Przejdź do zawartości

Na Golgotę/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Na Golgotę
Wydawca Piotr Noskowski
Data wyd. 1896
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un Calvaire
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Emil Richebourg.

NA GOLGOTĘ.


I.
Uroczystość.

Wszyscy się na to zgadzają, że Paryż to wielka stolica świata cywilizowanego. Twierdzenie to nie jest błędnem. Paryż stanowi o modzie; a zarazem nadaje ton wszystkim miastom stołecznym Europy. We Francyi nie znajdzie się miasteczka, któreby się nie starało wstępować w ślady Paryża; wszędzie naśladują sposób mówienia prawdziwych paryżan, przyswajają sobie ich ruchy i maniery. Moda, zaledwie stworzona w stolicy, rozpowszechnia się po całym kraju.
W miastach na prowincyi ludność dzieli się na trzy klasy, tworzące każda z osobna szerokie, w sobie zamknięte koła. Mamy więc: arystokracyę, mieszczaństwo i lud. Pod tym względem prowincya jest wiernem odbiciem Paryża.
Czy wielkie miasto nie ma swej arystokracyi na przedmieściu Saint-Germain, mieszczan w wielkich dzielnicach, i olbrzymiej ludności, składającej się z drobnych przemysłowców i robotników?
Jakeśmy przed chwilą nadmienili, każde miasto na prowincyi ma swą arystokracyę, zajmującą najczęściej jednę dzielnice, lub tylko jednę ulice; ze szlachtą łączy się duchowieństwo, popierające jej dążności i przekonania; dalej znajdujemy stare mieszczaństwo, którego się trzymają parwenjusze i dorobkiewicze, w ogóle ludzie bogaci. Lud, który podporę znajduje sam w sobie, patrzy ze wzgardą na dumę jednych, a pychę drugich. Pełen ufności we własną siłę, potęgę, przyszłość, trzyma się na uboczu. Jeżeli cierpi, to ma nadzieję i czeka...
Robotnik pracuje, pragnąc wyżywić swą rodzinę, a synów kierować na ludzi.
Cóż to jest lud? To świat ludzi pracy: robotników z miasta i chłopów, uprawiających ziemię.
Z łopatą czy z młotem w ręku, z kielnią, heblem lub pilnikiem, każdy robotnik składa cząstkę swych trudów na ołtarzu ojczyzny, przyczyniając się do jej wzrostu i dobrobytu.
Odkąd lud nie ma tyrana nad sobą, podniósł się znacznie; kształci się, oświeca, myśli, rozważa, uszlachetniając swego ducha; oto pierwsze dobrodziejstwo wolności.
Ma on swoje dążenia; wiedząc o swych prawach, żąda, aby je szanowano. Można nim kierować, lecz nie panować nad nim, bo lud, to wróg nieubłagany wszelkiego ucisku.
Długo lud cierpiał, Przez cierpienia dowiedział się, wie!... „Wie, że jest silnym przez liczbę, wie, że przyszłość do niego należy.
Tak w Paryżu, jak i w innych miastach, zima jest piękną porą ludzi bogatych, lubiących się bawić. Salony otwierają się na przyjęcia i renniony[1]. Od pierwszych dni grudnia do końca kwietnia, bale i koncerty następują po sobie bez przerwy.
Tuluza to miasto zupełnie arystokratyczne. Pomimo oddalenia od Paryża i osobnych właściwości należy ona do miast, usiłujących postępować śladem wielkiej stolicy. Tuluza, jako wielkie miasto jednej z najbogatszych prowincyj, jest podobnie, jak Lyon, Bordeaux lub Marsylia, małą stolicą.
Pewnego wieczoru w marcu 1870 r., pani baronowa de Cernac przyjmowała w swych salonach, przepysznie oświetlonych, śmietankę wysokiego towarzystwa Tuluzy.
Program wieczoru należał do najbardziej pociągających, miał bowiem być koncert, a po nim bal do jutra rana.
Wiedziano dobrze, że najpierwsi śpiewacy głównego teatru dadzą się słyszeć, a dwoje z pomiędzy nich, diva Baptisti i sławny baryton Niclaux odśpiewa po raz pierwszy dwie, nowe romance Fryderyka Boissier, utalentowanego młodego kompozytora, którego zapał współziomków wywyższał pod niebiosy. Nazywano go już mistrzem, kładąc na równi z Auberem, a nawet z Meyerbeerem. Fryderyk Boissier był przedmiotem prawdziwego uwielbienia: piękne damy szalały za młodym i przystojnym kompozytorem. Trzeba dodać, że był on protegowanym baronowej de Cernac, i że jej zawdzięczał swe powodzenie, trochę za prędko i za wcześnie zdobyte.
Przed piętnastu dniami, za radą pani de Cernac, Fryderyk Boissier dał koncert we wspaniałej sali Meissonier, aby publiczność miała sposobność ocenić jego utwory. Był to pierwszy występ artysty. Powodzenie było szalonem, prawdziwym tryumfem. Młody muzyk, oszołomiony, rozpłakał się z radości. Przypiąwszy sobie skrzydła w marzeniach, widział przed sobą świetną przyszłość. Od tego czasu mógł wierzyć, że przeznaczenie powoła go do wielkich celów.
Dzięki pani de Cernac, która w tym celu rozwinęła całą swą energię, wszystkie bilety sprzedano w jednym dniu. Dochód z koncertu wynosił trzy tysiące franków.
Młoda jeszcze, nie miała czterdziestu lat, wdowa, bardzo bogata, wykształcona, miłośniczka rzeczy prawdziwie pięknych, sama trochę artystka, baronowa de Cernac lubowała się w sztuce, zachęcając i protegując artystów.
Dewotki z wielkiego świata ganiły w niej to, co nazywały brakiem godności.
Jedne mówiły:
— Pani de Cernac, to osoba zanadto ekscentryczna, posiadająca gust i maniery małej mieszczanki.
Inne, ażeby wszystkich załagodzić, dodawały:
— Cóż chcecie? toż to kobieta szalona!
Baronowa śmiała się z plotek i przezwisk, nie zwracając na nie głębszej uwagi.
Nie zmienia w niczem trybu życia, zadawalniając swoje pragnienia artystyczne. Zresztą te, które najbardziej gorszyły się jej niezawisłością, nie odmawiały nigdy zaprosinom, uszczęśliwiając gości baronowej swą obecnością.
O godzinie dziesiątej, z wyjątkiem kilku osób, spóźniających się z reguły, stawili się wszyscy goście zaproszeni. Przeszło sto pięćdziesiąt osób zapełniało wspaniale salony. Wszyscy wyglądali zadowoleni, szczęśliwi. Oczy błyszczały radością, na ustach igrał swobodny uśmiech.
Stary hrabia de Montmorin oświadczył, że po raz pierwszy w Tuluzie ma szczęście oglądać tak świetne zgromadzenie pięknych kobiet.
— Dwór, którego pani jesteś królową — dodał, skłoniwszy głowę przed baronową.
Wśród uroczych panien i mężatek, nowy Parys w niemałym znalazłby się kłopocie, chcąc przyznać jednej z nich jabłko piękności. Wszystkie były równo czarujące, miłe, dystyngowane.
Pani Surmain, śliczna kobieta, lat dwudziestu dwóch, i panna Emelina de Révilly, nie mniej piękna, niż jej przyjaciółka, Helena Surmain, odznaczały się między innemi wdziękiem nie do opisania. wdziękiem czysto kobiecym.
Emelina dobiegała dwudziestego roku.
Helena Sermain wyszła za mąż w ośmnastu latach, i została wdową we dwa lata później.
Zachwyt ogarniał każdego, kto rzucił okiem po sali, gdzie panie zajęły miejsca przed koncertem. Ze strony mężczyzn podnosił się szmer podziwu.
Pod oślepiającym blaskiem kinkietów brylanty i inne drogie kamienie migotały, jak gwiazdy. Promienie krzyżowały we wszystkich kierunkach swe ognie różnobarwne.
Na widok tych wspaniałych toalet, prześlicznych główek, otoczonych kwiatami lub dyademem, tych ramion, jak utoczonych, można było uwierzyć, że przeniesiono nas do Paryża, do jednego z tych sławnych salonów, gdzie kurtyzani drugiego cesarstwa dawali sobie rendez-vous.
Fryderyk Boissier był królem wieczoru, wszystkie ręce wyciągały się ku niemu. Rozmawiano wiele o jego koncercie i o powodzeniu młodego artysty. Mężczyźni mu winszowali, kobiety miały dlań najmilsze uśmiechy.
— Teraz — mówiono mu — jużeś się pan rozpędził; dla pana przyszłość zachowuje same obietnice; znalazłeś się pan na drodze do sławy i szczęścia. Wkrótce wydawcy paryscy dobijać się będą o pańskie czarujące utwory; każda pańska praca pójdzie na wagę złota. A kiedyż wydasz pan tę cudowną symfonię „Pory roku?...“
— Trzeba, żebym wprzód udał się do Paryża.
— Śpiesz się pan. W samej Tuluzie sprzedasz pan ze dwa tysiące egzemplarzy. Może nam pan dasz drugi koncert?... He! he! trzeba kuć żelazo, póki gorące. Powodzenie obowiązuje, kochany panie.
— Trochę później, przy końcu jesieni.
— Czekamy, czekamy; pańscy przyjaciele wiedzą, czego się po panu spodziewać można, to też znajdziesz się pan wobec surowych sędziów.
— Zrobię wszystko, co będę mógł, ażeby zasługiwać dalej na ich życzliwość!...
— A pańska opera komiczna?...
— Skończyłem właśnie pierwszy akt.
— Sądzę, że usłyszymy w najbliższym czasie główne arye?...
— Jest to moim zamiarem.
W ten sposób schlebiano miłości własnej młodego muzyka, nie zważając na to, jak złą oddawano mu przysługę.
Serce jego napełniało się pychą. Przesadzone pochwały współziomków podniecały jego próżność, wszczepiając w duszę jad zabójczy. Nie widząc przed sobą przeszkód do zwalczania, nie przeczuwał ich nawet. Nie spoglądał na dół; myślą sięgał do najwyższych szczytów.
Oszołomiony, upojony zbyt łatwo zdobytem zwycięstwem, błądził wyobraźnią wśród sławy i szczęścia. W istocie, był to człowiek bardzo inteligentny, lecz brakło mu doświadczenia. Nie znając życia, nie obawiał się trudności kłopotów.
Po koncercie, który trwał do północy, podczas gdy orkiestra balowa zajmowała miejsca na estradzie, pozwolono panom wejść do głównego salonu, aby powitać panie. Utworzono liczne grupy.
Pani de Révilly zagarnęła pod swoję władzę Fryderyka Boissier, zmusiwszy go usiąść przy sobie.
Młody człowiek był wzruszony. Dla czego?... Pani de Révilly wiedziała o tem. Zresztą, postawa i spojrzenia Fryderyka okazywały, co się dzieje w jego duszy. Nie będąc bystrym spostrzegaczem, można było łatwo poznać, że młody muzyk nie pozostał nieczuły na wdzięki pięknej Emeliny.
— Panie Fryderyku — rzekła mu pani de Révilly — zasłużyłeś na dobre kazanie.
— Przyjmuję je z pokorą, jeślim zasłużył — odparł.
— Zasłużyłeś pan, to pewna; już od ośmiu dni nie złożyłeś nam pan wizyty.
Młody człowiek poczerwieniał, jak panienka.
— Proszę wybaczyć... byłem bardzo zajęty — wykrztusił.
— To zwyczajna wymówka — odpowiedziała pani de Révilly z przebiegłym uśmiechem.— Ja ją jednak przyjmuję, ale pod warunkiem...
— Jakim?...
— Że pańskie odwiedziny będą na przyszłość mniej rzadkie.
— Przyrzekam pani nie zasłużyć nigdy na wymówki. Jutro będę miał zaszczyt złożyć pani uszanowanie w jej własnem mieszkaniu.
— I owszem, kochany panie. Pan wiesz, że ja i moja córka jesteśmy twemi najlepszemi przyjaciółkami. Ah! otoż i bal się zaczyna.
W istocie, orkiestra zagrała wstęp do polki-mazurki.
— Panie Fryderyku — odezwała się pani de Révilly — czy nie zechcesz pan zacząć bal z Emeliną?...
Nie miał czasu odpowiedzieć.
— Panie Boissier — rzekła pani Surmain, podnosząc się z siedzenia — nie zapomniałeś pan, żeś mi przyrzekł pierwszy taniec.
— Prawda zauważył młody człowiek.
Emelina przygryzła wargi.
— Panna de Revilly wyświadczy mi zaszczyt tańczenia z nią pierwszego kadryla? — spytał, oddając ukłon młodej pannie.
Odwróciła się gwałtownie, poczem podniósłszy się, podała ramię innemu młodemu człowiekowi, który ją zapraszał do polki.
Pani Surmain pociągnęła swego tancerza.
Podczas tańca nie zamienili ani jednego słowa. Fryderyk był zaniepokojony. Dręczyła go myśl, że mimowoli naraził się pięknej Emelinie.
Muzyka przestała grać. Fryderyk podał ramię swej danserce, aby ją odprowadzić na miejsce.
— Nie — przemówiła żywo chodź pan tędy.
— Pani masz mi coś do powiedzenia?...
— Tak.
Przeszedłszy przez salon, zatrzymali się we framudze okna. Tu mierzyli się przez chwilę wzrokiem w milczeniu.
Pani Surmain była blada i drżała lekko. Chwilę wahała się, poczem odezwała się szorstko:
— Kochasz pan Emelinę?...
Fryderyk zadrżał.
— Dla czego zadaje mi pani to pytanie? — zapytał.
— Abyś pan na nie odpowiedział.
— Ale...
— No, przyznaj pan, kochasz ją!...
— Odkryłaś pani moję tajemnicę. A więc, tak, kocham ją.
Twarz młodej kobiety stała się jeszcze bledszą, a piękne czarne brwi ściągnęły się na czole.
— Panie Fryderyku — rzekła dziwnym głosem — strzeż się pan!...
Ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą.
— Co pani chcesz powiedzieć? — spytał młody człowiek.
— Że pan błądzisz.
— Nie rozumiem; proszę się wytłomaczyć.
— To przestroga, którą daję panu.
— Mamże być wdzięcznym? — zapytał ironicznie.
Wzruszyła ramionami i odparła poważnie.
— Emelina jest moją przyjaciółką, znam ja; to, co panu przed chwilą powiedziałam, leży w interesie tak jej, jak pańskim.
— Ah! naprawdę — szyderski uśmiech zaigrał mu na ustach.
— Gdyby panu powiedziano, panie Fryderyku, że nie możesz być szczęśliwym z Emeliną, czy przestałbyś myśleć o małżeństwie z nią?...
— Nigdy — zawołał.
— Kochasz więc ją pan bardzo?...
— Ubóstwiam!...
Ciemna błyskawica zamigotała w oczach pani Surmain.
— Jeżeli tak — odparła sucho — nie mam panu nic więcej do powiedzenia.
I oddaliła się szybko.
Młody człowiek stał przez chwilę, wlepiwszy wzrok w podłogę salonu, a podniósłszy czoło, szepnął:
— Zazdrosna!...
Nie mylił się wcale.
Ta jest, pani Surmain była zazdrosna.
Przed kilku miesiącami, Fryderyk Boissier zajął się śliczną wdową. Ta sądząc, że jest kochaną, zaczęła trochę za wcześnie marzyć o szczęściu, czekającem ją w drugiem małżeństwie.
Na nieszczęście, Fryderyk poznał Emelinę, i zakochał się w niej szalenie.
Pani Surmain wkrótce spostrzegła, że Fryderyk wymykał się jej z rąk, i bez, trudu odkryła, że zwycięską rywalką jest Emelina.
Jej piękność i młodość zostały wzgardzone. Co za poniżenie. Po grzecznościach i usługach młodego artysty, nastąpiły chłód i obojętność. Co za zniewaga. Fryderyk mimowoli zranił jej serce głęboko. Płakała z gniewu i żalu.
Kobieta nie przebacza nigdy mężczyźnie, jeżeli z jego przyczyny wylewa łzy pewnego rodzaju.
Jeżeli pani Surmain kochała jeszcze Fryderyka, to była już gotową nienawidzieć go z całego serca.
Opuściwszy gwałtownie młodego człowieka, wymówiła głucho te słowa:
— Jeżeli zaślubi Emelinę, zemszczę się!...


II.
Portrety.

Fryderyk Boissier był dzieckiem Tuluzy.
Ojciec jego był organistą i najbardziej słynnym w mieście profesorem muzyki. Narodzenie syna organisty obchodzono, jak radosne zdarzenie. Wszystkie dzwony dźwięczały przy chrzcinach małego Fryderyka.
Gdy ojciec umierał, Fryderyk miał lat dwadzieścia.
Młody człowiek przejął po ojcu całą wiedzę muzyczną; to też mógł natychmiast objąć spadek po umarłym, składający się z krzesła organisty w kościele św. Klemensa i kilkunastu lekcyj po pięć franków za godzinę.
Nie ubliżając wcale pamięci pana Boissier ojca, musimy przyznać, że uczeń przewyższał mistrza, pozwalając sobie na śmiałe wycieczki w dziedzinę sztuki.
Fryderykowi nie wystarczało zostać wykonawcą pierwszej miary; bez niczyjej pomocy, ucząc się tylko rozumieć wielkich mistrzów, poznał harmonię i odkrył część tajemnic kompozycyi muzycznej.
W krajach południowych dziecko przychodzi na świat z miłością muzyki i poezyi.
Tuluza należy do miast Francyi, gdzie uczucie to dochodzi do najwyższych szczytów. Można ją nazwać gniazdem słowików.
Jeżeli materyalizm nie zepsuł jeszcze smaku mieszkańców Tuluzy, jeżeli nie wzgardzili oni dotychczas rozkoszą umysłu, zawdzięczają to dobrodziejstwo wpływowi klimatu. Wśród kwiatów i woni, którą one roztaczają do koła, podziwiając laur nieba, zasianego gwiazdami, człowiek zostaje poetą; na widok słońca, uśmiechającego się ziemi i darzącego ją złotemi promieniami, zaczyna kochać śpiew i muzykę!...
Mieszkańcy Tuluzy dają się unosić zapałowi i namiętności. Ich imaginacya jest gorącą, umysł bystrym, a serce powoduje uczucie. Lecz jeżeli zdolni są do miłości, to potrafią jeszcze lepiej nienawidzieć. Kierują się zawsze miłością i nienawiścią: dwóch władców!... Są wielcy w poświęceniu; lecz nie zapominają nigdy o zemście.
Fryderyk Boissier nie stanowił wyjątku. W jego żyłach płynęła krew gorąca, krew południa. Nie był gorszym ani lepszym od swych współrodaków; jak oni, odznaczał się wielkiemi przymiotami i nie mniejszemi wadami.
Przyroda obdarzyła go hojnie. Urodził się na artystę. Gdyby nie był muzykiem, zostałby poetą lub malarzem.
Nie miał jeszcze lat dwudziestu czterech, kiedy orkiestra, złożona z sześćdziesięciu muzykantów, wykonała w obecności licznie zebranej publiki symfonię jego pod tytułem: „Pory roku.“
Ażeby zadać kłam przysłowiu, utrzymującemu, że nikt nie jest prorokiem we własnym: kraju, młody kompozytor zyskał nie uznanie, lecz uwielbienie współziomków. A kiedy powstał w pośrodku orkiestry, chcąc ukłonem podziękować publiczności, zniknął na chwilę pod deszczem kwiatów i bukietów, które padały z rąk nadobnych tuluzanek.
Zapał był nie do opisania.
Nazajutrz towarzystwo miłośników muzyki ofiarowało mu złoty wieniec.
„Pory roku“ nie były pierwszym utworem artysty. Jeszcze przedtem wydał kilka romanc’ów, które śpiewano przeważnie w arystokratycznych salonach miasta.
Wszystkich oczy były zwrócone na młodego muzyka. Salony stały mu otworem. Wszędzie był gościem upragnionym, którego witano z radością.
Nie będąc uderzająco pięknym, miał postać miłą i sympatyczną. Nie brakowało mu także dystynkcyi. Dostatecznie wykształcony, rozmawiał z łatwością i dowcipnie. Lecz co w nim każdemu się podobało, to entuzyazm i zapał młodzieńczy.
Szczęście malowało się na jego świeżem obliczu. To pociągało wszystkich i ściskano z przyjemnością dłoń jego zawsze otwartą tak, jak serce.
Po roku dał pierwszy koncert, który mu zyskał sławę wielkiego kompozytora.
W marzeniach swych widział się już wśród olśnienia i upojenia sławy.
Kiedy kawaler ukazał się w salonie, i z tej lub owej przyczyny ściągnął na siebie powszechną uwagę, znajdzie się zaraz jedna lub więcej pań, mających córki, siostrzenice i t. d. na wydaniu. Biedny młodzieniec znajduje się w bezustannem oblężeniu. Przedewszystkiem wdowy mają manię robienia małżeństw.
Fryderyk Boissier stał się celem pocisków.
Wszystkim natarciom, tem więcej niebezpiecznym, że ukrywały się pod pozorem żywego zainteresowania, młody człowiek przeciwstawiał swą młodość.
Odpowiadano:
— Młodość, panie Boissier, to najlepsza rękojmia szczęścia w małżeństwie.
Wymawiał się brakiem majątku i skromną pozycyą artysty.
— O, pod tym względem wiemy, czego się trzymać; zarabiasz pan sześć tysięcy franków rocznie. A następnie masz pan przyszłość, swój talent, swoje nadzieje. Zresztą pańska żona przyniesie ci posag.
Fryderyk uśmiechał się zrazu. Lecz wkrótce musiał ustąpić.
Mógł wprawdzie łatwo uniknąć tych małych nieprzyjemności i uwolnić się od troskliwych pań, oświadczając, że serce jego posiada kto inny. Lecz nie mając jeszcze uczuć Emeliny względem siebie, nie wiedząc, czy państwo de Révilly zgodziliby się oddać mu rękę swej córki, postanowił milczeć do czasu.
A jednak tajemnicę, którą ukrywał tak dobrze, odkryły już trzy osoby.
Po pierwsze pani de Révilly, która pałała chęcią wydania córki za mąż, następnie Helena Surmain, a wreszcie Emelina.
Ta ostatnia już nieraz płonęła pod gorącemi spojrzeniami młodzieńca. Cudownym instynktem, który Bóg udzielił kobiecie, odgadła, że jest kochaną.
Był to tryumf jej miłości własnej, nie radość dla serca.
Panna de Révilly była raczej wysoka, niż mała, i jakeśmy już nadmienili, prawdziwie urocza. Rzeźbiarz wziąłby ją z pewnością na model, aby wykonać arcydzieło. W tańcu nie można było dość się napatrzeć jej postaci smukłej i gibkiej. Przepyszne czarne sploty włosów, długie i gęste, otaczały czoło inteligentne. Miała oczy marzące, a słodkie spojrzenie Kreolki. Gdy uśmiech zaigrał na koralowych wargach, odsłaniały się śliczne zęby, jak perły. Ramiona białe, jak alabaster, kończyły się małemi rączkami, których by księżniczka pozazdrościła. Różowe lica domagały się pocałunku; szyja dziewicza, uszy prześlicznego rysunku, wszystko było doskonałem.
Szalejąc za tańcem, przebierała bez zmęczenia drobnemi i kształtnemi nóżkami.
Nie można było patrzeć na nią bez zachwytu.
Wszystko w niej pociągało. Głos czarował, uśmiech upajał, a spojrzenie pozbawiało siły.
Na nieszczęście, panna Emelina była kokietką; wiedziała, że jest piękną, dawała trochę za często poznać to po sobie, co osłabiało wrażenie, jakie sprawiała na pierwszy rzut oka. Nadto mimowoli zachowywała się zawsze wyniosłe, co nie można było poczytywać za godność panienki dobrze wychowanej.
Jak większa część kobiet lubiła stroje, eleganckie toalety, czego dawała dowód, ubierając się zawsze z wyszukaną starannością.
W każdym razie jej zalotność nie zawierała w sobie nic rażącego. Emelina nie umiała się nią jeszcze posługiwać, jako bronią zabójczą.
Pani de Révilly przyjmowała bardzo wiele osób. Jej salon był w modzie; bawiono się u niej wyśmienicie, a cała złota młodzież dawała tu sobie rendez-vous.
Łatwem było do odgadnięcia, że pani de Révilly szukała dla córki męża.
Ze dwanaście pięknych serc kręciło się koło Emeliny, szepcąc jej do ucha czułe słówka. Wszyscy wyglądali na zabój zakochani, lecz o dziwo! oświadczyny, zostawały zawsze w perspektywie.
To mieszało wszystkie plany, wszystkie obliczenia pani de Révilly. Mówiąc prawdę, cierpiała ona bardzo, widząc przy sobie bez ustanku piękną córkę dwudziestoletnią, która wyjawiała każdemu, że mama przeszła czterdziestkę.
Sytuacja to arcyniemiła, jeżeli się ma pretensye, a nie może ukryć swego wieku.
Pani de Révilly była bardzo długo gwiazdą na niebie Tuluzy. Teraz strącona olśniewającą pięknością córki gwiazda spadała coraz niżej.
Oto na co pani de Révilly nie chciała się zgodzić. Ztąd pragnienie gorące wydania córki za mąż.
Poznawszy co się dzieje w sercu Fryderyka Boissier, zagięła sobie na niego parol.
— Nie posiada tyle, co inni — rozważała w duchu — ale ma młodość i talent. Będzie pracował i dojdzie do majątku z pewnością.
Nie kłopotała się dłużej o męża dla Emeliny.


III.
Matka.

Pewnego wieczoru, w trzy tygodnie po uroczystości w pałacu baronowej de Cernac, Fryderyk przed udaniem się na spoczynek, ucałował według zwyczaju serdecznie matkę i rzekł:
— Kochana mamo, jutro rano pomówimy o ważnej sprawie.
— Ah! — zawołała.
— Tak, tak, będziemy rozmawiać bardzo poważnie — dodał, uśmiechając się lekko.
— Jeszcze nie tak późno — zauważyła matka, pieszcząc go spojrzeniem-dla czego odrazu nie chcesz mi powiedzieć tego, o czem jutro będziemy rozmawiali?...
— Nie, nie — odparł żywo — jutro rano!
— Fryderyku, niepokoisz mnie bardzo.
— Przeciwnie, ciesz się kochana mamo.
— A więc jakaś nowa radość spada na ciebie?...
— Tak jest.
— I szczęście dla mnie?...
— Tak, mamo, szczęście dla ciebie.
— W istocie, widzą wesołość w twem spojrzeniu. Przed rozłączeniem pocałuj mnie jeszcze raz, Fryderyku, moje dziecię kochane.
Pani Boissier ułożyła się do snu zadowolona i usnęła z myślą o jutrze.
Nazajutrz rano wdowa obudziła się wcześnie. Już ubrała się i uczesała, gdy wszedł Fryderyk.
— Przepędziłaś dobrze noc, kochana mamo? — zapytał.
— Tak, synku. Ty równie, nieprawdaż?
Mając lat dwadzieścia pięć, z twojem zdrowiem, śpi się zawsze dobrze. Usiądź tam, na fotelu, naprzeciw mnie, abym cię mogła dobrze widzieć. Tak, dobrze, zdaje mi się, że pobladłeś trochę.
Młody człowiek uśmiechnął się pod wąsem.
— Śmiejesz się?... odezwała się pani Boissier — brzydalu, wyśmiewasz się z matki!...
— Oh! mama wie, jak ją szanuję, nie pozwoliłbym sobie...
— Dobrze, dobrze, jesteś poczciwym chłopcem. A teraz, zacznijmy. Mimowoli czuję się nieco wzruszoną! Ciekawam bardzo... No, moje dziecko, czegoż mam się dowiedzieć?...
Fryderyk milczał, spuściwszy oczy; po chwili podniósłszy głowę, rzekł krótko:
— Kochana matko, chcę się żenić.
Pani Boissier poruszyła się gwałtownie.
Ażeby ukryć swe zdziwienie i swój przestrach, otworzyła złotą tabakierkę i, wyjąwszy szczyptę tabaki, podniosła ją do nosa.
Taka tabakierka, klejnot prawdziwy, cyzelowany delikatnie ręką artysty, była podarkiem i pamiątką po nieboszczyku.
Pani Boissier należała do najtkliwszych matek, tak, jak była dla zmarłego najlepszą żoną. Miała tylko małą, malutką wadę: zażywała tabakę.
— A więc, przemówiła, ochłonąwszy ze ździwienia — pragniesz się żenić?....
— Tak jest, mamo, jeżeli ty zgadzasz się na to także.
— W mem sercu za wiele miłości dla ciebie, ażebym ci się mogła sprzeciwiać. Moje drogie dziecko, moja wola stała się po trosze twoją. Nigdy nie miałam sposobności żalić się na ciebie, gdyż zasługiwałeś zupełnie na zaufanie, które położyłam w tobie. Po bolesnej stracie, którą odczuliśmy oboje, żyłam wyłącznie dla ciebie. Dziś, jak zawsze, żądam, życzę sobie i pragnę twego szczęścia.
— Wiem o tem, matko.
— Zanim pomyślałeś o małżeństwie, czyś dostatecznie się zastanowił?...
— Tak.
— Więc twe postanowienie jest nieodwołalnem?...
— Tak jest, mamo.
Westchnienie wyrwało się z jej piersi.
— Jednakże, Fryderyku zaczęła głosem wzruszonym — skończyłeś dopiero dwadzieścia pięć lat...
— Czy mama nie znajduje mnie dosyć rozsądnym, poważnym...
— Nie to mam na myśli. Chciałam powiedzieć, moje dziecko, że tracę już część twego serca. Spodziewałam się być dłużej twą jedyną miłością!...
— Ależ, mateczko — odparł gorąco — wszak nic się nie zmieni w naszem życiu. W miejsce jednego, dwoje dzieci będzie cię kochać i otaczać troskliwością.
Potrząsła smutnie głową.
— Już nie będzie to samo — szepnęła.
Dwie wielkie łzy błysnęły w jej oczach. Jej syn, jej drogi Fryderyk był dla niej wszystkiem: radością, dumą, życiem, a teraz czuła, że już do niej nie należy.
Po chwili milczenia zaczęła:
— Ona z miasta...
— Tak, mamo.
— Ma się rozumieć, że ją kochasz?...
— Z całego serca z całej duszy!...
— Długo?...
— Od kilku miesięcy.
— A mnie nic o tem nie wspomniałeś?
— Czekałem.
— Jesteś kochanym?...
— Tak sądzę.
Więc nie jesteś pewnym?...
— Rodzice przyjmują mnie bardzo uprzejmie i wiem, że są przygotowani oddać mi rękę córki; lecz nie ośmieliłem się jeszcze zapytać panny Emeliny.
— Ah! więc nazywa się Emelina?...
— Tak jest.
— Czy znam tę młodą dziewczynę?...
— Spotkała ją mama dwa, czy trzy razy u pani Surmain.
— Jakto? — zawołała pani Boissier — to panna Emelina de Révilly, którą kochasz i pragniesz zaślubić?...
— To ona moja mamo.
— Ah! Fryderyku, strzeż się, drogie dziecko!...
Młody człowiek zadrżał. Słowa te, które już raz słyszał w ustach pani Surmain, sprawiły na nim przykre wrażenie.
— Mamo — przemówił — czyż nie jest ona prześliczną?...
— Tak, tak, prześliczna.
— Wykształcona, dystyngowana, uczciwa?
— To prawda.
— A miła, a ładna?...
— Może zanadto!...
Przecież to nie wada, kochana mamo?
— Z pewnością, przyjacielu; lecz rzecz to nieraz niebezpieczna. Przymioty serca kładę daleko wyżej od piękności.
— Ale panna Emelina ma wszelkie zalety.
— W oczach zakochanego, przyjacielu. Mój Boże! — ciągnęła dalej — nie mam nic do zarzucenia tej młodej osobie, którą znam zaledwie. W każdym razie, Fryderyku, nie ukryję przed tobą mej myśli. Zdaje mi się, że panna de Révilly zanadto pyszni się swoją pięknością. Przyznaję, że jest godną podziwu, lecz za wiele stara się, by ją podziwiano. Fryderyku, mogłabym się założyć, że przed zwierciadłem podziwia samą siebie.
— O! matko!...
Pozwól mi skończyć; mówię ci to, co myślę, i opowiadam wszystko według wrażenia, jakie panna de Révilly wywarła na mnie od pierwszego spojrzenia. Tak ją osądziłam...
— Mamo, zaręczam ci...
— Nie pragnę niczego więcej, jak pomyłki z mej strony — przerwała żywo. — Lecz raz zacząwszy, nie zatrzymam się, aż ci wszystko powiem. Zdawało mi się więc, że panna de Révilly nie ma wcale skromności, która tak przystoi panienkom w jej wieku; pod jej pięknem czołem odkryłam wielką próżność. Wreszcie, kochany Fryderyku, wszystko, co spostrzegłam, zamyka się w jednym wyrazie: panna de Révilly jest kokietką!...
— Pomyśl tylko, mamo, że Emelina ma zaledwie lat dwadzieścia; toż to jeszcze dziecko. Czyż może mieć zły zamiar lub złą myśl, ona, piękna i czysta, jak anioł! W końcu, jeżeli kokieterya nie jest zaletą, to nie możemy również nazwać jej straszliwą wadą. No, kochana mamo, czyż wszystkie kobiety nie są dziś trochę zalotne?... Jeżeli, jak mama słusznie zauważyła, skromność przystoi młodej dziewczynie, to ja z kolei ośmielam się twierdzić, że trochę zalotności nie zaszkodzi młodej, przystojnej kobiecie. Zaręczam mamie, że zalotność panny de Révilly nic a nic mnie nie przeraża.
Pani Boissier potrząsła głową.
— Wszystko dobre, wszystko doskonałe, gdy się kocha — westchnęła.
Zwróciwszy oczy na syna, ciągnęła poważnie:
— Mógłbyś jednak, Fryderyku, poczekać jeszcze kilka miesięcy. Może się rozmyślisz... Taką radę dałby ci twój ojciec, gdyby go Pan Bóg zachował przy życiu.
— Mówiłem już, że moje postanowienie było następstwem długiego namysłu.
— Synu, małżeństwo, to akt wielki, najważniejszy w naszem życiu; tu idzie o szczęście dwóch osób, o ich całą przyszłość.
— Myślałem już o tem wszystkiem, moja matko; pytałem się mego serca, a ono zawsze odpowiadało: „Poślub Emelinę, jeżeli chcesz być szczęśliwym“. Kocham ją, kocham, czy mogę co nad to powiedzieć? Wierz mi, mamo, bez Emeliny nie znajdę szczęścia na ziemi.
Pani Boissier stłumiła westchnienie, które wyrywało się z piersi; spuściwszy głowę, namyślała się głęboko.
Fryderyk, nieco zaniepokojony, czekał na odpowiedź.
— Ha! — szepnęła — trzeba przyjąć to, czego nie można odwrócić.
Poczem, podniósłszy oczy na syna, przemówiła:
— Chcesz koniecznie się żenić, więc nie mam ci nic do powiedzenia. Teraz będę składać modły za twoje szczęście i twej przyszłej żony.
— I za twoje, mamo!...
— Oh! moje... — westchnęła.
Młody człowiek otoczył ją ramionami.
— Nie obawiaj się niczego — rzekł tkliwie — będę cię zawsze kochał!...
— Wierzę ci — odparła, usiłując powstrzymać łzy, cisnące się do oczu — ale będziemy już dwie... Pierwsze miejsce w twem sercu zajmie kto inny... No — dodała, siląc się na uśmiech nie trzeba być zazdrosną!...
— Od śmierci męża, jedyną myślą biednej kobiety był jej syn; jedynem marzeniem: szczęście ukochanego jedynaka! Dotychczas ich życie płynęło spokojnie i szczęśliwie. Z małżeństwem Fryderyka ileż to zajdzie nowych zmian! Była gotowa pokochać synowę, lecz czy ta ostatnia nie odpłaci za uczucie niewdzięcznością? Drżała na samą myśl, że nie będą się zgadzały w usposobieniach. Cóż się stanie w takim razie? Konieczność rozłączenia będzie nieuniknioną. Naturalnie, mąż ujmie się za żoną, a matka zostanie samą. Będzie opuszczoną, zapomnianą. Samą, zupełnie samą! To słowo ją przerażało. Może błądziła, lękając się tak wcześnie, lecz czyż wypadków podobnych nie widziała na własne oczy?...
— Oh!— mówiła w ducha — jeżeli zdarzy się takie nieszczęście, nie przeżyję go z pewnością!...
Młody człowiek zaczął na nowo:
— Kochana mamo, chciałbym, abyś dziś złożyła wizytę państwu de Révilly.
— Dzisiaj?..
— Tak jest, aby poprosić o rękę panny Emeliny.
— Jesteś pewnym, że twa prośba zostanie wysłuchana?...
— Przyjmą mamę bardzo dobrze; wizyta twa jest już tam oddawna oczekiwana.
— Widzę, że już znakomicie pokierowałeś tę doniosłą sprawą. Zgoda, będę dziś u państwa de Révilly.
— Dziękuję ci, mateczko.
— Czy wiesz, ile pan de Révilly może mieć majątku?
— Nie, mamo. Nie potrzebuję chyba nadmieniać, że, żeniąc cię, pragnę poślubić młodą dziewczynę, którą kocham, a nie jej posag.
— Jestem o tem przekonana, gdyż znam delikatność twego charakteru.
— Zaręczają, że pan de Révilly posiada wcale ładny majątek .Nadto wspominało mi kilku przyjaciół rodziny i sama pani de Révilly, że kupili posiadłość w pobliżu Aveyron.
— Tak, pan de Révilly musi być bogatym; wnioskuję to z wydatków jego rodziny. Pani de Révilly była zawsze kobietą elegancką, lubiącą błyszcze i otaczać się przepychem. Suknie, koronki, kapelusze, rękawiczki, to wszystko kosztuje drogo, jeżeli się ślepo służy modzie. Mam nadzieję, moje dziecko, że panna Emelina nie będzie podobną do matki... Fryderyku, przychodzi mi do głowy pewna myśl...
— Cóż takiego?..
— Będąc tak piękną, Emelina musi mieć wielu wielbicieli.
— W istocie, wiem nawet, że kilku młodych ludzi z bardzo dobrej rodziny nadskakiwało pannie de Révilly.
— A więc, przyjacielu, czy nie znajdujesz to dziwnem, że państwo de Révilly przenieśli ciebie, ubogiego artystę, nad tamtych młodych ludzi, lepiej od ciebie uposażonych pod względem majątku?...
Młody człowiek milczał chwilę zakłopotany.
— Kochana mamo — odparł wreszcie — państwo de Révilly, podobnie jak ty, pragną tylko szczęścia swej jedynaczki; znając mnie, wiedzą o mej gorącej miłości dla Emeliny i są pewni, że uczynię ją szczęśliwą. Tak więc łatwe zwycięstwo moje da się wytłómaczyć. Powtóre wiedzą, że mam talent i widoki na przyszłość. To wiele znaczy. Ty sama, kochana mamo, zachęcając mnie do pracy, do przełamywana trudności, czy nie masz nadziei, że i mnie szczęście się uśmiechnie...
— Prawda, prawda... Wierzę w twoję twórczość... Zostaniesz człowiekiem chyba.
— Chyba?...
Przesunęła gwałtownie po czole.
— Nie — rzekła — nie chcę mieć tej myśli. Tak, Fryderyku, zostaniesz sławnym, będziesz wielkim! Ah! proszę Boga, by mi pozwolił oglądać za życia na twem czole aureolę sławy!...


IV.
Narzeczona.

Pani Boissier wyszła z ulicy Cordeliers o godzinie dziesiątej, ażeby spełnić polecenie syna.
Dom, w którym mieszkali państwo de Révilly, znajdował się w alejach Lafayette, będących tem dla Tuluzy, czem pola Elizejskie dla Paryża.
Oddalenie nie było wielkiem. A jednak o trzy kwadranse na dwunastą matka Fryderyka nie była jeszcze z powrotem.
Tego dnia młody człowiek nie miał rano lekcyj w mieście; pozostał w domu, czekając na matkę z gorączkową niecierpliwością.
Chcąc skrócić czas i rozprószyć niepokojące go myśli, siadł do fortepianu, lecz po chwili palce zatrzymały się na klawiszach, a on, spuściwszy głowę, zatopił się w głębokiem marzeniu.
Wreszcie zjawiła się pani Boissier... Fryderyk, zerwawszy się śpiesznie z krzesła, pobiegł naprzeciw niej, zapytując ją niemem spojrzeniem.
— Przyjęto mnie bardzo uprzejmie — odezwała się. — Rozmawialiśmy o tobie długo, poczem przedstawiłam twoję prośbę.
— I...?
— Jak przewidziałeś, nie okazywano najmniejszych trudności.
— O mamo, jakże jestem szczęśliwy!...
— Daj Boże! żebyś był nim zawsze! — pomyślała matka.
— Czy była mowa, kiedy ślub ma się odbyć? — zapytał młody człowiek.
— Tak jest, pani de Révilly wyraziła życzenie, abyście się połączyli jak najprędzej.
— Czy i ty jesteś tego zdania, mamo?...
— Moje drogie dziecko, zgadzam się na to, czego ty pragniesz.
— Widziała mama pannę Emelinę?...
— Widziałam.
— No, i jakże?...
— Rozumie się, że nie w jej obecności przedstawiłam moje zadanie.
— Naturalnie.
— Okazała się bardzo miłą; przypatrywałam się uważnie; rzeczywiście jest prześliczną; znalazłam, że to panienka bardzo na swojem miejscu i nie wywarła na mnie wcale tego wrażenia, co przy pierwszem widzeniu u pani Surmain.
— O! pokochasz ją, mateczko!...
— Wszystko, co ty kochasz, i ja kocham. Panna de Révilly musiała być uprzedzona przez matkę lub też sama odgadła powód mej wizyty, gdyż po chwili powstawszy, podała mi rękę i odeszła. Pani de Révilly wszystko z góry przygotowała, co daje dowód, że od dłuższego czasu zwróciła na ciebie oczy, jako na przyszłego zięcia. Tak naprzykład, nie będąc u nas nigdy, zna dokładnie rozkład naszego mieszkania, i wyznaczyła pokój dla twej przyszłej żony... Obawiałam się, że pani de Révilly zechce zatrzymać córkę przy sobie; przekonałam się jednak, że niepokój mój jest płonnym. Muszę ci też oznajmić, że wśród rozmowy, pani de Révilly nadmieniła o posagu swej córki, wynoszącym trzydzieści tysięcy franków renty.
— Moja mamo, nie chcę słyszeć o kwestyi pieniężnej!...
— W tej myśli odpowiedziałam pani de Révilly, pewna z góry, że zyskam twoje uznanie. Podzielam twój sąd, Fryderyku, gdyż małżeństwo jest rzeczą świętą, która nie powinna nigdy być przedmiotem targu.
— Trzydzieści tysięcy franków! — szepnął młody człowiek — to za wiele, bezwarunkowo za wiele!...
— Tak — pomyślała pani Boissier — za wiele lub za mało!...
W tej chwili służąca zawiadomiła panią domu, że śniadanie czeka na stole.
Przeszedłszy do sali jadalnej, usiedli do stołu.
Na czole młodego muzyka jaśniała radość, szczęście błyszczało w jego spojrzeniu.
Wesołość syna wystarczała pani Boissier; a jednak pomimo, że starała się usilnie uspokoić się, jakiś niepokój targał sercem matczynem.
— Kochana mamo — rzekł Fryderyk — oto jeden z moich snów najpiękniejszych stał się rzeczywistością. Dziś nadzieja i ufność w szczęśliwą przyszłość wzrosły w mem sercu bardziej, niż kiedykolwiek. Widzisz, mamo, wszystko mi się uśmiecha. Patrz tylko; nigdy błękit nieba nie był piękniejszym, nigdy słońce jaśniej nie świeciło; śpiew ptaków brzmi dźwięczniej, niż zwykle, nawet woń kwiatów napełnia powietrze dziwnym zapachem... Zdaje mi się, że przyroda dla mnie obchodzi uroczystość! Tak, matko, czuję odwagę w mych żyłach, przejdę zwycięsko wszystkie próby! Gotów byłbym podnieść świat cały na moich barkach! Zacznę pracować z zapałem; przed końcem roku muszę skończyć moję operę komiczną.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przed domem państwa de Révilly znajdował się mały ogródek; rodzaj parteru, zasianego krzakami i kwieciem: za nim wznosił się mur dosyć wysoki, łączący tę kamienicę z innemi budowlami w alei Lafayette.
Na całej długości muru urządzono terasę, pełną róż i lilij, mirtu i drzewek laurowych. Ażeby tu się dostać, trzeba było przejść po kilku stopniach kamiennych, znajdujących się na on końcach muru.
Na lewo od domu ręka artystyczna wzniosła kiosk uroczy i pełen wdzięku. Z jednej strony wchodziło się tu drzwiami; po stronie przeciwnej rozciągała się przed widzem panorama miasta, którą można było oglądać przez małe okienko.
Róże otaczały to prześliczne schronienie, fiolki i dzwonki błękitne, tworząc z niego całość, godną podziwu artysty.
W kilka godzin po odwiedzinach pani Boissier, a więc około piątej, panna Emelina de Révilly ukazała się na terasie i zwróciła się ku kioskowi. Otworzywszy książkę, którą ze sobą przyniosła, zaczęła czytać. Bądź dzieło było mało zajmującem, bądź też inne powody rozstrajały jej myśli, dość, że wlepiwszy wzrok w książkę, siedziała długo, nie odwracając kartek. Z twarzy można było poznać, że jest niespokojną, roztargnioną; od czasu do czasu rzucała okiem w głąb alei.
A jednak nie wyglądała na osobę, oczekującą kogoś z niecierpliwością.
Była to godzina, w której młodzi próżniacy miastowi i piękne damy zaczynają ukazywać się na ulicy. Młoda panna znajdowała przyjemność w przyglądaniu się przechadzającym i krytykowaniu ich toalet.
Przed chwilą odbyła bardzo poważną rozmowę z matką. Oto co usłyszała z ust pani de Révilly.
— Zapewne dorozumiewasz się, że wizyta pani Boissier pozostaje z tobą w związku. Matka pana Fryderyka prosiła o twoję rękę dla niego. Nie mam potrzeby mówić ci, że ja i twój ojciec oceniamy należycie przymioty pana Boissier. Odpowiedzieliśmy też przychylnie i, począwszy od dnia dzisiejszego, pan Fryderyk jest twoim narzeczonym, a najpóźniej za miesiąc zostanie twoim mężem.
Panna Emelina, spuściwszy oczy, jak przystoi panience, pełnej uszanowania dla matki, słuchała w milczeniu.
Gdy matka skończyła, rzekła krótko:
— Dobrze, mamo.
Pani de Révilly, uściskawszy córkę, wyszła na miasto, ażeby uwiadomić przyjaciółki o przyszłem małżeństwie Emeliny.
Ta ostatnia, znalazłszy się sama w domu, udała się do kiosku, pragnąc prawdopodobnie uniknąć nudów.
O czem myślała?... Może i ona marzyła o szczęściu, czekającem ją w przyszłości?... Nie moglibyśmy tego zaręczyć.
Nagle, odgłos kopyt końskich dał się słyszeć na ulicy, zaciekawiając młodą dziewczynę.
Powstała szybko i z książką w ręku wychyliła przez okienko ciemną główkę.
Obraz był godnym zwrócenia uwagi malarza.
Młody i elegancki kawaler na arabczyku czystej krwi, przejeżdżał przez aleję. Spostrzegłszy młodą osobę, poruszył się ze ździwieniem, okazując tem swój zachwyt. Ruch ten oddziałał prawdopodobnie na wędzidło rumaka, gdy tenże zatrzymał się nagle, naprzeciwko kiosku.
Spojrzenia młodego człowieka i Emeliny skrzyżowały się szybko, jak dwie błyskawice.
Równocześnie jeździec podniósł rękę do kapelusza, pochylając się na siodle.
Twarz młodej kobiety oblała się rumieńcem. Mimowolnie przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, młody człowiek, spiąwszy konia ostrogami, zniknął w kierunku placu Lafayette.
Emelina odwróciła się i wydała okrzyk ździwienia.
Pani Surmain stała o trzy kroki przed nią.
Wszedłszy do kiosku w chwili, gdy koń się zatrzymywał, widziała wszystko.
Panna de Révilly podała jej rękę.
Nie spostrzegła na ustach przyjaciółki ironicznego uśmiechu.


V.
Przyjaciółki.

Pani Surmain posiadała w wysokim stopniu sztukę udawania. Umiała zarówno dobrze wynurzać uczucia, o których jej się nawet nie śniło, jak ukrywać wrażenia, przykre czy też przyjemne. Jej piękne oblicze pokrywało się co chwila maską do zbadania.
Emelina była również obdarzona wolą energiczną; potrafiła powściągnąć się w gniewie, przywołać na usta uśmiech kłamliwy i nie wyrwać się nigdy ze słówkiem niepotrzebnem.
Pomimo tego, łatwem było do przewidzenia, że w razie walki między obiema młodemi kobietami, pierwsza z nich weźmie górę.
Pani Surmain, usadziwszy się naprzeciw przyjaciółki, zmierzyła ją przenikliwem spojrzeniem, mówiąc zwolna:
— Czy nie zauważyłaś tego młodego człowieka, który przed chwilą przejeżdżał na koniu?...
— Widziałam go przez krótką chwilę — odparła śmiało Emelina.
— A jednak... zdawało mi się, że zatrzymał się na nim twój wzrok.
— Ah! zatrzymał się... widocznie nie na długo.
— Miał dosyć czasu aby ci złożyć ukłon.
— Jakto, ten pan mi się kłaniał? — zawołała Emelina z dobrze udanem zdziwieniem.
— Tak jest; wysyłając ci zarazem bardzo miły uśmiech.
— To szczególne, doprawdy, nic z tego nie widziałam.
— Nic dziwnego — rzekła pani Surmain z uśmiechem — byłaś zajętą, nie zwróciłaś na to uwagi...
— Zwłaszcza, że kłaniałam się w tej chwili paniom de Massiac, które przechodziły po przeciwnej stronie ulicy.
— Tym sposobem ukłon i uśmiech biednego kawalera nie odniosły pożądanego skutku. Przyznaj się, Emelinko, musisz go znać dobrze?...
— Tego pana?...
— Tak.
— Zaręczam ci, droga Helenko, że widziałam go po raz pierwszy.
— To dziwne.
— Niema nic dziwnego. Ten miody człowiek nie mieszka w Tuluzie, i...
— Ah — przerwała Helena ze śmiechem — zauważyłaś, że jest młodym.
— Chybabym była ślepa — odparła Emelina spokojnie — można łatwo spostrzedz, że młody mężczyzna nie jest starcem.
— A więc nie znasz go wcale?....
— Przed chwilą ci to powiedziałam.
— A więc, kochana Emelino, on cię zna. Widział cię już nie raz. Gdzie?... Nie wiem. Lecz zaręczam ci, że zdarzało się to dość często, by zostać wielbicielem twej piękności.
— Ale ty wiesz, kto to taki?...
— Bardzo mało mogę ci o nim powiedzieć. Człowiek ten mieszka w Tuluzie od ośmiu dni. Wczoraj złożył wizytę pani Desloges w chwili, gdy i ja się tam znajdowałam. Pani Desloges pytała się mnie o ciebie, w ten więc sposób dowiedział się, że jestem twoją przyjaciółką. Od tej chwili był bardzo uprzejmym i rozmawiał o tobie z zapałem, z jakim zapałem!... Nie potrzebuję dodawać, że czułam się szczęśliwą, słysząc pochwały na cześć mej najlepszej przyjaciółki.
Tym razem rumieniec oblał twarzyczkę Emeliny.
— Czy zamierza stale tu mieszkać? — spytała obojętnie.
— Nie; przyjechał przepędzić dziesięć lub piętnaście dni w domu swego wuja.
— Ah! więc ma wuja w Tuluzie?...
— Pana Percier.
— Przemysłowca z ulicy Nazaret?...
— Ojca Percier, jak go nazywają, chociaż nie posiada dzieci. Jak wiesz, ma on ze dwa miliony...
— Zatem ten nieznajomy nazywa się Percier?...
— O! nie. Matka jego była jedyną siostrą starego przemysłowca, nazwisko jego Karol Dumey. Jeżeli cię to interesuje, to dodam, że rodzice młodego człowieka zostawili mu po śmierci znaczny majątek, który się zwiększy jeszcze przez miliony pana Percier, gdyż ten ostatni niema innych spadkobierców. Dumey ma lat trzydzieści pięć i jest kawalerem. Wprawdzie nie można powiedzieć o nim: „Oto ładny chłopak!“ lecz w razie, gdy zechce się żenić, będzie miał tylko trudność wyboru.
— Ta kobieta będzie bardzo szczęśliwą! — odezwała się Emelina marząco.
— Tak — potwierdziła Helena — gdyż spełni się najpiękniejsze z jej życzeń?... Cóż jej będzie brakowało?... Wszystko posiadać będzie: brylanty, konie, powozy, służbę, pieniądze, zamek na prowincyi i pałac w Paryżu!...
Emelina stłumiła westchnienie.
— A więc — zaczęła — pan Karol Dumey mieszka w Paryżu?...
— Prawdopodobnie przez większą część roku.
— Co za śliczna egzystencya!...
— Mimo olbrzymiego majątku, zajmuje się pracą.
— Pracuje!...
— Nawet bardzo wiele; przynajmniej zaręczała mi to pani Desloges, od której wiem o tych wszystkich szczegółach.
— Ciekawam co taki bogaty człowiek może robić?...
— Człowiek majętny, moja droga, może robić, co mu się podoba. Pan Karol Dumev ma wielkie kapitały, ulokowane w sprawach przemysłowych; nadto jest wspólnikiem w jakimś kantorze wymiany w Paryżu. W ten sposób zarabia rocznie sumę, równą dochodom z kapitałów. Pani Desloges, znająca go bardzo dobrze, twierdzi, że może on wydać dwieście tysięcy franków rocznie.
— Ależ to prześlicznie!...
— To zdumiewające, moja droga. Lecz już dość długo zajmujemy się panem Dumey i jego bogactwem; czas pomówić o tobie, Emelino.
— O mnie?...
— Ma się rozumieć. Bardzo się cieszysz?...
— Z czego?.
— No, nie udawaj naiwna Możesz się domyśleć, że wiem już o wielkiej nowinie.
Emelina, nie mogąc znieść przenikliwego wzroku przyjaciółki, spuściła oczy.
— Spotkałam panią de Révilly temu pół godziny na ulicy Boulbonne — ciągnęła Helena — uwiadomiła mnie czemprędzej o twem przyszłem małżeństwie. Zapowiedziała mi nawet, że jeszcze tej niedzieli wyjdą wasze zapowiedzi.
— Moja matka nie traci ani minuty; zdawałoby się w istocie, że pragnie wyzbyć się mnie czemprędzej.
— Jakże możesz mieć myśl podobną?...
— Przecież miałam czas jeszcze...
— Jakim tonem to mówisz!... Możnaby pomyśleć, że idziesz za mąż wbrew woli.
— Nie, Heleno, idę za mąż dobrowolnie, przyjmując za męża człowieka, którego wybrali moi rodzice. Zresztą pan Fryderyk Boissier ma w sobie wszystko, co może podobać się kobiecie. Jako mężczyźnie, nic mu zarzucić nie można, nadto jest wykształconym, jest artystą, mającym przyszłość przed sobą. Wszyscy mi, to mówią. Ty sama, Heleno, wspominałaś nieraz o panu Fryderyku w słowach nader pochlebnych. Nie poznawszy się na jego prawdziwych przymiotach, byłabym jedyną osobą niewdzięczną z tych, co go otaczają. Odkryłam od dawna jego gorące uczucie...
— Tak przerwała pani Surmain — kocha cię tak, jak tylko kobieta pragnie być kochaną. Być kochaną gorąco, szalenie, oto sen, o którym kobieta marzy i wiecznie marzyć będzie,..
— Pan Boissier ma tylko jedną wadę w mych oczach.
— Ah! jakąż to?...
— Jest on ubogim.
— Prawda; nie posiada, nic oprócz młodości i talentu; ale ma przyszłość przed sobą.—
Przyszłość. To rzecz bardzo niepewna.
— To ma ona dobre, że zawiera w sobie nadzieję. Moja droga Emelino, majątek nie tworzy szczęścia. Wchodzi ono częściej pod dach wieśniaczy, niż do pałacu magnata. Na nieszczęście małżeństwo bardzo często nie jest tem, czem być powinno; ileż to razy nie poślubia się młodej dziewczyny, lecz kupuje się tylko jej posag... Ty przynajmniej możesz być pewna, że pan Boissier działa bezinteresownie. Będziesz szczęśliwą w miłości; bo i ty go kochasz, nieprawda?...
Emelina milczała przez chwilę, poczem odpowiedziała:
— Nie wiem.
— Jakto! zawołała pani Surmain — idziesz za pana Boissier, nie będąc pewną, że go kochasz!...
— E! moja kochana — odparła młoda dziewczyna niecierpliwie — czy ja wiem, co znaczy słowo kochać?... Idę za mąż, bo widzę, że sprawia to przyjemność moim rodzicom, bo mam lat dwadzieścia, a nie chcę zostać starą panną, brzydką, dziwaczną, złą, śmieszną, nieznośną, słowem taką, jak panna de Beauregard, prawdziwa karykatura, podobniejsza do potwora, niż do istoty ludzkiej. A następnie, pan Fryderyk podoba mi się; rozmawia bardzo gładko; znajduję przyjemność w słuchaniu jego mowy; miłem mi jest, że wszyscy go chwalą. Może to nazywają ludzie miłością.
— Teraz jestem pewną — mówiła w duchu pani Surmain — nie kocha go!... Ah! panie Fryderyku, wzgardziłeś mną, nie chciałeś zrozumieć mego ostrzeżenia... Dobrze: więc Emelina mnie pomści!...
Podniosła się z ławeczki.
— Okropnie tu gorąco — przemówiła, oddychając głęboko. — Emelino, możebyśmy się przeszły po terasie?...
Wyszły z kiosku.
Piękna narzeczona Fryderyka Boissier myślała o panu Karolu Dumey, który posiadał pałac w Paryżu, wspaniały zamek na wsi i dosiadał z niedbałością milionera ognistego rumaka.


VI.
Nie wszystko, co się świeci, jest złotem.

Kiedy termin ślubu młodych ludzi był już bardzo blizkim, pani de Révilly rzekła przyszłemu zięciowi:
— Muszę pana uprzedzić, panie Fryderyku, że życzeniem naszem jest, aby ślub odbył się jak najwspanialej. Musimy zadowolnić naszych przyjaciół i siebie samych. Mówię panu to już teraz, chcąc poznać pańskie zamiary. Powinniśmy zgadzać się w najmniejszej drobnostce.
— Pochwalam wszystko, co pannie Emelinie sprawi przyjemność — odparł młody człowiek. — Polegając na pani doświadczeniu, ufam, że wszystko, co pani zrobi, będzie dobrem.
— Zgoda. Czy pomyślałeś pan już o nowem mieszkaniu, a przede wszystkiem o urządzeniu salonu i buduaru Emeliny?...
— Tak jest, pani. Spodziewam się, że mi pani nie odmówi swoich dobrych rad?...
— Naturalnie. Jakąż sumę zamierzasz pan poświęcić?...
— Około dwu tysięcy franków.
— To mało; zresztą zobaczymy jeszcze. Widziałam u mego tapicera zupełnie umeblowany pokój wraz z gabinetem do toalety, który bardzo przypadłby do gustu Emelinie.
— Kupimy go, łaskawa pani.
— A więc, pójdziemy tam jutro razem. Nie zapomnij też pan uwiadomić twych przyjaciół z teatru du Capitole, gdyż pragnę, aby wzięli udział w orkiestrze podczas wielkiej, mszy. Niech przez pół roku nie rozmawiają w mieście o niczem innem, niż o ślubie Emeliny.
Podczas każdej takiej narady, pan de Révilly zjawiał się na chwilę, aby powiedzieć:
— Dobrze, bardzo dobrze!....
Jako człowiek zajęty zupełnie swemi interesami, udawał się często do Paryża, żyjąc, prawie ciągle po za domem. Z innych powodów, niż jego żona, pochwycił czemprędzej sposobność wydania za mąż Emeliny.
Mimo protestów męża, pani de Révilly oświadczyła, że córki swej nie wyda za mąż bez kontraktu ślubnego.
Spisano więc kontrakt, w którym stało, że państwo de Révilly dają swej córce trzydzieści tysięcy franków posagu, który ma być wypłacony w dwa tygodnie po ślubie. Dalej ciągnął się długi spis przedmiotów, składających wyprawę panny młodej.
Pani de Révilly okazała się nielitościwą dla notaryusza; nie darowała mu ani jednego gałganka, pragnąc, aby wszędzie powtarzano:
— Nie można mieć nawet wyobrażenia o wszystkiem, czem pani de Révilly obdarzyła swoją córkę.
Fryderyk podpisał kontrakt, niezamknąwszy oczu, lecz zwróciwszy je na narzeczoną, która się uśmiechała radośnie.
Rzeczywiście, dziękowała mu za to, że idąc za radą pani de Révilly kupił dnia poprzedniego: po pierwsze meble za cztery tysiące franków; po drugie klejnoty za taka samą cenę, wszystko to dla sprawienia przyjemności Emelinie.
Pani Boissier nie sprzeciwiała się synowi w niczem; lecz w duchu mówiła sobie, potrząsając smutnie głową:
— Na cóż zda się ten zbytek? czyż potrzebujemy zamydlać ludziom oczy?... Niestety! boję się, że to dopiero początek rozrzutności; z naszych oszczędności nie zostanie nic z goła.
Co do Fryderyka, ten o niczem nie myślał, pragnąc przede wszystkiem dać Emelinie jak najwięcej dowodów swej miłości. Żył teraz, jak dziecko, a właściwie, jak zakochany, bez troski o jutro.
Pani Surmain, a następnie jego własna matka, rzekła mu:
— Strzeż się!...
Przestroga była ważną; on już o niej zapomniał. Zresztą nie był już panem siebie, aby módz rozważnie postępować i obliczać.
Pani Surmain była może jedyną osobą w Tuluzie, któraby mogła ostrzedz go, otworzyć mu oczy i zwrócić uwagę na grożące niebezpieczeństwo.
Helena wiedziała dobrze, jakiem jest prawdziwe stanowisko państwa de Révilly, lecz kochając dotąd Fryderyka, postępowała z nim chłodno, nie usiłując wcale ocalić go od zguby.
W ten sposób pozostawiała niewdzięcznika jego przeznaczeniu.
Gdyby Helena nie była uczuła miłości dla młodego artysty, gdyby była tylko jego przyjaciółką, poczytywałaby z pewnością za swój obowiązek objaśnić go co do stosunków w jakich znajdzie się zaraz po ślubie.
Oto co wyjawiłaby mu prawdopodobnie:
Pani de Révilly jest kokietką w całem tego słowa znaczeniu. Pomimo swego wieku, żyjąc tylko dla przyjemności, jest w stanie wszystko im poświęcić. W jej domu, prowadzonym bez porządku i oszczędności, wydatki były zawsze olbrzymie.
Na nieszczęście, Emelina pod tym względem nie różni się od matki. Od czterech lat, to jest od czasu, jak opuściła pensyę, wychowana pod dozorem pani de Révilly, przywykła do zbytku i wygody, zajmując się jedynie toaletą.
Matka i córka lubują się we wszystkiem, co świeci, co błyszczy i uderza w oczy dla tego też pragną za wszelką cenę olśniewać wszystkich przepychem i wykwintnością.
Pani de Révilly nie kochała nigdy męża, który ze swej strony nie mógł żywić dla niej głębszego uczucia. Córka jest jej również zupełnie obojętną. Przecież kochając bale, zebrania, uroczystości, nie można przelewać zbyt wiele uczucia nawet na najbliższych krewnych.
Serce pani de Révilly jest bardzo ciasne; zawiera ono tylko miłość własną i dumę. Próżność znalazła schronienie w głowie.
Zazdroszcząc piękności Emelinie, zachwyca się wydaniem jej za mąż.
Pani de Révilly opowiada chętnie o folwarku, który mąż posiada w okręgu de l’Aveyron. W istocie, posiadłość ta istnieje, lecz pa ni de Révilly nie dodaje, że hipoteka obciążona powyżej wartości. W rzeczywistości pan de Révilly nie jest ani właścicielem ziemskim ani kapitalistą.
To odkrycie zrobiło kilku bogatych ludzi z miasta, którzy, przyciągnięci zrazu pięknością Emeliny, ograniczyli się wkrótce na niemym podziwie, trzymając się ostrożnie na uboczu.
Kiedy zachodzi obawa, że córka zostanie na zawsze w domu, wtedy nie można wypuścić z rak sposobności wydania jej za mąż.
Państwo de Révilly urządzają zebrania, żyjąc, jak prawdziwi magnaci. Dom, w którym mieszkają sami, koło placu Lafayette, w dzielnicy najpiękniejszej i najdroższej w Tuluzie, jest urządzony kosztownie, z przepychem. Mają dwoje służby, pokojowca i kucharkę. W swoim czasie pani de Révilly miała pokojówkę. W ogóle sposób ich życia wymaga co najmniej dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy franków.
Gdyby każdy znał dokładnie stosunki, w jakich znajduje się pan de Révilly, zdziwiłby się niepomiernie, nie mogąc pojąć, jakim cudem człowiek ten może wydać rocznie tak wielką sumę.
Pana de Révilly uważają powszechnie za człowieka, rozumiejącego się wyśmienicie na interesach. Błędnie, czy słusznie, uchodzi on za potęgę w sprawach finansowych. Rozporządzając pieniędzmi, który mu powierzone, w nadziei, że je podwoi lub potroi, jest kapitalistą. Płacąc procenty właścicielom, zostawia sobie część pieniędzy, którą możnaby śmiało nazwać lwią częścią.
Można przypuszczać, że nie zawsze mu się szczęści w interesach, lecz nikt nie wie na pewno, jak postępuje w takim razie. Jeżeli ma książki liczbowe, nie pokazuje ich prawdopodobnie nikomu. Kiedy się chwiać zaczyna, ofiarowuje stronom wysokie procenty, któremi zadowolone ani pytają, czy kapitał pozostał nienaruszony.
W razie katastrofy, pan de Révilly, jako człowiek inteligentny, potrafi jeszcze długo utrzymywać równowagę, otaczając się zbytkiem i nie zmieniając budżetu wydatków.
Państwo de Révilly dają córce posag, wynoszący trzydzieści tysięcy franków. Robiąc to, wiedząc, że nie wydaje się jedynego dziecka za mąż, nie poświęciwszy dlań części majątku. Zresztą tak doradza im duma i miłość własna. Czy posag Emeliny będzie wypłacony? Bardzo powątpiewamy. To jeszcze nie wszystko chcieć, trzeba módz; państwo de Révilly spodziewają się módz, a nie będą mogli.
Fryderyk Boissier nie dowiedział się tego. Pomimo, że znał wiele osób w Tuluzie, nikt nie objaśnił go w tym względzie.
Dnia 22-go maja ślub pana Fryderyka Boissier i panny Emeliny de Révilly odbył się z wielką wspaniałością.


