Na jeziorze (Birkenmajer, 1928)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Na jeziorze
Pochodzenie Łzy Chrystusowe
Data wydania 1928
Wydawnictwo Spółka Pedagogiczna T. A.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Na jeziorze


Szeroko, przestrono, rozesłało się jezioro genezaretańskie. W różnowzore bramowania ustroiły je niwy złociste i zielone gaje palmowe, okrywające swem łonem białe mieszkania ludzkie. Nad wszystkiem rozpiął się błękitny namiot niebios, wspierający swe podnoże o krawędź gór skalnych, a wiązanie stropu swojego wieńczący promienną gwiazdą słońca. Blaski słoneczne odbijały się od gładkiej powierzchni wody i ubierały ją w barwy rozmaite: raz rozwijając na niej przędzę pozłocistą, to znów siejąc ametysty i opale, indziej zasię rozsypując płatki różane. Całe jezioro gorzało tym rozbłyskiem tęczowym – przebiegającym po zwełnionych czubkach fal ruchliwych – ciągle mieniącym się i rozpierzchującym w tysiącznych kierunkach.
W objęciach ciszy południowej usnęły rozkosznie i gaje i łąki i pola; usnęły i serca ludzkie, zmożone pracą. Była chwila powszechnego spoczynku. Rolnicy pousiadali pod kępkami drzew i posilali się strawą, przyniesioną przez białogłowy. Rybacy odłożyli sieci i przeliczali połów dzisiejszy. Na ponadbrzeżnym piasku pokładły się półnagie chłopięta, igrając lśniącemi kamyczkami i skójkami, wymiatanymi przez wodę. Wszędy panował spokój, szczęście i zadowolenie.
Na środku jasnej topieli jakaś ciemna plamka wyróżniała się niby szczątek żużla w roztopionym kruszcu. Z ruchu jej powolnego wnosić można było, że to łódka, pędzona przez niezbyt skwapliwych wioślarzy. Trzech ich było. Przy sterze z przodu czółna przykucnął człowiek średniego wieku, krępy i barczysty, o twarzy smagłej i pomarszczonej, otoczonej szorstkim, szedziwym zarostem. Drugi był jeszcze w pierwszym rozkwicie krasy młodzieńczej; na barki spadały mu długie zwoje lśniących płowych włosów, przemykające się pasemkami po smukłej, zlekka ogorzałej szyi. Krzepkie, wpółobnażone ramiona dzielnie władały wiosłem, dodając żywości łódce, obciążonej obfitą zdobyczą rybacką.
Wzrok obu rybaków niekiedy tylko biegł ku kresowi jazdy – wybrzeżu; zresztą po większej części spoczywał na obliczu trzeciego męża, siedzącego na ławce pośrodku łodzi. Mąż ów liczył lat około trzydziestu; postać jego odznaczała się zadziwiającą urodą, którą pomnażał jeszcze wyraz łaskawości i dobrotliwości, rozlany we wszystkich jego rysach. Wzniósłszy dłoń ku niebu, przemawiał z uroczystym spokojem i powagą do towarzyszy, słuchających go w skupieniu. Widać przykuwał ich urok przemawiającego i słodycz jego mowy, płynącej, niby miód, z ust jego różanych – przeto nie śpieszyli się nazbyt w żegludze, by jak najdłużej pozostawać pod władzą czaru onego.
– Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam – mówił do nich, – nie ten, który mówi: Panie, Panie! – wejdzie do królestwa niebieskiego, ani nie ten, kto posty zachowuje i jałmużnę rozdaje z dochodów swych, a w sercu swem pełen jest łupiestwa i łakomstwa. Albowiem Ojciec mój, który jest w niebiesiech, przegląda skrytość serc ludzkich i upodobał sobie tych przedewszystkiem, co zdążają do poznania prawdy w głębokiej pokorze myśli swoich...
Umilkł na chwilę i patrzał na młodszego z towarzyszy.
– Janie! – ozwał się po chwili – nad czem takeś się zamyślił?
Młodzieniec podniósł swe błękitne źrenice:
– Nauczycielu! – odrzekł – Otośmy ludzie prości i ubodzy i wszystko, cośmy mieli, oddaliśmy tobie. Wolno-ż nam tuszyć, że dasz nam poznanie prawd Swoich?
Jezus złożył mu rękę na jasnej głowie:
Powiedziałem wam, że zapisane jest imię wasze w księdze niebios, I oto ty, Szymonie, opoką będziesz kościoła mego, a tobie zasię, synu Zabedeusza, danem będzie przeniknąć głębokie tajemnice sprawy bożej.
Jan znów popadł w zadumę i nawet opuścił wiosło, dzięki czemu czółno posuwało się ruchem ledwo dostrzegalnym, niesione prądem fal jeziorowych. Płynęli tak długo w milczeniu i w ciszy tej rozlegało się tylko pluskanie wody i wrzask mew w oddali. Nagle zaskrzypiała rękojeść steru i zabrzmiał przerażenia pełen głos Szymona:
– Przyśpieszmy biegu! co żywo! do wiosła!.... Tam człowiek tonie!...

