Motyl (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Motyl
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Motyl.


Przed laty dziesiątkiem, kiedym się częściéj z domu ruszał i więcéj po bożym jeździł świecie, często mi przypadała droga przez wieś jednę, któréj dziedzicowi szczerze nieraz zazdrościłem w głębi serca. Śliczna-bo téż to była wioska, wybranym tylko od losu podobne się trafiają! Na pograniczu Wołynia i Podola, wśród najżyźniejszego kraju, gdzie nigdy chleba powszedniego nie braknie ani panu, ani włości, odznaczała się uroczém położeniem i tak wdzięczną fizyognomią, jakiéj mi się drugi raz widziéć nie trafiło. Dwór prześlicznym otoczony ogrodem, przez który przebiegała kilka razy skręcona rzeczułka, stał sobie na wzgóreczku i bielił się wśród drzew, które wieki pielęgnowały na pociechę dziedzicowi.
Dokoła w amfiteatr kraj taki chyba na obrazie zobaczysz, uśmiechnięty, wesoły, zielony, na wzgórkach tu gaik ciemnieje, tam świeci kościołek, to się doliną srebrzy rzeczułka, to dworek w drzew wianku sinemi dymy się zdradza. Gdzieś rzucił okiem, coraz inaczéj, coraz piękniéj, a wszystko razem całość składało wdzięczną i cudną. Wioska téż czysta, szeroko pobudowana, otoczona sadami, zamożna aż miło, że się z niéj, wjechawszy, podróżnemu nawet wyjeżdżać nie chce.
Jeszcze i to miał szczęście ten dziedzic, którego nazwiska nie wiedząc, zgóry miałem za jednego z najszczęśliwszych ludzi, że dwór jego czy pałacyk, nie był świeżą i wytworną tylko bez wspomnień i przeszłości budową. Miejsce było historyczne, dwór przerobiony nieco ze starego zamczyska, a śliczna krągła wieżyca dotąd do boku jego była przyparta. Wokoło, jak ptaszęta, latały tradycye wiekowe, powieści, pieśni, legendy, bo i okolica usiana była mogiłami, wałami, tajemniczemi uroczyskami. W samym ogrodzie zieleniały stare wały, stał kurhan spiczasty na wyniosłości, były lochy zaklęte, a codzień niemal, jak mi ludzie mówili, odkopywano tysiące najciekawszych zabytków!
A! to był ideał dla mnie przy zamożności włościan, przy dobrym bycie, to mieszkanie otoczone pamiątkami, posypane popiołem przeszłości, z malowniczą i uroczą fizyognomią! Wzdychałem jadąc i mówiłem sobie:
— Mój Boże, czemuś mi téż nie dał co podobnego? — jakbym to ja te mury, te mogilniki i ten kątek ukochał i ocenił!
— Tak — odpowiedział głos wewnętrzny — i potém-by ci się nie chciało umierać, bobyś zanadto przywiązał się do życia?
— Może to prawda! — mówiłem w głębi — i może to dobrze, że mi Bóg nie dał mieszkać w takim ziemskim raju!
A przecież ile mi razy w blizkości przejeżdżać wypadło, zawszem nakręcał drogę tak, aby przez tę wioskę choć przejechać, choć zobaczyć ten mój ideał sadyby! Bo zważcie, jak ideałem nie mam jéj nazywać, kiedy nawet los ją umieścił choć niedaleko gościńca, o kilka jednak mil od miasta powiatowego i innych kłopoty rodzących miasteczek, a tak ją obwarował granicami naturalnemi, że ani procesu o kopce miéć nie mogła, ani nawet szkód, jakie inne wsie ponoszą od sąsiadów. Słowem było to coś nadzwyczaj wybornego i pięknego, aż do nieszczęsnéj podbudzającego zazdrości.
Za nią mnie pewnie téż Pan Bóg pokarał, bom razu jednego w saméj wsi na gładkiéj drodze, w pilnym jadąc interesie, oś złamał.