VII.
Miodowe miesiące.

Pierwsze dni poślubne dwojga kochających się ludzi należą do najpiękniejszych w życiu. Oboje znajdują się w zachwycie; wszystko jaśnieje naokoło nich, wszystko śpiewa. Wszędzie widzą uśmiechy, kwiaty i słońce, żyjąc w prawdziwem upojeniu szczęścia.
Myślą jedno o drugiem, oboje zachwycają się sobą, olśniewają się nawzajem.
Ten krótki czas stanowi nieraz o całej ich przyszłości.
MŁoda małżonka nie ukrywa zdziwienia, dowiadując się coraz to nowych i dotychczas jej nieznanych rzeczy. Uszczęśliwiona nie opiera się wybuchom miłości męża, któremu zawdzięcza zrodzenie się świętego uczucia.
Jakże uroczym jest ten rumieniec, który jej występuje na czoło przy lada spojrzeniu lub słowie nieostrożnem!...
Sami ze sobą, całują się, ściskają i milczą, uznając, że mową wszystkiego oddać nie można.
Wobec obcych starają się powściągać, lecz głos, spojrzenie, uśmiech, przesyłają pocałunki.
Na razie nie zajmują się niczem, zapominając o troskach i potrzebach życia codziennego.
Młodzi małżonkowie nie zastanawiają się nad niczem; do tego trzeba mieć czasu a ich godziny tak dobrze wypełnione!...
Przedewszystkiem trzeba się kochać. Dzień tak piękny, po cóż myśleć o jutrze?...
Zresztą mamy obowiązki względem rodziny i przyjaciół; przyjmujemy ich u siebie i oddajemy wizyty.
Szczęśliwe, szczęśliwe małżeństwo, nie doznające w tym czasie rozczarowania!...
Emelina nie mogła pozostać nieczułą wobec gorącej miłości Fryderyka. Lód w sercu dumnej i wyniosłej panny stopił się w łonie młodej kobiety. Nie podzielając upojenia męża, czuła się wzruszoną.
— Kocha mnie powtarzał młody człowiek jej uczucie odpowie temu, które wzbudziła w mej piersi. Ah! jakże będziemy szczęśliwi!...
Emelina widziała, że sny jej i marzenia nie są jeszcze spełnione, lecz zdawało się, że zadowolona w próżności zachwyca się wszystkiem, co ją otacza i uwielbia.
Jej pokój, umeblowany przez tapicera pani de Révilly, był prawdziwem gniazdkiem zakochanych. Salon przedstawiał się jako zbiór wszystkiego, na co Tuluza zdobyć się, mogła.
Czując się w obowiązku podziękować Fryderykowi, wynurzyła mu swoję radość i swój zachwyt.
— Więc jesteś zadowoloną? — zapytał. — Nowa to przyjemność dla mnie, kochana Emelino. To też starać się będę być ci zawsze miłym i drogim.
Odpowiedziała mu wdzięcznym uśmiechem.
Fryderyk już nie przypominał sobie, że dnia poprzedniego zapłacił tapicerowi ośm tysięcy franków.
Jego żona się cieszyła. Cóż go wszystko inne obchodziło?...
Młoda kobieta i pani Boissier zgadzały się we wszystkiem. Pierwsza szanowała matkę męża, wystrzegając się drażnić jej uczucia; druga, marząc tylko o szczęściu jedynaka, nie pragnęła niczego więcej, niż pokochać z całego serca synowę.
Młody człowiek zajął się na nowo uczniami, zabierając się z ufnością i odwagą do pracy. Większą część czasu wolnego poświęcał swej operze komicznej; akt drugi był już na ukończeniu. W chwilach odpoczynku układał orkiestrę partycyi.
Żona i matka zachęcały go gorąco.
— Znajduję w niej przepyszne rzeczy — mawiał im nieraz. — Mam przekonanie, że serce moje i wyobraźnia wydadzą na świat wielkie dzieło.
Zwykle dodawał:
— Szkoda, że mam tak mało czasu.
Czasami odgrywał na fortepianie kilka aryj z partycyi, mając za słuchaczów te dwie, tak drogie mu istoty.
— To prześliczne! zachwycające — wolała matka, do łez wzruszona.
— W istocie, bardzo piękne — powtarzała.
— Czy rzeczywiście?...
— Kochany Fryderyku — zaczynała pani Boissier — nie twoja matka powinnaby cię chwalić; lecz to pewna, żeś stworzony na mistrza. Nie wiem, co za siłę masz w sobie, coś ujmującego, a zarazem rozkazującego. Należysz do dobrej szkoły, do szkoły Boïelieu’a, Hérold’a' Auber’a.
Wtedy Emelina czuła ogarniający ją płomień, wtedy była zdolna ubóstwiać męża.
— Chciałabym już widzieć twoje powodzenie! — wołała.
— Powodzenie! Słowo to zapalało ją, przepełniając pierś nieznanem uczuciem. Słowo to zapewniało jej mężowi nietylko sławę, lecz i majątek.
Ileż pięknych nadziei mieściło się na tych kartkach rozrzuconych, na tych kropkach czarnych, na tej partycyi rozpoczętej.
W trzy miesiące po ślubie, zjawił się w mieszkaniu Fryderyka jakiś człowiek, przedstawiając mu rachunek nie zapłacony. Był to restaurator, u którego odbyła się uczta weselna. Młody człowiek nie mógł ukryć swego zdziwienia, gdyż był pewnym, że tę część kosztów zapłacił dawno pan de Révilly. Spostrzegłszy obok jakiś papier zapieczętowany, otworzył go i przeczytał:

„Mój najdroższy Fryderyku!

„Pan de Révilly wyszedł dzisiaj, nie zostawiwszy mi kluczyków od biurka. Bądź tak łaskaw zapłacić załączony rachunek. Policzymy wszystko razem.

Luiza de Révilly.“

Fryderyk, nie zrobiwszy najlżejszej uwagi, zapłacił dwa, tysiące sto czterdzieści pięć franków.
W cztery dni później, przedstawiono mu do zapłacenia rachunek, wynoszący sześćset pięćdziesiąt franków.
Tym razem, pan de Révilly wyjechał do Paryża, zostawiwszy żonie pieniądze tylko na najniezbędniejsze potrzeby; lecz wkrótce miał powrócić, był to więc dług, zaciągnięty zaledwie na cztery dni.
Młody człowiek i to zapłacił.
Dość, że w dwa tygodnie, Fryderyk pokrył wszystkie wydatki z własnych oszczędności.
Musimy przyznać jednak, że za każdym razem pisano mu: „Policzymy wszystko razem”.
Tymczasem przewidywania pani Boissier sprawdziły się prędzej, niżby się ktokolwiek spodziewał. Dwanaście tysięcy franków, zbieranych z takim trudem i mozołem, nie istniało już wcale.
Fryderyk przyznał się przypadkiem pani de Révilly, że sumę tę posiada. Ta ostatnia, nie zastanawiając się, czy położenie młodego małżeństwa nie stanie się kłopotliwem, pozbawiła go bez wahania pieniędzy, zapewniających mu spokój, a nawet utrzymanie w razie choroby lub innego nieprzewidzianego wypadku.
Pragnąc jednak usprawiedliwić choć w części tę miłą teściowę przyznajemy, że miała zamiar oddać zięciowi część jego pieniędzy.
Pani Boissier, dowiedziawszy się, jakim sposobem znikły prawdopodobnie na zawsze wszystkie oszczędności, czuła ból w sercu. Pomimo, że w ich skromnem gospodarstwie każdy grosz był skarbem, mniej chodziło jej o pieniądze; sposób jednak postępowania pani de Révilly i pojmowanie obowiązków już nie względem zięcia, lecz względem rodzonej córki, dały jej wiele do myślenia.
Biedna matka nie zapomniała jeszcze o podejrzeniach, które ją trapiły od początku.
Żadna skarga nie wyrwała się z jej piersi, synowi nie robiła najlżejszej uwagi, lecz rzekła mu po prostu:
— Gdybyś zachorował i nie był zdolnym do udzielania lekcyj choćby przez jeden miesiąc, cóż poczęlibyśmy w takim razie?...
— Nie mamy potrzeby obawiać się tego — odpowiedział — nigdy nie czułem się zdrowszym i silniejszym.
— Kochane dziecko, nieszczęście nadchodzi z szybkością błyskawiczną.
— A zresztą — pochwycił — pan de Révilly odda mi, co winien.
— Kiedyż dostaniesz posag twej żony?...
— Naturalnie, że dostanę.
— Ale kiedy?...
— Nie wiem jeszcze; prawdopodobnie w tych dniach.
Pani Boissier nie udzieliła synowi swych spostrzeżeń, lecz w duchu dodała:
— Biedaku, lękam się bardzo, by twoje oczekiwania nie spełzły na niczem.
Teraz matka Fryderyka była przekonaną, że położenie państwa de Révilly nie jest tak świetnem, jak to sobie większość mieszkańców Tuluzy wyobrażała.
— Pozory, same pozory, — szepnęła głucho. — Państwo de Révilly żyją nad stan. Myśl ta dręczyła mnie nieustannie, lecz odsuwałam ją wytrwale; dziś wątpić dłużej nie mogę.
I smutnie z sercem ściśniętem dodała:
— Biedne, biedne moje dziecko! Pierwsze to twoje zawody i rozczarowania!...
Lecz natychmiast podniósłszy głowę, przemówiła z błyszczącemi oczami:
— Zresztą, o cóż się trapić? Pieniądz, to tylko marny kruszec. Rzecz główna, aby go Emelina kochała i była dlań wierną żoną. Tylko... czy będzie go kochała tak, jak na to zasługuje?....


VIII.
Dalsze miesiące.

Emelina nie znała nigdy dokładnie położenia swych rodziców. Nie wiedziała nawet, że posiadłość w Aveyron jest obciążona długami.
Kiedy Fryderyk Boissier prosił o jej rękę, matka, chcąc ją nakłonić do przyjęcia oświadczyn, rzekła ogólnikowo:
— Doznawszy w ostatnich latach bardzo dotkliwych strat, nie możemy ci dać wielkiego posagu; wśród tych warunków, pan Fryderyk Boissier jest dla ciebie najlepszą partyą w Tuluzie.
Emelina, żyjąc dotychczas w wielkim dobrobycie, jako młoda panna, mająca posiadać w przyszłości do trzydziestu tysięcy franków rocznego dochodu, wierzyła w bogactwo rodziców.
Nie lękając się jednak, aby znajdowali się w prawdziwych kłopotach pieniężnych, nie przewidywała, że państwo de Révilly nie tylko nie wypłacą Fryderykowi przyrzeczonego posagu, lecz oprócz tego zaciągną u niego dosyć znaczny dług.
Fryderyk, powodowany delikatnością, łatwą do zrozumienia, nie wspominał żonie o tem, co mogłoby jej przykrość sprawić.
Przez pierwszy miesiąc Emelina nie miała czasu, aby się nudzić. W nowym trybie życia znalazła rozmaitość, do której nigdy nie była przyzwyczajoną. Oddawała wizyty i przyjmowała odwiedziny przyjaciół. Dwa lub trzy razy na tydzień Fryderyk prowadził ją do teatru. Szczęśliwą była, mogąc pokazać się światu, budząc powszechny podziw świetnemi toaletami, i dnie płynęły szybko i przyjemnie.
Zarazem miała zajęcie w urządzaniu całego mieszkania, a przedewszystkiem swego buduaru.
Bieliznę umieściła w szafach; koronki, wstążki i inne gałganki w szufladach; suknie, staniki i mantyle w olbrzymiej szafie, wmurowanej w ścianę.
Na układaniu i odświeżaniu całej swej wyprawy przepędzała większą część dnia i odczuwała prawdziwą przyjemność, trzymając i obracając w ręku kosztowne koronki lub kółko wstążek.
Tak, jak gdyby była panną, młoda kobieta marzyła o strojach i zabawach.
Każdego dnia otwierała kilka razy szkatułki, zawierające klejnoty. Wyjmowała je ostrożnie i zwracała ku światu, zachwycając się ich blaskiem i pięknością; cieszyła się niemi, jak dziecko.
Innym razem zawieszała na uszach kolczyki, na palce kładła pierścienie, na ręce bransolety, pod szyją przypinała kosztowną broszkę i wystrojona, czarująca, stawała przed zwierciadłem, które odbijało wiernie całą jej postać. Z czołem rozjaśnionem i płonącemi oczami oglądała się i podziwiała całemi godzinami.
— Jestem piękną! — myślała — tak, piękniejszą od pani Surmain, piękniejszą od wszystkich innych.
Obracała się na wszystkie strony, przybierając rozmaite pozy. I przypatrywała się swej szyi odsłoniętej, rramionom, rękom, nawet nóżkom, obutym w zgrabne pantofelki.
— Później — mówiła w duchu z nieokreślonym uśmiechem — kiedy on zdobędzie sławę i pieniądze, będę miała jeszcze piękniejsze rzeczy!...
Podobał jej się bardzo salon i jej własny pokój. Wszystko było tam nie tylko eleganckiem i zalotnem, lecz także pięknem i bogatem. Emelina czuła się tu w swoim żywiole; otoczenie było godnem jej osoby. Zadowolona, cieszyła się przepychem, przypominając pod tym względem panią de Révilly.
Pani Boissier zauważyła wprawdzie, że urządzenie salonu i buduaru młodej kobiety jest nieco za kosztowne, jak dla żony nauczyciela muzyki, lecz Fryderyk był innego zdania. Według niego wszystko było za skromnem dla Emeliny.
Kiedy młoda kobieta skończyła odbywanie wizyt, a przyjaciółki odwiedzały ją, mniej często, niż w pierwszych tygodniach poślubnych, ujrzała się nagle osamotnioną, gdyż pani Boissier, poważna, myśląca, nawet smutna, nie mogła stanowić dla niej miłego towarzystwa, a Fryderyk cały dzień zajęty był lekcyami, Emelina obawiała się przedewszystkiem samotności, potrzebując koniecznie ożywienia, hałasu, w ogóle jakiegokolwiek ruchu. Spokój przedłużający się nad miarę, sprawiał jej lek niewymowny.
Nie wiedziała, że można osamotnienie jeżeli nie uprzyjemnić, to w każdym razie uczynić mniej przykrem; nie wiedziała, że młoda kobieta, zajęta pracą, unika nudów, a nieraz wielu myśli, nie będących dobremi doradczyniami i przyjaciółkami. Spojrzała na około i spostrzegła pustkę. Uderzyła ją cisza tego życia spokojnego.
Usiadłszy z przygnębieniem na sofce, wyciągnęła ramiona, a zmarszczywszy lekko czoło, zaczęła ziewać. Bielizna, suknie, okrycia, wszystko było ułożone we wzorowym porządku. Mogła znowu opróżnić garderobę, szuflady, szkatułki, i rozpocząć to, co było jej całem dotychczasowem zajęciem, lecz myśl ta nie przyszła jej do głowy.
Zresztą, wszystkiem znudzić się można. Emelina postępowała, jak dzieci, potrzebujące codzień nowej zabawki.
Znajdowała, że salon stał się mniej wesołym, a buduar stracił również na pierwotnym uroku. Tu słońce świeciło w południe, a nie wieczorem; tam, jak na złość, zaglądało wieczorem, gdy ona pragnęłaby w południe.
Na pensyi nauczono ją szycia i haftowania. Łatwo i przyjemnie mogła przepędzić długie godziny, szyjąc, haftując, wyszywając i rozrywając się łatwą pracą po trudniejszej.
Na nieszczęście, spędziła między wyjściem z pensyi a małżeństwem trzy lata w domu, które wystarczały, aby przyzwyczaiła się przy boku pani de Révilly do bezczynności, czując wstręt do pracy wszelkiego rodzaju, nawet najlżejszej. Zachęcona jednak przez matkę Fryderyka zaczęła kilka robótek, które jednakże wkrótce porzuciła; gdzie nie ma chęci do pracy, tam daremnem szukać wytrwałości.
Grała dobrze na fortepianie i należała do wcale nie złych śpiewaczek. Przytem rysowała trochę, a nawet miała pojęcie o malowaniu akwareli. Chwyciła się tego środka rozrywki, przerzucając się co chwila na inny przedmiot według upodobania. Naszkicowała wcale dobrze kilka pejzaży i stary dom w ruinach, który zauważyła podczas przechadzki z mężem do wioski Blagerac.
Fryderyk i jego matka dodawali jej odwagi w usiłowaniach; lecz zapał do sztuki trwał w niej, jak mówią ludzie, tak, jak trwają róże.
Tak samo skończyło się z muzyką. Początkowo miała same stare kawałki, które były w całem mieście znane i wyszły z mody; prawie codzień kupował Fryderyk nowe, dołączając od czasu do czasu po kilka partycyj z ostatnich oper komicznych i operetek, przedstawianych w Paryżu.
Przejrzawszy je szybko, po przerzuceniu kartek i odegraniu kilku łatwiejszych kawałków, rzucała partycyę na stolik, gdzie już stosy podobnych jej towarzyszek leżały oddawna w zapomnieniu, oczekując nadaremno zmiłowania ludzkiego.
Wszystko to stanowiło dla niej rozrywkę pięciu minut.
Nie mając zupełnie odwagi i chęci do pracy i kształcenia się, a nie wiedząc, jak oprzeć się nudom, biegła do matki lub do jednej ze swych przyjaciółek. Innym razem zasiadała do fortepianu i opuszczała go w tej chwili, wyjmowała ołówki, a zaciąwszy je wkładała napowrót do pudełka, nie skreśliwszy ani jednego znaku na papierze.
To nazywa się zabijaniem czasu.
Wreszcie chwytała książkę w rękę i czytała. Jedyną przyjemnością, która ją pewnego stopnia pociągała, było przerzucanie najnowszych romansów, pisanych wedle wymagań dzisiejszego wieku.
Nie cierpiała Balzac’a. Drażnił ją sposób jego rozumowania głęboki i spostrzegawczy. Szczęśliwym był Jerzy Sand. Ten zachwycał ją swemi myślami, poglądami, filozofią, formą poetyczną, a przede wszystkiem przesadą w przedstawianiu charakterów. Znajdywała wiele podobieństwa pomiędzy sobą a jej bohaterkami.
— Postąpiłabym tak samo — myślała nieraz — zdanie to zgadza się z mojem usposobieniem, to wrażenie oddziaływa i na mnie, słowa moje nie różniłyby się od poglądów autora.
Z równą przyjemnością czytała dzieła naszych najlepszych współczesnych powieściopisarzy: Karola Deslys, Pawła Saunière, Oktawiana Feuillet, wreszcie Borys’a, który przeszedł, jak meteor. przez świat literacki.
Lecz faworytami jej byli Aleksander Dumas ojciec, Eugeniusz Sue, Paweł Féval, Emil Gaborian, a nawet Ponson du Terrail. Lubując się w ciemnych opowiadaniach, pochłaniała w przeciągu kilku dni „Dramaty Paryża“ lub „Młodość króla Henryka.“ Zresztą romanse tego rodzaju były wtedy w modzie; można je było ujrzeć w ręku damy z pierwszego piętra, sklepikarki na parterze i stróża w suterenach. Od tego czasu zaszło wiele zmian: Ponson du Terrail umarł w Bordeaux w czasie wojny; dziś już zapomniany; lecz długo jeszcze czytelnicy jego będą wspominać o imionach jego bohaterów.
Fryderyk coraz bardziej zakochany w żonie, wstępował nieraz do księgarni i kupował najnowsze powieści, dokładając wszelkich starań, ażeby się przypodobać Emelinie. Lecz na książki, przedmioty zbytku, podobnie, jak piękne malowidła, marmury i bronzy, nie każdy może sobie pozwolić, a tem mniej nauczyciel muzyki, który powinien myśleć o chlebie codziennym. Czując nieraz kieszeń zupełnie pustą, co teraz często się zdarzało, zmierzał w kierunku czytelni i tam wypożyczał książki.
Ale lektura, jakkolwiek bardzo jest ponętną i przez długi czas przygotowuje niejednemu coraz to nowe a miłe niespodzianki, męczy prędko, jeżeli oddajemy jej się zbyt namiętnie. Oczy nużą się, głowa cięży, w uszach słychać szum niemiły: jednem słowem, doznajemy uczucia oszołomienia Emelina nie była pod tym względem wyjątkiem. Opuszczając czytanie książek, podobnie jak muzykę i malarstwo, miała ich już do syta.
Nie mogła przyzwyczaić się do jakiegokolwiek zajęcia. Zdawało jej się, że znajduje się w więzieniu; że pozbawiono ją wszelkich przyjemności życia; czuła na piersiach jakąś masę zbitą, olbrzymią, ciążącą bez ustanku. Otoczenie to, które innemu usposobieniu zapewniłoby szczęście, dławiło ją, jak zmora. Wyobraźnia przenosiła ją na uroczystości i zabawy światowe. Bóg wie co za szalone myśli przelatywały przez tę głowę!...
Teraz wychodziła z domu dzień w dzień, czując potrzebę poruszania się i oddechania. Odwiedzała znajome osoby, pragnąc nabrać przekonania, że jeszcze żyje; biegając po sklepach, trwoniła pieniądze, udzielane jej zbyt łatwo przez pobłażliwego małżonka. Odbijało to się na gospodarstwie domowem i w miejsce dawnego dobrobytu nastąpiły kłopoty, lecz ona nie wiedziała o niczem.
Fryderyk dawał jej tyle pieniędzy, ile mógł, lecz nigdy nie czynił zadość jej wymaganiom. Kobieta ta była zdolną do roztrwonienia największego majątku. Wziąwszy na ręce kilka razy nową parę rękawiczek, rzucała je w głąb szuflady i zastępowała świeżemi, naśladując pod tym względem wybornie swą matkę; miała cale stosy trzewików, kapeluszy, które prawie całkiem nowe, walały się bezużytecznie po kątach.
Jeżeli nawet w Paryżu młoda kobieta nie powinna sama jedna wychodzić na ulicę, to w miastach na prowincyi uważa się to po prostu za nieprzyzwoitość. Emelina śmiała się z opinii mieszkańców Tuluzy; będąc emancypantką, chciała być wolną, jak Amerykanka.
Gdy Fryderyk lub pani Boissier pytali ją o powód nieobecności w domu, odpowiadała, że musiała odwiedzić matkę, panią Surmain lub inną serdeczną przyjaciółkę.
Matka Fryderyka zrazu niepokoiła się tylko, lecz, widząc, co się dzieje, przeraziła się dalszych następstw.
Z początku taiła się przed synem z obawami, które jej serce ściskały; ale spostrzegłszy, że zło zakorzenione podkopie wkrótce spokój całego domu, zwróciła uwagę Fryderyka na wydatki jego żony nie zastosowane wcale do dochodów.
Młody człowiek był zmuszony przyznać matce zupełną słuszność.
Oddawna zrozumiał on niebezpieczeństwo, oddawna cierpiał za siebie i za Emelinę, która nic nie czuła, bo nie zastanawiała się nigdy nad niczem.
Nazajutrz, gdy go prosiła o pieniądze, odpowiedział:
— Nie mogę ci ich dać; obecnie posiadam tylko sumę, potrzebną do wyżywienia domu przez te dwa tygodnie, które nas dzielą od końca miesiąca.
Mówił prawdę.
Poczem dodał:
— Chciałbym być bogatym, bardzo bogatym, Emelino; na nieszczęście nie jestem nim, to też mimo najszczerszych chęci, znajdę się nieraz w niemożności zaspokojenia twoich żądań!...
— Dobrze, dobrze, obejdę się!... — odparła sucho.
Po trzech dniach wróciła znowu, oświadczywszy, że potrzebuje pary trzewików i rękawiczek.
Fryderyk zwrócił jej łagodnie uwagę, że widział w jej pokoju buciki i rękawiczki, które jeszcze bardzo dobrze możnaby nosić.
— Ach! — zawołała — więc chcesz, bym chodziła, jak nędzarka?...
Ponieważ nalegała dłużej o pieniądze, a sakiewka Fryderyka nie znajdowała się w lepszym stanie, niż dni poprzednich, odpowiedział jej smutnie:
— Nie mogą.
— To obrzydłe, bezwstydne! — krzyknęła.
I ze łzami w oczach pobiegła do swego pokoju, gdzie przepędziła cały dzień aż do wieczora.
Przy kolacyi Fryderyk starał się jej wszystko spokojnie wytłomaczyć.
— Daj mi spokój — odparła gwałtownie.
Po chwili, widząc, że patrzy na nią z miłością, wyciągnęła ręce nad stołem, wołając:
— Boże, jak ja się tu nudzę!...
Bladość straszliwa pokryła twarz Fryderyka.
W piersi uczuł ból, jak gdyby ostry grot przeszył mu serce.
Takie sceny powtarzały się często. Dla niego były one zawsze bolesnem wstrząśnieniem.
Charakter Emeliny stawał się coraz przykrzejszym; na każdym kroku okazywała, że wszystko jej się nie podoba. Wprawdzie względem teściowej postępowała zawsze z szacunkiem, gdyż ta ostatnia wzbudzała w niej cześć swojemi cnotami, lecz unikała jej stale i nieraz przeszedł tydzień, a nie zamieniły ze sobą ani jednego słowa.
Męża swego nie traktowała lepiej, pokazując mu się zawsze z twarzą znudzoną lub rozgniewaną. Usiłowania młodego człowieka, ażeby ją rozweselić i przywołać uśmiech na skrzywione usta, nie odnosiły żadnego skutku. Odpowiadała mu zimnem skinieniem głowy lub częściej obojętnem wzruszeniem ramion. Nieszczęśliwy cierpiał, widząc, że miłość jego i przywiązanie, nie mogą zapewnić szczęścia ukochanej kobiecie.
Broniąc swego szczęścia przed nieprzyjacielem, dotychczas nieznanym, wyczerpywał swe siły w tej ciągłej walce.
Nigdy już nie siadał do fortepianu; nie czuł chęci do pracy. Kłopoty przytłumiały genialne myśli.
Chcąc oddać się całą duszą jakiejkolwiek pracy, musimy mieć umysł wolny od trosk i niepokoju.
Fryderyk nie zajmował się już operą komiczną. Dzieło niedokończone, przedmiot tylu pięknych marzeń, leżało zapomniane, opuszczone. Nie czując w sobie natchnienia, zniechęcał się powoli do wszystkiego...
Pani Boissier była w rozpaczy. Boleść swą cichą, niemą, ukrywała przed synem. W jej sercu jątrzyła się rana głęboka, krwawiąca się, nieuleczalna.
— Ona nudzi się — szeptała nieszczęśliwa matka — tak, nudzi się, nasze życie spokojne uważa za ciężar. Nudzi się... A dla czego? Bo nie kocha swego męża... Oto nieszczęście prawdziwe, przerażające, którego tak się obawiałam! A ja nic nie mogę pomódz, nic zupełnie. O ja nieszczęśliwa!... Mój biedny syn! Moje biedne dziecko — powtarzała co chwila, Biedna kobieta, dawniej tak szczęśliwa, uginała się pod brzemieniem nieszczęścia.
Przyszłość Fryderyka, która się przedstawiała tak świetnie, dziś wydawała jej się ciemną i ponurą. Obawy te katowały ją bez ustanku.
Przed sobą widziała czarną przepaść.


IX.
O kapelusz.

Fryderyk żył teraz wśród ciągłych kłopotów; położenie jego stawało się z każdym dniem trudniejsze.
Napoleon III wydał wojnę Prusom. Nierozważni doradcy wpędzili go w matnię, a obie izby patrzały na wszystko spokojnie, choć miały prawo sprzeciwić się działaniu cesarza.
Generałowie i oficerowie, zwyciężający dotychczas tylko w salonach, faworyci i kurtyzani, ruszyli na wojnę, jak się idzie na przyjemną zabawę.
To, co przewidziało kilka światłych umysłów, zajętych dobrem ojczyzny, wkrótce stało się rzeczywistością.
Prusacy przedarli się przez nasze granice i milion wrogów zalał nieszczęśliwą Francyę. Jedni z nich runęli na największe prowincye, drudzy otoczyli Paryż kołem żelaznem i ognistem, i oddzielili stolicę Europy od reszty świata.
Przebyliśmy takie dni, jak dzień walki pod Sedanem, pogromu, nie mającego sobie równego w historyi Francyi, a po nim nastąpiła straszliwa klęska, którą zawdzięczamy zdradzie Bazaine’a.
Ojczyzna znajdowała się w niebezpieczeństwie; trwoga ogarnęła kraj cały, od wschodu do zachodu, od północy do południa.
Wszędzie rozbrzmiewał okrzyk rozpaczliwy: „Do broni!“.
Przygotowywano się do śmiertelnej walki, bo szło tu o nasze żony, nasze dzieci i ogniska domowe, a nadto chciano ocalić Alzacyę i Lotaryngię.
Dnia 4-go września, wśród powszechnego oburzenia, Paryż ogłosił republikę.
Wobec postanowienia ludu nikt nie śmiał podnieść się bronić cesarstwa.
Przyjaciele cesarza więźnia, senatorowie, deputowani, omdleli, można było sądzić, że zsunęli się w otchłań, która przed chwilę stała się grobem Napoleona.
Nie do nas należy sąd o wypadkach; musimy się zadowolnić, przypominając o nich, jeżeli nam to potrzebne. Wszystko, co nie wchodzi w zakres jego działania, powieściopisarz powinien zostawić historykowi.
Jakeśmy wyżej nadmienili, przerażenie opanowało wszystkie umysły. Wsie i miasta dostarczały kontyngensów wojennych; czego nie przywieziono z Ameryki, otrzymano w własnych fabrykach.
Ludzi nie brakowało; lecz pomimo dobrej woli i poświęcenia, pomimo patryotyzmu i odwagi, nie można zrobić w przeciągu miesiąca żołnierza z robotnika, który dopiero co opuścił swoje zajęcie, lub rolnika, oderwanego od pługa.
Niemcy pokryli wszystko, jak plama z tłuszczu; fala nieprzyjaciół wciąż rosła. Za jedną armią posuwała się druga, a za tą postępowała trzecia, czwarta...
Zajęły one wschód i północ Francyi; były w Wersalu, w Rouen; zbliżały się do Hawru, zagrażały Lyonowi i kartaczowały Paryż. Przeszedłszy przez Orléans i Blois, zwiastowały w Tours swe przybycie bombami i granatami.
W dniu tym zginął Paweł Beurtheret, bardzo zdolny dziennikarz.
Południowa Francya była bezpieczniejszą od innych okolic kraju; lecz i tu przestrach był ogólny. Obawiano się o swój majątek, o życie swoje i swych krewnych.
Wielu bogatych ludzi, opuściwszy swe zamki, z kieszeniami pełnemi złota, uciekło za granicę. Jedni uchodzili do Hiszpanii, gdzie rządził książę włoski; inni znajdywali schronienie we Włoszech, a nawet w Austryi. Byli i tacy, którzy na czas wojny obrali za miejsce pobytu wybrzeża Afryki lub wyspy morza Śródziemnego.
Zaprzestano kroków nieprzyjacielskich. Francya musiała przyjąć pokój, ofiarowany przez zwycięzcę pod warunkami, które wszyscy aż nadto dobrze znamy. Lecz i teraz nie mogła jeszcze odetchnąć swobodnie; nadeszły straszliwe dni komuny.
Jak wielu innych, Fryderyk odczuł skutki tych bolesnych wypadków.
W Tuluzie szerzyła się ta sama panika, co w innych miastach południa. Po rewolucyi z 4-go września, przepowiadano Francyi zupełny upadek. Wszyscy domyślali się, że wkrótce lud zamknie kościoły i wyda wojnę szlachcie i księżom, wodząc za sobą wszędzie krwawą gilotynę.
Większa część arystokracyi Tuluzy uznała za stosowne wynieść się cichaczem z kraju i szukać opieki u innych narodów.
Fryderyk widział, jak jego uczniowie znikali jeden po drugim. Teraz skromna płaca organisty musiała mu wystarczyć na utrzymanie domu i zaspokojenie potrzeb matki i żony.
Biedny artysta był zmuszony pukać nieraz do drzwi swych przyjaciół, aby pożyczyć od nich pieniędzy, których potrzebował. I często widział, że ci bardzo niechętnie przychodzą mu z pomocą.
Fryderyk walczył teraz nie z kłopotami majątkowemi, lecz z nędzą; wszak wiemy, co to znaczy nędza w domu artysty.
Młody człowiek myślał nieraz o posagu Emeliny o pieniądzach, które pożyczył teściowi.
Wreszcie nabrawszy odwagi — głód nawet wilka z lasu wypędzi — udał się do pani de Révilly, aby zażądać zwrotu choćby tylko części sumy, którą mu byli winni rodzice jego żony.
— Jakto? — odpowiedziała ta ostatnia z oburzeniem, przybrawszy postawę wielkopańską, pan ośmielasz się dzisiaj żądać odemnie pieniędzy? Pan nie zastanowiłeś się nad tem, co robisz. A któż w obecnem położeniu posiada pieniądze? Nikt. W istocie, jesteśmy panu dłużni; bądź jednak spokojny, zwrócimy ci wszystko później, kiedy w kraju spokój zapanuje.
Fryderyk oddalił się przybity, nie przedstawiwszy teściowej swego straszliwego położenia.
Dotychczas nie wyjawił całej prawdy Emelinie, lecz matki swej nie mógł długo oszukiwać, Nie chcąc jednak martwić i niepokoić syna, pani Boissier udawała, że nic nie spostrzega.
Młody artysta przypomniał sobie, że obiecał przyjaciołom dać w październiku koncert. Lecz nie było już w Tuluzie baronowej de Cernac, jego najlepszej opiekunki, i wielu jego przyjaciół. Cóż mógł zdziałać bez ich pomocy? Wszystko przepowiadało, że koncert nie pokryje nawet wydatków.
Powtóre, Fryderyk był francuzem i miał duszę i serce prawdziwego patryoty. Czyż powinien był myśleć o sprawianiu uroczystości swym współziomkom w chwili, kiedy ojczyzna jego, ugodzona w samo serce, nurzała się we krwi pod stopami wroga?...
Wszystko zmówiło się przeciw niemu.
W pierwszych dniach sierpnia pan de Révilly udał się do Paryża. Do Tuluzy wrócił dopiero w październiku.
Ci, co go znali bliżej, zauważyli, że postarzał się w jednym miesiącu o lat dziesięć. W czarnej brodzie wiły się tu i owdzie białe pasemka; oczy wsunęły się głęboko, bruzda na czole rysowała się wyraźniej, niż przedtem; a w spojrzeniu, zwykle jasnem, widać było niepokój i troskę.
Podróż jego do Paryża nie musiała się zaliczać do szczęśliwych. Lecz nikt nie wiedział, co go spotkało, nawet przed żoną zachował ścisłą tajemnicę.
Pan de Révilly doznał tego, co się przytrafia prędzej, czy później każdemu, grającemu na giełdzie.
Nie przygotowany na nagłe wypadki, stracił w kilku dniach wszystko, co mu zostało jeszcze z kapitałów, złożonych w jego ręce.
Tym razem ruina jego była zupełną. Obarczony mnóstwem długów, winien był nadto wiele łatwowiernym osobom, które zaufały jego zdolnościom finansowym. Jednem słowem stracił wszystko, nawet nadzieję podniesienia się ze straszliwego upadku.
Póki trwały klęski, spadające jedna po drugiej na Francyę, nikt nie upominał się o procenta, wypłacane dotychczas regularnie co pół roku. Wiedziano dobrze, że drogi zajął nieprzyjaciel i że wszelka komunikacya została przecięta; wierzyciele nie prześladowali dłużników, właściciele domów nie domagali się zapłacenia czynszów.
Z początkiem lutego, kiedy nadzieja blizkiego pokoju ożywiła wszystkie umysły, przysłano Emelinie zaproszenie na ślub jednej z jej przyjaciółek. Wskutek nieszczęśliwych wypadków, uroczystość ta, została odłożona na kilka miesięcy. Młodej kobiecie nadarzała się sposobność rozrywki i przerwania na chwilę monotonnego życia. Przyjęła zaproszenie w imieniu swojem i męża.
Ślub miał się odbyć za kilka dni. Emelinie zostawało nie wiele czasu do przygotowania toalety; wiedząc, że spotka na zebraniu osoby najznaczniejsze w mieście, nie chciała gorzej wyglądać, niż kilka pań, które znano powszechnie z wykwintności i dobrego smaku.
W garderobie znalazła wszystko, czego potrzebowała. Suknię wieczorną i balową przygotowała szwaczka w przeciągu dwóch dni. Na spodzie szuflady leżała para bucików, które miała na nodze raz tylko, i trzewiczki z białego atlasu, całkiem jeszcze nie używane. Lecz brakło jej stosownych rękawiczek, a potrzebowała najmniej dwóch par; również musiała kupić nowy kapelusz, najświeższej mody, gdyż wszystkie inne były pół sezonowe, a za nic w świecie nie brałaby w uroczystości udziału, nie będąc pewną, że nikt jej pod względem eleganeyi nie przewyższy.
Ułożyła w głowie cały rachunek: dwie pary rękawiczek, po cztery franki pięćdziesiąt, dziewięć franków; kapelusz czterdzieści franków. Wszystko czterdzieści dziewięć franków, lub raczej pięćdziesiąt dla zaokrąglenia sumy.
Otworzywszy sakiewkę, znalazła w niej dwa franki. Pomimo, że dobrze wiedziała o swym stanie majątkowym, stała chwilę, przypatrując się smutnie monetom. Po chwili podniósłszy szorstko głowę, mruknęła:
— Potrzebuję pięćdziesięciu franków, i koniec.
A jednak czuła jakiś niepokój.
Czy Fryderyk posiada tę sumę? Nie pragnęła kłótni w wigilię dnia, w którym obiecywała sobie wiele przyjemności.
Wszedłszy szybko do pokoju męża, rzekła:
— Starałam się, aby na ten ślub wydać jak najmniej pieniędzy; spodziewam się, że uznasz mój rozsądek w tych okolicznościach. Ale sam wiesz dobrze, czego potrzeba młodej kobiecie. Oglądałam moje rękawiczki, wszystkie pomięte, a mój kapelusz całkiem niemożliwy do noszenia. Byłam wczoraj u modystki i próbowałam kapelusik, w którym mi bardzo do twarzy. Musisz mi więc dać pięćdziesiąt franków na kapelusz i rękawiczki.
Milczał, patrząc na nią smutnie.
— Wszak chcesz, aby twoja żoneczka ładnie wyglądała?...
Przyciągnąwszy ją do siebie, otoczył ją ramieniem. Ona uśmiechała się, czekając odpowiedzi.
Złożył jej pocałunek na ustach. W oczach jego błyszczały duże łzy.
Nie zauważyła tego.
— Dasz mi je? — spytała pieszczotliwie.
Jęk wyrwał mu się z piersi.
— Nie mogę — szepnął głosem stłumionym.
Zerwała się gwałtownie; oczy jej zabłysły.
— Nie możesz! — zawołała gniewnie.
— Emelino, posłuchaj mnie, błagam — rzekł łagodnie — nie wierzysz.
— Oh! nie możesz! — przerwała ze złością — zawsze te same słowa na twych ustach, jakby strofka powtarzająca się w piosnce. Nie mogę, nie mogę!... Ależ to prawdziwa bezczelność z twej strony. Czy to twoja matka każe ci tak postępować? Rozumiem, pojmuję doskonale, chcecie mnie doprowadzić do rozpaczy, uczynić najnieszczęśliwszą z kobiet!....
— O! Emelino, Emelino! — jęknął.
Ale ona ciągnęła dalej z wzrastającą gwałtownością:
— Więc mnie poślubiłeś, aby mnie pozbawić wszystkiego? Rzeczywiście, dla czego to uczyniłeś? Trzeba mnie było zostawić u rodziców, gdzie nie odmawiałam sobie niczego.
— Emelino, jeszcze raz posłuchaj.
— Nie — odparła, unosząc się coraz bardziej — nie chcę pana słuchać, nie wymagam żadnych wykrętów; wiem dobrze, jakbyś się pan tlómaczył.
Tu zatrzymała się chwilę, aby zaczerpnąć powietrza do wzburzonej piersi. Po chwili zaczęła wyniośle:
— Ja mam posag, mój panie, posag!...
— Tak, posag — szepnął zbolałym głosem.
Nie miał odwagi odsłonić przed nią całej prawdy.
— I mam prawo żądać od pana pieniędzy; mam prawo wymagać tego, co mi się należy.
— Biedne dziecko — odparł Fryderyk boleśnie — gniew cię uniósł i opanował. Znając mnie, wiesz, że miałabyś już te pieniądze, gdybym mógł ci je dać.
Mógł dodać, że dnia poprzedniego nie było już ani centyma w domu, że przed chwilą wyszedł, aby pożyczyć pięćdziesiąt franków, które złożył natychmiast w ręce służącej na wydatki domowe, lecz zbrakło mu odwagi wtajemniczenia Emeliny w ich nieszczęśliwe położenie.
— Jestem z góry przekonana — odpowiedziała młoda kobieta ironicznie — że pan znajdziesz zawsze dosyć wymówek do wytłómaczenia swego skąpstwa. Ciesz się, panie Fryderyku, zmęczyłeś mnie wreszcie; dość tego. Żądasz pan separacyi; a więc dobrze, rozłączymy się, ja powracam do rodziców.
Po tych słowach, wypowiedzianych głosem o tyle zimnym, o ile stanowczym, opuściła pokój, zostawiając Fryderyka w osłupieniu.


X.
Pojednanie.

W kwadrans po tej scenie, Fryderyk wszedł do pokoju swej matki.
Pani Boissier leżała w łóżku. Od kilku dni dolegały jej reumatyczne cierpienia.
Zwróciła na syna oczy głębokie i smutne.
Młody człowiek był bardzo blady; nie mógł jeszcze przyjść do siebie po doznanem wrażeniu.
— Wszystko słyszałam — rzekła matka.
Stłumił westchnienie i spuścił głowę na piersi.
— Okazała się niesprawiedliwą, okrutną, bez litości — zaczęła pani Boissier surowo — a ty, przyjacielu, nic jej nie powiedziałeś, lub raczej brakło ci siły do odpowiedzi. Nazwała cię skąpym, ciebie!... Kiedy mówiła ci o posagu, powinieneś jej był wszystko wyjawić. Oh! wiem, co zatrzymało słowa na twych ustach; lecz widzisz, Fryderyku, są okoliczności, w których zbytek delikatności nazywamy głupotą. Jesteś za dobrym, kochanku, tak, za dobrym, a jednak nie chciałabym, abyś był innym. Emelina zażądała od ciebie pięćdziesięciu franków; nie potrzebujesz mi mówić, dla czego nie mogłeś zadość uczynić jej prośbie. Mogłabym ci przypomnieć, jak nierozsądnie działałeś przed waszym ślubem, lecz na cóż wracać do przeszłości?... Zresztą, nie mam prawa czynić ci wyrzutów, bo miałeś przekonanie, że dobrze robisz.
— Nie mogłem przewidzieć wypadków, moja matko; niestety! jestem ofiarą tej wojny przeklętej.
— To prawda; ta wojna straszliwa pozbawiła cię zarobku; dziś widzisz lepiej, niż kiedykolwiek, jak cennemi są oszczędności.
— Widzę to, widzę, a przede wszystkiem czuję — szepnął młody człowiek głucho.
Po chwili milczenia, matka zapytała.
— Gdzie Emelina?...
— Nie wiem.
— Może w swoim pokoju?...
— Nie. Opuściwszy mnie, ubrała się prędko i wyszła.
— Prawdopodobnie udała się do matki.
— Ażeby opowiedzieć, że pozbawiam ją najmniejszej rozrywki, że czynię ją nieszczęśliwą — Fryderyk gorzko zauważył.
— Kochany Fryderyku — odparła słodko pani Boissier — nie oczerniaj twej żony; są rzeczy, których niezdolną jest uczynić lub powiedzieć, chociażby tylko przez dumę. Jeżeli ma dużo wad, ma i swoje zalety. I ja jestem kobietą, mój drogi, i czuję się teraz pełną pobłażania. Emelina nie wie, że znajdujemy się prawie w nędzy, a dowodem tego, że przypomina ci o posagu i oskarża cię o skąpstwo. Sądząc, że tak, jak przedtem, odmawiasz jej pieniędzy, uniosła się; gdyby w takim wypadku twój zacny ojciec odpowiedział mi odmownie, czułabym się śmiertelnie zranioną. Przypatrzmy się teraz położeniu twej żony: cieszyła się, że pójdzie z tobą na ślub przyjaciółki; lecz pragnąc dobrze wyglądać, musi kupić kapelusz i rękawiczki.
— Wiem to dobrze, moja matko! — zawołał młody człowiek — lecz jakże chcesz, bym to uczynił?...
— Nie wymagam od ciebie, przyjacielu, abyś cud zdziałał; ale Emelina, która jest młoda i piękna, i nie chce mieć gorszej sukni od swych znajomych, będzie zmuszona pozbawić się tej przyjemności.
— A więc, moja mamo, nie pójdzie, na tem koniec.
— Dobrze. Ale przyjęła zaproszenie.
— Bez mego zezwolenia?...
— To znaczy, nie zezwalasz, aby się rozerwała i pobawiła?
— Wiem o tem, mamo; lecz sama przed chwilą zauważyłaś, że nie mogę zdziałać tu cudu?...
— Przyznaję. A oto streszczenie moich wywodów: Bez wątpienia. Emelina zawiniła, obarczając cię wymówkami, lecz musimy ją usprawiedliwić.
Podczas gdy pani Boissier i Fryderyk tak rozmawiali, Emelina wchodziła do mieszkania matki.
Młoda kobieta była jeszcze bardzo podnieconą.
— Cóż ci takiego? — spytała na wstępie pani de Révilly.
— Jestem oburzona.
— Dla czego?...
— Przyszłam wszystko mamie opowiedzieć.
— Słucham.
— Przyjaciółka moja, panna Cormarin, zaprosiła mnie na swój ślub...
— Wiem o tem. Cóż dalej?...
— Prosiłam mego męża o nędzne pięćdziesiąt franków dla sprawienia sobie kapelusza i rękawiczek, których koniecznie potrzebuję.
— Więc?...
— A więc, moja mamo, odmówił mi ich stanowczo.
— To niepodobna?...
— Zaręczam ci, mamo.
— Emelino, nie jestem jeszcze przekonaną, pomimo twego zaręczenia.
— Jakto, moja mamo! — zawołała młoda kobieta — więc mi nie wierzysz?...
— Nie wątpię o prawdziwości słów twych, Emelino; lecz pozwól wyjawić ci moje zdanie. Sądzę, że mam słuszność: prosiłaś twego męża o pieniądze, a ponieważ ci ich nie dał, oskarżasz go o zbytnią oszczędność. A jeżeli on w istocie nie może zaspokoić twych żądań?...
— No, proszę, w to nie uwierzyłabym nigdy!...
— Dla czego nie chcesz przypuścić tego właśnie wypadku?...
— Dlaczego?... A to dobre!... Bo mój mężulek ma pieniądze, które chowa.
Pani de Révilly potrząsła głową z niedowierzaniem.
— Więc mama sądzi, że ja nie wiem, co się dzieje na około mnie?... Więc mama sadzi, że ja sobie z niczego sprawy nie zdaję? — ciągnęła Emelina z rozdrażnieniem. Widzę od dawna, że żyjemy, jak nędzarze, to też nasze wydatki nie muszą być zbyt wielkie. Powtarzam mamie, że mój mąż jest skąpcem. Ach! jakżem nieszczęśliwa!...
I zaczęła płakać.
— Emelino — odparła pani de Révilly — opinia moja o twym mężu jest całkiem twojej przeciwna. Ja wiem, że Fryderyk jest hojnym i, gdyby mógł, byłby nawet rozrzutnym. Ty twierdzisz, że ma pieniądze i chowa je; ja zaś mówię i twierdzę, że znajduje się on w wielkim niedostatku.
Emelina z kolei potrząsła głową z powątpiewaniem.
— Jesteś tego pewną, mamo? — spytała.
— Powiem ci więc całą prawdę — rzekła pani de Révilly — ażeby was troje wyżywić i utrzymać, Fryderyk od kilku miesięcy robi długi.
— Pożycza?...
— Tak jest.
— Zkądże mama ma tak pewne wiadomości?...
— Dowiedziałam się tego od dwóch osób, którym mąż twój winien jest po kilkadziesiąt franków.
— Nic nie rozumiem.
— Przecież wiesz dobrze, że Fryderyk stracił prawie wszystkie lekcye, a skromna płaca organisty nie wystarcza mu na utrzymanie waszego gospodarstwa.
— W takim razie cóż uczynił z moim posagiem?...
Pani de Révilly poczerwieniała aż po uszy.
— Jakto, Emelino, więc nie wiesz o niczem? — wykrztusiła.
— Nic nie wiem, moja mamo, lecz pragnęłabym się wreszcie dowiedzieć.
— Zresztą, cóż mam przed tobą ukrywać?... Mąż twój nie otrzymał posagu.
— Ach! nie dostał mego posagu! — powtórzyła młoda kobieta w osłupieniu.
— Od twego ślubu byliśmy w ciągłych kłopotach — zaczęła pani de Révilly, usiłując się wytłomaczyć.
Emelina nie pozwoliła jej skończyć.
— Kiedym wychodziła za pana Boissier — rzekła posiadał on kilkanaście tysięcy?....
— Tak, lecz kupił ci meble, klejnoty.
— Wiem, co to wszystko kosztowało; zostało mu jeszcze około czterech tysięcy franków.
Szanowna matrona nie wiedziała na razie, co odpowiedzieć. Po chwili odparła:
— Każdy ślub pociąga za sobą wydatki dosyć wysokie: pan Boissier zapłacił...
— Krótko mówiąc, moja mamo — młoda kobieta żywo przerwała — mój mąż pokrył wszystkie wydatki.
— Tak, lecz przy najbliższej sposobności...
Po krótkiem milczeniu, Emelina odezwała się poważnie:
— Dziękuję ci, mamo, żeś mnie objaśniła; przyznaję, że zawiniłam względem Fryderyka i przykro mi, że złe o nim miałam mniemanie. Teraz zwrócę się nie do niego, lecz do ciebie.
— Żądasz odemnie pieniędzy?...
— Naturalnie, od ciebie i od mego ojca, ponieważ jesteście mu dłużni.
— Na nieszczęście, Emelino, znajdujemy się w tej chwili w tem samem położeniu, co i pan Boissier. Twój ojciec również był zmuszony zaciągać kilka pożyczek, a pieniądz teraz tak rzadki, że trudno o osoby, któreby przyjacielowi dopomódz chciały. Ach! ta wojna sprawiła nam wiele złego... Dom nasz zamknięty, nie przyjmujemy gości, ja sama nie odwiedzam nikogo... Musiałaś to od dawna zauważyć, Emelino. Gdzież pójdę?... Nie mam bucików na nogach, ani kapelusza, ani sukni...
— To smutne — rzekła córka.
— Straszliwie smutne — moja droga — matka dodała.
Młoda kobieta podniosła się z krzesła.
— Już mnie opuszczasz?...
— Tak jest, muszę wracać do domu. Do widzenia, mamo — rzekła Emelina zimnym głosem.
— Do widzenia, moja duszko.
Młoda kobieta wyszła z pokoju. W oczach jej błyszczały łzy, pierś była wzburzona. Przechodząc przez plac Lafayette, smutnie rozmyślała. Przyjąwszy już zaproszenie, czy rzerzywiście nie będzie mogła brać udziału w uroczystościach? Jakże wytłómaczyć swą nieobecność? Co przyjaciółki na to powiedzą? Myśląc o straconej przyjemności, czuła, że łkanie pierś jej rozrywa.
Nagle przyszła jej myśl udania się do Heleny Surmain. Będąc pewną, że ta ostatnia wyciągnie ją z kłopotliwego położenia, zwróciła się po krótkimi namyśle ku domowi młodej wdowy.
Znalazłszy się przed drzwiami, prowadzącemi do mieszkania przyjaciółki, zatrzymała się i po chwili wahania zeszła ze schodów.
Teraz zdążała do siebie szybkim krokiem.
— Czy mój mąż wyszedł? — zapytała, wchodząc, Magdalenę, starą służącę pani Boissier.
— Nie, proszę pani — odparła zapytana.
— Gdzie się znajduje?
— W pokoju pani Boissier.
Młoda kobieta, przeszedłszy salon, zapukała we drzwi pokoju swej teściowej.
— Proszę wejść! dał się słyszeć głos Fryderyka.
Otworzywszy drzwi, weszła do pokoju.
Młody człowiek jednym ruchem zerwał się z kanapki.
Ona zbliżyła się powoli.
— Czy mnie pocałujesz? — spytała.
Krzyk radości wyrwał mu się z piersi, a objąwszy ją ramionami, przycisnął ją gorączkowo do serca i dwie łzy spłynęły mu po policzkach.
Chora, usiadłszy na łóżku, patrzała na nich z nieokreśloną czułością.
— Emelina zaczęła:
— Byłam u matki, którą prosiłam o pieniądze...
— I...?
— Wracam z niczem; lecz pomimo tego bardzo szczęśliwa z tych odwiedzin.
— Ach!
— Dowiedziałam się od mej matki wiele rzeczy nowych. Fryderyku, dlaczego ukrywałeś przedemną, że pokryłeś wszystkie koszty naszego ślubu i nie otrzymałeś mego posagu? Wiedząc o tem wcześniej, nie potrzebowałabym żałować mych słów i prosić o przebaczenie.
— Ach — zawołała pani Boissier.
— Emelino, moja ukochana — odparł młody człowiek głosem, drżącym od wzruszenia, ja ci przebaczam i kocham cię zawsze jednakowo.
— Po drodze namyśliłam się i nie pójdziemy na ślub panny Cormarin — przemówiła młoda kobieta.
— Dobrze, moja córko, bardzo dobrze — rzekła pani Boissier.
Emelina odwróciła się żywo i przystąpiła do łóżka.
— Wybacz mi, droga matko odezwała się, że nie zapytałam natychmiast, jak się dziś czujesz. Czy lepiej ze zdrowiem?
— Dziękuję ci, moja córko; odkąd jesteś przy mnie, zdaje mi się, żem już całkiem zdrowa.
I ująwszy za rękę Emelinę, ciągnęła:
Już dawno nie podałaś mi czoła, moja córko; może pozwolisz, bym cię dziś ucałowała?
— O, matko! — szepnęła młoda kobieta, schyliwszy głowę.
Składając pocałunek na białem czole, pani Boissier szepnęła jej do ucha:
— To próba, moje dziecko, której nikt tu na ziemi uniknąć nie może; lecz nadejdą dni jaśniejsze. W twych rękach trzymasz szczęście twoje i twego męża. Kochaj go, moje dziecię! Przywróć mu natchnienie, które utracił, dodaj mu odwagi do pracy, a uczyni cię bogatą i szczęśliwą!


XI.
Złota tabakierka.

Wieczorem pani Boissier oświadczyła, że czuje się zupełnie dobrze.
— Jutro rano wstanę na pewno — rzekła synowi.
Rzeczywiście, nazajutrz ubrała się przed godziną dziesiątą.
Do śniadania usiadła przy stole razem z swemi dziećmi.
O godzinie pierwszej Fryderyk wyszedł z domu. Emelina po długiej rozmowie z matką, udała się do swego pokoju.
Pani Boissier przywołała służącę.
— Magdaleno — rzekła — pomożesz mi się ubrać.
Magdalena zdziwiła się bardzo.
— Jakto, czy pani tak nie pozostanie? — zapytała wskazując na skromną sunię pani Boissier.
— Nie. Chcę wyjść na przechadzkę.
— Co, pani chce wyjść! — zawołała służąca. — Pani tak jeszcze słaba i cierpiąca!
— Czuję się dziś bardzo silną — odparła staruszka. — Zresztą muszę złożyć jedną wizytę, a powtóre jestem pewna, że mi ta mała przechadzka posłuży. Spieszmy się, bo pragnę powrócić przed Fryderykiem; nie chcę, aby wiedział, żem wychodziła.
Służąca w złym humorze pomagała pani przy ubieraniu.
— Niech kto sobie coś podobnego wyobrazi! mruczała między zębami. Wychodzić na takie zimno, kiedy się jeszcze powinno w łóżku leżeć. Tylko niech się pani nie zaziębi — dodała raz jeszcze, odprowadziwszy panią Boissier aż na schody.
Staruszka wróciła po godzinie. Pomimo wszelkich ostrożności zimny wiatr przeniknął ją aż do kości. Trzęsła się, jak w febrze.
— Aha! — rzekła Magdalena — pani wraca w ładnym stanie, cała zmarznięta, sina.
— Cicho, cicho, Magdaleno — uspakajała ją pani Boissier — rzeczywiście zimno mi trochę, ale to nic, rozgrzeję się natychmiast.
— Na szczęście zapaliłam w pani pokoju dolny ogień.
— Pani Boissier udała się do swego pokoju, a rozgrzawszy się nieco, wdziała suknie codzienną i kazała Magdalenie uprzedzić Emelinę, że pragnie z nią pomówić.
Po chwili, młoda kobieta zjawiła się w pokoju.
— Moja córko — odezwała się pani Boissier — uznałaś wczoraj, że powinnaś zrobić ofiarę, nie czyniąc zadość zaproszeniu panny Cormarin; dałaś tem dowód rozsądku. Wierz mi, że tak twój mąż, jak i ja, szczerze ci za to zwycięstwo nad samą sobą wdzięczni jesteśmy. Lecz ponieważ masz rzadko sposobność rozerwania się, ofiara twa nabiera jeszcze większej wartości w moich oczach. Przykro ci, że nie możesz iść na ten ślub, wszak prawda?
— Skłamałabym, mówiąc inaczej.
— A więc, moja córko, nie pozbawiaj się przyjemności, prawie koniecznej w twym wieku; pójdziesz na ten ślub...
— Ależ, moja mamo — szepnęła młoda kobieta.
— Oto, moja kochana — przerwała staruszka, wręczając jej trzy sztuki po dwadzieścia franków — pieniądze potrzebne ci do kupienia tych kilka drobnostek.
Emelina osłupiała. Patrząc na złoto, leżące na ręce, nie mogła uwierzyć swym oczom.
Pani Boissier ciągnęła dalej:
— Gdyby cię Fryderyk pytał, odpowiesz mu poprostu: „Moja dobra matka podarowała mi kapelusz“.
— O! tak, jakaś ty dobra, mamo! — zawołała Emelina, objąwszy matkę Fryderyka za szyję.
Biedna staruszka myślała, z oczami łez pełnemi:
— Jeszcze są dobre strony w tem sercu; przyzwyczaiwszy się do dostatku, pragnie bogactwa. Gdyby syn mój był zamożnym, kochałaby go!...
— Moja matko — rzekła Emelina — wydam tylko czterdzieści dziewięć franków i oddam ci resztę.
— Weź sobie wszystko, drogie dziecko — pani Boissier słodko odpowiedziała. — Powinnaś mieć trochę pieniędzy w sakiewce.
Młoda kobieta, podziękowawszy matce serdecznie, opuściła ją, aby się ubrać i porobić sprawunki.
Nazajutrz był ślub panny Cormarin.
Wieczorem Fryderyk rzekł do matki:
— Mama dała pieniądze Emelinie?...
— Tak — odpowiedziała.
— Sześćdziesiąt franków?...
— Tak jest.
— Moja mamo, zkądżeś dostała tych pieniędzy?...
— Czy koniecznie mam ci to powiedzieć?
— Zapewne, że nie, moja mamo.
— A więc, przyjacielu, przedstaw sobie, że pieniądze te dawno komuś pożyczyłam i że zdecydowałam się upomnieć się o nie.
— Czyli, kochana mamo, chciałabyś, aby Emmelina brała udział w ślubie swej przyjaciółki?
— Tak, mój synu. Żona twoja zasłużyła na nagrodę. Pójdziecie tam oboje, a ty, Fryderyku, zapomnisz o troskach i kłopotach, ażeby Emelina, widząc wesołość na twem rozjaśnionem czole, mogła podzielać swobodnie radość innych osób.
Pani Boissier położyła się w gorączce, czując na piersiach nieznośny ucisk. Skóra jej była sucha i gorąca, a pomimo tego czuła we wszystkich członkach dotkliwe zimno; nie skarżyła się z obawy zaniepokojenia syna.
Rano, kiedy Fryderyk przyszedł się przywitać, zastał ją już na nogach. Przyjęła go, uśmiechając się lekko. — Czy Emelina już się ubiera? — zapytała.
— Tak, kochana mamo.
— O której godzinie udacie się do kościoła?...
— Najwcześniej o dziesiątej.
— W chwili odjazdu chcę widzieć, jak twoja żona, a właściwie, jak oboje pięknie wyglądać będziecie.
— Więc mama mogła przypuszczać, że nie przyjdziemy je pożegnać?...
Po krótkiem milczeniu, Fryderyk przemówił:
— Droga mamo, zauważyłem, żeś dziś bardzo zmęczona, czy ci gorzej, niż wczoraj?...
— Nie, nie, czuję się całkiem dobrze.
— Jednak, moja mamo...
— Proszę cię, nie niepokój się wcale.
— Bo gdybyś była niezdrową, poszedłbym natychmiast zawezwać lekarza.
— Cicho, dzieciaku! — odparła, siląc się na wesołość. A popchnąwszy go lekko ku drzwiom: — Już po dziewiątej dodała — dokończ twego ubioru.
Młody człowiek oddalił się zupełnie uspokojony.
O godzinie dziesiątej powrócił w towarzystwie Emeliny. Pani Boissier przypatrywała im się długo.
Jakże mnie mama znajduje? — spytała młoda kobieta.
— Śliczna jesteś, moja córko; bardzo ci do twarzy w tej sukni.
— A kapelusz?...
— Elegancki, ubrany nadzwyczaj gustownie.
Emelina była promieniejąca.
— Oboje mi się podobacie — dodała staruszka. — Idźcie, moje dzieci, i bawcie się dobrze!
Ucałowawszy ją, opuścili oboje pokój.
Po chwili pani Boissier położyła się do łóżka.
— W istocie jestem chora — szeptała — na szczęście miałam dość siły, aby ukryć mą słabość przed nimi.
Młodzi ludzie wrócili dopiero nazajutrz, nad samem ranem. Starali się jak najmniej sprawić hałasu, aby nie zbudzić pani Boissier i Magdaleny. Lecz stara matka nie spała. Chociaż stąpali bardzo lekko, usłyszała posadzkę, trzęsącą się pod ich nogami.
— Pewnie zmęczeni, potrzebują wypoczynku — pomyślała. — Na cóż pozbawiać ich snu, potrzebnego przede wszystkiem Fryderykowi?
Dopiero w południe ujrzał młody człowiek swą matkę, i znalazł ją osłabioną i bardzo zmienioną.
— Dla czego mama nie przyznała mi się wczoraj otwarcie, że słaba? — zapytał smutnie. — Dla czego nie posłano po mnie służącej? To źle, bardzo źle.
— Nie łaj mnie, Fryderyku, nie przebaczyłabym sobie nigdy, gdybym wam zepsuła zabawę.
Młody człowiek poszedł po doktora.
Badając chorą, lekarz przybrał postać zakłopotaną.
— Czy zachodzi jakie niebezpieczeństwo, doktorze? — spytał Fryderyk, który śledził wyraz twarzy lekarza.
— Nie mogę jeszcze niczego twierdzić na pewno — odparł ten ostatni. — Musimy poczekać kilka dni.
Napisawszy receptę, oddalił się, mówiąc:
— Wrócę jutro.
Tak upłynęło ośm dni, wśród których stan zdrowia chorej nie zmienił się w niczem.
Fryderyk i Emelina, każde z kolei, spędzali noce przy łóżku matki. Młoda kobieta, dowiedziawszy się, że teściowa, acz jeszcze cierpiąca, wyszła na miasto po pieniądze dla niej, czuła się wzruszoną i starała się okazać, że nie jest niewdzięczną.
Jak w pierwszych dniach poślubnych, otaczała matkę Fryderyka względami i troskliwością.
Jednej nocy Fryderyk, siedząc przy łóżku chorej, zauważył, że oddycha ona z trudnością otworami nosowemi.
— Kochana mamo — odezwał się — możebyś zażyła tabaki?...
— Nie, nie, to niepotrzebne.
— Zaręczam ci, żeby ci to posłużyło.
Nie znajdując na razie odpowiedzi, potrząsła przecząco głową.
— Mamo — nalegał młody człowiek — gdzie twoja tabakierka, przyniosę ci ją zaraz.
— Moja tabakierka? — powtórzyła — nie wiem.
— Mamo, odkąd zachorowałaś, nie widziałem jej ani razu w twem ręku.
— Moje dziecko, nie zażywam więcej.
— Dla czego, mamo?... Jakto? — ciągnął dalej — więc odzwyczaiłaś się od tego starego przyzwyczajenia?...
— W moim wieku trzeba panować nad swemi wadami...
— Ona nie mówi prawdy — pomyślał Fryderyk. I odezwał się raz jeszcze: — Mamo, powiedz nareszcie, gdzie twoja tabakierka?...
— Odpowiedziałam ci już, mój synu.
Wtedy on ujął w ręce wychudłą dłoń chorej.
— Mamo — wymówił głosem powolnym i wzruszonym — nie chciałaś mi się przyznać. zkąd dostałaś pieniędzy dla Emeliny; dziś nie potrzebują twego wyjaśnienia.
— Co chcesz powiedzieć?...
— O! mamo, klejnot ten, tę pamiątkę o minionem szczęściu, sprzedałaś!...
— Pragnęłam ukryć to przed tobą. A więc, tak, sprzedałam.
Westchnął i zakrył twarz rękami.
Chora rzekła:
— Tej pamiątki o minionem szczęściu nie mogłam lepiej użyć, jak na teraźniejsze szczęście mych dzieci.
Młody człowiek załkał głucho.
— Zresztą dodała niechcę już zażywać tabaki; trzeba robić małe oszczędności.
— Ach! mama nie wie, że mi z bólu serce pęka! — zawołał Fryderyk.
— Przepraszam cię, moje dziecko.
Przyciągnęła go do siebie, a przytuliwszy do piersi, obtarła łzy gorącemi pocałunkami.


