Na królewskim dworze/Tom III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Na królewskim dworze
Podtytuł (Czasy Władysława IV)
Tom III
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1886
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.

Wszystko dalej snuło się tak jak poczęło, a przybycie jednego więcej członka rodziny królewskiej, oprócz sporów i kwasów, nic z sobą nie przyniosło. O wojsku nowo zaciągniętem ucichło, ale go nie zmniejszano; wyprowadzono tylko z tych miejsc, w których się naprzykrzyło do zbytku i ów Maguus, przeciwko któremu nie mianując go podnosiły się głosy tak gwałtowne, pozostał spokojnie w królewskich usługach.
Król żył jak był nawykł, nagniewawszy się na królowę że go napominała, trochę tylko ostrożniej, a, gdy było można, schodząc jej z oczów.
Pac go namówił pod pozorem łowów zimą do Zalesia, gdzie zapadł tak ciężko, że go do Warszawy przynieść musiano nazad. Nie przeszkodziło to do wydania nadzwyczaj wspaniałego bankietu na Ś. Kazimierz, imieniny królewskiego jedynaka, w czasie którego król był jak najlepszej myśli. Choroba ustąpiła nagle.
Z wiosną zbliżał się termin sejmu nowego, który uprzedzając Władysław, rozpisywał listy do senatorów, domagając się, aby przykre i upokarzające dla niego uchwały poprzedzającego sejmu zmieniono.
Nie co innego to znaczyć miało, tylko cofnięcie przymusu co do wojsk zaciągnionych i domagań oddalenia cudzoziemców.
Dlaczego tak późno król dopiero uczuł się obrażonym? trudno było wyrozumieć.
Sejm wreście uroczyście nabożeństwem u Ś. Krzyża otwarty, rozpoczął się ogólnemi dezyderyami. Pomiędzy niemi była wzmianka o cudzoziemcach znowu, którą król posłyszawszy, mocno się zmarszczył, laskę wziął i wyszedł z izby.
Czem sprawa o Trubczesk była dla przeszłego sejmu, tem dla teraźniejszego stały się obalone krzyże w radziwiłłowskich dobrach (u ks. Janusza), sprawa o Hadziacz między wojewodą ruskim a chorążym koronnym, naostatek i spór królewiczów Karola z Kazimierzem o dobra Żywiec. Ci bracia już się nie widywali z sobą i nie mówili do siebie.
Przez cały czas trwania sejmu o zaciągach wojskowych nie było mowy. Król, gdy mu było potrzeba, chorował, a nawet z łóżkiem się do izby sejmowej kazał przenosić.
W ogóle sejm ten miał inny jakiś charakter i wyjąwszy sprawy z dyssydentami o krzyże, prywatne największe grały rolę.
Dochodziło to aż do cynizmu.
Podstarościemu Kiersnowskiemu król obiecał był pisarstwo nowogrodzkie, a potem mu go nie dał.
Nie mógł Kiersnowski znieść tego, aby się nie pomścić. Gdy tedy pod koniec sejmu kanclerz bardzo zręcznie wsunął żądanie króla, aby rzeczpospolita zapłaciła dług zaciągnięty na wojsko cudzoziemskie, podstarości wstał i począł dowodzić, że to wojsko było bezprawnie, przeciwko paktom zebrane, że król wiedział, iż nie miał prawa do tego, a przecież to uczynił, zatem, niech przynajmniej sam płaci za własną winę. To powiedziawszy Kiersnowski obrócił się do słuchaczów i dodał.
— Oto tobie królu pisarstwo!
Sam koniec sejmu, jak zwykle z dnia na dzień przewlekany, potem naglony, nikogo nie zaspokoił.
Ale król się zbytnio na tok rozpraw uskarżać nie mógł. Obalone krzyże, Hadziacz, pomniejsze sprawy zabezpieczały go od słuchania wymówek i nalegań.
Wszystko zostało jak było na dworze, z tą różnicą, że Kazimierza z Karolem pogodzono, choć z trudem niemałym. Nowo przybyły ex-kardynał dał się w czasie sejmu użyć jako rozjemca w kilku ugodach (Hadziacz), ale dowiódł razem, że do tego wielkich zdolności nie miał.
W lecie Władysław się począł wybierać na Litwę dla łowów, w rzeczy zaś, aby w Warszawie na zamku, gdzie był na oku królowej, nie siedzieć.
Dzień wyjazdu był już naznaczony, gdy Adam Kazanowski na trzy dni przedtem rano wszedłszy do sypialni zastał Władysława z twarzą posępną, zadumanego jakoś dziwnie. Nie była to troska dni powszednich, ale coś co go nie drażniąc dotknęło. Kazanowski wiedział, że gdy szło o pospolite nieprzyjemności, którym zaradzić było w mocy ludzkiej, król zżymał się i niecierpliwił; tym razem był tylko smutny.
Z troskliwością począł go rozpytywać Kazanowski.
Władysław ręką potarł czoło zasępione.
— Sen miałem — rzekł — który zostawił po sobie wrażenie, i pozbyć się go nie mogę.
Zaczął nalegać Adam o to co się mu śniło.
— Widziało mi się — odezwał się król głosem zmienionym — że nieboszczka matka królewicza chciała go z sobą wziąć w jakąś podróż. Ja nie chciałem na to pozwolić, dla złej pory, na co mi Cecylia odpowiedziała, że syna swojego na pewne miejsce zaprowadzi.
Kazanowski starał się rozproszyć myśli tęskne, tłumacząc sen przygotowaniami do podróży, i Władysław łatwo zmieniający usposobienia, zwolna się rozchmurzył.
Około południa jednak posłał się dowiedzieć o królewicza i zażądał go widzieć. Powiedziano mu, że z dozorcą wyszedł na przechadzkę i miał wracając z niej chorych wojewodziców pomorskich odwiedzić.
