Przejdź do zawartości

Na Golgotę/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Na Golgotę
Wydawca Piotr Noskowski
Data wyd. 1896
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un Calvaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Portrety.

Fryderyk Boissier był dzieckiem Tuluzy.
Ojciec jego był organistą i najbardziej słynnym w mieście profesorem muzyki. Narodzenie syna organisty obchodzono, jak radosne zdarzenie. Wszystkie dzwony dźwięczały przy chrzcinach małego Fryderyka.
Gdy ojciec umierał, Fryderyk miał lat dwadzieścia.
Młody człowiek przejął po ojcu całą wiedzę muzyczną; to też mógł natychmiast objąć spadek po umarłym, składający się z krzesła organisty w kościele św. Klemensa i kilkunastu lekcyj po pięć franków za godzinę.
Nie ubliżając wcale pamięci pana Boissier ojca, musimy przyznać, że uczeń przewyższał mistrza, pozwalając sobie na śmiałe wycieczki w dziedzinę sztuki.
Fryderykowi nie wystarczało zostać wykonawcą pierwszej miary; bez niczyjej pomocy, ucząc się tylko rozumieć wielkich mistrzów, poznał harmonię i odkrył część tajemnic kompozycyi muzycznej.
W krajach południowych dziecko przychodzi na świat z miłością muzyki i poezyi.
Tuluza należy do miast Francyi, gdzie uczucie to dochodzi do najwyższych szczytów. Można ją nazwać gniazdem słowików.
Jeżeli materyalizm nie zepsuł jeszcze smaku mieszkańców Tuluzy, jeżeli nie wzgardzili oni dotychczas rozkoszą umysłu, zawdzięczają to dobrodziejstwo wpływowi klimatu. Wśród kwiatów i woni, którą one roztaczają do koła, podziwiając laur nieba, zasianego gwiazdami, człowiek zostaje poetą; na widok słońca, uśmiechającego się ziemi i darzącego ją złotemi promieniami, zaczyna kochać śpiew i muzykę!...
Mieszkańcy Tuluzy dają się unosić zapałowi i namiętności. Ich imaginacya jest gorącą, umysł bystrym, a serce powoduje uczucie. Lecz jeżeli zdolni są do miłości, to potrafią jeszcze lepiej nienawidzieć. Kierują się zawsze miłością i nienawiścią: dwóch władców!... Są wielcy w poświęceniu; lecz nie zapominają nigdy o zemście.
Fryderyk Boissier nie stanowił wyjątku. W jego żyłach płynęła krew gorąca, krew południa. Nie był gorszym ani lepszym od swych współrodaków; jak oni, odznaczał się wielkiemi przymiotami i nie mniejszemi wadami.
Przyroda obdarzyła go hojnie. Urodził się na artystę. Gdyby nie był muzykiem, zostałby poetą lub malarzem.
Nie miał jeszcze lat dwudziestu czterech, kiedy orkiestra, złożona z sześćdziesięciu muzykantów, wykonała w obecności licznie zebranej publiki symfonię jego pod tytułem: „Pory roku.“
Ażeby zadać kłam przysłowiu, utrzymującemu, że nikt nie jest prorokiem we własnym: kraju, młody kompozytor zyskał nie uznanie, lecz uwielbienie współziomków. A kiedy powstał w pośrodku orkiestry, chcąc ukłonem podziękować publiczności, zniknął na chwilę pod deszczem kwiatów i bukietów, które padały z rąk nadobnych tuluzanek.
Zapał był nie do opisania.
Nazajutrz towarzystwo miłośników muzyki ofiarowało mu złoty wieniec.
„Pory roku“ nie były pierwszym utworem artysty. Jeszcze przedtem wydał kilka romanc’ów, które śpiewano przeważnie w arystokratycznych salonach miasta.
Wszystkich oczy były zwrócone na młodego muzyka. Salony stały mu otworem. Wszędzie był gościem upragnionym, którego witano z radością.
Nie będąc uderzająco pięknym, miał postać miłą i sympatyczną. Nie brakowało mu także dystynkcyi. Dostatecznie wykształcony, rozmawiał z łatwością i dowcipnie. Lecz co w nim każdemu się podobało, to entuzyazm i zapał młodzieńczy.
Szczęście malowało się na jego świeżem obliczu. To pociągało wszystkich i ściskano z przyjemnością dłoń jego zawsze otwartą tak, jak serce.
Po roku dał pierwszy koncert, który mu zyskał sławę wielkiego kompozytora.
W marzeniach swych widział się już wśród olśnienia i upojenia sławy.
Kiedy kawaler ukazał się w salonie, i z tej lub owej przyczyny ściągnął na siebie powszechną uwagę, znajdzie się zaraz jedna lub więcej pań, mających córki, siostrzenice i t. d. na wydaniu. Biedny młodzieniec znajduje się w bezustannem oblężeniu. Przedewszystkiem wdowy mają manię robienia małżeństw.