XII.
Postanowienie.

Stan pani Boissier stawał się z każdym dniem groźniejszym. Lekarz nie ukrywał przed Fryderykiem, że nie zdoła ocalić jego matki.
Młody człowiek uczuł jakby uderzenie piorunu.
Chora nie miała żadnych złudzeń; wiedząc, że koniec jej życia blizki, przeczuwała zbliżającą się śmierć.
Na godzinę przed skonem ucałowała tkliwie Fryderyka i jego żonę. A ponieważ oboje byli zrozpaczeni, pocieszała ich długo, jak jej nakazywało serce macierzyńskie.
Widocznem było, że jej jedyną troską jest szczęście i przyszłość jej dzieci.
Emelinie rzekła:
— Córko, nie zapominaj mych słów; wyryj je w twej pamięci. Ufaj zawsze w siły i wytrwałość twego męża; musi on znieść jeszcze wiele prób ciężkich, dodaj mu odwagi do stawienia czoła przeciwnościom. Wiem, że Fryderyk będzie zawsze dobrym mężem, że jego jedynem marzeniem jest twoje szczęście. Uzbrójcie się odwagą, moje dzieci, i nie zrażajcie się trudnościami, które spotykać będziecie w życiu na każdym kroku. Niestety! chciałabym żyć dłużej, aby was zachęcać do pracy mojemi radami i mem doświadczeniem. Bóg nie chce tego... Wie On, co czyni, bo w Jego ręku leży wasza przyszłość!... Ja mam nadzieję w Jego dobroć niewyczerpaną.
Umarła, z oczami zwróconemi na Emelinę, szepcąc.
— Kochaj twego męża!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po dwu miesiącach walki Komunę zwyciężono, uwalniając Paryż od ciągłej trwogi. Nie otrząśnięto się jeszcze z niepokoju, lecz względny spokój zapanował w mieście.
Ktoś rozgłosił plotkę, że w sierpniu i we wrześniu poprzedniego roku, pan de Révilly poniósł znaczne straty na giełdzie w Paryżu. Słowa te, przenoszone z ust do ust, przestrzegały każdego, że położenie pana de Révilly jest bardzo niepewne. Wiadomość ta doszła najprzód do jednej z osób, które powierzyły swoje kapitały ojcu Emeliny.
Natychmiast osoba ta upomniała się o sześćdziesiąt tysięcy franków.
Pan de Révilly był od dawna przygotowany do walki, lecz nie chcąc przyznać się natychmiast do zupełnego bankructwa, zażądał zwłoki. Nie zgodzili się na to wierzyciele.
Obawa straty pobudziła ich do stanowczego działania, tak, że pan de Révilly ujrzał się otoczonym ze wszystkich stron naraz.
I pewnego dnia rozeszła się wieść, że państwo de Révilly zniknęli, nie wtajemniczywszy w powód swego wyjazdu córki ani zięcia.
Powoli dowiedziano się, że udali się najprzód do Paryża, zkąd, sprzedawszy za dziesięć tysięcy franków kilka obrazów, ocalonych przez pana de Révilly, wyjechali do Ameryki, spodziewając się odzyskać tam stracony majątek.
Ich posiadłość w Aveyron i kosztowne meble oddano w ręce licznych wierzycieli.
Z całego blasku, z całej świetności, o którą się pani de Révilly tak długo i usilnie starała, pozostało jedynie wielkie rozczarowanie.
Kilku uprzywilejowanych wierzycieli podzieliło się smutnemi resztkami, innym pozostał tylko żal ich ślepego zaufania.
Emelina doznała prawdziwego zmartwienia, czując, jak małe miejsce zajmowała w sercu rodziców. To poniżenie zraniło jej dumę i miłość własną.
Fryderyk usiłował ją pocieszyć, lecz nie zdołał uspokoić serca. przepełnionego goryczą.
— Poślubiłeś mnie bez posagu — mówiła ze szczególnym dźwiękiem głosu.
— Poślubiłem moją drogą Emelinę, moją żonę ukochaną, którą ubóstwiam!...
— Mniejsza o to; rodzice moi oszukali cię, a właściwie oszukali nas oboje.
— Emelino, trzeba zapomnieć o tem i przebaczyć.
— Są rzeczy, których się nigdy nie przebacza.
— Jesteś za piękną, aby nie być dobrą!...
— Lecz patrz tylko na życie, jakie mi stworzyli!... Nie śmiem pokazać się na ulicy; kiedy kto na mnie patrzy, zdaje mi się, że spostrzegam na ustach jego uśmiech drwiący i złośliwy, i czuję płomienie, bijące mi do twarzy. Straciłam wszystkie przyjaciółki; te, które utrzymywały, że mnie kochają, odwracają się dziś odemnie. Dawniej lubiłam Tuluzę, dziś ją nienawidzę i mam tylko jedno życzenie: opuścić jak naprędzej to obrzydłe miasto.
— Opuściwszy Tuluzę, Emelino, gdzież się udamy?...
— Do Paryża.
— Ażeby przenieść się do Paryża, trzeba pieniędzy, bardzo wiele pieniędzy, bo życie tam jeszcze droższe, niż tutaj.
— Tak, lecz tylko w Paryżu może artysta z twoim talentem zdobyć majątek i sławę. Tylko Paryż daje rozgłos, tylko on otacza czcią genialne umysły. Tam będziesz stał wyżej z talentem, niż tu, jako geniusz. W Tuluzie, jak w innych miastach prowincyonalnych, wszystko ciasne i zamknięte; w Paryżu można rozwinąć swe dążności. W Paryżu jest się wolnym od śmiesznych przesądów, tam można żyć i oddychać, podczas gdy tu trzeba się dławić, usługując innym, i każdy czuje się już za życia pogrzebionym... — O! Paryż, Paryż! — zawołała z egzaltacyą coś w rodzaju miłości pociąga mnie ku niemu!...
— Ileż ja razy zwracałem spojrzenie ku temu miastu błyszczącemu! — westchnął Fryderyk — lecz namyślam się jeszcze...
— Na cóż ta niepotrzebna rozwaga?...
— Żeby nie przygotować sobie gorzkiego rozczarowania. Widząc trudności, które mnie tam czekają, nie mogę działać zbyt szybko.
— O! bez odwagi i przedsiębiorczości nie dojdziesz do niczego!...
— Przed dopięciem jakiegoś celu, moja droga, trzeba żyć. Los jest ślepy i głuchy, nie wystarczy wezwać go, aby zjawił się natychmiast. Pierwsze dni, a nawet tygodnie i miesiące, są często niemożliwe do zniesienia. A ja nie mogę na nie liczyć, tylko na siebie samego, na moje siły i zdolności. Najbardziej zaś lękam się niedostatku dla ciebie.
— A tu — wzruszyła lekko ramionami — czyż nie brak nam wszystkiego?...
— Zapewne, mieliśmy i tu dni bardzo ciężkie — odparł młody człowiek — lecz przyszłość nasza przedstawia się jaśniej. Odzyskałem kilku moich dawnych uczniów, inni wkrótce powrócą. Mamy więc zapewnioną egzystencyę, a da Bóg, i dostatek zawita znowu w naszem mieszkaniu.
— To nie bogactwo.
— Emelino.
— Nie mam już tych marzeń, co dawniej, Jeśli nie jesteś ambitnym dla siebie, to bądź nim dla mnie.
— Wszak wiesz, moję serce, że moim jedynym snem jest ciebie uszczęśliwić.
— A więc opuśćmy Tuluzę i jedźmy do Paryża.
— Pojedziemy, jeżeli tego wymagasz, Emelino. Lecz zobaczysz, jak nasze życie będzie tu ciche, spokojne, podczas gdy w Paryżu czeka nas ciągła niepewność. Tu mam miejsce, pięciu uczniów na razie, a każdego roku mogę dać koncert.
— Czy w Paryżu nie możesz mieć uczniów, i dawać koncertów?...
— To możliwe, Emelino. Lecz przybywając, nie będę miał ani uczniów ani miejsca, a jak ci wspomniałem na początku, potrzebujemy pieniędzy, wiele pieniędzy.
— A jednak, gdybyśmy mieli mój posag!...
— Nie myśl o tem. Obejdziemy się i bez niego.
— Musimy się obejść — westchnęła. — Tak, lecz to nie pozwala nam opuścić natychmiast Tuluzy.
— Więc nie odstępujesz od tego zamiaru?
— Nie.
— Nie obawiasz się...
— Nie lękam się niczego — przerwała żywo — wolę ubóstwo w Paryżu, niż majątek w Tuluzie; od dzisiaj musimy oszczędzać; bardzo oszczędzać; będziemy żyli, jak robotnicy z przedmieścia św. Cypryana. Nie kupuję niczego, nie wychodzę więcej z domu. — Zresztą, nie zrobi mi to przykrości, gdyż nie mam już kogo odwiedzać Zamykam się, jak ptaszek w klatce; jeżeli chcesz, będę rozporządzała naszemi funduszami, a w chwili stosownej powiem ci: Jedźmy!... Wtedy sprzedamy wszystko, z wyjątkiem sukien i bielizny. Przykro mi będzie pozbyć się tych pięknych mebli... Ha! to trudno!... Brać ich ze sobą nie możemy.
— Nie zmienisz twego postanowienia?...
— Nie.
— A więc pojedziemy.
Młoda kobieta radośnie krzyknęła, rzuciwszy się na szyję mężowi. Spodziewała się dłuższego oporu.
— Czy wiesz zaczęła — że Helena Surmain wyjeżdża również z Tuluzy?
Pierwszy raz się o tem dowiaduję. Gdzie zamyśla się udać?...
— I ty pytasz?... Do Paryża!... Sprzedawszy swój dom na placu de Brienne, chce nabyć kamienicę w Paryżu lub zakupić wartości ruchome. W ten sposób będzie miała z ośm tysięcy franków rocznego dochodu, co jest majątkiem dla jednej kobiety.
— Pani Surmain wyjawiła ci powód przeniesienia się do Paryża?...
— Nie, lecz przypuszczam, że nudzi się w Taluzie.


XIII.
Pierwsze wizyty.

W rok później, to znaczy w sierpniu 1872, Fryderyk i Emelina przybywali do Paryża.
Młoda kobieta opuściła Tuluzę bez żalu, lecz mąż jej nie mógł otrząsnąć się z niepokoju. To, co go oczekiwało, było osłonięte ciemnością nieznaną, tajemniczą, ukrywającą się po za gęstą zasłoną.
Zachęcony przez Emelinę, która przesuwala kolejno przed swemi oczami rozkosze przyszłego szczęścia, odzyskał dawny zapał i stanowczość. Natchnienie wróciło, a pracując wytrwale przez cały rok, ukończył operę komiczną tak, że dzieło to wymagało tylko kil ku poprawek w orkiestracyi.
Młody kompozytor wjeżdżał w mury wielkiego miasta z tem ostatniem dziełem, a prócz tego miał w zapasie symfonię „Pory roku“ i ze dwanaście melodyj nie wydanych. Jak widzimy, wysiłki jego były wielkie, a skutek pracy pomyślny.
Teraz znajdował się w środka areny, otwartej dla wszystkich zapaśników. Walka miała się wkrótce rozpocząć. Mógł powiedzieć, jak nasi wielcy przodkowie: „Śmierć lub zwycięstwo!...“
Oszczędności ich z ostatniego roku i pieniądze, otrzymane po sprzedaży mebli, wynosiły razem osm tysięcy franków.
Emelina była pewną, że skarb to niewyczerpany.
Zaraz na wstępie wynajęli na dwa tygodnie dwa pokoiki w hotelu na przedmieściu Montmartre. Zgodzili się na to z konieczności, bo Emelina nie wyrzekła się myśli posiadania własnego mieszkania i mebli.
Po trzech dniach odpoczynku, młoda kobieta, oparta na ramieniu Fryderyka, udała się na poszukiwanie mieszkania, i pomimo, że spotykali stosowne lokale na każdym kroku, wszelkie usiłowania nie odniosły na razie pożądanego skutku, bo gdy jedne z nich odstręczały Emelinę, drugie przerażały Fryderyka wygórowaną ceną.
Młoda kobieta postanowiła, że zamieszkają na prawym brzegu Sekwany, jak najbliżej środka miasta i wielkich bulwarów; Ternes, Batignolles wydawały jej się zbyt oddalonemi, a przedewszystkiem lękała się Montmartre, bo tam trzeba zawsze iść do góry.
Zwiedzając stare zabytki, podziwiając klejnoty w Palais-Royal, zatrzymując się przed wystawami sklepów, które zachwycały Emelinę, znaleźli wreszcie po trzech tygodniach mieszkanie na drugiem piętrze przy ulicy Montholon, składające się z trzech małych pokoików i kuchni, tylko salonik miał jedno okno, wychodzące na ulicę.
Nie o takim apartamencie marzyła młoda kobieta. Lecz czując się już wyczerpaną ciągłemi poszukiwaniami i pytaniami, oświadczyła, że pomieszkanie jest dla nich całkiem odpowiednie. Zresztą mogli każdej chwili wyprowadzić się, ofiarowawszy poprzednio pięćdziesiąt franków stróżowi.
Młody człowiek zgodził mieszkanie za 850 franków rocznie, a złożywszy w ręce stróża dwadzieścia franków zadatku i nadto pięćdziesiąt za tę dogodność, że mógł się już nazajutrz wprowadzić, odetchnął swobodnie, wiedząc, że na razie kłopoty ukończone.
Właściwie mieszkanie to wynajmowano dotychczas za ośmset franków, lecz stróż podwyższył je, podając za przyczynę, że nowi jego lokatorowie spodziewają się dziecka. Zauważył on dobrze, że młoda kobieta jest brzemienna.
Od miesiąca swego pobytu w Paryżu, Fryderyk i Emelina postępowali bardzo ostrożnie; wydali dopiero pięćset franków.
Nazajutrz kupili meble, które uszczupliły pugilares Fryderyka o dwa tysiące franków. I w tym wypadku okazali się rozsądnymi.
Meble przeniesiono na ulicę Montholon i młode małżeństwo wprowadziło się do nowego mieszkania.
Magdalena, stara służąca z Taluzy, nie miała odwagi opuścić miasta rodzinnego. Zanim młodzi ludzie mogli sobie pozwolić na prawdziwą sługę, przyjęli dochodzącą, nastreczoną przez owocarkę z ulicy.
— Cierpliwości i rozwagi!... powtarzał Fryderyk żonie bez ustanku, zwłaszcza, gdy pragnęła większego wydatku.
Widzimy z tego, że Emelina ustępowała teraz mężowi.
— Później — mówiła w duchu — powetuję to sobie, kiedy już będziemy bogaci.
Widziała swego męża na drodze do zaszczytów, do sławy, która pochlebiała jej dumie, do majątku, który przygotowywał tyle przyjemności.
Młody człowiek spotkał wiele osób z Tuluzy, które mieszkały w Paryżu, między innemi znajomych mu artystów. Przed tymi ostatniemi nie ukrywał powodu swych przenosin do stolicy Francyi.
Wiedzieli oni, że Fryderyk ma prawdziwy talent; przedstawiając mu liczne trudności i przeszkody z któremi łamać się musiał, zachęcali go jednocześnie do pracy i wytrwałości.
A jednak młody artysta wahał się jeszcze z przedsięwzięciem pierwszych kroków. Widząc się samotnym i czując potrzebę potężnej opieki, niepokoił się, jak debiutant, i trwoga ogarniała go coraz większa.
Pewnego dnia, Emelina mu rzekła:
— Zdaje mi się, że nie zajmujesz się wcale twoją operą komiczną, czy prędko będą ją grali w teatrze? Tak bym rada nacieszyć się twem powodzeniem!
Młody człowiek uśmiechnął się lekko.
— Moje serce — odparł — nie tak łatwo wystawić operę, jak sądzisz; wiem dobrze, że nieraz trzeba czekać lat kilka. Możesz się domyślać, że w takiem mieście, jak Paryż, nie będą sobie rozrywali mego dzieła.
— A przecież słychać nieraz o bardzo lichych pracach.
— To możliwe, lecz mimo tego te, które czekają u drzwi, nie zawsze doznają łaskawego przyjęcia.
— Jeżeli nie zapukasz do tych drzwi, Fryderyku, to bądź pewny, że się nie otworzą dla ciebie.
— Masz słuszność, Emelino. Jutro uzbroję się w cała moję odwagę i zabiorę poważnie do dzieła.
— Jakbym ja chciała, żebyś był już znanym i sławnym!
— Jesteś więc zadowolona?
— Tak jest, pocałuj mnie.
Fryderykowi powiedziano:
— Przedewszystkiem musisz pan być po party przez jeden przez jeden z wielkich dzienników. Wpływ dziennikarzy jest ogromny; jeżeli oni żądają czegoś, nikt nie śmie im tego odmówić.
Trzymając się tej rady, postanowił odwiedzić trzech lub czterech dziennikarzy, a zarazem jednego z krytyków, o którym mu wiele opowiadano, jako o człowieku bardzo życzliwym dla młodych muzyków, przy którego pomocy można było dojść do celu.
Nie mógł się skarżyć na sposób z jakim go przyjęto; wszędzie witano go grzecznie i uprzejmie; zauważył nawet, że słuchano go z zajęciem. Naczelny redaktor jednego z wielkich dzienników politycznych raczył rozmawiać z nim przeszło godzinę, a żegnając — odprowadził uradowanego artystę aż na schody.
Wszystko to było bardzo pięknie; lecz po złożeniu pierwszych wizyt, Fryderyk zauważył, że nie postąpił ani o krok naprzód, nie znalazłszy tego potężnego opiekuna, którego szukał.
Wszędzie mówiono mu życzliwie:
— Możesz pan liczyć na nas; otwieramy panu chętnie łamy naszego dziennika. Przedstaw pan swoję operę, a przyczynimy się wedle możności do pańskiego powodzenia. Jeżeli pan dasz koncert, to uwiadomimy o tem publiczność, poczem osądzimy sprawiedliwie pański talent; musisz się pan przygotować na wiele trudności, a może nawet spotkasz niechętnych i zazdrosnych, bo masz pan prawdziwe zdolności kompozytorskie, lecz nie zniechęcaj się, pracuj, a prawdziwa zasługa przebije się Wszędzie i zyska niewątpliwie uznanie.
Jednem słowem, młody człowiek wzbudził wszędzie sympatyę i wszędzie zachęcano go do wytrwałości.
W każdym razie było to już wiele. Uczuł się silniejszym i z większą pewnością zjawił się w mieszkaniu krytyka.
Nie mniej łaskawy, jak bracia jego dziennikarze, przyjął on Fryderyka Boissier z wyszukaną uprzejmością.
— Pańskie imię jest mi już znane, kochany panie — przemówił — dzienniki z Tuluzy rozpisywały się o panu i pańskim talencie w wyrazach nadzwyczaj pochlebnych.
Fryderyk uczuł, że mu serce bije z radości.
— Te same dzienniki donosiły nam, że jesteś pan nie tylko obiecującym kompozytorem, lecz także nauczycielem muzyki pierwszej miary i skrzypkiem, wysoko uzdolnionym. Jaki wiek pański?...
— Mam lat dwadzieścia ośm.
— To wiek odpowiedni do rozpoczęcia walki; długa to droga, bardzo długa... A przedewszystkiem trzeba się zrzec wszelkich snów, wszelkich złudzeń. Tak więc, przybyłeś pan do Paryża?...
— Tak.
— Jesteś pan kawalerem?...
— Jestem żonatym i spodziewam się zostać wkrótce ojcem.
— Hm! hm! to bardzo źle...
Fryderyk rzucił na mówiącego zdziwione spojrzenie.
— O! nie jestem bynajmniej nieprzyjacielem małżeństwa — odezwał się tenże żywo, a tem mniej przeciwnikiem życia rodzinnego. Lecz, kochany panie, pan rozpoczynasz karyerę w której najlepiej być samym, przynajmniej do dnia, w którym pan zdobędzie rozgłos i sławę. Żona i dzieci są zwykle powodem kłopotów, które przeszkadzają rozwojowi prawdziwego talentu. Wszelako jeżeli jest się bardzo bogatym... Posiadasz pan majątek?...
— Nie posiadam nic, oprócz moich zdolności.
— Bardzo często, to warte dużo; lecz czasami to nie wystarcza. A teraz, kochany panie, bądź pan łaskaw wyjawić powody, które sprowadzają cię do mnie.
Młody człowiek, onieśmielony, wahał się mówić. Gospodarz to spostrzegł.
— Mów pan śmiało — rzekł z zachęcającym uśmiechem — krytyk nie jest potworem. Zresztą muszę panu oświadczyć, że zyskałeś moję sympatyę i że bardzo ni będzie przyjemnie oddać ci przysługę.
Uspokojony temi życzliwemi słowami, Fryderyk zaczął mówić o swej operze, o symfonii i innych pracach jeszcze nie wydanych, przedstawiając zarazem krytykowi swoje zamiary i nadzieje.
Ten z łokciem, opartym o biurko, trzymając brodę w ręce, słuchał go uważnie.
Napróżno młody artysta starał się schwycić jakąś myśl we wzroku lub poruszeniach twarzy siedzącego; — twarz i spojrzenie nic nie mówiły.
Kiedy skończył mówić, krytyk odezwał się natychmiast.
— Panie Boissier, czy pan zastanowiłeś się nad tem, ile też może być młodych ludzi w Paryżu, którzy pokończyli znakomicie studya muzyczne i mają pańskie zamiary i nadzieje?...
— Nie, przyznaję.
— A więc, ja panu mogę powiedzieć, bez obawy pomylenia się, że takich będzie z pięćdziesięciu, a połowa z nich otrzymała nagrodę w Rzymie; prawie wszyscy inni ubiegali się również o wielką nagrodę. I wierzaj mi, kochany panie, że mają oni nie mniej zasługi i talentu od tych szczęśliwców, którzy zwyciężyli, wszyscy oni pracowali dla sztuki. Nie tylko dla siebie, lecz razem dla ich ojczyzny, dla Francyi, podjęli się tylu najszlachetniejszych usiłowań.
Zdawałoby się, że naród powinien im być wdzięcznym i nie zapominać o tych ofiarach, które ponieśli dla zdobycia sławy i otoczenia blaskiem kraju rodzinnego. Jakże ich wynagrodzono? Powiadam panu, że dotychczas jeszcze nie mają nic, krom nadziei, po dziesięciu, piętnastu, dwudziestu latach pracy. Nie żyją, lecz wegetują, straciwszy resztki odwagi, która tlała jeszcze w ich piersi. Młodzieńcy jeszcze, są już starcami. Natchnienie ich opuszcza, tracą powoli żywą wyobraźnię i, patrz pan, pączek usycha na łodydze w chwili rozkwitu. Nie istnieją już dla sztuki, która liczyła z początku na ich siły. Kilku tylko opiera się zwątpieniu i walczy ostatnimi wysiłkami, to najsilniejsi i najwytrwalsi.
A gdzież ich dzieła, gdzie płody ich ducha? Publiczność nie wie nawet o nich. Każdy z nich ma na spodzie szafy lub stolika wielką operę lub operę komiczną w trzech aktach, którą każdej chwili możnaby przedstawić w teatrze. Tak, lecz, niestety, pozostaje zawsze jedynie to nieszczęśliwe „możnaby“. Człowiek, który czuje w sobie genialny polot mistrza, ginie nieznany i praca całego jego życia daremma. Czyja to wina? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nikogo nie oskarżam. Rząd robi, co może, więc nie można zrzucać nań odpowiedzialności. Dyrektorowie naszych scen lirycznych czynią zadość swemu zadaniu, zajmując się tem, co dla nich przedstawia pewną korzyść i zadowala publiczność.
Konstatuję jedynie fakt i to wszystko.
Znam kompozytora zasłużonego, który zdobył w swoim czasie wielką nagrodę w Rzymie; on ma również swoję wielką operę, ułożoną od lat piętnastu, i operę komiczną, którą ukończył przed dziesięciu latami. A przecież dwie jego sztuki jednoaktowe zdobyły już na naszej drugiej scenie lirycznej uznanie ogółu. Wspominam panu o nim, jako o człowieku, który dopiął już celu i którego można zaliczyć między najszczęśliwszych. Policzywszy tych niewielu, których w ostatnich piętnastu latach poddano pod sąd publiczności, przekonasz się pan, że mało który kompozytor dostąpił szczęścia oglądania kilku swoich sztuk na scenie teatru. Bierzesz się pan do pracy z zapałem, z miłością; ukończywszy twe dzieło i przejrzawszy je po raz ostatni, niesiesz je do dyrektora i czekasz z dziesięć lat, zanim łaskawe jego oko padnie na arkusze, zapisane przez ciebie z mozołem i natężeniem umysłu. Lecz to nie znaczy, że praca pańska przyjęta. Jeżeli muzyce niczego zarzucić nie można, to słowa twej opery na pewno nic nie warte; a jeśli przeciwnie natrafiłeś na poemat zajmujący i dobrze prowadzony, to bądź pewny, że część muzyczna nie zadowoli wybrednego smaku dzisiejszych słuchaczy. Wszystko trzeba zmienić. I kompozytor widzi, że będzie czekał znowu lat dziesięć; zmiarkowawszy, że wtedy już piąty krzyżyk zacięży mu na barkach, rzuca partycyę do kosza i szuka innych środków do życia.
Krótko mówiąc, ci, którzy osiągnęli cel zamierzony, mogą się uważać za istoty uprzywilejowane.
Nie opowiadam tego, ażeby pana zniechęcić, kochany panie Boissier, według mego zdania, oddaję panu prawdziwą przysługę, przedstawiając ci położenie takiem, jakiem ono jest w istocie; zarazem masz pan w tem dowód mego szacunku i uznania.
Jestem przekonany, że między tymi, którzy, jak pan, pragną zyskać sławę, znajdują się rzeczywiste talenty, że nie jeden z nich mógłby się równać z naszymi zmarłymi mistrzami, jak: Halévy, Boïeldieu. Hérold, Adam, Auber, Clapisson. Na nieszczęście, umrą, nieżałowani przez naród, który nie znał ich zasług i uzdolnienia.
Nasze teatry liryczne żyją z arcydzieł wielkich mistrzów, troszcząc się przede wszystkiem o gruby dochód. Naturalnie, że dyrektorowie przenoszą coś pewnego nad niepewność. Nie potrzebuję dodawać, że w ten sposób zmarli zajmują miejsce żyjących i że, szukając wszystkiego w starym repertoarze, można się znakomicie obejść bez nowego.
— Dajmy na to — ciągnął dalej krytyk, że wreszcie ogłoszenia, porozlepiane po rogach ulic, zapowiadają nowość; wtedy publiczność dowiaduje się ze zdziwieniem, że ta nowość została napisaną przed dwudziestu latami. Kiedy niekiedy dają świeżą sztukę; dyrektorowie muszą uczynić zadość naleganiom swych gości, upominających się o swoje prawa. Jeżeli próba się nie powiedzie, to zarządcy teatrów mają na kilka lat spokój. Trzebaby stworzyć takie arcydzieła, jak „Biała dama“ lub „Gwiazda północy“, jak „Zampa“ lub „Czarne domino“, jak „Wilhelm Tell“ albo „Żydówka“, jak „Faworyta“ lub „Norma“, jak wreszcie „Robert dyabet“ i „Herkulanum“. I ażeby nie umrzeć z głodu, młody kompozytor, który od kilku lat nosił się z nowym „Wilhelmem Tellem“ lub inną „Żydówką“, został piernikarzem lub sprzedaje wiktuały w suterenach.
To smutne...
Streśćmy to wszystko w kilku słowach. Z jednej strony miłość sztuki, prawdziwej, wzniosłej sztuki, gaśnie w sercu młodych muzyków, a z drugiej zamiast pięknemi operami, zasypują nas coraz to świeżemi operetkami. Teatry, gdzie dawniej przedstawiano dramat, komedyę i wodewil, dziś przemieniły się w sale mniej lub więcej liryczne, a publiczność, która ma już dosyć starej sztuki, a pragnie nowości, publiczność ta biegnie oklaskiwać naśladowców Offenbacha. Nie wspominam już o tych potwornościach, odgrywanych po kawiarniach i ogródkach.
Pan twierdzisz, że publiczność żąda tego, co odpowiada jej wymaganiom. Nie przeczę. Lecz operetka da nam ludzi z talentem, a nigdy muzyków genialnych. Panie Boissier, wierz mi pan, że nie ukryłem niczego przed panem. A ponieważ to położenie trwa już dość długo, bardzo długo, nie mam nadziei, aby się prędko skończyło. Teraz pan wiesz, jakie trudności masz do zwalczenia. Oceń pan swoje siły i zapytaj sam siebie, czy jesteś gotów stawić czoło przeszkodom. W każdym razie możesz pan rozmówić się z dyrektorem opery komicznej, nie narażając się na nic złego. Człowiek to bardzo uprzejmy i jestem pewny, że przyjmie pana życzliwie.
— Tak — odparł młody człowiek. — poniosę mu moję pracę. Wszystko mi jedno, wszak i to, coś pan powiedział, nie jest zbyt zachęcającem.
— Przyznaję.
— Pomimo tego, dziękuję panu szczerze za rady i wskazówki. Gdybym śmiał, prosiłbym pana...
— O co?...
— Żebyś mnie pan polecił dyrektorowi.
— Kochany panie, nie mogę tego zrobić, dla wielu powodów. Po pierwsze, nie posunęłoby to pana ani o krok naprzód, następnie, uczyniwszy to dla pana, musiałbym nie odmawiać mej pomocy innym, a tak straciłbym moję niezawisłość, na której mi bardzo zależy.
Po tych słowach powstał, ażeby pożegnać gościa. Fryderyk, odprowadzony przez krytyka aż do drzwi mieszkania, zeszedł po schodach, chwiejąc się, jak pijany. Śmierć miał w duszy.
— Trzeba było zostać w Tuluzie — szepnął.


XIV.
Bez wyjścia.

Fryderyk o niczem żonie nie wspominał, nie chciał niszczyć gwałtownie tych pięknych snów i marzeń, które powstały w jej główce. Zresztą stan Emeliny wymagał oszczędzania jej wszelkich wzburzeń. To też młody człowiek stawał zawsze przed żoną zadowolony i uśmiechnięty zdołał ukryć przed nią to, co nurtowało go w głębi duszy.
— Nie mogę się zniechęcać — mawiał w duchu — nie mogę pozwolić, aby mi kiedyś wyrzucała, że moją bezradnością uczyniłem ją nieszczęśliwą.
Już z bardzo małą pewnością siebie stawił się w Operze komicznej, pragnąc widzieć się z dyrektorem.
W zastępstwie swego zwierzchnika przyjął go zarządca teatru, który go wysłuchał równie uważnie, jak krytyk.
Kiedy skończył, słuchający poruszył głową i rozchylił usta w uśmiechu, który nie zwiastował niczego dobrego. Zdawało się, że ma na myśli:
— Ten chłopak, który dopiero co opuścił miasto rodzinne, ma piękne złudzenia.
— Jestem głęboko przekonany, że pańskie dzieło jest piękne i wzniosłe, lecz my, panie, musimy się stosować do praw raz przyjętych, od których żadną miarą odstąpić nie możemy. Tutaj, mój panie, pierwsze miejsce należy się naszym mistrzom, naszym sławnym kompozytorom; drugie oddać musimy młodym kompozytorom, wracającym z Rzymu, którzy z kolei będą mistrzami.
— Zadowolnię się trzeciem — młody człowiek odezwał się nieśmiało.
— Rozumiem pana, ale na nieszczęście takiego nie ma. Dyrekcya zobowiązuje się zwykle na początku sezonu i musi czynić zadość słusznym wymaganiom. Wliczywszy te, które już poprzednio dyrektorowie przyjęli, posiadamy repertuar na lat dziesięć, a wszystko są to prace znanych kompozytorów. Dyrektor nie może przyrzekać czegoś na tak długi termin, bo nikt nie wie, gdzie go los przez ten czas zapędzi. Żałuję, że dyrektor opuścił przed chwilą operę, bo odpowiedź jego zgadzałaby się zupełnie z mojemi słowami. Pomimo tego, możesz pan nam przynieść twoję partycyą i rękopis poematu. Muszę pana jednak uprzedzić, że w razie najlepszym wystawimy ją za lat dziesięć lub dwanaście.
Fryderyk powstał blady, drżący.
— Namyślę się jeszcze, może powrócę — wykrztusił.
— Jak panu się podoba.
Młody człowiek, oddawszy z szacunkiem ukłon, opuścił gmach opery.
— Ah! dziesięć lub dwanaście lat — szepnął, zacisnąwszy z bólu zęby — dziesięć lat, a po upływie tego czasu nie być jeszcze pewnym niczego!... To okropne! To karyera jedynie otwarta dla bogatych i wpływowych!... O co za nędza! Krytyk miał słuszność: lepiej sprzedawać pierniki lub zamiatać ulice.
Wróciwszy do domu, chwycił w rękę manuskrypt poematu opery.
Autorem był jeden z jego przyjaciół, poeta z Tuluzy.
Fryderyk umiał poemat na pamięć, ileż to razy szukał w nim myśli oryginalnych i scenicznego układu! Teraz czytał go z uwagą, jeszcze bardziej natężoną. I znowu znalazł wiele wesołości, wiele scen zabawnych. Muzyka stosowała się do poematu, można było zauważyć łączność pomiędzy librettem a partycyą.
Nagle młody człowiek uderzył się w czoło. W głowie błysnęła mu myśl nowa.
— Ponieważ dziś tylko operetki podobają się publiczności odezwał się głośno — dla czogożby moje „Śmieszne przygody“ (taki tytuł nosiła praca młodego artysty), nie zdobyły powszechnego uznania, które tak łatwo zyskały naprzykład „Orfeusz w piekle” lub „Piękna Helena“.
Nazajutrz ułożył w porządku partycyę, a zwinąwszy ją razem z poematem w rulon, udał się do teatru operetkowego.
Tym razem spotkało go szczęście rozmawiania z osobą samego dyrektora.
Czy to młodość wywierała tak korzystne wrażenie, czy dźwięk głosu lub nieśmiałość, dość, że wszędzie słuchano go z widoczną życzliwością.
Gdy odpowiedział na kilka pytań, zadanych mu przez dyrektora, ten ostatni przemówił uprzejmie:
— Zostaw mi pan rękopisy. Słowa sam przeczytam, a partycyę przejrzy jeden z moich przyjaciół.
— Kiedy mam powrócić?...
— Za tydzień.
Fryderyk wyszedł uradowany z gabinetu dyrektora.
Tym razem sercem jego wstrząsała radość i nadzieja.
Po tygodniu zjawił się w mieszkaniu dyrektora.
Ten był właśnie zajęty i kazał mu przez służącego wrócić znowu za tydzień, gdyż dotychczas nie miał czasu przejrzeć jego opery.
Fryderyk oddalił się z głową spuszczoną, myśląc:
— Zły znak!...
Trzy razy wracał do teatru napróżno, wreszcie za czwartym razem otworzyły się przed nim drzwi dyrektora.
Młody człowiek czekał wyroku, jak skazany, który podał prośbę o darowanie życia.
— Panie — rzekł mu dyrektor- — przejrzeliśmy pańską partycyę; masz pan bardzo wielki, powtarzam, bardzo wielki talent. Znaleźliśmy w pańskiej pracy przepyszne ustępy, tchnące wdziękiem i świeżością; dzieło to wzniosłe, pełne uczucia i harmonii. Jak mi znawcy mówili, orkiestra obfituje w przedziwne efekty. Krótko mówiąc, stworzyłeś pan arcydzieło pierwszego stopnia. Teraz, pozwól pan sobie oświadczyć, że przychodząc tutaj, pomyliłeś się nieco. Pańska praca to nie operetka, to prawdziwa opera komiczna; operze komicznej powinieneś pan ją poświęcić. Nie twierdzę, że nie miałaby ona u mnie powodzenia, lecz cóż za stosunek między moją maleńką sceną, a wielkością pańskiego dzieła!... To jeszcze nie wszystko: mój teatr posiada skromnych śpiewaków, śpiewaków operetkowych, a pan do oddania wiernie twej opery potrzebujesz wielkich artystów. Powtarzam raz jeszcze, że powinieneś pan dojść do wielkiej opery.
— Jakim sposobem? — spytał Fryderyk.
— Zapewne, musisz pan wprzód zwalczyć wiele przeszkód, jak zresztą wszędzie, jak nawet w naszych małych teatrzykach. Lecz jakże robili ci, którzy doszli do celu?... Przecież i oni byli początkowo nieznani; zwyciężywszy trudności stanęli tam, gdzie dziś się znajdują. Odważnie i wytrwale kołacz pan do wrót szczęścia, a wreszcie się przed panem otworzą. Co do poematu, muszę panu dać nową wskazówkę. Przeczytałem go od początku do końca. Przedmiot sztuki jest interesujący i dostatecznie rozwinięty, za mało jednak w nim ruchu; bo przebija u autora brak doświadczenia i nieznajomość sceny. Pomimo tych usterek, sztuka ta jest lepszą od wielu innych. Ale, kochany panie, pański współpracownik jest podobnie, jak pan zupełnie nieznany. Trzebaby być Gounodem. Thomasem lub Verdim, aby narzucić dyrektorowi poemat pierwszego lepszego. Również zyskuje wiele partycya nieznanego artysty, opracowana na słowach sławnego autora. I tak, ja sam, przyjąłbym z zamkniętemi oczami operetkę w trzech aktach, której libretto byłoby podpisane przez Clairville’a albo Meilhaca, Cremieuxa lub Halévego. Samo nazwisko jednego z tych autorów, lubianych przez publiczność, jest zapewnieniem powodzenia. A o cóż nam, dyrektorom, idzie więcej, niż o powodzenie sztuki?...
— Panie — rzekł Fryderyk — dziękuję panu za te dobre rady. Czy mogę spytać jeszcze o jednę?...
— Mów pan.
— Czy mam pracować dla pańskiego teatru?...
— Hm, hm — mruknął dyrektor.
— Pan już znasz zakres mego talentu — ciągnął dalej młody człowiek. — Mam odwagę i dobrą wolę.
— Zapewne, zapewne... Lecz widzisz pan, operetka to dla pana za mało...
— Jeżeli jednak...
— Pan jesteś ze szkoły wielkich mistrzów i nie powinieneś opuszczać wzniosłej muzyki.
— Radbym bardzo nie czynić tego, lecz muszę. Pan znasz pewnie przysłowie: „Kto może wiele, może i mało.“
— Nie zawsze, nie zawsze — dyrektor potrząsł głową przecząco — autor „Proroka” i „Hugonotów“ nie stworzyłby operetki. — A spostrzegłszy smutek na twarzy młodego człowieka, dodał szybko: — Wszelako, probuj pan, zobaczymy...
— To zachęta.
— Lecz nie obietnica.
— Pomimo tego opuszczam pana z odrobiną nadziei.
— Tem lepiej dla pana.
— Partycya moja potrzebuje słów pana Clairvilla?...
— Lub innego znanego autora; w przeciwnym razie nie zadawaj pan sobie niepotrzebnego trudu.
Fryderyk wyszedł z teatru, niosąc jeszcze raz pod ramieniem partycyę i poemat, które mu oddał dyrektor.
Przez piętnaście dni następnych szukał słów dla swej operetki.
Powiedział sobie:
— Zobaczymy, czy nie jestem zdolny do muzyki operetkowej. Muzyka, komiczna czy dramatyczna, jest zawsze wytworem i płodem wyobraźni.
Odwiedził Clairville’a i innych autorów operetkowych znanych i przyzwyczajonych do powodzenia. Wszędzie przyjmowano go uprzejmie. Na nieszczęście, ci panowie poczynili od dawna zobowiązania względem kompozytorów i dyrektorów; wszyscy mieli ręce związane; żałując, że nie mogą służyć panu Fryderykowi Boissier, oświadczali, że na razie prośby jego wypełnić nie mogą, lecz może... później... za lat dwa lub trzy... wszelako na pewno, niczego przyrzekać nie mogą.
— Przez ten czas — Fryderyk uśmiechał się gorzko — będę miał dosyć czasu do śmierci głodowej...
Spotkawszy jednego z dawnych znajomych z Tuluzy, który był obecnie drugim skrzypkiem w akademii muzycznej, opowiedział mu szczerze o swych kłopotach i licznych trudnościach, których przełamać nie może.
— Nie dziwi mnie to wcale — odparł skrzypek — pańskie położenie nie jest ani lepsze ani gorsze od sytuacyi wielu innych, którzy również mają nadzieję zdobycia majątku i sławy.
Pan podobasz się wszystkim, a może nawet wiedzą, że masz wielki talent. Niestety jednak, jesteś dotychczas nieznany i to ci zagradza drogę do zyskania rozgłosu.
— Do dyabła! wiem dobrze, że jestem nieznany — młody człowiek odparł niecierpliwie — lecz czyż publiczność mnie kiedykolwiek pozna, jeżeli wszystkie drzwi pozostaną zamknięte przedemną?...
— Masz pan zupełną słuszność.
— Przecież i nasi mistrze kiedyś byli nieznanymi.
— I to prawda. To dowodzi, że tym lub owym sposobem otworzyli jedne drzwi, następnie drugie, wreszcie wszystkie. Wierz mi pan, panie Boissier, że każdy z nich posługiwał się innemi środkami. Znasz pan bajkę o Ali-Babie z tysiąca i jednej nocy?...
— Znam.
— A więc, w sztuce musisz pan również posiadać to sławne: „Sezamie, otwórz się!...“
— Pan, który żyjesz tak długo w świecie artystycznym i znasz prawdopodobnie jego tajemnice, powiedz mi, co mam robić.
— Nie wiem. Odpowiem panu tak, jak ci już powiedzieli wszyscy dyrektorowie: daj się pan poznać.
— Widzę więc, że zamiast postępować naprzód, będę zmuszony w tył się cofać!...
— Chciej mnie pan zrozumieć, panie Boissier, wszak mamy wiele sposobów dopięcia celu; można być głośnym przed ukazaniem się publiczności, która jest sędzią najwyższym. Znam kilku kompozytorów, których dzieła jeszcze nie wydane, a wszyscy mają ich nazwiska na ustach. Przyjaciele i znajomi takiego pana roznoszą po całem mieście: „Znacie państwo pana X., to człowiek z olbrzymiemi zdolnościami, niedługo dowiecie się o nim; występ jego będzie się równać wschodowi słońca.“ Takie krople padają na bruk miejski przez trzy, cztery miesiące, poczem świat artystyczny zaczyna śpiewać chórem: „Pan X. ma ogromny talent.“ A tymczasem pan kompozytor wystawia się codzień na widok publiczny. Na bulwarach trzyma się ramienia autora dramatycznego, śpiewaka lub dyrektora; w kawiarni siedzi z artystami; podczas przedstawienia w teatrze opiera się z miną zwycięzcy o kolumny za kulisami, lub, nadęty, jak paw, przechadza się po foyer. Jeżeli posiada majątek, to daje obiady i wieczory, na które sprasza dyrektorów, artystów i autorów. Nic dziwnego, że po pracy tak pilnej i wytrwałej zbiera plony obfite...
— Których ja nigdy nie osiągnę — Fryderyk przerwał, potrząsając smutnie głową.
Tamten ciągnął dalej:
— Mogą pana wynosić pod niebiosy, a bez talentu nie będziesz nigdy niczem. Tak jest, musisz pan przede wszystkiem mieć prawdziwe zdolności; bez nich można wydać miliony i poruszyć niebo i ziemię, a nie zostanie się nigdy sławnym człowiekiem. Na nieszczęście dziś nie wystarcza sam talent; artysta genialny może umrzeć z głodu, śpiąc codziennie z wykończonem arcydziełem pod głową.
Pan masz talent i czynisz zadość pierwszemi warunkowi. Bynajmniej nie twierdzę, że pan nigdy nie dojdziesz do celu, przecież nie wszyscy umierają z nędzy; lecz uzbrój się w cierpliwość, bo walka twoja ze światem będzie się toczyć długo, bardzo długo, a to czegoś już doznał, jest początkiem trudności. Znajdują się i tacy, którym wszystko ustępuje z drogi, którym wystarcza powiedzieć: „Tak chcę!“ Oto dzieci, pieszczone przez matkę, naturę, a matką ich chrzestną była czarodziejka. Są to synowie, krewni lub przyjaciele dyrektorów. Są to protegowani osób potężnych i wpływowych. Lub wreszcie są to ludzie, którzy, idąc śladem Meyerbeera, dają pieniądze dyrektorowi za przedstawienie ich sztuki. Ach! gdybyś pan mógł udać się do dyrektora, któregobym z chęcią ci wskazał, i powiedział mu: „Przynoszę panu operę w trzech aktach i pięćdziesiąt tysięcy franków“. O! wtedy bądź pan pewien, że za trzy miesiące publiczność nagradzałaby oklaskami twoje trudy. Pieniądz to owo „Sezamie, otwórz się!“ Nie znajdziesz pan drzwi, które nie stałyby otworem złotu!


XV.
Nowe rozczarowania.

Fryderyk poznawał z każdym dniem, że w walce, którą podjął, ulegnie prędzej czy później. Teraz przekonał się, że to wielkie miasto, od którego tyle żądał, nic mu dać nie chce i nie może.
— Jestem bezsilny — mówił z rozpaczą — straciłem już odwagę, stanowczość, i widzę, że mnie ta ziemia, po której kroczę, lada chwila pochłonie, jeżeli mi Opatrzność nie przyjdzie z pomocą. Nieszczęśliwy liczył już tylko na cudowny zbieg okoliczności. — Niestety! — zaczynał po chwili, przypominając sobie słowa drugiego skrzypka opery — matką moją chrzestną nie była czarodziejka. — Wreszcie dodawał, ściskając głowę w dłoniach: — Gdybym miał sto tysięcy franków!...
Lecz biedny człowiek nie posiadał tych stu tysięcy i musiał dalej walczyć bez broni i puklerza.
Pieniądze, przywiezione z Tuluzy, znikały szybko i każdy dzień przynosił mu nową troską, nowy niepokój. Miał jeszcze pięć tysięcy franków, wkrótce cztery tysiące, trzy, dwa, wreszcie jeden. I widział z przerażeniem zbliżającą się chwilę, w której będzie musiał wydać ostatnie dwadzieścia franków, poczem w domu jego zawita nędza, straszliwa nędza. Czy miał czekać na nią? Czy nie powinien był ostatniemi wysiłkami wymknąć się jej groźnego uścisku?
Lecz jeżeli obawiał się niedostatku, to tylko dla niej, tylko dla Emeliny, jego żony ubóstwianej, przyzwyczajonej do dostatku, której przyrzekł zapewnić szczęście i zamożność.
O! na samą myśl, że żona jego cierpiałaby głód i zimno, czuł dreszcz, przebiegający członki, w uszach słyszał szum, a wielkie łzy, łzy boleści, błyszczały w jego oczach.
Co! miałby widzieć bladość na twarzy Emeliny, zwiędłej przedwcześnie nędzą i troskami! Co! miałby widzieć, jak płomień jej oczu gaśnie, jak uśmiech ulatuje z jej ust, słyszeć jej jęki i westchnienia... O! nie, nie, pragnął choćby za cenę życia uniknąć tych męczarni.
Czas już był największy chwycić się jakiego środka, zwrócić się w tę lub ową stronę, trzeba było pracować, zarabiać w jakikolwiek sposób, i to wiele, bardzo wiele. Emelina nie powinna była pozbawiać się niczego, zwłaszcza, że musiał zapewnić byt nie dwom, lecz trzem istotom. Nowe obowiązki zmuszały go do walki z przeciwnościami.
Podczas gdy przebiegał ulice Paryża, szukając pracy, Emelina została matką. Wydała na świat czarującą córeczkę, różową, świeżą i tłuściutką, jak cherubinek.
Fryderyk znalazł ją tak śliczną, że zaraz zauważył jej podobieństwo do matki.
Przez kilka dni zapomniał o całym świecie, oddając się zupełnie rozkoszom ojca.
W pięć dni po urodzeniu, dziecko zostało ochrzczone i otrzymało imiona Janina-Fryderyka-Emelina; postanowiono jednak nazywać ją Janinką.
Już od kilku miesięcy pani Surmain zamieszkała w Paryżu, przy ulicy Londres. Kiedy Emelina prosiła ją o trzymanie córeczki do chrztu, odmówiła stanowczo, oświadczając, że swym chrześniakom przynosiła nieszczęście, gdyż wszyscy pomarli, chociaż była cztery razy matką chrzestną.
W ostatniej chwili Fryderyk poprosił na rodziców chrzestnych małżeństwo, które znał z Tuluzy, posiadające w Paryżu mały sklepik.
Młody ojciec ubóstwiał swą córeczkę już w godzinę po narodzeniu. Pragnął, aby Emelina sama ją karmiła i otoczyła staraniami, tak niezbędnemi niemowlęciu, lecz ponieważ młoda matka zaczęła mówić o mamce, nie okazując zbytniej chęci do trzymania dziecka przy sobie, zgodził się na tę ofiarę. Następstwem tego było, że w biurze zamówiono mamkę, która, nazajutrz po chrzcie, wzięła maleńką Janinkę do siebie, do wsi Buchot, w departamencie Nièvre, niedaleko Pouilly-sur-Loire.
Jak wyżej wspomnieliśmy, Fryderyk, biegając wciąż po mieście, aby widzieć tę lub ową osobę, nigdy nie był w domu.
Z drugiej strony, Emelina, nie lubiąc samotności, opuszczała co dzień mieszkanie, odczuwając jeszcze bardziej, niż w Tuluzie, otaczającą ją ciszę i spokój.
Odwiedzała znajome osoby, najczęściej panią Surmain, która wpadała również dwa lub trzy razy na miesiąc, ażeby uścisnąć rękę przyjaciółki.
Jeżeli Helena wybierała się na przechadzkę, Emelina jej zwykle towarzyszyła; czasami się jej jednak zdarzało, że młoda kobieta musiała przechadzać się sama. Wtedy powierzała się losowi i szła w bogate dzielnice miasta, na bulwary, wszędzie, gdzie mogła coś widzieć godnego uwagi, gdzie mogła podziwiać meble, suknie, kapelusze i klejnoty.
Na nieszczęście, bardzo rzadko mogła sobie pozwolić na wstąpienie do sklepu i kupienie jednego z tych pięknych przedmiotów, które przykuwały do siebie jej spojrzenie.
Spotykano ją również w parku Monceau, w ogrodzie Palais-Royal lub Tuileries, gdzie siedząc na krześle, czekała na godzinę muzyki, lub wreszcie na polach Elizejskich w miejscach, zkąd najlepiej mogła przypatrzeć się przejeżdżającym ekwipażom i wydać sąd o prześlicznych toaletach kobiet wielkiego świata i półświatka, toalet, różniących się jedynie sposobem ich noszenia.
Dla przyzwoitości brała rozpoczętą robótkę, na którą nigdy okiem nie rzuciła, lub najnowszą powieść, którą trzymała na kolanach, wodząc okiem po przesuwających się twarzach.
Nie czuła się zadowoloną z takiej samotnej przechadzki, nie mogąc udzielać nikomu swych myśli i spostrzeżeń, lecz wolała podobny spacer od siedzenia w mieszkaniu ciasnem i ciemnem, gdzie słońce rzadko zaglądało, gdzie znudziłaby się na śmierć.
Fryderyk, zmuszony do pamiętania o potrzebach domowego gospodarstwa, a oprócz tego do opłacania mamki swego dziecka, chodził od znajomego do znajomego, prosząc wszystkich o szukanie mu uczni; jednocześnie poszukiwał miejsca organisty.
Lecz w Paryżu nie brak nauczycieli obu płci, a w ich liczbie znajduje się wielu, nie zarabiających dosyć na życie. Trudno więc bardzo o lekcye, zwłaszcza człowiekowi nieznanemu.
Co się tyczy miejsc organisty, są one jeszcze rzadszemi, gdyż posady to bardzo poszukiwane.
Jeżeli Paryż posiada wiele kościołów, to obfituje również w liczny zastęp kandydatów, gotowych każdej chwili do piastowania te zaszczytnej, a bardzo popłatnej godności. W każdym razie trzeba czekać nieraz nawet bardzo długo.
Oto, co odpowiadano młodemu człowiekowi, i nieszczęśliwy musiał zdać się na łaskę Opatrzności.
— I to Paryż, miasto tak bogate, posiadające takie dochody! — myślał z uczuciem gorzkiego żalu.
Przypomniał sobie, że ma jeszcze dwanaście melodyj nie wydanych i symfonię „Pory roku“.
— Gdybym mógł je sprzedać, chociażby po pięćdziesiąt franków za jednę, miałbym sześćset franków. Z temi pieniędzmi przebylibyśmy zimę i na razie byłbym ocalonym.
Z melodyami pod ramieniem, udał się do kilku wydawców.
Odpowiedziano mu:
— Kochany panie, dziś już nikt romanc’ów nie śpiewa, chyba kilka pensyonatów żeńskich; nie możemy wydawać rzeczy, których nikt nie kupuje. Romance miały swoje piękne dni i cieszyły się uznaniem publiczności, ale tylko przed koncertami kawiarnianemi. Wtedy wydawano albumy, które się rozchodziły po całym świecie w tysiącach egzemplarzy. Dziś nie ma albumów. Ah! daleko już jesteśmy od tych czasów, kiedy romanca była w modzie wraz z takimi, jak Mazzici, jak Panseron, jak Loïsa Puget, Etienne Arnand, Paweł Henrion i Luigi Bordèse. Wszystko to przeszło, a my pierwsi żałujemy dawnych czasów. Lecz, cóż pan chcesz? Smak publiczności się zmienia. Cóż my na to poradzimy? Nic! To, czego ogół dzisiaj wymaga, to są piosnki wesołe, żywe, śmieszne, często nawet drastyczne. Gdybyś pan nam przyniósł coś w rodzaju „Nianki Niedźwiedziej“, „Kobiety z brodą“ albo Colin“, no, tobyśmy zobaczyli, pomówili, możebyśmy się nawet porozumieli. Zresztą, kochany panie, ażeby niczego nie ryzykować i nie narażać się na stracenie kosztów wydania, kupujemy rzeczy znane, piosnki, które już w całem mieście zdobyły popularność, to znaczy takie, które śpiewano w Eldorado, w Alcazarze, Ba-taclan, lub w jakiej innej wielkiej kawiarni paryskiej. Tem, czego nie śpiewała panna *** lub pani X..., publiczność nie zajmuje się wcale. Dawniej, gdyby w salonie nie śpiewano wyłącznie romanc, byłby skandal na całe miasto; dziś repertoarem salonów wielkoświatowych są programy koncertów kawiarnianych. A my, kochany panie, musimy stosować się do powszechnego prądu, ponieważ jesteśmy pokornymi sługami publiczności, która nas utrzymuje. Jeżeli masz pan zdolności w tym kierunku, to układaj piosnki, starając się przedewszystkiem o zabawne słowa. A kiedy usłyszymy je w Eldorado lub Alcazarze, to możesz pan na nas liczyć.
Fryderyk pokazywał swą symfonię.
— O! to, to całkiem co innego — mówiono, to partycye. Aby wydać symfonię, wydawca musiałby być prawdziwym waryatem. Wydanie kosztowałoby najtaniej tysiąc dwieście franków, a nie sprzedanoby z pewnością ani dziesięciu egzemplarzy. Zostawilibyśmy panu trochę nadziei, gdybyś pan był Felicyanem David’em, autorem „Pustyni“, lub dyrektorem wielkiej orkiestry, jak pan Pasdeloup. W takim razie kazałbyś pan wykonywać twą symfonię cztery lub pięć razy w roku; wtedy nie wątpilibyśmy w pańskie powodzenie.
Młody artysta, przyniósłszy napowrót do domu symfonię i melodye, rzucił je do kosza, w którym spoczywała już nieszczęśliwa opera komiczna.
Tych kilka tygodni odebrało mu wszystkie złudzenia.
— Tak więc — szepnął — goniłem dotychczas za chimerą, a dzieło moje, to dzieło głupca... A jednak zdawało mi się, że czuję jakiś płomień w głowie, pod czołem... Teraz idee znikły, a myśl dogorywa. Przedemną leży praca trzech lat, a te czarne kropki na białych kartkach, to wszystkie uderzenia mego serca, oddech mej duszy... I to wszystko nic nie warte, nic!... Mylę się — dodał głucho, przyda się ten papier, aby rozniecić smutny ogień, w zimie, gdy drzewa zabraknie.
Głowa opadła mu na piersi, łkanie wydobyło się ze ściśniętego gardła.
Chwilę stał nieruchomo, zwiesiwszy bezwładnie ramiona. Wielkie łzy spływały mu po bladych policzkach.
Płakał za swojemi złudzeniami...
— Złamany jestem, złamany! — szeptał bezdźwięcznym głosem. — Co robić? Co robić? Lecz nagle odrzucił gwałtownie w tył głowę. Ja mam żonę, mam dziecko! — krzyknął z wściekłością przecież nie mogę pozwolić im umrzeć z głodu.


XVI.
Ciężkie zadanie.

Nadeszła zima.
Specyalne biuro dostarczyło Fryderykowi miejsca profesora muzyki w jednym pensyonacie. Otrzymywał tam sześćdziesiąt franków na miesiąc. Wstąpił również do jednego z teatrów trzeciorzędnych za wynagrodzeniem pięćdziesięciu franków, wypłacanych co miesiąc dosyć regularnie. Musiał żyć, ażeby zaś żyć, potrzebował pieniędzy. Otrzymał nadto miejsce pierwszego skrzypka w orkiestrze koncertów popularnych. Wszystkie te dochody wynosiły tyle, ile potrzebował, aby nie umrzeć z głodu.
W istocie, z tych stu dziewięćdziesięciu franków, po zapewnieniu utrzymania sobie i żonie, po zapłaceniu praczki i mamki małej Janinki, nie zostawało nic na ubranie i obuwie, które zużywały się z każdym dniem więcej. Spodnie jego i surduty świeciły się i przecierały; zmięty kapelusz mienił się różnemi barwami; obcasy u butów zupełnie się starły, a podeszwy domagały się natarczywie naprawy. Żyli ci ludzie, a właściwie nie umierali; wszak i to już bardzo wiele. Nie mniej Fryderyk widział zbliżającą się nędzę.
Ten ciągły niepokój, ta ciągła troska o chleb dla rodziny byłyby dla niego niczem, gdyby nie zły humor Emeliny, jej ustawiczne narzekanie i wymówki, równie niesłuszne, jak okrutne.
Młoda kobieta nie zmieniła się w niczem, pozostała tą samą, jaką była w Tuluzie, marząc jedynie o zaspokojeniu swych zachcianek i zadowoleniu swojej zalotności, a nie mogąc pozwalać sobie na wielkie wydatki, zrzucała na swego męża całą odpowiedzialność za ich ubóstwo, wyrzucała mu brak dochodów, karząc go bez litości za winy, których nie popełnił.
Często wspominał jej o ich córeczce, o małej Janince.
— A cóż mnie to obchodzi?... Ja przecież nie chciałam mieć dziecka — odpowiedziała szorstko.
Lub częściej, wzruszywszy ramionami, oddalała się bez odpowiedzi.
— Nudzę ją, wspominając jej o naszej córce — mawiał wtedy Fryderyk z bolesnem ściśnieniem serca. — Jakto, czyż jej nie kocha?.... O! nie, to niepodobna!... To byłoby okropne, potworne!...
Emelina była matką; lecz nie moglibyśmy powiedzieć, czy jakiekolwiek uczucie wstrząsnęło jej wnętrznościami matki, a pewnem jest, że za wiele zajmowała się strojami, żeby mieć czas do myślenia o dziecku.
Wychodziła zawsze na ulicę bogato ubrana i wedle ostatniej mody: na nogach miała cienkie trzewiki, na rękach świeże rękawiczki, na głowie kapelusz wartości pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu franków, kupiony u pierwszych modystek.
Różnica pomiędzy ubraniem prawie nędznem męża, a wspaniałemi sukniami żony, miała w sobie cos tak rażącego i bezwstydnego, że oburzała wszystkich znajomych młodego małżeństwa.
Mówiono powszechnie o Emelinie:
— Trzeba być waryatką, aby ośmielić się nosić toalety, nie pozostające w żadnym stosunku z położeniem jej męża.
A inny dodawał:
— To kobieta bez wstydu i serca.
— Zkąd bierze te pieniądze? — pytał ktoś trzeci.
Po cichu czyniono domysły:
— Musi mieć jednego lub kilku kochanków.
To była potwarz. Dotychczas zachowanie się młodej kobiety, przynajmniej w tym względzie, było bez zarzutu. Lecz kompromitowała się lekkomyślnie wybrykami, pozwalając tym sposobem wszystko przypuszczać.
Mimowoli, przez zbytnią słabość, Fryderyk stawał się wspólnikiem swej żony. W każdym razie nie możemy stanowczo go ganić. Nie ma na świecie kobiety, któraby nie wiedziała, jak bezsilnym wobec niej jest człowiek, który ją kocha.
Ażeby niczego Emelinie nie odmawiać, młody człowiek zaniósł już na Mont-de-Piété swoje srebro, łańcuszek, zegarek, bieliznę. Ze swej strony, młoda kobieta zastawiła w tem samem miejscu wielką część swoich klejnotów.
Fryderyk uczuł konieczność powiększenia swych dochodów. Już zarobił trochę pieniędzy, akompaniując na koncertach publicznych lub na wieczorkach, urządzanych przez osoby prywatne.
Zaproponowano mu wziąć udział w małej orkiestrze, złożonej z ośmiu lub dziesięciu muzykantów, która grywała na wieczorkach tańcujących i balach weselnych. Przyjął.
Niebawem wzywano go samego na wieczorki tańcujące do ludzi, którym wystarczała gra na fortepianie. W takim razie płacono mu, jak chciano, gdyż nie miał odwagi powiedzieć: dajecie mi za mało. Parweniusze, dawni piernikarze, handlarze win, kupcy towarów bławatnych lub galanteryjnych, a więc wszyscy ludzie, pogardzający głęboko artystami, uważają ich za cyganów, za żebraków, za nędzarzy i najgorszą hołotę, nie wstydzili się włożyć mu w rękę pięć franków za to, że był ich niewolnikiem przez pięć lub sześć godzin. I dawano mu te pieniądze, jak jałmużnę żebrakowi, jak wręcza się zapłatę najlichszemu wyrobnikowi.
Zraniony w swej dumie, we wszystkiem, co dusza ludzka ma wielkiego i szlachetnego, biedny człowiek wracał smutno, w milczeniu, z głową zwieszoną, z płomieniem wstydu na czole, wstrzymując gwałtem cisnące się do oczu łzy i tłumiąc westchnienia. Czuł się poniżonym, upokorzonym, on, autor „Śmiesznych przygód,“ on, który wiedział, że go opromienia gorący ogień geniuszu!... Cierpiał, lecz milczał. Wszak musiał zarabiać na chleb, i to za wszelką cenę!...
Podwajał więc siły dla swej ukochanej Emeliny i dla małej Janinki, nie troszcząc się o spoczynek i zdrowie. Z przyczyny tych dwóch istot, tak mu drogich, wystawiał się bez buntu na poniżenie i męki. Cierpiał, lecz ani jedna skarga nie wymknęła się z jego zbolałej piersi. Zresztą, cóżby ona zdziałała?... Wiedział dobrze, że nie może zmienić swego przeznaczenia. A potem, myśląc o Emelinie, o chwilowej radości, którą mógł jej sprawić, zapominał prędko o wszystkich katuszach moralnych.
Na nieszczęście położenie nie zmieniło się w niczem. Fryderyk zamęczał się pracą, nie mogąc wybrnąć z niedostatku, a im więcej zarabiał, tem więcej Emelina wydawała. Cóż ją obchodzili mąż i dziecko, byłoby jej wystarczało na przyjemności.
Możnaby powiedzieć, że każdy uśmiech Emeliny był okupiony bólem Fryderyka.
Kiedy młoda kobieta, lekkomyślna i rozrzutna, wydała w kilku dniach zarobek męża, szukała pomocy w pożyczkach. Nie zatrzymywała się nigdy w pół drogi, licząc na szczęśliwą przyszłość. I gdy Fryderyk przynosił na końcu miesiąca plon swej pracy, musiał najpierw spłacać krzyczące długi.
Z wyjątkiem kolczyków, pierścionka i jednej bransoletki, Emelina zaniosła jedne po drugich wszystkie klejnoty na Mont-de-Piéfé. Wyrzucała to wciąż Fryderykowi. Gdyby jej był dał w swoim czasie pieniędzy, których potrzebowała, nie byłaby z pewnością zastawiała tego i tamtego. Brakowało jej teraz klejnotów i z tego powodu nie mogła kilka razy brać udziału w niektórych zabawach. A jednak byłaby tam z chęcią poszła, byłaby się zabawiła. Wszak miała tak rzadko sposobność rozerwania się i doznania prawdziwego zadowolenia.
Teraz, kiedy będzie mogła wykupić swoje klejnoty?... Prawdopodobnie nigdy. Sprzedadzą je... za bezcen. To było okropne. Na świecie nie było kobiety w takiem położeniu, jak ona. Tak mówiąc, odświeżała ciągle ranę krwią broczącą, którą Fryderyk nosił w sercu. Powinien się był już przyzwyczaić do narzekań swej żony, do wymówek niesłusznych.
Pragnął bardzo wykupić klejnoty; lecz jakim sposobem?.. W Mont-de-Piété pożyczono dwa tysiące franków. Gdzie znaleźć te pieniądze?... Gdyby Emelina była rozsądniejszą, mogli oszczędzać i pomału byliby doszli do tej olbrzymiej sumy. Lecz o tem nie można było ani marzyć. W rękach Emeliny pieniądze nikły, jak kamfora. On również powtarzał smutnie:
— Klejnoty zostaną sprzedane!...
Byłby chciał dokonać czegoś niemożliwego, lecz wiedział, że napotka przeszkody, które złamią jego wolę i siły. Dnia pewnego błysnęła mu myśl dania koncertu.
— Może już trochę za późno — rzekł w duchu — (było to w pierwszych dniach maja), mniejsza o to.
Zdawało mu się, że powinien w tym względzie poradzić się swego przyjaciela z orkiestry operowej, który dał mu już kilka doskonałych wskazówek. Odwiedził go i uwiadomił o swym projekcie.
— Głupstwo, a najczęściej na złe wychodzi — odparł tamten.
— Więc sądzisz pan, że mi się nie uda?
— Jestem tego prawie pewny. Mój przyjacielu, na dwadzieścia pięć koncertów, w tych warunkach, w jakich je chcesz dawać, zaledwie dwa lub trzy opłaca się z jednego za cały wieczór trudu wpadnie ci do kieszeni dwadzieścia franków. A dwadzieścia innych?... O te nie pytaj. Dziś już nikt nie uczęszcza na koncerty, chyba, że dasz je na cel dobroczynny. W takim razie, możesz liczyć na pomoc pierwszych artystów naszych scen lirycznych, a damy patronki rozkupią wszystkie bilety. Dla wzniosłego celu kupuje się bilety i płaci się je hojnie, dla pozoru. Jeżeli się idzie na koncert to, ażeby widzieć i słyszeć wielkich śpiewaków. Nie, mój kochany Boissier, nie radzę ci dawać koncertu, na którym mógłbyś mieć samych miernych artystów, a ręczę, że nie zebrałbyś licznej publiki, nie lubię w ogóle koncertów. Na nic nie zdałyby się reklamy w dziennikach; ażeby zapełnić salę, musiałbyś rozdać darmo bilety. Artysta, który chce dać koncert, nie ryzykując, że mu się nawet koszta nie opłacą, musi mieć liczne stosunki w świecie, między ludźmi bogatymi. Jego przyjaciele i znajomi zobowiązują się zapełnić salę. Przypuśćmy jednak, że trwasz przy postanowieniu. Cóż robisz?... Zajmujesz się przede wszystkiem programem; nie mogąc zaś zaprosić artystów sławnych, musisz się zadowolić mniej lub więcej znośnymi. Następnie, oddajesz się cały głównemu punktowi, umieszczeniu biletów. Rozdajesz je razem z afiszem wydawcom muzyki, a ci nie sprzedadzą ani jednego. Poślesz w kopercie, razem z listem, mecenasom sztuki innym wysokim osobistościom, potem damom, znanym z dobroczynności; a wreszcie ludziom bogatym, na chybił trafił, których imiona znajdziesz w kalendarzu Didot’a. A więc, mój kochany Boissier, z wyjątkiem kilku, między innymi także mecenasów, którzy poczytują sobie za obowiązek zachęcanie artystów, w wilię twego koncertu, zostaną ci zwrócone wszystkie bilety. I po przezwyciężeniu wszystkich trudności, po zapłaceniu właściciela za wynajęcie sali, dalej powozów dla artystów, bukietów dla śpiewaczek, po wynagrodzeniu za rozlepianie afiszów, rozdawanie programów biletów, po odłączeniu części dochodu dla biednych. a drugiej dla autorów, wreszcie dla panów: X., Y. i Z., którzy ci pomagali w urządzeniu koncertu, cóż ci zostanie, co?... Nic. Możesz nawet mienić się szczęśliwym. jeżeli nie będziesz miał deficytu, jak tylu innych.
— Ten obraz nie wesoły — Fryderyk smutnie zauważył.
— Pokazuję ci go takim, jakim jest w istocie, przyjacielu, nie zmieniając, barwy kolorów.
— Ja też dziękują panu. Rezygnuję z mego planu.
— Spodziewałem się zarobić trochę pieniędzy?...
— Tak.
— Tyle wydaje się w Paryżu!...
— Za wiele! — odparł gorzko Fryderyk.
— A jednak — zaczął tamten po chwili milczenia, musisz mieć czasami ładne miesiące. Ile mniej więcej zarabiasz?...
— Trzysta do czterysta franków.
— To już cyfra.
— Tak, lecz to jeszcze nie dosyć.
— Przychodzi mi nowa myśl. Czy ci zostaje kilka wolnych godzin dziennie?...
— Tak jest, a nawet cały dzień, kiedy nie idę do pensyonatu.
— Chcesz mieć zajęcie?...
— Jakie?...
— Naprzykład, roznoszenie butelek z winem.
— Nie rozumiem pana.
— Mój Boże, przyznaję, że to może zatrudnienie nie dla artysty, lecz cóż robić?
Oto jak się rzecz ma: obchodzisz przede wszystkiem zaludnione dzielnice robotników; wchodzisz do każdego domu, pukasz do każdych drzwi, od pierwszego piętra, do poddasza, przedstawiając swój towar. Znam ja to dobrze. Zajmowałem się tem przez wiele lat.
— Ach!...
— Zarabiałem po trzysta franków miesięcznie.
— Rzeczywiście?...
— Można dostać dziesięć dwanaście, nawet piętnaście franków na sto. Jakże, chcesz spróbować?...
— Z największą chęcią; tylko...
— O, rzemiosło to nie trudne; kto bądź cię go nauczy. Znam jednego chórzystę z opery, który się tem zajmuje; dziś porozmawiam z nim o tobie, a jutro, jeżeli sobie życzysz, zawrzecie panowie znajomość.
— Przyjmuję — odpowiedział młody człowiek po chwili namysłu.
Nazajutrz poznał chórzystę, który po długiej rozmowie, przedstawił go swemu szefowi, prowadzącemu handel winem na wielką skalę.
Fryderyka przyjęto bezzwłocznie, a w dwa dni później, autor „Śmiesznych przygód“ zaczął roznosić wina krajowe i zagraniczne, koniaki, wódki i likiery.


