Przejdź do zawartości

Mostowniczy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Mostowniczy
Pochodzenie Mozajka
Wydawca Teodor Paprocki i S-ka
Data wyd. 1884
Druk Władysław Szulc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.
MOSTOWNICZY.






Starzy ludzie pamiętają jeszcze owo Horodyszcze w okolicach Cudnowa, o którem dziś legendy pozostały tylko dziwaczne. Należało ono do dóbr, znaczną rozległość mających, opuszczonych przez ostatnich dziedziców i wystawionych czasu kontraktów Dubieńskich na sprzedaż.
Kontrakty te w końcu XVIII w. bywały niezmiernie ożywione. Frymarczono naówczas majętnościami nieustannie, Prot Potocki, Poniński, wielu innych nabywali, mieniali, zaciągali u szlachty długi. Polowano na pieniądze, bawiono się, skakano i przy zielonych stolikach tysiące dukatów z rąk do rąk przechodziły. Chwila to była nieopatrzności, szału jakiegoś i takiej żądzy zabaw, iż całe życie niemal zdawało się stworzone dla zabawki wybrańcom losu. Nie myślano wcale o jutrze.
Uboższa szlachta uciułane dukaty i talary przywoziła skrzętnie zawiązane, aby je jakiemu wielkiemu panu oddać na zastaw lub skrypt intabulowany; wielcy panowie, zawsze żądni grosza, przybywali się tu na cały rok zaopatrzyć — bądź co bądź.
Plenipotent książąt L. — miał naówczas owo Horodyszcze osławione na sprzedaż, ale wszyscy wiedzieli, że było zniszczone straszliwie, pola zajałowiałe, lasy powycinane na potarze i klepki, budowle w ruinach — kupca można było tylko znaleźć chyba w jednym z tych dobrodusznych, zdala przybywających, chciwych ziemi dorobkowiczów, któregoby ogromny obszar jakich półtora tysiąca włók zaślepił. Ci co znali stan majątku, nie ważyli by się go nabyć, bo to był ciężar wielki.
W opisie i inwentarzach, dla tego, co nieoglądał Horodyszcza na gruncie, prezentowało się nabycie jako bardzo ponętne — lecz między papierem a rzeczywistością — była przepaść. Plenipotent p. Wyrzyski, człek nadzwyczaj zręczny, frasował się tem mocniej im książęta L. więcej potrzebowali pieniędzy, a widoku najmniejszego sprzedania dóbr nie miał.
Kontrakty się już niemal ku końcowi miały, pieniądze jakie były, porozchwytywano, gdy faktor Wyrzyskiego Fajgiel wpadł do niego z oznajmieniem, że ma kupca na Horodyszcze.
Był to cud! Ale kto był ten naiwny człek, co gotował się kilka tysięcy czerwonych złotych za okno wyrzucić, a kołtun sobie kupić — ani Fajgiel ani Wyrzyski, po pilnej inkwizycyi dojść nie mogli.
Opowiadał się ów przybyły świeżo na kontrakty, jako Dydak Kurozwęski, Mostowniczyc z Mazowsza. Nikt go nie znał. Na Mazurach było tyle różnej szlachty, uważano je za tak płodne gniazdo i rozsadnik, że kto nie chciał się o sobie rozgadywać, mówił, iż był z Mazowsza, i dalej już niedochodzono.
Gdzie Mazurów za czasów Rzeczypospolitej nie spotykało się? Wołyń, Podole, Kresy wszystko to niemi było zaludnione.
Prezentował się ten pan Dydak bardzo przyzwoicie — przybył czterma końmi tęgiemi, budą, za nim wóz węgierski, ludzi kilku, barwa dostatnia. On zaś sam, mężczyzna już nie młody, wzrostu ogromnego, silny, twarz marsowata, wąs duży spuścisty, oko żywo latające, nie wiele mówny, ostry, szorstki w obejściu i strach obudzający. Lecz naówczas takich zuchów, butnych, do których bez kija, wedle przysłowia, trudno było przystąpić — siła się znajdowało na świecie i bucie w człowieku mniej się dziwiono — nie raziła ona jak dziś. Pozostała z czasów, gdy prawo mało broniło człowieka, a on sam najczęściej opędzać się musiał — należała do przymiotów męzkich raczej niż do wad.
