morze jest martwe... Tam na górze ciemno,
gwiazdy tylko, jak oczy świata, lśnią, rozwarte —

lecz te gwiazdy są martwe... Kiedy wiatr powieje,
na wiszarach nad morzem szumią czarne knieje,
ale drzewa w nich martwe...
I cóż życie warte?
Wieczna złuda i kłamstwo przed swą własną duszą...
Ha! przed duszą! — mistrz mówi: duszy w ciele niema!
Więc żyć — po co? Wszak celu życia także niema!
Wszystkie rzeczy tak idą naprzód, jak iść muszą;
więc ja także być muszę wiecznie obłąkany,
więc ja także zwątpieniom na pastwę oddany —
i nie znajdę na świecie nic, kromia zawodu,
ani w życiu nic, kromia wieczystego głodu,
wiecznych pragnień i cierpień bez ulgi i końca!
Kłamie serce w mej piersi i to czucie wieszcze,
które mówi, że głód mój nasycony będzie,
które mówi, że dusza się doczeka słońca —
ha! nieprawda! Noc głucha i zawsze i wszędzie,
a w niej pragnień gorączka i cierpienia dreszcze —
i tak zawsze — tak zawsze...
Nie! wszak w mojej mocy
myśl mą pogrześć w tak strasznej i w tak bezdennej nocy,
w której ni pragnień nawet niema, ni cierpienia,
w której wszystko, co żyło, w wielkie Nic się zmienia:

śmierć mnie zbawi...
Śmierć cicha...
Oto na wiszarze
stoję — a tam jest morze ogromne podemną:
wzniosę ręce i rzucę się w tę otchłań ciemną —
i już koniec, już koniec...
Jak to morze ciche...
Wiatr już ustał i na faj wzburzonych obszarze
spokój wielki i senny...
O! gdyby to człowiek
mógł ucichnąć, jak morze to, i z serca pychę
zrzucić, co spokój spędza mu z bezsennych powiek,
każąc gonić za prawdą...
Prawda! — Kto ją poznał?
i skąd ludzie pojęcie bodaj jakieś mają,
że jest prawda na świecie, jeśli jej nie znają?...
Czy zna boleść, kto nigdy cierpienia nie doznał?...
czy zna szczęście, kto nie był chociaż raz szczęśliwy?
A my życie skąd znamy, gdy świat ten nie żywy?
Więc w nas tylko jest życie, a my je rzucamy
na te drzewa i morze, niebo, skał odłamy?...
Skądże mamy to życie, gdy go niema w świecie?
Wszakże człowiek ze świata, jako z matki dziecię,
wyszedł, jego krwią żyje, tchnie jego oddechem —:
więc i życie człowieka — życia świata echem!
Świat jest żywy!

Świat żywy!
O! nad ciche morze
księżycowe srebrzyste rozpala się zorze;
światło wstaje i leci i fal grzbiety muska —
i po morzu lśni całem fal srebrzonych łuska...
Te niedawno wzburzone i krwawe bałwany,
potem w ciszy zastygłe, czarne i bezdenne,
teraz błyszczą w księżycu, jak marzenie senne —
i po ziemi się całej ściele płaszcz świetlany!...
Świat jest piękny! —
Żyć warto!
O, ziemio! o, morze!
ja was kocham i czuję, żem jest z wami jedno,
i otucha mi słodka spływa w duszę biedną,
a myśl zgięta, złamana, znów leci w przestworze,
znowu skrzydła ma orle i oczy sokole —
leci w gwiazdy, nad gwiazdy, wciąż wyżej i wyżej,
zda się, świata nie starczy dla mej myśli chyżej,
aż na wieczności snadź gdzieś wzleci pole!
Wszechświat cały, jak w morzu, w mej myśli się nurza,
i w niej szumią te gwiazdy, komety i słońca;
przestwór cały objąłem od końca do końca,
jako wicher płomienny, jak orkan, jak burza —
świat jest we mnie!
Ja w świecie!

