Na szczyt świata!/Druga wyprawa
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Na szczyt świata! |
| Podtytuł | wyprawy na Ewerest |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1926] |
| Druk | Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Wspaniały, dumny szczyt ziemi, otoczony był swym kamiennym, lodowatym orszakiem — straszliwe rozpadliny i pionowe zbocza skał wyciągały groźne, najeżone lawinami ramiona, raz po raz porykiwał wściekły monsum i strącał zwały śmiercionośnych śniegów w dolinę, a tysiące olbrzymich pióropuszów toczyło bój z chmurami, pędzonemi na północ — to zima w Himalajach r. 1922.
Ten groźny dla człowieka zespół zdawał się głosić zapaleńcom, marzącym o wdarciu się na Mount Everest: „Lasciate ogni speranza!...“[1]
A jednak właśnie tej zimy — dzielny zespół zabrał się do przygotowania nowej ofenzywy! Najlepszy znawca Himalajów i wytrwały turysta generał Bruce objął kierownictwo i organizował zastępy do ponownego boju.
„Musimy zdobyć tę hardą twierdzę“, powiedzieli sobie uczestnicy i zabrano się do gorączkowej pracy. Mallory, Flach, synowiec generała Geoffroy Bruce — elita — a prócz tych, znani alpiniści, Strutt, Moris, Morshead, Crawford, Norton, Sommerwell, Noel, Wakefield, przyrodnicy i lekarz, dr. Longstaff — geolog dr. Heron nie był dopuszczony, władze tybetańskie wzbroniły mu udziału, „gdyż niepokoił duchy gór, pukając młotkiem w skały“.
Z tych trzynastu zahartowanych turystów himalajskich dwóch tylko brało udział w poprzedniej wyprawie, Mallory i Morshead, sześciu było oficerami wojsk angielskich w Indjach, trzech lekarzami, a dwóch przyrodnikami. Kilku znało się wybornie na fotografji i kinematografji; wyprawa posiadała trzy aparaty do zdjęć kinematograficznych, dwie kamery panoramowe, cztery aparaty fotograficzne z objektywami do zdjęć na dalekie odległości oraz pięć kodaków.
Generał Bruce, kierownik, stary turysta himalajski, wędrujący w górach przez dziesiątki lat (w r. 1910 ukazała się jego książka Twenty years in the Himalaya — dwadzieścia lat w Himalajach), liczył lat 55.
Specjalny komitet rzeczoznawców zajął się sprawą sztucznego oddychania tlenem, gdyż zamierzono, począwszy od 7000 m., wysłać patrole dla urządzenia składów butli z tlenem.
Starannie wybrano przybory i środki walki, znakomite małe i wielkie namioty, materace korkowe, worki sypialne, wypełnione puchem edredońskim, najlepsze odzienie zimnochronne, żelaza, raki, liny, latarki, aparaty do gotowania i t. p. pożywienie w puszkach kondensowane, dokładnie odważone, instrumenty do pomiarów.
Cały ten park oblężniczy zgromadzono w Darczilling, a 26 i 27 marca wyruszono znaną zeszłoroczną drogą przez Phari, Kampa-dżong, prosto w dolinę Rongbuk.
Stąd rozpoczęto oblężenie.
Grupa wywiadowcza przebijała się na wschodnie ramię i rozbijała namioty na postojach pośrednich.
W dniu 8 maja osiągnęli 6.400 m. (planik III) i tam umocowano namioty na obozowisku poniżej przełęczy Tszang-La. Stąd poczęły się marsze niesłychanie mozolne i wyczerpujące — wydostanie się na przełęcz Tszang-La było nieporównanie trudniejsze, niż ubiegłego roku. Zimno dochodziło do 32°, utrzymanie łączności kolumn przy wynoszeniu bagażu i aparatów wgórę stawało się niesłychanym wysiłkiem, umocowanie namiotów na popękanym lodzie, nieustanne wspinanie na rakach poprzez śnieg, lód i poszarpane szczeliny, było niesłychanie męczące,
było bajeczną wytrwałością, nie mającą nic równego w jakiejkolwiek dziedzinie pokonywania oporów przez wolę człowieka.
