Na szczycie (Przerwa-Tetmajer, 1900)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Na szczycie
Pochodzenie Poezye IV
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1900
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Indeks stron
NA SZCZYCIE
Franciszkowi Kvapilowi

Wkoło złomy granitów dzikie i olbrzymie,
Podemną gdzieś jeziora, a tam niżej, niżej,
Świat, życie, nędza ludzka, tłumy nieszczęśliwych
I garstka panów świata — i tych zagrożonych
Tysiącem niebezpieczeństw, cierpień, nędz i bólów!
Nad wszystkiem jest cierpienie... O! gdybym z tej góry
Sięgnąwszy ręką, schwycić mógł kołowrót świata
I bieg mu zmienić, ażby jedna pieśń olbrzymia,
Jedna pieśń szczęścia w niebo runęła i gwiazdy
Zdumiała, jakby nagle ziemia, czerwonemi
Wybuchając ogniami, między nie wybiegła
Szalona i podobna do racy puszczonej
Między ciche łabędzie na spokojnej wodzie...
O pieśni! pieśni szczęścia! czyż nigdy nie zabrzmisz?
Czy nigdy tryumfalny twój głos się nie wmiesza
Do cudownej melodyi wichrów, mórz i lasów?
Czy nigdy oczy ludzkie nie będą, jak kwiaty
Uśmiechnięte ku słońcu? Nigdy ludzkie piersi,
Jak łąki, co oparem oddychają złotym
O świcie w dzień wiosenny? Nigdy ludzkie myśli
Nie będą jak obłoki swobodnie płynące,

Zanurzone w topieli błękitu i światła?
I nigdy dusza ludzka nie będzie jak słońce
Promienna i gorąca, jednem tylko czuciem
Przejęta, aby ciepło rozrzucać i świecić?
Nigdy?... I wieczny, wieczny będzie rozdźwięk w świecie
Między tem, co śni człowiek, i tem, co snem nie jest?...
Tak! Tysiące już ludzi zło życia wskazało,
Tysiące już ból ludzki wykrwawiło w słowach,
Nigdy jednak nikt Dobra i Szczęścia nie stworzył!
Cóż, choć nam filozofia i poezya cały
Bezmiar, całą głąb złego przed oczy postawi,
Pokaże całą nędzę ludzkiego żywota,
Całą niemoc człowieczej samoistnej woli,
Całą jego zawisłość od Woli Tajemnej,
I wszystkich jego pragnień źródła, i maszynę
Wszystkich jego postępków, uczynków i myśli
Na najdrobniejsze cząstki składowe rozbierze?
Czyż przez to ludzkość będzie szczęśliwszą? zło mniejszem?...
Są, którzy ukochali ludzkość: czyż nie widzą,
Że ta miłość jest niczem?... Najstraszliwsze z uczuć,
Najstraszliwsze, najgorsze, najsroższe uczucie
Niemocy woli ludzkiej, bezsilności ludzkiej
Wobec Woli Tajemnej i Jej głuchej Siły!
Czem jest życie ludzkości? Od tysięcy wieków

Patrzeniem wciąż w zwierciadło jedno i to samo
I ciekawem śledzeniem w tem jednem odbiciu
Coraz nowych wyrazów bólu i rozpaczy.
O góry! o jeziora, które tutaj widać!
Jak jesteście szczęśliwe wy, co nie możecie
Nic czuć, nic myśleć, nic chcieć!... Jesteście bezwładne
Jak my, lecz bezwładności swojej nieświadome:
I to jest szczęście wasze!... O! Cóżbym dał za to,
Gdybym mógł, jak wy, nie mieć wiedzy mojej doli!
Wietrzeje granit szczytów, piorun go rozbija,
Od lawin głazów zwolna znikają jeziora,
Ale nie wiedzą o tem. Tak ziemia się cała
Od swoich pierwopłodów, od praepok swoich
Rozwija bezświadomie, naprzód ciągle dąży,
Bez pamięci, co przeszło, bez troski, co będzie,
Nie obarczona gorzkim ciężarem doświadczeń.
A my, bogaci przodków naszych doświadczeniem,
Wiemy, że nas nie czeka nic, prócz tego tylko,
Co było — i bogactwo to jest straszną nędzą,
Jest Strachem, który pęta ramiona Odwadze.
Przed niedolą rozwagi, przed niedolą wiedzy,
Dwie są tylko ucieczki: szał i wyobraźnia.
Kiedy kobietę, ciało, nazywam aniołem,
Gdy dla idei życie poświęcam bez żalu,
Kiedy mię twórcza władza w zaświaty uniesie,
W nigdzie nie istniejące idealne światy,

