Na borach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Na borach
Pochodzenie Miłość pasterska
Data wydania 1914
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NA BORACH[1]

U stóp wstających stromo zboczów,
gdzie już osiedla ludzkie nie dochodzą,
ciągnęły się ściśnione ugorami łąki
i dobiegały szyją aż do wązkiej bramy,
która zamknęła kotlinę.

Staczając się po uboczach, ugorne kamienie
zwęziły je i zepchnęły nad samą roztokę,
nad stromy, porośnięty jałowcami brzeg.
Drzewiej na miejscu tych łąk stały bory;
temu je zwano po wszej czas borami,
choć z borów nie ostało ani śladu znaku.

Bory te koszono wspólnie
i wspólnie siano suszono.
Podczas suszenia, gdy pogoda trwała,
schodziła się tu wszystka młodzież ze wsi,
cały prawie młody Przysłop,
na nocne hulanki.
Lecące hasło: »Na bory! Na bory!«
działało, jak rozkaz tajny,

jak przemocny cud.
Po chałupach ostawali jedynie ojcowie,
biadający w cichości nad zepsuciem świata.
Tego lata pogoda szczęśliwie dotrwała.
We dnie słońce pomagało suszyć wilgne siano,
a noce były księżycowe,
białe, jak sny dziecka.

W taką noc szedł Rakoczy doliną Huciska.
Wesół był, wiedział dobrze, że przy takim czasie,
wszystko, co żywe, wylegnie na bory,
I Hanusia pewnie będzie. Szedł jak na wesele.

Księżyc łagodnem światłem zalewał dolinę;
roztoka w oczach mieniła się srebrem,
a po za cienie cichych smreków
kryło się milczenie.

Powietrzem, jak omamienie,
jak zbłąkany sen,
snuła się błękitna przędza,
osnuwała zbocza
i czarodziejsko odmieniała
kraj do niepoznania.

W taką noc dziecku, zbłąkanemu w lesie,
otwierają się skarby ukryte pod pniami;
w taką noc na stromej skale tajemnego zamku
siada z kądzielą zaklęta królewna

i, oczekując wybawienia swego,
tęskno poziera okiem na dolinę;
w taką noc przy cichych stawach,
przy zadumie smreków
rodzą się, jak mgły z jeziora,
nieśmiertelne baśnie.

Franek tkliwy był od mała na urok księżyca.
Szedł doliną lunatycznie, jak we śnie czarownym.
Magnetyczne światło nocy czarowało duszę,
pełną nadziei miłego spotkania,
i wzdymało przypływami, idącymi w niebo,
jak miękką wełnę wód,
jezioro cichej szczęśliwości.

Czuł w sercu swojem przepełnię uczucia;
tryskało w górę, jak snop wody —
przy świetle księżyca.
Budziły się w nim pieśni, przepojone czuciem,
które się ujawniały na świat kaskadami słów.
Lecz słowa były, jak te krople,
nie czyniące dźwięku,
i przeźroczyste, bez rumieńca, bez złocistych barw.
Tęcza od ich prześwietli padała na jego duszę —
on sam ją widział i sam słyszał
muzykę tych pieśni.
Ale wygrać nie umiał zewnętrznemu światu.

Idąc, mówił, jak dziecko,
śpiewającym głosem:

— Jest kraj nieznanych cudów,
gdzie z białych gór
potoki srebrem płyną,
doliny śpią,
a tajemnicze źródła leśne
czyszczą ze szmerem przy świetle księżyca
połyskujący, złoty piasek.
Smreki w milczeniu stoją, bez oddechów,
jak straże nocne w przedsieni kościoła,
w którym za mgławą tajemnic osłoną
bóstwo, nieznane ludziom, śpi..
A jedle drżą,
dygocą lękiem utajonym,
czy ich nie zdradzi światło białe,
które na nie pada;
bowiem sięgają nagiemi ramiony
w głębie rozpadłych, wązkich szczelin,
i wyczuwają palcami korzeni
skryte głęboko pod skałami skarby.
Albo na ziemię kładą się cieniami
i, wstrzymując dech, słuchają,
co tam w głębi dzwoni.
A to dzwonią owce białe, idące uboczą;
wełna im się zdala srebrzy,
jak te włosy fal,
wspinających się w księżycu
ku urwistym brzegom.
Przeszły ubocz,
już dochodzą pod zamglony wierch...