Na wysokość 6.400 m. transportowano wszystkie zasoby konieczne dla pobytu 10 anglików i 60 kulisów na cały miesiąc.
Dalszem zadaniem było wysuwanie stopniowo coraz wyższych posterunków i zaopatrzenie w środki możliwej egzystencji dla dzielnego zastępu przodowników. Na wysokości 7.015 m. urządzono obóz (IV); położony był na samej przełęczy grani północno-wschodniej — w fantastycznie dzikiem otoczeniu lodów i skał, wałów śniegu — w pośród rozpadlin lodowcowych dokonywano cudów, by wnieść doń zapasy.
Pułkownik Strutt, szef obozu, uważał, iż nadszedł odpowiedni czas dla energicznego wypadu na grzbiet i zarządził wyniesienie butli z tlenem, jak najśpieszniej wzwyż.
Mallory, Norton, Sommervell i Morshead, zajęli w dniu 19 maja nowy obóz — wraz z nimi było dziewięciu kulisów bardzo wyczerpanych i chorych.
Ranek, 20 maja:
Słońce ukazało się o 5-ej rano. Mallory popędzał tragarzy — niestety czterech uległo chorobie górskiej, pięciu decydowało się na wymarsz. Śniadanie (spagnetti)[2] było zamarznięte, ledwo spożyto je — o 8-ej wyruszono; Mallory szedł przodem, mroźny wiatr bił od zachodu, co chwila wykuwano stopnie w lodzie, trzeba było zaciekle walić grańciakami, lód był bardzo twardy; — gdy tylko odpoczywano, marzły nogi — tak dostali się na wysokość 7.620 m., upadając z wyczerpania. Pełzać trzeba było, aby się utrzymać na grani najeżonej lodowemi iglicami. Ręce chwytały każde oparcie, skałę czy lód, a zimno tychże 40° przenikało do kości palców!
Znieczulenie rąk i nóg jest już oznaką odmrożenia, kalectwa. Wyprawa Amundsena do bieguna południowego i lot Alcoka ponad Ocean Atlantycki były igraszkami wobec marszu na „Mount Everest“.
Na stromej płycie skalnej umocowano dwa namioty dla czterech Anglików, służbę odesłano do obozu. Norton miał odmrożone ucho i w ciągu marszu stracił plecak — stoczył mu się w przepaść w czasie odpoczynku.
Mallory miał trzy palce zbielałe, a pogoda napawała obawą, bo cienki grad bielił stoki, od wschodu zaś szły ciemne chmury.

Ułożono się do snu — wicher wył całą noc; nad rankiem, po spożyciu śniadania, zabrano się do pochodu.
Wszyscy cierpieli ból głowy, a Morshead rzekł: „idźcie bezemnie, jestem pewny, że mielibyście tylko kłopot“.
Trójka: Mallory, Sommervell i Norton wyruszyła na dalszy podbój — bez aparatów z tlenem. „Wszystko zależało teraz od płuc“ — pisze Mallory — wspinanie było istotnie nędznem czołganiem się, balansowaniem w obliczu co krok grożącej katastrofy, gdyż nie można było posiłkować się rękoma.
Coraz bardziej słabli, a godziny mijały. „Byłoby szaleństwem iść dalej w górę — barometr wskazał 8.169 m. — organizm przy schodzeniu w dół nie odzyskuje wcale sił — postanowiliśmy „odwrót“ — pisze Mallory.
Z trudem zeszli do stanowiska na 7620 metrów, gdzie czekał ich Morshead; była godzina 4-a po południu — w pośpiechu spakowali, co najniezbędniejsze, by przed zapadnięciem nocy zejść do obozu na przełęczy 7015 m. (IV). Schodzenie było tak samo straszne, jak marsz wgórę.
Coraz częściej musieli się zatrzymywać, by zaczerpnąć oddechu. Morshead wlókł się ostatkiem wysiłku — śnieg świeżo spadły zwiększał niebezpieczeństwo i nagle... pierwszy zesunął się, potoczył i pociągnął za sobą towarzyszy — wszyscy byli złączeni liną.
