Muzykanci (Szaniawski, 1891)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Muzykanci
Podtytuł Szkic z natury
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
MUZYKANCI.
(SZKIC Z NATURY).
Było ich czterech — całkowita orkiestra: Judka Milch, Dawid Samowar, Anszel Łykobykier i nieletni Chuna Brumbas; skrzypce, flet, trąbka i tamburino. Grali wszyscy znakomicie, tembardziej, że żaden z nich nie miał wyobrażenia o nutach, które krępują indywidualność artysty i robią go pospolitym wykonawcą cudzych pomysłów. Judka Milch, pierwszy skrzypek tej orkiestry, gdy go zapytywano o nuty, wzruszał ramionami i odpowiadał:

— Bogu dziękować, nie jestem aptekarz... i potrafię robić muzykę bez recepty.
Tak samo myśleli i jego towarzysze. Grali wszystko ze słuchu. Judka podawał motyw, a Dawid, Anszel i Chuna szli za nim bardzo zgodnie, jeżeli zaś który się trochę omylił, to się zaraz poprawił; któż na święcie nie popełnia omyłek?... Repertuar mieli nieobfity, ale wyborowy. Pierwszą perłą w nim był marsz, śliczny żydowski marsz, przy dźwiękach którego wszystkie oblubienice w miasteczku dążyły zakwefione pod weselny baldachim, na śmietnik...
Jak z kapoty daje się sporządzić surdut, a z kamizelki czapka, tak z tego marsza dawały się zrobić polka i galopada. Dość było aby Judka krzyknął na swoich towarzyszów: „polka-marsz“!.. to husyci skakali bez upamiętania, rozbijali buty na kawałki, podłogi na drzazgi, a małżonki, matki i córki tych tancerzy uderzały się rękami po biodrach, klaskały w dłonie, pokładały się ze śmiechu. Robiła się szalona wesołość; nie radość, ale siedm razy radość — nie wesele, ale dziewięć razy wesele!... a kto umiał zrobić taką radość? — Judka Milch. Gzem ją potrafił wywołać? kombinowaną „polką — marsz“. Oprócz żydowskiego! miał jeszcze Judka dwa repertuary: całkiem pański, dla propinatorów, ekonomów, drobnej szlachty — i chłopski, dużo tańszy, dla prostego narodu. W pańskim figurowało coś nakształt kontredansa, dwa walczyki „paryzkie“, czerwony mazur, biały mazur, oraz polka trzęsąca — w chłopskim był tylko jeden oberek, który Judka umiał grywać nawet przez sen... Przy wykonywaniu tego utworu mogli się też cokolwiek zdrzemnąć i Dawid i Anszel — byleby tylko mały Chune regularnie walił pięścią w tamburyn, to chłopi tak skakali „jak rozbrykane woły“... a przyśpiewywali, aż było w trzeciej wsi słychać.
Artyści mieszkali w małem miasteczku i trudnili się czem który mógł... Sam Judka był niby krawiec, czasem załatał jakiemu żydowi kapotę, czasem stworzył oryginalne dzieło z nankinu, czasem zdarzało mu się przerabiać stare futra, i po tych czynnościach miał nawet pamiątkę. Posiadał wspaniały kaftan zimowy podbity kawałkami szopów, lisów, jonatków, baranów, było w nim nawet trochę skóry z wilka... Kto się pochwali takiem wspaniałem odzieniem? Dawid miał lżejsze zatrudnienie, trochę faktorował, trochę wychodził za rogatki w dzień targowy, i nabywał od chłopów chude kury na handel. Anszel miał detaliczny sklep ze smołę — a mały Chuna jeszcze nic nie miał — wystawał tylko cały dzień przed zajazdem, to mu czasem z tego kilka groszy kapnęło, a czasem nic nie kapnęło...
Każdy członek orkiestry miał z czego żyć, a prócz tego muzyka dawała im piękny dochód. Za granie na żydowskiem weselu można było, prócz poczęstunku i uciechy, mieć conajmniej trzy ruble; propinator albo zagonowy szlachcic dawali nawet i po pięć, ale rachowali noc od zmierzchu blizko do południa — a z chłopami nie można było mieć innej zgody, tylko od tańca. Chce Maciek tańcować, niech Maciek płaci, chce ośmnastu Maćków tańcować, niech ośmnastu Maćków płaci, każdy za siebie i za swoje Magdę, bo dama na najpierwszych nawet balach nie powinna kosztów ponosić.