Nie był przyjemnym wyraz twarzy pana Mostowniczego, a gdy mówił, lub wąs mu się uchylił od ust widać było spazmatyczne jakieś warg wykrzywienie i drganie, które jeszcze mniej powabną czyniło tę fizyognomię, okrytą skórą wielce ruchomą, z oczyma niespokojnemi, a czołem nizkiem.
Fajgiel, częstując ludzi starał się od nich o panu dowiedzieć, lecz — okazało się, że wszyscy co do jednego byli nowo poprzyjmowani na warszawskim bruku, każdy z innego kraju — i żaden z nich Mostowniczego nie znał wprzódy, ani wiedział zkąd przybywał. Chwalili go z tego, że płacił dobrze, a obawiali się okrutnie, bo był impetyk, grubianin i nielitościwie się z niemi obchodził.
Wyrzyski, który na ludziach się znał, przebywszy z nim pół godziny, nieumiał nic powiedzieć — akt dla niego był zagadką, cóż dopiero dla innych — Horodyszcze Mostowniczy na niewidziane targował, ale, — mimo to — zdawał się nie zupełnie być obcym temu co go tam czekało. Szło o cenę — pan Dydak zapowiedział, że pieniądze położy na stół i zaliczy całe — ale o cenę się targował ostro. Oprócz tego warował sobie kwerendę w aktach, i jasny stan interesu.
Plenipotent ani go upoić, ani zamydlić mu oczów, ani zadurzyć wymową, niepotrafił. Słuchał zimno — a po wysłuchaniu wracał do swojego — i ani go było ukąsić. Pieniędzy księztwo na gwałt potrzebowali, kontrakty się kończyły i pan Dydak zapowiadał że w kijowszczyznie coś pojedzie nabywać — trzeba było go — nie wypuścić. Zgodził się więc na warunki Wyrzyski, wezwano regenta, spisano akt, intabulowano go i Mostowniczy obrączkowemi dukatami jak rybie oko, wyliczył całą sumę umówioną.
Warował sobie natychmiastową intromisyę i objęcie, a że w Horodyszczu już od roku dzierżawcy nie było, tylko ekonomowie, wprost z Dubna ruszył na objęcie dziedzictwa i inkrutowiny.
Wyrzyski zbył się majątku, dostał pieniędzy — ale gdy w sumieniu własnem zrachował się z warunkami, nie mógł się bardzo chwalić swym tryumfem.
Fajgiel, który pośredniczył, dostał coś za faktorstwo od obu stron — skrobał się jednak po głowie — bo również pono więcej się spodziewał.
Jak się niespodzianie zjawił ten pan Dydak, tak natychmiast znikł — i wcale o nim słychać nie było.
Rok upłynął, a Wyrzyski ściągnął znowu na kontrakty do Dubna, równie żądny grosza, zakłopotany niezmiernie, gdyż zawczasu zapowiadano, że pieniędzy mało będzie.
Okazało się zaraz na wstępie, że oprócz tego, szlachta, nauczona smutnem doświadczeniem, ciężkie stawiła warunki.
Mostowniczy, którego przez cały rok nikt nie widział i nie słyszał o nim, zjawił się czasu kontraktów. Wyrzyski miał pewne powody nie bardzo mu się nastręczać, gdyż inwentarze zweryfikowane na gruncie mogły grozić komplikacyami.
Najbliższym sąsiadem Horodyszcza, był niejaki pan Pawłowski, z którym plenipotent był w zażyłości wielkiej. Przy pierwszem spotkaniu zagadnął go o Mostowniczego — co on w Horodyszczu robi?
— Co? niewiesz? Cuda i cudactwa wyrabia — rzekł Pawłowski. Było tam kawał muru ze starego zamczyska i wywalona bruzda, postawił dwór jak zamek, ogrody pozakładał. Kto go wie zkąd posprowadzał do tego ludzi, majstrów i co w to pieniędzy włożył.