A małe jagnię ostało,
nie może nadążyć,
samo idzie po polanie, zawodzi i płacze
i woła, woła, by je poczekali.
Ostatniej owcy grzbiet łysnął za wierchem.
W głuchej ciszy słychać jeno ten samotny płacz.
O kraju! O dolino smutku!
Tam — przy nieznanem drzewie
ukryty drogi skarb,
o którym nikto nie wie...

Wszedł w wąwóz.
Huk roztoki zgłuszył dalsze słowa.
Niezadługo minął wąwóz, przeszedł wązką bramę
i ujrzał się na drodze w przestronnej dolinie,
wśród ugorów rozległych, na krańcu Przysłopia.

Doleciało go z oddali zawodzenie skrzypiec.
Począł dygotać w sercu, drżeć na całem ciele.
Ile razy posłyszał kiedy zdala skrzypce,
zawdy to drżenie dziwne owładało nim.
Nie wiedział jeno, skąd się bierze,
jaki temu powód.
Może powstaje nieświadomie
na wspomnienie chwil,
jakie dotąd pamięta z dzieciństwa swojego.

Spał w izbie.. Aże naraz przebudził go widok.
Owies zadzwonił na szybach.

Skrzypce zajęczały.
A on się zrywał: »Tato! Tato! kolędnicy przyszli«...
I z drżeniem biegł do okna patrzeć na te cuda.
Były to czasy dużej szczęśliwości...

A raz, pamięta, zbudziły go krzyki:
»Pali sie! pali!« Wyskoczył na pole.
Tłumy ludzi, wieś cała biegła na wierch Gronia.
Pobiegł i on. A lecąc dygotał jak w febrze.
Palił się las. Przeraźny widok był, bo zblizka.
Morze płomieni szło uboczą,
a dymy, jak chmury ciężkie,
wisiały nad ogniem.
Ktoś przyniósł skrzypce — grali —
tańczyli przy świetle.

I odtąd, ile razy usłyszy płacz skrzypiec,
Drżenie wraca, jak odgłos potrąconych strun.
— Bo też ino nasze skrzypce tak umieją płakać.
Jest w nich czar, który pada urokiem na duszę.
— O, jak płacze, jak się żali, jak się skarży głośno!

Nietylko słyszy, ale widzi tę muzykę zdala.
Idzie, idzie po ugorach, ręce załamała,
włosy rozpuściła na wiatr, i zawodzi w płaczu,
lamentuje, jak zdradzona płanetnica leśna.
A serce człeku rwie się za nią;
trzepoce, jak ptak schwycony,
bije skrzydłami i krwawi
zasklepioną pierś.


Coraz wyraźniejsze tony szły naprzeciw niego.
Rozpoznawał melodye, uśmiechał się do nich.
Zbliżał się zwolna ku borom, widział zdala kopy,
dokoła nich taniec cieniów, migających w świetle;
zdało mu się, że napotkał tajemnicze święto,
jakieś pradawne, zabyte duchów pohulanki.

Nadchodząc bliżej, usłyszał niewyraźny śpiew.
Słów nie mógł powiązać uchem, ale nutę poznał.
Gorączka nim owładnęła, i niepokój parł.
Chciał jaknajprędzej ujrzeć i sprawdzić naocznie.
Ustawili się prawie do nowego tańca,
kiedy stanął za kołem wśród zgrachy ciekawej
i począł szukać oczyma Hanusi.
Ujrzał ją nagle i, miast rozśmiać lica,
spłonął, jak podpalony, suchy krzak jałowca.

