Przejdź do zawartości

Muzykanci miejscy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Muzykanci miejscy
Pochodzenie Jaś i Małgosia oraz inne bajki
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. [1924]
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Die Bremer Stadtmusikanten
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
MUZYKANCI MIEJSCY.



Pewien wieśniak miał osła, który długo i cierpliwie nosił worki do młyna. Ale postarzał i nie miał już sił do pracy. Widząc to pan jego, przestał go żywić. Spostrzegł osieł że źle, przeto uciekł i poszedł do wielkiego miasta, pewny że go tam przyjmą za muzykanta. Gdy uszedł kawał drogi, napotkał psa myśliwego, który sapał ze zmęczenia.
— Czemuż tak sapiesz, kolego? — spytał osioł.
— Ach! — powiedział pies. — Jestem już stary, polować nie mogę, a mój pan chciał mnie dobić. Widząc, że źle wziąłem nogi za pas. Ale nie wiem, jak teraz wyżyję.
— Wiesz co? — rzekł osieł. — Idź ze mną do miasta. Ja tam wstąpię do miejskiej kapeli, więc może przyjmą i ciebie. Będę grał na gitarze, a ty możesz bić w bęben.
Spodobało się to psu bardzo i poszli razem.
Niedługo spotkali kota, który miał taką minę, jakby mu kto wbił szpilkę w ogon.
— Cóż ci to, stary lizusie? — spytał osieł. —
— Trudno się radować, gdy śmierć za pasem! — odrzekł kot. — Jestem stary, zęby mi stępiały, więc zamiast łapać myszy, wolę siedzieć za piecem. Nie spodobało się to mojej pani i chciała mnie utopić. To się znowu mnie nie podobało i uciekłem. Nie wiem tylko, czem teraz żyć.
— Chodź z nami do miasta! — rzekł osieł. — Umiesz wrzeszczeć po nocach, możesz tedy wstąpić do miejskiej kapeli.
Kot usłuchał i poszedł z nimi.
Mijali właśnie podwórze jakiejś zagrody, gdy nagle zaczął piać kogut.
— Cóż się tak drzesz, że aż ciarki przejmują? — spytał osieł.
— Ach! — rzekł kogut. — Właśnie wyprorokowałem na jutro pogodę. Jest to święto Matki Boskiej. Ale przyjdą goście, a gospodyni moja postanowiła zrobić ze mnie dla nich potrawkę. Dziś wieczór utną mi głowę, więc pieję, pókim jeszcze żyw, by się pocieszyć.
— Głupiś, grzebieniasty kolego! Stracić głowę można wszędzie, chodź tedy z nami do miasta, tam nic gorszego spotkać cię nie może. Będziemy sobie razem muzykować aż miło.
Kogut rad był temu i poszli we czwórkę dalej.
Ale nie mogąc jednym dniem dojść do miasta, postanowili zanocować w gęstym lesie.
Osieł i pies legli pod wielkiem drzewem, kot wlazł na konar, a kogut wyleciał na sam szczyt, gdzie mu było najbezpieczniej.
Już miał zasnąć, gdy nagle zobaczył w dali światełko i powiedział towarzyszom, że tam musi być dom.
— Ano, to wstańmyż! — rzekł osieł. — Tam nam dadzą może lepszy nocleg, bo tu jakoś niebardzo wygodnie.
Pies także był zdania, że przydałoby się kilka kości, z porządnym kawałkiem mięsa w dodatku.
Poszli tedy w kierunku światła i dotarli do domu rozbójników.
Osieł, jako najwyższy, zajrzał przez okno.
— Cóż tam widzisz kłapouchu? — spytał kogut.
— Widzę nakryty stół, a na nim mnóstwo doskonałego jadła i napitku. Zbóje zajadają, aż im się uszy trzęsą.
— Przydałoby się i nam! — westchnął kogut.
Zaczęli radzić, jakby wypędzić rozbójników i znaleźli w końcu sposób.
Osieł stanął przedniemi nogami na desce okiennej, pies wskoczył na grzbiet osła, kot na psa, zaś kogut siadł na wierzchu, na głowie kota.
Potem zaczęli na dany znak muzykować.
Osieł ryczał, pies szczekał i wył, kot miauczał, a kogut piał co sił.
Potem wybili szyby i wpadli do izby.
Rozbójników przejął strach, gdyż byli pewni, że napadły ich duchy i uciekli co prędzej do lasu.
Czterej muzykanci zasiedli do stołu i pokrzepili się resztkami nienajgorzej, a jedli jakby na zapas.
Po uczcie zgasili światło i poszli spać. Osieł legł na słomie, pies przy drzwiach, kot na ciepłym popiele komina, a kogut wyskoczył na dach. Znużeni długą podrożą zasnęli niebawem.
Rozbójnicy spostrzegli około północy, że w domu ciemno, a ponieważ było wszędzie cicho, przeto rzekł im przywódca:
— Głupio zrobiliśmy, uciekając. Daliśmy się wywieść w pole.
Potem kazał jednemu z rozbójników pójść i zobaczyć, co słychać w domu.
Wysłannik poszedł do kuchni, by zaświecić świecę. Zobaczywszy błyszczące oczy kota, pomyślał, że to węgle i przytknął do nich zapałkę. Ale kot nie znał się na żartach, rzucił się na zbója, opluł go i podrapał mu twarz. Zbój przerażony chciał uciec tylnemi drzwiami, ale natrafił na psa, który go ukąsił w nogę. Biegnąc przez podwórze potrącił zbój osła, który go kopnął potężnie, a zbudzony hałasem kogut zapiał przeraźliwie.
Zbój pognał co tchu z powrotem i przybiegłszy zadyszany do przywódcy, powiedział:
— Ach! W domu siedzi jakaś przeraźliwa czarownica! Opluła mnie, podrapała, u drzwi dostałem cios nożem, a na podwórzu potwór jakiś palnął mnie maczugą. Na dachu zaś siedział sędzia i krzyknął:
— Dawać mi tego draba!
Rozbójnicy nie mieli odwagi wchodzić do domu, zaś muzykantom tak tam było dobrze, że wychodzić nie chcieli.
Historja skończona, a oni pewnie dotąd siedzą sobie w domu rozbójników.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.