Oś była żelazna, a w tym ideale wioski brakło niestety! kowala; musiałem się więc zawrócić pieszo do karczmy, by posłać o milę do kuźni, którą mi z góry w sinéj dali pokazano. Rozmyślałem właśnie nad szczególném przeznaczeniem, które chciało, bym tu, a nie gdzieindziéj odsiadywał rekolekcye, i szedłem powolnie ku gospodzie, gdy mnie ktoś grzeczném — dobry wieczór! — powitał.
Podniosłem głowę i ujrzałem przed sobą mężczyznę lat około czterdzieści mającego, w pełni sił i zdrowia, zlekka opalonego, z uśmiechem na ustach, wejrzeniem łagodném i wyrazem dobroci na twarzy wyrytym. Na pierwszy rzut oka poznałem w nim członka téj rodziny ludzi, którym nic nie braknie do powodzenia, nawet zupełnego przeświadczenia o swéj wyższości, znaczeniu, talentach i nieskończonych przymiotach. Zadowolenie opromieniało jego łysawe czoło, wyjaśniało oczy niebieskie, otwierało usta rumiane do przyjaznego uśmiechu. Miernie otyły nieznajomy mój pulchniutki był, różowy, miłego oblicza i wielce grzecznego widać obejścia, bo nie kończąc na ukłonie, przybliżył się do mnie z ofiarą pomocy, jakiéjbym mógł żądać.
Po twarzy dyszącéj szczęściem, domyśliłem się w nim dziedzica, bo takim, takusieńkim go sobie właśnie wyobrażałem!
— Serdecznie panu dziękuję — rzekłem, oddając grzecznością za grzeczność, ale mi nic już nie potrzeba, posłałem ludzi z przewodnikiem do kowala, spodziewam się, że poprawka około osi nie zabawi długo!
— Zawsze godzin kilka! — rzekł nieznajomy — a co przez ten czas robić w nudnéj karczmie zamkniętemu między czterema ścianami? Staropolskie nasze zwyczaje gościnności upoważniają mnie prosić pana do dworu.
Tu mi się zaprezentował, jako gospodarz, ja mu wzajemnie, a żeśmy zaraz po nazwiskach poszedłszy, dopytali się jakichś familijnych stosunków nawet — bo któż u nas nie koligat! — musiałem przyjąć zaproszenie do dworu.
Szczęściem gospodarz był sam jeden, żona w dalekiéj podróży i mój surdut letni uszedł na te niespodziane odwiedziny.
Poszliśmy więc powoli, z sobą rozmawiając, do dworu. Zaraz na wstępie uderzyły mnie przy pierwszych wrotach prześliczne kwiatów klomby, krzewy egzotyczne pielęgnowane starannie i mnóstwo drzewek i roślinek, przy których stojące na straży numery zwiastowały upodobanie w botanice lub ogrodnictwie.
— Zapewne to zajęcie pani dobrodziejki — rzekłem wskazując na kwiaty.
— Tak, żona moja dosyć je lubi, ale... ale, to raczéj moje niż jéj wychowańcy, jestem bowiem zapalonym miłośnikiem ogrodu i Flory.
I dowiódł tego więcéj jeszcze uczynkiem niż słowy mój towarzysz, bo postrzegłszy robaczka na gałązce jakiéjś krzewiny rzucił się ku niemu, prawie zapominając o mnie.
— Za pozwoleniem — rzekł — kwiaty potrzebują ciągłego oka, baczności, pielęgnowań nieustannych, a naszym ludziom niepodobna wlać zamiłowania ich... Pracują z musu, niechętnie, bez przejęcia się, bez namaszczenia, bez zapału!
To mówiąc gorąco się rzucił ku krzaczkowi i począł żwawo liszki z niego opędzać.
— Otóż po pączkach! — zawołał — pierwsze, największych nadziei, najsilniejsze, najpiękniejsze, z których się chciałem dochować nasienia, przepadły! Znowu rok stracony! Ani jednego, ani jednego, to prawdziwe nieszczęście!
