Przejdź do zawartości

Na szczyt świata!/I trzecia wyprawa nie zwyciężyła Ewerestu!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund Libański
Tytuł Na szczyt świata!
Podtytuł wyprawy na Ewerest
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1926]
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I TRZECIA WYPRAWA NIE ZWYCIĘŻYŁA EWERESTU!

W grudniu r. 1923 wygłaszał kapitan Finch, bohater rekordu w Himalajach (8361 m.), prelekcje o wyprawie, opisując spokojnie straszliwe przejścia, a w końcu niewypowiedzianie przykre uczucie, gdy już tak blisko po przełamaniu przeszkód i nadludzkich wysiłkach, 500 m. od „turkusowego szczytu“ ziemi zdecydowali się na odwrót!
„Trzydzieści godzin byliśmy bez posiłku“, opowiadał, przemarzliśmy prawie do odrętwienia całego ciała, wyczerpani byliśmy do ostatka, a nieubłagany monsum biczował nas swym śniegiem, każdy krok był walką o życie. Nie rezygnujemy jednak, w r. 1924 ruszymy ponownie do ataku“.
I tak się stało — w dniu 24 marca 1924 depeszował kierownik trzeciej wyprawy, generał Bruce, iż wyrusza z Darczilling 26 marca: „przygotowania do rozpatrzenia znanych miejsc obozowych r. 1922, są już w toku. Opuścimy drogę do Lhassy przy Phasi-dżong na zachód i dalej maszerujemy prosto ku dolinie Rongbuck. Pośród nas jest Mallory, który teraz po raz trzeci idzie przodem, dalej Irvine, ten w zeszłym roku na Spitzbergu okazał swoją odporność i odwagę — major Noel z aparatami fotograficznemi i kinematograficznemi i Geoffrey Bruce z nami. Między krajowcami kulisami i Gurkami, zwerbowanemi do wyprawy, znajdują się tacy, którzy przeżyli zeszłoroczną katastrofę“.
W maju przyszła depesza z radosną wiadomością, że obóz główny znajduje się w miejscu zeszłorocznem. Liczono, że zeszłoroczne szczęście będzie sprzyjało śmiałkom, niestety! śniegi i orkany zjawiły się wcześniej. Komendant wyprawy poczuł, iż jest „niezdrów“, walczył z wzrastającem osłabieniem, które w końcu go przemogło, odesłano go na południe. Kierownictwo objął pułkownik Norton, a w dniu 15 maja pomieścił „Times“ krótki, znamienny opis Nortona o dalszej doli uczestników wyprawy:
„Przedwstępny marsz do obozu trwał 48 godzin — bez przerwy szalała śnieżyca — najzdradliwszy i najgorszy dla turysty śnieg puszysty, walił tumanami na wysokość kilkupiętrową, a gdy rankiem przedarliśmy się do obozu rankiem 10 maja, zastaliśmy namioty pełne śniegu; nie można było zatrzymać krajowców, to też Mallory poprowadził ich z częścią zapasów do obozu.
Ja i Bruce oraz najwytrwalsi kulisi pozostaliśmy w namiotach. Noc z 10 na 11 maja napadła nas, jak dzikie, wściekle zwierzę — wichry wyrywały namiot i waliły śniegami, jak żelazną pięścią — straciliśmy całkowicie humor — nie było mowy o jakimkolwiek dalszym pochodzie. Z pogardą śmierci zarządził Bruce zwijanie namiotów i dawał dyspozycje do zejścia pośród niesłychanego wycia orkanu i huku lawin. Zejście i odpoczynek w głównym dolnym obozie, były jedynym ratunkiem. Tu niechybna śmierć zaglądała coraz groźniej w oczy. Dopiero w dniu 12 maja o godz. 2-ej dotarliśmy pół żywi do głównego odpoczynkowego miejsca. Nastrój stał się beznadziejny“.
Mallory i Irvine byli jednak dobrej myśli: „Przeczekamy orkan“ — orzekli.
Po należytym dziesięciodniowym wypoczynku ruszyli na czele małej kolumny ponownie do marszu, lecz już 26 maja telegrafuje Norton, że straszliwy mróz i niebywały śnieg zmusiły ich ponownie do odwrotu, zaś w początkach czerwca nastąpi trzeci atak na gniewny kark „Mount Everestu“.
W dniu 21 czerwca b. r. nadeszła wstrząsająca wieść, podał ją do wiadomości ogółu angielski komitet „Mount Everestu“.

Uczestnicy wyprawy, zanim zaczęli schodzić w niziny, dźwignęli z głazów tam, na tych szczytach, kędy nie stanęła przed nimi ludzka noga, pomnik towarzyszom, poległym we wszystkich trzech wyprawach.