Judka Milch słynął jako znakomity muzyk — a jego orkiestrę znano w całej okolicy — i to nietylko między żydami i chłopstwem, ale nawet wśród państwa — i jakich państwa!... Raz nawet Judka tak jakby grał na balu u hrabiego w Wądołkach; nie znaczy to żeby aktualnie grał, ale o mało nie grał, bo chciał grać i zgłosił się w tym interesie umyślnie — że zaś został wyrzucony za drzwi, to już nie jego wina.
Judka wiedział, że orkiestra ma małe felerki, jemu samemu ręce się trzęsły mocno nawet, Dawid stracił cztery zęby na przodzie i przez to dmuchał w swój flet nie całkiem czysto, a mały Cliune Brumbas, jeszcze młody i bardzo do sztuki zapalony, lubił czasem nie bębnić gdzie trzeba, a natomiast bębnić gdzie wcale nie potrzeba... Czysty waryat! No — ale cóż robić — przecież takie znaczne miasto nie może być bez orkiestry, a skoro tak jest — to dlaczego ma zarabiać jakaś nowa orkiestra, a nie stara i zasłużona?
Zdarzyło się jednego razu, że do miasteczka przyjechał jakiś żydek na biedce, stanął na rynku i zaczął dopytywać się o muzykantów. Wnet otoczyła go cała gromada.
— No, na co tobie muzykanci? Jaki masz do muzykantów interes?... Co od nich potrzebujesz? zkąd jesteś?
Pokazało się, że żydek jest z miasteczka odległego aż o trzy mile drogi, że przyjechał naumyślnie wysłany przez rebe Borucha, najpierwszego bogacza, który wydaje właśnie córkę za mąż, a wiedząc o sławnej orkiestrze Judki Milcha, pragnie ją mieć na swej uroczystości rodzinnej. Bądź co bądź, jest to i dla orkiestry i dla miasta honor niemały. Boruch pieniędzy żałować nie będzie, muzykanci mogą żądać choćby dziesięć rubli, a on im bez żadnego targu pięć urwie a pięć wypłaci i zwróci wszystkie koszta podróży na piechotę, i tam i z powrotem, a prócz tego da poczęstunek wspaniały, jak na weselu.
Judka zgodził się bez wahania i po południu wszyscy członkowie orkiestry, ubrani odświętnie, niosąc z sobą instrumenta i tobołki z żywnością, puścili się w drogę... Był to dzień zimowy, ale wilgotny, na polach leżał śnieg, a na drodze błoto grzęzkie, głębokie, lepkie, jak zwykle na Podlasiu. Wiatr był przykry. Judka podwiązał uszy czerwoną chustką, poły od kapoty zatknął za pas i stąpał po błocie ostrożnie, bo przecież na takie znaczne wesele nie wypada stawić się w butach zabłoconych po same kolana. Dawid i Anszel także dawali na obuwie i na szaty baczenie, tylko mały Brumbas, głupiec i niedoświadczony młokos, chlapał się po błocie jak gęś po wodzie i kamlotowy swój żupan zabłocił prawie do kołnierza.
Idąc, Judka, Dawid i Anszel rozmawiali o poważnych przedmiotach i o tem, że z powodu zimna i przejmującego wiatru muszą koniecznie w karczmie pod lasem napić się wódki. Do karczmy przyjdą koło drugiej po południu, tam cokolwiek odpoczną i znów się puszczą w drogę aż do Korcówki, gdzie u pachciarza przenocują.
Od karczmy na Wygodzie do Korcówki jest blizko mila drogi i przez las, ale nie ma się o co targować — skoro się idzie na dobry zarobek, na wspaniałe wesele, do bogacza — to trzeba dołożyć i cokolwiek fatygi. Na Wygodzie pokrzepili siły, arendarz opuścił im trochę na wódce, bo artyści mają wszędzie swoje przywileje — i radził żeby pośpieszali, bo noce teraz ciemne, a drogi niepewne. Muzykanci usłuchali tej rady i poszli zaraz z miejsca szybkim krokiem, zamaszysto, poślizgując się po lepkiem i gestem błocie.