Postaliśmy chwilkę, nim przyszedł ogrodnik, nim mu gospodarz mój wyłożył traktat cały o wygubianiu owadów, teorye francuskie, praktykę niemiecką, doświadczenia angielskie i sposoby domowe, nareszcie posunęliśmy się parę kroków daléj.
Ale na drodze pełno było kwiatów, musieliśmy się znów przy nich zatrzymać. Amfitryon z największą uprzejmością pokazywał mi skarby swoje, a były to rzeczywiście cudne i u nas prawie nieznane dzieci Flory, tak bujno na téj podolskiéj niwie, pod niebem naszém wyrosłe, jakby za rodzinnemi ziemią i niebem nie tęskniły. Nieznacznie przechodziliśmy od prześlicznych portulaków, do niewidzianych dalij, do całéj kolekcyi floksów różnego wzrostu, laków wielkich i karłowatych, maków, aster i t. d. i t. d. O każdéj roślince była jakaś historya ciekawa, każdy kwiat miał swoję kronikę, każdy krzew swe dzieje, każda trawka imię, nazwisko i przymioty niedojrzane oku profana.
Chociaż mnie to dosyć bawiło, bo kwiaty lubię, przypiekające wszakże słońce, znużenie podróżne, a i głód potrosze, zwracały oczy moje ku pięknemu domowi, od którego jeszcześmy byli daleko, a rachując grzędy, mimo których przechodzić było potrzeba, i  komentarze, jakie wywołać mogły, przewidywałem, że nie staniemy w ganku chyba ku wieczorowi. A że tuż przy drzwiach wchodowych wyglądała oranżerya, i cala ulica pięknych drzew z niéj wyniesionych, niepodobna było, nie zachwyciwszy nocy, tego wszystkiego obejrzéć.
Tymczasem szliśmy noga za nogą, od klombu do klombu, to barwy, to zapach, to kształty podziwiając, a pan domu coraz się jeszcze rozżarzał tą rewią wychowańców i w końcu już mnie pod rękę schwyciwszy, rozśmiał się, wołając:
— Obejdziemy ogród cały!
— Najchętniéj — odpowiedziałem z uśmiechem, myśląc jednak w duchu, że ledwie trzeciego dnia staniemy w domu.
Poszliśmy; a tuż przepyszny klomb lupinusów zaraz nas uwięził. Obejrzeliśmy wszystkie, począwszy od różowych do grandiflorów, musiałem admirować trwałego, który bujał prawda wspaniale, i bylibyśmy zakręcili się w uliczkę, gdyby nie zbiór nieśmiertelników.
Zdziwić się musiałem ich ogromowi, elychrysom najrozmaitszym, gomphrenom, athanasiom, amaranthusom; ale jeszcześmy nie skończyli ich przeglądu, gdy gospodarz ujrzawszy trejbhauz, popędził ze mną ku niemu.
— Tu — zawołał — ujrzysz pan to, czego u nas niéma nigdzie w kraju jeszcze, unikaty! nowe odmiany, rośliny bez ceny! Proszę z sobą! przekonasz się, że nie przesadzam.
Niestety! nie przesadzał wistocie, bo samych kaktusów cała armia we drzwiach nas kolcami najeżonemi spotkała — flagelliformis, tetragonus, hexagonus, cilindricus, stały w porządku, chwaląc się dziwacznością swoich kształtów i poczwarnością stanowiącą podobno całą rośliny téj piękność. Mamillarie, opuntie, gloxinie, hibiscusy, phoenixy, heliotropy, muzy, aloesy, musieliśmy obejść z końca w koniec, a od samych nazwisk aż mi się w głowie zawracać poczynało.
— Gdybym był wiedział — rzekłem sobie w duchu — że pod słodziuchną powierzchownością kryje się taki zdrajca! wolałbym w pustéj karczmie pozostać!