Na przedzie, przed muzyką stał Michał Cichański,
przy nim Hanka. Dłoń sparła na jego ramieniu...

Obaczył ją tak Franek i zakipiał gniewem,
zatrzęsło się w nim serce, zaćmiły się oczy —
chciał biedz w pierwszym momencie,
rozbijać, rozrywać...
Prędko jednak opanował naremność szarpiącą.

Poznali go stojący blizko i pytali:
— Coż was przywiedło ku nam?
Tak dawno, jak nie byliście...


Nie słyszał i nie odpowiadał.
Przeciskał się przez tłum
i szedł milcząco ku muzyce
z ogromnym spokojem,
jak chmura ciężka, która idzie
ołowianą ciszą.
Oczyma, jak piorunami, świecił poprzed siebie.
Ludzie się rozstępowali i cofali trwożnie.

Raptem Hanka, jakby czuła te oczy na sobie,
obejrzała się, a twarz jej biała
stała się w świetle księżyca
jeszcze bielszą. Z cichym krzykiem
który zmarł na ustach,
cofnęła się za plecy swojego tancerza.
Rakoczy odchylił go na bok ręką lewą,
jak oną gałąź z przed z oczu wśród gęstwi.
Ten odruchem podniósł pięść, lecz zaraz
opuścił ją i trwożnie usunął się w ciżbę.
Rakoczy stanął blizko przed zalękłą Hanką
i cichym głosem, w którym dzwonił rozkaz,
rzekł: — Chciałbych z tobą przemówić słów kilka.

I wskazał ręką pośród ciżby drogę,
którą był piersią przed chwilą otworzył.

Hanka, widząc w jego twarzy niezwyczajne wrzenie,
zawahała się, lecz wnetki postąpiła naprzód

i z udaną gotowością wartko przed nim szła...
Stojący zblizka cofali się na bok
i prowadzili ich oczyma,
szepcząc między sobą.
Michał się już nie nawinął.
Minęli gromadę,
i szli w milczeniu po trawniku
wśród lasu wonnych kóp.

Franek, zapamiętały w gniewie i wściekłości,
chciał ją zrazu pokarać dotkliwie obelgą,
ale, nim w myślach słów wyszukał,
już gniew zmalał w sercu,
i słowa one stały się za ostre.
Dobierał inszych, a tymczasem
złość go omijała.
Miał też czas, idąc przy niej, zauważyć przestrach
i drżenie ptasie w jej cichej postaci.
Chwiała się wiotkiem ciałem, jak gibrzyna leśna,
z której wiatr obrywa kwiecie i otrząsa puch.
To go powoli rozbrajało.
Długo ważył słowa,
i tak w milczeniu doszli razem do ostatnich kóp.
— Powiedz mi — ozwał się Franek z surowością wielką —
powiedz mi, ale tak szczerze,
dlaczego tańcowałaś z tym człekiem niemrawym?

Podniesła ku niemu oczy, od których śnieg taje,
i odrzekła po cichu: — Bo ciebie nie było...


Nie spodziewał się Franek takiej odpowiedzi.
Myślał, że powstanie z krzykiem,
z niewieścią urazą
i pocznie bronić swobodności swojej...
»Coż mi to nie wolno — powie —
tańcować z kim zechcę?«
Miał już na to słowa gniewem
jarzące, jak iskry
rozdmuchiwane wiatrem w spopielonej watrze.
I teraz wszystkie pogasły odrazu,
jakby je nagły pozalewał deszcz.
Jak dziecko, które czuje przewinienie swoje,
broni się cichym wyrzutem:
»Bo ciebie nie było...«
I coż tu na to powiedzenie rzec?

Hanka zaś mówiła dalej: — Takeś mnie ostawił,
jak ten pasterz głupią owcę
na ugorach w nocy.
Ani światełka, ani głosu,
ani znikąd nic.
Myślałach, żeś już o mnie doznaku zabaczył..

