Na Gemmi jesienią

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Na Gemmi jesienią
Pochodzenie Bajka o człowieku szczęśliwym
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA GEMMI JESIENIĄ


1907


Jakaś nieodparta, nagła żądza samotności wygnała mnie w góry o tym czasie, kiedy już pasterze dawno zeszli z hal a w dżdżyste poranki śnieg regle okurza... Ale, gdym o świcie wyjeżdżał z Bernu w stronę Alp, pogoda była przecudna: słońce czerwone wychodziło gdzieś z za lasów, pozłoconych światłem i jesienią; poczynał się jeden z tych chłodnych a jasnych, przepięknych dni ostatnich październikowych, jakie prócz Polski znają chyba tylko kraje alpejskie...

Nie wiedziałem jeszcze, dokąd pojadę. Kupiłem bilet do Thun, bilet trzeciej klasy naturalnie, gdyż w pełnym alpejskim rynsztunku, z ciężkim czekanem, z żelaznymi raczkami na wyładowanym plecnym worku, w zniszczonej bluzie pod serdakiem i w butach, kutych zadzierżystymi gwoździami tyrolskimi — trudno się rozsiadać na suknem obciągniętych kanapach wagonu — i, patrząc przez otwarte okno na słońce wschodzące, myślałem dopiero, jak sobie dzień urządzić. Pociągała mnie jazda w jesiennem słońcu przez Thuńskie i Brienzkie jezioro, myślałem o Meiringen i drodze przez Grimsel śladami młodej, hucznej Aary na drugą stronę, aż do źródeł Rodanu, ale żal mi się zrobiło czasu, którybym w takim razie musiał jeszcze przesiedzieć w wagonie czy na statku, i wybrałem ostatecznie bliższą drogę, doliną Kandery w górę aż pod przełęcz Gemmi... A potem — jak czas i pogoda pozwolą.
Kolej żelazna, odbijając się w Spiez na południe od brzegów Thuńskiego jeziora, kończy się we Frutigen, mniej więcej w połowie dwadzieścia kilka kilometrów długiej doliny, którą szumiąca Kandera w wodospadach przepływa. Wyjechałem z domu bez planu, pociągi źle mi się składały, tu i ówdzie czekać musiałem, tak że było już po dziesiątej, gdy we Frutigen wysiadłem. Można, a nawet należało było dla oszczędzenia sił i czasu wziąć tutaj powóz lub pocztą się udać do Kandersteg, gdzie dolina się kończy, olbrzymiem piętrem górskiem zaparta. Zbyt mnie jednak nęcił ruch na świeżem, jesiennem powietrzu, wwaliłem więc worek na plecy i ruszyłem w drogę piechotą.
Zboczyłem z bitego gościńca i szedłem bocznemi ścieżkami, przecinając często budujący się właśnie tor kolejowy, który ma wieść z Frutigen do Kandersteg, a potem dalej, tunelem popod Lötschberg na włoską stronę w dolinę Rodanu. Włoscy robotnicy, mimo niedzieli, pracowali tu i ówdzie około nasypu, na którym po tymczasowo założonych szynach toczyły się już leniwe pociągi z kamieniami i żwirem. Na łąkach, ponad potokami obrosłymi żółknącą leszczyną i berberysem o czerwonych jak krew jagodach, zberczały nieustannie dzwonki bydła, z górnych hal na zimę w doły już spędzonego...
Minąłem wioskę Kandergrund, a potem Felsenburg, dziwną, jakby z bajki ruinę zamku, na skalnym cyplu wśród alpejskich sosen uczepioną, i lasem począłem się piąć bystro w górę na najwyższe piętro doliny. Gościniec zatacza tu liczne serpentyny; ja szedłem ścieżką tuż nad brzegiem w bujnych wodospadach z hukiem skaczącej Kandery. Pnąc się tak w górę po wilgotnych, oślizgłych głazach w leśnem półzmroczu, miałem chwilami wrażenie, że się znajduję w Tatrach, gdzieś w dolinie Roztoki lub Zimnej Wody... Jesienny, górski chłód zalatywał od spienionego strumienia i z głębi lasu, niosąc zapach zeschłych liści i butwiejącego igliwia.