Wyrzyski, który sądził, że nabywca cały swój zasób wydał na kupno dóbr, bo tak się u nas najczęściej trafiało — zdziwił się niezmiernie.
— Jakto! więc to taki Krezus?
— A Krezus! rozśmiał się Pawłowski — bogacz. Licho wie zkąd ma te skarby, bo go nikt nie zna i o prozapii jego głucho — ale groszem sypie jakby go sam kował...
Wyrzyski słuchał z niezmierną uwagą.
— Z dworem co zrobił — to jeszcze mniejsza, dodał Pawłowski — ale w majątku co za ład, jakie gospodarstwo — powiadam ci z tej pustyni zrobi złote jabłko. Buduje młyny, kopie stawy, karczuje pola... Kat go wie co!
Osłupiał plenipotent. I to wszystko w ciągu jednego roku? Spytał.
— A cóż? kto pieniądze ma, temu łatwe wszystko.
Wyrzyski zadumał się. Jeszcze rozmawiali, gdy, jak to się często trafia, gdy o wilku mowa — wszedł Mostowniczy. Poznał go Wyrzyski i nadzwyczaj uniżenie witać począł, bo się go i lękał z powodu inwentarzy i wenerował dla pieniędzy.
Takuteńki był z tą spazmatycznie wykrzywioną gębą, jak w roku przeszłym, tylko, co pierwszą razą stawił się skromnie bardzo, teraz przybył ubrany wytwornie i bogato.
Zląkł się w sumieniu niespokojny plenipotent, i nizko się kłaniając stołek mu przystawiał, gdy Mostowniczy sucho i ostro podziękowawszy, zapytał czy by klinem gruntami wchodząca w jego posiadłość, wieś pozostała przy książętach L., Stawiska, nie była do zbycia.
Tych kontraktów u książąt L. — prawdę powiedziawszy było do zbycia wszystko, bo pieniędzy potrzebowali — rozstąp się ziemio — księżna była chora jakoby i wybierała się naprzód do Pyrmontu, potem do Francyi południowej. Naturalnie z wielkim dworem, wielkim kosztem, a Tepper jakoś mizernych kilku tysięcy czerwonych złotych dać się wahał. Musiano sprzedawać i zastawiać.
Stawiska były na sprzedaż — lecz nie głupi Wyrzyski, wcale się z tem wydać nie myślał. Zrobił minę smutną, ręce potarł. Chciał się podrożyć.
Mostowniczy z chłodną krwią, czekał na odpowiedź.
— Jeżeli nie są do zbycia — rzekł po chwili — no, to się nie nabijam, bo przepłacać nie myślę tak, jakem Horodyszcze przepłacił.
Wyrzyski prosił o czas do namysłu — trzeciego dnia spisywano tranzakcyę o Stawiska i pan Dydak znowu obrączkowe dukaty kładł na stół.
Ale razem gruchnęła wieść o nim, że to był magnat. Obudziła się ciekawość, zkąd u licha brały się u niego te pieniądze, jakie było ich pochodzenie i człowieka. Pomimo że Kurozwęski mieszkał tu już rok cały, że ludzie nań patrzyli wytrzeszczonemi oczyma — jak wprzódy tak teraz, nikt nic o nim powiedzieć nie mógł.
Pawłowski wiedział, że dziwak był, człek surowy, gwałtowny i dotąd dosyć dziki, a znajomości i stosunków zdający się unikać. Co do domu jego opowiadano cuda. Wystawił go przepysznie, a wewnątrz miał przyozdobić ze zbytkiem. Dla kogo! kiedy oprócz jego samego i służby, prócz kwestarza bernardyna, nikt prawie tych cudów nie oglądał?