I po licach jej poczęły staczać się, jak tarki,
siwe, w świetle księżyca migocące łzy.

Zachwiał się Franek, obaczywszy płacz.
Żal naremny potokiem spłynął w jego serce
i uderzał o brzegi spienionymi nurty.


Ostatki gniewu, litość i miłość bezmierna
walczyły w nim, i żadne zwierchować nie mogło.
Patrząc na jej łzy cierpiał i bolał okrutnie,
a przecie tego nie chciał jej powiedzieć.

Co ja sie też naczekała! — labiedziła w płaczu. —
Com sie nawyzierała daremno!
Kielo nocy nieprzespanych — sam Paniezus wie,
bom sie nieraz godzinami przed Nim naklęczała...

Na wspomnienie tych utrapień — nowy potok łez...
— A przecie — począł Franek, gwałt zadając sercu —
miałaś czas o inszych myśleć...
— O nikim! Nieprawda!
— Nie gadaliby mi ludzie.
— To ludziom dajesz prędzej wiarę, niż mnie?
Teraz, to już wiem, że mnie nie kochasz...
— Hanka!
— Przyczyny szukasz, aby sie oderwać.
Ale ja cię nie związała — mówiła obłędnie —
możesz iść kany zechcesz,
ka ci sie podoba.
Ja ci nie bedę zagradzała drogi,
Ino skoczę do roztoki i utopię sie...

Jakby chciała odrazu wykonać ten zamiar,
zwróciła się ku roztoce i poczęła iść.
Franek zmartwiał, przeląkł się i zabiegł jej drogę.
— Hanuś! miej rozum...


— Puść mnie! — zawołała.
Coraz to większa rozpacz owładała nią.
Ujął jej dłoń i począł z tkliwością przepraszać.
— Daruj mi, bo ja nie wiem sam, co mnie nadeszło.
Przecieżem z taką chęcią dążył na te bory!
Z taką uciechą wielką, jak do raju...
Ale gdym ujrzał przy tobie ten łeb wyświecony...
Daruj mi, bo ja ciebie tak bardzo miłuję,
że nie zdołam letko przenieść,
aby taki wół wierutny
śmiał o tobie przez moment inaczej pomyśleć,
niż jako o wielkiej pani, która patrzy z chmur.
Bo wierzaj mi, chciałbych cię tak wysoko stawić,
iżby ludzie, patrząc na cię,
mrużyli oczy podobnie, jak w obliczu gwiazd.
Hanuś, dziecino moja, ustanów sie w żalu
i nie płacz, bo mi serce doznaku popęka...

Prosił i błagał, nie wiedział już wreszcie,
jakiemi słowy mówić, by ją ulegować.
Przyciskał jej dłoń do piersi,
a z taką czułością,
jakby żywego ptaszka dzierżył w ręce.
I jakby ptaszę, któremu serce bije z trwogi,
drżała jej drobna dłoń przy jego piersi.

Ucichła i otarła łzy przyschłe na licach.
Ale jeszcze zapaskę, trzymała przy oczach

i patrzyła z po za niej, jak łaska z za strzechy.
Widziała, że już niema znikąd zagrożenia.
Milczała jednak, idąc przy nim,
jak strapienie ciche;
dopiero kiedy doszli do ostatniej kopy,
siadła na sianie, założyła ręce
i poczęła z surowością:
— Teraz ty mi powiedz...
Powiedz mi, ale tak szczerze,
dlaczegoś nie dotrzymał przyrzeczenia swego?
Pamiętasz, jakeś obiecował święcie?
Miałeś zaraz nazajutrz starać sie o wypłat...
Ja cie nie przynaglała,
sameś sie wyrychlił.
A potem, co cię opętało złego,
żeś uciekł ze wsi od ludzi, jak dzik?
Czemuś nie przyszedł, nie powiedział
ani nie dał znać?
To ja nie godna, by słowo od ciebie usłyszeć?