Poprzez gałęzie drzew, wysoko na niebie czerniły się jodłą porosłe regle, a nad niemi, obok łysych skalistych czół, wisiały pożółkłe hale, czekające już tylko na pierwszy zimowy śnieg... Poglądałem mimowoli, czy na stromej ścieżce przedemną nie ukaże się smukła postać w serdaku i obcisłych białych holeśniach i nie zagadnie tak po naszemu: Dobre połednie! — a kany to idom?...
Złudzenie pierzchło jednak rychło, gdy tylko z lasu wyszedłem. Szeroka, płaska równina, między płotami łąki zielone, kasztany i włoskie orzechy około schludnych domków szwajcarskich, obok gościńca murowane kamienice, hotele... A nad tem wszystkiem urwista, zębata piła szczytu Birre, wysoko ponad czarne lasy stercząca. Dochodziłem do Kandersteg, najdalej na południe wysuniętej osady w dolinie, leżącej z górą 1,200 metrów nad powierzchnią morza.
Świat tu już plecami o najwyższe góry oparty, przez które, oprócz błędnych szlaków po lodowcach, jedna tylko ścieżka wiedzie — na przełęcz Gemmi i potem w dolinę Rodanu. Świeży nasyp kolejowy przechodzi tutaj dwukrotnie Kanderę tymczasowymi mostami z okrąglaków i na prawym brzegu kończy się nagle pod skałą, jakby głową w mur uderzył. Liczne baraki rozsiadły się tutaj, i założono już ogromne świdry, elektrycznością pędzone, które mają górę przewiercić...
Była dość wczesna godzina popołudniowa, kiedy, minąwszy do miasteczka podobną wieś, dochodziłem do ostatnich hoteli, położonych w samym końcu doliny tuż pod bystrą zboczą gór. Jeden z nich był już zamknięty na zimę, drugi świecił pustkami po skończonym letnim sezonie, oczekując gości zimowych, którzy się zjadą dopiero z nartami i saneczkami, kiedy śniegi puszyste pokryją całą dolinę...
Mogłem się był tego dnia jeszcze puścić na Gemmi, licząc na nocleg w schronisku nad stawkiem Schwarenbach w połowie drogi na przełęcz; nie wiedziałem jednakże, czy schronisko jeszcze otwarte, a ponieważ na spędzenie nocy pod gołem niebem byłoby stanowczo za zimno, wolałem w Kandersteg pozostać. I tutaj dopiero, siedząc przy szklance czerwonego wina, którą mi czarnooka włoszka podała, zacząłem układać plan zamierzonej włóczęgi.
Miałem początkowo zamiar, przeszedłszy przez Gemmi, iść w górę doliną Wallis, a potem przez przełęcz Grimsel do Meiringen nad Aarę, okrążając w ten sposób całą Berneńską wysoczyznę; ale zapachniał mi zanadto zblizka ostry wiatr od lodowców i białe szczyty nad nimi, abym mógł ten „ceperski“ plan wykonać. Spacer na Gemmi żal mi było opuścić, postanowiłem jednakże, nie przechodząc na włoską stronę, powrócić stamtąd i iść przez lodowiec Kandery i na Mutthorn do Lauterbrunnen...
Opętane szesnaście godzin drogi!.. Przewodnika wynaleziono mi w hotelu. Przyszedł umówić się ze mną pan Müller, będący zarazem nauczycielem wiejskim, z górą pięćdziesięcioletni niewielki człowieczek o siwych, bystrych oczach i szerokiej brodzie. Przyprowadził ze sobą syna, ogromne, gołowąse chłopisko, którym się teraz coraz częściej wyręcza w oprowadzaniu po górach turystów. Umówiliśmy się tedy na wtorek (było to w niedzielę); w razie pogody miał Herr Müller junior przyjść po mnie o trzeciej rano, a raczej w nocy, do hotelu... Tymczasem ojciec radził mi, abym się nie męczył i nie gonił, idąc na Gemmi... Przyrzekłem uroczyście zastosować się do jego rady.