XVII.
Pan Karol Dumey.

Pewnego dnia rano, między godziną dziewiątą a dziesiątą, po przejażdżce konnej w alejach lasku Bulońskiego, pan Karol Dumey znajdował się w swoim gabinecie, który, po usunięciu dwóch mebli, byłby całkiem podobnym do buduaru młodej i pięknej kobiety.
Pan Karol Dumey mieszkał przy ulicy Ecuries-d’Artois, w ślicznym pałacyku, będącym jego własnością.
W istocie był to bardzo szczęśliwy młodzieniec, ten pan Karol Dumey. Znał on zawsze tylko piękne strony świata. Tak bogaty, że mógł zaspokajać wszystkie swoje zachcianki, twierdził, jak sławny doktór Pangloss Voltaire’a, że wszystko idzie jak najlepiej w tym najlepszym ze światów, i miał tę dogodność, że był zawsze zadowolonym ze siebie.
Nikomu nie zazdrościł, a jeżeli kiedykolwiek czegoś pragnął, to żądanie jego zamieniało się natychmiast w rzeczywistość.
Można było słusznie powiedzieć o nim, że miał tylko trudność przyjścia na świat. Zresztą nikt nie pamięta, czy w tej krytycznej chwili doznał przykrego czy wesołego uczucia.
Puszczając wonne kłęby dyma doskonałego hawana, pan Karol Dumey odczytywał swą korespondencyę: dwa listy od przyjaciół i trzeci, który trzymał właśnie w ręku. Znawca poznałby natychmiast, że to list kobiecy, po piśmie cienkiem, wydłużonem, a szczególniej po silnym zapachu heliotropu.
Zdawałoby się, że list ten drażni pana Dumey, gdyż zmarszczka ukazała się między jego brwiami; lecz pomimo to uśmiechał się lekko.
— Nudzi mnie — mruknął, rzucając list na biurko — i zamęcza temi bezustannemi wymaganiami. Czyż nie chce, abym ją obwoził po kanale la Manche, kiedy mnie zależy na pobycie w Paryżu?... Czyż ja jej tego bronię?... Bynajmniej!... Niech lata po świecie, ile jej się podoba. Szczęśliwej drogi!... Zresztą, jest jeszcze za młodą i za ładną, żeby nie znaleźć opiekuna. Co do mnie, mam jej dosyć, ten stosunek trwa już za długo. Poszlę jej ostatni podarunek, jako dowód pamięci, a z nim wyrazy szacunku i pożegnanie.
Wyciągnął się, głowę w tył odrzucił, a zwróciwszy spojrzenie na sufit, zaczął śpiewać półgłosem piosnkę o zmienności kobiecej. Nagle przerwał, słysząc lekkie do drzwi pukanie.
— Proszę wejść — zawołał.
Był to jego służący.
— Cóż takiego? — młody człowiek zapytał.
— Proszę pana, jakaś pani chce się z panem widzieć.
— Co, jakaś pani?... Ernestyna, ha?
— Nie, proszę pana, to nie pani Ernestyna odparł służący uśmiechając się.
— Dla czego nie mówiłeś mi tego od razu? ona młoda, ta pani?...
— Bardzo młoda.
— Przystojna?...
— Bardzo ładna.
— Powiedziała ci swoje nazwisko?...
— Nie, proszę pana; co prawda, nie pytałem się o to.
— Dobrze. Wprowadź tę panią.
W chwilę potem, młoda kobieta, wytwornie ubrana, weszła do gabinetu, którego drzwi zamknęły się za nią dyskretnie. Postąpiła kilka kroków z uśmiechem na ustach.
Pan Karol Dumey, zauważywszy, jako znawca, że nowoprzybyła jest bardzo ładna, nawet piękna, czemprędzej przysunął jej fotel.
— Pan Karol Dumey mnie nie poznaje? — zapytała nieznajoma głosem słodkim i pieszczotliwym.
Młody człowiek spojrzał na gościa uważnie.
— W istocie — odparł — pani twarz nie jest mi nieznaną... Coś sobie przypominam.
— Przypominasz pan sobie, żeś mnie już widział?... W Tuluzie, nieprawdaż?...
— Ach, tak, w Tuluzie.
— U pani Desloges.
— Właśnie. Przypominam sobie bardzo dobrze. Pani zatem jesteś panią, panią...
— Panią Surmain.
— Ależ tak, tak; rozmawialiśmy długo razem pani byłaś czarująca, teraz wszystkie te szczegóły mi na myśl przychodzą. Jestem szczęśliwy, zachwycony, że panią znowu widzę... Lecz, proszę siadać, kochana pani... Nie, nie na fotelu, tam na kanapie, będzie pani wygodniej... Poduszka pod nogi; tak, bardzo dobrze. Rzeczywiście, co za niespodzianka!...
— Ośmielasz mnie pan swem uprzejmem przyjęciem.
— Nie mogę inaczej witać przyjaciółki pani Desloges. W każdym razie nie odpowiadam za to, że pani natychmiast nie poznałem.
— Już trzy lata temu, jakeśmy się widzieli.
— Prawda, prawda. Mniejsza o to, powinienem panią poznać; kto miał raz szczęście panią widzieć, nie powinien jej nigdy zapominać.
— Panie...
— O, nie obrażaj się pani; moje słowa wyrażają jedynie moje myśli... Pani przybyłaś zwiedzić Paryż? Pani pobyt tutaj potrwa długo?
— Mieszkam teraz stale w Paryżu.
— Co! Pani mieszkasz w Paryżu?...
— Już blizko od dwóch lat.
— A ja nic o tem nie wiedziałem!... Więc pani jesteś zupełną paryżanką?...
— Paryżanką z prowincyi.
— Kochana pani, gdyby mi pani była raz przysłała swoję kartkę, byłbym jej złożył z największym pośpiechem moje uszanowanie.
— Nie byłabym nigdy ośmieliła się na coś podobnego i nie byłabym sobie pozwoliła złożyć panu dzisiaj wizyty, gdybym nie musiała prosić pana o radę, a może nawet o oddanie przysługi.
— Możesz pani zupełnie rozporządzać mają osobą, jestem cały na jej usługi.
— Nie zawiodłam się, żywiąc nadzieję, że pan mi nie odmówisz tej grzeczności.
— Naturalnie. A więc czem mogę służyć?
Posiadałam dom w Tuluzie, i sprzedałam go za ośmdziesiąt tysięcy franków. Ostatnią ratę, złożoną z trzydziestu tysięcy franków, wręczono mi przed kilku dniami, chciałam się więc pana zapytać, gdzie mogłabym te pieniądze umieścić?...
— Kupimy pani pięć procent od sta na pożyczce pięciu miliardów. Za lat dwa lub trzy sprzedasz je pani, otrzymując bardzo ładne wynagrodzenie.
— Kupiłam już tamtego roku pięć procent i trzy od sta.
— Bardzo dobrze pani zrobiła. Nie można wymagać lepszego umieszczenia, jak na listach zastawnych państwa. Nasz dług publiczny nie jest mały, zapewne, lecz dochody Francyi są olbrzymie. Ażeby zaspokoić Prusy, oddajemy im całe nasze złoto, i część złota obcych narodów. A więc, zanim przejdzie ono jeszcze nasze granice, wróci do nas z pewnością. Z tego powodu nie możemy wątpić ó naszem szczęściu i bogactwie.
— I ja mam to samo, co pan, przekonanie. Umieściłam także część moich pieniędzy na wartościach przemysłowych.
— O, tutaj, kochana pani, wybór jest trudny, bo jeżeli jedne z nich są doskonałe, to na drugie nic liczyć nie można.
— Jednem słowem, dzisiaj, z wyjątkiem trzydziestu tysięcy franków, nie mających jeszcze umieszczenia, cały mój majątek jest przedstawiony przez wartości ruchome.
— Jeżeli na tych wartościach polegać można, a nadto, jeżeli one dają pani dochodu sześć procent od sta, to kapitał pani jest znakomicie umieszczony.
— Może mam wartości; na których polegać nie można, jak pan powiedziałeś.
— W takim razie, kochana pani, należy je czemprędzej sprzedać i zastąpić innemi.
Pani Surmain wyjęła papier z kieszeni.
— Oto spis wartości, które posiadam — rzekła, podając papier panu Dumey.
Ten ostatni przebiegł go szybko oczami.
— Tak odparł są tu akcye i obligacye bardzo wątpliwe, nie przedstawiające żadnego bezpieczeństwa. Zatrzymam ten spis przy sobie, zrobimy, co będzie możebnem, ażeby zabezpieczyć pani kapitał. Powinniśmy uważać za regułę, kochana pani, unikanie wartości zagranicznych. Dawszy się usidlić widokami wielkiego zysku, w krótkim czasie nie tylko nie otrzymujemy procentów, lecz często tracimy cały kapitał. W ten to sposób, w ostatnich latach cesarstwa, zagranica wydarła nam setki miliardów.
— W tem, co będzie trzeba załatwić, zdaję się na pańskie doświadczenie.
— Nie obawiaj się pani niczego, wszystkiem pokierujemy jak najlepiej.
— A te trzydzieści tysięcy franków?...
— Jutro umieścimy je na pożyczce państwowej. Bądź pani łaskawa dać mi swój adres.
Młoda kobieta podała mu kartę z napisem:

Pani Helena Surmain
34, ulica Lalpuyère.

Jeżeli mnie pani do tego upoważnisz, będę miał zaszczyt złożyć pani wizytę.
— W tych okolicznościach nie mogę zamknąć przed panem moich drzwi — odpowiedziała ze śmiechem.
— A zresztą — dodał, śmiejąc się — musimy pomówić ze sobą o interesach, wszak stałaś się pani moją klientką?
— To prawda.
— Następnie, masz pani prawo mieć przyjaciół.
— Ale tylko przyjaciół — odparła, kładąc nacisk na „tylko“.
Patrzył na nią chwilę w milczeniu.
— Pani pozwolisz rozmawiać ze sobą, jak przyjaciel z przyjaciółką? — zapytał.
— Tak jest.
— Masz pani zaledwie dwadzieścia dwa lat, nieprawda?...
Dodaj pan trzy do tego.
— Nigdy nie byłbym dał pani tego wieku, lecz koniec końców, kobieta dwudziestopięcioletnia, a nawet trzydziestopięcioletnia, jest jeszcze młodą.
— Oh! nie mów mi pan o trzydziestu pięciu latach! — zawołała. — Brrr! dreszcz mnie przejmuje na tę myśl okropną.
— Będziesz je pani kiedyś miała odparł z uśmiechem — i znosić je będziesz z poddaniem i rezygnacyą. Lecz, oczekując tego straszliwego okresu, nie zamyślasz pani o powtórnem małżeństwie?...
— Nie — odpowiedziała ze szczególnym dźwiękiem głosu. I natychmiast twarz jej zmieniła swój wyraz.
— Czy pani masz wstręt do małżeństwa?
— Bynajmniej.
— W takim razie do mężczyzny?...
— Jako do męża? Tak jest.
— Rozumiem panią: pierwszy mąż nie uczynił pani szczęśliwej.
— Wydano mnie w bardzo młodym wieku za człowieka już starego, miał on lat czterdzieści pięć, o dwadzieścia siedm więcej odemnie. Wtedy nie wiedziałam jeszcze nic o życiu i nie domyślałam się niczego. Męża mego nie kochałam i nie miałam nawet czasu pokochać go lub przyzwyczaić się do niego, gdyż umarł w dwa lata później. Pamięci jego nie mogę obarczać wyrzutami, zawsze był dla mnie bardzo dobrym. Jeżeli w małżeństwie tem nie znalazłam szczęścia, nie jego to wina.
— A więc, nie kochałaś pani nigdy?...
Zarumieniła się lekko; po chwili, przezwyciężywszy wzruszenie, odparła:
— Nigdy.
— To prawdziwe nieszczęście.
— Dla czego?...
— Bo pozbawiłaś pani jednego człowieka szczęścia, którem obdarzyłabyś go z pewnością w miłości.
— Ah! takie jest pańskie zdanie! — odezwała się drżącym głosem.
— Tak, kochana pani, wierzę w to głęboko. Nic jeszcze nie stracone; serce pani, które jeszcze nie przemówiło, upomni się o swoje prawa prędzej czy później. Pokochasz pani....
— Nigdy! — przerwała stanowczo.
— Oh! oh! jakim tonem wymówiłaś pani ten wyraz! Jesteś więc pani pewną siebie?...
— Tak.
— W takim razie ukrywasz pani przedemną prawdę. Serce pani otrzymało już kilka ran i cierpi... Lecz nie jestem ja ani lekarzem, ani spowiednikiem; racz pani przebaczyć mi moję ciekawość i obierzmy inny przedmiot rozmowy.
— O, tak — pochwyciła śpiesznie — mówmy o czem innem.
— O Tuluzie?...
— I owszem.
— Zamierzam udać się tam w jesieni. Nie odwiedziłem mego starego wuja, pana Percier, od roku 1870, od czasu, kiedyśmy się spotkali u pani Desloges. Otrzymujesz pani często wiadomości ztamtąd?...
— Bardzo często.
— Jesteś pani zawsze przyjaciółką tej prześlicznej dziewczyny, o której rozmawialiśmy tak długo, a która nazywa się, jeżeli mnie tym razem pamięć nie zawodzi, Emelina de Révilly!...
— Jesteśmy zawsze przyjaciółkami, lecz próżno szukałbyś pan w Tuluzie Emeliny de Révilly, gdyż nazwisko swe de Révilly zmieniła ona na Boissier.
Pan Dumey zadrżał mimowoli.
— Ah! — odezwał się z rodzajem żalu, — więc wyszła zamąż?...


XVIII.
Podstęp kobiet.

Chwilę panowało milczenie.
— Naturalnie mówiła w duchu pani Surmain jeżeli pamięta dotychczas Emelinę, to dla tego, że wywarła na nim wielkie wrażenie.
Karol Dumey zaczął pierwszy:
— Dawno odbył się ślub panny de Révilly?...
— Byłeś pan w Tuluzie, kiedy małżeństwo było już postanowionem, ślub odbył się niedługo potem.
— Dobrze wyszła?...
— Tak i nie.
— Ah! Maż jej jest bogatym?...
— Przeciwnie, człowiek bardzo biedny.
— Rozumiem, małżeństwo z miłości.
— Tak jest, ze strony męża.
— Jakto! — przerwał żywo — czyżby mu nie była wzajemną?...
— Jestem przekonana, że dotychczas Emelina nie kochała.
— To dziwne.
Dlaczego?...
— Pan do Révilly miał posiadać wcale ładny majątek, i trudno zrozumieć, z jakich powodów Emelina poślubiła człowieka biednego?
— U państwa de Révilly były tylko pozory wielkiego majątku. Więcej tam było długów, niż pieniędzy. Od kilku już lat ojciec Emeliny trzymał się jeszcze w równowadze za pomocą wszelkich możliwych środków. Wojna przyśpieszyła katastrofę. Pan de Révilly musiał uznać swą zupełną ruinę, a po sprzedaniu wszystkiego, co posiadał, zarówno ruchomości, jak i nieruchomości, nie wystarczyło nawet na zaspokojenie połowy wierzycieli. Państwo de Révilly zniknęli z Tuluzy, i, jak powszechnie twierdzą, znaleźli schronienie w naszej kolonii algierskiej. Teraz pan rozumiesz, dla czego wydali swą córkę za pierwszego lepszego wszakże nie łatwo pozbyć się z domu córki bez posagu.
— Czem zajmuje się jej mąż?...
— Czem może. Jest artystą.
Na ustach pana Dumey ukazał się uśmiech, podobny do skrzywienia.
— Prawdopodobnie słyszałeś pan o nim w Tuluzie — ciągnęła dalej pani Surmain. — Pan Fryderyk Boissier jest tam bardzo znany. Jest on profesorem, skrzypkiem, organistą, a nawet kompozytorem muzycznym o wielkim talencie.
— Może być, ale artysta pozostanie zawsze nędzarzem.
— Z tego też jedynie powodu Emelina zrobiła złą partyę. Kobieta tak piękna, jak ona, potrzebuje bogactwa i przyjemności, które one dostarcza. Ona urodziła się dla zbytku, aby być przedmiotem pieczołowitości i podziwu, tak, jak inni przyszli na świat dla niewoli, dla pracy i trudów. Emelinie, nie posiadającej bogactwa, brak wszystkiego, bo nie potrafi ocenić tego, co dla innej byłoby szczęściem. Wychodząc za mąż, miała swoje marzenie: spodziewała się, że mąż jej zdobędzie wkrótce rozgłos, że prędko zostanie panem znacznego majątku. Dziś marzenie prysło, jak bańka mydlana, dzisiaj, poznawszy rzeczywistość, nie czuje się szczęśliwą.
— Czy nie kocha swego męża?...
— Jak panu powiedziałam przed chwilą, Emelina kocha dotychczas tylko swą uroczą postać. Gdyby jednak pan Boissier ziścił jej marzenia, przywiązałaby się do niego z pewnością, a nawet pokochała. Szczęście związku, przyszłość dwóch istot, które należą do siebie, zawisła często od czegoś bardzo nieznacznego. Nie wiem, jakiem jest przeznaczenie Emeliny. Inna na jej miejscu, z jej usposobieniem, byłaby upadła od dawna; jeżeli i jej nie ma ominąć to nieszczęście, to nie ulegnie ona, jak kobieta zwyczajna. Chociaż jest zalotną, lekką, to ma jednak poczucie godności i uczciwości.
Już od chwili pan Karol Dumey marzył.
— Pragnę bardzo poznać pani przyjaciółkę — przemówił. — Podczas mego następnego pobytu w Tuluzie, postaram się zostać przedstawionym panu Boissier.
— To będzie niemożliwem — odparła młoda kobieta z uśmiechem.
— Jakto? nie możliwem? nie znam tego słowa, kochana pani.
— Powiedziałam, że byłoby panu niemożliwem przedstawić się panu Boissier w Tuluzie, i powtarzam to raz jeszcze.
— Powody?...
— Jest tylko jeden, lecz dostateczny: państwo Boissier nie mieszkają w Tuluzie.
Pan Dumey uczuł się przykro dotkniętym.
— Więc pojechali też do Algieru? — pytał.
— Nie, są bliżej, daleko bliżej.
— Gdzież zatem?...
— W Paryżu.
— Co, w Paryżu?...
— Już przeszło od roku.
— Więc pani widujesz ich często?...
— Męża bardzo rzadko, lecz Emelina odwiedza mnie dwa lub trzy razy tygodniowo.
— A!...
Chwilę oboje milczeli.
— Jakiem jest stanowisko pana Boissier w Paryżu? — spytał pan Dumey.
— Jedno z najskromniejszych, żeby nie powiedzieć złe.
— Ma zajęcie?..
— Ma ich nawet kilka. Daje lekcye muzyki w jednym pensyonacie, jest skrzypkiem w jednym z teatrów, wreszcie trudni się roznoszeniem wina.
— I to wszystko przynosi mu?...
— Od trzystu do czterystu franków miesięcznie.
— Właśnie tyle, ile potrzeba, ażeby nie umrzeć z głodu.
— To też znajduje się ciągle w niedostatku.
— Muszę zostać przyjacielem pana Boissier.
— To będzie bardzo trudnem.
— Dla czego?...
— Pan Boissier jest nieufny, chmurny i zazdrosny.
— To źle. mógłbym mu dostarczyć zajęcie, gdzie dostawałby dwanaście tysięcy franków rocznie.
— Gdyby pan Boissier zarabiał tysiąc franków miesięcznie, Emelina byłaby szczęśliwą.
— Tak pani sądzisz?...
— Zapewne, i zaczęłaby kochać swego męża. Panie Dumey — dodała, patrząc na niego z ukosa — pomówię z panem Boissier o tem świetnem zajęciu.
— Nie, nie jeszcze. Pani rozumiesz, kochana pani, że nie mogę obiecywać czegoś, czego nie byłbym może w stanie dotrzymać. Daj mi pani czasu do namysłu, do zbadania terenu.
— Zgoda, nie powiem niczego bez pańskiego upoważnienia.
— Tak będzie lepiej. A zresztą, do tego czasu, będę miał prawdopodobnie sposobność spotkania w pani mieszkaniu pani Boissier.
— Może to się zdarzyć bardzo łatwo, w istocie, zwłaszcza, jeżeli mnie pan będziesz częściej odwiedzał.
— Za wielkiej doznaję przyjemności w rozmowie z panią, kochana klientko, bym sobie nie miał częściej na tę przyjemność pozwalać, szczególniej, jeżeli mnie pani nie będziesz uważała za natręta.
— Wiesz pan dobrze, że myślę przeciwnie.
— Bo... widzi pani, byłbym zdolnym nadużyć...
— Zobaczymy — odparła ze śmiechem. Kiedy pan przyjdziesz?...
— Dzisiaj mamy czwartek; w sobotę, pojutrze, będę miał zaszczyt...
— O której godzinie?...
— O tej, która pani będzie dogodną.
— Może o jedenastej?...
— Przepraszam, ale o tej porze spożywasz pani prawdopodobnie śniadanie?...
— A cóż to szkodzi? Dla czego nie miałbyś pan jeść go zemną?...
— To wygląda na zaproszenie.
— Zapewne.
— A więc, kochana pani, przyjmuję.
— Wyśmienicie, jesteś pan wcale uprzejmym.
— Pani zaś wcale uroczą.
— Tak, tak — odezwała się, wstając — darujmy sobie nawzajem resztę komplimentów.
Odprowadził ją aż na dziedziniec pałacu. Podali sobie ręce i pani Surmain oddaliła się, ze słowami:
— W sobotę.
Karol Dumey wrócił zamyślony do swego gabinetu; co chwila dziwny odbłysk zapalał się w jego spojrzeniu.
— Zdaje mi się, że i tego roku nie odwiedzę mego starego Percier — mruknął. I uśmiech tajemniczy przesunął się po jego wargach.
Spojrzenie jego padło na list, leżący na biurku, który rzucił tam przed godziną.
— Teraz — rzekł — wiem, co mam jej odpowiedzieć: Moja panno, wszystko między nami skończone. Do widzenia, moja piękna! Zapaliwszy drugie cygaro, rozciągnął się na kanapie i zaczął marzyć, podczas, gdy oczy jego biegły w ślad za dymem, wznoszącym się błękitnemi kółkami ku sufitowi. A tymczasem rozmyślał:
— Jeżeli ta ładniutka Emelina dotrzymała tego, co obiecywała temu trzy lata, to dziś należy do najpiękniejszych kobiet w Paryżu.
Wróciwszy do siebie, pani Surmain wzięła pióro, papier i atrament, lecz zanim zaczęła pisać, zawahała się chwilę.
— Tak, cierpi, bardzo cierpi — mówiła półgłosem — lecz jeszcze nie dosyć, ażebym się czuła zadowoloną i pomszczoną... Najwięcej cierpiałam przez zazdrość i przeszłam wszystkie jej męczarnie, a on jest ich sprawcą, i teraz z kolei on dozna ich katuszy. Będę się cieszyła wtedy dopiero, kiedy serce jego będzie rozdarte, rozkrwawione, w strzępach!... Musi wejść na Golgotę, uginając się pod ciężarem bólu i nieszczęścia!...
Ciemna błyskawica zamigotała w jej oczach; chwyciwszy za pióro, skreśliła prawą ręką następujące słowa:

„Kochana Emelino!

Nie przychodź do mnie jutro, bo nie zastałabyś mnie w domu; czekam na ciebie w sobotę, o godzinie jedenastej. Zjemy razem śniadanie, a potem udamy się na przejażdżkę do lasu. Twoja przyjaciółka

Helena.“

List fen wrzuciła własnoręcznie do skrzynki pocztowej, a wieczorem tego samego dnia czytała go Emelina.
W sobotę rano, Emelina, myśląc o przejażdżce do lasku ubrała się w swój najładniejszy i najświeższy kostyum, zajmując się, jak zwykle, bardzo troskliwie najdrobniejszemi szczegółami swej toalety. Wiedząc dobrze, że dwie młode i piękne kobiety, jadące do lasku w wielkiej remizie, ściągają na siebie zawsze powszechną uwagę, nie chciała opuścić sposobności nasycenia raz jeszcze swej próżności tym podziwem, jaki wzbudzała jej urocza postać.
O jedenastej zjawiła się w mieszkaniu pani Surmain. Ta ostatnia obsypała ją komplementami na widok jej nowej sukni. Pochwała ta uradowała Emelinę. Rysy jej ożywiły się natychmiast, a prześliczne oczy zajaśniały żywszym blaskiem. Nawet Helenę ogarnął zachwyt. Odezwała się szczerze:
— Rzeczywiście, nie wiem, czy jest w Paryżu kobieta piękniejsza od ciebie.
Emelina usiadła.
— Za chwilę podadzą nam śniadanie — rzekła pani Surmain.
— O! nie jestem głodna, mogę zaczekać.
Przez kilka minut rozmawiały o rzeczach, mniej lub więcej obojętnych. Wreszcie zapukano do drzwi.
— Ach! — odezwała się Helena, powstając — przychodzą nam oznajmić, że możemy przejść do sali jadalnej.
Drzwi się otworzyły. Weszła pokojowa.
— Proszę pani — rzekła — to wizyta.
— Wizyta o tej porze — zawołała pani Surmain z udanem zdziwieniem. — Czy ta osoba powiedziała ci swoje nazwisko?...
— To jakiś pan; kazał oznajmić pana Karola Dumey.
Emelina doznała lekkiego zawrotu. Trochę zmieszana, spojrzała na przyjaciółkę, jakby pytając:
— Mam się oddalić?...
Pani Surmain, zrozumiawszy to spojrzenie, odpowiedziała bardzo szybko:
— Jako właściciel jednego z kantorów wymiany, pan Karol Damey otrzymał polecenie kupienia mi kilku listów na giełdzie; prawdopodobnie chce pomówić ze mną o interesach; ale nie mam tajemnic przed tobą, możesz usiąść na kanapę.
Zwróciwszy się do pokojowej, dodała:
Proszę wpuścić pana Karola Dumey.
Prawie w tej samej chwili, on sam stanął we drzwiach pokoju.
— Pani — zaczął.
Nagle urwał, osłupiały na widok Emeliny.
— Pani Emelina Boissier, moja przyjaciółka jeszcze z lat dziecinnych — odezwała się szybko pani Surmain. — Kochana Emelino — dodała — przedstawiam ci pana Karola Dumey, siostrzeńca pana Percier, którego znasz bardzo dobrze. Pan Dumey jest więc po części maszym współziomkiem.
Zwracając się do pana Dumey, ciągnęła dalej:
— Pani Boissier przyszła dziś do mnie na śniadanie; spodziewam się, że widok mojej przyjaciołki nie przeraża pana i że pan zechcesz wziąć udział w naszem skromnem śniadaniu.
— Ależ... ależ, zapewne — młody człowiek wykrztusił z trudnością.
— Wyśmienicie. Pozwólcie państwo, że was opuszczę na chwilę; muszę wydać rozkaz, ażeby dodano trzecie nakrycie.
Wyszła, posyłając każdemu z nich uśmiech.
— Co to ma znaczyć? — mówił w duchu pan Dumey. — Przybywam i otrzymuję powtórne zaproszenie... Jeżeli pani Surmain odgadła moję myśl, za czem wszystko przemawia, w takim razie jest za mną, nie przeciw mnie, gdyż wyraźnie wsuwa w moję grę wszystkie atuty.
Zastanowiwszy się nad tem szybko, pan Dumey zbliżył się do Emeliny, która stała oparta o marmur kominka.


XIX.
Sidis.

Jak pani Surmain przed chwilą się wyraziła — przemówił pan Dumey z wzruszeniem prawdziwem czy udanem, które podobało się młodej kobiecie — jestem trochę pani współziomkiem; w istocie matka moja urodziła się w Tuluzie i ja sam, lubo urodzony w Paryżu, spędziłem tam część mego dzieciństwa. Znałem już panią, gdyż miałem przyjemność widzenia jej przed trzema laty w Tuluzie. Wchodząc do tego salonu, poznałem panią natychmiast; dowodzi to, że obraz pani tkwił w mej pamięci. Wtedy byłaś pani panną de Révilly; dziś pani Surmain, nazywając ją panią Boissier, uwiadomiła mnie, że jesteś pani zamężną.
Emelina zadowoliła się skinieniem głowy.
— Prawdopodobnie naśladowałaś pani panią Surmain — ciągnął dalej Karol Dumey — opuściłaś pani Tuluzę, ażeby zamieszkać w Paryżu?...
— Tak jest, mieszkam teraz stale w Paryżu.
— Jestem tem zachwycony, gdyż będę miał niewysłowione szczęście spotykania pani czasami.
Młoda kobieta uczuła jak gdyby ogień na czole i policzkach.
— O, nie biorę udziału w zebraniach wielkiego świata, na które pan uczęszczasz — odparła niezręcznie i z akcentem, który ukrywał tajemne życzenie.
— Lecz pani często widujesz panią Surmain.
— Tak jest, bardzo często.
— Pozwól mi zatem pani liczyć na szczęśliwy traf, który mi dziś tak wielką wyświadczył przysługę.
Emelina nie znalazła odpowiedzi, czując ogarniający ją coraz większy niepokój.
Na szczęście, pani Surmain wybawiła ją z niemiłego położenia, prosząc ich do stołu.
Pan Dumey ofiarował ramię Emelinie.
— Tam do dyabła — myślał kawaler — moje serce zaczyna się niepokoić; to całkiem naturalne: ta kobieta ma jakiś wdzięk nieokreślony, jest czarująca, boska, a ja szalenie zakochany!...
Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Pierwsze lody zostały przełamane. Pan Dumey rozwinął cały swój talent gładkiego salonowca; ogień z oczu Emeliny dodał mu zapału. Rozmawiając o Paryżu, jako człowiek, który go zna do głębi, opowiedział z wielkim dowcipem kilka anegdotek, obiegających właśnie całe miasto.
Emelina śmiała się serdecznie, odchylając swe usta karminowe i pokazując cudowne zęby. Biorąc czynny udział w rozmowie, była nadzwyczaj uroczą, bez cienia zalotności.
Kiedy o godzinie trzeciej pan Dumey powstał, aby się oddalić, Emelina podała mu rękę, którą on trzymał dość długo, a nawet przyrzekła odwiedzić przyjaciółkę w przyszłą środę.
Nie zapomniano o przejeździe do lasku. Powóz czekał już na ulicy. W chwilę po odejściu młodego człowieka, przyjaciółki, wziąwszy kapelusze, wyjechały. Naturalnie rozmawiały o panu Karolu Dumey.
— To młody człowiek nadzwyczaj miły — odezwała się pani Surmain — i przyjaźń jego bardzo mi pochlebia. Przyznam ci się, że podoba mi się jego charakter: jest dobry i bez próżności. Czy podzielasz mój sąd o nim, Emelino?...
— Tak, pan Karol Dumey jest przyjemny i wesoły.
— Im lepiej go poznaję, tem więcej cenię jego przymioty...
— I nie myśli o ożenieniu?...
— Nie, widocznie zależy mu na zachowaniu wolności.
— Może ma i słuszność.
— Kobieta, którąby kochał, byłaby godną zazdrości.
— O, taka musi już istnieć!...
— Mylisz się: pan Dumey jest jednym z tych ludzi, którzy szukają doskonałości w kobiecie, a wiesz dobrze, że kobiety doskonałej nie tak łatwo znaleźć.
— Ma prawo być wybrednym.
— Pewnie, chociażby tylko ze względu na jego wielki majątek. Może pozwolić sobie na wszystko i zaspakajać najdroższe wybryki. Dziś znajduje się w Paryżu, za dwa dni może być w Rzymie, we Wiedniu, w Berlinie lub gdziekolwiek indziej. Moja droga, ma on sześciu czy siedmiu służących na usługi, wiele powozów i nie wiem ile koni w stajni. Ma stałą lożę w operze, w teatrze francuskim i operze komicznej. Możesz sobie wyobrazić, że nie odmawia sobie żadnej przyjemności. Młody jeszcze, elegancki i arcymilioner ma wstęp do wszystkich salonów; zapraszają go na wszystkie uroczystości, wszystkie zabawy. Pałac jego przy ulicy Ecuries-d’Artois jest prawdziwym cudem świata. Wszystko lśni od jedwabiu, mieni się wzorzystemi kobiercami, połyskuje złotem; to coś olśniewającego, czarodziejskiego; pałac jego możnaby wziąć za mieszkanie zaczarowane księcia wschodniego. Piękne freski, malowane przez mistrzów, zdobią sufity i ściany w salach, nie licząc prześlicznych obrazów wielkiej wartości, marmurów i bronzów...
Emelina nie mogła stłumić westchnienia. Ten obraz szczęścia i zbytku przypominał jej o jej własnem marzeniu.
W ten to sposób pani Surmain wlewała w jej serce w maleńkich dozach jadowitą truciznę.
Jeszcze nie objechały jezior, gdy na tentent galopującego konia zwróciły swe głowy.
W jeźdźcu, który zbliżał się z tyłu, poznały pana Karola Dumey.
— To on — Emelina szepnęła drżącym głosem.
— Pogoda prześliczna — odparła Helena — chciał również przejechać się po lasku. Wiedząc, że nas tu spotka — Emelina w myśli dokończyła.
Jeździec zrównał się z powozem. Zwolniwszy bieg swego rumaka, ażeby nie wyprzedzać konia zaprzężonego w powozie, towarzyszył damom przez chwilę.
Tłum ludzi przechadzał się nad brzegiem jezior. Pan Dumey nie pragnął widocznie obudzać swem zachowaniem zbytniej ciekawości, gdyż zamieniwszy kilka słów z panią Surmain i Emeliną, ukłonił się z uszanowaniem i zniknął w alei, wiodącej w głąb lasku.
— Dla mnie tu przyjechał — pomyślała Emelina — chciał mnie dziś widzieć raz jeszcze.
Coś w niej zadrżało, lecz nie zdawała sobie sprawy ze swego wzruszenia.
Nie myliła się. Tak jest, dla niej, aby ją zobaczyć, pan Karol Dumey, wbrew swemu zwyczajowi, znajdował się w lasku między trzecią a piątą wieczorem.
Wróciwszy do siebie, wydał rozkaz osiodłania konia, poczem wyjechał na poszukiwania Emeliny, zapomniawszy dobrowolnie o załatwieniu interesów o godzinie czwartej.
Karol Dumey był zupełnie upojony wpływem wdzięku i czaru Emeliny. Myślał tylko o jednem: mieć ją za kochankę. Nie widział w tem wcale trudności. Przypuszczając pewien upór, wiedział, jak zwycięża się go w takich kobietach. Zresztą domyślał się, że w tym razie ma silnego sprzymierzeńca w pani Surmain.
Karol Damey był porywczym. Przyzwyczajony do natychmiastowego spełniania wszystkich swych zachcianek, nie chciał niczego zaniedbać, ażeby doprowadzić jak najprędzej do skutku to nowe uwiedzenie.
— Teraz — marzył — moją kochanką będzie najczarowniejsza kobieta w Paryżu.
Czyż wobec tego mógł myśleć o mężu i dziecku Emeliny?...
Przez miesiąc Karol Dumey widywał często Emelinę u pani Surmain, gdzie godziny mijały szybko wśród poufnej pogawędki. Również spotykał ją często w ogrodach publicznych, gdzie zwykła była przechadzać się dla zabicia czasu. Chociaż mu nie dawała wyraźnego rendez-vous, to jednak wiedział prawie zawsze, o której godzinie będzie się znajdowała w tem lub owem miejscu.
Usiadłszy na uboczu, ażeby być jak najmniej widzianymi, rozmawiali. Godzina szybko przechodziła. Co chwila, Karol brał ją za rękę, którą usuwał dopiero wtedy, gdy miał już czas ścisnąć ją wymownie. Uwodziciel nie posunął się jeszcze dalej. Obawiał się obudzić jej podejrzliwość.
— Przecież — myślał nieraz — powinna wiedzieć, że ją kocham i zrozumieć, czego pragnę.
Mógł to przypuszczać, a nawet w to uwierzyć; lecz nieszczęściem dla niej, Emelina była tak zimną i spokojną, jak on był gorącym i namiętnym. Nakazywała mu dotychczas szacunek, onieśmielała go, zmuszając do uważania na swoje postępowanie. Tłumiąc w sobie niecierpliwość, czekał na sposobność, w której jakiekolwiek wzruszenie rzuci w jego objęcia ofiarę.
Pewnego dnia Emelina przyjęła śniadanie, które ofiarował jej i Helenie w jednym ze salonów kawiarni angielskiej.
W kilka dni potem pod pozorem zwiedzenia osobliwości jego pałacu kazał podać. obydwu paniom wspaniały obiad, nazywając go skromną kolacyą.
Zaślepiona, nie powiemy przez nienawiść, gdyż kochała ciągle Fryderyka, lecz przez zazdrość, pani Surmain nie spostrzegła, że odgrywa tu rolę nikczemną, ohydną.
Karol Dumey podwajał troskliwość, przysługi, grzeczności, pozostając zawsze pełnym uszanowania. Nie wymówił nigdy słowa, które mogłoby uderzyć niemile ucho Emeliny lub zranić jej uczucia.
Co do Emeliny, zdawało się, że, zachowując zupełną równowagę umysłu, nie spostrzega grożącego jej niebezpieczeństwa.


XX.
Na Golgotę.

Pewnego dnia, około czwartej po południu, wracając z Ternes, gdzie zamówiono dosyć dużo wina, Fryderyk Boissier pomyślał, że nieźleby było przejść przez park Monceau, którego jeszcze całkiem nieznał.
Idąc jedną z alei, wiodących do groty, spostrzegł nagle na ławce, otoczonej gałęziami bzu i jaśminu, swoję żonę, rozmawiającą z człowiekiem, bardzo bogato ubranym, którego nigdy w życiu nie widział. Na ten widok stanął, jak wryty, nie mogąc postąpić kroku naprzód. Wszystka krew spłynęła mu do serca i stał nieruchomo, trupio blady. Po chwili zdołał opanować wzruszenie. Wtedy zaczął szukać sposobu usprawiedliwienia Emeliny. Przyszła przechadzać się w parku, tego nikt jej nie wzbraniał; wszak i on tu się znajdował. Usiadła na ławce; nie można ciągle chodzić bez wypoczynku. Jakiś człowiek usiadł na tem samem miejscu; każdemu to wolno. Zaczął rozmawiać z Emeliną i ta mu odpowiadała. Może lepiej zrobiłaby, oddalając się, lecz w każdym razie, nic to jeszcze złego. Jednem słowem myśl jego pierwsza nie miała żadnej podstawy.
Uspokojony tem rozumowaniem, zamierzał zbliżyć się do Emeliny, gdy w tem ta ostatnia powstała razem z nieznajomym.
Wtedy, jakby przez mgłę, która mu nagle oczy zakryła, Fryderyk widział, że żona jego przyjmuje ramię, podane jej przez obcego mężczyznę. Tym razem krew jego uderzyła gwałtownie do głowy. Oszołomiony, zachwiał się, jakby miał runąć na ziemię. Chciał wydać krzyk, przekleństwo, chrapliwy dźwięk wydarł mu się z gardła.
Kiedy przyszedł do siebie, Emelina i jej towarzysz zniknęli. Rzucił się w ich ślady, aby się złączyć z nimi. Dwa razy przebiegłszy cały park, jak szalony, zrozumiał wreszcie, że tych, których szukał, tu nie było. Wtedy wyszedł z parku z sercem ściśniętem.
Wracając powoli bulwarem Malesherbes, uspokoił się nieco. Mógł już się zastanawiać. Z początku bardzo gorzkie myśli jego wychodziły na korzyść Emeliny. Chciał jeszcze raz ją oczyścić. Czy się nie mylił?... Czy rzeczywiście przyjęła ramię nieznajomego?... Zmuszał się do wątpliwości. Widział wprawdzie, lecz niedowierzał swemu wzrokowi.
— Są ludzie — myślał — którzy widzą podłożone miny w ogniu ze słomy. Do tych i ja należę.
Zaczął się śmiać. Ale śmiech jego nie był szczerym. Było to pierwsze ukłócie zazdrości.
Wrócił do siebie wieczorem pozornie tak spokojnie, jak zwykłe. Rozmawiał z Emeliną, jedząc spokojnie obiad. Po obiedzie, gdy służąca już odeszła, przeszli do małego saloniku.
— Gdzieżeś była dzisiaj? — Fryderyk zapytał Emelinę.
Często zwracał się do niej z tem lub podobnem pytaniem.
— Zrobiłam kilka wizyt — odparła młoda kobieta.
I wymieniła kilka osób, między niemi i panią Surmain.
— Długo zabawiłaś u twej przyjaciółki Heleny? — zapytał.
— Tak, długo.
— O której tam przybyłaś?...
— Nie pamiętam dobrze, może o trzeciej. Dla czego stawiasz mi te dziwne pytania?...
— O! tak sobie, żeby wiedzieć. Trzeba przecież o czemś rozmawiać. Więc odwiedziłaś panią Surmain około godziny trzeciej?...
— Tak jest, o trzeciej.
— A wyszłaś?...
— O piątej, aby wrócić do domu.
— Prosto do domu?...
— Tak.
Fryderyk chwycił rękę swej żony i, ściskając ją mocno:
— Emelino, kłamiesz! — odezwał się głucho.
Patrzał jej prosto w oczy płomieniejącym wzrokiem.
Czuła się zmieszaną, przerażoną tem spojrzeniem badawczem; cofnęła się, zwracając oczy w inną stronę.
— Kłamiesz! — powtórzył.
Teraz zadrżała.
— Ależ połamiesz mi kości! — krzyknęła, usiłując wyrwać mu swą rękę.
— Emelino — zaczął znowu — gdzie byłaś o godzinie czwartej?...
— Jeden z jego przyjaciół mnie spotkał, lub on sam mnie widział — pomyślała młoda kobieta.
— Odpowiedz przecie!... nalegał Fryderyk drżącym głosem.
— Nudzisz mnie temi niedorzecznemi pytaniami, nie myślę ci odpowiadać — odparła sucho.
— Mamże ja ci powiedzieć?...
— Daj mi raz spokój.
— O godzinie czwartej — ciągnął dalej Fryderyk — byłaś w parku Monceau, a nie u pani Surmain. Siedziałaś na ławce, rozmawiając z jakimś człowiekiem, i wyszłaś z ogrodu, wsparta na jego ramieniu.
Próbowała zaprzeczyć.
— Nie usiłuj skłamać raz jeszcze!... krzyknął gwałtownie — ja cię widziałem!...
— A więc — odpowiedziała — widziałeś mnie. Cóż potem?... Czy popełniłam zbrodnię?...
— Skłamałaś, Emelino, a kłamstwo pozwala wszystko przypuszczać.
Spojrzała na niego zuchwale.
— Tylko tego brakowało, znieważaj mnie!...
— Emelino!...
— Słowa, które przed chwilą wymówiłeś, są dla mnie obelgą — odparła wyniośle. — Jeżeli nie powiedziałam ci prawdy, to dla tego, że znam twoje śmieszne podejrzenia. Zresztą nie jestem zobowiązaną zdawać ci sprawy z tego, co robię, godzina po godzinie, minuta po minucie. Zdaje ni się, że kobieta w moim wieku może obejść się bez opiekuna.
— Zgoda, lecz są rzeczy, których kobieta nigdy czynić nie powinna, a mąż ma zawsze prawo osądzić jej postępowanie.
— A to dobre! — w głosie jej zadrgało oburzenie odkad to nie wolno kobiecie rozmawiać w ogrodzie publicznym z mężczyzną, którego zna, a nawet przyjmować jego ramienia, jeżeli pragną rozmawiać dalej podczas przechadzki?...
— Znasz tego człowieka.
— Tak jest, od dawna.
— Gdzie go poznałaś?
— W Tuluzie.
— Jak się nazywa?...
— Karol Dumey.
— Karol Dumey!... Fryderyk powtórzył, usiłując przypomnieć sobie to nazwisko.
— Matka jego była z Tuluzy; a on sam tam się wychował; jest siostrzeńcem pana Percier.
— Milionera!...
— Tak, milionera!...
— Wiedziałem, że siostrzeniec pana Percier mieszka w Paryżu, lecz nie znałem jego nazwiska. Ten pan Dumey jest sam niezmiernie bogatym?...
— Tak mówią.
— To zapewne człowiek żonaty?...
— Nie, Kawaler.
Fryderyk brwi zmarszczył.
— Czy pierwszy raz spotykasz go w Paryzu? — zapytał.
— Na ulicy tak. Lecz ponieważ nie można niczego ukrywać przed tobą, ażeby nie być przedmiotem podejrzeń, oświadczam ci, że widziałam go̟ dwa czy trzy razy u Heleny.
— Moja droga Emelino — odpowiedział młody człowiek — postąpiłem nieco za żywo z tobą i żałuję tego. Byłem wzburzonym, niespokojnym, przyznaję; ale nie oskarżałem ciebie. Pokładam w tobie zupełne zaufanie, wiedząc, że byłabyś niezdolną do uchybienia jednemu z twych obowiązków. Lecz widzisz, Emelino, w Paryżu grożą na każdym kroku niebezpieczeństwa, których należy unikać i omijać je zdaleka. Gdy się posiada skarb, ceniony więcej, niż życie, pragnie się zatrzymać go i obawia się złodziei. Nie powinnaś winić mnie, że takim jestem. Jesteś moim skarbem, Emelino, ty i nasze dziecko, jesteście wszyskiem dla mnie; dla was, gdyby było potrzeba, oddałbym życie z radością. Emelina i Janinka! na tych dwóch głowach tak drogich, tak ukochanych spoczywa moje szczęście. (book from Wikisource) Ah, Emelino, mój skarbie najdroższy, nie powinnaś się obrażać, gdy lękam się niebezpieczeństwa, zagrażającego memu szczęściu. Bez niego, cóż warte byłoby moje życie? Nic, zupełnie nic! Mówisz o mych podejrzeniach; czyż wszyscy mężczyźni ich nie mają? Mamy podejrzenia, gdy mamy godność i dumę. Dbam o twoję reputacye, Emelino, i nie pozwolę, ażeby cośkolwiek mogło jej przynieść ujmę. Będąc biednym, jestem właścicielem cennego dobra, mego honoru! Wart on tyle, co honor człowieka najbogatszego i najpotężniejszego. Mając tylko mój honor, życzę sobie, aby pozostał nienaruszonym. Lecz, powtarzam ci, Emelino, mam w tobie zaufanie, wypędzając wszelką obawę z serca. Możesz obronić się przeciw pokusom miłością, którą czuję dla ciebie, możesz uniknąć niebezpieczeństwa myślą o twem dziecku. Z tą pomocą, Emelino, kobieta uczciwa nie powinna niczego się obawiać, bo jest niezwyciężoną. Pomimo tego, jeżeli dobrem jest mieć siłę, koniecznem jest posiadać roztropność i nie występować zbyt zuchwale naprzeciw niebezpieczeństwu. Słuchaj mnie więc, Emelino, musisz pozbawić się odwiedzin u pani Surmain.
— Chcesz mi zabronić widywania Heleny, mojej najlepszej przyjaciółki? — zawołała.
— Błagam cię, zrób dla mnie tę ofiarę.
— Nigdy!...
— Jeszcze raz, Emelino, źle robisz, odwiedzając panią Surmain.
— A dla czego?...
— Bo w ten sposób narażasz się na kompromitacye.
— Znowu coś nowego; kompromituję się, odwiedzając czasami moję przyjaciółkę?!... Za kogo uważasz Helene? Czy masz prawo wątpić o jej uczciwości?...
— Nie, ale...
— W ten sposób — przerwała gwałtownie — mam zrywać z panią Surmain, jedyną osobą, którą znam dobrze w Paryżu, dla tego, że ci się Bóg wie co roi po głowie! Wiesz, jak ja to nazywam? Tyranią. Ależ to wstrętne, doprawdy. W takim razie, zamknij mnie pan pod klucz... A nawet, coby było dla ciebie wygodniejszem, zasekwestruj mnie! Zresztą, nie słucham pana dziś więcej, bo prawdopodobnie znajdujesz się w gorączce. Krótko, zgadzasz się pan, czy nie, panie mężu, jeżeli usprawiedliwiasz swe żądanie tylko tą niedorzeczną myślą, pozostanę przyjaciółką pani Surmain, odwiedzając ją nadal, kiedy mi się będzie podobało.
— Nie można zupełnie rozmawiać z tobą, Emelino.
— Bo nie cierpię rozmowy bez sensu.
— Emelino, nie mogę niczego zarzucić pani Surmain, i sądzę, że jest ona kobietą uczciwą. Radząc ci unikać jej towarzystwa, nie wydawałem rozkazu, lecz dałem ci tylko wskazówkę. Nie będąc bardzo bogatą, pani Surmain posiada majątek. Widzę w tem dla ciebie pierwsze niebezpieczeństwo. Następnie spotykasz u niej pana Dumey i prawdopodobnie spotkasz go jeszcze nieraz. To drugie niebezpieczeństwo.
— Zapewne również z powodu jego bogactwa?
— Tak jest, Emelino. Nie znam go, nie wiem, co to za jeden, lecz, słusznie, czy nie słusznie, nie ufam temu człowiekowi.
— Ah! jesteś zazdrosnym....
— Tak, Emelino, jestem nim.
— Zaiste, brakowało ci tylko tego przymiotu, żeby być doskonałym małżonkiem — odparła ironicznie. — Jeżeli twoja zazdrość jest oznaką wielkiego zaufania, jakie pokładasz we mnie, czuję się mocno zobowiązaną. Tak więc, źle robię, widując ludzi bogatych, bo z ich strony grozi mi niebezpieczeństwo. To nie wesołe, w istocie, zwłaszcza, że zdanie moje w tej mierze różni się od twojego. Co do mnie, lubię bardzo wchodzić w styczność z ludźmi bogatymi i stojącymi wyżej odemnie, gdyż w ogóle są to ludzie dystyngowani i dobrze wychowani. W konieczności, zgadzam się i na tych, którzy są mi równi; lecz obcować z innymi, nigdy. Powinienbyś znać takich ludzi, jak pan Dumey, i być ich przyjacielem. Posiadają oni nie tylko majątek, lecz i stosunki. Staliby się oni twymi opiekunami, ponieważ twierdzisz, że artysta ich potrzebuje, i zrobiliby dla ciebie to, czego sam dokonać nie zdołasz. Wtedy, jeżeli posiadasz odrobinę talentu, w co pragnę wierzyć, doszedłbyś do celu z pewnością. Nie byłbyś zmuszonym do pracy nędznej, niewolniczej, przynoszącej więcej ujmy, wstydu i hańby, niż pieniędzy. Wreszcie, przestalibyśmy wegetować, przezwyciężywszy raz nędzę, która nas dławi i przygniata. Gdzież one dzisiaj, twe piękne nadzieje? Gdzież to życie świetlane, ktoreś mi obiecał? Nadaremno ci to wszystko mówię. Naturalnie, twoje położenie podoba ci się i znajdujesz je doskonałem. Nie widząc mnie chodzącej boso, źle odzianej, z czepkiem na głowie, sądzisz, że wszystko dla mnie uczyniłeś.
— O! Emelino! Emelino!...
— Przyznaję, że pracujesz. Zapobiedz potrzebom domowego gospodarstwa, to obowiązek mężczyzny. Pytam cię tylko, cobyś powiedział o takim człowieku, który nie zarabia na utrzymanie swoje i swoich... Lecz mieć chleb w ręce, to jeszcze nie wszystko; po za tem, jest jeszcze wiele rzeczy, potrzebnych kobiecie.
Blady, z oczami pałającemi. Fryderyk słuchał swą żonę z rodzajem przestrachu. Osłupiały, milczał. Może nigdy w życiu tak nie cierpiał.
Ona ciągnęła nielitościwie:
— Mówisz mi o ofierze, ale robię ją przecież codziennie, a tobie jeszcze mało!... Ah, jeżeli mam jaką rozrywkę i przyjemność, to nie powinienbyś mnie ich pozbawiać. Z chwilą, w której mi nie dajesz wszystkich przyjemności, nie masz prawa zabraniać mi tego, co lubię.
Po tych słowach nastąpiła chwila milczenia.
Nagle Fryderyk drgnął. Wyprostował się, a zbliżywszy się do żony:
— Emelino — rzekł dziwnym głosem — nie zdajesz sobie sprawy z niczego; ale kocham cię za wiele i muszę ci przebaczyć. Pomimo tego, pozwól mi powiedzieć, że źle robisz, nie stosując się do mojej woli. Chciałem ci dać radę... lecz ty mnie nie chcesz słuchać, a pojąć nie potrafisz. Nie chcę być tyranem. Rób, co chcesz... Lecz uprzedzam cię, jeżeli mnie oszukasz...
— Dokończ! — odparła zimno.
— Emelino, jeżeli mnie oszukasz...
— To? — spytała.
Ponura błyskawica, błyskawica mściwości, ukazała się w spojrzeniu Fryderyka.
— Ja — przemówił głucho — ja cię zabiję....
Roześmiała się i wyszła z salonu, wzruszywszy ramionami.


XXI.
Klejnoty.

Upłynęło około sześciu tygodni, gdy pewnego dnia dano znać Emelinie, że jeżeli nie wykupi swych klejnotów z Mont-de-Pietė, zostaną one sprzedane na licytacyi publicznej.
Fryderyk, wróciwszy wieczorem do domu, zauważył smutek na twarzy swej żony, spostrzegł nawet, że płakała.
— Cóż ci takiego? — zapytał.
— Jestem w rozpaczy.
— Z jakiego powodu?...
— Ah! ty nie myślisz o niczem, o niczem!
— Nie odpowiadasz na moje pytanie, Emelino; cóż takiego zaszło?...
— To, że moje klejnoty zostaną sprzedane.
— Młody człowiek spuścił głowę.
— Spodziewałem się tego — szepnął.
— Lecz mnie to nic nie obchodzi, że ty się tego spodziewałeś! — zawołała gwałtownie. Chodzi mi o moje klejnoty, zarówno o te, które od ciebie otrzymałam, jak i o te, które miałam jeszcze przed ślubem. Jeżeli pozwolę, żeby je sprzedano, kiedy będę posiadała inne?
— Nigdy?...
— Nie martw się jeszcze, jutro poproszę, aby mi wypłacono pensyę z góry za cały miesiąc i zapłacę odsetki.
— Nie! — odparła — za długo już jestem pozbawiona moich klejnotów, muszę je mieć, chcę, abyś je wykupił z Mont-de-Piété.
— Zastanów się, Emelino, jakże chcesz, abym to zrobił?...
— To ciebie obchodzi, nie mnie.
— Chodzi tu o dwa tysiące franków; gdzież mam znaleźć te pieniądze?...
— Nie wiem. Ale moje klejnoty nie mogą dłużej pozostać w Mont-de-Piété.
— Ah! Emelino — rzekł smutnie — gdybyś nie była wydawała tak wiele od czasu, jak zarabiam trochę pieniędzy, gdybyśmy byli odkładali na bok małą sumkę każdego miesiąca, jak ci radziłem, dziś mielibyśmy te dwa tysiące franków.
— Znakomicie! — zawołała ironicznie. — Coraz lepiej! Wymawiaj mi te suknie i kapelusze, które zużyłam, trzewiki, które zdarłam, i rękawiczki, które nosiłam zawsze, póki mogłam. Chciałeś, ażebym się tego wszystkiego pozbawiła, prawda? O! wiem to od dawna. Ażeby ci przypadać do gustu, powinnam zostać twą sługa, kopciuszkiem... Mówią, że i takie kobiety są na świecie; dobrze robią, jeżeli znajdują w tem przyjemność; ja taką nigdy nie będę.
W tych cierpkich słowach nie ukrywało się bynajmniej pojednanie.
Fryderyk uznał za roztropne nie odpowiedzieć.
Podano do obiadu.
Emelina, oświadczywszy, że nie czuje się głodną, zamiast przejść do sali jadalnej, zamknęła się w swoim pokoju.
Biedny Fryderyk, chociaż biegał przez cały dzień po mieście i wdrapywał się na kilkadziesiąt pięter, nie czuł również apetytu. Dotknąwszy się zaledwie potraw, wstał od stołu i ze łzami w oczach siadł w kącie salonu.
Kiedy nieco później wszedł do pokoju, zastał już Emelinę w łóżku.
Młoda kobieta okazała się prawie uprzejmą; widocznie namyśliła się nad swojem postępowaniem, a może nawet żałowała, spostrzegłszy, że nie miała słuszności.
Młody człowiek był tego zdania. W każdym razie było zawieszenie broni. Wymienili kilka słów, o klejnotach jednak mowy nie było. W każdym razie Fryderyk postanowił nie pozwolić, ażeby je sprzedano.
— Trzeba przede wszystkiem zapłacić odsetki — rozmyślała — potem wykupić je w najkrótszym czasie. Klientela moja staje się coraz liczniejszą, pracując jeszcze więcej, osiągnę nawet świetne rezultaty. A potem, kto wie?... mogę zająć się wielkiemi interesami i może w jednym dniu zdobędę sumę, równą tej, którą otrzymuję za cały miesiąc uciążliwej pracy.
Jak dawniej, Fryderyk nie przestał marzyć. Nie były to już te same świetne sny młodości, w każdym razie była to jeszcze nadzieja. Siostrzyca wiary, nadzieja jest jedną z cnót wielkich, jedną z podstaw szczęścia ludzkiego. W jakiemkolwiek położeniu człowiek, chcąc żyć, musi mieć nadzieję.
Nazajutrz rano, Fryderyk, zanim mieszkanie opuścił, rzekł do żony:
— Dziś mam lekcye w mieście, cały dzień jestem zajęty i nie będę mógł jeść śniadania w południe, nie czekaj przeto na mnie.
— A więc, do wieczora?...
— Tak jest, do wieczora.
Oddalił się, złożywszy pocałunek na jej czole.
Emelina była jeszcze w łóżku. Teraz wstała i zaczęła natychmiast toaletę.
Kiedy służąca nadeszła, młoda kobieta rzekła:
— Dziś nie zajmuj się śniadaniem, mój mąż nie wróci w południe do domu, ja zaś pójdę na śniadanie do mojej przyjaciółki, pani Surmain.
O wpół do jedenastej wyszła z domu w najpiękniejszej sukni, rękawiczkach bez zarzutu i w najbardziej zalotnym kapeluszu na głowie. Jak zwykle, gdy się udawała do Heleny, przeszła ulicę Lamartin, lecz zamiast zwrócić się w kierunku ulicy Notre-Dame de Lorette, poszła do stacyi dorożek na ulicy Châteaudun. Wsiadłszy do powozu, rozkazała woźnicy wieźć się na ulicę Ecuries d’Artois:
Nie podała numeru. Woźnica zatrzymał się w środku niedługiej ulicy. O dwie kamienice dalej, Emelina znajdowała się w miejscu przeznaczenia.
Bez najmniejszego wahania zadzwoniła do małej bramy pałacyku pana Karola Dumey, która otworzyła się natychmiast. Przeszedłszy w milczeniu obok loży portyera, minęła szybko dziedziniec. We drzwiach spotkała służącego. Zanim mu mogła postawić pytanie, ukłonił się z uszanowaniem, jak gdyby była oddawna oczekiwaną, mówiąc:
— Pan w swoim gabinecie.
Za chwilę, wchodziła do gabinetu, który już znała. Straciła swą dotychczasową śmiałość, czuła ciężar na piersi, była bardzo wzruszoną.
Młody człowiek skoczył na równe nogi. Rzucił się ku niej i, chwyciwszy obie jej ręce, ścisnął ją gorączkowo.
— Pani tu! Pani tu! — zawołał namiętnym głosem. W tej chwili nie mógł jej nic nad to powiedzieć. Ale patrzał na nią palącym wzrokiem. Wszystko w nim jaśniało. W oczach jego, na czole, błyszczała radość.
Emelina nie usiłowała uwolnić swych rąk uwięzionych.
— Zdziwiłam pana — odezwała się. — Jeżeliś pan był przygotowany na jaką wizytę, to zapewnie nie na moją.
— Prawda, lecz moja radość jest tem żywsza. — Nie śmiał jej powiedzieć: — Oczekuję cię już od dwóch miesięcy, spodziewając się codziennie, że przybędziesz.
Pociągnął ją łagodnie na kanapę, poczem usiadł koło niej, trzymając ją ciągle za ręce.
— Już jedenasta — zauważył — zjemy razem śniadanie.
— O! nie, dziękuję odparła żywo.
— Pani odmawiasz?...
— Nie dzisiaj.
— Musisz więc pani wracać do siebie?...
— Nie, mąż mój wyszedł rano na cały dzień.
— W takim razie, czemu nie chcesz pani jeść tutaj śniadania?...
— Miałam zamiar odwiedzić Helenę — wyksztusiła.
— Czy pani Surmain czeka na panią?...
— Nie.
— A więc, pójdziesz pani do niej jutro lub kiedy indziej. Czuję się zanadto szczęśliwym w towarzystwie pani, ażeby panią tak prędko wypuścić; jesteś pani moim więźniem. Jednem słowem, pani zostajesz.
— Życzysz sobie pan tego koniecznie?...
— Widzisz pani to dobrze. Każę nakryć tutaj. Dla nas dwojga — dodał z uśmiechem, sala jadalna jest za wielką.
Rozwiązawszy wstążki kapelusza młodej kobiety, zdjął go jej z głowy, następnie pomógł jej w zdejmowaniu okrycia i umieścił te dwa przedmioty na fotelu.
Podczas tego Emelina ściągała rękawiczki.
Karol Dumey zadzwonił na kamerdynera.
— Podasz tutaj śniadanie rzekł mu — i nakryjesz dla dwojga osób.
Służący się oddalił i wrócił natychmiast, ażeby nakryć do stołu. W chwilę potem, podano śniadanie. Stolik był mały, czworograniasty, raczej długi, niż szeroki.
Młodzi ludzie siedli naprzeciw siebie. Młody człowiek potrzebował tylko wyciągnąć ramię, ażeby dotknąć ręki Emeliny.
Ta ostatnia nie jadła obiadu dnia poprzedniego, a rano nic w ustach nie miała; była głodną. Jadła wszystkiego po trochu z apetytem, który sprawił wielką przyjemność panu Dumey.
Co prawda, wszystko było wyśmienitem. Karol Dumey miał wybornego kucharza. Wino nie ustępowało w niczem potrawom. Po czarnej kawie i likierach kamerdyner oddalił się z pokoju.
Karol i Emelina powstali od stołu i usiedli znowu na kanapie.
W żyłach młodej kobiety krew krążyła żywiej, niż zwykle, oczy jej błyszczały, czuła się odurzoną. Jednakże piła nie wiele, likierów nie dotknęła nawet, poprzestając na umaczaniu ust w małym kieliszku chartreuse.
— Może pan życzysz sobie zapalić cygaro? — zapytała młodego człowieka.
— O, nie — odpowiedział — wolę rozmawiać, patrzeć na panią, podziwiać...
Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
— Muszę pani podziękować raz jeszcze za tę godzinę, którą pani raczyłaś spędzić w mojem mieszkaniu zaczął. Ale dotychczas nie znam jeszcze powodu odwiedzin.
— Prawda.
— Nie jestem tak zarozumiałym, ażeby mniemać, żeś się pani do mnie trudziła, chcąc powiedzieć mi dzień dobry.
Spuściła głowę.
— Może chcesz pani żądać odemnie przysługi?...
— Tak jest.
— A więc, o cóż idzie?...
Podniosła na niego oczy.
— No, mów pani — nalegał.
— Nie śmiem — szepnęła.
— Jakto! Pani nie śmiesz? — zawołał.
— Tak jest, postąpiłam zbyt śmiało.
— Pani obawiasz się żądać czegoś odemnie! Wiesz pani przecie, że jestem cały na twoje usługi, że jestem ci zupełnie oddany. Proszę panią, mów, mów śmiało; powiedz pani, czego żądasz?...
— Sprawa to bardzo przykra.
— Gdybyś pani była moją przyjaciółką, miałabyś do mnie więcej zaufania. W każdym razie, niechaj się dowiem przynajmniej...
— A więc, chciałabym pożyczyć od pana dwa tysiące franków.
— I wyznanie to sprawiło pani tyle trudności? Czy obawiałaś się pani odmowy z mojej strony?...
— Nie. Jednakże...
— Dziecko, dziecko — rzekł.
Wtedy odpowiedziała mu, dla czego potrzebowała tych dwóch tysięcy franków.
— Czy masz pani kwity z Mont-de-Piété? — zapytał.
— Tak jest.
— Proszę mi je pokazać.
— Podała mu je, wyjąwszy z kieszeni. Było ich pięć. Oglądał je jeden po drugim, licząc cyfry w pamięci.
— Tak, tak — rzekł — różne pożyczki wynoszą razem dwa tysiące sto dwadzieścia franków.
Położył kwity na stole.
— Mogę je zachować, nieprawdaż? — spytał.
— Jak pan chcesz.
— Nie chciałbym, ażebyś się pani sama trudziła wykupywaniem tych klejnotów. Na każdym z kwitów umieścisz pani swój podpis, a ja sam udam się do administracyi w Mont-de-Piété. Dziś wieczorem, przed piątą godziną, otrzymasz pani twoje klejnoty.
Podziękowała mu słodkiem wejrzeniem.
— Teraz — ciągnął dalej — muszę pani powiedzieć, ażebyś pani o tem wiedziała, i polecić, abyś nigdy nie zapominała, że ja nie mógłbym pani niczego odmówić. Im więcej będziesz pani żądała, tem szczęśliwszym ja czuć się będę!...
Ujął jej ręce i podniósł je obie do ust.
Młoda kobieta, w milczeniu, z piersią falującą gwałtownie, patrzała na niego.
— Ach! — ciągnął dalej namiętnie — od dawna nie jest dla ciebie tajemnicą, Emelino, wiesz, że cię kocham, ubóstwiam!...
Otoczył jej kibić ramieniem i przyciągnął do siebie. Broniła się słabo. Czuł, że drży na całem ciele, widział jej łono, podnoszące się szybko; słyszał jej oddech przyśpieszony. Przycisnął ją mocniej do siebie. Głowa Emeliny oparła się na jego ramieniu.!
— Kocham cię, kocham! — szepnął.
Emelina stłumiła westchnienie. Ich usta złączyły się w gorącym pocałunku.
O godzinie w pół do czwartej Emelina wyszła z pałacu pana Dumey.
Usiadłszy w powozie, który pan Dumey kazał dla niej sprowadzić, wskazała woźnicy adres swego domu.
O trzy kwadranse na piątą służąca oznajmiła jej wizytę.
— Tak jest, wiem kto to taki — rzekła — niech wejdzie.
Był to lokaj pana Dumey. Wręczywszy Emelinie, w imieniu swego pana, mały pakiecik, starannie obwinięty, oddalił się natychmiast.
Emelina odpieczętowała pakiet. Spodziewała się znaleźć w nim pięć pudełek, tymczasem było ich sześć. Chcąc wiedzieć, co zawiera szóste, pokryte czerwonym aksamitom, otworzyła je i spostrzegła przepyszny łańcuszek, wysadzany perłami i brylantami najczystszej wody.
Przez chwilę stała z wzrokiem, wlepionym w pudełko, podziwiając ten dar wspaniały, lecz obawiając się, ażeby jej kto nie zastał, zamknęła pudełko, rzuciwszy wprzód okiem na inne klejnoty. Poczem umieściła wszystko w szufladzie, od której klucz nosiła zawsze przy sobie.
O szóstej, kiedy Fryderyk powrócił, była już nie tylko zupełnie spokojną, lecz nawet przyjęła go z uśmiechem, którym witała go dawniej w dniach najlepszych.