Fryderyk Boissier stał się celem pocisków.
Wszystkim natarciom, tem więcej niebezpiecznym, że ukrywały się pod pozorem żywego zainteresowania, młody człowiek przeciwstawiał swą młodość.
Odpowiadano:
— Młodość, panie Boissier, to najlepsza rękojmia szczęścia w małżeństwie.
Wymawiał się brakiem majątku i skromna pozycyą artysty.
— O, pod tym względem wiemy, czego się trzymać zarabiasz pan sześć tysięcy franków rocznie. A następnie masz pan przyszłość, swój talent, swoje nadzieje. Zresztą pańska żona przyniesie ci posag.
Fryderyk uśmiechał się zrazu. Lecz wkrótce musiał ustąpić.
Mógł wprawdzie łatwo uniknąć tych małych nieprzyjemności i uwolnić się od troskliwych pań, oświadczając, że serce jego posiada kto inny. Lecz nie mając jeszcze uczuć Emeliny względem siebie, nie wiedząc, czy państwo de Révilly zgodziliby się oddać mu rękę swej córki, postanowił milczeć do czasu.
A jednak tajemnicę, którą ukrywał tak dobrze, odkryły już trzy osoby.
Po pierwsze pani de Révilly, która pałała chęcią wydania córki za mąż, następnie Helena Surmain, a wreszcie Emelina.
Ta ostatnia już nieraz płonęła pod gorącemi spojrzeniami młodzieńca. Cudownym instynktem, który Bóg udzielił kobiecie, odgadła, że jest kochaną.
Był to tryumf jej miłości własnej, nie radość dla serca.
Panna de Révilly była raczej wysoka, niż mała, i jakeśmy już nadmienili, prawdziwie urocza. Rzeźbiarz wziąłby ją z pewnością na model, aby wykopać arcydzieło. W tańcu nie można było dość się napatrzeć jej postaci smukłej i gibkiej. Przepyszne czarne sploty włosów, długie i gęste, otaczały czoło inteligentne. Miała oczy marzące, a słodkie spojrzenie Kreolki. Gdy uśmiech zaigrał na koralowych wargach, odsłaniały się śliczne zęby, jak perły. Ramiona białe, jak alabaster, kończyły się małemi rączkami, których by księżniczka pozazdrościła. Różowe lica domagały się pocałunku; szyja dziewicza, uszy prześlicznego rysunku, wszystko było doskonałem.
Szalejąc za tańcem, przebierała bez zmęczenia drobnemi i kształtnemi nóżkami.
Nie można było patrzeć na nią bez zachwytu.
Wszystko w niej pociągało. Glos czarował, uśmiech upajał, a spojrzenie pozbawiało siły.
Na nieszczęście, panna Emelina była kokietką; wiedziała, że jest piękną, dawała trochę za często poznać to po sobie, co osłabiało wrażenie, jakie sprawiała na pierwszy rzut oka. Nadto mimowoli zachowywała się zawsze wyniosłe, co nie można było poczytywać za godność panienki dobrze wychowanej.
Jak większa część kobiet lubiła stroje, eleganckie toalety, czego dawała dowód, ubierając się zawsze z wyszukaną starannością.
W każdym razie jej zalotność nie zawierała w sobie nic rażącego. Emelina nie umiała się nią jeszcze posługiwać, jako bronią zabójczą.
Pani de Révilly przyjmowała bardzo wiele osób. Jej salon był w modzie; bawiono się u niej wyśmienicie, a cała złota młodzież dawała tu sobie rendez-vous.
Łatwem było do odgadnięcia, że pani de Révilly szukała dla córki męża.
Ze dwanaście pięknych serc kręciło się koło Emeliny, szepcąc jej do ucha czułe słówka. Wszyscy wyglądali na zabój zakochani, lecz o dziwo! oświadczyny, zostawały zawsze W perspektywie.
To mieszało wszystkie plany, wszystkie obliczenia pani de Révilly. Mówiąc prawdę, cierpiała ona bardzo, widząc przy sobie bez ustanku piękną córkę dwudziestoletnią, która wyjawiała każdemu, że mama przeszła czterdziestkę.
Sytuacja to arcyniemiła, jeżeli się ma pretensye, a nic może ukryć swego wieku.
Pani de Révilly była bardzo długo gwiazdą na niebie Tuluzy. Teraz strącona olśniewającą pięknością córki gwiazda spadała coraz niżej.
Oto na co pani de Révilly nie chciała się zgodzić. Ztąd pragnienie gorące wydania córki za mąż.
Poznawszy co się dzieje w sercu Fryderyka Boissier, zagięła sobie na niego parol.
— Nie posiada tyle, co inni — rozważała w duchu — ale ma młodość i talent. Będzie pracował i dojdzie do majątku z pewnością.
Nie kłopotała się dłużej o męża dla Emeliny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.