Gdy stracę pamięć: wtedy mogę być szczęśliwy.
Lecz jest to abdykacya Ducha — który przecież
Jest we mnie czemś najwyższem — zaprzeczenie Myśli,
Najszlachetniejszej cząstce mojego istnienia — —
Gdyby wznieść się tak Myślą, ażby ponad wszystkiem
Zawisnąć, niedostępnym niczemu, co ziemskie...
Być czystą myślą... Przebóg! Co za widmo wstało
Z czarnej czeluści skalnej?! Okiem jak sztyletem
Przebija mnie i krew mi swym uśmiechem ścina,
Swym okropnym uśmiechem!... Ktoś ty jest?!...
............
Ironia...
............
Znam cię, o znam cię, widmo! Ty z pierwszym promieniem
Słońca przychodzisz rano, w południowym dzwonie
Ty dźwięczysz ponademną, ty o zmroku we mgłach
Wieczornych nad mą głową zawisasz w przestworze,
Ty z nocnych cieniów i z gwiazd wychylasz się ku mnie.
Znam cię!... Niegdyś alpejski ów samotnik, władca
Duchów elementarnych, słyszał ponad sobą
Rzuconą klątwę życia za zbrodnię spełnioną,
Lecz jakaż moja zbrodnia? Jedna chyba tylko:
Wątpienie... Tak zaiste, pierwszym fundamentem,

Pierwszą podstawą dzieła: wiara w jego koniec.
Tylko kto ślepo wierzy, potrafi iść naprzód,
Zwycięży, albo padnie, ale z raną w piersiach,
Jak rycerz... Żyć, to tworzyć, a tworzyć, to wierzyć...
Nie wierzyć, wątpić: lepiej znicestwieć i przepaść!...
............

Płynę cichy i świetlany
Przez przestrzenie nieskończone,
Przez wieczności oceany,
W nadświatową płynę dal;
W gwiazd otchłanie, w mgieł oponę
Patrzę jasnym, świetnym wzrokiem,
Widzę światła, co potokiem
W bezmiar rwą się z pramgły fal.

Przy mnie ziemie się rodziły
Ze słońc swoich pryskające;
Widzę ciche ich mogiły
Jak szybują ścięte w lód
I padają znów na słońce:
Giną, aby wstać z kolei,
Wstają, aby w lat zawiei
Zginąć, jak powstały wprzód.

Wieczny ruch, przemianę bytu,
Wieczną śmierć i życie wieczne

Widzę, płynąc wskroś błękitu
Przez bezdenie pustych sfer;
Bryły toczą się słoneczne
Grzmiąc i hucząc na przestworza,
Szumią lotnych mgławic morza,
Brzmią miliardy świetlnych skier.

W ponadziemskich gędźb tych toni
Płynę cichy, niewidzialny,
U stóp moich czas się kłoni
I z gwiazd gwiazdy tworzą się...
Gdzie wszechmocny, tryumfalny
Ruch Istnienia koło toczy;
W sfer głębinie mknąc przezroczej
Cicho, słodko, bosko śnię...

............
O dziwny głosie, jak gdyby w mej duszy
Słyszany własnej, a razem w przestworze
Płynący kędyś... Dziwny słodki śpiewie!
Świetlana struno przestrzennego światła!
Brzmisz tam nademną, jednak mi się zdaje,
Jakobyś wespół brzmiał w mej własnej duszy...
Dusza człowieka! Czyli nie jest ona
Częścią wszechduszy świata, oderwaną
I w część zamkniętą wszechmateryi świata?

Lecz czemuż, czemuż, ah! czemuż tak bardzo,
Tak strasznie więzom materyi podległą?!...
............
Ciszy! Przestrzeni! Światło! o ty święta
Ojczyzno ducha! Wszystkiemu odjęty,
W was on jest taki, jak wy, czysty, święty!
W was, kiedy skrzydła związane rozpęta,
Tęcze z nich biją i płomienne łuny,
Usta są jego, jak wichrowe struny,
Oczy, jak gwiazdy, serce, jak kwiat z pola,
Ramiona jego są jako pioruny,
Jak oceanu przypływ — jego wola!
Wtenczas on stwarza Piękno, Dobro świata,
Zło, wstręt, brzydotę skrzydłem jak pył zmiata,
Leci, jak anioł pokoju po ziemi,
Jak anioł szczęścia ku ludzkości zlata,
Rany jej koi ustami własnemi,
Własnego serca darzy ją pokojem,
Krew jej oczyszcza własnej krwi swej zdrojem,
Jest dla niej chlebem i różdżką oliwy...
I gdyby przez swą boleść i męczeństwo
Mógł wieczne kupić jej błogosławieństwo,
Wieczną szczęśliwość: umarłby szczęśliwy...
Lecz owa klątwa, co się ciałem zowie,
To pęto ducha, to upokorzenie,
Budzi go ze snów, jak orła, co ranny
Śnił, że ma słońca purpurę na głowie,