XXII.
Przestępstwo.

Wieczorem Fryderyk rzekł swej żonie: Emelino, nie wspominasz mi o klejnotach?...
— A po cóż? — odparła — nie mogę wymagać od ciebie rzeczy niemożebnych.
— Chcesz więc, ażeby je sprzedano?...
— Trzeba pozwolić na to, czemu nie można przeszkodzić.
— Ale ja, Emelino, nie chcę, aby je sprzedano...
— Proszę cię przerwała nie mów mi o tem?...
— Gniewa cię to?...
— Tak.
Spostrzegł rzeczywiście, że była rozdrażnioną.
Nazajutrz, ubrawszy się, otworzył szafę, a następnie małą torebkę. Nie znalazłszy w niej, czego szukał, zaczął przerzucać bieliznę.
Emelina udawała, że śpi; lecz co chwila, otwierając oczy, śledziła z niepokojem każdy ruch męża.
Znużony bezskutecznem poszukiwaniem, Fryderyk zbliżył się do łóżka.
— Emelino — rzekł cicho.
Nie odpowiedziała. Wtedy zawołał głośniej. Widząc, że się nie porusza, złożył pocałunek na jej czole i dotknął się lekko jej ręki.
Tym razem, Emelina drgnęła, jak osoba nagle obudzona, i otworzyła oczy.
— Czego chcesz? — zapytała.
— Nie chciałem cię jeszcze budzić, ale nie znajduję kwitów.
— Kwitów?...
— Tak jest, kwitów z Mont-de-Piété; nie ma ich w torebce.
— Nie wiem, gdzie się podziały — odparła, ziewając.
— Jakto! nie wiesz?... Wczoraj rano widziałem je w torebce. Muszę je wziąć ze sobą do Mont-de-Piété. Gdzie są, powiedz?...
Emelina nie odpowiedziała. Lecz spojrzenie jej przybrało wyraz trwogi. Fryderyk to spostrzegł.
— Emelino — rzekł stanowczo — co zrobiłaś z niemi?...
Powziąwszy nagle postanowienie, młoda kobieta wyprostowała się na łóżku.
— A więc — odparła sucho — nie ma ich już tutaj.
— Nie ma ich tutaj?... A więc gdzież są?...
— W Mont-de-Piété.
— W Mont-de-Piété?... Emelino, nie rozumiem.
— To przecież łatwo zrozumieć: chciałam mieć moje klejnoty i wykupiłam je z zastawu.
— Masz je więc?...
— Tak.
— Ależ potrzebowałaś do tego dwóch tysięcy franków.
— Dwóch tysięcy stu dwudziestu franków — uzupełniła.
— Jakim cudem dostarczyłaś sobie tych pieniędzy?...
— Mniejsza o to, ponieważ je znalazłam.
— Mnie to bardzo obchodzi, i mam prawo dowiedzieć się o tem, chcę wiedzieć... Emelino — ciągnął głosem drżącym — odpowiedz mi szczerze; nie kłam, chcę znać całą prawdę. Od kogo zażądałaś tej sumy?...
Widział, że się waha.
— Ależ odpowiedz, odpowiedz przecie — krzyknął gwałtownie. — Ach! ja przez ciebie oszaleje!...
Nazwisko pani Surmain nasuwało się na usta młodej kobiety; lecz, ośmielając się jeszcze bardziej, odpowiedziała pewnym głosem:
— Pożyczyłam te pieniądze od pana Dumey.
Pobladł, jak ściana. Uczuł w sercu jakby ukłucie sztyletu.
— Tak więc — zaczął głosem stłumionym — ośmieliłaś się żądać pieniędzy od tego człowieka?...
— Tak jest ośmieliłam się na to.
— I... byłaś u niego?...
— Musiałam.
— Sama?...
— Sama.
Rzucił jej spojrzenie, w którem więcej było litości, niż gniewu.
— A! nieszczęśliwa, nieszczęśliwa jęknął.
Osunął się bezwładnie na krzesło i, oparłszy na rękach głowę, milczał. Tak przesiedział przez pół godziny, bez myśli, bez ruchu.
Emelina wstała, ubrała się i wyszła z pokoju, nie wymówiwszy słowa.
Przed wyjściem z domu, Fryderyk nie wszedł do salonu, gdzie się znajdowała. Pierwszy to raz opuszczał dom bez pożegnania, nie złożywszy pocałunku na jej czole. W jego głowie tkwiła jedna tylko myśl: chciał oddać jak najprędzej pieniądze, pożyczone przez żonę, i pragnął tego za wszelką cenę. Lecz zkądże znaleźć tak wielką sumę. Nie wiedział jeszcze. Trzeba było się zastanowić, wystawić umysł na tortury, ażeby wykryć możliwy środek. Sądził, że pieniądze były pożyczone, bo nigdyby nie był przypuszczał, że były one darowane. Czuł, że Emelina naraziła się swym nierozważnym postępkiem; lecz zdawało mu się, że, oddając pieniądze jak najprędzej, naprawi złe, zadowolni swą dumę i godność, i ocali honor swój i swej żony. Początkowo zastanowił się, czy w tym wyjątkowym razie nie mógłby szukać pomocy u przyjaciół. Niestety! przyjaciele jego byli wszyscy ubodzy.
W myślach jego stanęło kilka osób z Tuluzy, które okazywały mu niegdyś wiele życzliwości. Lecz od czasu, gdy opuścił miasto rodzinne, z pewnością o nim zapomniano. Do jednej pani de Cernak mógł się udać, licząc na pewne, że nie odmówi mu pomocy. Na nieszczęście, baronowa, dawna jego protektorka, wyjechała z Tuluzy. Z listu otrzymanego przed piętnastu dniami, dowiedział się, że opuściła Tuluzę na dwa miesiące. Mówiono, że udała się do Rosyi. Fryderyk nie mógł czekać na jej powrót do Tuluzy.
Mimowoli usta jego wymówiły nazwisko pani Surmain. Ta też mogła mu przyjść łatwo z pomocą. Lecz przypomniawszy sobie o przeszłości, a następnie o tem, że u niej właśnie Emelina spotykała pana Dumey, zawołał z rodzajem przestrachu:
— Nie, nie, nie do niej!
Zresztą, pomimo, że nie miał dowodu, przeczucie mu mówiło, że pani Surmain stała się jego nieprzyjaciółką.
Nieszczęśliwy szukał i szukał napróżno. Jak zwykle znajdował się w labiryncie, z którego wyjścia nie widział.
A jednak, chcąc sobie dostarczyć pieniędzy w sposób najprostszy i najłatwiejszy, wystarczało wziąć klejnoty i zanieść je znowu do Mont-de-Piété. Fryderyk rozumiał to dobrze. Dlaczego więc czuł niezwyciężoną odrazę do tego środka. Może on sam nie potrafiłby na to pytanie odpowiedzieć. A może chodziło mu jedynie o miłość własną?
W każdej istocie są uczucia, których niepodobna określić, jak niektórych jej czynów niepodobna wytłómaczyć.
Fryderyk nie bał się sprzeciwić Emelinie, a nawet rozgniewać jej, odbierając jej klejnoty. Z drugiej strony bowiem, była to kara, na którą zasłużyła. Pomimo tego, nie chciał ocalić się, zastawiając na nowo klejnoty.
W każdym razie, powinniśmy wierzyć, że byłby powziął wreszcie to postanowienie, gdyby nie fatalność, która złączyła się już z jego istnieniem, zbliżając zwolna ku jego przeznaczeniu.
Tego samego dnia, około godziny dziesiątej, udał się do domu handlowego, z którym miał stosunki, jako jeden z głównych roznosicieli wina. Jego zwierzchnik, który prowadził rachunki, był jego przyjacielem, i Fryderyk zaprosił go trzy, czy cztery razy do siebie. Kiedy młody człowiek ukazał się w biurze, rachmistrz przywołał go do siebie, a wskazawszy mu miejsce przy sobie, zapytał o zdrowie pani Boisssier i malutkiej Janinki.
— Moja żona zdrowa — odparł Fryderyk — a ostatnie wiadomości, które otrzymaliśmy o naszem dziecku, były również dobre. Dotychczas tylko raz ją odwiedziliśmy, lecz przy najbliższej sposobności wybiorę się znowu do Niévre.
Przez chwilę rozmawiali o muzyce, której rachmistrz był wielkim znawcą i miłośnikiem. Ten ostatni, wśród rozmowy, sprawdzał rachunki. Skończywszy robotę, podniósł się, wziął papiery w rękę i wyszedł z pokoju, mówiąc Fryderykowi:
— Poczekaj pan na mnie chwilkę, muszę zanieść rachunki do sprawdzenia patronowi.
Machinalnie, ciągle zajęty swemi myślami, Fryderyk przypatrywał się papierom, porozrzucanym na biurku rachmistrza.
Nagle zadrżał. Przypadkiem spostrzegł kilka kartek ostemplowanych, na których widniało nazwisko i adres domu handlowego. Na widok tych kartek, nieszczęśliwemu przyszła straszliwa myśl do głowy.
— Tak mówił w duchu, podpis patrona na jednym z tych biletów, a będę miał natychmiast sumę, której mi potrzeba.
Krew o mało nie rozsadziła mu żył, pulsa uderzały gwałtownie. Przed oczami ukazywały się naprzemian klejnoty, pieniądze, papiery, rozsądek go opuścił, bilety magnetyzowały, znajdował się w stanie, graniczącym z obłędem. W mózgu tkwiła tylko jedna myśl...
Gwałtownym ruchem wyciągnął ramię; jego zły geniusz kierował jego ręką. Chwycił jeden z biletów, i zwinąwszy we dwoje wsunął go ukradkiem do kieszeni.
W tej chwili ukazał się rachmistrz.
— Jakżeś pan pobladł! — zauważył, spojrzawszy na młodego człowieka — cóż panu takiego?
— Ależ nic, zupełnie nic. Tylko zdaje mi się, że w pańskiem biurze bardzo gorąco.
— Do djabla! to to panu zaszkodziło; masz pan całe czoło okryte potem.
Otworzył okno. Fryderyk obcierał czoło chustką. Po chwili powstał.
— Do widzenia rzekł rachmistrzowi.
— Zobaczę dziś pana wieczór?...
— Prawdopodobnie.
Wyszedł. Czuł potrzebę zaczerpnięcia oddechu na świeżem powietrzu. Głowa mu, pałała, wszystko wirowało w jego umęczonym umyśle. Rzecz dziwna, miał popełnić występek, zbrodnię, a sumienie jego milczało. Prawdopodobnie był to napad szaleństwa. Zapomniał zjeść rano śniadanie; zresztą, nie był głodny. Błąkając się długo po ulicach, wrócił wreszcie do domu.
Zegar wskazywał na wpół do drugiej. Emelina przed chwilą wyszła, oznajmiwszy służącej, że wróci przed godziną piątą.
Fryderyk zamknął się w salonie, poczem przygotowawszy wszystko, co było potrzebnem: do pisania, usiadł przy stole. Z portfelu wyjął rachunki z podpisami patrona domu.
Rachunki te powierzono mu dnia poprzedniego, ażeby udał się z niemi do trzech klientów. Położywszy je przed sobą, przypatrywał się długo podpisom. Wreszcie, umaczał pióro w atramencie, i starał się naśladować podpis patrona.
Nauka była wytrwałą, i wreszcie udało mu się skreślić podpis dosyć dokładny. Po otrzymaniu tego rezultatu, napisał weksel na dwa tysiące sto franków, z podpisem właściciela domu handlowego, trudniącego się sprzedażą i rozsyłką win delikatnych i szampana z Boulogne-sur-Mer.
Dom handlowy, którego był jednym z przedstawicieli, miał w Bercy skład szampana od jednego z pierwszych domów w Reims.
Oprócz sprzedaży w Paryżu, rozciągał on swoje interesa i stosunki na główne miasta we Francyi, a nawet za granicę, dokąd wysyła codziennie wielką ilość wina.
Fryderyk, który rozmawiał często z rachmistrzem, znał nazwiska głównych klientów z prowincyi, a nawet cyfrę interesów, które prowadzono z nimi.
Włożył rachunki do portfelu, dołączywszy do nich weksel fałszywy, poczem spalił na kominka kartkę papieru, pokryta podpisami mniej lub bardziej udanemi.
Emelina wróciła o wpół do piątej. Zdziwiła się, zastając męża, który nie wracał nigdy przed szóstą.
— Przyszedłem wziąć papier, który zapomniałem dziś rano — oświadczył krótko.
Wziął w rękę kapelusz i poszedł ku drzwiom. Lecz nagle odwrócił się do żony:
— Proszę cię, daj mi adres pana Karola Dumey — rzekł.
Emelina zbladła.
— Co chcesz zrobić? — wyjąkała.
— Potrzebuję go.
— Ale...
— Zastanów się — rzekł głucho — czy nie mam mu oddać pieniędzy, które od niego pożyczyłaś?...
— Więc o to ci chodzi?...
— W innym razie, nie potrzebowałbym jego adresu.
Widząc jego ponure spojrzenie, Emelina się przestraszyła. Zapytywała się w duchu, czy mówi prawdę, czy nie ma innego zamiaru, który chce przed nią ukryć.
— A więc, gdzie mieszka? — odezwał się rozkazująco.
— Przy ulicy Ecuries-d’Artois, numer dwunasty — odpowiedziała.
— Dobrze, jutro ten pan otrzyma pieniądze — rzekł głosem bezdźwięcznym.
Wyszedł z pokoju.
— To niemożliwe — myślała Emelina — nie zrobi tego. Gdzie znalazłby te dwa tysiące franków.


XXIII.
Zwrócone pieniądze.

Nazajutrz rano, Fryderyk, ciągle jeszcze posępny i zajęty, wyszedł z domu, nie mówiąc nic Emelinie.
W chwilę potem, młoda kobieta zeskoczyła z łóżka.
Całą noc przepędziła niespokojnie, bezsennie. Dręczyły ją różne rodzaje obawy. Napróżno starała się ją odepchnąć i uspokoić się, wszystkie jej usiłowania były daremne. Oprócz tego miała dziwne przeczucia. Zdawało jej się, że jakiś głos ponury oznajmia jej najstraszliwsze nieszczęścia.
Ubrała się bardzo szybko.
O godzinie dziewiątej była już na ulicy. Przy najbliższej stacyi dorożek, rzuciła się do powozu i kazała wieźć się do Karola Dumey. Przybyła tam bez tchu, przerażona. I jak gdyby wypadki z dni poprzednich całkiem ją ubezwładniły; usunęła się bezsilnie na fotel.
— Cóż pani jest? Co się stało? — młody człowiek zawołał przestraszony.
— Boję się — odparła stłumionym głosem.
— Boisz się pani? Kogo? Czego?...
— Od dwóch dni mąż mój nie jest tym samym ze mną, co dawniej; nic mi nie mówi; jest posępny, podejrzliwy, wydaje się niespokojny.
— A więc?...
— Zdaje mi się, że coś podejrzywa.
— Od podejrzeń do pewności bardzo daleko.
— Wczoraj wieczór, zażądał odemnie pańskiego adresu.
— I dałaś mu go pani?...
— Tak.
— Dobrze pani zrobiłaś. Nieodpowiedzieć mu, byłoby niezręcznością. Zresztą, byłby go łatwo znalazł w pierwszym lepszym kalendarzu. Czy zamierza przyjść do mnie?...
— Tak.
— Mówił do pani?...
Tak.
— Czy wiesz pani, dla czego, pod jakim pozorem?...
— Jak to było ułożone, powiedziałam mu, że pożyczyłeś mi pan pieniędzy na wykupienie klejnotów. Wtedy nastąpiła scena.
— Uniósł się?...
— Byłabym to wolała. Lecz gniewu w nim nie było. Nagle sposępniał i wyglądał, jak zrozpaczony.
— A!...
— Wczoraj, gdy dałam pański adres, rzekł mi: „Jutro oddam panu Dumey pieniądze, pożyczone przez ciebie“. Lecz zdawało mi się, że ukrywa coś przedemną. W istocie, musi mieć inny zamiar; nie posiada tej sumy i niemożliwem jest, aby ją otrzymał.
— Dla czego więc, według pani, przychodziłby tutaj?...
— Mój Boże! alboż ja wiem. Może chce pana wyzwać.
Lekki uśmiech przemknął po ustach pana Dumey.
— Nie bój się niczego odezwał się. — Uspokój się, kochana Emelino, jeżeli pan Boissier złoży mi wizytę, przyjmę go bardzo uprzejmie. Według tego, co mi powie, potrafię mu odpowiedzieć.
— O! tak, bądź pan roztropny, bo...
— Dokończ, dokończ.
— Znam go; gdyby wiedział...
— Cóż wtedy?...
— Zabiłby mnie!...
— Jakie z ciebie dziecko! — rzekł, otaczając je miłosnem spojrzeniem.
Ująwszy jej rękę, podniósł ją do ust, gdy w tem zapukano lekko do drzwi. Zmarszczył brwi, co było u niego oznaką niezadowolenia. Pomimo tego, poszedł drzwi otworzyć.
— Cóż tam takiego? — zapytał szorstko służącego, który przed chwilą zapukał.
— Jaśnie panie, to wizyta.
— Trzeba było powiedzieć, że wyszedłem, lub, że jestem bardzo zajęty i nikogo przyjąć nie mogę.
— Mówiłem to, proszę jaśnie pana: ale ten człowiek nalega, utrzymując, że jaśnie pan go przyjmie.
— Powiedział ci swoje nazwisko?...
— Tak jest, pan Fryderyk Boissier.
Pan Dumey zadrżał.
— Dobrze — rzekł służącemu — poproś tego pana do małego saloniku, będę tam za małą chwilę.
Wrócił pośpiesznie do Emeliny.
Słysząc wymówione nazwisko swego męża, skoczyła na równe nogi. Drżała na całem ciele.
— Wzruszyłaś się, nieprawdaż? — zapytał — ale nie obawiaj się niczego; no, no, uspokój się; nikt nas nie napadnie znienacka, ponieważ jesteśmy przygotowani na przyjęcie wizyty. Jeżeli nie czujesz się dosyć bezpieczna w tym pokoju, to możesz przejść do mego gabinetu.
— Czy jesteś pan pewnym swych ludzi?...
— Jak siebie samego.
— Jedno słowo nieostrożne.
— Kiedy potrzeba, moi służący umieją być niemymi. Przedewszystkiem zaś nie wiedzą, że nazywasz się pani Boissier. Powtarzam ci, że możesz być całkiem spokojną. A teraz, zostawiam cię, nie chcę, ażeby twój mąż tak długo na umie czekał.
Fryderyk czekał, stojąc na środku salonu, z kapeluszem w ręku.
Pan Dumey drzwi otworzył. Młodzi ludzie spojrzeli na siebie i równocześnie się ukłonili.
— Pan jesteś panem Karolem Dumey? — Fryderyk pierwszy zapytał.
— Tak, panie.
— Oznajmiono panu moje nazwisko?...
— Mój służący zaanonsował mi pana Fryderyka Boissier. Proszę usiąść.
— Dziękuję panu, to niepotrzebne.
— Niech i tak będzie. Bardzo mnie to cieszy, że pana widzę, panie Boissier, chociaż przybycie pańskie było dla mnie prawdziwą niespodzianką. Wiele słyszałem o panu dawniej, w Tuluzie; a nadto mam zaszczyt znać panią Boissier od kilku lat; sprawia mi to wielką przyjemność, ilekroć mogę ją spotkać u jednej z jej przyjaciółek, pani Surmain. Jak pan zatem widzisz, znam pana dobrze, i nie potrzebuję dodawać, że pańskie odwiedziny są dla mnie wielką przyjemnością.
— Przedwczoraj, pani Boissier przyszła do pana, ażeby pożyczyć dwa tysiące sto dwadzieścia franków?...
— Tak jest, mogłem oddać pani Boissier tę drobną przysługę.
— Masz pan poświadczenie, że tę sumę otrzymała?...
— Cóż znowu?... Nie żądałem żadnego pokwitowania od pani Boissier.
— Jakto! panie — zawołał Fryderyk, czując, że go coś ściska za gardło — pożyczasz pan pieniądze bez pokwitowania?...
— Przepraszam pana, że muszę zwrócić jego uwagę, iż nie trudnię się bynajmniej pożyczaniem pieniędzy; mam więc zupełnie prawo pomijać niektóre ostrożności, które potrzebne są bankierom i lichwiarzom. Po drugie, powiem panu, że czuję się najszczęśliwszym, jeżeli uda mi się zobowiązać sobie mych przyjaciół; a ponieważ pokładam w nich całkowite moje zaufanie, nie żądam nigdy poświadczenia. Gdybym podejrzywał, że pieniądze, pożyczone w ten sposób, nie będą mi oddane, nie pożyczyłbym i koniec. Zatem, mój panie, postąpiłem z panią Boissier, jak z którymkolwiek z moich przyjaciół. Dodam jeszcze, że jestem całkiem spokojny o tę pożyczkę.
— I masz pan słuszność, bo przyszedłem tutaj, ażeby ci ją zwrócić.
Pan Dumey uczuł, że rumieniec pokrywa mu czoło. Wobec tego nędzarza, którego znieważył, którego szczęście zniszczył, a życie złamał, on milioner, jakże czuł się małym!...
— Ależ mnie się wcale nie śpieszy, masz pan jeszcze czas — wyjąkał.
W rzeczywistości nie wiedział, co powiedzieć.
— Panie — odparł Fryderyk drżącym głosem — gdybym był miał pieniądze przedwczoraj wieczorem, byłbym ci je odniósł natychmiast.
— Ale pozwól pan.
— Panie — Fryderyk przerwał gwałtownie — są rzeczy, których mąż przyjąć nie może; moja żona nie miała prawa zaciągać tej pożyczki bez mego zezwolenia. Dziś ja mam te pieniądze. Bierz pan je, oto są. Bierz, bierz prędzej, bo palą mi dłonie.
Z temi słowy wyciągnął rękę do pana Dumey z biletami bankowemi.
Było niemożliwem odmówić mu bez narażenia się na groźne następstwa. Musiał przyjąć z ręki męża pieniądze, które dał żonie.
— Policz pan, policz — rzekł Fryderyk.
— Nie warto — odparł nierozsądnie — ufam panu. — Zaraz przyniosę pokwitowanie — dodał.
Fryderyk odpowiedział zimno i dumnie:
— Kiedy pan nie żądasz go, pożyczając, nie możemy upominać się o nie, oddając.
Poczem ukłonił się i wyszedł z salonu.
Pan Dumey udał się śpiesznie do swego pokoju, gdzie Emelina czekała na niego w straszliwej niepewności. Zapytała go wzrokiem. Pokazał jej bilety bankowe.
— Zatem, mówił mi prawdę-zauważyła.
— Nie było mowy o czem innem.
— Odszedł już?...
— Tak.
— Czy myślisz pan, że nie domyśla się mojej obecności w tem mieszkaniu?...
— Bynajmniej.
— Ach dobrze zrobiłam, idąc za pierwszym popędem i uprzedzając pana o jego zamiarze.
— Tak jest, bo nie zaskoczono mnie znienacka, i mogłem nieźle wywinąć się z bardzo trudnego położenia.
— Wszystko jedno, jednakże nie sądziłam. Któż taki mógł pożyczyć mu te pieniądze?...
— Jeden z przyjaciół z pewnością.
— Tak, tak, to najprędzej.
— A oto są one znowu w moim ręku. Weź je, Emelino, weź.
— Nie, nie — cofnęła się z przerażeniem.
— Emelino, to twoje pieniądze.
— Nie, nie chcę ich!...
— A ja, nie mogę zatrzymać ich u siebie.
Zbliżył się do niej i wsunął wszystko za stanik sukni.
— Nie potrzebujesz oddawać ich panu Boissier — rzekł.
Dreszcz przebiegł ją po całem ciele. Zwiesiła głowę na piersi, szepcząc:
— Nie śmiałabym ich przyjąć.


XXIV.
Nędznik.

Fryderyk, oddawszy dwa tysiące sto dwadzieścia franków panu Dumey, wyszedł nagle ze stanu gorączkowego tak, że mógł zastanowić się nad swojem położeniem. Zaczął więc myśleć.
Jeszcze nie znajdował się o pięćdziesiąt kroków od pałacu pana Dumey, gdy sumienie jego, upominając się o swoje prawa, wołało mu z całych sił:
— Nędzniku, cóżeś uczynił?...
Wtedy w jednej chwili zrozumiał doniosłość swego czynu i następstwa, które tenże musiał za sobą pociągnąć. Zdawało mu się, że krew ścina mu się w żyłach, opanowała go nieprzezwyciężona trwoga. Bo czyn, którego się dopuścił, nie był lekkiem przekroczeniem, lecz zbrodnią, zbrodnią fałszerstwa.
Nie śmiał patrzeć w oczy przechodniom, chciałby być niewidzialnym lub módz skryć się pod ziemią, wyobrażając sobie, że każdy czyta na jego czole te dwa straszliwe słowa: „Złodziej... Fałszerz!...“
— O! tak — mówił w duchu — jestem nędznikiem... Przed kilkoma dniami mogłem podnieść głowę i iść z czołem wyniosłem; byłem człowiekiem uczciwym. Dzisiaj jestem fałszerzem, to znaczy złodziejem, tak złodziejem!... I oto czem zostałem w jednej chwili, łotrem, zbrodniarzem!... Sądząc, że ocalę mój honor przed urojonem nieszczęściem, shańbiłem się dobrowolnie.
Im dłużej się zastanawiał, im lepiej widział całą zbrodniczość swego postępku, tem bardziej był przekonany, że nic uniewinnić go nie zdoła. Napróżno wmawiał w siebie, że baronowa de Cernac powróci do Tuluzy w przeciągu dwóch miesięcy, że przyszle mu czemprędzej pieniądze, i że będzie mógł zapłacić dług zaciągnięty; napróżno starał się uspokoić, wyrzuty sumienia go gryzły, przyprowadzając go do szaleństwa. Czuł, że rozdzierają mu one wnętrzności. Ta nowa męczarnia była tak okropną, że stał się nieczułym na tortury zazdrości.
Nadto, straszny niepokój ogarnął wszystkie jego myśli. Weksel przechodzi przez wiele rak; czy nikt nie odkryje, że podpis jest fałszywy?... Ależ wtedy byłby zgubiony!... Pomimo tego, może mógł jeszcze, powziąwszy wszystkie ostrożności, znaleźć schronienie przed grożącem niebezpieczeństwem. Jakiego użyć sposobu?... Szukał. Wreszcie powiedział sobie, że musi ze wszystkiem zwierzyć się swemu przyjacielowi rachmistrzowi, nie wątpiąc, że tenże nie odmówi mu swej rady, w razie, gdyby fałszerstwo zostało odkryte.
Powziąwszy to postanowienie, i wezwawszy na pomoc swą odwagę, udał się do rachmistrza.
Siadając przy biurku, zkąd wziął był papier, był blady i drżał na całem ciele.
— Okazywałeś mi pan zawsze wiele przyjaźni — rzekł rachmistrzowi.
— Tak, i jest ona szczerą.
— Gdybym był narażony na wielkie niebezpieczeństwo, przyszedłbyś mi pan z pomocą?...
— Bez wątpienia.
— A więc, muszę panu zrobić straszliwe zwierzenie.
— A!... O cóż idzie?...
Fryderyk westchnął; serce jego biło, jak młotem.
— Jestem nieszczęśliwy! — zaczął. — W chwili obłąkania, szaleństwa, popełniłem bardzo zły czyn.
— Zły czyn, pan?...
— Tak jest.
— Więc przyszedłeś pan, ażeby wyspowiadać się przedemną.
— Tak.
— W takim razie mów, mój kochany, słucham.
Głosem cichym i urywanym, zatrzymując się co chwila, Fryderyk opowiedział cały swój występek.
Przy pierwszych słowach mówiącego rachmistrz zadrżał. Teraz, wsparłszy brodę na ręku, słuchał, patrząc z ukosa na nieszczęśliwego.
— Ponieważ chodziłem często z panem do bankiera domu — ciągnął Fryderyk — zna mnie on dobrze. Przypuszczając zapewne, że przychodzę po pieniądze w pańskiem imieniu, wypłacił mi całą sumę, nie zadając żadnych pytań.
— Tam do dyabła! — mruknął urzędnik, drapiąc się za ucho.
Równocześnie jakiś dziwny uśmiech błąkał mu się na ustach.
— To bardzo ważne, nieprawda? — wyjąkał młody człowiek.
— Pewnie, że ważne!... Jesteś pan rzeczywiście waryatem, mój kochany.
— Tak jest, byłem waryatem, straciłem wtedy głowę.
— Na cóż potrzebowałeś pan tej sumy?...
— Ach! nie pytaj mnie pan o to — Fryderyk odparł boleśnie — nie mógłbym panu odpowiedzieć.
— Masz pan jeszcze te pieniądze?...
— Nie.
— Tak więc, natychmiast po otrzymaniu, oddałeś je pan komuś trzeciemu?...
— Tak jest.
— Rozumiem, była to pożyczka.
— Tak, pożyczka — odparł Fryderyk z westchnieniem.
— Wszystko to może pociągnąć za sobą nieprzewidziane skutki.
— Niestety! wiem o tem dobrze.
— Teraz, kiedy pan rozumiesz, w jakiem znajdujesz się położeniu, co zamyślasz uczynić?
— Zapłacić weksel.
— Naturalnie. Lecz masz pan do tego pieniądze?...
— Będę je miał.
— Kiedy?...
— Za sześć tygodni, a najpóźniej za dwa miesiące. Wspominałem panu nieraz o pani baronowej de Cernac, mojej dawnej protektorce, na nieszczęście, wyjechała ona z Tuluzy, lecz za dwa miesiące powróci z pewnością i jeżeli tylko zażądam od niej potrzebnej mi sumy, otrzymam ją bezwątpienia.
— Zgoda, lecz w przeciągu dwóch miesięcy wiele wypadków zajść może.
— Dla tego też jestem bardzo niespokojny. Nie chcę przed panem ukrywać...
— Dokończ pan.
— Że liczyłem na pańską pomoc.
— Jakto?...
— Liczyłem, że pan mi dopomożesz, w razie, gdyby mój czyn zbrodniczy doszedł do wiadomości publicznej, lub, że wykupisz weksel i zechcesz zaczekać, aż będę w stanie zwrócić ci zaciągniętą pożyczką.
Rachmistrz namyślał się głęboko. Po dosyć długiem milczeniu, odpowiedział:
— Zapewne, zrobię, co będę mógł, ażeby wyratować pana z przepaści, w którą wpadłeś samochcąc. Lecz w wypadku tak ważnym, tak wyjątkowym, potrzebuję namysłu. Przyznaję, że byłoby najlepiej wycofać weksel z rąk bankiera, zanim pusci go w obieg, prawdopodobnie trzyma go jeszcze. Może nawet trzeba będzie uprzedzić patrona, wie on, że pan pracujesz że wyrobiłeś już sobie niezłą klientelę i interesuje się panem. Jednem słowem, przypatrzę się bliżej całej sprawie i zobaczymy, co się da zrobić. Jutro, przyjmę pana tutaj, w mojem biurze, o godzinie pierwszej po południu. Ponieważ mam bardzo wiele zajęcia na mieście, bądź pan łaskaw zaczekać na mnie, w razie, gdybym się spóźnił.
— Będę punktualnym — rzekł Fryderyk.
— Liczę na to — odparł tamten.
Fryderyk oddalił się spokojniejszy, z jaśniejszemi myślami.
W dwie godziny później, rachmistrz ukończył swą dzienną robotę. Zażądawszy od kasyera dwóch tysięcy franków, lecz nie mówiąc mu nic o ich przeznaczeniu, pobiegł z pieniędzmi w kieszeni do bankiera.
— Panie — rzekł mu — jeden z urzędników naszego domu przyniósł panu dzisiaj rano Weksel?...
— Tak jest, weksel na dwa tysiące sto franków.
— Przez pomyłkę zaciągnęliśmy go na imię pp. Dufresne et Co. de Boulogne; przychodzę, ażeby go wykupić.
— Słowo daję — rzekł bankier — dobrze pan zrobiłeś, przychodząc dziś wieczór, miałem go puścić w obieg jutro rano.
— W istocie, to szczęśliwie, żem przyszedł dzisiaj, zamiast czekać do jutra rana.
Bankier wyjął z portfelu fałszywy weksel i wręczył go rachmistrzowi.
— A teraz dodał — wszystko załatwione między nami.
— Tak jest, pieniądze te policzysz pan na kredycie naszego domu i uwzględnimy to w najbliższym rachunku.
Rachmistrz włożył weksel do portfelu, ukłonił się bankierowi i wyszedł.
— Teraz — szepnął przez zacięte zęby, poczekajmy do jutra. Dyabeł stara się być dla mnie uprzejmym.
Nazajutrz, o wpół do pierwszej, rachmistrz zadzwonił do drzwi mieszkania Fryderyka Boissier. Wpierw upewnił się, zapytując stróża domu, że Fryderyk wyszedł z domu, i że zastanie panią Boissier samą.
Rzeczywiście, służąca, którą posłano po sprawunki, miała wrócić dopiero między trzecią a czwartą.
Na jego widok, Emelina nie mogła powstrzymać się od poruszenia, które okazywało jej zdziwienie, a zarazem niechęć.
— Pan Boissier wyszedł z domu!... rzekła mu sucho, stając przed nim, jak gdyby w zamiarze zamknięcia za nim drzwi.
Nie tracąc nic z zimnej krwi, zamknął je i, postąpiwszy o trzy kroki naprzód, rzekł:
— To właśnie doskonale — uśmiechnął się ironicznie — nie mam nic do zakomunikowania w tej chwili panu Fryderykowi, kochana pani, z tobą, kochana pani, z tobą jedynie pragnę porozmawiać.
— Ze mną, mój panie? Cóż pan masz mi do powiedzenia?
— Wiele, bardzo wiele rzeczy, i to nadzwyczaj zajmujących. Wiesz pani dobrze, że kiedy znajduję się przy tobie, pani, same słodkie słowa płyną mi z serca na usta.
Po tych słowach, chciał ująć młodą kobietę za rękę. Lecz ona odskoczyła w tył, obrzucając go spojrzeniem pełnem wzgardy i lekceważenia. Cofnęła się do sali jadalnej, on szedł za nią.
— Tak więc — rzekła Emelina głosem, drżącym z oburzenia i oczyma błyszczącemi, nie odstąpiłeś pan od swego zamiaru; jeżeli dla tego tutaj przyszedłeś, to możesz natychmiast się oddalić, nie pragnę pana ani słuchać, ani widzieć. Znam ja te słodkie słowa, które panu płyną z serca... W istocie, po tem, co panu przed miesiącem odpowiedziałam, na twoje haniebne propozycye, nie spodziewałam się, że będziesz pan na tyle zuchwałym, ażeby tu powrócić, że z odwagą, godną lepszej sprawy, będziesz mnie obrzucał słowami, które każdą kobietę obrażają. Zkąd pochodzi pańska śmiałość? Czy może dla tego, że milczałam przed panem Boissier, nie wtajemniczając go w to, kim pan jesteś i jakie są twoje pragnienia? Może zbłądziłam, nic mu o tem nie mówiąc. Lecz myślałam, i myślę tak jeszcze, że wystarczy mi sił i odwagi do obrony mej godności przeciw panu. Oto wszystko, co mam panu do powiedzenia — dodała szyderczo — i sądzę, że to wystarczy, ażebyś pan zachował w serca słodkie słowa, które ci się wymykają na usta, oszczędzisz mi w ten sposób przykrości, jakiejbym pewnie doznała, odpowiadając panu raz jeszcze.
— O! wiem dobrze, że pani mnie nie kochasz.
— Powiedz pan raczej, że cię nienawidzę i że tobą pogardzam!
— Strzeż się pani, za chwilę będziesz mówiła nieco ciszej.
Wzruszyła pogardliwie ramionami.
On, usiadłszy spokojnie na krześle, wyjął portfel z kieszeni.
— A! — zawołała, z błyskawicami w spojrzeniu — czy zamierzasz pan zabawić tu dłużej?...
— Czy nie mówiłem pani, że przyszedłem porozmawiać o rzeczach zajmujących? A rozmawiając, lepiej jest siedzieć, aniżeli stać. Masz pani prawo zrobić tak, jak ja.
Emelina osłupiała na widok takiego zuchwalstwa.
— Jeżeli mam prawo usiąść — odparła z gniewem — to pańskie postępowanie daje mi także prawo zapomnienia, że jesteś pan jednym z przełożonych mego męża, wyjdź pan z domu, rozkazuję panu opuścić to mieszkanie!
Nie ruszył się, lecz nagle pobladł straszliwie. Jego chytre oczy rzucały ponure błyski. Uśmiech złośliwy przemknął mu po ustach.
— Nienawidzisz mnie pani i pogardzasz mną — rzekł twardo — to smutne, tem smutniejsze, że ja, ja panią kocham i nie odstępuję nigdy od powziętego zamiaru, jak pani przed chwilą powiedziałaś. Cóż pani chcesz, to zdarza się często: początkowo nienawidzimy, później kochamy. Trzeba się do wszystkiego umieć zastosować. Znam panią już od pięciu miesięcy i od tego czasu cierpię przez panią. A więc, į winnabyś pani zrozumieć tak, jak ja, że to trwa za długo. Kiedy kobieta jest tak piękną, jak pani, powinna być wspaniałomyślną. Darujemy jej kokieteryę, te spojrzenia powłóczyste, które sprawiają tyle złego, słowem wszystko; ale trzeba, ażeby własną ręką zagoiła te rany.
Emelina siedziała, myśląc, jakim sposobem mogłaby ukarać tego człowieka za jego cynizm i bezczelność.
— Oto, co pani z początku miałem powiedzieć — ciągnął dalej, nie dając jej czasu do namysłu. — Teraz zaś pomówimy o czem innem... Mąż pani jest chłopcem dobrze ułożonym, który wyrzucałby sobie wydanie niepotrzebne pięćdziesięciu centymów. Inny, oszczędny, jak on, i zarabiając to samo, żyłby sobie wcale wygodnie. Zamiast tego, on nie może złączyć obu końców. Pieniądze, zaledwie zarobione, szybko znikają, a kiedy ich już nie ma, wtedy zaciąga się długi, pożyczki.
— Ależ, panie, to, co się dzieje w moim domu, nic pana nie obchodzi! — młoda kobieta krzyknęła gwałtownie.
— Pozwól mi pani dokończyć, a zobaczysz pani, że mnie trochę obchodzi. Na czem skończyłem? Aha! mówiłem, że mąż pani się zadłużał, jeżeli nie on się zadłużał, to pani!..
— O! to za dużo bezwstydu.
— Trochę cierpliwości, proszę. Gdy ma się długi, przychodzi chwila, kiedy trzeba je zapłacić. Tak więc, wczoraj rano, pan Boissier musiał zapłacić dwa tysiące sto franków. Wiesz pani o tem?...
— Ah! rozumiem — pomyślała Emelina — u tego człowieka się zadłużył poczem dodała sucho: — Tak jest, wiem o tem!..
— Bardzo dobrze, Lecz jest jedna rzecz, której pani nie wiesz.
— To możliwe.
— Przedwczoraj mąż pani nie miał pieniędzy, których potrzebował koniecznie na zapłacenie długu; czy zapytałaś go pani, jakim sposobem dostarczył ich sobie?...
— Nie mieszam się w sprawy mego męża. Zresztą, prawdopodobnie, pan pożyczyłeś mu tę sumę? A więc, mój panie, jestem zachwycona.
— Dla czego?...
— Bo natychmiast oddam panu twoje pieniądze.
— Eh, naprawdę? — zaczął ją przedrzeźniać.
— Dał panu pewnie pokwitowanie, bilet, masz go pan przy sobie?...
— Papier jest tu, w moim portfelu.
Młoda kobieta wybiegła, jak strzała z sali jadalnej i zjawiła się znowu, prawie w tej samej chwili z garścią pełną biletów bankowych.
— Patrzcie, patrzcie! powiedziała prawdę ma pieniądze! — pomyślał rachmistrz.
Od chwili już złośliwy uśmiech nie schodził mu z grubych warg.
— Oto pańskie pieniądze! — rzekła mu Emelina — daj mi pan bilet mego męża i wyświadcz mi pan łaskę, oddalając się natychmiast.
Wstrząsnąwszy głową, stanął na równe nogi.
— Piękna pani — dodał z uśmiechem, prawdziwie mnie to zmartwiło, że nie mogę uczynić zamiany, proponowanej mi przez panią.
— Ależ, panie...
— Brak pani zawsze cierpliwości; proszę mnie słuchać: ani ja, ani nikt inny nie pożyczał pieniędzy pana Fryderykowi Boissier.
— Co pan chcesz powiedzieć?...
— Innym to sposobem dostarczył on sobie tych dwóch tysięcy franków.
— Wytłomacz się pan jaśniej, nie rozumiem pana.
— Pani, mąż twój popełnił fałszerstwo!...
— Fałszerstwo?....
— Tak jest, sfałszował podpis.
— Kłamiesz pan, jesteś nędznikiem!... krzyknęła Emelina z trwogą.
— Oto dowód — rzekł rachmistrz — przyjrzyj mu się pani bliżej.
Spojrzenie młodej kobiety skierowało się mimowolnie na papier.
— To podpis patrona domu, wcale nieźle naśladowany przez pani męża — ciągnął dalej, — wczoraj wieczór, poszedłem do bankiera odebrać ten weksel fałszywy.
— Więc to prawda? prawda? — zawołała boleśnie.
— Najrzeczywistsza w świecie, mąż pani, ażeby zdobyć pieniądze, popełnił zbrodnię sfałszowania podpisu.
Wydała jęk głuchy.
— Wiesz pani o tem zapewne, że prawo karze surowo fałszerzy.
— Boże! Boże!...
— A teraz: Jeżeli pani chcesz ocalić twego męża, to możesz to uczynić; inaczej, jest zgubiony!...
— Panie, panie — mówiła, jak szalona, oddaj mi pan ten papier, lub rozedrzej go w moich oczach; oto pieniądze; oto są!...
— Zależy to tylko od pani, ażeby ten zgubny papier nie miał żadnego znaczenia.
— Panie, ja cię proszę! — błagała.
— Pani wiesz, czego chcę....
Ciągnęła dalej, jakby nie słysząc lub nie rozumiejąc:
— Och!... Pan nie zgubisz mego męża, gdy tak łatwo możesz go ocalić!... Błagam cię, miej litość nad nim!...
Wyciągała ku niemu załamane ręce.
Pożerał ją gorączkowem spojrzeniem, pełnem żądz brutalnych. W tej chwili miał wstrętną postać Satyra.
— Emelino — szepnął — bądź moją, a mąż twój będzie ocalonym!...
Równocześnie, chciał ją otoczyć ramionami.
— Nie dotykaj mnie! nie dotykaj mnie! — krzyknęła, odpychając go ze wszystkich sił z odrazą.
— Ja cię chcę — ryknął. — Jeżeli będziesz mi się opierała, zemszczę się!...
— Wolałabym rzucić się przez to okno i rozbić czaszkę o kamienie, niż żebym miała znieść jedno dotknięcie twoich ramion!... Powtarzam ci, że cię nienawidzę, pogardzam tobą... Ach! nie zbliżaj się, wstręt czuję do ciebie!...
— Ach! więc tak — odparł nędznik, z oczami, krwią zaszłemi i pianą na ustach — a więc dobrze, wiem teraz, co mam robić. Za kilka godzin, mąż twój, fałszerz, będzie w rękach sprawiedliwości!
— Jesteś łotrem, podłym!... krzyknęła młoda kobieta, dając się opanować oburzeniu — patrz się, nie mam słów na opisanie wstrętu, jak wzbudzasz we mnie!... Nie jesteś człowiekiem, jesteś potworem, czemś monstrualnem, co nie nosi nazwiska!... Przestraszasz mnie, napawasz przerażeniem!... Istota najbardziej nieludzka nie wprawiłaby mnie w takie szaleństwo, jakiego doznaję, patrząc na ciebie!...
Zatrzymała się na chwilę, ażeby zaczerpnąć oddechu, poczem dodała z nową gwałtownością:
— Podły podły!... Odejdź odemnie, lub zawołam o pomoc na mordercę!...
Słowom tym towarzyszył ruch ręki rozkazujący.
Nędznik rzucił jej spojrzenie drapieżne, groźne, pełne nienawiści i zgięty wpół zbliżył, się ku drzwiom. Lecz tu zatrzymał się raz jeszcze. Straszliwy uśmiech zaigrał mu znowu na twarzy.
— Pani — odezwał się głucho — niezadługo pożałujesz tych słów, tak, niezadługo, lecz będzie już za późno.
I rzucił się na schody, po których zbiegł szybko.
Emelina, z oczami szeroko rozwartemi, ze spojrzeniem nieruchomem, stała... Nagle, myśl jej wróciła, a z nią świadomość tego, co przed chwilą zaszło. — Aaaa! — chrapliwie wyrwało jej się z gardła.
I upadła na krzesło ciężko, jak kawał drzewa.


XXV.
Aresztowanie.

Kiedy rachmistrz był u Fryderyka Boissier, ażeby zrobić podły targ z żoną artysty, ten ostatni czekał na niego w jego biurze.
Był tu już od godziny, wystawiony na najsroższe katusze niepokoju, gdy urzędnik powrócił.
— Mój kochany — rzekł Fryderykowi — przykro mi bardzo, żeś pan tak długo na mnie czekał; ale nie mogłem wcześniej powrócić.
— Uprzedziłeś mnie pan o tem.
— Prawda. A więc, myślałem wiele o pańskiej sprawie. Zważywszy wszystkie za i przeciw, uznałem, że należy koniecznie donieść o tem patronowi...
— Sądzisz pan, że inaczej być nie może — przerwał Fryderyk blednąc.
— Naturalnie, że nie, mój drogi. Zrozumiesz pan przecie, że tak wielkiej odpowiedzialności nie mogę brać na siebie.
Fryderyk westchnął.
— Tak jest — odparł rozumiem. — Czyń pan, jak ci sumienie nakazuje.
— Nie mogłem widzieć się z patronem dziś rano, lecz w tej chwili jest w swoim gabinecie, nie zwlekając dłużej, pójdę go uwiadomić.
— Mam czekać tutaj?...
— Nie. Lepiej przejdź się pan trochę po mieście.
— Kiedy mam wrócić?...
— Daję panu dwie godziny czasu; bądź tutaj o godzinie czwartej.
Fryderyk oddalił się, a rachmistrz udał się natychmiast do patrona.
W kilku słowach powiedział mu całą sprawę. Zdawało się, że nieszczęście Fryderyka zmartwiło kupca.
— To nie do pojęcia — odezwał się — nigdy nie byłbym przypuścił, że ten młody człowiek, tak dystyngowany, tak uprzejmy i dobrze wychowany, jest zdolnym do czegoś podobnego.
— Właśnie tu okazuje się trafność tego zdania, że nigdy nikomu ufać nie można. Tak jak pan, i ja zostałem niegodnie oszukanym przez tego nieszczęśliwego.
— Rzeczywiście, chwaliłeś go pan często przedemną.
— Sądziłem, że to człowiek uczciwy.
— Przedstawiałeś mi go pan, jako człowieka czynnego, pracowitego, a przede wszystkiem rozsądnego.
— Cóż pan chcesz, żałuję teraz bardzo, że potrafił mnie wyprowadzić w pole.
— Widocznie potrzebuje pieniędzy?...
— Bez wątpienia, kiedy nie cofnął się nawet przed fałszerstwem. Prawdopodobnie ma jakąś ukrytą namiętność.
— To źle, bardzo źle. Lecz jakże sprawa ta została wykryta?... Czy bankier doniósł panu o...
— Pan Boissier sam, wczoraj wieczór wyznał mi swoją zbrodnię.
— Ach! więc to on...
— Wtedy, będąc pewnym, że pan mi to pochwalisz, zażądałem pieniędzy od kasyera i udałem się do bankiera, ażeby wykupić weksel.
— Dobrze pan zrobiłeś; w tym razie postąpiłeś pan, jak urzędnik oddany zupełnie interesom naszego domu.
— Oto weksel.
Kupiec wziął papier do ręki, i przyjrzawszy mu się bacznie, szepnął:
— O, nieszczęśliwy młody człowiek!...
Po chwili milczenia zaczął:
— Prawie natychmiastowe przyznanie się do winy jest dowodem jego szczerego żalu za popełniony występek, świadczy to o nim korzystnie i usposabia mnie do okazania się pobłażliwym.
— Jakto. Pan byś mu przebaczył?...
— Chcę wierzyć, że ten nieszczęśliwy działał w chwili obłąkania. Zapewne, zawinił on, bardzo zawinił; lecz pochodzi on z dobrej i uczciwej rodziny; jest wykształconym, otrzymał staranne wychowanie i żal mi jego młodości. Złamać zupełnie przyszłość takiego człowieka jest rzeczą niezmiernie ważną. Czy jeteś pan tego samego zdania?...
— Pozwól pan, że powiem: nie.
— A!...
— W obecnym razie pobłażliwość byłaby złym przykładem; przebaczenie jest słabością, której się później najczęściej żałuje, bo jest ono tylko zachętą dla złoczyńców.
— Jak widzę, to osądzasz pan pana Boissier bardzo surowo.
— Może surowiej, niż kogokolwiek innego.
— Dla czego?...
— Bo człowiek ten mnie oszukał. Ażeby złapać mnie na fałszywe pozory uczciwości, trzeba być bardzo zręcznym i chytrym. Zaręczam panu, że to zbrodniarz, który nie zatrzyma się przed żadną przeszkodą, ażeby dogodzić swoim namiętnościom.
Kupiec potrząsł głową.
— A więc — odezwał się po chwili milczenia — rób pan co uważasz za stosowne.
Ponura błyskawica zamigotała w oczach urzędnika. Skłoniwszy się pokornie przed swym zwierzchnikiem, wyszedł z pokoju.
Radość z podłego tryumfu jaśniała w jego spojrzeniu. Nędznik mógł wreszcie zemścić się za wzgardę i lekceważenie, okazywano mu przez żonę, uderzając nielitościwie i zdradziecko jej męża.
Fryderyk wrócił o czwartej, przeszedłszy kilka razy całą dzielnicę dokoła i rozmyślając nad swem smutnem przeznaczeniem. Był przybity. Wszystkie obawy z dnia poprzedniego obległy go na nowo; miał przeczucie nowych męczarni i katuszy.
W bramie domu, stanął oko w oko z dwoma ludźmi zupełnie mu nieznanymi. Ukłoniwszy się im, chciał ich minąć. Lecz jeden z nich zagrodził mu przejście. Zatrzymał się ździwiony.
— Pan jesteś Fryderykiem Boissier? — zapytał nieznajomy.
— Tak, panie odparł.
— Czekamy na pana.
— Na mnie? — powtórzył Fryderyk, patrząc z niepokojem na nieznajomych.
— Tak jest, i proszę iść za nami.
Nieszczęśliwy czuł gwałtowne wzruszenie. Nerwowe drżenie przebiegło mu po członkach.
— Panowie, ja was nie znam — wyjąkał z trudnością. — Nie wiem coście za jedni?...
— Jesteśmy agentami policyjnymi.
Fryderyk wydał głuchy jęk, i spuściwszy głowę, rzekł głosem bezdźwięcznym:
— Idę.
Agenci wzięli go między siebie. Ukryty za szybami okna, rachmistrz patrzał, jak aresztowano tego, którego jeszcze dwa dni temu mienił się przyjacielem.
W kwadrans później, Fryderyk stanął przed komisarzem policyjnym dzielnicy i jego sekretarzem.
— Jak pan się nazywasz? — zapytał urzędnik.
— Fryderyk Boissier.
— Pański wiek?...
— Trzydzieści lat.
— Gdzie pan się urodziłeś?...
— W Tuluzie.
— Jesteś pan żonatym?...
— Tak, panie — odparł Fryderyk boleśnie.
— Masz dzieci?...
— Mam malutką dziewczynkę przy piersi.
Tym razem łzy, których nie mógł powstrzymać, stoczyły mu się po policzkach.
Urzędnik milczał przez chwilę, wpatrując się weń bacznie. Czuł wzruszenie i współczucie. Mężczyzna płaczący sprawia zawsze drugiemu mężczyżnie wrażenie, któremu tenże oprzeć się nie może.
— Ten chłopak nie ma ani twarzy, ani spojrzenia łotra — mówił w duchu — jakaś zgubna ręka wepchnęła go na bezdroża.
Wziąwszy z biurka fałszywy weksel i pokazując go Fryderykowi:
— Poznajesz pan — zapytał.
— Tak, panie.
— Pismo to jest więc pańskie?...
— Niestety! tak.
— Podpis, naśladujący charakter pisma znanego właściciela domu handlowego jest również pański?...
— Tak.
— Kiedy nadawałeś pan temu papierowi wartość przeszło dwóch tysięcy franków, podpisując twego patrona, czy wiedziałeś, że popełniasz zbrodnię, którą prawo karze surowo?...
— Wiedziałem.
— I miałeś pan odwagę zostania falszerzem?...
— Nie zastanawiałem się wtedy, bo... zastanawiać się... nie mogłem; straciłem głowę, byłem, jak szalony.
— Czy mówisz pan prawdę?...
— Moja matka była świętą; ona to wpoiła we mnie wstręt do kłamstwa. Panie, ja nigdy w życiu nie skłamałem.
— Przed chwilą płakałeś pan, mówiąc o twem dziecku, teraz jesteś wzruszony na wspomnienie o matce, to dowodzi, że żałujesz za swój zbrodniczy postępek. Zaniosłeś pan fałszywy weksel do bankiera, który przyjął go, nie domyślając się niczego. Zatem, jakaś nagląca potrzeba pieniędzy popchnęła cię do tego czynu?...
— Och! gdyby nie to...
— Co robiłeś pan z tą sumą?...
Fryderyk milczał.
— Nie odpowiadasz pan?...
— Nie mogę odpowiedzieć, panie.
— Powiedz pan raczej, że nie chcesz.
— Przepraszam pana; chociażbym nawet chciał są rzeczy, których nie można, których się nie powinno mówić.
— Sprawiedliwość ma prawo wiedzieć o wszystkiem.
— O! uznaję wszystkie prawa sprawiedliwości, zawiniłem, ona mnie potępi, lecz nie wierzę, ażeby miała praw nad mojem sumieniem. Jeżeli nie odpowiedziałem na zadane mi przed chwilą pytanie, to dlatego, że mi sumienie na to nie pozwala.
— Zgoda; postaramy się wykryć tę tajemnicę.
— Pozwolisz mi pan mieć nadzieję, że usiłowania pańskie będą daremnemi.
— Koniec końców, nie posiadasz pan obecnie tych pieniędzy?...
— Nie, panie.
— Winieneś pan twemu patronowi dwa tysiące franków?...
— Wiem o tem dobrze.
— Jakże zamierzasz zwrócić mu tę sumę?
— W tej chwili, nie mogę panu jeszcze odpowiedzieć — odparł z bólem w głosie — musiałbym zaciągnąć pożyczkę. Byłem pewnym, że otrzymam pieniądze w przeciągu dwóch miesięcy, dziś, mam ręce związane. Później, jeżeli ból i wstyd mnie nie zabiją, będę pracował, ażeby dług ten spłacić.
— Nie masz pan zatem majątku?...
— Ja nie posiadam nic zupełnie.
— Prawdopodobnie same długi?...
— Jeden tylko, panie, który pan znasz.
— A! — rzekł urzędnik.
Na tem zakończyło się badanie. Z wyjątkiem jednego, które zaznaczyliśmy wyżej, Fryderyk odpowiedział szczerze na wszystkie pytania, które mu komisarz zadawał.
Po ukończeniu badania, zaprowadzono młodego człowieka do nizkiej sali, która była zarazem posterunkiem policyjnym. Nieszczęśliwy oglądnął swoje pierwsze więzienie. Dwóch policyantów miało strzedz więźnia. Nie trwało to długo. Wieczorem wyprowadzono go z sali i wsadzono do zamkniętego powozu, który przeniósł go do prefektury policyi. Tu miał pozostać trzy dni, zanimby go wtrącono do więzienia Mazas.
Najprzód więzienie, potem wstyd, męczarnie, rozpacz, przyszłość złamana. Co za straszliwy upadek po tak pięknych marzeniach.


XXVI.
Patron.

Po oddaleniu się rachmistrza, Emelina pozostała u siebie, do czego nie była przyzwyczajona. Zresztą, pod ciosem straszliwej tajemnicy, którą jej wyjawiono, wzburzona, zaniepokojona, prawie złamana, nie byłaby znalazła sił do wyjścia.
Pomimo tego, powtarzając w duchu, że rachmistrz jest nędznikiem, że chcąc ją przerazić, mógł bardzo łatwo nie powiedzieć jej prawdy; zdołała się nieco uspokoić.
Opanowawszy wzruszenie, czekała dosyć spokojnie na męża, który powracał zawsze punktualnie o godzinie siódmej. Lecz kiedy siódma wybiła i znowu pół godziny upłynęło, niepokój obudził się w jej sercu. Nie mogąc usiedzieć na miejscu, siadała, podnosiła się natychmiast, zmieniając co chwila siedzenia, otwierała okno, ażeby rzucić okiem na ulicę, poczem wróciwszy do sali jadalnej, obchodziła raz jeszcze całe pomieszkanie. Niepokój, przechodzący chwilami w trwogę, dręczył ją bez ustanku, w uszach dźwięczała jej ponura groźba rachmistrza.
— Podły! — mówiła w duchu — nie ukrywał przedemną bynajmniej swego zamiaru; powiedział mi, że się zemści, i dopełnił tej groźby.
O ósmej, zachęcona przez służącą, usiadła do stołu i posiliła się trochę. Gardło jej było tak ściśnięte, że połykała z trudnością to, co do ust wkładała.
Służąca, nie domyślając się niczego, a wiedząc, jak Fryderyk był punktualnym, nie umiała sobie wytłumaczyć jego nieobecności. Obawiając się, czy nie spotkał go jaki wypadek, które tak często zdarzają się w Paryżu, była niemniej niespokojną od swej pani.
Dotrzymywała tej ostatniej towarzystwa do godziny dziewiątej.
Kiedy wyszła z pokoju, młoda kobieta otworzyła okno, wychodzące na ulicę, oparła się na ramieniu i zatopiwszy spojrzenie w płomienie gazowe, migające w latarniach, czekała na męża.
Około dziesiątej przyniósł jej jakiś człowiek kawałek papieru, na którym Fryderyk skreślił pospiesznie ołówkiem kilka wierszy. Posłaniec oddalił się natychmiast.
Emelina nie śmiała zadać mu ani jednego pytania. Wróciwszy do salonu, zbliżyła pismo do światła, i bez trudności odczytała, co następuje:

„Emelino!

„Dziś wieczór, o godzinie czwartej, zostałem zatrzymany przez dwóch ludzi. Chciałem za wszelką cenę mieć pieniądze, i, ażeby je zdobyć, popełniłem fałszerstwo. Ah! drogo za niego zapłacę!... Niestety, jestem winnym i pragnąłbym jedynie znieść z rezygnacyą moje nieszczęście. Każdy tu na ziemi ma swoje przeznaczenie, moje jest okropne, i musi spełnić się do końca.
„Emelino, pomyśl o tem, co cierpię, co jeszcze cierpieć będę... Strzeż naszego dziecka, naszej drogiej małej Janinki. Ah! wasz los mnie niepokoi, moim sercem targa obawa.
„Dla siebie, dla naszego dziecka, będziesz potrzebowała pieniędzy; zwróć się śmiało do pani baronowej de Cernac; udaj się do Tuluzy, jeżeli tego będzie potrzeba; powiedz jej wszystko, nie ukrywaj przed nią niczego. Nawet w mojem straszliwem nieszczęściu, pani de Cernac, najlepsza z kobiet, nie opuści ciebie!...
„Jestem godny pożałowania i litości...
„Twój nieszczęśliwy mąż

„Fryderyk.“

{{tab}Jak widzimy, list ten nie zawierał wyrzutów, ani jednego słowa gorzkiego dla Emeliny.
Widocznie, mimo swego bólu, Fryderyk zastanawiał się nad tem, co czyni; pomyślał, że list ten będzie czytany, może nawet odpisywany, i nie napisał nic takiego, coby mogło skompromitować jego żonę i zwalić na nią odpowiedzialność moralną za czyn jej męża.
Młoda kobieta nie odgadła tej delikatności swego męża względem niej, nowego dowodu, dowodu, możnaby się wyrazić nawet wzniosłego, jego miłości dla niej. A jednak, jej sumienie nie było zupełnie czyste.
— Tak więc, to prawda myślała — fałszerstwo!... Uczynił to, uczynił!...
A sumienie wzburzone krzyczało jej: To twoja wina!...
Czuła, że popchnęła Fryderyka ku przepaści, która go pochłonęła.
Pomimo tego, nie widziała całej wielkości swej winy, wobec tego nieszczęścia nieuniknionego, którego była przyczyną, nie czuła smutku, będącego następstwem żalu.
Już nie miała na kogo czekać, położyła się do łóżka. Lecz nie mogła zasnąć. Kiedy tylko przymknęła znużone powieki, zmora chwytała ją za piersi. Wtedy rzucała się na łóżku i otwierała oczy, ażeby stracić z oczu ponure widziadła, które jej chora wyobraźnia wytwarzała wśród nocy.
Dopiero, gdy słońce weszło i promienie jego świetlane przedarły się przez spuszczone rolety, usnęła, poddając się znużeniu, lecz sen jej był ciężki, podobny do letargu. Już było po dziesiątej, kiedy się obudziła.
Służąca, skończywszy robotę, czekała na przebudzenie się pani.
Emelina ubrała się bardzo szybko. Może po raz pierwszy w życiu, pominęła kilka szczegółów w toalecie, które jej nakazywała zalotność. W kapeluszu na głowie, gotowa do wyjścia, otworzyła szufladę, w której obok klejnotów leżały bilety bankowe.
— Oto są te pieniądze, te przeklęte pieniądze — szepnęła. Chwyciwszy bilety, wsunęła je do kieszeni.
Ażeby zapobiedz pytaniom, któreby jej służąca stawiała, rzekła tej ostatniej, że mąż uprzedził ją o swej podróży, która prawdopodobnie potrwa przeszło miesiąc i że był zmuszony opuścić Paryż.
— Teraz wyjdę z domu — dodała — ale powrócę w południe.
W kwadrans później, Emelina weszła do gabinetu patrona. Ten przyjął ją natychmiast, kiedy ją zaanonsowano. Podawszy jej krzesło, odezwał się wzruszony:
— Jestem zrozpaczony nieszczęściem, które na panią spadło. Przychodzisz pani zapewne wstawić się za swym mężem; byłem przed godziną u komisarza policyi, zrobiłem dla pana Boissier, co mogłem. Nie obwiniałem go bynajmniej, przeciwnie, i sądzę, że będą się liczyli z tem, co powiedziałem.
— Dziękuję panu za pańską dobroć, lecz przyszłam o to prosić, ażebyś pan darował memu mężowi.
— Na nieszczęście; nie zależy to odemnie jednego. Kiedy sprawiedliwość ma winnego w swych rękach, nie wypuszczą go tak prędko. Ale powtarzam pani, że wyrok nie będzie tak surowym, jakim mógł być.
— Jednak, panie, gdybym panu oddała pieniądze... mam je... przyniosłam... o to są. Bierz pan, wszystko jest, możesz pan policzyć.
— Nie, pani, proszę zachować tę sumę, której będziesz z pewnością potrzebowała. Pan Boissier nie jest nic winien naszemu domowi, oświadczyłem to komisarzowi policyi. Pan Boissier pracował, utworzył klientelę, która nam pozostaje, a ja szanuję ją wyżej, niż dwa tysiące franków.
— A więc, nie mogę żadnej nadziei mieć uwolnienia mego męża; zostanie skazanym...
— Nie mogę nic uczynić nad to, com już uczynił. Żałuję, tak, bardzo żałuję, żeś pani nie była u mnie wczoraj, lub, że pan Boissier, nie mając śmiałości lub zaufania do mnie, sam mi całej sprawy nie wyjawił. Byłbym się okazał surowym, bez wątpienia, lecz miałbym litość nad nim. Dzisiaj już za późno.
Młoda kobieta spuściła głowę.
— Pozwolisz pani zadać sobie jedno pytanie? — zaczął kupiec po chwili milczenia.
— Proszę.
— Czy mąż mówił pani o tem, co zrobił?
— O nie, panie, ukrył to przedemną. Dowiedziałam się o tem dopiero wczoraj, dopiero o godzinie pierwszej. Ah! powinnam była przyjść tutaj natychmiast.
— Tak, byłabyś pani dobrze zrobiła.
— Ale wahałam się, nie mogłam uwieżyć, ażeby to było prawdą.
— Któż panią o tem uwiadomił?...
— Pański rachmistrz.
— Mój rachmistrz?...
— Tak, panie. Przyszedł do mnie, wiedząc, że mego męża nie ma w domu, miał weksel w swoim portfelu, pokazał mi go; miałam pieniądze, te bilety bankowe, chciałam mu je dać i wykupić nieszczęsny papier.
— I?...
— Odmówił, panie...
— Odmówił — krzyknął kupiec.
— Tak, panie.
— Dla czego?
— Czy mówił pani dla czego?
Rumieniec okrył bladą twarz Emeliny. Wahała się z odpowiedzią.
— Mów, pani, mów — nalegał patron — nie ukrywaj mi niczego, pragnę wiedzieć prawdę.
— Panie, człowiek ten proponował mi rzecz nikczemną.
— Ah!...
— Nie mogłam przezwyciężyć mego oburzenia, uniosłam się, sama nie wiem, com mu wtedy powiedziała... Wreszcie, wypędziłam go z mego domu. Oddalił się, grożąc mi zemstą! Niestety, pogróżki jego były prawdziwe, nie czekałam długo na zemstę.
Kupiec powstał z twarzą zmienioną, z rysami ściągniętemi, oczy jego ciskały pioruny.
— Ale to coś potwornego, ohydnego, to podłość bez granic! — wykrzyknął.
Emelina podniosła się z krzesła. Kupiec zbliżył się do niej i ujął ją za rękę.
— Mówię pani raz jeszcze, że jestem w rozpaczy: podzielam pani smutek, jeżelibyś pani potrzebowała rady lub jakiejkolwiek przysługi, to udaj się do mnie bez wahania.
Emelina podziękowała mu ze łzami w oczach.
Odprowadziwszy ją do drzwi swego pomieszkania, wszedł do pokoju przyległego gabinetowi, gdzie pracowało dwóch jego urzędników i rzekł jednemu z nich:
— Proszę powiedzieć panu Michałowi, że pragnę go widzieć natychmiast.
W chwilę potem rachmistrz stał przed patronem.
— Panie — odezwał się kupiec poważnie, zauważyłem wczoraj, że jesteś pan bardzo surowym dla pana Bolesier; zajęty inną sprawą, nie zwróciłem dostatecznej uwagi na pańskie wzburzenie, lecz obecnie znam prawdziwe uczucie, które panem powodowało. Wczoraj, o godzinie pierwszej po południu, znalazłeś się pan w mieszkaniu pani Boissier, kiedy mąż jej, któremu pan naznaczyłeś o tej samej godzinie rendez-vous, był nieobecnym; w pańskim portfelu znajdował się fałszywy weksel, wykupiony dnia poprzedniego, pokazałeś go pani Boissier, uwiadamiając ją równocześnie w jak krytycznem położeniu jej mąż się znajduje. Wtedy pani Boissier prosiła pana błagała, ażebyś oddał jej weksel w zamian za sumę, którą wypłaciłeś bankierowi. Pan nie chciałeś tego uczynić. Dla czego?...
Rachmistrz zbladł, jak ściana.
— Nie mogłem przyjąć propozycyi pani Boissier bez pańskiego zezwolenia zaczął się tłómaczyć, widocznie strwożony pan sam tylko miałeś prawo...
— Zgoda — odparł kupiec — lecz dla czego nie uwiadomiłeś mnie pan wcześniej o tem?
— Ja... zapomniałem — wyjąkał.
— To po prostu niemożliwe; pomimo tego, przystaję. W takim razie, bądź pan łaskaw mi wytłómaczyć, w jakim celu udałeś się do pani Boissier?...
Rachmistrz szukał nadaremnie odpowiedzi. Był spiorunowany. Oczy, szeroko rozwarte, zwrócił na poważne i surowe oblicze patrona.
Ten ostatni pociągnął za sznurek dzwonka.
Urzędnik, z którym rozmawiał przed chwilą, stanął we drzwiach pokoju.
— Bądź pan łaskaw — rzekł mu — uprzedzić kasyera, że pragnę z nim pomówić.
Urzędnik zniknął, a w dwie minuty później kasyer wszedł do gabinetu.
— Mój panie — odezwał się kupiec, zwracając się do niego — dasz pan natychmiast panu Michałowi, co mu się należy do tego miesiąca aż do dzisiejszego dnia włącznie. Oddasz pan książki kasy panu Courlier i już dzisiaj zajmiesz się rachunkami. Na razie, nie mam panu nic innego do powiedzenia, możesz się pan oddalić.
Kasyer wyszedł.
Wtedy patron zwrócił się do rachmistrza i rzekł mu sucho:
— Od tej chwili nie wchodzisz pan w skład urzędników mego domu.
Rachmistrz osłupiał. Przerażone jego spojrzenie błagało litości. Posiadał miejsce z płacą ośmiu tysięcy franków rocznie.
— Są rzeczy potworne, na które nie ma kary dość wielkiej — ciągnął dalej kupiec — bądź pan jednak pewien, że żałuję, iż nie mogę surowiej cię ukarać.
— Ależ, panie — zaczął nędznik.
— Ani słowa więcej! — patron przerwał rozkazująco — nie chcę, ażeby w moim domu znajdował się łotr tak podły! Odejdź pan, nie znam cię więcej!...
Rachmistrz zwiesił głowę na pierś i postąpił ku drzwiom, chwiejąc się, jak pijany.