W zimie ściemnia się prędko; zmrok zaskoczył wędrowców w lesie. Wiatr byt przykry, chłód przejmował do kości. Judka kulił się, pomimo że miał na sobie futro ze skór tylu rozmaitych zwierząt, Dawid się trząsł, Anszel dzwonił zębami. Mały Brumbas, pragnąc się rozgrzać, walił naprzemiany w tamburyn to jedną, to drugą pięścią, aż się echo rozlegało po lesie...
— Fe! — krzyknął Judka — co ty wyrabiasz, waryacie — czego bębnisz jak na gwałt?
— Albo to nie gwałt, takie zimno — odrzekł Chune — niech licho weźmie całe wesele, wolałbym siedzieć pod piecem i kartofle obierać...
— Cicho, cicho — odezwał się Anszel — jesteś paskudnik... Zamiast dziękować Bogu, że daje ładny zarobek... ty przeklinasz... Ty wolisz kartofel pod piecem!... Zupełnie jak moja koza — ona też woli surowy kartofel, aniżeli rubla.
— Gadajcie wy sobie — odrzekł Chuna — a ja będę bębnił. Mnie zimno jest. W co mam stukać? — przecie w wasze plecy łomotać nie wypada!
— Gałgan jeden! szajgec! — odezwał się Judka. Taki to dziś świat — takie języki łajdackie... On nam gotów jakie nieszczęście wybębnić.
Ledwie Judka skończył mówić, gdy nagle właśnie od strony Korcówki rozległy się okrzyki.
— Bywaj! bywaj... hop! hop!
— Masz bęben, ty łapserdaku... ty drewniana głowo, ty cyganie!... Coś ty nam narobił?
— No co?
— Nie słyszysz?!
— Słyszę, ktoś krzyczy, niech on sobie krzyczy... pewno mu także zimno jest.
— Może to rozbójnik!
Krzyki wzmagały się, można było rozróżnić pojedyncze głosy, a jednocześnie słychać było turkot wozów i chlapanie kopyt końskich po błocie.
Brumbas przestał bębnić — muzykanci zbici w gromadkę przystanęli na drodze w niepewności co robić — czy uciekać, czy mężnie stawić czoło napastnikom? Judka i Dawid chcieli ukryć się w łesie. Anszel radził czekać — i przekonywał towarzyszów, że na ucieczkę jest jeszcze dość czasu.
Krzyki były coraz głośniejsze — przytem ktoś na całe gardło wyśpiewywał.
— No widzicie — rzekł Anszel — możemy być spokojni, kto słyszał żeby rozbójnicy śpiewali? To jest jakaś wesoła kompania — ona jedzie w swoją stronę — a my w swoją.
Poszli dalej, znacznie uspokojeni — a mały Brumbas z zimna, a poniekąd i z radości że ominęło go wielkie niebezpieczeństwo, zaczął bić z całej siły w bęben, akompaniując niejako śpiewającym.
Okrzyk radości odpowiedział z wozów.
— Muzyka! — wołano — muzyka! właśnie tego nam potrzeba!
Wozy zbliżyły się, kilku młodych, podochoconych chłopaków otoczyło muzykantów.
— Niechże was drzwi ścisną — zawołał jeden — toć to Judka, najlepsza kapela w naszych stronach! Dokąd wy idziecie?
— Idziemy grać... na bardzo znaczne wesele... pewnie panowie słyszeli. Boruch córkę swoje jutro wydaje... już na pół drogi jesteśmy.
— A my właśnie po was jedziemy.
— Jakim sposobem po nas, kiedy my na wesele?
— I my także. Niech tam waszego Borucha! U nas dziś wesele.
— Jakto u was...?
— No — najbogatszy szlachcic we wsi, Sadłowski, córkę wydał, niedawno z kościoła wrócili... a pan młody zagapił sie, o muzyce przepomniał, więc my młodzież pojechaliśmy szukać muzyki... Dalej, siadajcie z nami... Jazda i grać tak, żeby w dziesiątej wsi słychać było!
— Moi panowie — prosił Judka — na drugi raz zagram z wielką chęcią, dziś nie mogę, w drogę idę, zamówiony jestem...