Jan ocknął się i zerwał z miejsca. Przysłonił ręką oczy i spojrzał w stronę, gdzie wskazywał sternik. Opodal stromego skalnego brzegu, gdzie rozlewała się topiel bezdenna, czarna, niedosiężona jeszcze dotąd ni razu przez najzuchwalszego nawet nurka, widniało ciało człowieka, zmagającego się w ostatecznym wysiłku z żarłoczną głębią; koło niego rozwierał się, niby zwierzęca paszczęka, lejek wiru wodnego, syczący i kipiący, niby dyszący radością z powodu nadarzonego żeru. Woda niosła nieszczęśliwego prosto w tę otchłań, gdzie go czekała śmierć nieubłagana.

Woda niosła go nieszczęśliwego prosto w tę otchłań, gdzie go czekała śmierć nieubłagana
Człowiek ów, zagładzie przeznaczony, niewiadomo czy zdawał sobie sprawę z położenia swego. Wprawdzie od czasu do czasu widać było nad odmętem rozczochraną głowę jego, ale nie można było odgadnąć, czy otwarte usta wołały o pomoc, czy też pragnęły tchu zaczerpnąć do skołatanej piersi. Niekiedy podnosił nad powierzchnię tężejące już ramiona – byłże to bluźnierczy wyzew czy modlitwa pełna skruchy? Któż to wie?