W poniedziałek wyszedłem mało co po szóstej rano. Ścieżka, a raczej drożyna wznosi się tuż za hotelem bystro w górę, wiodąc w licznych skrętach, „in den Kehren“, na wyższe piętro doliny, o siedemset metrów ponad Kandersteg wyniesione. Pnąc się tymi zakosami wśród lasu z sosny i modrzewia, uwieszonego na nieprawdopodobnie stromem urwisku, dziwiłem się, jak taką drogą stromą, w ostre kąty połamaną i wijącą się wciąż, jak wąż, nad przepaściami, mogą chodzić konie! A przecież chodzą rzeczywiście, nie tylko w jukach i pod siodłem, ale nawet w zaprzęgu, ciągnąc maleńkie, dwukołowe wózeczki, które posiadają osobną nazwę: Gemmiwägeli. W każdym razie nerwowym damom nie radziłbym tej jazdy próbować.
Około siódmej widno już było na świecie. Dzień się poczynał jasny, cudny. Mgły zwaliły się w dół i płynęły doliną Kandery gdzieś ku Thuńskiemu jezioru, odsłaniając zwolna zielone łąki, tem żywiej od pożółkłych zboczy gór odbijające. W lesie na ziołach dawno przekwitłych rosa leżała bujna, ciężka, srebrnym tumanem pod wstający świt się błyszcząca. Świeżość była dziwna w powietrzu, niemal wiosenna, a jednak czuć było w każdym oddechu, nawet na żółte trawy nie patrząc, że to już jesień...
Jesień, która z najwyższych szczytów gór, idącej zimy zwiastunka, powoli spływa po halach zielonych i złotem je maluje, płynie po lasach, strąca z nich liście i ponad szerokiemi dolinami z mgłą się cichą już waży... Jeszcze kwitną nikłe, liljowe ziemowity, poglądając ku niebu blademu poprzez ogołocone z liści gałęzie drzew, jeszcze po kępach traw złotego słońca jest trochę, ale tam w górze — na szczytach, na lodach, zima już nabrzmiewa, zawisła na krawędzi skał i czeka, gotowa stoczyć się w dolinę...
W dwie godziny niespełna wydostałem się na tak zwane „piętro“ (Stock), gdzie droga przeciska się wązką galerją między przewieszonemi krzesanicami Gellihornu, a wąwozem Czarnego Potoku (Schwarzbach). Przepaść poczyna się tuż pod nogami, a ponad nią, ponad wierzchołki jodeł, cudem jakimś uczepionych u pionowej skały, otwiera się szeroki widok na wnętrze doliny Gastern i lodowe szczyty w oddali. Szary blask leżał tam dopiero między turniami, na zielonych lasach i przebłyskującej wśród nich srebrnej strudze Kandery.
Zrobiłem tutaj ze ścieżki parę zdjęć fotograficznych, wszystkie jednak słabo wyszły z powodu niedostatecznego światła, które nie podkreślało jeszcze cieniami rzeźby gór, znacząc zaledwie szerokiemi plamami ciemny płaszcz lasów na pobielonych dniem i śniegiem skałach.
To wnętrze doliny alpejskiej, jakby czarodziejstwem jakiem na skręcie ścieżki pokazane, znikło za chwilę, zakryte turniami, na których się wspiera olbrzymi Altels, kolos z granitu i lodu... Jak gdyby po kolanach tego siedzącego olbrzyma, ciągnęła się teraz przede mną dolina, wiodąca aż pod przełęcz. Dziwna dolina, w przedniej części płaska prawie zupełnie i pusta, zasypana drobnym odtokiem, po którym płynie leniwo potok kilkoma ramionami. Gdyby nie ta pustka straszliwa, jesienią jeszcze wzmożona, i gdyby nie lodowce, gdzieś pod niebem wiszące, miałoby się wrażenie, że się jest gdzieś w Podkarpaciu, nad spokojnie rozlanym po kamykach strumieniem.