XXVII.
Rok więzienia.

Po wizycie u patrona Emelina uznała, że już dosyć zrobiła dla męża i była zadowoloną.
Powiedzmy prawdę: wizytę tę uważała za swoję powinność, sądząc, że w ten sposób oczyści się i uniewinni sama przed sobą. Powoli jej sumienie wzburzone odzyskało zwykły spokój, i wkrótce zaczęła przyglądać się przyszłości przez szkła niej ciemne. Mogła napisać list do Fryderyka; list od niej byłby dla biednego więźnia wielką pociechą, lekarstwem na głębokie rany jego serca.
Na list ten czekał codziennie, i codziennie powtarzał w duchu:
— Otrzymam go jutro.
Spodziewał się również, że Emelina odwiedzi go raz przynajmniej w więzieniu.
Powiedziano mu, że to było możliwe, i że żona jego potrzebuje tylko poprosić o pozwolenie, któreby jej łatwo zostało udzielone.
Niestety czekał napróżno na jedno i drugie.
Emelina zamierzała doń napisać; pragnęła także zażądać pozwolenia odwiedzenia więźnia; lecz cofnęła się przed obu rzeczami: Czuła, że nie będzie mogła znaleźć się w obecności swego męża, będąc pewną, że nie ośmieli się spojrzeć mu w oczy.
Co do listu, nie miała również śmiałości do napisania go, nie z obawy przed kłamstwem, lecz ponieważ nie znajdowała nic do napisania.
Pewnego ranka zdecydowała się wreszcie; wziąwszy kartkę papieru listowego, usiadła przy stole. Lecz napisawszy zaledwie pięć, czy sześć wierszy, rzuciła pióro i podarła list rozpoczęty. Poczem odezwała się głośno, przesuwając ręką po czole:
— Nie, nie mogę nic pisać, o czemże będę mu mówiła?...
Znużony oczekiwaniem na list lub odwiedziny, Fryderyk napisał do Emeliny dwa listy jeden po drugim, w których błagał ją, ażeby mu przesłała wiadomości o sobie i o małej Janince.
Czekał na odpowiedź, jak spodziewał się pierwej kilku wierszy od niej po wiadomości, że go aresztowano.
Wiemy, dla czego Emelina nie pisała do niego.
Nieszczęśliwy więzień oddawał się najboleśniejszym rozmyślaniom, robił co dzień inne przypuszczenia, ażeby wytłómaczyć sobie w sposób usprawiedliwiający Emelinę, uporczywe milczenie, które względem niego zachowywała.
Nie wiedząc, co wymyślić, wmówił wreszcie w siebie, że Emelina nie otrzymała jego listów.
— Znam ją — mówił sobie — obawiała się plotek całej dzielnicy, szyderczych uśmiechów sąsiadek, bo prawdopodobnie cała ulica Montholon wie o tem, że znajduję się tutaj w więzieniu; ażeby uniknąć złośliwych spojrzeń, opuściła Paryż, nie mówiąc nikomu, gdzie zamyśla się udać. Może pojechała do Tuluzy. Tak, tak, jestem prawie tego pewny, jest w Tuluzie... Rzeczywiście, miała słuszność, opuszczając Paryż. W Tuluzie ma wiele przyjaciółek, nie licząc pani de Cernac, przy której znajdzie schronienie, która będzie jej pocieszycielką i aniołem opiekuńczym. Bogu dzięki, ta myśl pocieszyła mnie nieco.
Pomimo tego, często był bardzo przybity, wtedy opanowywało go zniechęcenie, a nawet rozpacz.
Gdyby przynajmniej mógł wiedzieć, że Emelina uspokoiła się po tak gwałtownych wstrząśnieniach, że nie jest chora, i że mała Janinka cieszy się również dobrem zdrowiem, sprawiłoby mu to wielką ulgę.
Zdawało mu się, że nie tylko zmniejszyłaby się boleść, lecz przestałby cierpieć zupełnie.
Mógł otrzymać wiadomości o córce, pisząc do jej mamki, ale nie śmiał tego uczynić. Uwiadomić ją i jej męża o swem obecnem położeniu było nad jego siły; czuł, że w interesie samego dziecka nie powinien donieść o swem nieszczęściu jego żywicielce.
Myśli jego były bezustannie przy Emelinie i małej Janince. Przebiwszy wysokie mury, pomimo oddalenia, dusza jego łączyła się z niemi. Zdawało mu się, że widzi je przed sobą, pieścił je spojrzeniem, i przez godziny, nawet dnie całe, prowadził z niemi czułe rozmowy. W nocy, gdy zdołał usnąć, marzył o nich w snach swoich.
Niekiedy przypominał sobie o Karolu Dumey; widział go wtedy w jego wspaniałym pałacu, wśród zbytku, otoczonego wszystkiem, co może oczarować, uwieść i zgubić kobietę. Wtedy uczuwał gwałtowny cios w samo serce; stawał na równe nogi, blady, dyszący. Oczy jego ciskały błyskawice, spojrzenie było groźne, mściwe. Lecz natychmiast zwracał myśl w innę stronę, i widziadło znikało mu z oczu.
Nie wiedząc o ohydnej roli, jaką odegrał rachmistrz w dniu jego aresztowania i dnia poprzedniego, nie wątpił, że przyjaźń tego ostatniego była szczerą, i sądził, że jego wstawienie się nie zdołało przekonać patrona, który zaniósł sam skargę do komisarza policyi.
Śledztwo rozpoczęło się na czwarty dzień po aresztowaniu.
Kiedy wszelkie usiłowania do odkrycia tajemniczego powodu zbrodni, okazały się daremnemi, zawezwano Fryderyka przed sąd przysięgłych.
Przed sądem stanął tylko jeden świadek, patron, gdyż oskarżony przyznał się do sfałszowania podpisu.
Według aktu oskarżenia, był to jedyny oskarżyciel obwinionego. Kupiec nie przemawiał długo, lecz wszystko, co mówił, było tylko na korzyść oskarżonego. Opowiedział ze wzruszeniem o odwiedzinach pani Boissier, wystrzegając się jednak jakiejkolwiek wzmianki o postępowaniu swego dawnego rachmistrza.
Od tej chwili Fryderyk nie słuchał już niczego. Nie słyszał ani aktu oskarżenia, ani obrony adwokata, która była jedną z najłatwiejszych, ani wreszcie wyniku rozpraw, prowadzonych z wielkiem umiarkowaniem i uwzględnieniem wszystkich łagodzących okoliczności. On myślał tylko o jednem, o wizycie, którą żona jego złożyła patronowi, ażeby oddać mu dwa tysiące sto franków.
Nie obwiniał Emeliny za to postąpienie w celu otrzymania łaski dla uwięzionego. Ale to, że żona jego mogła dostarczyć sobie pieniędzy w przeciągu kilku godzin, napełniało go niepokojem, a w końcu sprawiało mu ból straszliwy. Jakże to uczyniła?... Czy ulegając szlachetnemu uczuciu, miała odwagę zastawienia po raz drugi swych klejnotów?... O! w takim razie było to dobrze!...
Lecz inne myśli zaczynały go oblegać, i zapominał o pierwszem przypuszczeniu. Wtedy pytał się znowu:
— Jakże to uczyniła?... Kto pożyczył jej pieniędzy?...
Nazwisko pani Surmain przychodziło mu na myśl; lecz zazdrość stawiała mu przed oczyma zimną postać Karola Dumey.
— Co! po wszystkiem, co zaszło, Emelina ośmieliłaby się powrócić do tego człowieka?...
Ten jeden fakt uważał za nieszczęście, straszniejsze od wszystkich innych.
Równocześnie, gdy zadawał sobie te pytania i szukał na nie odpowiedzi, mnóstwo innych myśli krzyżowało się, stykało tłumnie w jego mózgu. Coś go ściskało za gardło, oddech tamując. Zdawało mu się, że szpony drapieżne rozdzierają mu serce, zdawało mu się, że głowa cała w płomieniach lada chwila pęknie.
Sędziowie przynieśli werdykt. Wszyscy byli usposobieni przychylnie dla oskarżonego. Urzędnicy powstali i rozprawiali chwilę, odwróciwszy się plecami do publiczności. Prezydent ogłosił wyrok.
Fryderyk, którego myśli były daleko od sądu przysięgłych, stał, z głową spuszczoną, nieruchomy, jak posąg. Jeden z woźnych położył mu rękę na ramieniu i rzekł:
— Chodź pan!...
Drgnął i podniósł głowę.
— Czy już skończone? — zapytał.
— Tak.
Wyszedł z sali. W korytarzu, prowadzącym do sali oskarżonych, zatrzymał się nagle.
— Możesz mi powiedzieć, jaki ogłoszono wyrok? — zapytał woźnego.
— Więc pan nie słyszałeś?...
— Nie, nie słyszałem.
— A więc, możesz się pan uważać za bardzo szczęśliwego...
To słowo „szczęśliwy“ sprowadziło na usta Fryderyka gorzki uśmiech.
— Skazano pana tylko na jeden rok więzienia — dokończył woźny.
— Dobrze — szepnął Fryderyk.
A cicho dodał:
— Sąd był pełnym pobłażliwości: rok, to mało, lecz jeszcze za wiele, za wiele.
Adwokat czekał na niego.
— Dziękuję panu — młody człowiek rzekł smutno.
— Robiłem, co mogłem.
— To prawda.
— Na nieszczęście, nie mogliśmy liczyć na uwolnienie.
— Wiem o tem.
Adwokat ten był człowiekiem lat pięćdziesięciu. W wyrazie twarzy miał coś ojcowskiego; spojrzenie i uśmiech były pełne życzliwości.
Fryderyk patrzał na niego, jakby chciał poprosić go o coś...
W istocie, chciał go poprosić, ażeby zasięgnął wiadomości o Emelinie, dowiedział się, gdzie się ona znajduje, co robi, i uwiadomił go o jej położeniu. Lecz słowa zatrzymały mu się na ustach nie śmiał mówić, obawiając się tego, czego mógłby się dowiedzieć.
Adwokat domyślił się, że chce mu coś powiedzieć.
— Jestem na pańskie usługi — oświadczył — masz pan może jakie żądanie?... Fryderyk westchnął.
— Nie, nie panie — odparł, przesuwając ręką do czole — chciałem panu tylko jeszcze raz podziękować za zajęcie się moją sprawą.
Adwokat wymówił kilka słów zachęty i znikł w korytarzu.
Młody człowiek myślał boleśnie:
— Jam i tak człowiek zgubiony... Skazany jestem na istnienie, które jest dla mnie ciężarem, i zgięty, złamany pod tym krzyżem, muszę dojść aż do szczytu mojej Golgoty!...
Nie będziemy opisywali, co za męczarnie musiał znieść nieszczęśliwy podczas tego długiego roku. Są bole, męczarnie moralne, których niepodobna oddać w żadnym języku. Były to katusze bez ulgi, w każdym dniu, w każdej chwili, straszniejsze a nie mniej okrutne od tych, które istniały dawniej, za rządów najlepszych naszych królów, gdy skazanemu palono stopy, wyrywano paznogcie, rozdzierano ciało i łamano kości.
A wszystko dla tego, że więzień żył tylko jedną myślą o żonie i dziecka...


XXVIII.
Zupełne nieszczęście.

Godziny mijają, pomimo, że są gorzkie i bolesne. Rok upłynął.
Fryderyk Boissier liczył wszystkie dni; niestety nie posiadał tej pierwszej cnoty więźnia: cierpliwości. Wreszcie pewnego wieczoru mógł powiedzieć:
— Jutro!...
Nie omylił się.
Nazajutrz o godzinie jedenastej, po śniadaniu więźniów, wprowadzono go do pokoju, gdzie znajdowało się jego ubranie, które miał na sobie w dniu aresztowania, gdy już zrzucił ubranie więzienne, oddano mu wiele przedmiotów, między innemi pieniądze, które znaleziono przy nim, poczem bramy więzienia stanęły mu otworem.
Kiedy ostatnie z tych ponurych drzwi zamknęły się za nim, oddalił się powoli. Zdawało się, że nie uczuwa żadnej radości z odzyskanej wolności. Kiedy jednak uszedł już ze sto kroków, zatrzymał się, podniósł czoło i, zatopiwszy wzrok w oddali, odetchnął pełną piersią. Można było sądzić, że chce oczyścić płuca powietrzem wolności z atmosfery, którą oddychał przez rok cały.
Rzuciwszy spojrzenie na więzienie, gdzie wielu innych nieszczęśliwych pozostało, gdzie tylu jeszcze wejść miało, westchnął i zaczął iść dalej. Do głowy cisnęły mu się pytania:
— Gdzie idę?.. Gdzie mam zwrócić moje kroki?... Po jakich cierniach mam jeszcze stąpać?... Smutno! smutno, smutno! — myślał — co ma robić człowiek, dla którego niema egzystency?... Czyż jestem dziś mniej nieszczęśliwym, lub mniej nędznym, niż byłem wczoraj!... Jakieś smutne przeczucie ściska mnie i dławi; coś mi mówi, że więzienie było dla mnie lepszem od wolności. A jednak, wśród nowych nieszczęść, których się obawiam, a które czekają na mnie z pewnością, moja Janinka zjawia się przedemną, jak ostatni promyk nadziei... Patrząc na nią, przyciskając ją do serca, odzyskam siły i odwagę. Powinno się uznawać opiekę Boga, gdy ma się przy sobie jednego z jego aniołów... Jeżeli wszyscy mnie opuszczą, jeżeli nawet tę, którą tak kochałem, będę zmuszony przekląć, zostanie mi tylko moje dziecko, a moja Janinka, moja córeczka ubóstwiona, będzie całą moją pociechą, moją jedyną miłością!...
Z takiemi myślami, z niepokojem w sercu zbliżał się do ulicy Montholon. Zatrzymał się przez chwilę na trotoarze, patrząc na przód domu, a przedewszystkiem na okno salonu swego mieszkania. Okno to było zamknięte i zasłonięte gęstemi firankami.
Przeszedłszy przez ulicę, wszedł śmiało do loży stróża. Tu zastał tylko jego żonę, Na jego widok, nie mogła ukryć swego ździwienia.
— Ach! to pan — rzekła zimno.
— Tak, to ja.
— Więc pan już nie jesteś...
— Widzisz pani, że jestem tutaj.
— Przepraszam, nie zastanawiałam się; w istocie; to już rok temu... Jak ten czas szybko leci... Czego pan sobie życzysz?...
— Czy moja żona nie mieszka już tutaj? – spytał Fryderyk stłumionym głosem.
— Jakto, pan nie wiesz?...
— Nic nie wiem.
— Więc pańska żona nic panu nie pisała?...
— Nie.
— W takim razie nie rozumiem.
— Pani będziesz łaskawa udzielić mi wiadomości o mojej żonie?...
— I owszem, jeżeli to może sprawić panu przyjemność.
— Przedewszystkiem, gdzie mieszka teraz pani Boissier?...
— Tego, proszę pana, nie wiem.
— Czy nie sądzisz pani, że wróciła do Tuluzy?...
— Nie mogę panu nic powiedzieć; może wróciła, może i nie.
— W każdym razie — rzekł Fryderyk — możesz mi pani powiedzieć, co zaszło od dnia...
— W którym wyjechałeś pan niby to w długą podróż?... Mogę panu wszystko szczegółowo opowiedzieć. Jak panu przed chwilą wspomniałam, gdy dziwiono się w pierwszych dniach pańskiej nieobecności, żona pańska oznajmiła, że udałeś się pan w podróż. Mój Boże! nie było w tem nic nieprawdopodobnego i uwierzyliśmy w to wszyscy, my i inni lokatorowie...
— Czy żona moja przyjmowała wizyty?...
— Nikt jej nie odwiedzał. Zresztą prawie nigdy nie było jej w domu; wyszedłszy rano o dziesiątej, wracała bardzo późno wieczorem. Widocznie jadła obiad na mieście, w restauracyi lub gdzie indziej. Nie trwało to dłużej nad dwa tygodnie Pewnego rana, pani Boissier odprawiwszy służącą i zapłaciwszy nam czynsz z góry na dwa miesiące, napełniła dwa wielkie kufry rzeczami i bielizną i opuściła mieszkanie, mówiąc nam, że wyjeżdża z Paryża, ażeby połączyć się z panem w jakiemś mieście, którego nazwiska nie pamiętam; gdzie pan byłeś zmuszony pozostać przez pięć lub sześć miesięcy. Nie wiedząc o tem, co pana spotkało, nie mieliśmy powodu nie wierzyć pani Boissier. Wreszcie wyjechała...
— Kiedy powróciła?...
— Ależ ona już wcale nie wróciła.
— Jakto! nie wróciła tutaj? — zawołał Fryderyk.
— Nie widzieliśmy jej odtąd nigdy.
— Przychodziły do niej listy?...
— Tak jest, nadeszło kilka.
— Cóż robiliście z niemi?...
— Chowaliśmy je, póki ktoś nie zjawił się po nie.
— Więc listy odebrano?...
— Tak, panie.
— Posłaniec?...
— Nie. Była to kobieta w pewnym wieku, bardzo porządnie wyglądająca.
— A meble? — Fryderyk spytał drżącym głosem.
— Zostały tam przeszło przez sześć miesięcy nie niepokoiliśmy się bynajmniej, bo przedstawiały one większą wartość, niż czynsz za sześć lub siedem miesięcy. Zapomniałam nadmienić, że pani Boissier zostawiła nam klucz od pomieszkania, i wychodziłam często na górę, ażeby wywietrzyć pokoje. Pewnego dnia, weszło dwóch panów do loży. Jeden z nich rzekł mi:
— „Przychodzę w imieniu pani Boissier; mam pani zapłacić dwie raty, tę, która upłynęła, i tę, która następuje, poczem zabierzemy meble z mieszkania ażebyś pani mogła je komu innemu wynająć. Ten pan przyszedł ze mną, ażeby kupić wszystkie ruchomości.“
Po tych słowach, dał mi do przeczytania jakiś list, napisany i podpisany przez panią Boissier. Nie przypominam sobie, co list ten zawierał; wiem tylko, że upoważniał nieznajomych do wyniesienia mebli.
Fryderyk był bardzo blady, lecz słuchał z gorączkowym niepokojem.
— Udałam się z tymi panami na górę — ciągnęła dalej stróżka. — Przypatrzywszy się po kolei meblom, rozprawiali chwilę, razem zgodziwszy się na jednę cenę, targ skończyli.
— Tak więc, wszystko sprzedano?..
— Tak, panie, i wyniesiono nazajutrz rano.
— Fortepian również?...
— Tak, a także pańskie skrzypce, na których wygrywałeś pan takie śliczne arye, że łzy mimowoli cisnęły się do oczu.
Młody człowiek stłumił westchnienie.
— Żałujesz pan tych skrzypiec? — spytała stróżka.
— Tak, żałuję — odparł smutnie — należały do mego ojca, była to dla mnie najdroższą pamiątką.
— Prawdopodobnie pani Boissier nie myślała o tem.
— Nieszczęsna! — pomyślał Fryderyk — o czemże ona myślała?...
Po krótkiem milczeniu zaczął:
— Czy nie pytałaś się pani tego nieznajomego, który miał polecenie sprzedania mebli, gdzie mieszka pani Boissier?...
— W istocie; panie; ale człowiek ten nie odpowiedział mi, udając, że nie słyszy. Naturalnie, nie nalegałam dłużej. Lecz pomyślałam wtedy, że pańska żona mieszka w Paryżu lub w okolicy.
— Znasz pani kupca, który kupił meble?...
— Nie, panie, nie znam go.
— Więc pani nie wiesz, gdzie mieszka?...
— Nie pytałam się o to.
— Jeszcze tylko jedno pytanie: Miałem pakiet papierów dosyć obszerny; może wiesz pani, czy moja żona umieściła go w kufrze i wzięła ze sobą?...
— Czy te papiery nie znajdowały się w szafie?...
— Tak jest, w szafie w rogu salonu, po prawej stronie pieca.
— W takim razie, pani Boissier nie wzięła ich ze sobą.
— Cóż się stało z nimi? — spytał Fryderyk żywo.
— Czy miało to jaką wartość?...
— Nie wiem — odparł młody człowiek z westchnieniem. — Dla czego stawiasz mi pani to pytanie?...
— Ponieważ... ponieważ... zaczęła stróżka zakłopotana.
— Cóż takiego?...
— Te papiery już nie istnieją.
— A! zniszczone! — szepnął. Uśmiech niekreślony przemknął mu po ustach.
Bardzo mi przykro, proszę pana, bardzo mi przykro, bo widzę, że panu na tych papierach zależało. Ale przysięgam panu, że nie wiedziałam, iż te wielkie kajety, pokryte czarnemi kropkami, mogą się przydać do czegoś. Kiedy wynajęłam pomieszkanie i zrobiłam w niem porządek przed wprowadzeniem się nowych lokatorów, zabrałam wszystko, co znalazłam w pokojach; związałam razem i sprzedałam gałganiarzowi. Zresztą, kupiec mebli otworzył szafę przedemną i posłużył się dobrą częścią papierów do pakowania.
Miody człowiek zrobił ruch rozpaczy Poczem, przesuwając gwałtownie ręką po czole:
— Nic, nic — rzekł do siebie — nie myślmy o tem; już dawno znikły wśród huraganu wszystkie moje nadzieje i złudzenia. — A głośno dodał: — Te papiery nie miały żadnej wartości, pomimo tego zależało mi na nich! Ale zawadzały w mieszkaniu... pani je wzięłaś... miałaś prawo do tego; nie mogę pani czynić wyrzutów; moja żona powinna była wziąć je ze sobą: w tej okoliczności, ona jedna zawiniła.
Podziękowawszy stróżce za wskazówki, których mu udzieliła, wyszedł z loży.
Zaczął iść szybko, ażeby oddalić się czemprędzej od tej dzielnicy.
I widząc jego rysy ściągnięte, oczy błędne i nerwowe poruszenia, można go było wziąć za szalonego.
W rzeczywistości, to, co czuł obecnie, podobne było do napadu szaleństwa. Próbował zebrać myśli, lecz wzburzenie nie pozwalało mu na spokojne myślenie. Do głowy cisnęły mu się tylko myśli bezładne, bez związku...
Już szedł blizko od dwóch godzin, gdy wreszcie zdołał zapanować nad sobą.
Zatrzymał się nagle i spojrzał wokoło siebie. Znajdował się na bulwarze Ménilmontant, niedaleko cmentarza, w dzielnicy, której nie znał zupełnie. Po lewej stronie, widział ulice.
Po ogromnym hałasie, dobiegającym z prawej strony, domyślił się, że z tej strony jest środek miasta. Hałas ten był podobnym do ryku wzburzonego morza.
Młody człowiek zaczął porównywać Paryż do szerokiego oceanu, pełnego zasadzek i głębokich przepaści.
Cóż znalazł w Paryżu?...
Przeszkody na każdym kroku, potem otchłań, w którą runął, rozdzierając się i raniąc.
Paryż i ocean, dwa groźne, straszliwe potwory, dwie bezdenne przepaście!...
Czując, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa, usiadł na ławce, i ścisnąwszy rękami rozpalone czoło, zaczął rozmyślać.
Wokoło siebie i po nad sobą widział próżnię.
Paryż, Francya, przestwór cały byłby dla niego pustynią bez końca; ziemia pod jego: stopami stawała się kraterem! Czuł swoję nicość, był zmiażdżonym!...
— Ah! moje nieszczęście jest zupełne!
krzyknął nagle. Ręce załamał nad głową, paznogcie wpijały się w skórę czaszki. Jęknął głucho. Niestety nie mógł mieć już złudzeń. Emelina go zdradziła i opuściła.
— O! nędzna! nędzna! — szepnął głosem, pełnym boleści żalu i mściwości.
W jego sercu zawrzał bunt przeciw temu podeptaniu wszelkich praw ludzkich, a w głębi mózgu tkwiła myśl straszliwej kary.
Emelina zniknęła.
Widocznie ukryła się w Paryżu lub na jednym z przedmieści.
Nie pytał się, jak ma ją znaleźć, wiedząc, że wystarczy zażądać wiadomości o niej od Karola Dumey.
Na samą myśl o tym człowieku, ciałem jego wstrząsały nerwowe dreszcze, w oczach lśniły ponure błyskawice, i ryk wściekłości wydobywał się z gardła.


XXIX.
Ojciec.

Przed zniknięciem na zachodzie, słońce złociło jasnemi promieniami szczyty domów, zaglądając po raz ostatni w głąb ciemnych poddaszy.
Ostatnie promienie słońca dla nieszczęśliwych!...
Czyż nie należy się, ażeby biedny, zarówno z bogatym, korzystali z niego?...
Noc zbliżała się, a Fryderyk bez przytułku. Pozostając na ławce, na której usiadł, narażał się na zatrzymanie, jako włóczęga. Jakkolwiek wolność była dla niego smutną i pozbawioną chociażby jednego promyka radości, nie pragnął bynajmniej przestąpić po raz drugi progu więziennego.
Zresztą, czyż nie miał jeszcze obowiązków do spełnienia.
Żona, opuściwszy go, nie uwalniała go tem samem od opiekowania się dzieckiem. Mógł znaleźć w swem sercu dosyć wzgardy, ażeby pozostawić wiarołomną małżonkę jej wstydowi i nie myśleć o zemście; lecz, w tem samem sercu zranionem, było za wiele miłości ojcowskiej, ażeby nie pomyślał o istnieniu i przyszłości swego aniołka. Miłość męża mogła zmniejszyć się, i całkiem wygasnąć, lecz zarazem zwiększała się i podwajała miłość ojca. Jednem słowem, Fryderyk mógł nie zajmować się już żoną i zostawić ją jej przeznaczeniu, ale musiał zabezpieczyć los swej małej Janinki i oddać jej resztę swego nieszczęśliwego życia.
Czy dziecko było jeszcze u niańki? Należało to zbadać jak najprędzej. Jeżeli Emelina odebrała ją, aby ją wziąć do siebie, lub umieścić gdzie indziej, to w takim razie powinien odszukać ją bezzwłocznie.
Jego córka należała tylko do swego ojca. Miał prawo wyrwać ją z rąk zbrodniczej żony, która nie będzie dobrą matką. A potem zniknąłby ze swoją córką, aby matka nigdy jej widzieć nie mogła, zaniósłby ją na drugi kraniec świata, ażeby ją tam ukryć. Już teraz w myśli miał Amerykę.
— Jestem wyrzutkiem społeczeństwa — myślał — jeżeli chcę żyć i znaleźć środki do zarabiania na życie i wychowanie mego dziecka, muszę nazwać inny kraj moją ojczyzną!...
Podczas, gdy tak rozmyślał, słońce zaszło, posyłając ciasnym ulicom i szerokim bulwarom purpurowe odblaski.
Fryderyk podniósł się, mówiąc:
— Gdzie pójdę? Co będę robił? — Spojrzał w stronę Paryża, następnie w stronę Belleville. Muszę przecież znaleźć jakieś schronienie — szepnął.
Oparłszy się plecami o drzewo, wsunął rękę do kieszeni i wyjął z niej portmonetkę. Zaczął liczyć pieniądze. Znalazł sześćdziesiąt dwa franki i pięćdziesiąt centymów.
— Majątek! — mruknął z gorzkim uśmiechem.

Zrobił kilka kroków, jakby zamierzał przejść przez bulwar i iść do środka miasta, Lecz nagle odwrócił się od Paryża. Po krótkiem wahaniu zagłębił się w najbliższą ulicę. Szedł już od kilku minut, postępując w górę ulicy Puebla, kiedy wśród tysięcy płomieni gazowych, jaśniejących po sklepach i na ulicach, spostrzegł świecąca wielką latarnię, na której wyczytał następujące wyrazy:
Hotel umeblowany
Nocleg za żądaniem.
Dom był smutny z pozoru. Pomimo tego zdawało się, że jest porządnie utrzymywany.

— Nie potrzebuję iść dalej i szukać dłużej — rzekł w duchu. — Tu znajdę łóżko, na którem będę mógł wypocząć i zasnąć jeżeli mi na to nerwy pozwolą.
Wszedłszy do domu, dostał się aż do schodów, szukając osoby, do której mógłby się zwrócić.
— Tędy, tędy, proszę pana! — krzyknął mu na uchem gruby głos kobiecy, a właścicielka jego zjawiła się przed oszklonemi drzwiami.
Równocześnie drzwi się otworzyły i pani domu, olbrzymia kobieta opierając się na nogach, jak słupy, stanęła przed Fryderykiem. Wyszła z sali, o nizkim suficie, murach odymionych i okopconych w której znajdował się mały bufet z flaszkami wina, trzy czy cztery drewniane stoły, dwie ławki i kilka krzeseł. Siedzący naokoło stołów, goście palili fajki i zapełniali pokój gęstym dymem, którego woń potężna gryząca i przenikająca uderzała powonienie i chwytała za gardło.
— Czego pan sobie życzysz? — zapytała matrona obrzuciła badawczem spojrzeniem młodego człowieka.
— Pokoju, jeżeli mi go pani możesz wynająć.
— Na noc?...
— Tak jest, na noc; jeżeli mi się jednak będzie u pani podobało, to mógłbym zostać tutaj dwa tygodnie lub miesiąc nawet.
— Jesteś pan sam?...
— Sam zupełnie.
— Jeden frank pięćdziesiąt, centymów za noc, licząc w to świece i usługę.
— Bardzo dobrze, moja pani. — I dodał, mówiąc do siebie: — To cena odpowiednia do w stosunku mego majątku.
— Jeżeli jutro rano postanowisz pan pozostać — rzekł kolos w spódnicy — to za dwa tygodnie będzie się należało piętnaście franków, a za cały miesiąc dwadzieścia. — Cofnąwszy się nieco, aby nie tamować przejścia Fryderykowi, dodała: — Czy nie wejdziesz pan do sali?...
Młody człowiek zagłębił spojrzenie wewnątrz sali i wtył się cofnął.
— Sądzę, że się pan nikogo nie obawiasz, ciągnęła dalej gruba dama, — ci panowie, to moi stali goście, nie zjedzą pana z pewnością!...
Fryderyk zdecydował się wejść. Szerokie oblicze gospodyni rozpromieniło się radością.
— Może pan coś przekąsi? — zapytała, pokazując zęby żółte, długie i ostre, prawdziwe zęby tygrysicy.
— Dziękuję, na razie nie potrzebuję niczego — odparł Fryderyk.
— Więc pan jadłeś już obiad?...
— Nie, ale nie jestem ani głodny, ani spragniony. Jestem tylko okropnie znużony; jedna rzecz, której żądam obecnie, to spoczynek, zwłaszcza, że zamierzam jutro dużo chodzić.
— Zaraz panu służę — rzekła gospodyni. Zapaliwszy świecę, dała ją Fryderykowi wraz z kluczem, zawieszonym na skórzanym rzemyku. — Pierwsze piętro, numer szósty — odezwała się. — Liczbę zobaczysz pan na drzwiach pokoju.
Fryderyk wyszedł z sali, mówiąc:
— Do widzenia, jutro!...
W kwadrans później, leżał w łóżku, dosyć czystem, na materacu cienkim i bardzo twardym, który, pomimo tego, wydawał mu się nadzwyczaj wygodnym. Nie miał prawa do stawiania trudności. Wbrew swemu oczekiwaniu, nim godzina upłynęła, zasnął twardo.
Sen przynosi z sobą zapomnienie. Nieszczęśliwy przestał cierpieć na kilka godzin.
Nazajutrz, wstał bardzo wcześnie, umywszy się w miednicy pełnej wody, ubrał się szybko i zeszedł na dół.
Gospodyni była już na nogach od godziny i otworzyła sklep, zmiatając wszystkie śmiecie do jednego kata.
Świeże ranne powietrze oczyściło nieco duszną atmosferę z dnia poprzedniego. Przynajmniej można było oddychać.
— Pani — rzekł młody człowiek — wynajmuję pokój na dwa tygodnie; oto piętnaście franków!...
— Czemu nie bierzesz go pan od razu na miesiąc?...
— Muszę jeszcze zaczekać, zobaczymy za dwa albo trzy dni.
— Jak pan sobie życzysz. Zresztą to, co panu powiedziałam, leży bardziej w interesie pańskim, niż moim. Mogę co podać dzisiaj rano, zanim pan wyjdziesz?...
— I owszem.
— Nabrałeś pan wśród snu apetytu. Co, proszę, kotlet, wołowina lub cielęcina?...
— Zjadłbym tylko mały omlet z dwóch jaj, a do tego szklaneczkę wina.
— Zgoda!... zaraz panu to przygotuję. Tymczasem... umiesz pan pisać?...
— Tak.
— Jesteś pan szczęśliwszym od twej najniższej sługi, mój panie; ja pisać nie umiem. Patrz pan, oto regestr policyjny, musisz pan umieścić na niem swoje nazwisko, wiek, stan, sama już nie wiem, co jeszcze; trzeba wypełnić wszystkie punkty.
Fryderyk wziął książkę do ręki, ażeby zadość uczynić wymaganiom policyi. Zapisał się, jako świeżo przybyły z Tuluzy do Paryża. Chciałby był i na papierze wykreślić te półtrzecia roku pobytu w Paryżu ze swego życia.
Gruba gospodyni podała mu omlet, chleb i butelkę wina.
Spożywszy ten lekki posiłek, czuł się zupełnie nasyconym; zapłacił rachunek, wyszedł ze sklepu i skierował się na kolej żelazną, prowadzącą do Lyonu. Niewiedząc, kiedy pociągi odchodzą, rzekł w duchu:
— Zaczekam i pojadę pierwszym pociągiem linii Bourbonnais.
W istocie, musiał czekać przeszło dwie godziny.
Wreszcie stanął przed kasą i kazał sobie dać bilet trzeciej klasy. Czuł, że powinien oszczędzać; już w myśli obliczał cały swój majątek; po tej podróży zostawało mu tylko dziesięć franków, a dotychczas jeszcze nie wiedział, w jaki sposób zapewni sobie utrzymanie.
Wyskoczył z pociągu na stacyi Pouilly. Droga wydawała mu się niezmiernie długą. Na szczęście, Bouchot jest oddalone od Pouilly o kwadrans drogi. Idąc, spotkał dwie wieśniaczki, niosące do Pouilly masło i jaja. Miał wielką ochotę zadać im kilka pytań, lecz zdołał się powstrzymać.
— Nie — myślał, idąc dalej — dowiem się i tak dosyć wcześnie prawdy.
Był przekonanym, że mała Janinka nie znajduje się już u matki.
Kiedy znalazł się o kilka kroków od domu, kiedy spostrzegł jego białe ściany, oblane strumieniami światła, i drzwi otwarte dla gościa, uczuł gwałtowne bicie serca.
Wtem jakieś dziecko wybiegło z domu, trzymając w ręku kawałek chleba. Natychmiast otoczyło je ze dwadzieścia kur i kurczątek. Najśmielsze z nich wskoczyło na ramię maleństwa, które zaczęło kruszyć chleb różowemi paluszkami. I podczas, gdy kury i kurczęta tłoczyły się u nóg dziecka, zbierając okruchy w miarę, jak padały, tamto na ramieniu dziobało kawałek chleba, podany mu specyalnie.
Była to prawdziwa idylla, śliczny obrazek pasterski.
Fryderyk stał przez chwilę w zachwycie, nie mogąc kroku naprzód postąpić. Nagle, rzucił się ku dziecku, wydając okrzyk radości. Pomimo oddalenia, które ich rozdzielało, pomimo, że nie widział córki od piętnastu miesięcy, poznał na pierwszy rzut oka swoją Janinkę. W jednej chwili znalazł się przy niej.
Ptactwo spłoszone uciekło na wszystkie strony; faworyt żywicielki zeskoczył również jej z ramienia, unosząc w dzióbku resztę chleba.
Zdziwiona i trochę przestraszona tym nagłym napadem nieznajomego, dziewczynka patrzyła na niego pięknemi czarnemi oczyma, gotowa do ucieczki. Lecz Fryderyk uprzedził ją w zamiarze.
— Janinko, dziecko moje! — zawołał.
Chwyciwszy ją w ramiona, podniósł ją ze ziemi. Przycisnął do serca i całował, całował, całował...
Wszak dziecko to było jedyną istotą na ziemi, którą miał prawo przycisnąć do zbolałej piersi, jedyną istotą, która należała do niego.
Dziewczynka wydała zrazu maleńki krzyk; lecz teraz zupełnie uspokojona, z uśmiechniętą buzią i oczkami błyszczącemi, jak dwa węgielki, zaczęła go całować.
Jakaś kobieta stanęła na progu domostwa i spostrzegłszy Fryderyka, wydała okrzyk zdziwienia.
— Wszelki duch Pana Boga chwali! — zawołała. — Pan tutaj, w Bouchot!...
Młody człowiek zbliżył się do mamki, trzymając ciągle małą w ramionach.
— Kochana pani — rzekł — poznaję po pani zdziwieniu, że nie spodziewałaś się mego przybycia?
— Skłamałabym, mówiąc przeciwnie — odparła wieśniaczka — w istocie, zdziwienie moje było wielkie, bo sądziłam, że już pana nigdy nie zobaczę.
— Myślałaś więc pani, żem umarł?...
— Nie, ale...
— Nie mogłaś pani przypuszczać, że nie przyjadę odwiedzić mojej Janinki.
— Jeżeli mam panu prawdę powiedzieć, panie Boissier, sądziliśmy, mój stary i ja, żeście państwo zupełnie zapomnieli o dziecku i zostawili go na łaskę losu.
Fryderyk drgnął i uczul dreszcz, przebiegający po wszystkich członkach.
— Nie rozumiem, dla czego pani podobna myśl przyszła do głowy? — odparł. — Lecz, jeżeli pani pozwolisz, porozmawiamy w domu, i pani mi wszystko wytłómaczysz. Czy mogą wejść?...
— Pan żartujesz ze mnie, panie Boissier. Proszę, bardzo proszę... Mój mąż jest w winnicy, powróci za godzinę, i zjemy obiad. Jeżeli pan jednak chcesz, mogę podać jedzenie w tej chwili.
— Dziękuję pani; na razie nie potrzebuję niczego.
Wieśniaczka podała mu krzesło, na którem usiadł, trzymając dziewczynkę na kolanach. Kiedy mamka powróciła z kuchni, gdzie poszła zajrzeć do garnków, maleńka, już oswojona zupełnie, głaskała rączką brodę ojca.


XXX.
Janinka.

Fryderyk pierwszy zaczął:
— Jeżeli ździwiłaś się pani przed chwilą, widząc mnie tutaj, to nie ukrywam przed panią, że i ja doznałem miłej niespodzianki.
— Z jakiego powodu?...
— Przybywałem tutaj z przeświadczeniem, że nie zastanę u pani mojej córki.
— A to dobre!... A gdzieżby się moje drogie maleństwo miało znajdować?...
— Sądziłem, że matka ją odebrała.
Kobieta uśmiechnęła się szczególnie i potrząsnęła głową.
— Czy widziała się z córką?-spytał Fryderyk.
— Ani razu.
— Ach! — zawołał — ale przynajmniej pisała, ile razy, często?...
— Otrzymaliśmy od niej dwa listy.
— Tylko dwa?...
— Tak jest.
— Kiedy przyszedł ostatni?...
— Temu sześć lub siedm miesięcy.
— I od tego czasu, nie otrzymaliście żadnych wiadomości od pani Boissier?...
— Nie słyszeliśmy więcej o niej.
— Ach! to okropne! — szepnął.
Spuścił głowę, złożył pocałunek na czole dziecka i milczał chwilę.
— Teraz — zaczął — pojmuję dla czego mogłaś pani sądzić, żeśmy dziecko opuścili.
— Było to jedyne przypuszczenie, które przychodziło nam na myśl, nie otrzymując wieści ani o ojcu, ani o matce, doszliśmy do przekonania, że jedynymi opiekunami małej my jesteśmy.
— Pisząc do pani, pani Boissier przysłała pieniądze?...
— Tak jest, za każdym razem to, co się nam należało.
— Listy przychodziły z Paryża?...
— Tak mi się zdaje.
— Nie odpowiedziałaś pani na nie?...
— Wszystkie listy, nie licząc pięciu czy sześciu innych, na które nie otrzymałam odpowiedzi.
— Gdzie adresowałaś pani listy?...
— Zawsze na ulice Montholon.
— Dziwiliście się bardzo, że nie odwiedzałem dziecka i nie odpowiadałem na wasze listy?...
— Z początku dziwiliśmy się bardzo.
— A potem?...
Wieśniaczka poczerwieniała.
— Dowiedzieliśmy się... — zaczęła z widocznem zakłopotaniem.
— Wtedy zrozumieliście, dla czego zachowuję milczenie, dla czego nie odwiedzam mojej małej Janinki.
— Dowiedziawszy się o pańskiem nieszczęściu, bardzośmy się zmartwili; co chwila, rozmawialiśmy o panu, mój mąż utrzymywał, że to niemożliwe, że byłeś pan ofiarą pomyłki lub złośliwości, gdyż nic nas nie mogło przekonać, że pod tem wszystkiem nie było żadnej intrygi. Nie mówię tego, aby panu pochlebić, panie Boissier, ale znamy pana dosyć, ja i mój stary, aby być pewnymi, że pan jesteś niezdolnym do spełnienia złego czynu. Nie po raz pierwszy to ukarano niewinnego; to też mój mąż zawsze mówił, a ja z nim razem: dobry pan Boissier został ukarany, ale ktoś inny zawinił.
— Tak... inny — szepnął głucho Fryderyk.
I odblask złowrogi zajaśniał mu w oczach.
— Czy to przez panią Boissier dowiedzieliście się o tem? — zapytał.
— Nie, nic nam o tem nie powiedziała.
— Więc jakimże sposobem?...
— Zaraz panu to powiem, panie Boissier, prosząc pana, ażebyś nas wytłomaczył, mnie i mego męża. Już będzie temu ze cztery miesiące, widząc, że nie otrzymujemy listów, i że nasze pozostają bez odpowiedzi, byliśmy bardzo zaniepokojeni, a nawet, przyznam się panu, trochę niekontenci. Mój mąż byłby pojechał do Paryża; ale, widzisz pan, nie jesteśmy bogaci; taka podróż kosztuje; a kiedy trzeba pracować na życie, wtedy trzeba się oglądać za każdym centymem, który już czyni różnicę w tak małem gospodarstwie. Ktoś z Poully poradził memu mężowi napisać do komisarza policyi; był to jedyny sposób zaspokojenia naszej ciekawości. Mój mąż napisał i posłał list do pana komisarza policyjnego z ulicy Montholon. Adres nie był zbyt dokładny. Pomimo tego list doszedł do miejsca przeznaczenia, bo w cztery czy pięć dni potem, otrzymaliśmy odpowiedź komisarza policyi. W krótkich słowach doniósł nam o nieszczęściu, które pana spotkało. Potem, pisał, że pani Boissier wyprowadziła się z ulicy Montholon, że wyjechała, nie mówiąc, gdzie się udaje; jednem słowem, że zniknęła bez śladu. Dodał o sprzedaniu wszystkich ruchomości. Kończąc list radził nam poczekać jeszcze trochę, jeżeli możemy; następnie, gdyby rodzice zachowywali milczenie, mogliśmy posłać oświadczenie do burmistrza z Pouilly, ażeby przyjął dziecko do jakiej ochronki.
Fryderyk zadrżał.
Mamka ciągnęła dalej:
— Lecz nie bylibyśmy tego zrobili, panie Boissier, chociażbyśmy nie byli otrzymali wieści ani o panu, ani o pani Boissier.
— Ach! jesteś pani poczciwą kobietą! — młody człowiek zawołał wzruszony.
— Ona przecież taka grzeczna, taka słodka, taka uprzejma, nasza malutka Janinka!... Natychmiast, gdy ją kto tylko zobaczy, kiedy się uśmiechnie i spojrzy temi pięknemi swemi oczkami, każdy za nią szaleje!... Tak jest, wszyscy ją ubóstwiają. Wszyscy ją pieszczą, nawet kury, prawda, że te ostatnie trochę przez łakomstwo, bo im kruszy codziennie po kawałku chleba. Widzisz pan, panie Boissier, pańskie dziecko to prawdziwy aniołek!...
Och! ten drogi skarb!... Kocham ją zarówno, a może nawet więcej, niż jej siostrę mleczną, którą na nieszczęście straciliśmy, jak pan wiesz o tem. To prawdopodobnie z tego powodu przywiązałam się tak do pańskiej Janinki; zdaje mi się zawsze, że to moja córka, że Ninetka nie umarła... Och! nie, nie byłabym jej nigdy oddała do ochronki. Mamy troje dzieci, z których dwoje zaczyna już pracować potrosze, w każdym razie mój mąż ma pięć żołądków do nakarmienia; to nic nie szkodzi; zmniejszając każdy kawałek chleba, utworzymy szósty.
Młody człowiek chwycił jednę rękę wieśniaczki i uścisnął ją serdecznie. Wielkie łzy błyszczały mu oczach.
— A zresztą — ciągnęła dalej mamka — aż dotychczas Janinka nie była dla nas ciężarem, przeciwnie. Często z jej powodu otrzymywaliśmy podarunki.
— Pomimo tego winien pani jestem za sześć czy siedm miesięcy karmienia. Dziś pani nic dać nie mogę, bo nie przybyłem tutaj w celu zapłacenia pani, lecz możesz pani liczyć na mnie. Nic przez to nie stracisz. Powróciwszy tylko do Paryża, zacznę pracować. Dla mojej córki muszę zarabiać wiele pieniędzy; będę szukał sposobu do tego i znajdę go, muszę go znaleźć.
— Co do tego, panie Boissier, masz pan słuszność. Lecz nie trzeba wbijać sobie ćwieka w głowę, co do zapłaty za miesiące karmienia, mój mąż i ja nie żądamy od pana niczego.
— Winienem wam i powinienem to zapłacić! odparł żywo Fryderyk Zaręczam panu, panie Boissier, że nie należy nam się nic od pana.
— Ależ, pani.
— Proszę mnie posłuchać, panie Boissier, zaraz mnie pan zrozumiesz. Powiedzialam panu przed chwilą, że dawano nam podarunki z powodu dziecka, a więc, gdybym policzyła wszystko razem, co darowano dziecku od pięciu miesięcy w bieliźnie, materyach, cukrze, kawie, owocach, a nawet w pieniądzach, to przeniosłoby z pewnością cenę jednego roku karmienia.
Mgła zasłoniła oczy Fryderyka i uczuł gwałtowny zawrót głowy. Przyszło mu do głowy, że podarunki, robione dziecku, pochodziły od Karola Dumey. Wreszcie zdołał opanować wzruszenie.
— Któż daje wszystkie te rzeczy mojej małej Janince? — zapytał po chwili wahania.
— Bardzo bogata dama.
— Ach! więc to kobieta?...
— Tak.
— Znasz ją pani?...
— Ma się rozumieć.
— Przychodzi tutaj?...
— Często, prawie co tygodnia.
— Więc ona z okolicy?...
— Mniej więcej; mieszka o dwie mile ztąd, w zamku Roure. Lecz aby przyjechać z tamtąd do Bouchot, gdy się posiada piękny powóz, to tylko mały spacer.
— Jakżeż się ta pani nazywa?...
— Pani de Mesle.
— Dla czego przyjeżdża do Bouchot tak często?...
— Ażeby zobaczyć małą.
— Umyślnie?...
— Pewnie, że umyślnie. Często bawi u nas całą godzinę, trzymając dziecko na kolanach i całując je ciągle wśród rozmowy. Kocha maleńką do szaleństwa.
— To dziwne.
— Dla czego?... Ja znajduję to całkiem naturalnem. Mała pokochała panią de Mesle; kiedy tylko ją spostrzeże, wychodzącą z powozu, biegnie do niej, aby się rzucić w jej objęcia. Nazywa ją mamą. Zaręczam panu, że sprawia to wielką przyjemność pani de Mesle.
— Ta pani już od pięciu miesięcy odwiedza Janinkę?...
— Mniej więcej.
— Jakim sposobem dowiedziała się o istnieniu dziecka?...
— Miły Boże jak to się zdarza prawie zawsze, przypadek wszystko zrządził.
— Przypadek?...
— Tak jest. Opowiem panu wszystko szczegółowo. Przede wszystkiem muszę pand oznajmić, że pani de Mesle jest bardzo dobra, hojna i wyświadcza wiele dobrego ubogim. To pięknie, widzisz pan, panie Boissier, wspierać nędzę innych, kiedy się może, to znaczy kiedy się posiada majątek. Tak więc, pani de Mesle przyjechała pewnego dnia do Bouchot, ażeby odwiedzić chorą staruszkę, która już miała żyć tylko dwa tygodnie.
— Ponieważ nieszczęśliwej zbywało na wszystkiem — ciągnęła dalej poczciwa kobiecinia — potrzebuję panu dodawać, że dzięki pani de Mesle miała przed śmiercią wszelkie możliwe słodycze. Tego dnia towarzyszył pani de Mesle jej mąż, człowiek również bardzo miłosierny. Zostawili powóz przed wioską. Wracając od chorej, przechodzili przed naszym domem. Właśnie maleńka karmiła chlebem ptaki. Ja stałam na progu domu. Widziałam już wtedy drugi czy trzeci raz państwa de Mesle. Ukłonili mi się oboje i zatrzymali się, ażeby przyjrzeć się dziecku.
— Och! co za cudowny aniołek! — zawołała pani de Mesle.
Równocześnie wysunęła rękę z pod ramienia męża i pobiegła do małej. Chwyciła ją w ramiona i zaczęła całować. Mała nie broniła się, nie przestraszyła się wcale; owszem, uśmiechała się, nadstawiając różowe policzki pięknej damie. Państwo de Mesle weszli do nas, a ponieważ nie są wcale dumni, usiedli, — Czy to piękne dziecko, to pani? — pani de Mesle pierwsza spytała.
— Nie, pani — odpowiedziałam — to dziecko z Paryża, które dano mi do wykarmienia; moje umarło przed czterema miesiącami.
Pocałowała jeszcze raz Janinkę, ciągle patrząc się na nią, pożerając ją niemal oczyma.
— To dziewczynka, nieprawdaż? — zwróciła się do mnie z zapytaniem.
— Tak, pani, dziewczynka.
Spojrzała na męża.
— Och! dziewczynka! — odezwała się szczególnym głosem.
Następnie, przypatrując się uważnie dziecku:
— Co za oczy — mówiła — co za usta, twarzyczka prześliczna, jaka ona cała milutka.
Pan de Mesle uśmiechał się dobrotliwie. Westchnęła i zapytała mnie:
— Jak jej na imię?...
— Janina odparłam.
— Jak ja — zawołała. — Nazywam się także Janina!...
Poczem rzekła, patrząc na swego męża:
— Rodzice tej ślicznej dziewczynki są bardzo szczęśliwi.
Wtedy, zadała mi kilka pytań, odnoszących się do pana i do pani Boissier. Byłam zakłopotaną.
Fryderyk spuścił głowę.
— Powiedziałaś jej pani, że znajdują się w więzieniu? — zapytał.
— Nie znaliśmy wtedy jeszcze pańskiego nieszczęścia.
— To prawda, ale potem, powiedziałaś jej pani...
— Nie, panie Boissier, ukryliśmy to przed panią de Mesle.
— Dobrze pani zrobiłaś, dziękuję.
— Są rzeczy smutne, których nie powinno się wyjawiać.
— Lecz wreszcie, co pani odpowiedziałaś.
— Nie mogłam ukryć przed nią, że jesteśmy zaniepokojeni, nie otrzymując od dłuższego czasu wiadomości od państwa, że na nasze listy napróżno czekaliśmy odpowiedzi i że nie wiemy, co sobie wyobrazić. Pani de Mesle rozmawiała jeszcze chwilę, następnie dała malej karmelków, podała rękę mężowi i wyszli z domu. W dwa dni potem jakiś powóz zatrzymał się przed domem. Zobaczyłam wychodząca z niego panią de Mesle.
— Przychodzę odwiedzić dziecko i przynoszę mu trochę drobiazgów —rzekła. — Od przedwczoraj myślałam bezustannie o niej. W nocy i w dzień miałam ją przed oczami, widziałam ją patrząca na mnie i uśmiechniętą.
Mała, bawiąca się właśnie pod gruszą, przybiegła natychmiast do nowoprzybyłej. Ta ostatnia znajdowała się w siódmem niebie, widząc, że dziecko ją poznało. Ucałowawszy ją długo i serdecznie, rzekła:
— Już od lat dziesięciu jestem zamężną jesteśmy bezdzietni, a tak byłabym pragnęła mieć jedno dziecko, a szczególniej dziewczynkę!...
Wtedy zaczęła mi znowu mówić o panu i pani Boissier.
— Nie odwiedzają już swego dziecka, nie odpowiadają na pani listy — rzekła mi — przyznasz pani, że to trochę szczególne Trzeba uwierzyć, że spotkało ich coś nieprzewidzianego i, że w skutek tego nie mogą pani zapłacić... kto wie? Może nawet byli zmuszeni opuścić Paryż, Francyę...
Wreszcie panie Boissier, oświadczyła mi, że byłaby szczęśliwa, mogąc się zająć przyszłością Janinki, ęe pragnełaby bardzo wychowywać ją przy sobie, w Roure, uważając ją za swoje dziecko, i że później, za zezwoleniem rodziców małej, przyjęłaby ją za córkę. Odpowiedziałam jej, jak to powinna byłam uczynić, że mnie to nic nie obchodzi, że nie mogę rozporządzać dzieckiem, które mi powierzono, nawet wtedy, gdy z tej lub owej przyczyny, nie otrzymywałam wieści ani ojcu, ani o matce. Widocznie zrozumiała, że mam słuszność, gdyż rzekła:
— Spodziewam się, że mi pani pozwolisz robić, co będę chciała, dla tego kochanego maleństwa i nie zabronisz ni odwiedzać jej niekiedy.
Odpowiedziałam, że dziękuję jej za jej dobroć i że nie mam prawa sprzeciwiać się dobrodziejstwom, które pragnęła dziecku wyświadczyć. W ten więc sposób, panie Boissier, pani de Mesle została opiekunka Janinki. Czasami przyjeżdża ze swoim mężem, lecz najczęściej sama jedna. Przed dwoma miesiącami kupiła w Nevers ubranie dla mnie, dla mego męża, moich dzieci i Janinki; nie przyjeżdża nigdy z próżnemi rękami; często nawet daje mi pieniądze. Niepodobna mi niczego jej odmówić, gdyż daje mi do zrozumienia, że sprawiłoby to jej wielką przykrość.
Słuchając opowiadania mamki, Fryderyk Boissier zatopił się w myślach.
— Za pierwszym razem mego pobytu w Bouchot — rzekł — nie omieszkam złożyć wizyty w zamku Roure, w celu podziękowania pani de Mesle. Możesz pani oznajmić jej moję wizytę.
— Bądź pan pewnym, panie Boissier, że poprosi pana, aby mogła wziąć małą do siebie i adoptować ja za córkę.
— Odpowiem tak, jak pani, że to niemożliwe — młody człowiek odparł z gorzkim uśmiechem.
— Bo widzisz pan, panie Boissier, adoptacya Janinki jest jej jedynem marzeniem. Od dwu miesięcy zwłaszcza, każdego dnia wspomina mi o tem.
— Za najbliższym razem, kiedy tu przyjedzie, proszę jej powiedzieć, że widziałaś się pani ze mną; a ponieważ nie wie ona o całej prawdzie, możesz jej pani powiedzieć, że w skutek strat majątkowych, musieliśmy nagle wyjechać za granicę.
— Postaram się skłamać jak najlepiej — odparła kobieta z uśmiechem.
— Pozostawię u pani dziecko prawdopodobnie jeszcze przez dwa tub trzy lata — rzekł Fryderyk — lecz muszę dać pani ważne zlecenie.
— Mów pan, panie Boissier.
— Trzeba będzie jej pilnować.
— Oh! możesz pan być pewnym...
— Słuchaj pani, zdaje mi się, że matka przyjedzie ją odwiedzić, gdyby to się stało, proszę jej nie poruczać Janiny ani na chwilę. Słusznie czy nie słusznie, obawiam się, że pani Boissier zechce kiedyś odebrać swą córkę.
— Z chwilą, kiedy pan mnie o tem uprzedziłeś, panie Boissier możesz pan być spokojnym.


XXXI.
Żebrak.

Przyjęcie, jakiego Fryderyk doznał od męża mamki, było również bardzo serdeczne.
Oboje zaczęli wypytywać się go o Emelinę; lecz on położył koniec tym pytaniom, mówiąc im, że nie ma żadnych wiadomości od żony, która udała się za rodzicami do Algieru.
Przepędził resztę dnia w Bouchot. Wieczorem, po wieczerzy, pocałowawszy po raz ostatni małą Janinkę, którą mamka do snu rozbierała, wyjechał w towarzystwie wieśniaka, pragnącego koniecznie odprowadzić go do stacyi. W Paryżu znalazł się około północy.
Tych kilka godzin, przepędzonych przy boku córki, dodało mu sił i otuchy. Bezwzględny spokój nie panował jeszcze w jego sercu, lecz nie było tam już rozpaczy i zdawało mu się, że słodkie pieszczoty dziecka, wróciły mu dawną odwagę. Te odwiedziny w Bouchot miały być dla niego na zawsze pamiętne.
Noc ta nie była podobną do powszedniej. Napróżno oczy zamykał, nie mógł zasnąć. Za dużo różnych myśli tłoczyło mu się do głowy.
Nieszczęśliwy nie miał żadnych złudzeń co do swego położenia: było ono pożałowania godnem. Jakim sposobem wydostać się z niego? Długo szukał jakiegoś zbawiennego środka, nie mogąc go znaleźć. Nadaremnie przywołał na pomoc cały zasób swego rozumu i wyobraźni, tej wyobraźni, tak niegdyś bujnej; umysłu jego zaciemnionego nie rozjaśniało żadne światło.
— Muszę przecież pracować, muszę coś robić — powtarzał gorzko. — Gdybym był sam na świecie, mógłbym zdechnąć z nędzy, jak pies bez pana, lub, ażeby prędzej skończyć to życie, rzucić się w nurty Sekwany z mostu, jak to czyni tylu innych nędzarzy; lecz ja mam córkę, moję najukochańszą Janinkę, a dla niej, dla niej jedynie, powinienem żyć i pracować! Ona rośnie, wkrótce będę musiał odebrać ją od mamki; wtedy trzeba będzie oddać ją na pensyę, sprawiwszy jej wprzód małą wyprawkę... Nie mogę przecież pozwolić, aby moja Janinka była nieszczęśliwą, żebraczką!... Będzie piękną, jak... Nie, nie chcę myśleć o tej nędznicy!... potworze, odejdź! Tak, Janinka będzie piękną; już dziś jest dobrą i kochającą.... Ah! ona będzie miała serce!... Lecz to jeszcze nie dosyć, musi być nadto wykształconą, rozumną, uczciwą! chcę, aby posiadała jedyny skarb, który można dać biednej dziewczynie... Posag! O tem nie mam prawa myśleć, ja... Wtedy nagabywały go smutne myśli, bo ciągnął dalej: — Co za ciężki łańcuch uciska me barki, krępując ręce i zginając całe ciało!... Czuję na sobie piętno galernika! i do ostatniej chwili mego życia będę je musiał wlec ze sobą.
Przyszli mu na myśl liczni klienci, których wyrobił, pracując z takim trudem i z taką wytrwałością.
— Zapewne mógł rozpocząć znowu roznoszenie wina u innego handlarza, bo za nic w świecie nie byłby wrócił do dawnego domu.
Lecz kupcy znają się wszyscy pomiędzy sobą; gdyby tylko wypowiedział swoje nazwisko, odepchniętoby go z pogardą i ze wstrętem. Nawet w razie, gdyby przyjęto jego usługi, komu miał się polecić? Najczęściej między znajomymi i ich przyjaciołmi można wyrobić sobie w krótkim czasie klientelę.
— Nie — rzekł wreszcie — to rzemiosło zamknięte dla mnie na zawsze.
Co do miejsca profesora muzyki w pensyonacie, miał za delikatne uczucia, ażeby myśleć o tem.
Sprawiedliwość dosięgała go swem ramieniem, odebrał zasłużoną karę, czuł się niegodnym.
Zima nadchodziła; wkrótce miały się otworzyć salony paryskie.
Lecz chcąc dawać wieczory, to jest pragnąc akompaniować przy fortepianie lub grywać do tańca, musiał udać się do swych dawnych towarzyszy.
Czy mógł to uczynić? Niestety! Czuł, że brakłoby mu odwagi prosić ich o jakąkolwiek przysługę.
A więc, znajdował się w położeniu bez wyjścia.
W którą bądź stronę zwróciłby się, widział przed sobą zamkniętą bramę, bez zamku i klucza!...
A jednak pragnął pracy i posiadał do niej siły. To jednak nie wystarczało, to było jeszcze niczem!...
Przed oczami stawała mu postać córki. Wtedy, przymknąwszy oczy, płakał...
Zmęczony bezsenną nocą, nie wiedząc zresztą ani gdzie iść, ani co robić, pozostał w łóżku aż do godziny ósmej. Ubrawszy się, zeszedł na dół do wspólnej sali.
— Dzisiaj wróciłeś pan późno w nocy, rzekła mu gospodyni — było około pierwszej.
— To prawda. Wczoraj odwiedziłem jednę osobe, mieszkającą dosyć daleko od Paryża — odpowiedział.
— Dobrze się panu spało?...
— Bardzo dobrze.
Kazał sobie podać porcyę ryżu z mlekiem, którą zjadł z chlebem, za jednego sou.
Gruba gospodyni, zajęta gotowaniem rosołu, nie zwracała nań uwagi. W tej chwili był sam jeden w sali.
Nagle drzwi się otworzyły, i do sali wszedł jakiś człowiek chudy, wynędzniały, wyglądający na trzydzieści pięć do czterdziestu lat. Dwoje dzieci bladych, mizernych, szło przy nim: chłopczyk w wieku siedmiu lub ośmiu lat, i dziewczynka nieco starsza. Człowiek, prawdopodobnie ojciec obu dzieci, był dotknięty tą straszliwą nerwową chorobą, nazwaną tańcem św. Wita, która czyniła go niezdolnym do jakiejkolwiek pracy.
Ojciec i dzieci okryci byli łachmanami, pokrytemi błotem i tłustemi plamami. Malcy mieli spojrzenia wystraszone i ogłupiale biednych istot, przyzwyczajonych do tego, że ich zewsząd wypędzają. We troje, przedstawiali obraz najstraszniejszej nędzy i boleści.
Fryderyk przypatrywał im się smutnie.
— Oto, czem ja jestem — myślał. — A kto wie? Może ten nieszczęśliwy jest mniej godnym litości odemnie?...
Gospodyni znała widocznie nieznajomego i dzieci, gdyż zanim pierwszy mógł zwrócić się do niej z żądaniem, rzekła:
— Usiądźcie, zaraz wam służę.
Zdjęła z półki trzy porcye, ażeby im dać, jak Fryderykowi, ryżu z mlekiem.
Podczas gdy dzieci zasiadły za stołem, stojącym obok krzesła Fryderyka, nieznajomy wyciągnął z pod długiej bluzy stare skrzypce, do których smyczek był przywiązany wypłowiałą wstążką.
Płomień zabłysnął w oczach Fryderyka. Na widok skrzypiec, artysta ożywił się, wychodząc z dotychczasowego uśpienia.
— Jesteś pan muzykantem? — spytał nieznajomego.
Ten skinął głową.
— Jestem lichym partaczem — odparł. Już od sześciu lat jestem chory i niezdolny do pracy, żeby zarobić na życie moje i moich dzieci. Bylibyśmy dawno umarli z głodu, gdybym sobie nie był przypomniał, że dawniej, temu lat dwadzieścia, byłem muzykantem na wsi. Wtedy były dobre czasy, grywałem do tańca dziewczętom i chłopcom co niedziela, w święta i wesela. Oto ten instrument, dawniej służący dla przyjemności, dziś jedyny mój środek do zarobku. Dziś słyszy on tyle skarg, ile dawniej okrzyków radości. Dobrze zrobiłem, żem go nie sprzedawał. Była to pamiątka. Kiedy trzeba było prosić litościwe serca o jałmużnę, zdjąłem te skrzypce, pokryte kurzem i nitkami pajęczemi, z gwoździa, na którym je dawniej powiesiłem. I oto: wychodzimy rano we czworo, bo i one należą do naszej rodziny. Codziennie jemy tutaj śniadanie, potem udajemy się do Paryża i idziemy grać z domu do domu. Litują się wszyscy nad nami, rzucając po jednym lub dwa sou, i w ten sposób, zbierając codziennie po czterdzieści lub pięćdziesiąt sou, żyjemy, jak możemy. Uczę piosenek moich pędraków, śpiewają je lepiej lub gorzej, a ja towarzyszę im grą na skrzypcach. Gdy nie można już inaczej, lepiej uprawiać rzemiosło żebraka, niż złodzieja.
Fryderyk zadrżał.
— Znasz się pan na muzyce? — zapytał nieznajomego po chwili milczenia.
— Nigdy, nigdy w życiu z nut nie grałem, uczyłem się kilkunastu aryj z pamięci, i posiadam trochę rutyny. Gram na skrzypcach, nie znając muzyki, jak niejeden mówi, nie umiejąc ani czytać, ani pisać.
— Fryderyk zwrócił spojrzenie na instrument.
— Pozwolisz pan zagrać na tych skrzypcach? — zapytał.
— Oh! i owszem; nie mam obawy, abyś mi je pan popsuł.
Fryderyk wziął skrzypce, odwiązał wstążke, poczem dotknąwszy lekko każdej struny z osobna, nastroił instrument. Nagle wyprostował się, odrzuciwszy w tył swą piękną głowę. Oczy jego błysnęły, twarz się rozjaśniła. Zdawało się, że w jednej chwili zmienił się w innego człowieka.
I nagle stare skrzypce ożywiły się i zaczęły wydawać cudowne dźwięki, a Fryderyk Boissier, ten sam, który czarował publiczność w Tuluzie, natchniony artysta, skrzypek pierwszej miary, wykonał z całą siłą swego uczucia świetną fantazyę, improwizowaną na temat głównych motywów „La Reine de Chypre“.
Nieznajomy powstał. Drżąc od stóp do głowy, patrzał na Fryderyka i słuchał w zachwycie. Dzieci przestały jeść; siedziały nieruchomo, z otwartemi ustami i rozszerzonemi źrenicami.
Gospodyni odeszła od pieca. Stojąc za artystą, sluchała, oparłszy ręce na biodrach, nie czując, że łzy ciekną jej wzdłuż policzków.
— O! jakież to. piękne! — wykrzyknęła.
Dzieci klaskały w ręce.
Nieznajomy nic nie mówił. Ten stał i słuchał...
— I to te skrzypce, to ladaco, tak pięknie śpiewa! — zaczęła gospodyni zachwycona. — Ah! patrzcież państwo, to sprawia mi jakieś dziwne wrażenie. Wszystko trzęsie się we mnie... Moja twarz mokra... Ależ naprawdę ja płaczę, w istocie płaczę! — Otarłszy twarz z łez, powtórzyła: — O, jakie to piękne! jakie to piękne!...
Fryderyk złożył skrzypce. Wtedy żebrak odzyskał mowę.
— Panie — rzekł naiwnie — pan grasz lepiej odemnie.
Uśmiech zarazem słodki i smutny przemknął po ustach artysty.
— Pan jesteś muzykiem, pan — ciągnął dalej nieznajomy — to, co przed chwilą słyszałem, to nie rutyna. Ten, który nauczył mnie grać na skrzypcach, ojciec Holier, jak go nazywają, bo żyje jeszcze, uchodził za bardzo uczonego; ale, nie dla tego, abym panu chciał pochlebić, pan grasz jeszcze lepiej od niego, ot tak, daleko lepiej od niego! Pan znasz muzykę, to się widzi. Do dyabła! jak pańskie palce latają! Jakie uderzenie smyczkiem, co za święto dla moich biednych skrzypiec!.. Będą się mogły teraz pochwalić, że raz w życiu grał na nich prawdziwy artysta! — Po chwili milczenia dodał: — Widzisz pan, gdybym umiał grać, jak pan, miałbym gotowy majątek!...
Fryderyk kiwnął smutnie głową.
— Tak — ciągnął dalej człowiek — zrobiłbym majątek... Jestem pewny, że zarabiałbym codziennie piętnaście do dwudziestu franków...
Artysta zadrżał.
— Jakim sposobem? — zapytał ciekawie.
— Jakim? Tym, którego teraz używam. Nie, nie zmieniłbym rzemiosła. Jestem żebrakiem, i zostałbym nim, aż do dnia, w którym posiadałbym dosyć majątku, aby żyć z kapitału. Tylko, widzisz pan, nie chodziłbym już grywać w ubogie dzielnice; robotnicy mało dają, bo więcej nie mogą; ja poszedłbym do wielkich dzielnic, w których mieszkają ludzie bogaci; ich kosztuje mniej rzucić dziesięć lub nawet dwadzieścia sou, niż robotnikowi pięć centymów. Kiedy srebrna moneta spada, wtedy, rozumiesz pan, plon jest obfity.
— Rozumiem — szepnął Fryderyk.
Oparłszy głowę na ręku, zatopił się całkiem w myślach.
W chwilę potem, żebrak wręczył gospodyni dwanaście sou za śniadanie i wyszedł z sali. Wychodząc, pożegnał Fryderyka. Ten nie odpowiedział mu, nie usłyszawszy pozdrowienia.
Ilekroć gospodyni przechodziła koło niego, przypatrywała mu się ciekawie.
— W każdym razie — mówiła w duchu, — mam dziwnego lokatora!...