Teraz cofnąć się było zapóźno. Z trejbhauzu poszliśmy znowu na grzędy, do szkółek, do drzew, krzewów, na trawniki sposobem angielskim utrzymywane, i ledwie po trzech godzinach wykładu botaniki i hortykultury, ujrzałem znowu dwór i krągłą przy nim wieżycę.
— Ha! — pomyślałem — przed wieczorem zajdziemy może, jeśli nas ulica drzew wazonowych i oranżerya nie zatrzymają!
Zatrzymały! bo wszystko to było jakąś osobliwością; liść, kwiat lub owoc musiał być cudem, a niczego się nie godziło pominąć. Zdziwił się gospodarz, usłyszawszy bijącą na zegarze w wieży umieszczonym godzinę czwartą i rzuciwszy wreszcie nie przerwany dotąd kurs, szybko powiódł mnie do dworu.
— Jak nam ten czas przeleciał! — rzekł śmiejąc się dobrodusznie — aniśmy się opatrzyli, jak czwarta wybiła. Ależ to czas jeść!
W domu było czyściuchno, wytwornie, miło, ale i tu z kwiatami lub gospodarstwem botaniczném rozminąć się niepodobna. Na półkach, żardynierkach, stolikach, zieleniły się i pstrzyły bukiety, wazony, klomby całe; zapach od nich napełniał aż do przesytu powietrze, a datury i tuberozy nie dawały odetchnąć. Wszędzie pełno było ksiąg o przedmiocie ulubionym gospodarzowi, począwszy od Almanachu dobrego ogrodnika, do ogrodów Strumiłły i listów Al. Karr. Nasiona schły na najwytworniejszych sprzętach nawet. Rozmowa i w czasie obiadu, któryśmy we dwóch tylko jedli, nie przestała krążyć w kole roślinném, a gdyśmy wstali od stołu, zmierzchać powoli poczęło. Dano mi znać, że powóz był naprawiony, chciałem jechać, ale uprzejmy gospodarz nie myślał mnie puścić i zmusił nocować.
Przesycony kwiatami, z ogromnym bukietem i gwałtem przywiązanemi na przedzie dwoma wazonikami białego cyklamen’u, wyruszyłem nazajutrz rano w dalszą drogę. Nie mając nic pilniejszego przed sobą, myślałem o nowym moim znajomym i przyznając mu najmilszy charakter, gościnność rzadką, umysł ukształcony wielce, nie mogłem się wstrzymać, by mu nie dać nazwiska monomana, na które zasługiwał.
Ale któż z nas nie monoman potrosze?
Znam takich, co i przed żydem przyjeżdżającym kupować pszenicę popisują się ze swoim ulubionym przedmiotem, sam nie jestem wolny od téj wady, jeśli to wadą nazwać się godzi, jakżem nie miał kwiatomanii panu Jerzemu wybaczyć?
Śmiałem się z niego trochę, alem sobie téż mówił pocichu, że takie niewinne szały najwięcéj dają życiu szczęścia i chwil czystéj rozkoszy. Proszę sobie wyobrazić rozkwitły kwiat barwy lub kształtu nowego? nową zdaleka sprowadzoną roślinę! ziarnko dojrzałego nasionka zebrane po długich trudach, ile to w tém wszystkiém uciech, radości, a dla ludzi śmiechu!
Ale ba! śmiejemy się wszyscy, choć wszyscy szalejem, sobieśmy tylko nieśmieszni.
Bukiet zwiądł, cyklameny stanęły na oknie, a ja-m wkrótce o panu Jerzym zapomniał.
W parę lat potém wypadło mi jechać znowu przez tę prześliczną wioskę, alem sobie tak rozrachował popasy i noclegi, żeby tylko przez nią nie zastanawiając się przejechać, bom chwili do stracenia nie miał. Ale chłop strzela, Pan Bóg kule nosi! Jadę, jadę, zamyśliłem się sobie, w tém: — stój, dobry dzień! — budzi mnie z marzenia. Podnoszę głowę, nieoszacowany pan Jerzy ze swą rozpromienioną twarzą i uśmiechem przede mną.