Zazwyczaj w lecie spotyka się tutaj całe gromady turystów i kupców, idących z nad Rodanu, teraz byłem zupełnie sam na całej ogromnej przestrzeni. Wązka, bita drożyna wiodła mnie po kamieniach albo pod niewysokiemi ścianami skalnemi, co sterczały z gruzu i zwietrzałego drobnego piargu...
Dopiero na wysokości tysiąca dziewięciuset metrów zobaczyłem znowu las i zieleń, smutną, jesienną zieleń alpejskiej hali, co niedawno dopiero wyszła z pod śniegu i ledwie miała czas okwitnąć wszystkimi kwiatami swoimi, a żółknie już od chłodu, nim nowy śnieg ją zawieje. Kilka szałasów stało tu, już opuszczonych, a nad nimi, na niewysokiej skalistej wyniosłości, przedziwny las z czarnych limb i płomienno-żółtych jesienią modrzewi... Ułożyłem się nieopodal na odpoczynek, w jasnem, ale mało grzejącem już słońcu.
Widok ku górze zamykało mi nowe skalne piętro; ku dołowi za to, za zieloną Spitalmatte (tak się owa hala nazywa) i za rozstępującymi się garbami gór błyszczała przede mną wspaniała grupa Oeschinen z białą Wdową (Witwe, 2,865 m.) pośrodku. Chmury zbierały się tam zwolna nad szczytami, skłębione białe obłoki, które zrywający się wiatr zwijał, to znowu rozpędzał... W wietrze chłód dojmował coraz dotkliwszy, lasy również poczęły sypać złotemi iskrami uwiędłych cetyn modrzewiowych. Czas było iść dalej, bo lada chwila mogły się zebrać mgły i nakryć przełęcz nieprzeniknionym tumanem.
Droga wznosiła się teraz bystro w górę. Wązkim przesmykiem między olbrzymimi, spiętrzonymi głazami wydostałem się ponad stawek Schwarenbach, a raczej nad lejkowatą, trójkątną kotlinkę, z której wodę wypiły do dna jesienne posuchy. W murowanem, piętrowem schronisku nad kotliną okna już były po większej części deskami na zimę zabite, ale mieszkał tu snadź ktoś jeszcze, bo z pod progu przywitało mnie zajadłem szczekaniem ogromne, wpółzdziczałe w samotności psisko. Widocznie serdak mój, kudłami do góry wdziany, tak psa rozdrażnił, że z wielką trudnością tylko zdołałem mu się opędzić. Biegł za mną jeszcze kawałek drogi, szczekając, a gdym przystanął, zatrzymywał się i śledził ostrożnie złemi, zakrwawionemi oczyma ciężki czekan w mojej ręce...
W niespełna godzinę byłem już na ostatniem, najwyższem piętrze... Tutaj pod samą przełęczą, w niesłychanie dzikiej i martwej kotlinie, pomiędzy wiszącymi już blizko na skałach lodowcami, na wysokości dwóch tysięcy dwustu przeszło metrów rozlewa się ogromne i ciche jezioro Daubensee... Do połowy leżał na niem jeszcze stary, przeszłoroczny lód, w którego brudnej powierzchni wody potoków, spływających z gardzieli Jagnięcego Lodowca (Lämmergletscher), wyżłobiły szerokie brózdy. Miałem wrażenie, że znajduję się w jakiejś podbiegunowej okolicy...
Ogromne głazy siedzą tu nad cichem, wpółzamarzłem jeziorem, już tak blizkiem szczytów śnieżystych, tuż pod skrzelami wiecznych lodowców rozlanem. Zieleni nigdzie ani śladu, skąpe trawy, które słońce w szczelinach między kamieniami wywołało, zeschły już snadź od jesiennych przymrozków, i wiatry przelatujące tędy od morza Północnego na Adryatyk, dawno już proch ich po świecie rozwiały... Śniegi za to, nowe śniegi słać się już tutaj zaczynają.