XXXII.
Skrzypce Paganiniego.

Fryderyk powstał i zwrócił się powoli ku drzwiom.
Młody człowiek zyskał już życzliwość grubej gospodyni.
— Wychodzisz pan? — spytała.
— Tak, wychodzę.
— Do Paryża?...
— Tak jest.
— Wyglądasz pan bardzo smutnie — rzekła z prawdziwem współczuciem.
— W istocie, nie jestem wesoły.
— Więc jesteś pan nieszczęśliwy?...
— Bardzo.
— Czy nie możnaby pana pocieszyć? No, cóż panu takiego?...
Spojrzał na nią, potrząsając głową.
— To, co mam, pani — odparł boleśnie, — z tem nikomu zwierzyć się nie mogę.
Otworzył drzwi i wyszedł ze spuszczoną głową.
Gospodyni zbliżyła się do okna i ścigała go jakiś czas oczyma; poczem uderzywszy się w piersi:
— Tu go coś gryzie — szepnęła
Fryderyk zmierzał wolno ku zewnętrznym bulwarom.
— Grać na skrzypcach w podwórzach kamienic, żebrać! mówił w duchu. Oh! ja — mam to zrobić, ja!... Nędzo, nędzo! czem się stałem?... Żebrakiem, żebrakiem! Przesunął gwałtownie ręką po czole. — Muszę tem zostać odezwał się głucho. — muszę, bo cóż innego pocznę? — Coś, jakby łkanie, rozrywało mu piersi. — O!, matko, matko! — jęknął — gdybyś jeszcze żyła, jakżebyś cierpiała.
Powziął stanowcze postanowienie. Miał wejść w to życie nędzne i nieznane, które przed dwudziestoma laty nazywano życiem cygańskiem.
Potrzebował skrzypiec.
Z dwunastoma frankami w kieszeni, nie mógł marzyć o kupieniu skrzypiec w porządnym magazynie. Liczył jedynie na szczęśliwą sposobność, ażeby nabyć instrument, podobny do tego, na którym grał przed godziną.
W Paryżu, znajduje się łatwo to, czego się szuka wytrwale.
Przybywszy na bulwary, młody człowiek zaczął się przypatrywać wszystkim wystawom sklepowym.
Po półgodzinnem szukaniu, zatrzymał się przed wystawą, gdzie za szkłem spostrzegł kilka starych skrzypiec, dwa stare klarnety, pięć, czy sześć fletów, basy, trąbę i stary róg myśliwski, rdzą pokryty.
Przypatrzywszy sia bacznie skrzypcom, szczególnej jednym z nich, które mu od razu wpadły w oko, wszedł do sklepu.
Właściciel magazynu zbliżył się do niego z pośpiechem.
— Panie — rzekł mu Fryderyk — radbym obejrzeć skrzypce, znajdujące się na pańskiej wystawie.
Tandeciarz wszedł na krzesło i odczepiał skrzypce jedne od drugich, podając je młodemu człowiekowi, który próbował strun kością zgiętego palca wskazującego. Nie omylił się, jedne tylko z nich miały pewną wartość, te, które wybrał, nie dotknąwszy ich jeszcze.
Tandeciarz wygłaszał tymczasem stereotypowe pochwały swoich towarów.
— Pan jest znawcą — mówił — musiał pan poznać, że te skrzypce są znakomite. Jestem pewny, że lepszych nie znalazłbyś pan w pierwszej fabryce paryskiej.
Według niego, jedne pochodziły z najlepszej fabryki z Mirecourt; drugie z Włoch, z Kremony. Trzecie należały dawniej do sławnego Paganiniego; nie śmiał jednak utrzymywać tego na pewno, twierdząc jedynie, że tak mu mówiono, gdy kupował instrument. Czwarte wreszcie nabył od wdowy po pierwszym skrzypku orkiestry Wielkiej Opery.
Fryderyk nie przerywał mówiącemu. Dopiero, gdy tenże skończył zachwalać skrzypce, młody człowiek zapytał:
— Ile pan za te żądasz?...
— Te pan wybierasz?...
— Tak jest.
— Ah! widzę dobrze, że jesteś pan znawcą; to skrzypce wielkiego, sławnego Paganiniego.
— Za ile pan mi je sprzedasz?...
— To najlepsze ze wszystkich, mój panie.
— Pan mi nie odpowiadasz.
Tandeciarz przymrużył oczy.
— Widzę po pańskim wyglądzie, że jesteś pan artystą — rzekł — dla tego też nie chcę zarobić na panu, i sprzedam panu te skrzypce za dwadzieścia franków; na honor Chaponarda, tandeciarza z ojca na syna, za tę cenę nabyłem je od panny Rachel, wielkiej tragiczki.
Nic nie mówiąc, Fryderyk złożył skrzypce przy innych.
— Więc? — odezwał się kupiec, nieco zaniepokojony.
— Do widzenia — odparł Fryderyk, zmierzając ku drzwiom.
— Jakto! pan odchodzisz?
— Jak pan widzisz.
— Nie kupujesz pan?...
— Nie kupuję.
— Ależ to skrzypce Paganiniego...
— Paganiniego, czy nie, chcesz pan je sprzedać za cenę, której panu nie mogę ofiarować.
Otworzył drzwi, lecz kupiec chwycił go za rękaw.
— Przecież to nie powód, abyś pan tak prędko uciekał; nie jestem tygrysem, dyabłem, możemy się jeszcze porozumieć.
Fryderyk potrząsł głową.
— Nie znajdziesz pan nigdzie takiej sposobności — ciągnął dalej tandeciarz — rozumiesz pan przecie, sławny Paganini!... Jesteś pan za dobrym znawcą, aby nie widzieć, że to instrument, jakiego panu potrzeba. Więc cena ta jest dla pana zbyt wygórowaną?...
— Tak jest.
— W takim razie, ile pan dasz za nie?...
— Nie warto nawet o tem mówić.
— Muszę przecież wiedzieć...
— Powtarzam panu, że nie warto.
— W takim razie, nie chcesz pan kupować.
— Potrzeba mi koniecznie skrzypiec, panie.
— Grasz pan na nich dobrze?...
— Jak umiem.
— Czemuż pan tych nie spróbujesz. Możeby to skłoniło pana do kupienia.
— Trudno próbować — odparł Fryderyk — bo tylko na czwartej strunie możnaby jeszcze zagrać.
— Zaraz założę inne, proszę pana, to drobnostka; mam tam w pudełku zbiór strun pierwszej miary, sprzedam je panu ze skrzypcami. Widzisz pan, mój panie, jak kto jest kupcem, to musi sprzedawać, wszystko sprzedawać, a za towary brać pieniądze; handel polega na wymianie.
Mówiąc tak, otworzył szafę, z której wyjął małe owalne pudełko z kartonu.
— Oto, proszę pana — ciągnął dalej — to struny. Jeżeli pan zechcesz założyć je do skrzypiec...
— I owszem — odparł Fryderyk.
Za chwilę skrzypce posiadały wszystkie struny. Artysta nastroił je powoli.
— Teraz, możnaby już zagrać — rzekł.
Podał skrzypce tandeciarzowi.
— Nie umiem grać — odparł tenże.
— Oddaję je panu tylko.
— Więc nie chcesz pan spróbować?...
— A na cóż?... Nie mogąc ich kupić, możebym później żałował.
Spróbuj pan w każdym razie.
— Zależy panu na tem?...
— Tak jest.
Wtedy Fryderyk zagrał z pamięci jakiś wałek koncertowy.
Kiedy skończył, tandeciarz stanął naprzeciw niego, patrząc mu pilnie w oczy.
— Na honor, panie — rzekł — bardzom zadowolony, żem pana słyszał, zdaje się, że pan, wiesz lepiej odemnie, co to za skrzypce. Gdyby te nie były warte nawet czterech sou, pan potrafiłbyś nadać im wielką wartość. Wyglądasz pan na poczciwego chłopca — ciągnął dalej — i mówię panu szczerze, podobasz mi się pan bardzo. Nie jesteś pan bogatym, prawda?...
Fryderyk potwierdził skinieniem głowy.
— Więc jesteś pan ubogim artystą?...
— Bardzo ubogim.
— Gdybyś pan był bogatym, ilebyś mi zapłacił?...
— Tyle, ile pan zażądałeś.
— Więc dla pana przedstawiają one wartość dwudziestu franków?...
— Tak jest.
— Na nieszczęście zamiast być bogatym, jesteś pan biednym. No, ile możesz mi pan zapłacić?...
— Dziesięć franków.
— I zostanie panu?...
— Dwa franki.
— Na obiad?...
— Ażeby żyć może przez cały tydzień, zanim zacznę zarabiać — młody człowiek smutnie odpowiedział.
— Ach zawołał kupiec.
Chwilę milczał, drapiąc się za ucho.
— A więc — zaczął — nie żądam już od pana dwudziestu franków, ani nawet tych dziesięciu, które mi pan ofiarowujesz. Masz pan dwanaście franków. daj mi połowę i bierz skrzypce z życzeniami, aby ci się jak najlepiej powodziło.
— Naprawdę? — wymówił z trudnością Fryderyk, nieprzygotowany na taką niespodziankę pan chciałbyś...
— Tak jest, sprzedaję je panu za sześć franków; oto jakim ja jestem, ja... Tylko, proszę pana, bądź łaskaw przysyłać mi twoich kolegów. Jak pan widzisz, mam jeszcze kilka instrumentów muzycznych do sprzedania.
Fryderyk, czerwony, jak rak, złożył na stole sześć franków, wziął skrzypce pod pachę i, podając tandeciarzowi rękę.
— Dziękuję — odezwał się wzruszony — będę pamiętał przez całe życie o tem, co mi pan zrobił w tej chwili.
Tamten odparł:
— Sprawiło mi to prawdziwą przyjemność, że mogłem wyświadczyć panu tę przysługę.
Kiedy Fryderyk był już za drzwiami sklepu, tandeciarz zawołał:
— Czekaj, czekaj pan, zapomniałeś pan strun!... Czyż nie należą się one panu wraz ze skrzypcami?...
— Bynajmniej — odpowiedział młody człowiek, chcąc się oddalić.
— W takim razie, panie, to pomyłka.
— Ale...
— Nie ma o czem mówić. Daję je panu.
I łącząc czyn ze słowami, wcisnął owalne pudełko do kieszeni płaszcza artysty.
Ten ostatni oddalił się wielkiemi krokami, przyciskając skrzypce do piersi. Widząc go tak spieszącego, można było sądzić, że przed chwilą skradł instrument; a może obawiał się, że tandeciarz, rozmyśliwszy się, odbierze mu skrzypce, oddając sześć franków.
Płonne obawy!... Kupiec stał na progu swego sklepu, patrząc długo za odchodzącym artystą, i mruczał pod nosem:
— Skrzypce Paganiniego!...


XXXIII.
Dla chleba.

Nazajutrz, jak dnia poprzedniego, Fryderyk zjadł śniadanie, złożone z ryżu i chleba.
Następnie wrócił do swego pokoju. Skrzypce znajdowały się tam, gdzie je położył, na małym okrągłym stoliku. Fryderyk zatrzymał się przed niemi. I przez długą chwilę stał nieruchomie, wlepiwszy wzrok w instrument.
— Odwagi! — szepnął wreszcie już za późno na rozmyślanie.
Wziął w rękę skrzypce wraz ze smyczkiem, wsuniętym pod struny, i ciągnął dalej z bolesnym uśmiechem:
— Żebrak... mój kolega, powiedział:
— „W bogate dzielnice, w których mieszkają ludzie zamożni!...“
Otworzył i zamknął drzwi bez szelestu, jakby w obawie, aby go kto nie spostrzegł wychodzącego, i zeszedł powoli po schodach, krokiem wilka, ukrywając skrzypce pod płaszczem.
Zanim postawił nogę na chodniku, zatrzymał się i rzucił wzrokiem w ulicę, na prawo i na lewo. Ujrzał kobiety, spieszące dla zakupienia żywności, robotników, udających się do roboty.
Nagle brakło mu siły, i nie mając śmiałości wyjść na ulicę, cofnął się w głąb sieni. Nieszczęśliwego ogarnęła obawa przed spotkaniem z osobami znajomemi. Zdawało mu się, że każda z nich, ujrzawszy go ze skrzypcami w ręku, pozna natychmiast, że idzie żebrać. Nabrał przekonania, że gdyby skrzypce znajdowały się w pudełku lub były czemkolwiek obwinięte, dodałoby mu to śmiałości.
Wrócił po schodach na górę, jak poprzednio, bez najmniejszego hałasu. Złożywszy skrzypce na stoliku, osunął się bezwładnie na krzesło, jedyne, które posiadał w pokoju.
— Boję się, jestem podły! — szepnął głucho.
Wielkie łzy błysły mu w oczach i stoczyły się zwolna po policzkach. Usprawiedliwiał się sam przed sobą z tego braku odwagi, twierdząc, że byłby wyszedł z pewnością, gdyby skrzypce były zamknięte w pudełku.
Pomimo tego nie pomyślał o kupieniu pudełka; po pierwsze wydatek taki był dla niego za kosztowny, powtóre zaś rozumiał dobrze, że pudełko zawadzałoby mu jedynie w jego rzemiośle. Lecz zamiast niego, potrzebował koniecznie okrycia dla swych skrzypiec.
W ciągu dnia, kupił w magazynie zielonego sukna, nici, igieł i kawałek plecionki. Wróciwszy do siebie, sporządził sam futerał, podobny nieco do prostego worka, lecz otwierający się i zamykający bardzo wygodnie.
— Jutro rozpocznę — pomyślał, wsunąwszy skrzypce do futerału.
Zresztą, w kieszeni posiadał jeszcze tylko kilka sou; nie chcąc umrzeć z głodu, musiał się wreszcie zdecydować.
Nazajutrz rano w istocie wyszedł o godzinie ósmej. Dotarłszy do zewnętrznych bulwarów, szedł niemi aż do placu Blanche. Tu przystanął. Trzy ulice miał przed sobą: Fontaine, Blanche i Bruxelles. Coś go popchnęło ku tej ostatniej. Wchodził w jednę z tych wielkich dzielnic Paryża, w których mieszkają ludzie bogaci.
Teraz szedł powoli, ze spuszczoną głową, zmniejszając się umyślnie i przyciskając się do muru. Niekiedy zatrzymywał się, ażeby rzucić na około siebie szybkie spojrzenie.
Był bardzo blady. Czarna broda, której od wyjścia z więzienia nie strzygł jeszcze, zwiększała bladość jego twarzy. Miał wygląd nieszczęśliwego, gotującego się do spełnienia zbrodni.
Z każdej strony ulicy widział piękne wielkie domy pięcio lub sześciopiętrowe, z szerokiemi bramami wjazdowemi, prawie bez wyjątku otwartemi, lub wspaniałemi sieniami, na końcu których spostrzegał wewnętrzny podwórzec każdego domu. Patrzył się i przechodził, nie śmiejąc wejść do środka. Zawsze coś stało na przeszkodzie: raz jakaś osoba w sieni, drugi raz ktoś wychodzący z domu, to znowu psa szczekanie, krzyk dziecka, kupiec na progu swego sklepu lub loża stróża, przed którą trzeba było przechodzić.
Wreszcie na ulicy Clichy przywołał na pomoc całą swoję odwagę i tym razem z niezłomnem postanowieniem w duszy wsunął się w bramę jakiegoś wielkiego domu i dostał się na dziedziniec, którego brama była również otwarta.
Nikt nie stanął mu w drodze; lecz nawet w takim razie nie byłby się cofnął; ażeby zmusić go do odwrotu, trzebaby było go wypędzić, a może nawet zagrozić policyą.
W niektórych chwilach nieśmiali i wstydliwi stają się zuchwałymi. Odwaga wśród przestrachu uczyniła wielu z nich bohaterami.
Pomimo tego serce Fryderyka biło bardzo mocno. Z trudnością oddychał. Pot strumieniami spływał mu z czoła.
Wreszcie otworzył futerał i wyjął z niego skrzypce. Był bardzo wzruszony i drżał, jak w febrze. Zrazu pociągnął niepewnie kilka razy smyczkiem, lecz nagle, przezwyciężywszy wzruszenie, opanował zupełnie instrument. Wtedy, pod palcami artysty, skrzypce ożywiły się i zaczęły wydawać cudowne dźwięki. I wznosiły się one zrazu miękkie i słodkie, podobne do pieszczotliwego i błagalnego zarazem głosu dziecięcia; następnie, powoli, nabrały stanowczości i siły. Był to bez przerwy ten sam głos melodyjny, lecz zmieniający się co chwila i przybierający nowe, coraz bogatsze dźwięki.
Westchnienia, skargi, jęki, wszystko tworzyło nieprzerwaną całość; struny drgały coraz szybciej i zdawało się, że nawet one cierpią pod wpływem uczucia artysty. Słychać w nich było jakby łkanie i łzy tłumione.
Ta symfonia, ten śpiew bolesny był przepyszną improwizacyą artysty, który w nim skarżył się światu za to, co przedtem wycierpiał od niego, co cierpiał w tej chwili i co miał jeszcze wycierpieć.
Fryderyk Boissier, jako artysta, mógł zaliczyć chwilę do najszczęśliwszych w swem życiu; przewyższał samego siebie.
Po nad nim, od pierwszego do ostatniego piętra, okna trzech domów, wychodzące na dziedziniec, otworzyły się jakby pod wpływem czarodziejki; w każdem z nich widać było głowy; w niektórych Fryderyk mógłby był policzyć po sześć osób.
Słuchano, jak się słucha sławnego solisty w teatrze lub na koncercie; jak w teatrze, damy przytknęły do oczu lornetki, aby się przypatrzeć muzykowi ulicznemu. Pomiędzy słuchaczami zamieniano czasami cicho i szybko pojedyńcze wyrazy, jakby w obawie stracenia choćby jednego dźwięku z tego wspaniałego wstępu muzycznego. Podziwiano. Po zdumieniu w pierwszej chwili nastąpił zachwyt.
Dźwięki skrzypiec dochodziły aż na ulicę. Przechodnie zatrzymywali się przed domem. Sień, aczkolwiek bardzo szeroka, była pełna ludzi. Popchnięci przez napływającą bez przerwy publiczność, pierwsi z nich wtargnęli na dziedziniec, tworząc wielkie koło obok artysty. W tej ostatniej grupie znajdował się stróż domu ze swą żoną; tym nawet na myśl nie przyszło zabronić komukolwiek wstępu do kamienicy. I wszyscy, zachowując głębokie milczenie, słuchali w skupieniu. Mówiono tylko w duchu:
— Co to za jeden?... Zkąd przybywa?... To nie jeden z tych muzykantów ulicznych, których spotykamy tak często. Ten nieszczęśliwy może sam nie wie, że jest wielkim artystą, prawdziwym wirtuozem.
Między słuchaczami znajdowali się zapewne znawcy muzyki: amatorzy, dyletanci, artyści. Napróżno szukali oni w pamięci nazwiska autora tego cudownego wstępu muzycznego.
Nie myśląc o tem, Fryderyk wstąpił na jedną z dróg, prowadzących do sławy; bo geniusz wszędzie, gdzie się ukaże, musi zwyciężyć. Zresztą posiada on skrzydła, ażeby wznieść się z cienia do światła słonecznego, wzbić się wysoko i świat zdumieć.
Podanie o Homerze opiewa, że, przebiegając Grecyę we wszystkich kierunkach, zatrzymując się w miastach i we wsiach, aby wygłosić swe pieśni bohaterskie, boski poeta Iljady i Odyssei zdobył sławę nieśmiertelną.
Zdawało się jednak, że słuchacze, opanowani wdziękiem muzyki, nie rozumieją prośby artysty do ich miłosierdzia. Kilka sou zaledwie spadło na dziedziniec do nóg muzyka.
Ten ostatni grać przestał.
A wtedy we wszystkich oknach, na dziedzińcu, w sieni i na ulicy, zagrzmiały oklaski, Wszystkie ręce wznosiły się w powietrzu.
— Brawo, brawo! — krzyczeli jedni.
— Dalej, dalej! — drudzy wołali.
— Bis! bis! — słychać było ze dwadzieścia głosów.
Machinalnie, Fryderyk zdjął kapelusz.
Zapał wzrósł nie do opisania. Był to jednogłośny okrzyk, przywodzący artyście na pamięć jego powodzenie w sali Meissonier w Tuluzie.
Jakieś dziecko w wieku dziesięciu do dwunastu lat zebrało z ziemi kilkanaście sou i wrzuciło je do kapelusza Fryderyka.
Nieszczęśliwy spojrzał smutnie na otaczającą go publiczność, nie wiedząc, jaką przybrać postawę. Na twarzy jego, jeszcze bledszej, niż przedtem, malowała się rozpacz. Włożył skrzypce pod ramię, i chwiejąc się na nogach, ze spuszczoną głową, starał się utorować sobie przejście między publicznością.
Zrozumiano, że chce się oddalić.
— Zaczekaj pan! — zawołano.
— Tak, tak, zaczekaj pan jeszcze — powtórzyło kilkanaście osób.
Prawie równocześnie, od pierwszych piąter aż do poddaszy, ze wszystkich okien, pieniądze, obwinięte w papier, posypały się, jak grad, na dziedziniec.
Fryderyk nie potrzebował się po nie schylać. Osoby, znajdujące się na dziedzińcu, zbierały i wrzucały datki do kapelusza muzyka.
Podczas tego, jakiś młody piekarczyk, wyciągnąwszy swój biały fartuch, zbierał składkę na dziedzińcu, w sieni i na ulicy. Wróciwszy do Fryderyka, który mu otworzył jednę z kieszeni swego płaszcza, wsypał do niej pieniądze. Druga była pełna datków, rzucanych z okien.
W tejże chwili, jakiś poważny mężczyzna, postaci dystyngowanej i bogato ubrany, zbliżył się do młodego człowieka.
— Panie — rzekł mu z wyraźnym akcentem zagranicznym — grasz pan, jak mistrz, na skrzypcach; zdaje mi się, że znam się trochę na tem, pan masz wielki talent.
Artysta zmieszany bąknął kilka słów niezrozumiałych.
— Sprawiłeś mi pan prawdziwą przyjemność — ciągnął dalej nieznajomy — nie na ulicach, ani w podwórzach, należałoby pana oklaskiwać, mój panie, ale na scenach wielkich teatrów. Kto jest autorem tego uroczego ustępu muzycznego, który pan przed chwilą oddałeś z takiem uczuciem?...
— Nie wiem, panie, nie pamiętam — odparł Fryderyk niepewnym głosem.
— Ah —! odezwał się tamten zdziwiony, szkoda, wielka szkoda! Oto, proszę pana, mój datek.
Wręczywszy skrzypkowi dwadzieścia franków, oddalił się natychmiast.
Przed Fryderykiem utworzyło się przejście przeszedłszy szybko znalazł się na ulicy.
Ze trzydzieści osób szło za nim w nadziei, że idzie grać w inne podwórze; lecz on nie miał tego zamiaru. Czuł się złamanym przez rozliczne wzruszenia, których doznał w tych kilku godzinach, i osądził, że na pierwszy dzień dość takiej jednej próby.
Minął ulicę Clichy, ulice Vintimille i dotarł wkrótce do bulwaru Pigalle. Tam, usiadł na ławce i włożył skrzypce do futerału. Odpocząwszy chwilę, wrócił do swego mieszkania.
Znalazłszy się w swoim pokoju, zaczął liczyć zebrane pieniądze. W jednym papierze znalazł pięć franków, w wielu innych po pięćdziesiąt centymów, po jednym lub dwa franki. Doliczywszy do tego dwadzieścia franków, otrzymanych od nieznajomego, biedny artysta przekonał się, że jest posiadaczem pięćdziesięciu dwóch franków i sześćdziesięciu centymów.
Nie mógł uwierzyć swym oczom. Stał oniemiały i jakby przerażony, wlepiwszy wzrok w pieniądze, rozrzucone na stole. — Żebrak się nie mylił — szepnął wreszcie — i miał słuszność, mówiąc mi: „Gdybym umiał grać na skrzypcach, jak pan, nie troszczyłbym się o majątek“. Chwilę milczał, zatopiony w myślach. — Tak jest — zaczął tym razem z większą pewnością w głosie — mogą zarabiać wiele, bardzo wiele pieniędzy... Ale zostanę zawsze żebrakiem, łachmaniarzem, nędzarzem!... Słuchali mnie, oklaskiwali... O! tryumf był piękny!... Zdaje się, że dobrze grałem; nie pamiętam; miałem głowę i ręce w gorączce, a śmierć w duszy!... Zresztą, mniejsza o to, moi słuchacze byli zadowoleni, najlepszym tego dowodem, że hojnie zapłacili... Ah! — ciagnął dalej szorstkim głosem — muszę przecież wypić aż do dna ten kielich boleści i wstydu!... Idź, idź, nędzarzu przeklęty! Może na szczyt Golgoty jeszcze bardzo daleko!...
Przeszło godzinę siedział z twarzą ukrytą w dłoniach.
Nareszcie, postanowiwszy stawić mężnie czoło przeciwnościom, powstał. Włożywszy dwadzieścia franków do kieszeni, schował resztę pieniędzy do jednej z szuflad starej komody, nie posiadającej zamku i nie otwieranej już z pewnością od wielu lat. Poczem zeszedł na dół do sali i kazał sobie podać obiad. Czuł potrzebę odzyskania sił, niezbędnych do dalszej pracy.
Wypił bulion, zjadł kawałek wołowiny z kapustą, zakrapiając to wszystko lampką wina.
Po obiedzie wyszedł, aby zakupić różne przedmioty, bez których nie mógł się już ukazać na ulicy: dwie koszule, dwie pary bucików, cztery chustki do nosa, grzebień i kawałek mydła.
Tydzień upłynął, zanim Fryderyk ośmielił się wyjść powtórnie ze skrzypcami. Każdego rana mówił sobie w duchu:
— Nie, nie dziś, jutro.
Na samą myśl znalezienia się powtórnie na podwórza, pod spojrzeniami lokatorów domu, serce jego ściskało się boleśnie. Obawiał się tego, jak nieszczęścia.
Biedny człowiek nie zrobił jeszcze całkowitej ofiary ze swej dumy.
Pomimo tego, siódmego dnia, zdołał się przezwyciężyć.
— Drogo mnie to kosztuje, lecz muszę spełnić moję powinność — rzekł — to dla Janinki.
Wziął skrzypce w rękę i wyszedł.
Potem czekał cztery dni, zanim trzeci raz poszedł grać po dziedzińcach.
Mniej się już wstydził, stawał się śmielszym, zaczął się wprawiać. Wkrótce wychodził co drugi dzień, wreszcie co dzień, a zawsze z jednakowem powodzeniem.
Gdziekolwiek ukazał się ze swym instrumentem, tam za chwilę gra jego zwabiała mnóstwo słuchaczy.
W miesiąc niespełna, wyszedłszy tylko czternaście, czy piętnaście razy, zebrał przeszło czterysta franków.
W dwóch listach, wysławszy jeden w kilka dni po drugim, posłał mamce trzysta franków.


XXXIV.
Sen.

Pierwszy występ Fryderyka, jak widzieliśmy powyżej, był na ulicy Clichy. W tę to ulicę, piękną i wielką, i w ulice sąsiednie powracał artysta najczęściej.
Niekiedy jednak zapuszczał się bardziej wgłąb Paryża i grywał w ulicach Havre, Isly, Tronchel i kilku innych dzielnicy Madelaine.
Pewnego dnia, między dziesiątą a jedenastą, przypadek zawiódł go na ulicę Ferme-des-Mathurins.
Wybrawszy jeden dom, którego brama była otwarta, wszedł do środka. Spostrzegłszy stróżkę w loży, ukłonił jej się grzecznie. Lecz zanim doszedł do podwórza, kobieta otworzyła szybko drzwi i zatrzymała go słowami:
— Gdzie pan idziesz?...
Fryderyk zadrżał, odwrócił się, i za całą odpowiedź pokazał jej smutnie skrzypce.
— Tutaj grać nie wolno — odezwała się stróżka — nie masz pan tu co robić!...
Skrzypek spuścił nieśmiało głowę.
— Przepraszam panią bardzo — szepnął,— nie wiedziałem...
— Ci ludzie wszyscy jednacy — mruknęła kobieta pod nosem. Następnie podnosząc głos: Wstydź się pan, w pańskim wieku trudnić się takiem rzemiosłem rzekła.
— Niestety moja pani, trzeba przecież, abym coś robił.
— Jesteś pan silny, możesz pracować.
— Mogę jedynie grać na skrzypcach.
— Cóż pan na tem zarobisz?...
— Chleb dla mnie i dla mego dziecka.
— Ah! pan masz dziecko... A pańska żona, cóż ona robi?...
— Umarła — odparł głucho.
Stróżka nagle złagodniała. Przypatrując się baczniej muzykantowi, i widząc smutek na jego twarzy, uczuła w sercu litość. A potem, chociaż Fryderyk wyglądał bardzo smutnie, było w nim coś, co nakazywało szacunek.
— Ile lat ma pańskie dziecko? — zapytała.
— Przeszło dwa lata.
— Chłopczyk?...
— Nie, dziewczynka.
— Dziewczynka! — kobieta powtórzyła.
— Dla niej to tylko grywam na skrzypcach po podwórzach.
— Tak, kochasz pan ją, jak ja moję kochałam. Miałaby teraz dwa lata, pogrzebałam ją przed dwoma miesiącami, umarła na kur. Obtarła oczy, które napełniły się łzami.
— Żałuję pani!... — rzekł Fryderyk — żałuję z całego serca — przepraszam panią raz jeszcze.
Odchodził. Przywołała go napowrót.
— Nie mam prawa zabraniać panu zarobienia tutaj kilku sou — rzekła mu — wyjątek nie jest jeszcze zwyczajem. Dzisiaj pańska córeczka przynosi panu szczęście.
— Dziękuję pani.
— Możesz pan iść zagrać na podwórzu.
Fryderyk wszedł na dziedziniec.
Na pierwszem piętrze tego domu, w prześlicznym buduarze, obitym pomarańczowym jedwabiem, rozmawiały dwie młode kobiety, siedzące, naprzeciw siebie.
Światło dzienne wpadało do buduaru przez dwa wielkie okna, wychodzące na szeroki dziedziniec.
— Emelino, nie jesteś dziś spokojna — rzekła jedna z nich, zwracając się do drugiej.
— Nie zawsze ma się umysł swobodny, moja kochana Heleno.
— Tylko tu weszłam, spostrzegłam, że jesteś smutna, milcząca. Rozmawiam z tobą, odpowiadasz mi krótko. No, cóż ci takiego?...
— Nie wiem, jestem zdenerwowana.
— Może zarzucasz co panu Karolowi?...
— Nic.
— Czy dotrzymuje tego, co przyrzekł?...
— Tak, z wyjątkiem jednego.
— Czego?...
— Już przeszło od dwóch miesięcy powinniśmy znajdować się we Włoszech.
— Tak ci śpieszno Paryż opuścić?...
— Tak jest.
— Nudzisz się?...
— Żyję w ciągłym niepokoju.
Dlaczego?...
— Wiesz o tem dobrze, Heleno.
— Powiedz mi, Emelino, czy boisz się w istocie?...
— Nie potrzebując się bać, można się obawiać..
— Rozumiem teraz przyczynę twego niepokoju... Myślisz o panu Boissier. Czy otrzymałaś jakie wieści o nim?...
— Żadnych.
— W takim razie, pocóż się niepokoić?...
— Nie wiem, mam przeczucie!...
— Wszystko przyszło tak prędko; przed trzema dniami byłaś weselszą.
— Miałam sen, Heleno.
— Oh! sen! — zawołała młoda wdowa. — I śmiać się zaczęła.
— Tak, Heleno, sen, a raczej zmorę straszliwą, przerażającą.
— Kiedy to miałaś tę zmorę?...
— Dzisiejszej nocy.
— Rozumiem teraz; źle spałaś, i koniec. — Nie ma nie dla ciebie poważnego, Heleno, wszystko w żart obracasz.
— A więc! tak jest, taką dziś jestem; jak powiedziałaś, wszystko w żart obracam, bo dawniej o nic płakałam. Mniejsza o to, w każdym razie, opowiedz mi, o czem śniłaś?...
— Słuchasz więc?...
— Ze skupieniem.
— A więc, oto mój sen: Ubrałam się, ażeby udać się na jakieś wielkie zebranie, włożyłam na siebie pierwszy raz prześliczną suknię, ubraną bogatą koronką Malines. Znajdowałam się w moim pokoju, oświeconym mnóstwem świec. Brylanty wisiały na mych rękach, miałam dyadem na czole, a brylanty w uszach.
— Jak dotąd — zauważyła Helena — twój sen nie zawiera nic przerażającego.
— Zaczekaj pozwól mi dalej opowiadać.
— Zapewne, jeżeli pragnę koniec usłyszeć.
— Byłam więc ubraną, gotową do wyjazdu słyszałam, jak konie, zaprzężone do mego powozu, biły niecierpliwie kopytami o bruk na podwórzu. Stojąc.... Emelina nagle przerwała. — Cóż to takiego? — spytała.
— Cóż?...
— Ta muzyka!...
— Ktoś gra na skrzypcach, słyszysz?... prawdopodobnie nie gorzej odemnie.
— Ah! nienawidzę tego instrumentu.
— Zostaw go w spokoju i opowiadaj dalej swój sen.
— Masz słuszność. Mówiłam, że byłam gotową do wyjazdu; stojąc przed zwierciadłem, podziwiałam wrażenie, które sprawiały trzy rzędy pereł na mojej szyi i bukiet dyamentów, upięty lekko z boku. Krótko mówiąc, moja droga, byłam sama sobą zachwycona. Nagle, usłyszałam szelest drzwi, otwierających się za mną; odwróciłam się szybko. Wydałam przeraźliwy krzyk i odskoczyłam w tył, zdjęta przerażeniem.
— Cóż ujrzałaś?...
— Co widziałam? Jego, Heleno, jego!...
— Kogo?...
— Mego męża.
— Ah!...
— Okryty łachmanami, blady, jak trup, wyglądał na widmo; był wynędzniały i wychudły, jak szkielet. Przy każdem jego poruszeniu, zdawało mi się, że słyszę chrzest kości... Powoli, nic nie mówiąc, zbliżył się do mnie. Wydałam nowy okrzyk i chciałam uciekać. Niepodobna mi było ruszyć się z miejsca; moje nogi, ramiona, ciało całe były jakby skrepowane łańcuchami. Czułam ciążące na mnie jakieś niewidzialne ręce, jednę na głowie, dwie na ramionach, czwartą na gardle. W rzeczywistości, nie mogłam już oddychać. Widmo stało nademną, dotykając mnie prawie. Pomimo przestrachu. nie spuszczałam z niego wzroku. Rzecz dziwna — na samo wspomnienie o tem drżę jeszcze cała — nie widziałam ani jego oczów, ani ust, lecz na ich miejscu trzy głębokie rany, krwią sączące. Nagle, wystrzeliły z nich równocześnie iskry i płomienie. Widmo nachyliło się nademną, jak gdyby pragnąc mnie pocałować; rzuciłam się w tył. Ono pochyliło się jeszcze bardziej, ziejąc ogniem na moję twarz i usłyszałam jego śmiech piekielny. Równocześnie, uczułam w oczach okropny ból, ostrzejszy od ognia. Wyprostowałam się, a z piersi mojej wyrwał się jakiś ryk nieludzki. Nic już nie widziałam, ani widma, ani świec zapalonych; ciemność zupełna mnie ogarnęła. Dotknęłam się mego ciała. Uczułam na rękach bransolety, na piersi brylanty, na szyi perły. Wyciągnęłam ramię i postąpiłam naprzód; jednocześnie ręka moja dotknęła się płomienia zapalonej świecy. Wtedy, wtedy dopiero zrozumiałam, że widmo wzrok mi wypaliło, że nie posiadam oczów! Wydałam krzyk dziki, straszliwy, i runęłam na posadzkę. Ten upadek mnie zbudził. Leżałam w łóżku, Heleno, ale w jakim stanie!... Dyszałam, czułam na piersi olbrzymi ciężar, mój język i moje gardło były wyschnięte, ciało zlane potem; włosy rozwiązane i poplątane, porozrzucane były na poduszce naokoło mej głowy. Tak leżałam przeszło kwadrans, zanim pojęłam, że było to tylko zmorą, i potrzebowałam całej reszty nocy do opanowania wzruszenia, którego doznałam.
— Przyznaję, Emelino — odezwała się pani Surmain — że miałaś sen wcale nieprzyjemny. Widać na tobie jeszcze ślady przebytego wzruszenia. Zdaję sobie wybornie sprawę z tego, co czułaś; tłómaczy to znużenie, malujące się na twarzy, i niezwykły blask twych oczów. Masz trochę gorączkę; dla tego jesteś niespokojną i rozdenerwowaną. Jakąkolwiek byłaby jednak zmora, nie zdołałaby mi sprawić głębszego wrażenia. A może jesteś zabobonną?...
— Nie.
— Znakomicie. Nic sobie z tego nie rób, Emelino, to sen tylko.
— To prawda, tylko sen.
— Możesz być pewną, że mąż twój ani myśli o tobie.
— Tak sądzisz?...
— Gdyby był chciał cię znaleźć lub przynajmniej otrzymać wiadomości o tobie, byłby przyszedł do mnie.
— W istocie...
— Wiesz, jaką mam myśl?...
— Nie.
— A zatem, zdaje mi się, że tego samego dnia, kiedy wyszedł z więzienia, albo dnia następnego, opuścił Paryż.
— Tak, to możliwe.
— Widuję bardzo wiele osób z Tuluzy, które go znały. Gdyby był pozostał w Paryżu, my pierwsze wiedziałybyśmy o tem.
— Myślę teraz, gdzie też mógł się udać.
— Co do tego, moja droga, nie mogę cię powiadomić.
Obie przez chwilę milczały. Wtedy, pomimo, że okna były zamknięte, usłyszały bardzo wyraźnie muzykę, dochodzącą z podwórza.
— Ten skrzypek gra wcale nieźle — zauważyła pani Surmain.
— Pierwszy raz w tym domu słyszę skrzypce — odparła Emelina — nie wiedziałam, że mieszka tu taki artysta.
Helena powstała, zbliżyła się do okna, odsunęła firankę i spojrzała na podwórze. Nie mogła dojrzeć twarzy grającego, gdyż w tej chwili był on tyłem do niej odwrócony; zresztą, nie byłaby go poznała z powodu gęstej brody. Odwróciła się do Emeliny.
— Jakiś biedak gra na podwórzu i czeka, aby mu rzucono kilka sou — rzekła.
— To nieznośne — mruknęła Emelina.
— Słyszysz? — ciągnęła dalej pani Surmain — dali mu brawo. To dobry znak; prawdopodobnie zbierze tu kilka franków.
Włożyła rękę do kieszeni.
— Jak na złość — zawołała — nie mam przy sobie drobnych. Emelino, dajże trzy lub cztery sou temu nieszczęśliwemu.
— Ruszać się z miejsca dla takiej drobnostki!...
— Moja droga, każdy żyć musi.
— Zależy ci na tem?...
— Tak jest, zrobi mi to wielką przyjemność.
Emelina podniosła się z fotelu, zbliżyła się do kominka i wyjęła z portmonetki dwa wielkie sou.
— Trzeba zawinąć je w papier — zauważyła pani Surmain.
Emelina oddarła kawałek dziennika i obwinęła nim pieniądze. Poczem otworzyła okno, wychyliła głowę i rzuciła jałmużnę pod nogi grającego. Spojrzała na niego przelotnie i zamknęła okno. Również, jak Helena, nie poznała Fryderyka.
Pomimo, że cofnęła się szybko w głąb pokoju, Fryderyk miał czas ją spostrzedz. Od chwili już miał zwrócone spojrzenie na te dwa okna pierwszego piętra, które, jedne tylko ze wszystkich pozostały zamknięte.
Na widok Emeliny, poznawszy swą żonę, nieszczęśliwy wypuścił z ręki smyczek, który upadł na bruk przy pieniądzach, rzuconych przez młodą kobietę. Schylił się i podniósł jałmużnę żony i smyczek.
Na około niego, leżało jeszcze wiele pieniędzy, obwiniętych w papier, których nie miał czasu podnieść z ziemi. Nie zwrócił na nie uwagi. Mgła przysłoniła mu oczy, nic przed sobą nie widział. Ściskając w skurczonej dłoni papier i smyczek, opuścił szybko podwórze i uciekł, jak złodziej, ścigany przez żandarmów.


XXXV.
Odwiedziny u mamki.

Fryderyk był już daleko od ulicy Fermedes-Mathurins, kiedy zwolnił biegu. Jednakowoż nie zatrzymał się aż na bulwarze zewnętrznym, aby zaczerpnąć oddechu. Nieszczęśliwy, opanowany gorączką, wyglądał, jak szalony. Gdyby go kto był spostrzegł w tej chwili i widział jego wzrok błędny i tajemniczy, byłby się z pewnością przeląkł i uciekł, mówiąc:
— To jakiś waryat, który się wymknął z zakładu obłąkanych, albo łotr, który przed chwilą popełnił zbrodnię.
Po chwili, otworzył rękę i patrzył na nią dziwnym wzrokiem; odwinąwszy papier, spostrzegł dwa wielkie sou.
— To jałmużna mojej żony!... — szepnął ponuro. — Dwa sou!... Mają one dla mnie wielką wartość; nie umieszczę tych pieniędzy razem z innemi. Zachowam je na pamiatkę.
Obwinął napowrót oba sou papierem i wsunął je do kieszeni swej kamizelki.
— Ach! ach — ciągnął dalej gorzkim głosem — stróżka domu nie omyliła się, mówiąc mi: „Dziś pańska córeczka przyniesie panu szczęście.“ Prawda, dzień dzisiejszy jest dla mnie szczęśliwym — dodał z groźnem spojrzeniem — bo dzisiaj znalazłem moję żonę!...
Chwilę stał, milcząc. Nagle, podniósł gwałtownie głowę i wybuchnął śmiechem straszliwym, bardziej przerażającym od wybuchu gniewu. Ujął skrzypce i zaczął iść dalej pospiesznie. W pół godziny później był już u siebie.
Zamknąwszy drzwi na klucz, rozciągnął się ubrany na łóżku. Wtedy boleść jego wezbrała. Płakał, łkał; skarżył się, jęczał, wił się na posłaniu, gryząc z wściekłością poduszkę i kołdrę, ażeby stłumić rozpaczliwe krzyki. To okropne przesilenie trwało przeszło dwie godziny.
Wreszcie nerwy jego uspokoiły się nieco, spazmy ustały. Po gwałtownym wybuchu nastąpiła bezwładność. Lecz boleść nie ustąpiła, była ona tylko innego rodzaju.
— Podły jestem — mówił do siebie. — Wstręt i pogarda, którą wzbudzała we mnie, nie mogą zabić uczucia, które dla niej żywiłem; kocham ją zawsze!... Tak pogardzam nią, przeklinam, ale ją kocham... O jakże ludzie są podli i głupi.
Długo był pogrążony w smutnych myślach. Jedne mu mówiły, zapomnij o niej, myśl jedynie o córce, którą tak kochasz; ona wróci ci szczęście, które ci tamta wydarła!... Równocześnie drugie wołały: Nie miej litości nad występną kobietą, zemścij się!... W końcu zeskoczył z łóżka, szepcąc:
— Tak być musi, zrobię to, i chcę to zrobić!...
Wyprostował się, wzniósłszy czoło wysoko, z postawą groźną, a okiem, ciskającem błyskawice.
Otworzywszy szufladę, na dnie której znajdował się jego majątek, wyjął z niej kilkanaście garści pieniędzy i policzył je na stole, dołączywszy zarobek dzisiejszy, ujrzał się właścicielem trzystu ośmdziesięciu franków, oprócz dwudziestu centymów w kamizelce, obwiniętych w papier.
— Do nowego rozkazu — rzekł dziwnym głosem — pozostaną one tutaj.
Następnie, patrząc na pieniądze, srebrne i miedziane, dodał:
— Nosić je przy sobie byłoby trudno i ciężko.
Wziął chustkę, napełnił ją i związał. Połowa jego skarbu znajdowała się jeszcze na stole. Połowę tę włożył do drugiej chustki. Następnie wszystko razem umieścił w nieużywanej jeszcze serwecie i wyszedł z pokoju, ażeby udać się do pewnego kramarza, który już dwa razy zmienił mu drobną monetę na bilety bankowe.
Nazajutrz rano Fryderyk wyjechał z Paryża pociągiem, zmierzającym do Nivernais. Do Bouchot przybył o w pół do dwunastej.
Zanim miał czas wejść do domu, mała Janinka spostrzegła go i poznała natychmiast. Z okrzykiem radości podbiegła do niego, wyciągając z daleka małe raczęta. Podniósł ją z ziemi, przycisnął gorąco do piersi i obsypał pocałunkami policzki, oczy, czoło i włosy.
— Rozmawialiśmy dziś o panu, panie Boissier — rzekła mu mamka — powiedziałam memu mężowi:
— „Pan Boissier z pewnością niedługo przyjedzie odwiedzić małą.“
— Jak pan widzisz, nieomyliłam się w tym razie. Możnaby powiedzieć: o wilku mowa... Przepraszam pana, tak to się już u nas mówi.
— Tęskno mi było w istocie za Janinką — odparł Fryderyk.
— Zawsze zdrowa, jak rybka, a rośnie, jak na drożdżach.
— Tak jest, i nie wiem, jak podziękować za starania, któremi ją otaczacie...
— A panu, panie Boissier, jakże się teraz powodzi?...
— Bardzo dobrze.
— Musisz pan bardzo pracować, bo zarabiasz niemało pieniędzy. Nie trzeba się jednak wysilać, panie Boissier; zdrowie to skarb najdroższy na świecie. Otrzymałeś pan prawdopodobnie oba listy mojego męża w odpowiedzi na pańskie listy?..
— Tak jest, otrzymałem je.
— Dla czego jednak, panie Boissier, przysyłasz nam wciąż pieniądze?...
— Ależ pani, zdaje mi się...
— Bynajmniej przerwała żywo — nic pan nam winien nie jesteś, powiedziałam to panu... Jesteśmy biednymi ludźmi, to prawda, ale... mogę to powiedzieć głośno i z dumą, nie jesteśmy podobni do tych, którzy nigdy nie są nasyceni, którzy zawsze żądają czegoś i pragnęliby zawsze tylko otrzymywać. Wiesz pan cośmy zrobili?... Nie? prawda?... A więc, powiem panu. Mój mąż tak mi powiedział:
— „Kobieto, nie dotkniemy się pieniędzy ojca, byłoby to brzydko z naszej strony; ponieważ nam je przysłał, zachowamy je, lecz należą one do Janinki i dla niej będą jedynie zbierane; jeżeli pozostanie u nas przez trzy lub cztery lata, jak mam nadzieję, a będzie czegoś potrzebowała, jako panna dorosła, kupisz jej to z tych pieniędzy.
— Oto co mi mąż powiedział, panie Boissier. To też nie tknęłam się jeszcze tych trzystu franków; leżą tam, w mojej szafie.
Fryderyk otarł przelotnie dwie łzy.
— Nie pochwalam postanowienia pani męża — rzekł — bo pieniądze, które wam posłałem, bezwarunkowo do was należą. Chociaż pani de Mesle dawała wam to i owo dla dziecka, ja w to wchodzić nie mogę i czuję się pomimo tego waszym dłużnikiem.
Wieśniaczka potrząsnęła głową.
— Mój mąż nie da się nigdy przekonać — oświadczyła.
— Zgoda, ale pani mnie rozumiesz.
— Ja, panie Boissier, zgadzam się zawsze z moim dzielnym mężem.
— Ach! przyprowadzacie mnie do rozpaczy.
— Ależ nie, panie Boissier. Nie gniewaj się na nas; cóż pan chcesz?... Takimi Bóg nas stworzył!...
Fryderyk podziwiał tę kobietę, tak szlachetną w swej wieśniaczej prostocie.
— O! zacne serca! — myślał. — Jacy oni wielcy, ci biedni ludzie!... Jak oni przygniatają swą wyższością moralną tylu zbogaconych parwenjuszów, których mieszczanami nazywają, a których znam tak dobrze.
Chwilę milczał, przypatrując się małej Janince, bawiącej się opodal małem gospodarstwem kuchennem.
— Wprawiacie mnie w prawdziwy kłopot — zaczął, zwracając się do mamki.
— Dla czego, panie Boissier?...
— Bo przynoszę wam nowych trzysta franków.
— Nie sądzę, panie Boissier, abyś to mówił poważnie.
— Ależ tak, moja pani; ja oto sądzę, że trzysta a trzysta to sześćset; to prawie tyle, ile wam winien jestem za miesiące karmienia mojej córeczki.
— Lecz muszę panu jeszcze coś powiedzieć.
— Oto trzysta franków.
— Nie chcę ich, panie Boissier, nie wezmę ich wcale.
— Nie przyniosłem tych pieniędzy, ażeby odnosić je napowrót do Paryża.
Przemocą wcisnął kobiecie do ręki bilety bankowe.
— Zastanów się pan, panie Boissier — rzekła — cóż my robić będziemy z temi pieniędzmi?...
— Należą do was, więc zrobicie z niemi co zechcecie.
— Panie Boissier — odparła — wezmę pańskie bilety bankowe, ponieważ pan tak chcesz koniecznie; lecz poradzę się wprzód mego męża, niech on rozstrzyga.
— Pani mąż zrobi co mu się będzie podobało; lecz ja chcę, abyście przyjęli to, co wam daję, chociażbym nawet, według waszego zdania, nic wam nie był winien.
— Nie jesteś bogatym, panie Boissier, wiemy o tem dobrze; jestem przekonana, że pan się wszystkiego pozbawiasz.
— Możesz się pani uspokoić — odparł dziwnym głosem — nie odmawiam sobie niczego; nic mi nie brakuje, mam wszystko czego mi potrzeba!...
— Jak pan to dziwnie mówisz! — zauważyła kobieta.
Fryderyk uśmiechnął się niby.
— Mówmy o czem innem — odparł wymijająco.
— Tak, mówmy o czem innem, panie Boissier. Przedewszystkiem, przepędzisz ten dzień z nami; to już ułożone; następnie prześpisz się pan u nas, możemy ci wygodne łóżko ofiarować, i odjedziesz jutro lub pojutrze o której bądź godzinie.
— Dziękuję pani za tę życzliwość, lecz to, czego żądasz, jest niestety niemożliwe.
— Niemożliwe, dla czego?...
— Muszę być jutro rano w Paryżu.
— Śpieszy się panu?...
— O! bardzo!...
— Mój mąż żywo to uczuje.
— Będziemy jeszcze mieli czas porozmawiać trochę ze sobą, chociaż muszę wsiąść na pociąg, odchodzący do Paryża, który odjeżdża o wpół do piątej.
— Jakto! pojechałbyś pan tak prędko?... I cóż pana tak pędzi?...
— Zależy mi na tem, abym dzisiaj wieczór wrócił wcześnie do domu.
— Więc nie pójdziesz pan tym razem do zamku de Roure?...
— Nie, za mało mam na to czasu.
— Szkoda, bo pani de Mesle czeka na pana. Jak zaznaczyliśmy w naszych listach, przyjeżdżała tu kilka razy od czasu pańskich pierwszych odwiedzin.
— Cóż wam mówiła?...
— Że pragnie koniecznie z panem się widzieć. Jej przywiązanie do dziecka wzrasta z dniem każdym. Widzisz pan, panie Boissier, jestem przekonana, że rodzonego dziecka nie kochałaby bardziej od naszej Janinki. Oświadczyła nam, że ponieważ jej adoptować nie może, podejmie się kosztów jej wychowania i utrzymania, a później gdy nadejdzie pora wyjścia za mąż, da jej posag. Pani de Mesle pragnie pomówić z panem, panie Boissier, o swych projektach i przedstawić je panu.
— To rzeczywiście zacna osoba, — rzekł Fryderyk — za wiele dobrego życzy Janince, ażebym mógł być zazdrosnym o przyjaźń, którą żywi dla maleńkiej. Zastanowię się jeszcze, a może nawet przyjmę propozycye, które mi uczyni.
— Ja, panie Boissier, nie mogę ci rad dawać, ale będąc na pańskiem miejscu, nie wahałaby się ani chwilki.
Młody człowiek, bardzo wzruszony, otaczał dziecko spojrzeniem pełnem nieokreślonej czułości.
— Otrzymałeś pan jakie wiadomości od pani Boissier? — zapytała mamka.
Fryderyk zadrżał.
— Nie, żadnych — odparł krótko.
— To dziwne.
Fryderyk podniósł się szybko i poszedł pocałować dziecko.
Wieśniak wrócił z pola z dziećmi. Obiad był gotów. Fryderyk zasiadł do stołu z cała rodziną, lecz zaledwie dotknął się potraw.
Po obiedzie, wieśniak nie wrócił jak zwykle w pole, lecz pozostał, ażeby porozmawiać z Fryderykiem. Naturalnie, rozmowę zwrócone na owych sześćset franków.
Wieśniak rzekł Fryderykowi:
— Pozostawimy dwieście franków, w razie gdybyśmy ich potrzebowali dla dziecka a ponieważ pan sam nie chcesz tego uczynić umieszczę resztę w kasie oszczędności na imię Janinki.
— Nie nalegam dłużej — odparł Fryderyk — bo widzę, że stanąłbym na przeszkodzie waszej woli i waszym zamiarom; róbcie jak chcecie.
O godzinie czwartej, przygotował się do odjazdu. Wieśniakom czas prędko upłynął.
— Więc nie chcesz pan pozostać? — zapytała mamka.
— Żałuję, że opuszczam was tak wcześnie — odpowiedział — ale powtarzam raz jeszcze, zostać nie mogę.
— W takim razie, panie Boissier, przyrzeknij nam, że za najbliższym pobytem w Bouchot pozostaniesz tutaj najmniej dwa dni.
— Postaram się o to — odparł.
I uśmiech przelotny przemknął mu po ustach. Wziął małą Janinkę w ramiona i ucałował gorąco. Postawił ją na ziemi i trzy razy jeszcze podnosił i okrywał ciągłemi pocałunkami. Nie mógł się z nią rozłączyć. Zdawało mu się ciągle, że ją jeszcze za mało uściskał.
— Proszę panią, odprowadź ją — rzekł mamce głosem przygasłym.
Kobieta usłuchała.
— Teraz odjeżdżam — rzekł wieśniakowi.
— Odprowadzę pana na kolej.
— Nie potrzeba. Z Bogiem!...
— Mówi się z Bogiem, żegnając kogoś na zawsze powinieneś pan powiedzieć: do rychłego widzenia.
— Masz pan słuszność, do widzenia!...
Uścisnęli sobie po raz ostatni dłonie i Fryderyk oddalił się szybko.
Kiedy minął ostatnie domy wioski, parę łkań wyrwało mu się z piersi. Lecz oczy, błyszczące fosforycznie, pozostały suche.
— Teraz, nieubłagane przeznaczenie — przemówił szorstkim głosem — pędź przeklętego!...
Wieśniaczka rzekła do męża:
— Nie zauważyłeś, jak ja, że pan Boissier jakoś dziwnie wyglądał?...
— Zauważyłem w istocie, że był bardzo smutny. Jakaś wielka boleść go gryzie.
— Chwilami siedział jakby ubezwładniony, to znowu twarz jego przybierała szczególny wyraz, tylko oczy ciągle świeciły.
Wieśniaczka potrząsła głową.
— Co myślisz o tem wszystkiem? — zapytała kobieta.
— A ty?...
— Ja nie wiem.
— A więc, kobieto, ja sądzę, że pan Boissier jest bardzo nieszczęśliwym, a pani Boissier to ladacznica.
— Czy mniemasz, że opuściła swego męża i swoje dziecko?...
— Takie moje przekonanie.
— Jeżeli tak, to masz słuszność, to nędznica, zbrodniarka!...
— Kobieto, tak mi się zdaje, a bardzobym chciał się omylić, zdaje mi się, że to się źle skończy.


XXXVI.
Dwa listy.

Fryderyk powiedział mamce: „Muszę być jutro rano w Paryżu“. Dla czego tak się śpieszył? Wkrótce się o tem dowiemy.
Wstał o godzinie siódmej.
Ponieważ dnia poprzedniego jadł tylko raz, w Bouchot, gdzie, jak wiemy, nie czynił zaszczytu potrawom wieśniaczki, kazał sobie podać omlet z jaj, który spożył z dobrym apetytem.
Idźmy za nim.
Postępując ulicą równoległą do bulwaru, doszedł do ulicy Ménilmontant. Wkrótce znalazł, czego szukał: ślusarza.
Wszedł do sklepu. Rzemieślnik pracował przy warsztacie.
— Panie rzekł mu chciałbym pana prosić o załatwienie drobnej rzeczy.
— O cóż chodzi? — zapytał ślusarz.
Fryderyk wyciągnął z kieszeni kamizelki dwa sou, obwinięte w papier.
— Panie — odparł, schowawszy papier do kieszeni — oto dwa wielkie sou, trzebaby je pociąć na piętnaście lub dwadzieścia kawałków.
— He, co pan mówisz? — zapytał rzemieślnik, sądząc, że źle słyszał.
— Proszę pana, ażebyś mi pociął te dwie sztuki miedziane na piętnaście lub dwadzieścia kawałków — odparł Fryderyk.
Ślusarz spojrzał na niego ze ździwieniem. Prawdopodobnie pomyślał, że ma przed sobą biednego waryata. Zresztą twarz jego blada, włosy poburzone i błędne spojrzenie, usprawiedliwiały częściowo to mniemanie.
— Zastanówmy się, mój przyjacielu — rzekł z uśmiechem czy nie uważasz, że twoje sou są więcej warte całe, niż pocięte w kawałki?...
— Może pan nie chcesz mi tego uczynić?... — zapytał Fryderyk. Wiem, że to praca, lecz bądź pan spokojny, zapłacę dobrze.
— Zależy mu na tem — pomyślał rzemieślnik. A głośno dodał: — Nic nie mam przeciw pańskiemu żądaniu, nie będzie to robota ani długa, ani trudna. W każdym razie masz pan myśl szczególną. Powiedz mi przecie, co zamyślasz zrobić z temi pienędzmi, pociętemi w kawałki?....
— Nie mogę tego powiedzieć — odparł Fryderyk głuchym głosem. — Rzeczywiście, nie omyliłem się — rzekł w duchu ślusarz — to waryat. Trzeba go zaspokoić dodał w umyśle.
Fryderyk zaczął tracić cierpliwość.
— No, daj mi pan swoje sou — rzekł rzemieślnik.
Fryderyk podał mu pieniądze. Ślusarz wziął nożyce, młotek, i zaczął z łatwością metal rozcinać.
— Chcesz pan dwadzieścia kawałków?... zapytał.
— Tak jest, dwadzieścia.
Wkrótce robota była skończona. Ślusarz wsypał wszystkie kawałki do ręki.
— Masz pan — rzekł z uśmiechem — możesz pan sprawdzić, czy liczba się zgadza.
— Nie potrzeba — odparł Fryderyk.
Włożywszy kawałki do papieru, którem były obwinięte obie sztuki monety, dał ślusarzowi franka i odszedł.
— Nieszczęśliwy, toż to skończony waryat — mruknął rzemieślnik.
Fryderyk zmierzał szybko ku Paryżowi.
Przybył na bulwar Saint-Martin i wstąpił do składu zbrojownika.
— Panie — rzekł człowiekowi, wychodzącemu naprzeciw — chcę kupić pistolet.
— Mamy po wszelkich cenach, od ośmnastu do dwustu i trzystu franków. Pan chcesz zapewne kupić rewolwer?...
— Nie, panie, nie rewolwer, lecz zwykły podwójny pistolet.
— I owszem, proszę pana, posiadamy je na składzie. Przypatrz się im pan za szkłem, i wybierz, który ci się spodoba. Jak pan widzisz, mamy wcale ładny wybór pistoletów; wszystkie są z najlepszych naszych fabryk. Inne znowu sprowadzamy z Anglii i z Ameryki.
Fryderyk wybrał podwójny pistolet, nieco większy od zwyczajnego pistoletu kieszonkowego.
— Ile pan chcesz za tę broń? — zapytał.
— Dwadzieścia pięć franków.
Fryderyk wręczył właścicielowi magazynu żądane pieniądze, wsunął pistolet do kieszeni, ukłonił się i wyszedł ze sklepu.
Z bulwaru Saint-Martin, skierował się na ulice Temple, gdzie kupił sto dwadzieścia gramów prochu do polowania i kilka kapiszonów Załatwiwszy wszystkie zakupy, przeszedł ulicę i dzielnice Temple, i wrócił do siebie.
Wypróbowawszy oba kurki pistoletu, położył go na stole razem z prochem i kapiszonami. Następnie policzył kawałki miedzi, pocięte przez ślusarza. Było ich dwadzieścia, mniej więcej równej wielkości. Rozdzieliwszy je po dziesięć, podarł papier, którym były obwinięte, na cztery części.
To uczyniwszy, włożył do luf pistoletu dwa silne naboje prochu. Następnie założył dwa kawałki papieru. Wreszcie wsypał do każdej lufy po dziesięć kawałków miedzi, i zabił wszystko resztą papieru.
Pistolet był nabity aż do otworu.
Przyłożywszy broń do oka, widział w lufach błyszczące ziarnka prochu. Zadowolony z dzieła, założył kapiszony.
Nabijanie pistoletu zajęło mu dużo czasu. Pomimo tego, nie zawahał się ani na chwilę. Straszliwe jego postanowienie było owocem długiego namysłu.
Teraz, kiedy powiedział: tak zrobię, nic nie mogło odwrócić go od zamiaru, był przygotowanym na wszystko.
„Pędź przeklętego!“ zawołał, wzywając przeznaczenie.
W istocie, fatalizm pędził go naprzód.
Przeznaczenie każdej istoty jest napisane od wieków, przeznaczenie Fryderyka musiało się również spełnić.
Twarz jego pozostała posępna, w oczach lśniły chwilami blaski złowrogie. Lecz z ust nie wyrwał się ani jeden jęk, ani jedna skarga. Z pozoru był spokojny. Wszystko, co robił, załatwiał wolno i spokojnie. Nie spieszył się, widząc, że nic go nie wstrzyma w drodze i że dojdzie do celu.
Wziął skrzypce. Nie zadając sobie trudu otwierania futerału, przerżnął go nożem. Chwycił smyczek za koniec, oparł go na kolanie i przełamał na dwie części. Skrzypce położył na środku pokoju i zdruzgotał je pod nogami. Szczątki wrzucił do kominka i zapalił ogień za pomocą starego dziennika, leżącego na marmurowym stoliku. Stał przed kominkiem, patrząc na rozpalony ogień, jak gdyby uczuwał przyjemność, widząc struny wijące się wśród płomieni i syczące, jak węże.
Kiedy na kominku nic, prócz węgli i kilku niedopalonych szczątków, nie pozostało, otworzył okno, i oparłszy się na łokciu, przypatrywał się przez kilkanaście minut osobom, przechodzącym ulicą.

Odstąpił od okna, które zostawił otwartem, i wyjął z komody przybory do pisania. Potem usiadł przy stole, i po krótkim namyśle napisał, co następuje:
„Pani!