Zaczął się certować, wymawiać, ale z podochoconymi trudna była sprawa.
— Siadać, siadać — krzyczeli — nie bałamucić, póki po dobremu się prosi, bo jak się weźmie na moc, źle będzie! Żartów niema. Sadłowski dobrze zapłaci, my też zrzucimy się potrochu... nie byle kto jesteśmy... pieniądze mamy. Siadajcie żydy! Jasiu, Piotruś, zawracaj, a wy muzykanty grać! Żywo, bo...
Nie było rady. Judka, Dawid, Anszel i Chune z tamburynem wgramolili się na wóz i zaczęli grać nieśmiertelną „polkę-marsz”. Konie pędziły po błotnistej drodze jak szalone, a melodya rwała się ciągle i psuła, gdyż każdy dołek, każdy wybój robił w niej nadprogramowe pauzy. Anszel stuknął się w zęby trąbką kilkakrotnie tak dotkliwie, że krzyknął z bólu, Brumbas upuścił w błoto tamburyn, ale go jakoś znaleziono szczęśliwie.
Dworek Sadłowskiego oświetlony był rzęsiścier przez otwarte drzwi od sieni buchała para jak z gorzelni... W izbach było duszno i ciasno, wyziewy przysmarzonego mięsiwa i spirytualiów napełniały powietrze.
Usłyszawszy muzykę, Sadłowski z gośćmi wybiegł przed dom.
— A Judka! — zawołał, ujrzawszy kapelmistrza — Judka! oto właśnie! Złaź żywo z woza, nie pożałujesz. Miarkuj że to nie u byle kogo, ale u Sadłowskiego wesele, nagrasz się dość... z przenosinami i z poprawinami trzy dni jak obszył, krzywdy nie będzie, pieniędzy nazbierasz jak lodu — a jak będziesz dobrze się sprawiał, to kartofli i kapusty dodam ile udźwigniecie.
— Aj, aj! — tłómaczył się Judka — jegomość doprawdy dziwne dziwa wyrabia, jegomość mi tu każe grać przez trzy dni — a ja muszę jutro w południe stawić się z muzyką na wesele Borucha.
— O, wielka rzecz!
— Panie Sadłowski, to naprawdę wielka rzecz... Boruch jest bogacz.
— E! kto tam jego bogactwo rachował; a przytem ja też nie pies, tylko szlachcic obsiedziały, śmieciami płacić nie będę — jeno pieniędzmi — honor swój znam, a skoro się rozchodzę, to potrafię sypnąć...
— No, ja nie mówię, ale widzi jegomość, Boruch to jest Borach, to osoba, ja mu nie mogę zrobić zawód, a skoro mam u niego jutro grać, to dziś potrzebuję trochę spać. Niech się jegomość nie gniewa — ja jegomości też wygodzę — zagram: będę grał do północy, niechby nawet godzinę po północy, a potem jegomość pozwoli nam się przespać w stodole i odeszle nas do Borucha. Czy to u jegomości brak woza, albo koni? Ha! ha! ja wiem, jegomośćby potrafił wpakować na swoje furmanki pół wsi, a co dopiero czterech marnych żydków, nawet nie czterech, tylko półczwarta, bo małego Chune nie można więcej jak za pół człowieka rachować.
Sadłowski był już dobrze podchmielony, a w takich razach żartować nie lubił i opozycyi nie znosił.
— No — rzekł — mój Judka, pókim dobry... zbieraj swoję czeredę i ruszaj do izby grać — a pięknie, po pańsku!
— Aj jegomość, jegomość kochany, dobrze. Ja będę grał, będę grał jak na hrabiowskiem, na książęcem weselu — byłem tylko jutro...
— Jutro będzie co Bóg da — a teraz marsz!
— Sy git, marś... polke-marś!.. — zakomenderował Judka.
Muzykanci usadowili się na ławce pod piecem i zaczęli grać zamaszyście, aż szyby drżały... Brumbas całą siłą pięści łomotał w tamburyn.
— Z tego małego niedowiarka — mówił szlachcic — będzie kiedyś znaczny muzykant, ma zamach dobry i pięść zdrową.
— Juści że ma — przytwierdził jakiś gość; — żydowski naród lekki, ale w sposobach bystry...
— Pewnie...