Nad wodą skały jeszcze czarne, ale dwadzieścia, trzydzieści metrów wyżej srebrzą się już turnie, srebrzy się już grzbiet sino-szarego lodowca, każda szersza i od słońca słabego odwrócona powierzchnia lodu czy skały okwita białym, drobnym, iskrzącym się puchem, który, im wyżej, tem śmielej i gęściej kontury gór osłania, aż wreszcie pod niebem zlewa się z nieprzeniknioną, wieczystą śniegów oponą...
Odwróciłem się. Poza mną była cała przebyta górna dolina, rozległe, olbrzymie cmentarzysko spiętrzonych głazów, wśród których, jak kępka mchu, sterczały w dali czarne wierzchołki limbowego lasu, tu i owdzie, jakby kwiatami, złotem wiednącem modrzewi przeplatane... A dalej jeszcze zalśnił mi jakiś zakręt potoku, już prawie przed samą bramą doliny, z poza której, nad białym tumanem wstającej mgły, sterczało potrójne czoło górskiej grupy Oeschinen...
Droga moja wiodła teraz na lewo od jeziora, wznosząc się po kamienistem zboczu zwolna ku przełęczy. Tuman mgły przewiał koło mnie, lecąc z gór gdzieś ku dołowi, zwalił się na jezioro, u stóp mych leżące, i zatarł na chwilę brzeg jego północny, czyniąc z górskiego stawu dziwną arktyczną zatokę niezmiernego morza, z którego odległe szczyty sterczały, jakby ostrowy kamienne... Nim jednak stanąłem na przełęczy, było znów jasno...
Minąłem ogromną gospodę, hotel, na samem siodle postawiony, tuż pod podwójnym zębem skały, nad przełęczą górującej... Żywy duch się nie ozwał, nawet szczekanie psa mnie nie przywitało. We wszystkich oknach pozamykane okiennice, drzwi zaparte na żelazne wrzeciądze, — pustka zupełna...
Stanąłem na samej przełęczy, pod nogami memi znagła otwarła się — przepaść! Miałem to wrażenie, jak kiedy w Tatrach wchodzi się od strony spiskiej na Przełęcz Mięguszowiecką i znagła staje się nad otchłanią, ku Podhalu otwartą. Jeno tutaj, zamiast błyszczącego Morskiego Oka w dole i wyciągniętej poza niem Doliny Białki, patrzyłem z urwiska na ukryte wśród lasów, dziewięćset metrów poniżej mych stóp leżące Loèche-les-Bains i na błękitną wstęgę potoku Dala, wpadającego przed oczyma memi do Rodanu. A za Rodanem, za zieloną, o jesieni jeszcze nie więdnącą doliną Walizyjską, tam, gdzie stojącemu na przełęczy Mięguszowieckiej wykwitałoby nikłe pasmo Pienin, dalekim widnokręgiem przewyższone, tam rosły przede mną największe olbrzymy alpejskiego lądu, od Mont Cervain aż po Mont Blanc na zachodzie... Słońce stało nad temi górami, jesienne południowe słońce, rozświetlające opalowo dalekie lodowce, w lekkiej spowite śreżodze. Cisza była niepojęta na świecie...
Niepodobieństwem się wydaje, aby jakaś inna droga, oprócz karkołomnej ścieżki, mogła wieść z tej przełęczy w dolinę Rodanu, a przecież spada tutaj z pionowej niemal skały w wężowych zakrętach w kamieniu po większej części kuta, stara drożyna, nie tylko dla pieszych, lecz także dla koni i wspomnianych już „Gemmiwägeli“ dostępna. Kusiła mnie ta droga i białe domy Loèche-les-Bains z góry widziane i zielona dolina Rodanu, i kto wie, czy mimo umowy z przewodnikiem nie byłbym się spuścił na tamtą stronę, gdyby mi w słońcu, kiedym stał już na pochyłości, nie był zaświecił z poza szczerbatych turni blizki, falą zimnego światła rozlany Lodowiec Jagnięcy... Orły krążyły gdzieś nad nim dwa, ogromne i krakały, ważąc się w powietrzu i blasku słonecznym...