Pod skrzydłem wichry, pod piersią bezdenie,
I gdzieś w błotnistym ocknął się parowie...
O wieczny ducha ból! ból nieustanny!
Napróżno!... Niema mocy zwyciężenia,
Niema zwycięstwa nad zmysłów przemocą...
Napróżno!... Skrzydła, co się tu szamocą,
Do śmierci łańcuch ziemski opierścienia.
Ciszy! Przestrzeni! Światło! O ty święta
Trójco mej duszy! Do ciebie ramiona
Wznoszę bolesne... Otom jak w pustyni:
Wiatr na pierś piasku mi rzuca brzemiona,
Nogi me tuman rozżarzony pęta,
Strach w kość mi wchodzi, w oczach noc się czyni...
Co jest przed światem? Co jest przed człowiekiem?
Co jest przed duchem?... Milczenie!... Milczenie!...
W uszach mych huczy rwący wiek za wiekiem...
Pędzą... Przelata cała ludzka fala,
Przelata całe odwieczne Istnienie...
Jak się lawina głazów w przepaść zwala
Z skalnego zrębu: tak wieki się toczą
Z hukiem i grzmotem i giną w Bezdeni — —
A ponad ziemią niebo lśni przezroczo
I słońce wiecznie jasno się płomieni...
Słowa, oh, słowa!... Słowa rozwiązania
Zagadki bytu, cierpień tajemnicy!
Pociechy w chwili szału i konania!...
Chryste! Na górę wchodzisz mi olbrzymią!

Pod nią się morza kotłują i dymią,
Wąż ją opasał światła błyskawicy...
Chryste! Dlaczego masz tę twarz straszliwą?
Włosy, jak z miedzi? oczy jak ze grzmotów?
Dlaczego ręką wstrząsasz, jak lew grzywą?
Dlaczego usta Twe pełne milczenia
Gorszego, niźli pożarnych łoskotów?
Dlaczego milczysz?! Na górze z płomienia
Dlaczego milczysz?!... Chryste! Chryste! Chryste!
Przez męki świata i bóle wieczyste,
Przemów!... Posągu olbrzymi na stropie!
Straszna Światłości w błyskawic potopie!
Straszna Białości na nieba błękitach!
Straszliwa Głuszo wśród jęków i zgrzytów!
Straszliwa Góro na chmurach i szczytach!
Straszna Kolumno wśród wieków i bytów!...
Chryste! Patrz! Niezmiar, ogrom Twej Miłości
Jest czemś nadludzkiem tak i niepojętem,
Że co być miało Żywotem ludzkości,
Staje się trwogą, otchłanią i wstrętem...
Nie mogąc zdążyć za Tobą, upada!
Z pod nieba w piekieł upada płomienie,
A Ty jej nikniesz i odchodzisz z oczu,
I gdzieś w błękitnem, dalekiem przezroczu
Postać się Twoja ukazuje blada
I niedościgła rośnie w Przerażenie...
Chryste!...

............
O! Matko! Naturo! Wszechwierna,
Wszędy obecna, wszechmocna, niezmierna,
Naturo, Matko, co szumiącem drzewem
Duszę unosisz z błękitów powiewem;
Co rzeczną falą niesiesz ją w bezdenie
Za rubież ziemi i za gwiazd świecenie;
Co wierchem górskim dźwigasz ją w bezmiary,
Skąd widać obrót kołowrotu świata;
Której szum głuchy podziemnej pieczary
Woła w praczasie przeminione lata
I zmartwychwstawać im przed oczy każe;
Naturo! Matko! co Bogu ołtarze
Stawiasz na górach, pustyniach i morzach,
Kurzem wulkanów szląc kadzidła mszalne,
Grzmotami Boga sławiąc na przestworzach:
Do ciebie ręce wyciągam błagalne!
Naturo! Matko! oto w twojem łonie
Wszechwiernem istność niech moja zatonie;
W twojej potędze, pod twoim ogromem,
Niech się ma dusza uczuje atomem,
Cząstką tych szumów, które w drzewach szumią,
Cząstką tej fali, która w rzece płynie,
Cząstką tych głosów, co się w grotach tłumią,
Cząstką gry słońca na górskiej dolinie...
Naturo! Matko! Tak pragnę dla ducha
Tej świętej chwili, gdy czysty i szczytny,

Jak orzeł, co się wzniesie w sklep błękitny,
Gdy pod nim huczy burzy zawierucha:
Wydarty burzom, w które krew go ciska,
Wzniesie się w czystej myśli uroczyska,
Na Cisz zawrotnych wwiedziony krawędzie,
Tylko twą piękność czuć i widzieć będzie,
Tylko pięknością twoją żyć się zgodzi,
Podobny dumnej i spokojnej łodzi,
Co przewalczywszy wiry i orkany,
Żaglem na toni błyszczy zwierciadlanej.
Wówczas niech biali przyjdą aniołowie
Rozmawiać z duszą; wówczas im odpowie
Nie jękiem bólu, nie klątwą, nie krzykiem,
Ale odpowie im cichym spokojem
Wód, co się w lesie kołyszą, językiem,
Mową drzew górskich pod mgławic zawojem.
Chcę lecieć wolny, jak światło w błękicie,
Chcę duszę rozbić na bezkresną przestrzeń,
Chcę być, jak cisza na łąk pierwobycie...
O duszo! Wzbij się! Skrzydła twe rozprzestrzeń!
Wzbijaj się! Wyżej!... Pękajcie więzadła
Ramion i skrzydeł! Lecz wpierw tam, z zenitu,
Raz, jak Bóg spojrzyj na otchłanie bytu,
A jeśli runiesz, toś z pod nieba spadła!...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.