I widzę i czuję,
jak świat cały niezmierny krąży i wiruje,
a duch życia jak strumień błyskawic wezbrany,
gwiazd tysiącem po niebie lśni się i rozpryska,
mleczną drogą się wije i słońcami błyska,
po mgławicach rozrzuca komet huragany,
w ziem miljony się wciela i stroi się szatą
z blasków, dźwięków, barw, woni, świetną i bogatą!
A nie ślepo, bezwiednie ten duch się przejawia,
nie przypadkiem zapala słońca, ziemie stawia:
bo wszak w coraz to wyższe przeradza się twory,
rozpryśnięty po niebios bezdennych przestrzeniach,
w ciągłych zmianach j ruchu i wiecznych wcieleniach
w jednę tęczę liczniejsze wciąż zbiera kolory —
a zebrane rozrzuca znów i znowu dzieli,
znów cieniuje, układa, znowu wiąże w tęczę,
jednę w tysiąc rozłamie i jasne obręcze
zczepia razem; wstępując tak w przemian topieli
coraz wyżej i wyżej, wciąż się doskonali,
światłem coraz liczniejszem i czystszem się pali!
Czyż przypadkiem ten postęp życia w bezgranicza,
gdzie, jeżeli co pada, jeśli co umiera,
to nad grobem pełniejsze życie się otwiera?
Czyż przypadek bytowi zgodności użycza,
że te słońca nie trącą się i razem krążą,

nowe rodzą i z niemi w systemy się wiążą?
O! myśl włada w tym świecie! — W tym świecie myśl włada
i ze siebie zrodzony świat prowadzi w wieczny
postęp, w którym krok nigdy nie stawia się wsteczny,
ani, co raz się wzniosło, kiedy na dół spada!
Myśl króluje!
Myśl boża...
A ten ognik lichy,
który w mózgu się moim pali, myśl ta biedna,
marna, a jednak zdolna wszechświatów przepychy
w łonie swojem zamykać i przestrzeń bezedna
blaskiem swoim wypełniać — to iskra płomienia,
co w bezkresy wszechżycia moc swą rozprzestrzenia,
to jest promień słoneczny, który w dżdżu kropelce
załamany na barwy rozszczepia się świetne...
I ku onej światłości, swojej rodzicielce
myśl ma dąży z powrotem przez nieb łany kwietne;
ptakiem w górę się wzbija, coraz szersze, dalsze
zataczając w błękicie kręgi nadobłoczne
i na stopnie rozwoju coraz doskonalsze
pnąc się ciągle, wypływa nad niziny mroczne,
coraz więcej w swe łono nabierając świata
i ku szczytom zawrotnym rwąc go z sobą, wzlata
coraz wyżej i wyżej — z słońc na nowe słońca,

z prawd na prawdy, ku światłu, bez wytchnienia, końca,
aż do śmierci...
Do śmierci!?
Ha! czyż śmierć nie przeczy
postępowi i świętej myśli samowładztwu?
Czyż nie pada podcięty bujny kwiat człowieczy
z wonią myśli w zgniliznę i na łup robactwu?
Gdzież jest ciągłość rozwoju, co się życiem zowie?
Więc ten łańcuch w tem miejscu rozerwany pryska
i wspaniałość swą kończy człek w cmentarnym rowie,
gasząc iskrę z świętego skradzioną ogniska?...
Nie! jeśli wieczny postęp jest prawem wszechświata,
to nie może w proch padać to, co w niebo wzlata!
Wszakże cały świat w moim się rozwija duchu,
i gdyby myśl ma gasła wraz z gnijącem ciałem,
on by musiał się wstrzymać w postępowym ruchu
i wstecz cofnąć w pościgu za swym ideałem!
Nie! dobytek mej myśli wyzwolonej z ciała
nie przepadnie! wieczysty, jak te słońca wieczne,
te otchłanie gwiaździste i te drogi mleczne,
których blask w mojej myśli uświadomion pała!
Tak jak promień, co z słońca wybiegł raz, nie ginie,
chociaż słońce w ciemności zagaśnie głębinie,
lecz gwiazd coraz to nowych czepiając się, łączy
w nieskończonej wędrówce światy oddalone,
a w przemianach tysiącznych krąży, drży i leci,

wszędzie życie i siły różnorodne nieci
i kropelką jasności przez eter się sączy,
rozpędzając ciemności jego niezgłębione:
tak i myśl ma, choć źródło jej śmierć już wysuszy,
pójdzie — świętej jasności mała kropla jedna,
w przepaściste blask zlewać wszechświatów bezedna,
aż się kiedyś pod deszczem tych kropel rozkruszy
cieniów twierdza ostatnia i świat duchem stanie,
postać bytu najwyższą, czystą, samowiedną
osiągnąwszy i z Tobą znów w przedwieczne Jedno
spłynie, Boże Wszechojcze, wiekuisty Panie,
Myśli światem władnąca!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.