Wieczorem królewicz zasłabł i położył się w łóżko; dostał biegunki krwawej. Zaniepokoiło to dwór cały, króla, królowę i poruszyło lekarzy, których natychmiast wezwano.
Było to we wtorek. W nocy wywiązała się gorączka bardzo silna, ale niebezpieczeństwa nie widziano jeszcze i króla starano się uspokoić.
Przypadkiem drugiego dnia posłany ks. de Fleury od królowej do niego, zastał go niespokojnym i poruszonym; przeczucie jakieś dręczyło go.
— Mój ojcze — zapytał pocichu i nieśmiało — chciałżeby Bóg za grzechy moje karać mnie odbierając skarb jedyny? Toby było okrucieństwo.
Zmięszany kapłan nie mógł odpowiedzieć inaczej, jak wyrazy ogólnemi pociechy i nadziei.
Tymczasem już lekarze utracili wszelką nadzieję uratowania biednego dziecięcia, które, pomimo choroby i gorączki, z dziwnym spokojem zdawało się na śmierć gotować.
W piątek wieczorem Zygmunt kazał sobie podać gromnicę i odezwał się słabym głosem.
— Dziś się spodziewam oglądać Matkę Bozką.
Wkrótce potem modląc się chłopię niewinne, zmarło spokojnie.
Niewysłowiony zamęt sprawiło to na zamku. Nie śmiał nikt oznajmić o tem królowi, który posyłał dowiadywać się ciągle, i odbierał odpowiedzi, że dziecię chore jest bardzo. Posłano po Kazanowskiego, gdyż królowa, cała we łzach, nie miała odwagi iść z tem do męża.
Marszałek nadbiegł, gdy Zygmunt już leżał martwy, z dziecięcym na ustach uśmiechem. Książe Karol i Kazimierz byli już tutaj, a pierwszy z nich modlitwy odmawiał.
Ponieważ nazajutrz naznaczony był wyjazd na Litwę, zdawało się, że król go zwlecze z powodu tego zgonu i znużenia, bo w ciągu ostatniego dnia choroby nie miał nic w ustach, płacząc ciągle. Kazanowski postanowił nie kryć dłużej nieszczęścia.
Wchodząc do sypialni już takie miał żałobne oblicze, iż się z niego domyśleć było można katastrofy. Kazimierz i Karol szli za nim. Zobaczywszy ich Władysław oczy sobie zakrył. Nie potrzebowali mówić, wiedział co mu przynieśli.
Przez długi czas nie mówiąc nic, król płakał.
Weszła królowa z kondolencyą także, ale pozostała krótko. Nieporuszony na łożu, trwał tak do późnej nocy, poczem przywołał Kazanowskiego.
W umyśle jego zaszedł jakiś zwrot nagły; począł gorączkowo wydawać rozkazy do pogrzebu syna.
Ciało miano do Krakowa, do królewskich prowadzić grobów.
O sobie nie mówił król nic, milczał lub urywanemi słowy dawał dodatkowe rozkazy, lecz widać było stopniowo nadchodzące uspokojenie.
Kazanowski, który go znał dobrze, wiedział, że w głębokim żalu nie wytrwa, że natura, temperament każą mu natychmiast szukać rozrywki jakiejś, roztargnienia, zapomnienia.
Zatapiać się w goryczy i smutku nie było jego zwyczajem, gniewał się, burzył, ale wybuch trwał krótko, i po nim często najsprzeczniejsza wesołość wracała.
Z tem wszystkiem wyjazd na Litwę, dokąd królowa towarzyszyć miała mężowi, zdawał się tak rychło niepodobieństwem; a stało się nad wszelkie spodziewanie przeciwnie, gdyż Władysław zapytany o tę podróż, zamruczał, że rozkazy były wydane i że zmienione nie będą.
W kilka dni potem w Grodzieńskiej puszczy w Iziorze, król strzelał do łosiów, które w ostępie sieciami otoczonym napędzano, i w pierwszych łowach padło ich trzydzieści osiem sztuk[1].
Dla wielu co Władysława nie znali zdawna, ta pozorna obojętność po śmierci syna jedynaka, gdy nie miał już nadziei dochowania się potomstwa, wydawała się niepojętą.
Ale pod tą skorupą lodowatą, którą wyrobiły obyczaje, którą może czynił twardszą rodzaj męzkiej dumy, niechcącej się poddać boleści, Władysław cierpiał straszliwie.
Od tej śmierci syna zobojętniał na wszystko prawie, co nie było namiętną rozrywką, mogącą mu dać zapomnienie, rodzaj upojenia i znieczulenia. Magnus napróżno się go starał rozgrzać polityką, inni zabawiać zaciągami ulubionemi, przygotowaniami do wojny, projektami przyszłości na Wschodzie. Władysław słuchał o nich jakby echo dni ubiegłych dochodziło jego uszu, nateraz było mu to już obojętnem. Starania o rozpoczęte sprawy poruczał drugim.
Jedno tylko uczucie pozostało żywem z dziejów tych pogrzebionych — żal i gniew przeciwko szlachcie, iż mu stanęła oporem w chwili, gdy marzył o wielkiej wyprawie na pogan.
Na listy zaporożców kazał odpowiedzieć z łaskawością wielką, a wieść chodziła, że jednemu z potajemnych posłów od Niżu, skarżących się na ucisk panów polskich nad ludem tamtejszym, miał burknąć gniewnie.
— Macież przecie szable i kopie! brońcie się i krzywdy sobie szlachcie nie dajcie czynić.
Słowo to, prawdziwe czy narzucone królowi, padło jak iskra w posuchę na wiszary. Kozaczyzna ruszać się butnie zaczęła, króla czując za sobą.
W tym czasie też kanclerz Ossoliński zawezwał do siebie Płazę, listy dla niego gotowe były, miał je natychmiast na Niż odwozić.