Widok ów wstrząsnął patrzącym. Zamiast uchwycić za wiosło i silnem uderzeniem zwrócić łódkę ku tonącemu, załamał ręce w niepewności i żalu:
– Panie! – zakrzyknął – Ulituj się! Twoja łaska tu jedynie zdziałać coś może!
Jezus wstał z dziwnym wobec tej grozy spokojem i wzniósł dłonie nad wodą. I w tejże chwili łódka, jakby orlich skrzydeł dostała, pomknęła chyżo do roztoczy, która przez ten czas wygładziła się i wyrównała. W okamgnieniu zatrzymano się koło nieszczęśliwego. Szymon uchwycił go wpół i wciągnął na dno łódki. Człowiek ów ocalony nie był to mieszkaniec tych okolic, bo nietylko, że nie był znany żadnemu z wioślarzy, ale i same rysy twarzy jego, acz błotem i szuwarem zwalanej, świadczyły, że to przybysz z Egiptu. Potwierdzało ten domysł i odzienie nieznajomego, krojem uczniów szkoły w Sais uszyte, oraz kolczyki w małżowinach usznych i bransolety, zdobiące jego ramiona. Właśnie opowiadano o takim Egipcjaninie, który w Jeruzalem u faryzeuszów pismo zgłębiał, niesyt wiedzy własnego kraju. Niewątpliwie był to ów mąż...
Poczęto go cucić i po pewnym czasie źrenice jego traciły stopniowo wyraz martwoty, a pierś poczęła głębiej oddychać. Niebawem mógł już podźwignąć się i usiąść. Niby przebudzony z ciężkiego snu rozglądał się z zadziwieniem i pewną nieśmiałością czy trwogą. Wzrok jego napotkał Jezusa, siedzącego obok i wpatrującego się weń dobrotliwem, pełnem współczucia i litości spojrzeniem.
– Ktoś ty zacz, człowiecze i skąd się wziąłem na tej łodzi? – zagadnął.
– Tonąłeś, synu, głęboko – brzmiała słodka odpowiedź, – i wiecznej śmierci byłbyś oddany niechybnie. Ale jam wiedział myśli twe i żal mi ciebie było, przeto wyrwałem cię, niby zbłąkaną owcę, mocom ciemności.
– Ktoś ty jest, który tak do mnie przemawiasz? – z przerażeniem zapytał topielec.
– Jam jest droga i prawda i żywot – odpowiedział łagodnie zapytany.
Na te słowa porwał się z miejsca mąż śmierci wydarty i wykrzyknął ze zgrozą i obłąkaniem:
– Kłamiesz, człowieku tajemniczy! Prawdy niema w świecie! Wszak długo napróżno szukałem jej w całej przyrodzie i w księgach. Napróżno przebiegałem świat cały, by ją odnaleźć alem z zabiegów moich wyniósł jedynie rozgoryczenie i przeświadczenie o własnej niemocy. Kłamstwem jest prawda, a w życiu naszem niema nic okrom kłamstwa i ułudy. Jest ono tylko jednem pasmem zawodów i udręki, a droga, przez nie idąca, wiedzie jeno ku rozpaczy, ku zmiażdżeniu i roztarganiu naszej istoty. Oto, gdzie mnie zawiodła: do samobójstwa, które przed chwilą usiłowałem popełnić!.... I jakże ty, człowieku, śmiesz mówić, żeś prawdą i żywotem? Powiedz mi, czy nie szydzisz ze mnie? Czy nie poto wydostałeś mnie z głębiny, by następnie cisnąć mnie w jeszcze gorszą otchłań rozpaczy i szaleństwa? Czyś ty nie uczynił tego z jakiejś złości przeciw mnie? Bo mnie się zdaje, żeś to ty jest upiorem mej męczarni – ty coś nazwał się imieniem przeklętej przeze mnie prawdy i przeklętego, ciężącego mi, żywota? Mów, błagam, zaklinam cię!....
Nic na to nie odpowiedział Jezus, jeno w kątach ócz zaświeciły Mu łzy...
Jezus zwrócił się do nich.
– Co myślicie o tym człowieku? – zapytał.
Milczeli, spoglądając z zakłopotaniem po sobie.
– Wiem – odrzekł za nich Mistrz – że rzucilibyście nań kamieniem potępienia, jako na bluźniercę i samobójcę. Ale powiadam wam, że większej łaski dostąpił mąż ów, aniżeli wszyscy uczeni w piśmie i sędziowie zakonu. Albowiem on, Boga nie znając, chciał go poznać i dojść do Niego usiłował... I to wam powiem, że przyjdzie czas, iż takim jak on poganom dana będzie prawda i żywot, któremi gardzi naród wybrany.
Rzekłszy to, obrócił się do młodego Egipcjanina, słuchającego z zapartym tchem słów jego i zapytał:
– Chcesz-li dojść do poznania prawdy?
– Chcę, chcę, panie! Jeżeli masz moc rozwiązania zagadnień świata, objaw mi prawdę! Ja, com liczył się między mędrców, głośnych swą wiedzą, będę dziś jako pacholę nieletnie słuchał wykładu Twojego. Panie, oświeć mię!
Chrystus powstał i złożył rękę na głowie klęczącego. Blaski słoneczne jakby rozjarzyły się więcej i rozczerwieniły – zdało się, jakby ociekać poczęły krwią po postaci stojącego Chrystusa. Spojrzał nań Egipcjanin i ujrzał istotnie krew na twarzy Chrystusowej, zsiniałej i zbolałej – zupełnie niepodobnej do tej, jaką widział przed chwilą. Zdawało mu się, że ma przed sobą skazańca, męczennika.
– Panie, co to znaczy? – zapytał.
– To rozwiązanie wszystkich twoich dociekań. To jedyna prawda i żywot.
– Jakże to, panie? Co cię skłoniło, byś na takie pohańbienie siebie pozwolił?
– Miłość.... – to jedno słowo, jasne i ciepłe, jako promień świtającego słońca, tknęło i ożywiło Egipcjanina. Podniósł oczy i obaczył przed sobą drogę świetlaną, promienną, uczuł w sobie pełnię życia. I w jednem tem słowie objął i zrozumiał treść świata, cel tak długo poszukiwany...
– Dzięki ci, o panie! – wyszeptał...
Łódka płynęła wolno, znacząc tęczową drogę na roztoczy, oblanej blaskiem złocistego słońca. Fale oddychały równo i głęboko, jak pierś człowieka, który kocha.

Nad Bajkałem, w sierpniu 1918 r.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.