Młodzież entuzyazmowała się... Panna młoda „jak jagoda” otarłszy łzy — niezbędne przy uroczystości weselnej — puściła się w pląsy... Pełna jej twarz, jak świeżo upieczona bułka, jaśniała zdrowiem, okazałe kształty ledwie mieściły się w obcisły stanik. Druchny były też przysadziste, „w sobie podufałe, a na gębach czerwone“ — a młodzież dorodna, w odwiecznego kroju tużurkach, w jaskrawych szalikach na szyi — pełna zapału i wielkiej do tańca zawziętości. Judka wiedział dobrze komu gra — i wydobywał najcenniejsze perły z lepszego repertuaru... tak dalece, że stary Sadłowski się wzruszył.
— Moja Małgoś — rzekł do żony — niech no pani dla muzykantów porządną kolacyą da... podług ich żydowskiego zakonu; niech sami wybierają, co im do smaku przypada.
— Pohulajcie sobie, żydy, żebyście pamiętali u Sadłowskiego wesele.
Podług żydowskiego zakonu, muzykanci urządzili sobie kolacyą, złożoną ze śledzi, jaj, obwarzanków, napili się wódki, herbaty z arakiem, piwa — dobrze im się zrobiło. Brumbas był tak kontent, że sam miał ochotę puścić się w pląsy, nie pamiętał bowiem, aby kiedykolwiek, jak żyje na świecie, nawet w największe święto, był tak najedzony jak teraz. Policzki mu poczerwieniały, oczy błyszczały jak u kota. Porwał swój tamburyn, uderzył w niego kilkakrotnie z całej siły i zawołał:
— Ja pokażę swoję sztukę!
Dawid, który również doskonale się pokrzepił, rzekł po cichu do Judki:
— Mnie się zdaje, że powinniśmy grać do świtu. Samemi drobnemi od tych co tańczą jest już kilka rubli, Sadłowski też zapłaci, prowizyi obiecał...
— No... a co będzie z Boruchem?
— Będziemy grali u Borucha jutro. Czy my nie muzykanci, czy nam nowina nie spać?...
Judka był w wesołem usposobieniu, czuł w sobie dziwną siłę, zdawało mu się, że może nie jedne, ale dziesięć nocy z rzędu grać, jak nic — pomimo swoich siwych włosów, pomimo sześćdziesięciu lat życia.
— Szpil! — zawołał — Anszel szpil, Chune szpil... a trzęsiącego polkę!
Rozległy się tony trzęsącej polki, młodzież szalała... Kawalerowie rzucali muzykantom złotówki i dziesiątki, panny o nowe tańce prosiły.
— Nie ma co mówić — rzekł Sadłowski — godne żydy, umieją uszanować znaczny dom i wiedzą co grać.
— I pięknie grają.
— Na podziw! — dorzuciła stara, otyła szlachcianka, — sprawiedliwie, że przy takiej kapeli same nogi chodzą.
— A skoro tak — odezwał się Sadłowski — to i owszem, proszę.
I porwał gruby szlachcic okazałą jejmość i puścił się z nią regularnie od pieca, jako jest politycznie i modnie, przytupując butami podkutemi, aż drzazgi z podłogi leciały...
— Uf! — zawołał, padając na ławkę i sapiąc — godne żydy, wspaniałe żydy! Wypcham was niedowiarki kartoflami i grochem, że będziecie mieli do Nowego Roku co źreć... Juści jakie granie, takie darowanie... Niech was psy zjedzą — pańska kapela! Grajcie-no jeszcze, a wy panienki nie stójcie jak worki z owsem pod ścianą... ale w ruch!... żebyście pamiętały u Sadłowskiego wesele! Małgoś, niech no pani dla muzykantów krupniku w nowym garnku uwarzy. Słuchajcie, żydy, sprawiedliwie w nowym garnku... tryfność w nim nijaka nie postała...
Gospodyni zawinęła się żwawo.
Krupnik jest to piekielny trunek z okowity, miodu i korzeni. Pija się go na gorąco, a ma tę własność, że najtęższego chłopa szybko z nóg zwali.