— Jakto? mijasz pan mnie, nie wstępując, a bodajże ci oś pękła!
— Na Boga, nigdybym téj niegrzeczności nie popełnił, ale się tak śpieszę.
— Ależ godzinę mi darować i obiadek zjeść prawdziwie można! i musisz pan, musisz! — dodał gorąco. — Mojéj żony niéma, przebierać się niepotrzeba, zawracaj do dworu!
— Zmiłuj się pan dobrodziej, interes.
— Nic nie pomoże! nic nie pomoże! — zawracaj do dworu!
Postrzegłszy, że się nie wykręcę, pomyślałem w duchu:
— Poczekajże, słuchałem raz pierwszy cierpliwie i uważnie wykładu, temum to winien drugie zaproszenie, ale nic z tego nie będzie! Trzeci raz pan pewnie mnie nie zawrócisz do siebie!
Wysiadłem więc i poszliśmy pieszo, bo ranek był piękny, a gdyśmy się zbliżyli do wrót, aż mnie dreszcze przeszły, pomyślawszy o nomenklaturze nowych dalij, które z powodu bałamuctwa téj rośliny tak obficie się wyradzają... Wchodzę. Dalij prawie nie widać, na grzędach kwiaty niepielęgnowane, opuszczone, nowości żadnych, ogród jak wszędzie, a mój gospodarz ani poczyna o swojém.
— Co to jest? — pomyślałem — musiało go chyba spotkać jakie nieszczęście! Spytać już nie śmiałem, ale mu się twarz śmiała jak za dobrych czasów lupinusów i floksów. Nieszczęśliwe lupinusy kwitły teraz zapomniane, w kącie na łasce ogrodnika. Spostrzegł pan Jerzy, że się dziwię i szukam oczyma czegoś, uśmiechnął i biorąc pod rękę pośpieszył ze mną ku domowi.
— Coś piękniejszego teraz panu pokażę — rzekł — niżeli przeszłym razem — nie straciłem zamiłowania w kwiatach, alem się postrzegł, że mnie to rujnowało! Musiałem się z bólem serca wyrzec ogrodu.
— Czyż podobna? — zawołałem.
— Tak jest, zbieram Elzewiry!
Spojrzałem mu w oczy.
— Nadewszystko — dodał seryo — z szerokiemi brzegami i nie obcięte! Ale to rzecz tak rzadka! tak na nieszczęście za granicą pokupna i do wysokich cen podniesiona!
— Elzewiry! Elzewiry! — powtarzałem pocichu, słuchając go i nie mogąc się wydziwić nagłéj zmianie upodobania; on ciągnął daléj:
— Jestem pewien, że nikt w kraju nie będzie miał tak pięknego zbioru wydań elzewirskich jak ja... niéma sprzedaży, licytacyi, niéma księgarni za granicą, z któréjby mi coś nie przybyło.
Śpiesznieśmy teraz dzięki Elzewirom przybyli do dworu, gdzie wielkie zaszły zmiany; zamiast bukietów pełno było wszędzie katalogów, notatek a Manuel Brunet’a z mnogiemi zakładkami leżał u gospodarza na stoliku widocznie, jako przedmiot nieustannych studyów jego. Kolekcya już się poczynała układać w przepysznéj palisandrowéj szafie na klucz zamkniętéj, którą otworzono zaraz dla mnie, a że mam bibliomanii trochę, bawiliśmy się Elzewirami daleko lepiéj niż kwiatami przeszłym razem.
Niektóre egzemplarze nie obcięte z szerokiemi brzegami na wagę złota płacone, oprawne przez Thouvenin’a w Paryżu, pieścił gospodarz jak dzieci ukochane, a tak się niemi cieszył, radował, unosił, żem mu jeszcze raz pozazdrościł szczęścia, które potrafił kupić Elzewirami.