I, nie czekając co powie, mówiła:
— Wiesz ty, mogłabych umrzeć z turbacyi,
ani byś o tem nie był wiedział.
I jak miałeś sumienie tak mnie poostawić,
w takiej niepewności i trwodze?
Musiałach sie od ludzi inszych dowiadować.
A myślisz, że mi miło było, jak mnie żałowali!
Abo jeszcze i gorzej, bo sie śmiali ze mnie,
że za płanetnika wyjdę. Powiadali ludzie,

żeś sie z Dyabłem stowarzyszył, i chodzicie razem...
— Ale nie wierz-że ludziom...
— Aha! Tyś nie wierzył?
Widzisz, jak my sie to zeszli...

Uczuł się skruszonym w sercu.
Coż jej ma powiedziec?
Wreszcie począł: — Bywają różne przeciwności.
Ja na taką natrafił, żem sie musiał cofnąć.
— Powiadałeś, że sie nigdy przed nikim nie cofniesz.
— I dosiela powtarzam. Ale bywa różnie;
przeszkody mocne znajdą sie i w sercu.
Człek musi nieraz cofać się przed samym sobą...
— Toby nikany nie zaszedł,
abo w przeciwną stronę, niż zamierzył.
— Ja też tak — uśmiechnął się —
Zamierzyłech iść na dół roztoką,
a zaszedłech do Huciska...
— Coż cię tam ciągnęło?
— Bardziej mnie ono pchało, niż ciągnęło.
Ale to wszystko jedna siła — dodał —
dość, żem sie tam niechcęcy dnia jednego znalazł.
I nie żałuję! — mówił z wstającym zapałem. —
Nadżyje sie, co przeszło, wszystko będzie dobrze.
Bo może nie wiesz, Hanuś moja,
że ja ścinam ubocz?
— Powiadali,
ale mi sie nie chciało koniecznie wierzyć.


Bo jakżebyś sam dał radę...
— Czy ja to nie mocarz?
Ścinam już od paru niedziel
i raduję sie, że wnetki dojdę ku wierchowi.
A wtedy se odetchnę szeroko, jak wiater,
i kiela stówek zgarnę do zanadrza.
— Hej? To ci telo aże obiecali?
— Za cożbych sie mocował z twardymi smrekami?
Za jakie tajne grzechy świata? powiedz.
Przecie to nie żadna rozkosz, ino męka szczera.
Tak, moje dziecko,
tak mozolnie tych skarbów dobywam,
o jakich ludzie myślą, że ich z Djabłem szukam.
I powiem ci, że choć strasznie
cnęło mi sie za tobą,
nie miałech postanowienia obaczyć cię wcześniej,
aż pieniędzy uzgarnuję...
— Przecie wiesz — przerwała —
że choćbyś i goły przyszedł...
— Ale mnie samemu byłoby to nijako.
Zresztą, o czem gadać,
kiedy i tak bogaczem przed tobą nie stoję.
— Siądź przy mnie — poszepnęła.
Posłuchał jej rady
i usiadł ostrożnie z boku, by kopy nie zwalić.
— Czemuż tak daleko? — pytała z uśmiechem —
Boisz sie jakiej zdrady? Ja sie zaś nie boję...
Przysunęła się ku niemu z wesołością dziecka,
obejmując jego ramię splecionemi dłońmi.


On jeszcze myślą stał w poprzedniej gwarze
i, z tego wierchu pozierając, mówił:
— Wszystko sie dobrze złoży,
nawet lepiej, niżby se kto myślał.
Na jesień ubocz zetnę, zapłatę otrzymam,
i będziemy se radzić o inakszem życiu.
Już ja sie nie dam biedzie ostać
na mojem gazdostwie.
Bedę ją dotąd prześladował,
aże mnie opuści.
A jak mi sie świat rozwidni,
to obaczysz wtedy,
co Franek Rakoczy może,
jakie cuda zdziała!
Ino ty wierz we mnie, Hanuś,
bo mi trza koniecznie,
aby ktoś we mnie uwierzył,
choć jedna duszyczka...
— Twoja! — szepnęła, przytulając się.
— Nie spocznę, pokąd krzywdy nie obalę we wsi!
Tak ją bedę wycinał, jak tę ubocz leśną.
— Myślałach, żeś już o tem zabaczył...
— Przenigdy!
To ino życie odniesło mnie na bok,
jak ta fala mętnej rzeki odnosi łódkę rybaka.
Ale ja sie wnet odbiję od cichego brzegu
i wypłynę na sam środek...
— A jak cię topielec wciągnie?