Chociaż spodziewana, wiadomość ta jak piorun spadła na Lasotę. Tegoż dnia z Lackowiczem na radę poszedł do ks. Stoczka. Spełna nie wiedział co pocznie.
Listów z powrotem na Niż, a choćby tylko do Kijowa, odwozić nie chciał. Wiedział, że Parfen go podejrzewał i przez mnogich potajemnych kozaczych posłów znać musiał dać starszyźnie o tem. Choćby więc jechał z listami, był pewien, że go tam pochwycą, uwiężą lub stracą, nie słuchając uniewinnienia.
Zostać wprost w Warszawie, czyniąc się chorym, nie było też bardzo bezpiecznem. Jeżeli starszyzna podejrzewała go o odstępstwo i zdradę, a chciała się pomścić, łatwo i tu, pod bokiem króla, mogła znaleźć środki sprzątnięcia go. Dość na to było jednego Parfena, a Płaza i Lackowicz wiedzieli, że on tu pewnie sam nie był.
Stoczek słuchał sprawy skłopotany.
— Mój Lasoto — rzekł — jam żaden dworak i polityk, wszelką rzecz wedle prawa Chrystusowego mierzę i rozsądzam. Służyłeś im, póki ci sumienie pozwalało, nie zdradzając ze służby wystąpić masz prawo, otwarcie, spokojnie.
— Ale oni niechybnie mścić się będą! — wtrącił Lackowicz. — Jedyny sposób ujść potrzeba.
Drugiego dnia po bezowocnej naradzie u ks. Stoczka, Płaza się musiał stawić do Ossolińskiego, który listy już miał gotowe. Zabrać je zaniedbać, było niebezpieczniejszem nad wszystko. Płaza, który po nadaremnych obradach, w końcu na własny rozum spuścić się musiał, poszedł w oznaczonej godzinie do Ossolińskiego.
Przyjęcie i odprawa tym razem niewiele się różniły od pierwszych.
Lasota odebrał listy i wiatyk mu wyznaczony na podróż, i poszedł z niemi do domu. Lackowicz czekał na niego.
Płaza się rozdział do koszuli i położył w łóżko.
— Idź Parfena sprowadź do mnie — rzekł — innego ja wyjścia nie widzę... Szukaj na mieście, około gospód na Długiej ulicy, gdzie chcesz, a wcześnie mu oznajm, żem chory, w kościach mam łamanie takie, iż mi na koń siąść niepodobna.
Niedługo na Parfena czekać było potrzeba, jak gdyby już wiedział poco go tu zawołano, z dumno-szyderskim uśmieszkiem wszedł do dworku i do łoża Płazy.
— Hej! bej!— zawołał żartobliwie — co ja to widzę, a wy w łóżku? albo to kozakowi przystało?
Płaza się zmięszał.
— W kościach straszne łamanie — rzekł — jużem maści różnych próbował, nie pomaga nic.
Kozak śmiał się pod wąsem.
— U nas pogadanka taka, że maści niema jak dębowa — zamruczał.
— Ani ręką ani nogą ruszyć — przerwał prędko gospodarz — podając czarkę wódki gościowi, którą przyniósł Lackowicz.
— Za wasze zdrowie — wychylił Parfen — bodajeśmy łycha ne znały.
— Mnie ta choroba właśnie w porę — ciągnął nie zważając na urągający ton z jakim Parfen się odzywał. — Listy mi odpowiednie dano, trzebaby jak nie dziś to jutro zaraz na koń, bo tam pewnie stoi co pilnego, a tu ja niezdrów.
— E! e! — rzekł chytrze Parfen — jakby listy poczekały dzień, dwa, nie zaśmierdzą się przecie. To nie zwierzyna, ani ryba.
— Żebym ja wiedział, że za parę dni ozdrowieję — rzekł cicho Płaza — ale ja tego pewnym nie jestem. Radź ty mnie... co robić?
— Hm — rzekł Parfen — kiedy w Lackowiczu zaufanie macie, niech on na waszą odpowiedzialność jedzie.
Lackowicz i Płaza spojrzeli na siebie, porozumiewając się. Kozak ich brał na próbę.
— Ja Carycy wierzę jak sobie samemu — odpowiedział Lasota — ale się o jedno boję. Czasem jak poczuje pot... szaleje. Naówczas zapomina i o sobie i o wszystkiem, a gdyby nie listy królewskie, ale choćby nie wiem jakie z nieba od aniołów wiózł, gotów się rzucić, i gardła i ich nastawić.
Parfen głowę z ramienia na ramię przechylał.
Milczeli, a Płaza wódki nalał powtóre, Parfen ją wychylił, językiem mlasnął, bo mu smakowała i zamyślił się.
— No, co? — spytał Płaza.
— No, co? — powtórzył kozak — albo ja wiem...
— Gdybym i pojechał — ciągnął stękając gospodarz — sam jeden, oblegnę gdzie w gospodzie, a chowaj Chryste jakiego przypadku, listy się mogą dostać w ręce takie...
Zamilkł moment krótki.
— Mnieby się widziało — dodał poczekawszy — gdybyś ty odemnie i pieniądze na drogę i pisma wziął, a jechał z niemi sam. Weź i konia bodaj... toby było najbezpieczniej.
— Chytro! — szepnął Parfen pocichu — a no, ja, batku, kiedy mnie na czacie bywało postawią a zapomną, to ja trawę jem i korzonki a nie zejdę ze straży. Ja tu także może na czatach... sam nie wiem, ale przykazanie mam nie odchodzić.
Płaza głową pokręcił.
— Już nie wiem co pocznę.
— Ja też niemądry — dołożył kozak: — A no — wtrącił śmiejąc się — wódka u ciebie dobra — ty ją chyba w aptece bierzesz, bo aptekarze słyszę robią najlepszą.
Zamyślony Płaza nie odpowiedział, ale skinął aby nalano jeszcze kubek Parfenowi, który pił jak wodę, i ani się nawet zarumienił.