Zwróciły szczególniéj ciekawość moją Respubliki Elzewirów, śliczny miniaturowy zbiorek opisu różnych krajów, między któremi kilkakroć i Polonia się znajduje. Anim się postrzegł, jak zmierzchło przy oględzinach, a uprzejmy mój gospodarz ani mnie puścił od noclegu. Cały wieczór bibliomanowaliśmy z nim zapalczywie, a że zawsze miléj mi, gdy widzę, że kto swoje nie cudze zbiera i studyuje, poddałem panu Jerzemu myśl zbierania Försterów, jak za granicą zbierają Elzewirów, bo co się tyczy piękności wydań i zalet powierzchownych, księgi tego gdańskiego bibliopoli z Elzewirami w parze iść mogą.
Nazajutrz rano odjeżdżając przede dniem, cieszyłem się, że kiedyś znowu przejeżdżając, zobaczę tu może komplet Försterów, między któremi i ważne dla dziejów naszych są dzieła. Ale niestety, pan Jerzy był wielki bałamut! wszystko gorąco ukochać umiał, namiętnie, cóż kiedy na krótko. W rok potem zjechaliśmy się z nim na wielkich imieninach, co to czasem z dwóch prowincyj ściągają młodzież i swobodniejszych nawet starych włóczęgów. Ujrzałem go w tłumie i doszedłszy, żywo ścisnąłem za rękę, pytając stante pede o Försterów.
Pan Jerzy osłupiał, powiódł okiem szklaném po suficie, po ścianach, zmieszał się trochę.
— A! — rzekł z westchnieniem — ta kolekcyomania znacznie mnie nadrujnowała, musiałem się wyrzec jéj całkowicie, oranżeryę zamknąć, a Elzewiry sprzedać Lissnerowi do Poznania za pół ceny! Wziąłem się teraz do gospodarstwa, a szczególniéj do fabryki sukiennéj, w którą już włożyłem do dwóchkroć, alem pewny, że mi dawać będzie pięćdziesiąt tysięcy czystego dochodu.
— Daj to Boże — rzekłem pocichu — daj to Boże!
— Nasz kraj — dodał, rozżarzając się pan Jerzy — potrzebuje ożywienia przemysłu, fabryk i rzemiosł. Sprzedajemy materyały nasze surowe, a u nas ręce tańsze niż gdzieindziéj, moglibyśmy więc taniéj produkować...
Puścił się w całą rozprawę z ekonomii politycznéj, dowodząc dosyć zręcznie, że wiele zależy na tém, byśmy gospodarzami tylko i rolnikami być przestali, a weszli do wielkiéj rodziny fabrykantów. Nie przekonywały mnie wcale argumenta, ale żem się gorącego mego antagonisty nie spodziewał przekonać, leniłem się darmo z nim spierać i dałem pokój. Pan Jerzy usiadł do preferansa, a ja znalazłszy sobie starego znajomego do ciętéj gawędki, usunąłem się z nim w kątek.
— Znasz Jerzego? — spytał wskazując mi go — nie wiedziałem, to mój szkolny jeszcze towarzysz.
Opowiedziałem poznanie nasze przypadkowe, pierwszą i drugą bytność moję, nareszcie zdziwienie dzisiejsze, gdym porzuciwszy go Elzewirem, znalazł po roku sukiennikiem.
— A! a! — rzekł mój przyjaciel — widać, że go nie znasz, jeśli się mu dziwisz; my cośmy z nim siedzieli na jednéj ławie, żałujemy go tylko, bo nic podobnego nie znajdziesz, żebyś kraj obszedł ze świécą. Chłopakiem jeszcze miał te manie napadające go i odchodzące mu nagle, uczył się przez rok prześlicznie, potém zawróciły mu głowę rysunki, porzucił wszystko, chcąc zostać artystą, szalał za ołówkiem i rwał się do pędzla; gdyśmy się rozstali, zaczynał z równą zawziętością łamać palce nad skrzypcami. Widziałem go potém w życiu zmieniającego barwy najdziwaczniéj, blizkiego wstąpienia do klasztoru, potém hulającego na zabój lat kilka w Rowieńskiém; na czele fabryki powozów, na ogromnéj dzierżawie, koniarzem pół roku, dwa tygodnie bałagułą, anglomanem... ale któż zliczy, czém był w ciągu tych lat? nawet filantropem.
