[261] WŁODZIMIERZ ŻABOTYŃSKI.
NAD GROBEM TEODORA HERZLA.
(20 Tamuza.)
On nam nie umarł, jak Mojżesz przed laty,
Na samym progu ziemi obiecanej,
Kędy już zbliska widział lud wybrany
Ojczyzny starej kraj piękny, bogaty, —
On ofiarował żywót swój świątyni
I nie zapomniał ciebie, Jeruzalem,
Lecz cię nie ujrzał i poległ w pustyni,
A gdy sny nasze czas jawą uczyni,
Jeno proch mistrza złożymy tam z żalem.
Teraz legiendy sens pojąłem ściśle,
Że pogrzebano ongi w dzikiej puszczy
[262]
Nietylko zbiegów z podłej tchórzów tłuszczy,
Na czyich grzbietach, duchu i umyśle
Wycisnął bat egipski wieczne piętno:
Lecz, że tam, zdala od ziemi rodzimej,
Gdzie się unoszą w niebo piasku dymy,
Zginęły duchy potężne, — olbrzymy
Z płomiennem sercem i duszą namiętną.
Tak! Jam podanie ujrzał w blasku słońca:
Po puszczy świata, śród mąk i katuszy,
Nie lat czterdzieści, lecz jubileuszy
Nasz naród tuła się, błąka bez końca; —
Lecz ten, kto zginął nam na obcej ziemi,
Nie był nędzarzem sprzedanym w niewolę
I upodlonym baty egipskiemi, —
Nie! to był orzeł z skrzydłami orlemi
I z orlim smutkiem na wyniosłym czole.
To duch potężny był, dumny, głęboki,
I grzmiało, jako dzwon, jego wołanie:
„Naprzód! Skierujcie na wschód swoje kroki
Za wszelką cenę niechaj się tak stanie!“
I pięknie śpiewał nam o przyszłym bycie,
Gdy w swoim wolnym kraju pędzić życie
Będziemy społem, jak bracia rówieśni...
Lecz, choć nam uszedł w pełnym dni rozkwicie,
Już dokończymy sami jego pieśni!
Niech nas dobije jarzmo i męczarnie,
Niech strzępy Tory świętej wiatr rozwieje,
Niech z naszych synów wyrosną złodzieje,
A dom nierządu córki nam przygarnie,
Niech będziem ludów trądem i zakałą
W on dzień ponury, w ową chwilę szarą,
Gdy zapomnimy twoją pieśń wspaniała
I ciebie, któryś padł za nas ofiarą.
[263]
Twój głos był dla nas, jak niebiańska manna
I nasze dusze karmić wciąż był gotów, —
Dziś młot potężny wypadł z rąk tytana:
Lecz uderzymy w sto tysięcy młotów:
Ich grzmiący turkot naszą boleść zgłuszy,
Praca się stanie ucztą głodnej duszy,
Przez wszystkie przejdziem zapory i tamy,
Zębami zgryziem kamienie śród drogi,
Będziemy pełzać, gdy się zmęczą nogi,
Ale do końca pieśń awądwą dośpiewamy!
Tak ongi ojciec nasz, Izrael mężny,
Z obozem stanął u swej ziemi progu,
Wtem szlak zagrodził mu sam Bóg potężny,
Lecz Jakób umiał czoło stawić Bogu...
Nas fala życia miota, nakształt słomki,
Byt nasz zamienił się w walki arenę,
Lecz, bogobórco, myśmy twe potomki,
Zwyciężyć musim „za wszelaką cenę“,
Niech bodaj Bóg ci grozi, Izraelu,
Do wytkniętego dojść potrafisz celu!
Śpij orle wielki, królewski trybunie,
Niedługo może przyjdzie chwila błoga,
Gdy w upragniony pochód lud nasz sunie:
Do swej ojczyzny, do świętego grodu,
I zaturkocze krok twego narodu,
Tumanem kurzu pokryje się droga,
Zaskrzypią koła, powieją sztandary
I marsz wesoły zadźwięczy na strunie...
Wówczas lud cały, od Don do Barszewy,
Mogiłę zwiedzi, gdzie leży wódżwódz stary
I pieśń żałobną zanucą ci chóry,
Girlandy złożą ci Syjonu dziewy,
Nad grobem zabrzmią wolnościowe śpiewy,
A echo pomknie hen w jasne lazury!
|