Podszedłem, pnąc się wzwyż po skałach z godzinę, pod sam zrąb jego olbrzymi, ale stąd trudno się już było dalej zapuszczać. Żałowałem, żem w Kandersteg zostawił raczki, bo dnia było jeszcze dosyć i można było od biedy wpełznąć jeszcze na lśniący grzbiet olbrzyma, chociażby nocą potem przyszło powracać... Stare, wychłechtane podkucia butów jednak ślizgały mi się już po omarzłych skałach nad przełęczą, bez raczków niepodobna się w nich było puszczać na lody... Pocieszałem się więc tylko, wracając, myślą o następnym dniu...
Tymczasem ten następny dzień nie zapowiadał się zbyt świetnie. W powrocie już, ledwo minąłem Daubensee, chwycił mnie wiatr i dął bez przerwy całe popołudnie. Nad szczytami gromadziły się wilgotne, postrzępione chmury, nie wróżące nic dobrego. Jakoż zaledwie zaszedłem do mego hotelu w Kandersteg, gdy począł padać drobny, zimny deszcz. Ustał wprawdzie przed wieczorem i w nocy wypogodziło się nieco, ale wiatr zerwał się znowu, przysłaniając księżyc na chwilę kłębami chmur.
Kiedy wstałem nazajutrz o trzeciej z rana, wicher halny szalał nad Alpami. Wobec takiej pogody zamówiony przewodnik nie przyszedł i mnie nic nie pozostawało, jak zdrzemnąć się jeszcze... Nie mogłem jednak spać i zaledwie dzień począł świtać, zarzuciłem worek na ramiona i ruszyłem w dół...
Około siódmej z rana pogoda poprawiła się nieco, nastała nawet chwila względnej ciszy. Nie łudziłem się, aby miała trwać długo, w każdym jednak razie trzeba było wyzyskać tę przerwę, aby nie tracić zupełnie dnia, ostatniego już może przed zimą...
Skręciłem więc z powrotnej drogi na prawo, aby za biegiem potoku, u stóp wspomnianej już Birry do Kandery wpadającego, dostać się nad jezioro Oeschinen, rozlane tuż pod skrzesanemi pionowo turniami, na których się piętrzą lodowce Blümlisalp, jak płaszcz, ze stoków Białej Pani i Dzikiej Pani spływające. Stąd możnaby było znaną mi już drogą wzdłuż północnej krawędzi lodowca przedostać się na podniebną przełęcz Hochtürli między granią Oeschinen a Dziką Panią (Wilde Frau), a potem w dół, w lesistą dolinę Kienthal... Jednak nie było mi już widać sądzono dotknąć w tym dniu nogą śniegów wieczystych...
Początek drogi miałem cudowny. Nad jezioro wiedzie z Kandersteg ścieżka wygodna wśród lasów i młodych zagajników z nieznacznem tylko wzniesieniem, wiatr był ustał chwilowo, słońce wyglądało z za obłoków, gdzieś wysoko ponad szczytami płynących... Jakaś dziwna uroczysta poświętność była w powietrzu, jesienna i słoneczna zarazem, i cisza, przerywana jeno monotonnym szumem spadających z pod Doldenhornu wodospadów...
Niedługo to jednak trwało. Zaledwie stanąłem na skalnym wale, trzymającym jak grobla staw Oeschinen na uwięzi, gdy nagłe uderzenie wichru załomotało wśród konarów odwiecznych smreków nad wodą. Widne białe szczyty na niebie poczęły się w oczach ćmić mgłą, niewiadomo skąd powstającą... Zaledwie miałem czas, korzystając z chwilowej przerwy między uderzeniami wichru, zrobić zdjęcie fotograficzne, gdy niemal cały świat zatonął w szarym tumanie...