Napadła go ta chandra jak inne, założył szkółki, lazaret, ochronę, oddał się cały swojéj włości i kazał nam o ofiarach i obowiązkach, aż łzy nieraz wywoływał, cóż kiedy i ten szlachetny popęd, jak inne, jakiś wiaterek leciuchny rozwiał, by mgłę na świtaniu.
— Takiego typu, jak Jerzy — odpowiedziałem — trudno jest zapewne znaléźć drugiego, ale zważ, że to tylko spotęgowana wada nas wszystkich, przesadzony grzech pierworodny szlachecki, narodowy! niestety. Wszystko u nas tak jak u pana Jerzego uczuciem się dzieje nie głową, rzucamy się chciwi, gotowi na ofiary i gdyby nam w pierwszéj chwili łeb ucięto, nastawilibyśmy go ochotnie... ale jutro, pozajutro, za półrocze ani się już dowiaduj o wczorajsze postanowienia. W niczém nie możemy wyrobić na sobie stałości, ciągu, wytrwania. Pan Jerzy reprezentuje większość i usposobienie ogółu, najnieszczęśliwsze dla nas samych. Usposobienie to odbija się w opinii, w działaniach, w całkowitém życiu społeczném i aż w literaturze naszéj, wierném zwierciedle żywota. Nie widzimyż codziennie gwałtownie miotanych potępień, które jutro gotowiśmy po szampanie zmienić w uwielbienie dochodzące do szału i zaprządz się do powozu tego, na którego przed godziną rzucaliśmy kamieniem. W codzienném domowém pożyciu brak ciągu, planu, stałości sprowadza co chwila ruiny i bankructwa. W literaturze naostatek mamy pisarzy, z których ust tak dziwnie z dnia na dzień ciepło i zimno wychodzi, że dwóch ich dzieł za utwory jednéj głowy i serca uznać niepodobna.
Niedawno widziałem całą młodzież opętaną Szleglem, późniéj Trentowskim, i przechodzącą, dzięki Bogu, do złotego Ołtarzyka równie łatwo, jak szła pod sztandary racyonalizmu. Ale smutno to na to patrzéć, bo cóż zaręczy, że jutro niepocznie ich trząść jaka febra Feuerbachowska, i nie chwyci jaki paroksyzm Straussowy?
Była chwila takiéj gorączki i zapału do literatury; kto nie pisał, ten zbierał, czytał, kupował książki stare i nowe, lub choć maleńki chciał miéć udział w czynności literackiéj kupki, która się zaprzęgła orać tę rolę niewdzięczną. Spójrzmyż dziś, co się nas pracujących zostało na zagonie, ilu wróciło do cukrowarni, do gospodarstw, do próżnowania i kart? spójrzmy kto czyta i kto pisze z tych, co w pierwszéj chwili gotowi się byli po samę szyję umoczyć w atramencie, a po oczy zakopać w książkach?

Rari nantes in gurgite vasto.

I tak wszędzie, i tak wszystko, jak u pana Jerzego, dziś kwiatki, jutro Elzewiry, pozajutro sukiennia, a naostatku nic. W kraju, którego większość niéma tyle siły, by w sobie charakter stalszy wyrobić, pytam na co rachować można? Co do mnie lękam się każdego przedsięwzięcia literackiego, naukowego, i we wszelkiéj innéj sferze, które tylko wytrwania wymaga. U nas co tylko nie kończy się na jednym tomie i na doraźnéj czynności, musi się skończyć zawodem. Ziewanie zamyka wszystko.