— Jabym tobie radził choć wozem a jechać — rzekł po małym odpoczynku. — Prawda, że naszemu bratu na wozie jak baba z garnkami z jarmarku wlec się, srom, ale kiedy w kościach łamie...
— I nogi mi ponapuchały — dodał Płaza.
Parfen spojrzał ku nogom jakby to chciał sprawdzić, ale gospodarz ich nie odkrył.
— Co wóz pomoże! — westchnął.
— Bieda! — zamruczał Parfen.
Zamilkł i po izbie chodzić począł.
Lackowicz, który w to wierzył, że umiał kozaków sobie jednać, wziął go pod rękę i szeptał coś do ucha.
— Do jutra! — rzekł Parfen — przyjdę zrana, zobaczymy...
Bietka niezupełnie wtajemniczona, wiedząc tylko, że ojciec miał jakąś troskę, narady, niepokój, chciała od niego dowiedzieć się o wszystkiem, wierząc w to, że i jej rozumek mógł się na coś przydać. Ale Płaza ją w czoło całował i zwierzać się nie chciał.
— Jechać nie pojadę za nic — mówił. — Dziecka nie porzucę, a choćbym nawet ją wydał i o los się ubezpieczył, co ja tam robić będę? Oni nie na tatara, ani na turka, ani na moskwę, ale na polską szlachtę szable ostrzą, a jabym miał z nimi na swoich iść?
Lackowicz też, choć szlachty nie lubił, ale lachem się czuł, a mścić się nie miał ochoty.
— Ja też na Niż nie powrócę — rzekł — a nie znajdę służby tu, zaciągnę się do cesarskich, albo do francuzkich pułków, jeżeli oni je złożą.
Płaza w nocy pomyślał, że choćby mu przyszło córkę zostawić u ciwunowej, a samemu nocą w Krakowskie zbiedz, i na to był gotów.
— Ja z tobą — dodał Lackowicz.
Zrana czekali Parfena do południa prawie. Nadszedł już trochę podweselony a bardzo butny. Siadł u łóżka Płazy.
— No? a co kości twoje?
— Gorzej niż wczora. Męczyłem się przez całą noc — rzekł Płaza.
— No, to niema z tobą co poczynać — dodał Parfen — dawaj mnie listy, ja już będę wiedział co z niemi robić. Jeszcze u ciebie sumienie jest, żeś ich nie zniszczył.
Oburzył się Płaza, a kozak go po ramieniu poklepał.
— Nie sierdź się — rzekł — chytry jesteś, ale bywają gorsi od ciebie. Gdzie te listy?
Płaza dobył chustę zawiązaną z pod poduszki i pokazał ją. Parfen popatrzył na pieczęci czy były nienaruszone i z poszanowaniem zawinął znowu. Dobył jeszcze jedną chustę własną, obmotał w nią papiery i za pazuchę założył głęboko pod koszulę.
Tymczasem Płaza dostawszy sakiewkę liczył na brzegu łóżka złotą i srebrną monetę, którą mu Ossoliński dał na drogę. Parfen milczał, wódkę popijając.
Nie sprzeczał się o pieniądze, ani ich wymagał więcej, dumał...
— Zbyliście się ciężaru — szepnął przerywając milczenie — zdaje się wszystko skończone... hę? ale ja nie wiem co na to starszyzna powie. Może ty jej byłeś potrzebny, może ty nasze sekrety dnieprowe, nasze schówki i niedostępne znasz kryjówki? Myślisz że tobie z tem po świecie dadzą chodzić, gdyby się wojna rozpocząć miała? Nie wiem, a jabym nigdy takiego nie żywił, coby moje życie trzymał w garści.
Wtem Płaza zaklął się, że o żadnych nie wiedział tajemnicach.
— Albom to ja do rady należał? — odparł. — Chodziłem, gdy było potrzeba i biłem się, a w koszu nie rządziłem.
— Ale tyle lat po ostrowach ty naszych pływał i chodził — mówił — z ciebie przewodnik dla naszego nieprzyjaciela byłby straszny.
— A któż tu wasz nieprzyjaciel? — zapytał Płaza.
Parfen mu nie dał mówić dłużej.
— Kto? wy tu wszyscy nasi nieprzyjaciele, bo my naród chłopski a wy panowie szlachta i króliki. Wy tak samo nas głaskacie i płacicie jak i tatarów, i tak samo użyć gotowi, a gdyby się nadarzyła zręczność, w pień wysiec. Z królem to co innego. Szlachta z nim się zadziera, my jemu pomódz gotowi...
Wtem jakby się opamiętawszy, że nadto był szczerym, dopił nagle wódki, dłonią się po ustach uderzył.
— Milczeć! — zawołał po rusku. — Tu u was w Warszawie nawet my się zarażamy gadaniną, i sami siebie zdradzamy.
Wstał Parfen rękami jeszcze opatrując, czy zabrane listy dobrze mu do piersi przystały.
— No, batku ne batku — rzekł wesoło — bo już was nie wiem jak teraz zwać, bogdajbyście się prędko na nogi podnieśli i wyzdrowieli.
Sicz, kto to wie, gdybyście chcieli, i tuby się wami posłużyć mogła. My też panów rezydentów potrzebujemy, jak oto ci co tu na dworze siedzą od różnych niemców... tylko nasz rezydent musi przestać na czosnku i gorzałce, bo my mu nie damy dużo... ale o tem gadać niepora.
Lackowicz wtrącił śmiejąc się i klepiąc go po szerokich plecach.
— Lepszego rezydenta jak wy nie dostaną.
Parfen głową zaprzeczył.
— Nie — rzekł — bo ja na zamek nie pójdę i rozmówić się z panem bratem nie umiem. Nim do mnie co dojdzie, tyle gąb przeżuje, naślini, poszarpie, że już nie poznasz co to było.