Gdy się muzykanci uraczyli tym trunkiem... a wymówić się nie mogli, bo Sadłowski i prosił i pięścią wygrażał i do bicia się brał — kiedy już świt do okna zaglądał, smyczek wypadł z rąk Judki... potem z łoskotem tamburyn potoczył się po ziemi, a za nim jak długi runął Chune Brumbas... Dawid i Anszel spali jak zabici.
Przeniesiono ich do stodoły na słomę — gospodarz, zmęczony i senny, legł niedaleko.
Już wieczór był, gdy Judka ze stodoły wyjrzał. Widząc, że w oknach się świeci, wszedł do izby.
— Panie Sadłowski — rzekł do gospodarza, który już po raz dziesiąty krupnikiem do gości przepijał — mnie się zdaje, że niedługo będzie dzień...
— A będzie — odrzekł szlachcic — jak noc minie...
— Nu — toć ona zaraz minie... Niech nas pan każe odwieźć do Borucha — Co tobie w głowie, Judka! toć się opamiętaj...
— Jakto? ja pamiętam — dziś u Borucha będzie wesele od samego południa.
— Aha! szukaj że dzisiejszego południa, kiedy teraz noc, pewnie będzie ósma godzina... Boruchównie już dawno ogolili głowę.
— Aj... waj... co ja zrobię! — panie Sadłowski, co ja zrobię! Boruch bogacz jest, Boruch się pomści na mnie.
— Aha... tyle ci zrobi, co przeszłoroczny mróz. Nie brak żydów na świecie, nagrasz się jeszcze na weselach.
— Ale Boruch! Boruch... taki bogacz! — Tylko mi jego bogactwem w oczy nie ciskaj. Możebym ja pięciu takich Boruchów kupił i jeszcze dna w skrzynce nie zobaczył. Co mi tam Boruch!
— Takie wesele, takie wesele, bez muzyki... Aj jegomość, jegomość, co ja będę miał!
— Będziesz miał co ci dam... a teraz budź swoich żydów i graj, bo się gościom przykrzy... Słyszałeś jak to mówią: — „Zagraj no żydku“ — „szabas panie“ — Kija na żyda!“ — „Zaraz panie... lachcium, ciachcium bim, bam, bam! gdy pan każe, to ja gram.“ U Sadłowskiego wesele jest trzy dni i trzy noce, żebyś o tem wiedział i wnukom swoim zapowiedział.
Judka pogodził się z losem, obudził towarzyszów i jeszcze przez dwa dni żydzi grali, jedli, pili krupnik — i znów grali... a Brumbas prosił Boga, żeby to wesele z rok trwało.
Powrócili do domu na furze naładowanej prowiantami, zarobili kilkanaście rubli — ale na samym wjeździe do miasta spotkały ich wymówki i złorzeczenia:
— A gałgany! żeby wam febra po kościach zagrała — godzi się to?
— Zcyganiliście, paskudniki!
— Taki Boruch, taki bogacz, taka osoba, miał wesele bez muzyki!
— Tylko krawcy trochę śpiewali, jak u jakiego kapcana... pfe!
— Gdzie wasz honor? gdzie wasze słowo?... pfe! pfe!
— Umyślnie po was posyłał!
Dziesięć rubli obiecywał... łapserdaki...
— Trefne weselniki! cygany!
— A stary Judka, taki kręciel, taki szwarzekuncenmacher... Nie spodziewaliśmy się tego!
— Grajcie sobie na chłopskich weselach. My was nie chcemy znać, my sobie sprowadzimy nową kapelę...
Judka zaledwie mógł przyjść do głosu.
— Słuchajcie no, śliczne dusze żydowskie! — zawołał — ruszcie swoje mózgi i obejrzyjcie ten interes od podszewki... W czem ja zgrzeszyłem? Że nas zabrali gwałtem — to jest przypadek; że myśmy na tem zarobili — to także przypadek; żeśmy przywieźli trochę prowizyi i że ją możemy tu z miejsca sprzedać — to także przypadek! Gdzie stoi pisane, żeby kto odpowiada! za przypadek, za zdarzenie, za przytrafunek? Chcecie mieć nową orkiestrę, niech was dyabli wezmą — możecie ją mieć; — ale takiej orkiestry, jak nasza orkiestra, takiej fajn muzyki, takiego smaku muzyki, wy nigdy nie będziecie mieli, choćbyście z całym kahałem na piec wleźli!...


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.