I byliby wszyscy poginęli, gdyby nie szczęśliwy przypadek — oto ostatni dla bezpieczeństwa owinął linę wokół swej żelaznej piki lodowej i wstrzymał gwałtowne szarpnięcie.
Schodzili jeszcze ostrożniej. Morshead chwytał coraz rozpaczliwiej powietrze, dusił się i musiano go prowadzić, a tu zapadała noc. Zapalili latarki i z zaciętym uporem stąpali w głąb czarnej otchłani — krok za krokiem — w niesłychanem napięciu nerwów.
W pewnej chwili ujrzeli tuż przed sobą pionową ścianę rozpadliny — u dołu bielał śnieg; rozpacz rzuciła ich skokiem na 5 m. w dół — wyszli cało! — ostatnia latarka zgasła. W zupełnej ciemności posuwali się, nic nie widząc przed sobą, prócz śniegu, nie wiedząc, gdzie natrafią na namioty opuszczone dwa dni temu. Nagle Mallory poczuł pod stopą linę pod śniegiem; za chwilę byli przy namiotach — była godzina 12 w nocy.
Nie zastali żadnych naczyń — o głodzie i chłodzie, trapieni pragnieniem, przebyli noc. Tymczasem z obozu spostrzeżono ich o 6-ej wieczorem i wydano zarządzenia, by im przyjść z pomocą. Gdy rankiem, wycieńczeni i przemarznięci do kości, poczęli schodzić, spotkali generała Bruce i Fincha, którzy nieśli im butle z tlenem i termosy z mlekiem i herbatą. A gdy już przybyli do następnego obozu, trzeba było odjąć trzy odmrożone palce Morsheadowi; musiał on zrezygnować z dalszego udziału i wrócić na południe.
Mallory opowiada, że poprostu było cudem, iż wyszli cało, gdyby spotkał ich wiatr w powrotnej drodze, nie wróciliby już — prawdopodobieństwo bezpiecznego marszu i osiągnięcia celu jest wprost znikome.
Pierwszy atak nie powiódł się. Mount-Everest nie dopuścił nieustraszonych śmiałków! Nie dano jednak za wygrane i oto kap. Finch i Bruce postanowili drugi wypad.
W dniu 25 maja rozpoczęli marsz na Tszang-La z zamiarem dalszego pochodu i urządzenia „leży“ w wysokości 7900 m. Lecz już przy 7700 m. poczęły gonić chmury śniegowe i wiatr lodowaty dokuczał srodze; szli dalej — coraz groźniej waliły tumany śniegu i musieli się zatrzymać; na wysokości 7777 m. rozłożyli namioty.
Towarzyszący kulisi zładowywali niesione przybory, żywność, flaszki z tlenem, śpiesząc się do powrotu.
I Finch podaje, że tu krajowcy, którzy pocichu wykpiwali dotychczas cały ekwipunek z tlenem, poznali użyteczność tego „angielskiego powietrza“, jak nazwali ten gaz z flaszek.
O godz. 2-ej po południu, trzej nieustraszeni Anglicy: Mallory, Finch i Bruce znajdowali się sami w zabójczej wysokości na wąskim stopniu grani w maluśkim namiocie, a wokół wył wicher i spowijał lodową wyż w falujący ocean śniegu. Zimno i wicher wzmagały się z każdą prawie chwilą i ci samotnicy na grzbiecie Mount Everestu przebyli tam najstraszniejszą noc w życiu!
Finch podaje: „Gdyby nieco gwałtowniejszy wicher chwycił namiot, przepadlibyśmy w rozpadlinach gór, — otchłaniach. Walczyliśmy z wichrami o życie! „Od czasu do czasu wychodził jeden z nas, by wzmocnić powrozy namiotu i dosypać wał ochronny. Przez całą noc waliły wichry namiot, przyprószyły wszystko śniegiem, przez całą noc wytężaliśmy ramiona, by przetrzymać wewnętrzne ścięgna powrozów“.