Jerema to co innego.
Nałożył kołpak na głowę. — Zdrowi bądźcie.
— A wy, zajdźcież-bo do nas czasami — rzekł Płaza żegnając się.
— Niepotrzeba, aby mnie ludzie u was widywali — odparł kozak — ani to dla mnie zdrowo, ani dla was. Zechcecie co odemnie? Ja się kręcę koło gospód na tej Długiej ulicy, mnie nadybać łatwo, jam na nogach cały dzień.
Bietka, która pode drzwiami wszystkich prawie tych rozmów podsłuchiwała, niespokojną będąc o ojca, trochę się teraz o niego mniej obawiała; ale dla niej życie nowe, po długiem nawyknieniu do ruchu i zajęć u dworu, do obyczajów jego, nawet do powszednich warunków, dość wydawało się smutnem. Była tu więcej panią czasu swego i czynności, lecz nie wiedziała jak rozporządzić niemi.
Myśli jej leciały do biednego Nietykszy, spoglądała na pierścionek, powtarzała sobie co słyszała o starej matce, niepokoiła się tem, że jej o sobie znać nie dawał i nie powracał. Być zresztą mogło, że na dwór księcia Albrechta już się dostał, ale kanclerz należał do tych magnatów ówczesnych, co nigdy prawie nie siedzieli w miejscu. Kilka tygodni w Ołyce, potem w Wilnie, to w Krakowskiem, to w stolicy, dwór i on zimę i lato w nieustannych spędzali wędrówkach.
Mnóztwo interesów prywatnych, familijnych, urzędowych, przyjacielskich, sprawy w sądach niezliczone ks. kanclerzowi spoczywać nie dozwalały. Można też się go było i w Warszawie spodziewać.
Tęskniąc za Nietykszą, Bietka codzień się spotykała z pięknym Lackowiczem, który w początku się jej wydał rubasznym do zbytku, ale wielką służbistością powoli życzliwość pozyskał.
Prawda, że rozmowy z nim prowadzić o czem innem jak o Siczy, lub o bardzo powszednich rzeczach, było trudno. Słuchał rad, mówić nie miał co. Czasem gdy dziecinne lata swe o głodzie i chłodzie przypominał, stawał się wymownym.
Bietka dla niego jak wielka pani jakaś i królowa wyglądała; ale też czcił ją i miłował jak chyba asceci Boga kochają.
Nie marzyło mu się nawet, aby mógł więcej do niej się zbliżyć, choć Płaza żywił w głębi serca nadzieję, że córkę wyda za niego.
Lepszego opiekuna znaleźć dla niej nie mógł, a o kochaniu, miłości i szczególnem przywiązaniu do kogoś, obyczajem wieku, wcale wiedzieć nie chciał. Według jego teoryi przystojny mężczyzna czemu się nie miał podobać? Ten czy inny, byle na przyszłość rękojmie dawał uczciwego pożycia.
Stary tej swej Bietki rozmarzonej i zepsutej na dworze królewskim, wcale nie rozumiał. W niej wiele dobrych przymiotów mięszało się w całość szczególną z wadami i dziwactwami, które wpoiło ocieranie się o najbezwstydniejsze służalstwo. Miała porywy szlachetne i chętki złośliwe... mściwą była, nieufną. A to, że jej się na dworze w pośród tylu i tak rozmaitych zręcznych, wsławionych intrygantów zawsze udawało wychodzić zwycięzko, wbijało ją w dumę.
Dwa razy Nietyksza za nią krew przelewał — czuła się mu wdzięczną i obowiązaną, ale matki jego nienawidziła. Czuła się coś wartą...
Tylu zabiegało około niej, gdy była na dworze, iż mogła sobie zamążpójście szczęśliwe i zamożne obiecywać.
O Lackowiczu, który trochę się jej wydawał stary, a był dla niej za poślednim człowiekiem, ani pomyślała nigdy.
Ale im dłużej litwin jej kazał czekać na siebie, tem się jej duma czuła mocniej podrażnioną.
— Słowa mu dotrzymam — mówiła sobie — ale... za krew mu płacą mojem upokorzeniem. Cały świat rozpowiada, że ona mnie nie chce.
Kiedy niekiedy to panna Duret z drugą towarzyszką do dworku na Nowe miasto, to Bietka znudzona sama biegła na zamek dowiadywać, co się tam dzieje.
Tam zaś to tylko było widocznem, że królowa rosła w potęgę, a król obojętniał na wszystko. Miewał napady niecierpliwości dochodzące prawie do szaleństwa, a po nich wpadał w odrętwienie. Od śmierci syna sprawy publiczne obchodziły go tylko o tyle, o ile miłość jego własną drażniły lub jej pochlebiały.
Pac jak był wprzódy, pozostawał na tym upadlającym urzędzie, który mu jednał łaski pana, ale u ludzi pogardę. Tylko z obawy kłaniano mu się, przyjaciół nie miał wcale.
Królewicz Jan Kazimierz, co odrazu było przewidzianem, a nieznośnie męczyło królowę, panny jej fraucymeru prześladował miłostkami swemi, z których nie miał najmniejszej korzyści. Wzdychał do pięknej panny Duret, a że des Essarts nad fraucymerem panowała, nadskakiwał jej, co wszystko szło marnie. Obok panny Duret, tych fantazyj w postaci panien, wdów, mężatek, ex-kardynał tyle razem żywił, iż gdy mu się tu nie powodziło, miał się gdzie pocieszyć.
On i książe Karol brat jego, były to dwa tak sprzeczne charaktery, iż z sobą w parze nigdy iść nie mogły. Biskup wrocławski siedział zamknięty, modlił się, pisał sam wszystkie domu swojego rachunki, sprowadzał do ogródka drzewa, cebule z Holandyi, nasiona, niekiedy sam kopał grządki, od ludzi stronił, czasu wiele spędzał na nabożeństwie, a na kobiety patrzeć nawet nie chciał. Nigdy się do żadnej nie zbliżył.