Trzecia wyprawa zakończyła się tragicznie. Mallory i Irvine zginęli, usiłując po raz trzeci przezwyciężyć straszliwe warunki marszu. Obszerne sprawozdanie z przejść całej wyprawy podaje „Times“ z 26 czerwca 1924.
Dyktował je pułk. Norton z obozu, położonego tuż u czoła lodowca Rougbuk na wysokości 7015 m. (IV). Nie mógł go sam pisać, oślepł od śniegu.
Oto w nocy z 5 na 6 czerwca stracił zupełnie wzrok, przez 60 godzin znosił katusze straszliwego bólu oczu i nieprzerwanej ciemności.
Nad ranem dwaj przewodnicy przeprowadzali go pośród niesłychanych trudności wdół, wiodąc chorego krok za krokiem poprzez lody, śnieg i niebezpieczne ścieżki nad przepaściami.
Poszczególne usiłowania wypraw wgórę nie udały się. Dwa razy usiłowano wspinać się bez aparatów z tlenem, aby jak najmożliwiej bez obciążenia zdobyć szczyt, nadaremnie... (mróz dochodził do 40°), musiano wracać! Bruce zapadł groźnie na serce i z żalem musiał odejść w niziny — zrezygnowano już i przygotowano się do całkowitego odwrotu.
Lecz Mallory nie chciał ustąpić, jeszcze raz on i Irvine ponowią atak i postawili warunek, że nikt więcej nie będzie im towarzyszył w tej zaciekłej wyprawie na szczyt bogów.
W dniu 6 czerwca przybrali kilku tragarzy i ruszyli wgórę — mieli przenocować w obozie przy 7.620 m. (V), następną noc spędzić w namiocie przy 7.800 m. (VI), a stamtąd w jednym dniu na sam szczyt turkusowy.
Pozostali w obozie, śledzili marsz tych niezrównanych śmiałków; widziano, jak opuszczali legowisko i raźno wspinali się wzwyż. Uczestnik Odell nie odrywał oczu od szkieł i ścigał ich do wysokości 7.960 m., poczem zniknęli.
I od tej chwili zaginął wszelki ślad — początkowo nie miano żadnych obaw, bo mogli powtórnie przepędzić noc w namiocie, lecz gdy i następnego dnia sytuacja się nie zmieniła, rozpoczęto poszukiwania. Odell z narażeniem życia wydostał się wgórę do obozu, lecz nie znalazł najmniejszego śladu, a dalsze poszukiwania na dzień trzeci stały się niemożliwe, tak śmiercionośne rozpętały się wichry i śniegi himalajskie.
Mallory i Irvine zaopatrzeni byli w magnezję dla dawania sygnałów ratunkowych — brak takiego znaku zwiastował, iż obaj znaleźli śmierć!
To też Odell, nim zaczął schodzić, dał sygnał umówiony: na białym śniegu rozłożył cztery czarne kwadratowe płachty. Pozostali w dole towarzysze, badający nieustannie szczyt przez lunety, wyczytali w nich straszne, niecofnięte słowo: „śmierć!“
Mount Everest nie dał się ujarzmić!
Wyprawa z r. 1924 zamknęła się tragicznym epilogiem.
„Bogowie gór himalajskich okazali się potężniejszymi od europejskich śmiałków“ — taka poszła wieść na Tybet.
Mallory pisał jeszcze 4 czerwca: Idziemy po raz trzeci do ataku — będzie to ostatni na dobre lub na złe; nie spodziewamy się żadnej łaski od Mount Everestu.


∗             ∗

Niepowodzenie w tej walce o zdobycie szczytu świata oziębiło obecnie gorące porywy turystów angielskich, a szczęśliwa wyprawa na samolotach do bieguna północnego Amundsena dała pochop do myśli i lotu na „Mount Everest“. Wszak rekord wysokościowy aeroplanem osiągnął już zwyż 10.000 m. nad ziemią — czyżby więc nie zdołano okrążyć turkusowy szczyt bogów i bodaj z obłoków cisnąć nań sztandar zwycięstwa ducha ludzkiego i legendowej odwagi.
Rozważano już taką wyprawę w londyńskiem towarzystwie „Everest“, a również żywo jest rzecz planowana w kołach lotników francuskich!
Wchodzi tu w grę rywalizacja Anglji i Francji w dziedzinie awiatyki, czyj sztandar opadnie na dziewicze lody Mount Everestu, a przedsięwzięcie jest niezwykle ryzykowne.
Jak wspomnieliśmy poprzednio, to wokół szczytów wirują silne prądy „passatów“ i kto wie, czy lotnik zdoła opanować wichry tak, by przelot odbył się zwycięsko!
Zobaczymy!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Edmund Libański.