Słoneczko lśni miłe. Przez miejską ulicę
Z chłopczykiem mym idę: wybladłe ma lice
W wystawie się piętrzą owoców tysiące —
On do nich spojrzenia posyła gorące;
To rączkę wyciągnie, to tupnie znów nóżką —
Jak chętnie by spożył rumiane jabłuszko!
Uderza mu serce, napoły przytomnie
To wzrok do owoców kieruje — to do mnie.
O, wiem, czego pragniesz, nieszczęsne me dziecię, —
Lecz owoc nie dla nas dojrzewa na świecie!
Idziemy więc dalej... Z sklepowej wtem szaki
Wabiąco nań patrzą prześliczne zabawki.
Mój chłopczyk z uśmiechem już na nie spogląda,
A potem znów na mnie — czy wiem, czego żąda.
Przymila się, stroi pocieszne swe miny
I gwałtem mnie ciągnie do lśniącej witryny.
Ach, wiem, czego łaknie to serce dziecinne —
Chce także, jak dzieci zabawić się inne.
Chcesz cacko? Czy nie wiesz, kochane me dziecię,
Że cacka nie dla nas istnieją na świecie?
Przysiągłem więc wówczas, że miejskim już szlakiem
Nie będę przechodził z nieznośnym chłopakiem.
On płacze i błaga: „na spacer chcechcę, ojcze!“
Choć wiem, że dlań w domu powietrze zabójcze,
Lecz: „cicho!“ mu mówiemówię, a serce mi pęka,
Że dręczy się już ta istotka maleńka,
Że zgrzyt już się wziera w serduszko dzieciny —
Ach, za cóż to wszystko, za czyje to winy?!..
A jednak, hamując swój płacz pokryjomu,
Odzywam się szorstko: masz„masz siedzieć tu, w domu!“