Jedyną wadą jego charakteru było, że się czasem unosił gwałtownie, a naówczas zapominał aż do ostateczności.
Jan Kazimierz niespokojny, zgorzkniały, skwaszony, zazdrośny, kapryśny, coraz pragnący czegoś innego, był prawdziwem utrapieniem dla tych, co z nim obcować musieli. To też na zamku teraz panowało zamięszanie i prawdziwa wieża Babel. Jedna królowa powagą swoją czasami umiała powściągnąć Kazimierza, który ją szanował i był posłusznym.
Ponieważ król chorzał ciągle i nikt mu długiego nie obiecywał życia, bo najmniejsza nieostrożność mogła wywołać przesilenie choroby śmiertelne, wielcy statyści zawczasu już przebąkiwali kto weźmie po Władysławie spuściznę.
Ale szeptano pocichu.
Stan duchowny nie był na zawadzie księciu Karolowi, bo papież jak uwolnił Jana Kazimierza od jego ślubów, tak mógł i brata jego sekularyzować.
Poza tą dynastyą, w której jeszcze jakaś kropelka krwi jagiellońskiej płynęła, nie wybiegano dalej myślami. Byli to kandydaci naturalni...
W jednej ze swych wycieczek do zamku Bietka, która tu zawsze się odżywiała, rozweselała, spotkała w kurytarzu niejakiego Tołoczkę, dworzanina kanclerza.
Był to dobrze jej znany przyjaciel Nietykszy.
— A wy tu co robicie? — zapytała go.
— Listy przywiozłem do króla JMci od kanclerza — rzekł Tołoczko. — Pytałem o was, powiedzieli mi, że już zamek opuściliście.
— Wygnali mnie! — śmiejąc się odezwało dziewczę. — Wydawałam się tak niebezpieczną...
Rozmowa w kurytarzu nie była wygodną.
— Przyjdźcie do mnie, mieszkam z ojcem — odezwało się dziewczę.
Nazajutrz rano przystawił się Litwin. Płazy i jego przyjaciela nie było, ale Bietka choć sama, przyjęła go.
Nie śmiała pytać o Nietykszę, bo jej wstyd było; sam jednak Tołoczko się domyślił, że ciekawą być musiała.
— Nietykszy matka nie puszcza od siebie — rzekł z uśmiechem — gwałtem go żenić chce, ale dotąd się jej nie udało.
Bietka milczała.
— Panny wszystkie piękne a dobiera mu majętnych — mówił otwarcie gość — ale on na żadną patrzeć nie chce.
Z rumieńcem na twarzy słuchało dziewczę, gdy Tołoczko wyliczał jej wszystkie znajome sobie na wydaniu panny, opisując jak wyglądały.
— Już to — rzekł — żadna tam niestraszna, krom panny Ponikwickiej, bo ta i piękna jak anioł... choć od was niepiękniejsza — poprawił się Tołoczko — i trzy wsie ma posagu a gotówką, mówią, kilka jeszcze tysięcy. Stara Nietykszyna jej krewną, więc ją do siebie do domu zabiera i po całych tygodniach trzyma. Choć syn na polowanie jeździ i wymyka się, przecież czasem w domu siedzieć też musi...
Puścił się tak Tołoczko niepotrzebnie w opowiadanie, którego ani jednem słowem nie przerywała Bietka, ale gdy skończył, pożegnał się i odszedł, głowa się jej zakręciła, łzy rzuciły i zemdlała.
Trwało to chwilkę tylko. Wstała mężną, a że po płaczu nigdy oczu umywać nie miała zwyczaju, gdy ojciec powrócił, zastał ją z tak zaczerwienionemi powiekami, iż natychmiast spytał niespokojny.
— Co tobie? tyś płakała?
Bietka usiłowała się uśmiechnąć.
— E! — rzekła — co za dziw, że głupia dziewczyna popłacze! Niema tam nic.
— Za czemże i za kimbyś ty miała te swoje śliczne wypłakiwać oczy? — mówił dalej Płaza ramionami niecierpliwie poruszając — dałabyś sobie pokój! Na niczem ci nie zbywa i nie zbędzie, a jak zechcesz zamąż iść, znajdziesz sobie...
— Ale ja zamąż iść nie myślę wcale! — przerwała gwałtownie Bietka — ani mi w głowie!
Zakręciła się i wyszła.
Tego dnia i następnego okręcała ciągle na paluszku zaręczynny pierścionek, pytając się siebie.
— Odesłać go, czy nie?
Zdawało się jej jednak, że Tołoczko mógł jeśli nie kłamać to dokładać, a kto wie? nawet może namówionym być przez starą Nietykszynę.
Postanowiła więc czekać, gdy wtem wypadki nadeszły, które jej całkiem o Nietykszy zapomnieć kazały.
Po oddania listów kanclerza kozakowi Płaza długo w łóżku wytrzymać nie mógł. Parfena też widać nie było i wnosił ztąd on i Lackowicz, że pewnie sam z niemi na Niż wyjechał, obawiając się je powierzyć komu. Nie potrzebował więc Płaza w łóżku się męczyć i ukrywać z sobą, bo z kanclerzem choćby się gdzie spotkał, tenby go pewnie ani przypomniał, ni poznał.
Wstawszy on i jego towarzysz poczęli wychodzić na miasto, zbierając do dworku co jeszcze do gospodarstwa brakowało. Stary Lasota uspokoił się co do listów zupełnie i obu im z wiernym towarzyszem zdawało się, że sprawa ubita, a na Siczy nałajawszy im, więcej o nich myśleć nie będą.
I jednego wieczora Płaza znudziwszy się sam jeden, bo Lackowicz aż na Skarzyszew za czemś poszedł, wymknął się z dworku, obiecując, że rychło powróci.