O 1-ej w nocy szalał taki orkan, że ryk i wycie uniemożliwiały porozumienie w namiocie — wicher wpadł pod koce wyścielające i podniósł je na lód wraz z trzema turystami. Zimno było srogie!“
I staje się rzecz nie do uwierzenia — pozostają w tych warunkach drugą noc, by może w trzecim dniu dotrzeć na szczyt.
Ranek nie dał wypoczynku. Sypał śnieg, dął wiatr do południa. Gdy się uciszyło, padliśmy na nasze legowiska zupełnie wyczerpani, niezdolni nawet do rozniecenia ogniska, aby zagrzać się lub zgotować herbatę. Topiąc śnieg spirytusem, uzyskali letnią wodę, trzeba bowiem wiedzieć, że woda w tej wysokości wrzała przy 25°.
Trzej zapaleńcy postanowili dalej wdzierać się na szczyt! Biorąc łykami tlen, mogli paść w sen kilkugodzinny, a pokrzepiwszy się, ruszyli w drogę.
Niosąc butle z tlenem, aparat do wdychania, związani linami, posuwali się zwolna po grani, zmuszeni co kilka kroków do wypoczynku, gdyż przenikliwy zimny wiatr dął coraz mocniej. Szli tak sześć godzin między życiem, a śmiercią, do 8.326 m. Żaden człowiek własnemi siłami nie dotarł do takiej wysokości — 500 m. ponad nimi sunęły białe tumany śniegu, pędzone coraz ostrzejszym wiatrem. I Finch już osłabł, nie mógł się ruszyć — to samo Mallory. Nie było rady.
Na wierzchołek Tszomo-lungma, tego „króla szczytów“ godziły właśnie strzały złocistej tarczy słońca, gdy gen. Bruce wykrzyknął gniewnie z wzniesioną pięścią ku szczytowi: „Pokonałeś nas, ale poczekaj, stary, wrócimy i dostaniemy cię!“
Powrót był bardzo ciężki!
Finch pisze: „Im dalej schodziliśmy, tem bardziej ogarniało nas uczucie straszliwego znużenia — kolana gięły się pod nami, nie można było oprzeć się, padaliśmy coraz częściej, wysiłki były daremne, siadano w śniegu i wypoczywano... powrót równał się ucieczce, gdyż z dali dobiegał od czasu do czasu złowróżbny ryk himalajskiego orkanu.
Śmiertelnie wyczerpani, dopadliśmy obozu, było to 27 maja“.
Na marsz z obozu (IV) do następnego noclegu (V) trzeba było czasu całego dnia, a przy dalszem wspinaniu się upłynął cały dzień na osiągnięcie 548 m. wzwyż. To wskazuje, jak w atmosferze bardziej rozrzedzonej maleje sprawność organizmu.
W dalszym pochodzie kto wie, czy doszliby w ciągu całego dnia o 250 m. wyżej...
Należałoby sądzić, że dano już za wygraną i zbliżała się chwila ostatecznego powrotu! — nie!
Po wypoczynku postanowili Mallory i Crawford ponowny atak.
W dniu 6 czerwca ruszyli z 15 tragarzami w czterech kolumnach przy 23°. Byli w drodze już kilka godzin, nagle runął grzmot, olbrzymia chmura śniegu zawaliła karawanę (lawina) i staczała się błyskawicznie w otchłań.
Pierwsze dwie grupy, liczące 11 ludzi, znikły, przepadły na sen wieczny w przepaściach Himalajów! dalsze oparły się. Wstrząśnięci katastrofą, wrócili do obozu i to było szczęściem!
Wcześniej, niż zwykle, zerwał się srogi monsum — rychło zakłębiły się ciemne chmury, spowijając świat w ciemność wichrów, a niebotyczne szczyty zasunęły gęste kłęby chmur.
Gdy pokonana gromada ludzi zeszła na równiny indyjskie, tam hen... na północy ponad chmurami wyłonił się w złotej jasności zrąb szczytu świata, jak gdyby słał szydercze pożegnanie... z błękitu!!