— Topielców już niema.
— A ludzie powiadają, że jeszcze są...
— Nie wierz. Ale ja nie o tej rzece...
— Mówmy o czem inszem.
Abo lepiej nie mówmy,
słuchajmy, jak grają...

Umilkli.
Słychać było zawodzenie skrzypiec.
Ludzi nie widać,
zasłonił ich las kóp rozstawionych.
Po za tem oddalenie kryło ich po za mgłą,
która oparem zaległa doliniaste bory.
Odgłos tupotów głuchych szedł po równej trawie.
Śpiewy dolatywały do ostatnich kóp.

»Kochałach cię, Jasiu,
Kochałach cię dosić,
Trudnoz mi cię było
W podołecku nosić...«[2]

Szum niedaleko płynącej roztoki
owijał melodye, głuszył i przywracał,
zdawało się, że fale wynoszą je z wody.
Przewijały się w widnej księżycowej nocy,
jak wiotkie ciała boginek rozkosznych,
które się rade pluskają na jazie
w mlecznych i srebrnych pianach wodospadu.
Czasem pierś zaśnieży biała,
błyśnie cudo-łono,

czasem oczy zamigocą urokiem i zgasną,
gdy je zawieje płomienny wicher złotych włosów.
A czasem, ale rzadziej, ukaże się postać,
zapatrzona w głębinę, jak brzoza płacząca.
Tak się snuły melodye w tej nocy urocznej.

Za mglistem, białawem światłem
widać było tęczę,
jak stroiła miesiąc blady
w pożyczane szaty.
Dobierała promieniami siedmiorakich barw —
dwie się jej zwidziały bardzo,
i ostała przy nich.

»Juzem był, juzem był
Po kolana w niebie,
Alem sie zawrócił,
Anielciu, po ciebie...«[3]

Pieszczota melodyi kołysała serce,
mgła owijała myśli i siadała
pomroką na oczach.
Siano pachniało, jak kadzidło,
które poi zmysły.
— Czemu tak drżysz?
— Pytasz sie, a sama dygotasz...
— To od zimna.
— Nie wierzę...
— A od czego? powiedz...
Przychyliła się ku niemu, jak habina giętka.


Od boru śpiewy leciały swawolną melodyą.
Dzwoniły, jak dzwonki owiec,
turlikały głośno,
jak puste śmiechy pasterek,
gdy się zejdą razem.

»Wianecka odemnie
Chces, Jasiu, koniecnie?
Ozeń-ze sie ze mną,
Bedzies go miał wiecnie!...«

Leciało trzepotliwie, grająco, jak ptaszę,
które się skrzydłami z wiatrem bije.
— Słyszysz?
— Nie słyszę nic, wiem ino, żeś moja...
— Pamiętaj!...

Całą dolinę jasność zatopiła,
morze światła białego, bez dna i bez brzegu,
kołyszące się cicho w uśpieniu głębokiem
przez jakiś bezmiar siny, nieskończenie wielki,
który dokoła opasuje wieczność.
Ucichły płacze, i śpiewy umilkły,
i ustał wszelki gwar stworzenia;
dolinę całą wypełnił Bóg-twórca.
Na cześć Niewidzialnego wstają pieśni mocne,
zrodzone z wyobraźni zolbrzymiałej duszy,
a śpiewane, jak przez las tajemny, milczeniem,
którego dźwięk głośniejszym jest od surm anielskich,
i echo dalej niesie, niż płacz ziemi.