Tymczasem dobrze zmierzchło, Lackowicz z kupią przyszedł, wieczerza była gotowa, Płaza nie powracał.
Rzadko się trafiało, aby się spóźnił, ale nie była rzecz niepraktykowana, nakryto więc do stołu; czekała Bietka od okna do okna chodząc, potem na ganek i aż do wrót, coraz bardziej niespokojna. Wreszcie i wierny towarzysz począł się troskać, co mu się to stać mogło. Chwycił za kołpak i wybiegł.
Noc nadeszła. Lackowicz nigdzie go nie napytawszy, przyszedł pewien, że doma już zastanie. Znalazł tylko Bietkę rozgorączkowaną, poruszoną, przelękłą — Płazy nie było.
Musiał mu się trafić przypadek jakiś, gdyż nigdy się tak nie zapominał, i nie kazał czekać na siebie. Przyznawał towarzysz jego, że w istocie nie było to bez kozery; ale dokąd iść? gdzie pytać? jak szukać?
Całą noc paliło się światło, siedziała Bietka popłakując, a Lackowicz chodził około dworku jak na warcie. Nadszedł ranek... Płazy nie było.
Oznajmiwszy się córce, iż idzie szukać i pytać, smutny i bardzo sam zatrwożony, Lackowicz się puścił na miasto. A że Parfen kręcił się około gospód na Długiej ulicy i tam można było najpewniej go spotkać, poszedł naprzód od jednej do drugiej wypatrując.
Kozaka nie było nigdzie, a o Płazie żadnej wiadomości.
Nie mając innej skazówki, pochodziwszy około zamku, przebłądziwszy przez ulic kilka, zajrzawszy do izb pod wiechą, Lackowicz już zpołudnia miał wrócić do dworku, gdy u bramy na Krakowskiem spotkał się z jadącym konno Parfenem.
— Stój! stój! — zawołał podchodząc i za cugle chwytając. — Nie wiecie co o Jeremie?
Parfen ramiona do góry podniósł.
— A tóż chory leży!
— Nie, wstał wczoraj — odezwał się Lackowicz, o kiju poszedł się przejść na miasto, i niema go dotąd.
— Zachorzał pewnie gdzie — rzekł obojętnie kozak.
— A wy zkąd jedziecie?
— Ja? — odparł Parfen — ja sobie tak w pole trochę ruszył, bo mi tu było duszno w tym smrodzie.
To mówiąc Parfen, na konia cmoknął i pojechał.
Z niczem do dworku powróciwszy kozak i Bietki nie zastał. Ta pobiegła na zamek do Bieleckiego o radę prosząc i o to, ażeby miejscy pachołkowie na mieście się dowiadywali.
Sama nie wiedziała co począć, straciła głowę. Lackowicz chodził jak zabity.
Upłynęło dni dwa, trzy, nie zmieniło się nic, tylko Parfen przyszedł do dworku dowiedzieć się o Jeremę; a gdy mu powiedziano, że go nie było i słuchu o nim nie miano, zasępił się, potrząsnął głową i poszedł.
Bietce na zamku nie poszczęściło się, bo naówczas w mieście ani na dworze nie było takiego porządku i pilności, aby zagubionego człowieka inaczej jak wypadkiem znaleźć było można. Poruszyła ona wszystkie sprężyny, zaniepokoiła wszystkich, a skończyło się na tem, iż zniknięcie Płazy złożono na owe zaciągi cudzoziemskie, które rozłożone około Warszawy, tu jak wszędzie sobie bezkarnie pozwalały wiele.
Gdyby jednak zabitym był Płaza, znalezionoby trupa około miasta, i na tych pustych placach, na których po nocach rozbijano. W żadnej z gospód nikt go nie widział. Było coś dziwnie tajemniczego w tem nagłem, bez najmniejszego śladu zniknięciu człowieka spokojnego, który nigdy nikomu wody nie zamącił, a powierzchownością skromną nie mógł rabusiów znęcić. Był zaś, mimo wieku, tak silny, że się dwu i trzech nie uląkł, i bez szabli swej krokiem z domu nie ruszył nigdy.
Bietka ze łzami dotarła aż do królowej, rzuciła się jej do nóg, ale Marya Ludwika nic jej poradzić nie mogła. Marszałek zaś Kazanowski, którego ciwunowa uprosiła, swoich pachołków porozsyłał, zalecił im szukać, dowiadywać się, naznaczył nawet nagrodę, a i to nie pomogło.
Ks. Stoczek codzień na intencyę przyjaciela odprawiał nabożeństwo.
Upłynęło tak tygodni parę, a Lackowicz, który dotąd mieszkał we dworku, zmiarkował, że tu mu teraz, gdy jedno dziewczę samo zostało, nie wypada siedzieć dłużej. Związał więc mały węzełek swój i zwątpiwszy już o Płazie, myślał ruszyć do Krakowa. Bietka uprzejmą była dla niego, ale nie okazywała najmniejszej czułości, ani nawet dopominała się opieki.
Gdy jednak przyszło mu dworek i Warszawę opuszczać, poczuł taką jakąś tęsknotę i trwogę, że mu sił zabrakło.
Z dworku musiał się wynosić. Jednego więc rana, związawszy rzeczy, poszedł do Bietki.
— Mnie tu niema co robić — rzekł poprostu — a widzi mi się, nie mogę ja z wami tak mieszkać, ni przyjaciel, ni sługa. Zechcecie co odemnie...
Nie dała mu dokończyć Bietka.
— Cóż wy myślicie poczynać?
— Służby sobie szukać.
Zamilczała, wcale go nie wstrzymując.
— Ojciec mi mówił — dodała po chwili — że wam winien wiele. Potrzebujecie czego, mówcie mi otwarcie.
Lackowicz głową potrząsnął.
— Ojciec wasz — rzekł — dał mi już ile potrzebowałem.