„Są na świecie ludzie bardzo nieszczęśliwi, bardzo nędzni i bardzo godni litości. Zdaje się, że pozbawione wszelkich radości ofiary te przyszły na świat z przekleństwem Boga. Jednym z tych nieszczęśliwych, pani, ja jestem, a może nawet najnędzniejszym pomiędzy wszystkimi przeklętymi.
„Miałem w życiu kilka dni szczęśliwych, lecz, jeżeli, oczarowany złudzeniami, stworzyłem sam sobie chwilę rzeczywistego szczęścia, to było ono tylko szyderstwem przeznaczenia, które chciało mi dać uczuć tem boleśniej męczarnie, które na mnie czekały.
„Nie będę ci, pani, opowiadał mego życia, jest ono zbyt okropne; zresztą, mnie samemu brakłoby do tego odwagi.
„Miałem i ja sny i marzenia w życiu, zdawało mi się, że mogę dosięgnąć wysokości, do których wzbijają się prawdziwe talenta i geniusze, lecz wstąpiłem na fałszywą drogę, i zamiast wznieść się wysoko, runąłem w przepaść. Ona mnie popchnęła, i zostało mi tylko tyle sił, ażeby do ciebie, pani, zwrócić się z krzykiem rozpaczliwym.
„Pani, przypadek zrządził, że poznałaś moją córkę, moję drogą małą Janinkę, albo raczej anioł stróż, opiekujący się niewinnem dzieckiem, postawił je na twojej drodze.
„Polubiłaś, pani, tę maleńką, którą dwoje nieszczęśliwych na świat wydało. Ah! pozwól mi pani wierzyć, że stało się to za zrządzeniem Opatrzności! Pozwól mi wierzyć, że zrozpaczony ojciec, który pisze do ciebie, okupił swym bólem szczęście swego dziecka! Pozwól mi wierzyć, że twoja życzliwość dla tego aniołka jest darem, zesłanym jej z nieba, i że ten dar szacowny będzie dla niej osłoną przed niebezpieczeństwami, które mogłaby w życiu spotykać!...
„Od wielu miesięcy otoczyłaś ją pani słodką opieką przez dobrodziejstwa, które jej pani wyświadczyłaś, przez życzliwość, która jej okazujesz, stałaś się pani po części jej matką. Ah! zostań, zostaň jej opiekunką!...
„Chciałaś pani adoptować Janinkę, chciałaś ją pani uznać za swe dziecko; ja o tak wiele prosić nie mogę; błagam cię tylko, pani, nie opuszczaj jej, nie opuszczaj!
„W tej chwili mój ból doznaje ulgi, bo słyszę słodki głos, głos z góry wołający: Uspokój się, biedny ojcze, pani de Mesle stanie się opiekunką twej małej Janinki.
„Nie, nie, nie chcę wątpić o tem ani na chwilę.
„Przez liczne dobrodziejstwa, któremi pani szafujesz naokoło siebie, znam wspaniałomyślność i szlachetność twojego serca. Usłyszałem głos z góry, uspokoiłem się. Tak jest, dobra pani z Roure, opiekująca się słabymi pocieszająca zasmuconych i wspierająca nędzę ludzką, usłyszy mój krzyk najwyższej trwogi i będzie czuwała nad przyszłością biednej sieroty.
„Możesz ją pani wziąć; ja ci ją daję. Ponieważ wpoisz w nią takie uczucia, jakie sama masz, będzie ci wdzięczną i pokocha cię, jak matkę. Ja, pani, proszę nieba o wszelkie dla ciebie błogosławieństwa. Błagania moje będą spełnione, jeżeli wielka potęga, rządząca światem, raczy zesłać tę łaskę nieszczęśliwemu, przeznaczonemu na śmierć.
„Możesz pani być spokojną; nikt nigdy nie upomni się o Janinkę. Gdy pani te wiersze przeczytasz, będzie już ona sierotą i ty tylko będziesz jej strzegła i broniła przed nieszczęściem, które dotknęło jej ojca.
„Racz pani przyjąć wyrazy najgłębszego szacunku.

„Fryderyk Boissier.”

Po tym pierwszym liście, napisał drugi, Zawierający te słowa:

„Państwo Drillot!“

„Gdym was wczoraj opuszczał, zmusiliście mnie do obiecania wam, że za najbliższym pobytem w Bouchot przepędzę u was kilka dni. Nie powinienem był obiecywać wam tego; oszukałem was. A jednak, nie mogłem wam wtedy powiedzieć, że odwiedzając was w Bouchot, żegnam was i małą Janinkę po raz ostatni w tem życiu.
„Od wczoraj powziąłem postanowienie zakończenia mego opłakanego żywota. Tak jest, życie, tak piękne dla wielu innych, jest dla mnie ciężarem, zbyt trudnym do dźwigania, bo mnie ono przygniata.
„Wiem dobrze, że czyn, który zamierzam spełnić, jest zbrodniczy, przerażający; lecz jakaś siła, której oprzeć się nie mogę, pociąga mnie, wołając rozkazująco: „idź!“ Żadna moc ludzka nie może przeszkodzić temu, co stać się musi.
„Ah! nie śpieszcie się z wydaniem potępienia!... Gdybyście wiedzieli... Lecz nie, — pragnę zamilknąć, nie powinienem wam oznajmiać straszliwej prawdy... Jesteście dobrzy, oboje żałujcie mnie! Ah! wierzcie mi, jestem rzeczywiście godnym pożałowania... Bóg jeden wie tylko, ile mnie kosztuje takie rozłączenie się z mojem dzieckiem! A pomimo tego nie cofam się przed myślą, że przeleję krew na tę niewinną istotę.
„Nie zobaczycie mnie więcej; ucałowałem po raz ostatni moję Janinkę ubóstwianą...
„Płaczę, łzy moje spadają na papier; ręka mi drży; muszę zatrzymać się na chwilę dla otarcia łez.
„Przy liście tym załączam drugi list, pisany do pani de Mesle; proszę was, abyście go jej wręczyli jak najprędzej. Nie mówię wam, co list ten zawiera; pani de Mesle sama wam o tem doniesie.
„Dziękuję wam raz jeszcze za troskliwość, którą otaczacie moje dziecko; kochajcie ją zawsze; ucałujcie ją za mnie oboje.
„Do widzenia! do widzenia!...
„Pomyślcie niekiedy o nieszczęśliwym

Fryderyku Boissier.“

Kończąc ten list, czuł się bardzo wzruszonym; lecz teraz podtrzymywała go wielka siła woli.
Zdołał szybko opanować swe nerwy.
Wtedy złożył oba listy.
Pierwszy włożył do koperty z napisem: „Pani de Mesle, w zamku Roure, w Nievre“.

Następnie wsunął oba listy do wielkiej koperty, na której napisał: „Pan Drillot, właściciel kolonii, w Bouchot, gmina Pouilly-sur-Laire, Nievre“. Poczem położył kopertę koła nabitego pistoletu.
Resztę dnia przepędził zamknięty w swoim pokoju, przemierzając go wzdłuż i wszerz gorączkowemi krokami.
Ilekroć zaś usiadł lub zatrzymał się na środku pokoju, zatapiał się w ponurych myślach.
Kiedy noc nadeszła, zeszedł na dół do sali. Był głodny.
W jakiemkolwiek położeniu nasz umysł się znajduje, ciało ma swoje wymagania, swoje potrzeby; naprzód zjadł rosół; następnie kazał sobie podać mięso, jarzyny, wreszcie deser. Wypił całą butelkę czystego wina. Na zakończenie, czego nigdy dawniej nie robił, wypił czarną kawę, gloria, jak nazywają ją robotnicy paryscy.
Dla niego była to prawdziwa uczta. Gospodyni zauważyła jego apetyt i raczyła uprzejmie zwrócić na to uwagę.
Możemy być pewni, że grubej jejmości bardzo się podobało, gdy kto u niej wydawał pieniądze.
Bezzwłocznie potem Fryderyk wrócił do swego pokoju. Przez całą godzinę stał w oknie, podniósłszy głowę do góry, jak gdyby chciał gwiazdy policzyć.
Usłyszawszy, że bije dziesiąta, zamknął okno i położył się do łóżka, mówiąc cicho:
— Do jutra...


XXXVII.
Oko w oko.

Obudził się o godzinie siódmej.
— Trochę za wcześnie — pomyślał. Ubrał się z daleko większą starannością niż dnia poprzedniego, poczem, usiadłszy na łóżku, czekał do godziny ósmej. Wtedy szepnął: — Już czas!
Wsunąwszy pistolet do kieszeni płaszcza, wziął kopertę z dwoma listami i wyszedł z pokoju, zostawiając klucz w zamku.
Przylepiwszy na liście markę pocztową, wrzucił go do najbliższej skrzynki pocztowej.
— Dziś wieczór wyszlą go pociągiem!... — rzekł w duchu — lecz do Bouchot przybędzie dopiero jutro rano; tego właśnie pragnę.
Wkrótce znajdował się na bulwarach zewnętrznych; szedł niemi aż do placu Moncey, gdzie stoi posąg z bronzu, wzniesiony na cześć marszałka, księcia Conegliano, jednego ze sławnych obrońców Paryża przeciw sprzymierzonym.
Przeszedłszy szybko ulicę Havre, skierował się na ulice Fermes-des-Mathurins.
Znalazłszy się na niej, zwolnił kroku. Prawdopodobnie ułożywszy plan cały z góry, nabrał przekonania, że żona jego, jak wiele osób jej podobnych, zmieniła nazwisko.
Naprzeciw bramy domu, w którym mieszkała Emelina, był mały sklepik korzenny. Tam znają ją z pewnością rzekł.
Wszedł do sklepu.
Za ladą siedziała młoda ośmnastoletnia dziewczyna.
Mniemając, że ma do czynienia z kupującym, powstała na widok wchodzącego.
— Pani — rzek Fryderyk, oddawszy ukłon — bądź pani łaskawą udzielić mi kilku wiadomości. Bardzo byłbym wdzięczny...
— I owszem, proszę pana, jeżeli tylko będę mogła — odparła uprzejmie dziewczyna.
— Znasz pani zapewne młodą damę, mieszkającą na pierwszem piętrze przeciwległego domu?...
— Znam ją bardzo dobrze, proszę pana, to nasza klientka.
W takim razie, możesz mi pani powiedzieć, jak się nazywa?...
— Pani de Narme.
— Ta pani często tutaj przychodzi?...
— Ona nie, ale jej służący.
— A! więc ma służących?...
— Troje: kucharkę, stangreta i pokojówkę
— A zatem, to osoba bogata?...
— Co do tego, proszę pana, nie wiem.
— Pewnie często wychodzi z domu?...
— Przeciwnie, bardzo rzadko, zwłaszcza od dwóch, czy trzech miesięcy.
— Więc sądzisz pani, że w tej chwili znajduje się u siebie?...
— Z pewnością. Przed chwilą widziałam, że stangret i kucharka wyszli razem z domu. To mąż i żona; idą prawdopodobnie odwiedzić swoje dziecko, które zostawili u mamki w Ardenteuil.
Fryderyk uczuł gwałtowne wzruszenie.
— Biedacy idą odwiedzić dziecko — pomyślał — a ona, nędznica, opuściła swoje!...
Podziękowawszy młodej dziewczynie, wyszedł śpiesznie ze sklepu. Chwilę zatrzymał się na chodniku, ażeby opanować wzruszenie, które nim owładnęło.
— Ostatnie to moje lepsze uczucie — szepnął.
Błyskawica zalśniła mu w oku i przeszedł przez ulicę, mówiąc:
— Teraz, muszę dojść aż do niej.
Gdyby stróżka znajdowała się w loży, byłoby mu niemożliwem wstąpić na wschody, żeby go nie spostrzegła; wiedział o tem i przypadek ten przewidział. Wkroczył śmiało do loży, gdzie stróżka była w istocie.
— Dzień dobry pani — odezwał się — jak do pani miewa?...
Zagadnięta poznała skrzypka natychmiast.
— Patrzcie! to pan — rzekła — a gdzie pańskie skrzypce?...
— Nie gram dzisiaj — odparł.
— Ach! nie grasz pan... Wiesz pan co, że grasz cudownie na skrzypcach; wielu lokatorów mówiło mi o panu, zwłaszcza jedna stara dama z trzeciego piętra, która, jak mówią, była dawniej wielką artystką, śpiewaczką w operze. Wszyscy mi powiedzieli, że powinnam pana wpuszczać na podwórze, ilekroć pan tylko przyjdziesz. Koniec końców, miałeś pan tu powodzenie i zapłacono cię nieźle. Ostatnim razem zniknąłeś tak szybko, że nie miałeś nawet czasu pozbierać wszystkich pieniędzy, które ci z okien rzucano. Masz pań, zebrałam je, aby ci je oddać; znalazłam pięć sztuk po dziesięć sou i sześćdziesiąt centymów drobnemi. Chociaż pan sam ich nie zebrałeś, nie mniej jednak są one pańską własnością.
— Nie ma się o co troszczyć, moja pani, wezmę je za chwilę.
— A zatem pan powrócisz?...
— Tak jest: idę tylko do jednej pani, mieszkającej w tym domu.
— Do pani, tu mieszkającej? — powtórzyła kobieta ze ździwieniem.
— Polecono mi załatwić u niej pewien interes — młody człowiek szybko dorzucił.
— Aha!... U której to?...
— U pani de Narme. Powiedziano mi, że mieszka na pierwszem piętrze.
— Tak jest. Pan znasz panią de Narme?...
— Znam ją, ale już dawno jej nie widziałem.
— Poznałeś ją pan w Paryżu?...
— Nie, jesteśmy oboje z Tuluzy.
— W takim razie, znasz pan jej rodzinę?...
— Tak jest; zlecenie, które mnie tutaj przywiodło, otrzymałem od jednego z najbliższych krewnych.
— Aha!...
— Pani de Narme jest u siebie, nieprawdaż?... Przyszedłem umyślnie tak wcześnie, aby być pewnym, że ją zastanę.
Stróżka rzuciła spojrzenie na zegar, wiszący na ścianie.
— Za kilka minut dziesiąta — rzekła — pani de Narme prawdopodobnie już wstała.
— A więc mogę iść na górę?...
— Trafisz pan z pewnością, bo na korytarzu są tylko jedne drzwi. Pamiętaj pan nie odchodzić bez wstąpienia do mojej loży; chciałabym jeszcze prosić pana o drobną przysługę, na której mi bardzo zależy; zresztą mam u siebie pańskie pieniądze.
— Nie obawiaj się pani — odparł Fryderyk dziwnym głosem — dzisiaj zabawię tu z pewnością dłużej, niż ostatnim razem.
Wyszedł z loży. Stróżka zawołała:
— A zatem, do widzenia!...
Zostawiając ją bez odpowiedzi, rzucił się na wschody. Na korytarzu pierwszego piętra zatrzymał się przed wysokiemi i szerokiemi drzwiami. Zadzwonił i czekał
— Może i on tam jest! — pomyślał.
Za chwilę, usłyszał wewnątrz mieszkania kroki i prawie równocześnie drzwi się otworzyły. Wszedłszy do pokoju, znalazł się oko w oko z pokojówką swej żony, patrzącą na niego ze ździwieniem, w którem przebijała nieufność.
— Czego pan sobie życzysz? — zapytała pogardliwie.
— Chcę widzieć się z panią de Narme.
— Pani nie przyjmuje.
— Mam jej coś do powiedzenia.
— Jeżeli pan chcesz ją o coś prosić, to możesz do niej napisać.
Fryderyk zmierzył pokojówkę spojrzeniem jasnem i przenikliwem.
— Czy to pani de Narme wydała rozkaz odsyłania w ten sposób osoby, do niej przychodzące? — zapytał.
— Tak, ona.
— W takim razie — odparł — dzisiaj zrobi mały wyjątek. Proszę pannę — ciągnął dalej rozkazująco — abyś poszła oznajmić swej pani, że ktoś koniecznie chce się z nią widzieć.
— Ależ, panie — wyjąkała pokojówka przestraszona.
— Idź panna przecie!,.. przerwał Fryderyk niecierpliwie.
— Nie — odparła — nie wejdziesz pan; ja pana nie znam i nie wiem, kim jesteś; idź pan, idź!...
Fryderyk zwrócił się ku drzwiom, lecz aby je zamknąć. Pokojówka nie spostrzegła, że, obróciwszy klucz w zamku, włożył go do kieszeni.
— Co? — odezwał się gwałtownie — panna jeszcze tu jesteś?... W takim razie, pani de Narme odemnie dowie się o moich odwiedzinach.
Postąpił kilka kroków naprzód. Pokojówka zagrodziła mu drogę, wołając:
— Pan nie przejdziesz! nie przejdziesz!...
— Ta dziewczyna zwaryowała — mruknął głucho.
Chwycił ją za ramię i w tył odepchnął.
Tym razem, pokojówka przerażona, rzuciła się w głąb mieszkania, krzycząc:
— Pani, pani, pani!...
Przejście było wolne. Fryderyk przeszedł przez przedpokój, salę jadalną, i znalazł się w salonie, prawie jednocześnie z pokojówką.
Nie zauważył ani zbytku, ani bogactwa, które go otaczało.
Na krzyki służącej drzwi przeciwlegle tym, któremi wszedł Fryderyk, otworzyły się nagle, i pani de Narme, przestraszona, stanęła na progu salonu.
Ubrana była w penioar z różowego jedwabiu, którego rękawy, krótkie i szerokie, okrywały powyżej łokcia jej ramiona, okrągłe i białe, jak alabaster. Pantofelki również z różowego jedwabiu więziły jej małe nóżki. Szyja była odsłonięta, a prześliczne czarne włosy spadały w splotach na ramiona. W tym cudnym rannym negliżu wyglądała czarująco.
Spojrzenie jej spotkało się z błyskawicą w oczach Fryderyka. Poznała swego męża. Zbladła, jak ściana i z krzykiem przerażenia w tył odskoczyła.
Nie miała czasu zamknąć drzwi za sobą. W dwóch susach Fryderyk znalazł się przy niej. Oszalała z trwogi i drżąca, jak w febrze, cofnęła się przed nim. Lecz jakby pod wpływem siły przyciągającej, oczy jej były przykute do straszliwej twarzy jej męża. On, skrzyżowawszy ręce na piersiach, wpił w nią ogniste spojrzenie i miażdżył niem nieszczęśliwą.
Przez chwile patrzyli na siebie: ona, oparta o mebel, on, stojąc na środku pokoju. Można było usłyszeć muchę, przelatującą w powietrzu. To głębokie milczenie miało w sobie coś zatrważającego.
Oniemiała z przestrachu pokojówka weszła, trzęsąc się, do pokoju swej pani. Przytuliwszy się do ściany, śledziła z niepokojem poruszenia nieznajomego.
Fryderyk zrobił dwa kroki naprzód.
— Pani — rzekł straszliwym głosem do Emeliny — mamy ze sobą do pomówienia; to, co pani powiem, nikt, oprócz ciebie, słyszeć nie powinien, bądź więc łaskawa odesłać pokojówkę.
Emelina zachowała zupełną nieruchomość.
— Pani — odezwał się Fryderyk razkazująco — chcę, abyś kazała tej dziewczynie natychmiast się oddalić.
Tym razem Emelina odwróciła się do pokojówki i rzekła jej głosem prawie przygasłym:
— Zostaw nas!..
Służąca nie życzyła sobie, prawdopodobnie, czego innego, gdyż wyszła szybko z pokoju.
Fryderyk zamknął drzwi. Zauważył w nich zasuwkę; popchnął ją silnie. Potem powrócił do żony, która śledziła z obawą każde jego poruszenie.
— Teraz — rzekł — jesteśmy sami, możemy rozmawiać, będąc pewni, że nikt, tak sądzę przynajmniej, nie przyjdzie nam przeszkadzać.
Młoda kobieta zdołała opanować trwogę. Wyprostowała się gwałtownie w przekonaniu, że, nadrabiając odwagą, potrafi zaimponować swemu mężowi.
Możesz pan się oddalić — oświadczyła sucho — nie mam panu nic do powiedzenia i nic ci nic powiem.
Szczególny uśmiech przemknął po ustach Fryderyka.
— Rzeczywiście — odparł — nic mi pani nie masz do powiedzenia, bo nawet w przeciwnym razie nie dowiedziałbym się nic nowego. To co pani zrobiłaś, jest mi wiadomem, czem zaś pani jesteś, o tem nie wątpiłem nigdy ani chwili... Te meble, pokrycia dywany, obrazy, bronzy, mówią za ciebie mówią mi o twoim bezwstydzie, mówią mi o twojej nikczemności!... Ach, ach! — ciągnął dalej z gryzącem szyderstwem, — nie za meble z ulicy Montholon, które sprzedałaś, nie za moje skrzypce i mój fortepian, które również sprzedałaś, kupiłaś sobie to wspaniałe umeblowanie. Sądzę także, że nie za oszczędności, które pani zebrałaś, nie płacąc długo za karmienie twego dziecka, pozwoliłaś sobie na utrzymanie trojga ludzi, powozu i koni. Prawda, moja pani, zupełna prawda, że nie masz mi nic do powiedzenia, nawet tego, ile kosztuje cię ten zbytek. Wiem dobrze o kobietach, sprzedających drogo swoje pocałunki.
Emelina zadrżała.
Fryderyk ciągnął dalej, nie zmieniając głosu:
— Tak więc, poznałaś mnie pani natychmiast... Widocznie więc boleści i nieszczęścia, które na mnie się zwaliły, i długie miesiące nędzy nie zgięły jeszcze mego ciała i nie pokurczyły rysów. O! złe, które mi pani wyrządziłaś, nie odbije się na mej twarzy, o nie!... Ono leży tam, tam, głęboko w sercu i w duszy!... Zewnętrzna powłoka jest jeszcze silna i nieuszkodzona, tylko wewnątrz wszystko naraz pękło i została ruina!...
— Koniec końców, po co pan tu przyszedłeś — przerwała Emelina — czego pan chcesz odemnie?...
— Czego chcę od ciebie?... Dowiesz się o tem niebawem — odparł głucho:
I ciągnął dalej:
— Pani mi nie masz nic do powiedzenia, a więc, przyznam się szczerze, byłem jeszcze dość głupim, aby sądzić, że zapytasz się pani o twoje dziecko... Bo przecież to twoja córka, ty ją przecież na świat wydałaś... I widzisz pani, pomimo tego, czem pani jesteś, nie wątpię, że dziecko to jest również mojem dzieckiem... Tak jest, naprawdę, przychodząc tutaj, mówiłem sobie w duchu, że pani zapytasz się o twoje dziecko. Byłem głupim, nieprawda?... Ach! tak, trzeba bardzo mało znać kobietę, ażeby nie wiedzieć, że, gdy uchybi ona jednemu obowiązkowi, to zdradza je potem wszystkie po kolei. Kobieta bez serca i wstydu, żona spodlona, nie mogłaby mieć serca matki. Powinienem był to przewidzieć. Opuściłaś pani twoje dziecko i zapomniałaś o niem, tak być musiało. Zrozumiałaś bez wątpienia, że nie byłaś godna myśleć nawet o niem!...
Pod temi straszliwemi wyrazami Emelina spuściła głowę. Fryderyk mówił:
— Jeżeli matka opuszcza swoje dziecko, niema w tem przecież nic zadziwiającego; wiele innych matek, wiele innych potworów ludzkich, wyrzuca je na ulice, katuje bez miłosierdzia, lub nawet zabija. Dla mnie, pani, pierwsze są godne drugich; pani jesteś jednym z tych potworów! Zapytywałaś mnie przed chwilą, z naiwnością, której już u ciebie nie podejrzywałem, po co tu przybyłem; po pierwsze ażeby ci to wszystko powiedzieć.
— A teraz? — przemówiła, głowę podnosząc.
— Teraz, jeżeli pani pozwolisz, pomówimy poważnie o rachunku, który mamy do spłacenia między sobą.
— Rozumiem — odparła — jesteś pan biedny, potrzebujesz... pieniędzy. Powiedz mi pan, ile żądasz, a jutro wszystko otrzymasz.
Błyskawica zapaliła się w oczach Fryderyka, lecz zgasła natychmiast. Zaczął się śmiać nerwowo, przeraźliwie, przejmując dreszczem Emelinę.


XXXVIII.
Ostatni etap.

Po wybuchu śmiechu męża nastąpiło ponure milczenie. Emelina patrzyła na niego z wzrastającym niepokojem, zapytując się w duchu, czy niema przed sobą obłąkanego. Rzuciła na około siebie szybkie spojrzenie, jakby szukając możliwości ucieczki. Lecz pokój nie miał innych otworów nad okno i drzwi, przed któremi stanął Fryderyk.
Ten zaczął znowu mówić:
— Jestem wzruszony, tak jest, wzruszony aż do głębi duszy zajęciem, które mi pani raczysz okazywać. Mógłbym zwrócić twoję uwagę na to, że myślisz nieco za późno o mojem ubóstwie i potrzebie pieniędzy. Tak jest, trochę za późno, bo już od przeszło czterech miesięcy miałbym czas zdechnąć z nędzy, jak pies parszywy, w jakim ciemnym kącie lub wstrętnej jamie. Ale na co zda się mówić pani o takich rzeczach? — ciągnął dalej, potrząsając głową — i tak mnie nie zrozumiesz. Lepiej powiem pani, że nie spodziewałem się tej nowej niespodzianki, której mi dotąd oszczędzałaś. To pewna, że jesteś nędzną, podłą, nikczemną; lecz nie sądziłem nigdy, że możesz być dość bezwstydną, ażeby mi zaproponować cynicznie, bym zanurzył wraz z tobą ręce w pieniądzach twego kochanka!... Ach! brakowało jeszcze tylko tej jedynej obelgi... Ostatnia ona, lecz nie mniej krwawa!... Pani uwieńczyłaś twoje dzieło!... Widzisz pani, mam więcej wstrętu, niż gniewu!... Bogu dzięki, nie jestem podobny do ciebie; to dobre dla ciebie dotykać złota, które parzy ręce, wypala oczy i jest zapłatą za hańbę!... Lecz słuchaj mnie pani dalej; zależy mi na tem, ażeby ci wszystko powiedzieć, nic przed tobą nie ukryć. Jesteś kobietą zgubioną, jedną z tych istot, godnych pogardy, których imienia ludzie uczciwi nie śmią nawet wymówić; a jednak pomimo tego kocham cię jeszcze, tak, kocham cię zawsze... I to ta miłość, którą żywiłem dla ciebie, która żyje jeszcze w głębi mego zranionego serca, dodała mi odwagi, ażebym przyszedł dzisiaj żądać od ciebie...
— Nigdy — zawołała, przerywając mu w mowie — nie kocham już pana!...
Zrazu spojrzał na nią ze ździwieniem; lecz nagle zrozumiał i wzruszył pogardliwie ramionami.
— Ach, proszę — odezwał się — cóż pani sobie znowu wyobrażasz?... Co! mogłabyś sądzić, że przychodzę zmusić cię do opuszczenia twego kochanka i dzielenia nadal ze mną mego ubóstwa i mej nędzy!... Lecz, nieszczęśliwa istoto, na świecie nie istnieje człowiek z sercem, szanujący siebie samego, któryby zechciał podnieść cię z kału w który samochcąc zabrnęłaś... Ach nie potrzebowałaś pani wołać tak głośno.
— „Nie kocham już pana!...“
Mogłaś łatwo powiedzieć, że nie kochałaś mnie nigdy... Lecz kogóż pani w życiu kochałaś?... Nikogo!... Ani twych rodziców, ani twego dziecka!... A teraz kogo kochasz?... Kochasz złoto, które twój kochanek, pan Karol Dumey, rzuca ci pod nogi, zbytek, który cię upaja, jedwab, który cię okrywa!...
— Lecz, pytam się raz jeszcze, czego pan chcesz odemnie? — zawołała.
Dwie błyskawice zamigotały w oczach Fryderyka.
— Pani — odparł drżącym głosem, przybliżając się do niej — przychodzę cię zapytać, co zrobiłaś z moim honorem!...
Przerażona pałającem spojrzeniem swego męża, Emelina cofnęła się kilka kroków.
— Tak, co zrobiłaś z moim honorem? — powtórzył posępnie — co z nim zrobiłaś? Odpowiedz pani, czy możesz mi go oddać?... A moje serce złamane? A moje szczęście pogrzebane? A moje istnienie, które podeptałaś nogami? Złudzenia, które straciłem na zawsze? Talent, który zniknął?... No, powiedz pani, czy możesz mi oddać to wszystko? Nie, prawda? A więc, oto rachunek, który musimy spłacić między sobą...
Emelina czuła, że przerażenie opanowało znowu jej członki.
Stała nieruchoma, przygwożdżona, spiorunowana płomienistym wzrokiem swego męża.
Po chwili milczenia Fryderyk ciągnął dalej:
— Mogłem iść do domu twego kochanka, nie zrobiłem tego. Bezwątpienia, że to nędznik, podły... Ale pominąwszy wszystko inne, jest w swojej roli. Mając pieniądze, kupował; byłaś pani do sprzedania, kupił cię... Nie on tu zawinił, lecz ty!...
Głowa Emeliny opadła jeszcze niżej.
— Czy przypominasz pani sobie, com ci niegdyś powiedział? — ciągnął dalej Fryderyk, jeżeli zapomniałaś o tem, jak o tylu innych rzeczach, mogę ci to przypomnieć.. Powiedziałem ci: „Emelino, gdybyś mnie zdradziła, zabiłbym cię!“
Drgnęła i spojrzała na niego z przestrachem.
— Pani — mówił Fryderyk ponuro — oszukałaś mnie, zdradziłaś, zbezcześciłaś! Postąpiłaś jeszcze nikczemniej, opuściłaś twoje dziecko i oddałaś się, jak ulicznica!... A więc, trzeba za to wszystko zapłacić. — Po długim namyśle dodał z przerażającem spojrzeniem, oto, co postanowiłem: — musisz zginąć. Wierniejszy od ciebie, chcę dotrzymać danej obietnicy: zabiję cię!“
Emelina, oszalała z trwogi, wydała chrapliwy okrzyk, i rzuciła się do okna w zamiarze wołania o pomoc.
Lecz szybki, jak błyskawica, Fryderyk skoczył do niej, chwycił ją za ramię i popchnął gwałtownie w głąb pokoju.
Chciała krzyczeć, wołać; przerażenie obezwładniło jej język; jakiś charkot wydobył się ze ścisnionego gardła.
— Nie powiedziałem pani wszystkiego, rzekł Fryderyk — słuchaj jeszcze. Nie szukałem ciebie; sądziłem, byłem przekonany, że uciekłaś daleko, aby ukryć twą hańbę. Za pomocą pogardy, którą mam dla pani, miałem nadzieję, zapomnieć o tobie; tak jest, gdybym cię był zapomniał, byłbym cię zostawił w błocie w którem się nurzasz z taką lubością, lecz przeznaczenie rozstrzygnęło inaczej. Słuchaj tego, pani, słuchaj dobrze wychodząc z więzienia, do którego mnie popchnęłaś, do którego mi drzwi otworzyłaś, znalazłem się bez środków do życia. Pomimo tego, nie chcąc zginąć z głodu lub rzucić się do Sekwany, jak miałem myśl pierwotnie, musiałem zacząć zarabiać w jakikolwiek sposób. Co robić? Gdzie pójść? U kogo się przedstawić? Nieszczęśliwy, wychodzący z więzienia, jest przeklętym paryasem... Wszyscy go unikają, wszyscy patrzą nań z ukosa, odpychają go, uciekają przed nim, jak przed zapowietrzonym. Byłem więc dość nędznym i dość zrozpaczonym, ażeby skończyć wreszcie z tem życiem, które mi było ciężarem; ale chciałem żyć dla mojej córki, dla naszego dziecka! Nigdzie nie można istnieć bez pieniędzy; wiesz, pani, co zrobiłem, ażeby ich dostać? Prawdopodobnie za twoim rozkazem sprzedano skrzypce; kupiłem inne i zostałem ulicznym muzykantem. Wychodziłem rano, udawałem się na podwórze jakiegoś domu, i ze śmiercią w duszy, a łzami w oczach, z piersią wezbraną łkaniem i krwawiącem się sercem, grałem na skrzypcach, ażeby otrzymać jałmużnę z rąk dobrych ludzi. Stawszy się żebrakiem, przyjmowałem jałmużnę. Wtedy, myślałem o mojej córce; lecz myślałem także o tobie... I na głowie czułem wieniec z cierni! Zarabiałem dosyć w tem bolesnem i smutnem rzemiośle. Nie tylko, że chleb jadłem, ale nadto mogłem dać sześćset franków mamce mego dziecka. Widzisz, pani, w życiu twojem spełniłaś tylko jeden piękny czyn i dziękuję ci za niego: zapomniałaś, że winna byłaś mamce twej córki po pięćdziesiąt franków za każdy miesiąc. Nie niecierpliw się pani, wkrótce skończę.
— Teraz opowiadam dalej: Przed trzema dniami, jako żebrak, wstąpiłem na dziedziniec tego domu i, wyciągnąwszy skrzypce z pod pachy, zacząłem grać, czekając na datki litościwych osób. Skończyłem już grać, gdy nagle jedno z okien pierwszego piętra się otworzyło. Spostrzegłem w niem najprzód rękę, potem twarz kobiety. Poznałem tę kobietę, ty nią byłaś, pani! Widzisz, pani, nie szukałem ciebie wcale; tak chciało przeznaczenie. Ręka twoja rzuciła pod moje nogi cztery sou, obwinięte w papier, podniosłem je z ziemi i oddaliłem się szybko. A teraz, powiem ci, pani, jaki użytek zrobiłem z twej jałmużny. Po pierwsze, pociąłem obie sztuki na części, na dwadzieścia kawałków, po dziesięć z każdej. Może pani zapytasz, dla czego to uczyniłem; zaraz się o tem dowiesz.
Wyjął z kieszeni rewolwer.
Na widok broni Emelina wydała okrzyk przeraźliwy i w tył odskoczyła.
— Widzisz pani — odezwał się Fryderyk, To pistolet. Pistolet podwójny — mówił wolno, nabiłem go twemi pieniędzmi, pociętemi w kawałki; papier posłużył mi do zatkania otworów. Dziesięć kawałków jest po jednej stronie, dziesięć po drugiej, policzyłem je dobrze... O! ja jestem wzorowym mężem, nie chcę skrzywdzić mej żony. Dwa sou dla jednego, dwa dla drugiego, podział równy. Pierwszy strzał dla ciebie, drugi dla mnie. — Z oczami błyszczącemi, gorączkowo wyprostował się w całej swej postaci. Pani — przemówił straszliwym głosem, umrzemy razem!...
Słowa te zadźwięczały w uszach Emeliny, jak odgłos trąby sądu ostatecznego.
— Nie, nie! — krzyknęła przerażliwie — nie zrobisz tego!...
— Umrzemy razem! — powtórzył Fryderyk chrapliwie.
— Ależ to zbrodnia, zbrodnia!...
— Jestem twoim mężem, tyś kobieta zgubiona, mam prawo cię zabić.
— Nie, nie, to morderstwo!...
— To kara!...
— Jesteś mordercą, podłym mordercą!...
— Milcz! jestem sędzią!...
Podniósł pistolet i zbliżał się do niej.
W tej chwili Emelina była całkiem oszalała z przerażenia.
— Nie, nie, nie zabijaj mnie. Łaski, łaski! — błagała ze złączonemi rękami.
— Jesteśmy oboje przeklęci — odpowiedział głucho — nie ma łaski dla przeklętych.
Załamawszy ręce, aż zatrzeszczały w stawach, z błagalnem spojrzeniem, upadła na kolana.
— Ja nie chcę umrzeć — krzyknęła rozpaczliwie — łaski! łaski!... Weź mnie ze sobą, zrobię wszystko, co zechcesz!...
Rzucił jej spojrzenie pełne pogardy i wstrętu.
— Będę kochała moje dziecko! — zaczęła.
— Za późno — odparł zimno — nasza córka nie należy już do nas; darowałem ją.
— Żałuję!...
— Tem lepiej dla ciebie, może Bóg ci przebaczy!...
— Litości, litości!...
— Nie mam już litości; trzeba umierać.
Z włosami rozburzonemi, oczami na wierzch wysadzonemi i rysami, strasznie ściągniętem, wiła się u jego nóg.
Była to okropna chwila.
Nagle skoczyła na równe nogi, wydając z siebie jakiś ryk nieludzki.
— Do mnie, do mnie, na pomoc! — krzyknęła.
Fryderyk dał ognia.
— Runęła na wznak, z rękami rozkrzyżowanemi, spiorunowana, z ogromnym otworem na środku czoła.
Strzał nie chybił.
Fryderyk włożył pistolet do ust. Dał się słyszeć drugi wystrzał.
Mąż upadł obok żony, z czaszką otwartą, straszliwie zeszpecony.
Krew lała się strumieniami. Na około nich poszarpane kawałki ciała leżały na dywanie i meblach.


XXXIX.
Obłąkana.

Pokojówka, posłuszna swej pani, wyszła z pokoju, zadając sobie w duchu pytanie, kimby był ten nieznajomy, wydający w domu rozkazy i zachowujący się nie jak obcy, lecz, jak gospodarz.
Ciekawa, jak większa część bohaterek z przedpokoju, pozostała w salonie, ażeby słuchem przynajmniej być obecna scenie, która miała się niebawem rozegrać.
Przytknąwszy ucho do dziurki od klucza i wstrzymawszy oddech, słuchała.
Dowiedziała się wkrótce, że ten człowiek, tak nędznie odziany, z bladą twarzą i ponurem spojrzeniem, był mężem jej pani. Nie było to dla niej niespodzianką. Wiedziała od dawna, że osobę, która nazywała się panią de Narme, protegował pan Karol Dumey; dotychczas nie było jej tylko wiadomem, że pani de Narme ma męża i dziecko.
Odkrycie tej tajemnicy było dla niej bardzo cennem, i może układała już w myśli w jaki sposób zużytkuje na swą korzyść tak szczęśliwą sposobność.
Przybliżywszy się jeszcze bardziej do drzwi, słuchała z wzrastającem zajęciem.
Kiedy głos męża stał się groźnym i gdy usłyszała, że zamierza żonę swą zabić, przestrach ją opanował. Pomimo tego nie ruszyła się z miejsca. Zależało jej widocznie na usłyszeniu tego, co miało nastąpić.
Usłyszała głos swej pani, błagający i proszący o łaskę.
Stała wciąż nieruchoma. Jej nieruchomość była może jednym ze skutków, jakie pociąga za sobą gwałtowne wzruszenie.
Serce jej biło, jak młotem, oddychała szybko, a wielkie krople potu perliły się na czole.
Kiedy jednak Emelina rzuciła krzyk rozpaczliwy: „Do mnie, do mnie, na pomoc!“ wyprostowała się, jak na sprężynach, z oczami, pełnemi przerażenia.
Na odgłos wystrzałów, następujących jeden po drugim, prawie oszalała z trwogi, Rzuciła się do przyległego pokoju, wydając krzyki przeraźliwe.
Znalazłszy się przy drzwiach wchodowych, chwyciła za klamkę. Nie mogła ich otworzyć. Wiemy już, dlaczego
Wtedy, ciągle krzycząc, otworzyła okno i zaczęła wołać z całych sił na pomoc, bijąc w powietrzu rękami.
Zwabieni dwoma wystrzałami, odźwierna, wielu lokatorów domu, a nawet osoby z ulicy były już na schodach.
Pokojówka usłyszała dźwięk dzwonka i kołatanie do drzwi.
— Otwórzcie, otwórzcie! — wołano.
— Nie mogę — odpowiedziała — nie mam klucza, nie wiem gdzie jest.
Zaczęła znowu jęczeć i płakać spazmatycznie.
Na schodach można było usłyszeć, jak wołała:
— O mój Boże! o mój Boże!... Co za nie szczęście! To okropne!... Zabił ją, zabił się także!... Co za nieszczęście... co za nieszczęście!...
Odźwierna i inne osoby nie mogły wątpić dłużej o tem, co zaszło w mieszkaniu.
W domu spełniono straszne morderstwo, Jakiś człowiek pobiegł po ślusarza, drugi pośpieszył z uwiadomieniem do komisarza policyi.
Tymczasem lokatorowie domu zeszli na pierwsze piętro; schody były pełne ciekawych. Ogromny tłum zgromadził się na ulicy, przed domem, do którego dwóch żandarmów broniło wejścia.
W mieszkaniu pokojówka biadała coraz głośniej.
Ślusarz nadszedł.
Przeszło trzydzieści osób rzuciło się wgłąb mieszkania.
Pokojówka poprowadziła ich do pokoju swej pani. Ci, co przybyli pierwsi, spróbowali otworzyć drzwi, lecz te, jak pierwsze, były na klucz zamknięte. Trzeba było ustąpić miejsca ślusarzowi.
Wreszcie zniknęła ta ostatnia przeszkoda, stojąca w drodze ogólnemu zaciekawieniu.
Widzowie ujrzeli przed sobą dwa krwawe trupy.
Widok był tak straszliwy, że nawet z najobojętniejszych piersi wyrwał się okrzyk przerażenia i zgrozy. Po tym okrzyku nastąpiło ponure milczenie.
Mężczyźni odkryli głowy. Kobiety zasłoniły twarze rękami.
Na ulicy, młoda kobieta, wykwintnie ubrana, utorowała sobie przejście przez tłum i stanęła u wejścia do domu. Jeden z żandarmów zagrodził jej wejście, mówiąc:
— Nie wolno wchodzić...
Dlaczego, mój panie?...
— Popełniono przed chwilą zbrodnię, morderstwo; czekamy na pana komisarza policyi.
Młoda osoba zbladła bardzo.
— Zbrodnia, morderstwo? — powtórzyła, o Boże! Ależ ja należą do domu, panie, pozwól mi wejść na chwilę.
— A! pani tu mieszkasz?...
— Nie chcę kłamać przed panem; jedna z moich przyjaciółek mieszka w tym domu; przychodzę złożyć jej wizytę. Odźwierna zna mnie bardzo dobrze; nazywam się Helena Surmain.
— Możesz pani wejść — odezwał się żandarm, usuwając się na bok.
Weszła.
W loży stróża, której drzwi były zamknięte, nie spostrzegła nikogo. Przebiegłszy szybko schody, ujrzała przed sobą drzwi, prowadzące do mieszkania Emeliny. Jej serce się ścisnęło, coś, jakby kurcze chwyciło za gardło, a dreszcze wstrząsnęły całem ciałem.
W domu popełniono morderstwo: miałażby Emelina paść jego ofiarą?...
Pomimo tego, nie słysząc żadnego hałasu w głębi mieszkania, próbowała się uspokoić. Wszystkie drzwi były otwarte; przeszedłszy przez przedpokój i salę jadalną, znalazła się w salonie. Natychmiast spostrzegła mnóstwo osób w pokoju Emeliny. Mgła zasłoniła jej oczy i drżenie nerwowe przebiegło po członkach.
Posunęła się machinalnie, bez oddechu, słysząc szum w uszach. Czuła, że ją coś ciągnie naprzód i popycha.
Odźwierna spostrzegła ją i poznała natychmiast.
— Ah! pani, ah! pani! — zawołała okropność Chodź, pani, chodź!...
Nowo przybyłej zrobiono miejsce.
— Patrz, pani, patrz — ciągnęła dalej stróżka — czy widziano w życiu coś podobnego?...
Oczy pani Surmain padły na oba trupy kąpiące się we krwi.
Przy Emelinie poznała Fryderyka Boissier, człowieka, którego niegdyś kochała, którego jeszcze kochała, i którego ścigała bez przerwy swą zemstą.
Chwilę stała nieruchomo, z rozszerzonemi źrenicami i pałającym wzrokiem.
Nagle, trzy łkania wydobyły się z jej gardła; rysy ściągnęły się nie do poznania; oczy zdawały się wychodzić z oprawy, twarz z bladej stała się zieloną. Zachwiała się, okręciła w miejscu, chwyciła się za piersi, jak gdyby dla zaczerpnięcia powietrza, wydala jeden tylko przerażają okrzyk i runęła bezwładnie na ziemię.
Podniesiono ją szybko i przeniesiono do salonu, gdzie położono na kanapie.
Odźwierna i dwie inne kobiety zaczęły ją cucić z omdlenia.
— To nic groźnego — mówiono — tylko omdlenie.
W chwilę potem przybył komisarz policyi w towarzystwie lekarza, swego sekretarza i kilku ajentów. Na jego rozkaz, wszyscy wyszli z pokoju, poczem agenci opróżnili całe mieszkanie z ciekawych, pozostawiając tylko pokojówkę, odźwiernę i dwie inne kobiety, zajęte otrzeźwianiem pani Surmain.
Lekarz stwierdził niebawem, że tak mężczyzna, jak i kobieta, nie żyli; pierwszy trzymał jeszcze w zaciśniętej pięści pistolet i łatwem było do odgadnięcia, że zabił on najpierw kobietę, a potem sam pozbawił się życia. Chodziło tylko o odkrycie przyczyny zabójstwa i samobójstwa.
Komisarz policyi przeszedł do salonu, ażeby wybadać odźwierną i pokojówkę.
Tymczasem lekarz przypatrywał się ranom trupów i przekonał się, nie bez ździwienia, czem broń była nabita.
Odźwierna opowiedziała komisarzowi, jak muzykant uliczny zjawił się u niej, oświadczając, że ma zlecenie do pani de Narme.
— Ach! gdybym była domyślała się czegoś — dodała przy końcu opowiadania — nie byłabym mu pozwoliła wchodzić na górę.
Początkowo, pokojówka wahała się z odpowiedzią, nie chcąc przyznać się urzędnikowi, że ciekawość popchnęła ją do odegrania roli szpiega. Lecz przyciśnięta do muru, zmuszona do wytłomaczenia milczenia, które zachowywała podczas sceny, poprzedzającej zabójstwo, opowiedziała komisarzowi policyi dosyć wiernie i dosyć szczegółowo wszystko, co przed godziną przez drzwi słyszała.
Od tej chwili dramat nie zawierał w sobie nic tajemniczego.
Żona opuściła swego męża i było widocznem, że zazdrość czy wściekłość uzbroiły ramię tego ostatniego.
Lecz jakież było nazwisko tego człowieka i prawdziwe nazwisko jego żony?... Tego, ani odźwierna, ani pokojówka, powiedzieć nie mogły.
Urzędnik dowiedział się od nich, że pani Surmain była przyjaciółką pani de Narme. Obie kobiety dodały, że można było przypuszczać, iż znały się od wielu lat, prawdopodobnie nawet od dzieciństwa.
Podczas gdy komisarz zasięgał wiadomości co do zbrodni, lekarz wyszedł z pokoju. Obecnie czynił wszelkie usiłowania, aby pani Surmain przywrócić przytomność.
Komisarz policyi czekał w nadziei, że pani Surmain dostarczy mu nowych cennych informacyj.
Upłynęło jeszcze dziesięć długich minut. Wreszcie lekarz zwrócił się do komisarza, mówiąc:
— Oddech powraca, za chwilę odzyska przytomność.
W istocie, prawie natychmiast pani Surmain zadrżała, podniosła ramiona i otworzyła oczy.
Posadzono ją na kanapie, opierając na poduszce. Nagle stanęła na równe nogi, patrząc na otaczających błędnym wzrokiem.
Komisarz policyi zbliżył się do niej.
— Pani — odezwał się uprzejmie — jak pani się czujesz. Czy mogłabyś już odpowiedzieć mi na kilka pytań, które pragnąłbym ci zadać?...
Spojrzała na niego i zaczęła się śmiać.
— Och — zawołał lekarz.
Pani Surmain posunęła się kilka kroków naprzód, przybliżając obie ręce do czoła. Następne, przyłożywszy palec do ust, wyciągnęła szyję i nadstawiła ucha, jak osoba, która coś słucha uważnie.
— Pst! — szepnęła — czy słyszycie?... Prawda, że gra cudownie na skrzypcach?... Ach! to wielki artysta!... Słuchajcie, słuchajcie!... To on, to Fryderyk Boissier, tylko on potrafi tak grać na skrzypcach... To ustęp z jego kompozycyi... Jakie to piękne, jakie to piękne!...
— Fryderyk Boissier — szepnął urzędnik.
Pani Surmain ciągnęła dalej, kołysząc głową, tonem śpiewnym:
— Niewdzięcznik, kochałam go, a on poślubił Emelinę... Ach! nie mówcie mu, że go kochałam, że kocham go zawsze i że jestem zazdrosną... Nie bójcie się, będzie za to ukarany, będzie. Tem gorzej dla niego. Wiecie, co zrobiła Emelina?... Opuściła Fryderyka. Karol Dumey jest jej kochankiem. Ah jestem pomszczoną!... Cóż on powie na to, on, Fryderyk Boissier?... Nie wiem. Przez niego ja płakałam, przez Emelinę on płakać będzie... Tem gorzej dla niego. Jestem pomszczoną!...
Chwilę milczała. Następnie, kłaniając się na prawo i na lewo, jak gdyby wchodziła do salonu:
— Panowie i panie!... przemówiła — już dawno nie widzieliśmy się, bardzo mi przyjemnie was powitać.
Cofała się powoli, oddając ukłon. Nagle wyprostowała się gwałtownie i popatrzyła się błędnie na osoby, znajdujące się w salonie.
— Jacyście wy śmieszni! — zawołała.
I wybuchnęła głośnym śmiechem.
Osoby, otaczające ją, przypatrywały jej się z litością.
— Nieszczęśliwa — rzekł smutnie lekarz — zwaryowała.


XL.
Dobre serca.

Pod tytułem: Dramat przy ulicy de la Ferme-des-Mathurins jeden z dzienników wieczornych zamieścił co następuje:
„Dziś rano, między dziesiąta a jedenastą, straszliwy dramat miał miejsce w mieszkaniu na pierwszem piętrze domu przy ulicy de la Ferme-des-Mathurins.
„Jakiś muzykant uliczny wszedł do mieszkania pani de Narme, oświadczywszy odźwiernej, że ma ważne polecenie do jej lokatorki. Stróżka puściła go na wschody bez jakiegokolwiek podejrzenia. Niebawem, tak w domu, jak w większej części dzielnicy usłyszano dwa wystrzały. Podczas gdy kilkanaście osób rzuciło się na wschody, przechodnie zgromadzili się przed domem, na ulicy.
„Kiedy chciano wejść do mieszkania, zastano drzwi zamknięte, i klucz zniknął. Ten klucz znaleziono później w kieszeni muzykanta.
„Wkrótce, sprowadzono ślusarza; równocześnie doniesiono o tem, co zaszło, komisarzowi policyi.
„Wreszcie drzwi stanęły otworem. W głębi mieszkania w jednym pokoju, znaleziono dwa trupy okropnie zeszpecone, nurzające się we krwi. Zabiwszy panią de Narme strzałem z pistoletu, muzykant odebrał sam sobie życie.
„Według informacyi, które na razie otrzymaliśmy, muzykant nazywa się Fryderykiem Boissier. a pani de Narme która nie była niczem innem, niż kobietą z półświatka, jest jego żoną.
„Jeżeli szczegóły, które umieściliśmy w łamach naszego dziennika są dokładne, w takim razie tajemnica znika i przyczyna dramatu zupełnie wyjaśniona. Mąż zabił żonę, ażeby pomścić swój honor znieważony, następnie zaś popełnił samobójstwo.
„Jakaś młoda dama, bardzo przystojna, przyjaciółka pani de Narme, czy Boissier, doznała tak gwałtownego wzruszenia na widok trupów, że skutkiem tego zwaryowała.
„Jutro doniesiemy więcej szczegółów.”
Przenosimy się do zamku de Roure w Nievre, nazajutrz po wypadkach, które wyżej opisaliśmy.
Wiejski listonosz przybył przed chwilą. Służący przyniósł dzienniki panu de Mesle.
Pan de Mesle prenumerował trzy dzienniki paryskie. Pierwszym, który wziął do ręki był ten, który umieścił sprawozdanie o śmierci Fryderyka Boissier i jego żony.
Pan de Mesle przebiegł szybko oczami pierwszą stronicę, następnie drugą i trzecią.
Siedząc przy oknie, o kilka kroków od męża, pani de Mesle była zajęta haftowaniem serwety na stolik.
Nagle, jednym ruchem, pan de Mesle stanął na równe nogi.
— Och! to okropne! — szepnął.
Pani de Mesle odwróciła się szybko. Zauważyła bladość na twarzy męża.
— Co ci takiego, przyjacielu? — zapytała z niepokojem — co nazywasz okropnem?...
Pan de Mesle zbliżył się do żony.
— Czytaj — rzekł, kładąc jej dziennik na kolanach. — Tam, dramat na ulicy de la Ferme-des-Mathurins — dodał, wskazując palcem na sprawozdanie.
Pani de Mesle pożerała artykuł oczami. Przeczytawszy go, zwróciła się do męża ze łzami w oczach.
— Och! tak — rzekła to przerażające!...
— Teraz pojmuję znaczenie pewnych słów mamki małej Janinki — odparł pan de Mesle.
— O biedne maleństwo, biedne maleństwo! — powtarzała młoda kobieta, ukrywszy twarz w dłoniach.
— Rzeczywiście jest ona godna litości — rzekł pan de Mesle biedna sierota!...
Nastało obopólne milczenie, podczas którego młoda kobieta złożyła dziennik i rzuciła serwetę na stolik. Poczem podniosła się, wzięła rękę męża i przemówiła:
— Wiesz, że kocham bardzo małą Janinkę?...
— Kochasz ją tak, że jestem czasami zazdrosny — odparł.
— Byłżebyś rzeczywiście zazdrosnym o moje przywiązanie dla tego dziecka?...
— Żartuję — odpowiedział z uśmiechem.
— Widzisz, przyjacielu, przywiązanie, które można żywić dla dziecka, nie jest podobnem do miłości dla męża.
— Wierzę.
— Ale ty sam, przyjacielu, czy nie kochasz także małej Janinki?...
— Kocham wszystko, co ty kochasz.
Zarzuciła mu ręce na szyję i ucałowała gorąco.
— Teraz, kiedy ojciec i matka umarli tak tragicznie, cóż mamy robić? — zapytał pan de Mesle.
— Po pierwsze, musisz kazać zaprządz.
— A potem?...
— Pojedziemy do Bouchot.
— Zgoda, jedźmy do Bouchot.
W godzinę później państwo de Mesle wysiadali z powozu przed domem mamki w Bouchot.
Mąż i żona wyszli razem na ich spotkanie
— Mój mąż wybierał się właśnie do zamku de Roure — rzekła kobieta szczególnym głosem.
— Dla czego? — zapytał de Mesle.
— Aby państwu zanieść list od ojca małej Janinki, który otrzymaliśmy z poczty przed chwilą. Ten list jest zaadresowany do pani de Mesle.
— Do mnie? — zawołała młoda kobieta ze ździwieniem.
— Tak, pani. W tej samej kopercie znajdował się drugi list dla nas, list, który nas bardzo zaniepokoił, gdyż pan Boissier donosi w nim, że zamierza położyć koniec swemu życiu, to okropne.
Państwo de Mesie zamienili między sobą szybkie spojrzenie.
Weszli do domu.
Mała Janinka, bawiąca się lalką, wydała maleńki okrzyk radości na widok nowoprzybyłych; rzuciwszy lalkę na ziemię, przybiegła do pani de Mesle z otwartemi rączętami.
Młoda kobieta posadziła ją na kolanach, ucałowawszy głośno w oba policzki i szepnęła z współczuciem i tkliwością:
— Szczęśliwy wieku, szczęśliwa niewinności, szczęśliwa nieświadomości!...
— Tak — dodał pan de Mesle — nieszczęście uderza na około niej najstraszliwszemi ciosami, nie mącąc w niczem jej dziecinnych uczuć i radości.
— Kochana maleńka — odparła ze wzruszeniem — oby mogła o nich nigdy nie wiedzieć.
— Teraz — rzekł pan de Mesle — przeczytamy list pana Boissier.
Wieśniak wyjął list z kieszeni i trzymał go w ręku. Wręczył go pani de Mesle.
— Nim przeczytacie państwo ten list, może zechcecie dowiedzieć się o tem, co pan Boissier nam napisał? — zapytała wieśniaczka.
— Ma się rozumieć — odparł pan de Mesle.
Pani Drillot wzięła list, leżący na półce i oddała go panu de Mesle.
Ten przeczytał go głośno. Kiedy skończył, Drillot zapytał:
— Czy sądzisz pan, panie de Mesle że pan Boissier uskutecznił swoje przedsięwzięcia?
— Niestety — odpowiedziała pani de Mesle boleśnie — nie cofnął się od tego zamiaru. Pisze w liście, że życie było dla niego za wielkim ciężarem. Nieszczęśliwy zastrzelił się wczoraj, zamordowawszy wprzód swoję żonę.
Oboje Drillot wydali okrzyk przerażenia. Byli w rozpaczy.
— A więc — odezwał się wieśniak — wiedzieliście już państwo?...
— Jeden z dzienników paryskich, który otrzymaliśmy dzisiaj rano, doniósł nam o tym tragicznym wypadku — odparł pan de Mesle.
— I natychmiast po odczytaniu tego artykułu wyjechaliśmy, ażeby was odwiedzić — dodała pani de Mesle.
— Straszliwy dramat się spełnił — rzekł pan de Mesle — my możemy tylko żałować i litować się nad tą biedną małą sierotą. A teraz ciągnął dalej, zwracając się do żony — możesz odczytać list od nieszczęśliwego Boissier.
— Boję się go odpieczętować — przemówiła smutnie pani de Mesle — ostatnie pismo przed zgonem.
Pomimo tego, po chwili wahania rozdarła kopertę drżącą ręką.
Zaczęła czytać.
Przy pierwszych wierszach, jej oczy zwilżyły się łzami. Obtarła je i czytała dalej.
Lecz wkrótce wybuchnęła głośnym płaczem.
— Nie mogę, nie mogę! — rzekła głosem stłumionym.
I podając list mężowi:
— Bierz, przyjacielu — ciągnęła dalej — czytaj, czytaj. Ach! to smutne, bardzo smutne. To głos, jęczący z głębi przepaści, to krzyk rozdzierający konającego człowieka, to krzyk rozpaczy...
— Mamże czytać głośno? — rzekł pan de Mesle.
— Tak, przyjacielu, czytaj głośno, nic nie potrzebujemy ukrywać przed państwem Drillot, zresztą powinni oni wiedzieć, co pan Boissier mi pisze.
Wśród głębokiego milczenia, pan de Mesle list czytał.
Na wszystkich twarzach malowała się boleść i współczucie.
Pan de Mesle nie mógł opanować wzruszenia. Ostatnie wyrazy wymawiał głosem słabym, drżącym, ledwo dosłyszalnym.
Drillot był blady, jak trup. Obie kobiety zalewały się łzami.
— Nieszczęśliwy! — odezwała się pani de Mesle. — Ten list jest jego testamentem.
— Pisał go z pewnością ze straszliwym bólem w sercu — dodał pan de Mesle.
— Do mnie zwrócił się z ostatniem żądaniem — rzekła młoda kobieta — liczył na mnie, właściwie na nas oboje, poleca mi swą kochaną córeczkę, oddaje mi ją z zaufanie.
— Ach! teraz, kiedy nie ma ani ojca ani matki, to należy ona bezwarunkowo do pani — przemówiła mamka, obcierając oczy, zaszłe łzami.
— Nie będzie opuszczoną — mruknął wieśniak, zły sam na siebie z powodu wzruszenia, które go nagle opanowało na myśl, że przyjdzie musi rozłączyć z tem drogiem maleństwem.
Pani de Mesle zwróciła się do męża.
— A więc, przyjacielu? — spytała.
— Janino odparł — ty powinnaś pierwsza objawić twoje wolę.
— Pragnęłabym odpowiedzieć zaufaniu, pokładanemu we mnie przez nieszczęśliwego ojca.
— Janino, pochwalam twój zamiar.
— A więc chcesz?...
— Chcę wszystko, co ty chcesz.
— Ach! jakiś ty dobry!...
— Kocham cię!...
— Zatem to ułożone, podejmujemy się wychować i wykształcić sierotę; będziemy czuwali nad nią i przygotujemy jej przyszłość, — Tak, Janino. Lecz czy to wszystko, czego pragniesz?...
Pani de Mesle popatrzyła kolejno na męża i dziecko oczami pełnemi czułości.
— Trochę później, przyjacielu — odparła — poproszę cię pewnie jeszcze...
— Myślisz o adoptowaniu?...
— Tak.
— A więc, Janino, sierota będzie naszą córką.
— Ah! dobrze mówi jej nieszczęśliwy ojciec, że jestem już jej matką.
— Otoczysz ją przywiązaniem, którego nie dała jej rodzona matka, a ja będę się starał zastąpić jej ojca.
Pani de Mesle przywołała dziecko i, uściskawszy je, posadziła na kolanach męża, który je pocałował z kolei.
— Biedne dziecko — młoda kobieta odezwała się bardzo wzruszona — dawno już adoptowałam cię w mem sercu; tak jest, będziesz naszą córką, naszem dzieckiem... Nie będziesz niczego żałowała, potrafisz nas kochać, będziemy zważali na twoję młodość, jak twój ojciec; otworzymy ci w życiu drogę łatwą, z której usuniemy ciernie, wyboje, łzy i rozczarowania.
— Pani — rzekła wtedy mamka — to bardzo piękne, co pani robisz; ja i mój mąż musimy szanować wolę pana Boissier; my także kochamy maleńką; ona pocieszyła nas po stracie naszego dziecka. Dawniej, miała tylko jednę z moich piersi, potem oddałam jej obie i otworzyłam jej moje serce, Drillot powie, jak ja kocham to dziecko: tak samo, a może nawet więcej od rodzonej córki.
— Prawda — wieśniak potwierdził.
— Proszę panią — ciągnęła dalej wieśniaczka — nie odbieraj mi jej natychmiast. Widzisz pani, sprawiłoby nam to za wiele smutku, nie moglibyśmy się pocieszyć. Powoli przyzwyczaimy się do tej myśli, że maleńka od nas odejdzie; pozostaw ją pani u nas jeszcze przez trzy lub cztery miesiące.
— Dobra pani Drillot — odparła pani de Mesle — wiem, że kochacie bardzo małą Janinkę; lepiej, niż pani się o nią troszczysz, nie potrafiłaby najtkliwsza matka. Pozwolę, aby została u was jeszcze jeden rok.
— O! dziękuję pani z całego serca — zawołała kobieta.
Radość błyszczała w jej oczach.
— Za rok weźmiemy dziecko — odezwała się pani de Mesle — przyjmiemy dla niej nauczycielkę i będzie się wychowywała w zamku, pod memi oczami.
— Pozwoli pani odwiedzać ją czasami?
— Ma się rozumieć, panu Drillot również; będziecie przychodzili do zamku, kiedy tylko zechcecie.
— Pani de Mesle — rzekł wieśniak swym głosem nieco szorstkim — pani jesteś dobrą kobietą.
— O tak, bardzo dobrą — powtórzyła wieśniaczka.
— Zresztą — zaczęła pani de Mesle — mała Janinka nigdy nie zapomni o swej drogiej mamce, dzielnej i poczciwej kobiecie, do której zwracała się z pierwszemi uśmiechami, która pomagała jej wymawiać pierwsze wyrazy, która podtrzymywała jej pierwsze kroki. Będzie was odwiedzała.
Następnie rozmawiano o ostatnich odwiedzinach Fryderyka Boissier w Bouchot.
Drillot zapytał panią de Mesle, jaki użytek ma zrobić z sześciuset franków, które miał u siebie.
— Musicie się zastosować do poleceń pana Boissier — odparła pani de Mesle — ta suma należy do was. Za te pieniądze, panie Drillot, kupisz kawałek pola lub winnicę; powiększy to trochę majątek twoich dzieci.
— Więc pani sądzisz, że mam prawo rozporządzać temi pieniędzmi?...
— Tak, pani Drillot.
Wieśniak podrapał się za ucho.
— A no — rzekł po chwili milczenia — kupię winnicę ojca Largon, którą wystawiono na sprzedaż.


Zakończenie.

Dramat na ulicy de la Fermes-des-Mathurins miał w Paryżu wielki rozgłos i sprawił głębokie wrażenie w świecie artystów i w półświatku, szczególniej między kobietami, które obrzucały różnego rodzaju obelgami samobójcę, rozczulając się nad śmiercią jego ofiary.
Lecz ludzie uczciwi mówili:
— Dobrze zrobił. Ten Fryderyk Boissier, który miał, jak się zdaje, wielki talent, jako kompozytor i skrzypek, i mógł zostać sławnym człowiekiem, był ze szkoły znanego myśliciela, który pisze: Zabij ją!...
Rozprawiano także o roli, jaką pan Karol Dumey, człowiek bardzo znany w wysokich kołach finansowych, odegrał w tym dramacie małżeńskim.
Kobiety, mamy naturalnie na myśli uczciwe kobiety, potępiały go stanowczo, nazywając wstrętnym uwodzicielem.
Pan Karol Dumey spostrzegł wkrótce, że jest przedmiotem ogólnej niechęci.
Wielu dawnych przyjaciół unikało z nim spotkania. Nie podawano mu ręki. Nie rozmawiano z nim. Jeżeli się kłaniał, oddawano mu ukłon z zakłopotaniem. W spojrzeniach widział chłód i pogardę.
Zresztą, wiele osób, z tych, które znał najlepiej, nie bały się wyjawić mu otwarcie swego oburzenia.
Jego obecność w Paryżu stała się niemożliwą: Zrozumiał, że należy zniknąć na pewien przeciąg czasu.
Jednego poranku pojechał pośpiesznym pociągiem do Lyonu.
Przez trzy lata podróżował po Europie, ścigany wszędzie przez obraz Emeliny, kąpiącej się we krwi w mieszkaniu, które jej tak wspaniale umeblował.
Powrócił do Paryża w początkach tego roku, sądząc, że o tragicznym wypadku, do którego był wmięszany, zupełnie zapomniano. Lecz zauważył, że dawni jego znajomi udają, iż go nie poznają.
Wuj z Tuluzy umarł, zapisując mu cały majątek.
Pan Karol Dumey posiada obecnie blizko trzy miliony. Lecz bogactwo nie daje szczęścia. Jest on tego najlepszym dowodem.
Chce się żenić. Szuka żony. Już oświadczał się cztery razy; za każdym razem go odepchnięto. Nigdzie go nie chcą.
Czy ożeni się wreszcie? Nie moglibyśmy nic pewnego powiedzieć, lecz nie jest to niemożliwem.
Nie wszystkie młode osoby mają tę samą delikatność uczucia, te same przesądy, uprzedzenia... A potem, tyle się wybacza dla majątku! Zawsze znajdą się czciciele złotego cielca.
Pani Helena Surmain jest w Auteuil, w domu zdrowia. Najsławniejsi lekarze stracili nadzieję przywrócenia jej rozumu.
Ciągle mówi o Fryderyku Boissier, którego nazywa największym kompozytorem światowym. Najpiękniejsze opery francuskie, Meyerbeera, Rossiniego, Aubera, Halevego, Herolda i Adama są, według niej, dziełami Fryderyka Boissier.
Utrzymuje, że nasi prawodawcy ustanowili prawo na korzyść rozwodów.
Ci, którzy dawniej znali piękną i uroczą Helenę Surmain, żałują dziś biednej waryatki.
Nikt nie wie, że uderzyła ją ręka Boga.
W zamku Roure mała Janinka rośnie i pięknieje z dniem każdym. Ma ona wielkie czarne oczy, słodkie i pełne wyrazu; piękne czarne włosy, spadające w jedwabistych splotach na szyję. Z usteczkami wiecznie uśmiechniętemi, wesołem spojrzeniem i policzkami pełnemi, czerwonemi, jak dojrzałe wiśnie, wygląda na cherubinka, którego za karę zesłano z raju na ziemię.
Podobna do ojca.
Zaczyna już paplać po dziecinnemu i w takich razach pani de Mesle gotowa jest udusić ją pocałunkami.
Zresztą, trudnoby znaleźć coś bardziej uroczego, bardziej zachwycającego od tej małej osóbki.
Państwo de Mesle adoptowali ją, wkrótce ma się odbyć akt adopcyi; lecz już dziś, Janinka jest ich córką. Wszyscy ją nazywają panną Janiną de Mesle.
Dzielny Drillot i jego żona przychodzą do zamku Roure, prawie zawsze w niedzielę, ażeby módz dłużej zostać przy małej Janince.
Państwo de Mesle przyjmują ich uprzejmie, jak na to zasługują.
Mamka nazywa Janinkę swojem maleństwem. A kiedy ją weźmie za ręce, jak ją całuje! Zdawałoby się, że chce jej odgryźć oba policzki.
Oboje nie wracają nigdy do Bouchot bez jakiegoś podarku z zamku, który muszą zawsze przyjąć.
O państwu de Revilly, ojcu i matce Emeliny, nigdy nic nie słyszano.

KONIEC.




  1. Przypis własny Wikiźródeł Réunion — (prawidłowa wymowa: rejnion) oznacza spotkanie, zebranie lub posiedzenie





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.