— Oczy twe odbijają w sobie światło gwiazd.
— A w oczach twoich płomienie sie jarzą.
— Księżyc na czoło twoje świeci
i ubiera cię jak świętą.
— Czoło twe czarne, jakby je smoła opaliła.
A twarz podobna teraz djablej...
— Nie lękasz sie?
— Nie, bo wiem, żeś ty jest przy mnie,
bo cię czuję...
— Niech sie świat zapadnie ze mną!
— Zabij mnie!

Księżyc znowu rozgarnął po dolinie światło,
rozprószył białe mgły
i porozwieszał je po stromych zboczach.
Roztoka się rozwidniła, bory się odkryły,
kopy stoją, jako stały —
nic się nie zmieniło.
Odgłos tupotów głuchych odzywa się w ziemi,
i słychać z oddalenia zawodzenie skrzypiec.
Zmęczone głosy dolatują do ostatnich kóp.

»Cemuz ci sie, Franuś,
Piórko nie migoce?
Dałeś je Hanusi
Za złote warkoce...«

Na niebie poczęło świtać.
Gwiazdy pobielały,
od wschodu wychodziły coraz śmielej zorze.

Roztoką szła i błądziła
siwiejąca mgła.

Ludzie z borów pomału poczęli się tracić.
Zasępienie i senność zeszły się nad wodą
i wiły się leniwie ponad siwe młaki.
Niejeden z borujących padł na wilgne siano,
aby dać wypoczynek znużonemu ciału.
Uboczą, po ugorach, we mgle, jak płanetnik,
szedł grajek, Jasiek Muzyka,
który całą noc przegrał na borach.
Grał ludziom, a teraz sobie.
I śpiewał pod nutę.
Było w niej dziwne powiązanie uczuć,
można rzec: szczęśliwość smutku.
Albo jeszcze insze...

»Hej, biedne moje serce
Na poły sie dzieli —
Jedna strona płacze,
Druga sie weseli...«

Głos czysty biegł,
a skrzypce zabiegały wartko;
mijały się i w pustej ginęły uboczy.
Zwoływały się długo smutnemi echami.

Wreszcie głos przepadł.

Echo skrzypiec zapłakało po nim.


Grafika na koniec utworu.jpg


Przypisy

  1. W »Roztokach«.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Nuty pochodzą ze ss. 139-142 tego zbioru.

    
\relative f' {\clef treble
\mark \markup { \small "VIII." }
\time 2/4
\tempo \markup { \medium \small \italic "Taniec" }
\stemUp a8[ r16 b] c8-. b-. |
\stemDown e16 r \stemUp b4^\marcato r8 |
\stemNeutral b8. c16 b8 b |
a4^\marcato a^\marcato |
a8[ r16 b] c8-. b-. |
e16 r \stemUp b4 r8 |
b8[\( gis  e gis\)] |
a8 r a r \bar "|."
}
\addlyrics { \small {
Ko -- cha -- łach cie Ja -- siu Ko -- cha -- łach cie do -- sić Trud -- noż mi cie by -- ło W_po -- do -- łec -- ku no -- sić.
}
}

  3. Przypis własny Wikiźródeł Nuty pochodzą ze ss. 139-142 tego zbioru.

    
\relative f' {\clef treble
\mark \markup { \small "VII." }
\time 2/4
\key f \major
\tempo \markup { \medium \small \italic "Taniec" }
\partial 16
\repeat volta 2 
{
\stemDown a16\fermata\( |
c8^\marcato[\) r16 bes a8 g] |
\stemUp f4^\marcato e^\marcato |
d8^\marcato[) r16 f f8 g] |
f4^\marcato e^\marcato |
d8 f f g |
g f4 e8 |
d[ f f g] |
f r e r
}
}
\addlyrics { \small {
Hej Ju -- zem był ju -- zem był po ko -- la -- na w niebie Ej a- lem sie za- wró -- cił A- niel -- ciu po cie -- bie.
}
}


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.