— Za surowy może jesteś — rzekł mój przyjaciel — chociaż jest coś prawdy w słowach twoich, dla mnie nie nowych, bom je i z ust i z pod pióra twojego kilkakroć powtórzone słyszał.
— Powtarza się — westchnąłem — powtarza, co leży na sercu! a mnie nic jak to nie uciska. Nie mogę nie przyznać, że z wielu względów jesteśmy ogólnie biorąc najobficiéj od Boga udarowani, nie brak nam ani talentów, ani pomysłu, ani szlachetności, ani gotowości do ofiar, jednéj woli wyrobić w sobie nie umiemy. Skąd to poszło? Oto z utraty wiary. Tak jest, jedna tylko wiara i wpływ jéj uczy kierować wolą i wykształca ją; w miarę jak kraj utracał religijne swe przekonania i charakter jego nabierał téj niestałości, co go dzisiaj znamionuje. Spójrzmy w dzieje, jawny tam ten paralellismus, i niepodobna nie widziéć w braku religijnych zasad pierwszéj przyczyny złego, jakie nam brak wytrwania wyrządza.
Nie łacno może ukazać w krótkich słowach, jak dalece skutek ten jest wypływem nie innéj, a wyłącznie téj tylko przyczyny, ale tak jest. Od trzpiotowatych monomanij pana Jerzego do tego wniosku ostatecznego, który wyprowadzam, przestrzeń ogromna, a przecież, przecież! pan Jerzy jest dziecięciem tych niewidzialnych rodziców, jak my wszyscy... Że ta niestałość, ta wybuchliwość nigdy dawniéj nie piętnowała nas, na to dowody są w dziejach; żeśmy przestając być chrześcijanami w duchu, głębi i istocie, przestawali zarazem być ludźmi charakteru, to dla mnie pewnik.
— Trochę paradoksujesz — rzekł mój sąsiad.
— Nic a nic, pomyśl, przypatrz się, a osądzisz sam. Tylko głęboka wiara jakaś dać może człowiekowi charakter, nie mówię tu wyłącznie o katolicyzmie, choć dla mnie on stoi na czele, ale wogólności o silném przekonaniu religijném. Ludzie wielcy, potężni wolą, co życiem całém kieruje do jednego celu, wszyscy mieli wiarę. Narody silne nią się odznaczały, z utratą, z osłabieniem nawet zasad religijnych charakter indywidualny ulega téj zmianie, któréj maluczką i niewiele znaczącą próbkę na panu Jerzym widzimy.
Zamilkliśmy oba, spoglądając, z jakim zapałem oddawał się grze ten, który nas na tę rozprawę naprowadził.
— Nie zakładałbym się — szepnął mi przyjaciel — żeby porzuciwszy fabrykę sukienną, Jerzy nie oddał się rozkoszom preferansa i marzeniom próżnowania. Z jego krótko trwającą gorączką łatwo przewidziéć, że niewiele sukna i kołder wyrobi, a pierwszy bilans, który mu małą stratę lub nie ten, jaki sobie zakładał, zysk pokaże, będzie ostatnią sukienni godziną.
Nim się zupełnie zrujnuje, przejdzie jeszcze przez cukrowarnie, płodozmian, merynosy, Niemca agronoma, handel gdański i kto wié co? może na ostatku ruszy się, sprzedawszy majątki na spekulacye do Odesy? — może pocznie pisać, może będzie podróżować? może wdzieje mundur i przypasze szablę?
Z nim za nicbym nie ręczył, nawet za kapucyńską brodę, a jeżeli tę zapuści, a uwinie się z nowicyatem i klamka zapadnie, nie wiem, co pocznie nie mogąc już wyjść z za furty! Wielkie zaprawdę nieszczęście niestałość taka, bo któż przewidziéć może, do czego ona doprowadzi? Wolałbym już upartego; jest nadzieja, że gdzieś dojdzie, choćby głowę o mur miał roztrzaskać.
Około r. 1850.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.