Wcisnąłem się gdzieś pod korzenie smreka, z omszałego głazu zwieszone nieopodal szczękającego w wietrze pustego schroniska i przeczekałem tak pierwsze, najgwałtowniejsze uderzenie burzy. Po jakimś czasie uspokoiło się nieco, i góry, dziwne, groźne i ogromne, poczęły znów przez mgłę majaczyć. Owinąłem się szczelnie gumową peleryną, stary, od paru lat po górach ze mną latający tyrolski kapelusz nacisnąłem na oczy i ruszyłem w górę ścieżką, pnącą się po skałach na północnym brzegu stawu. Przecinałem żleby, świeżą wodą deszczową huczące, szedłem popod zawieszonemi nad głową turniami, mając prawie ciągle tuż pod stopami zmąconą powierzchnię jeziora, przebłyskującą za każdym krokiem niżej pomiędzy gałęzie uczepionych na pionowej skale świerków. Czasem miałem wrażenie, że idę po galerji, jak balkon, w wysokości jakichś dwustu metrów nad wodą wysuniętej, to znowu wchodziłem na małe pólka piargu, pomiędzy czarne i w tył cofające się skały wciśnięte.
W miejscach zakrytych i na załomach skał czekał na mnie wiatr. Spotykałem się z nim, jak z czatującym wrogiem; napadał na mnie nagle, znienacka i z całą dziką zawziętą potęgą targał za płaszcz nad przepaścią, uderzał w twarz i w piersi, rzucał się zmiennym, niespodziewanym ciężarem na wyładowany worek na plecach i trzeba było mocno nogi rozstawiać, chylić się i całe ostrze czekanu wbijać w skalisty grunt, aby podołać jego naporowi i nie zlecieć tam w dół, gdzie z rykiem a chichotem przewalał się po odartych wierzchołkach drzew ku zamglonej toni wody.
W dolinie potoku, z lodowca Blümlisalp spływającego, szerzej mi było i zaciszniej. Minąłem pożółkłe, nieco wyżej świeżym śniegiem już przyprószone hale i szałasy Oeschinen i wzdłuż potoku począłem się wydostawać na skalny zrąb ponad lodowcem, kiedy nowe a od wszystkich poprzednich gwałtowniejsze uderzenie wichru rzuciło mną niemal o głazy. Przysiadłem na ziemi, wczepiwszy się palcami w szczeliny lodowatej skały, zapomniałem już prawie, gdzie i po co idę, to jedno tylko mając na myśli, że trzeba się trzymać, bo jedna chwila nieuwagi to śmierć na tych błyszczących lodach pode mną. A wicher halny hulał tymczasem po świecie. Oderwane gdzieś w górze głazy załomotały w skalistym żlebie, zdawało się, że turnie drżą pod nogami, i ucho dziwnem złudzeniem chwytało niemal szczęk łamiących się pod naporem wichru lodowców. Kilkakrotnie próbowałem jeszcze powstać i iść dalej w górę, ale po pewnym czasie musiałem dać w końcu za wygraną. Zabrałem się do odwrotu, korzystając z chwilowych przerw w nawałnicy, aby się posuwać jak najszybciej ku dołowi. Na galerji ponad jeziorem miałem jeszcze ciężką przeprawę z wiatrem, który mi się walił całą mocą na plecy i uginał nogi, na oślizgłych głazach wsparte, ale były to już ostatnie jego wysiłki.
Kiedy minąłem staw i począłem schodzić ścieżką ku Kandersteg, wicher ustał, a natomiast puścił się drobny, przejmujący, ze śniegiem zmieszany deszcz. Gór nie było widać zupełnie, drzewa w zaledwie widocznych zarysach majaczyły przez tuman jesiennego dżdżu. Zaniosło się na kilka dni, na kilka tygodni może. Trzeba było wracać do domu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.