— Dopóki jesteście w Warszawie, dowiadujcie się do mnie — dokończyło dziewczę.
— No, a wy? — nieśmiało odezwał się przyjaciel — co myślicie?
— Muszę czekać, nie straciłam jeszcze nadziei — odparła pocichu Bietka — a potem? Sama nie wiem.
Zostawszy z jedną sługą sama we dworku, niebardzo się czując tu bezpieczną, myślała już sierota przenieść się do Bieleckich, potem Łukasz jej nastręczył stróża, za którego ręczył — pozostała jeszcze we dworku.
Co się z Płazą stało? biedna łamała sobie głowę, nie mogła zrozumieć, ni zgadnąć. Lackowicz nie mówił jej nic, on się domyślał. Wejrzenie ukośne i mina Parfena, ile razy się spotkali, mówiły wiele, chociaż w rozmowie kozak tak bolał nad losem Płazy i tak różne domysły czynił, jakby w świecie o niczem nie wiedział.
Upłynęło miesięcy kilka.
Bietka już straciła wszelką nadzieję wyszukania ojca, a nawet dowiedzenia się o losie jego, gdy przybywający do Warszawy ks. Albrecht, o którym się dowiedziała, przypomniał jej Nietykszę. Sądziła, że pewnie się znajdzie w orszaku kanclerza, ale nie było go. Przyszedł tylko w kilka dni niezmiernie zakłopotany jakiś Woroszyłło, przyjaciel jego, z pozdrowieniem niby...
Na twarzy jego widać było taką komizeracyę, że Bietka się już najgorszych wiadomości od Nietykszy mogła spodziewać, a nie mogąc ich doczekać, wręcz sama o niego spytała.
— E! paniusiu moja — odezwał się Woroszyłło — to bałamut... już nie myślcie o nim.
Pobladło dziewczę, ale chłodno i mężnie dodało.
— No, cóż? ożenił się z Ponikwicką?
Rzucił się aż Woroszyłło zdziwiony.
— Zkądże wy o tem wiecie? — zawołał.
Zamiast odpowiedzi zobaczył dwa strumienie łez tylko.
— Nie mam co już obwijać przed wami — począł wzdychając. — Przywiózłem list i pierścionek. Nie będę go rozgrzeszał ani tłumaczył, paniusiu moja, bo słowo dał i dotrzymać go był powinien, ale matka jak mu się rozchorzała, jak na śmiertelnem łożu poczęła go zaklinać, że nie umrze spokojną, póki go ożenionym nie zobaczy, biedaczysko uledz musiał.
Bietka z zakąszonemi usty słuchała. Powoli zdjęła z palca pierścionek zaręczyn, który tyle razy całowała i łzami oblewała i położyła go spokojnie dosyć przed Woroszyłłą, który naprzód lista dostał z za żupanika, a potem pudełeczka z pierścieniem. List wziąwszy w ręce Bietka, nie rozłamując pieczęci, w oczach Woroszyłły rzuciła do komina, na którym ogień płonął, a pierścionek swój włożyła do kieszeni.
— Tak tedy — rzekła sucho — wszystko, dzięki Bogu, skończone. Zawsze to lepiej, niż w niepewności zostawać.
Dziękuję wam; powiedzcie, że mu szczęścia życzę.
Zmięszany poseł widząc, że się jej swobodnie wypłakać było potrzeba, wstał, pocałował ją w rękę i poszedł.


Gdybyśmy treść tego opowiadania czerpali z fantazyi, łacnoby było powieści dać zakończenie mniej prozaiczne, niż w istocie los zrządził. Bietka wypłakała się, ale uraza i gniew powstrzymały i osuszyły jej łzy. Opowiedziała o tem co ją spotkało pannie Duret, która naturalnie powtórzyła królowej. Marya Ludwika kazała Bietce przyjść do siebie. Starała się ją pocieszyć, chciała dać miejsce przy sobie, ale dziewczę podziękowało. Myśli jej trudno było odgadnąć.
Pozostała Bietka swobodną. Piękność, łaska królowej, wreście głuche wieści, że ojciec jej znaczny posag zostawił, zwabiały ciągle starających się, których ze wzgardą i gniewem odpychała, szydząc nielitościwie z miłośnych ich zapałów.
Upłynął tak rok i dwa, więcej, dziewczę zaczęło starzeć, a choć piękność jej zachowała się długo, charakter wielce się zmienił.
Ks. Stoczek, który często ją odwiedzał (dopóki był w Warszawie, gdyż później się ztąd wyniósł, jak się to może powie jeszcze), wpłynął zapewne na to, iż Bietka stała się bardzo pobożną. Spędzała zwykle znaczniejszą część dnia w jednym z kościołów, a potem kilka godzin u Bieleckich lub u królowej.
Pobożność ta uczyniła ją dla ludzi surową bardzo. Obawiano się jej i unikano — kobiety szczególniej.
Marya Ludwika ciągle ją widząc z różańcem i pobożną książką w ręku (właśnie naówczas żeński klasztor zakładała) starała się bardzo namówić i wciągnąć do niego.
— Nie mam powołania — odparła otwarcie Bietka — do siedzenia w zamknięciu i klatce. Zakonnicaby ze mnie zła była, a dewotką mogę być niegorszą od innych.
Szydziła tak czasem i sama z siebie.
O Płazie nigdy nikt żadnej nie powziął wiadomości. Przyjaciel jego, który dostał się do ks. Ostrogskich na służbę, pracował niesłychanie nad odkryciem tej tajemnicy, nie zdobył jednak nic.
Gdy później rebelia kozacka dotknęła tak okrutnie rzeczpospolitę, znikł i ów Parfen z Warszawy, który sam jeden może mógł coś wiedzieć o tem.

Skończono w kwietniu 1885
w Magdeburgu.
KONIEC.

Przypisy

  1. Rpm. Desnoyers.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.