Wnosił domyślny Pawłowski że, choć stary, ale dobrze zakonserwowany — kto wie, gotów się był jeszcze ożenić. W Polsce do roku siedemdziesiątego częstokroć żenili się ludzie i te spóźnione śluby wcale rzadkością nie były. Nikt się im nie dziwował. Szły dwudziestoletnie panny za starych grzybów — lecz też owi starzy niebyli tak zastarzali jak młodzież dzisiejsza. Wszystko to było zawiędłe, ale czerstwe jeszcze i zdrowe.
Ponieważ dopełnienie formalności o Stawiska dosyć długiego czasu wymagało z powodu, iż ktoś tam miał zastawę, a trzeba go było skupić i rugować — mieli więc czas ciekawi starać się zbliżyć do Mostowniczego.
Przekonano się, że dziki był i cudak jakiś, lecz znowu nie tak całkiem nieprzystępny jak sądzono. W towarzystwach milczący był, jakby bojaźliwy, małomówny — o przeszłości swej wcale nie rad się wywnętrzać, lecz od ludzi nie uciekał.
Towarzystwo z nim zabawne nie było, dawał mówić, słuchał, gębą kręcił, bąkał niewyraźnie, daru słowa nie miał, ale człek był praktyczny, i na interesach się rozumiał doskonale. Prawo też znał.
Z opowiadań Pawłowskiego i tego domysłu, który on rzucił w obieg, że Mostowniczy mógł mieć może zamiar ożenienia — mnóstwo ludzi skorzystało układając już z kim go swatać. Urojono sobie bowiem, że nie tylko mógł, ale powinien się był żenić koniecznie. Przez Wyrzyskiego starano się na gwałt robić znajomości z Mostowniczym. Przyczyniała się do tego i sława człowieka pieniężnego, bo jest jakiś głupi urok w groszu, że choćby człowiek nie spodziewał się go dostać — radby choć powąchać.
Znajomości wprawdzie robił ten pan Dydak, ale przyjmował je zimno, nie kwapiąc się, nie ciesząc niemi, a ani pochlebstwo, ani żaden traktament, ani przypodobywanie mu się, nie jednało go. Szorstki był i jak lód.
Przymawiali mu się niemal niektórzy do zaprosin, półgębkiem tylko odpowiedział. Ciekawi wypadkiem dowiedzieli się tu o ojcu Serafinie bernardynie, który był w Horodyszczu po kweście — i rzucili się nań żeby im opowiadał, jak to tam było.
O. Serafin śmiał się z tego zaciekawienia.
— Co acaństwo chcecie? po pańsku! po książęcemu! mosanie... Służby huk, jadło i wino, niech się schowają panowie nasi wszyscy! Pokoje pałacowe, naczynie i sprzęt choć króla przyjmować. No, tak — dodawał — a z tem wszystkiem smutno jak w więzieniu, i ten człek opływający w dostatkach, patrzeć nań, jak dusza czyścowa męczyć się zdaje. Nieszczęśliwy jest! Bóg wie! Coś w życiu za sobą musiał zostawić, trującego wszystko. — Dodawał też bernardyn, że niemało ksiąg u tego człowieka widział, różnemi językami pisanych, ale wielce podejrzanych.
Kręcił głową, mówiąc o tem. We dworze ani kaplicy, ani krucyfiksu nigdzie nie widział, a słyszał, że w parafialnym kościele wcale Mostowniczy nie bywał.
Lecz w owych czasach, gdy Voltaire‘owi w Polsce król stawił posąg w swej bibliotece, nikogo to tak bardzo nie odstręczało; pociągało raczej może jako coś osobliwego. Nawet ludzie pobożni ciekawi byli zajrzeć w taką duszę — pustą — w której próżnia mieszkała.
Bernardyn, choć podobno sowicie opatrzony wyjechał z Horodyszcza, cmokał, i nie miał wielkiej ochoty rychło tam powracać.
Wszystko to razem wzięte, a w dodatku nadzieja, iż mu się może jeszcze uda Mostowniczego wyzyskać i grosz z niego dobyć — skłoniło Wyrzyskiego do zaproszenia się na Horodyszcze.
Pan Dydak podziękował za honor i — rzekł zimno.
— Bardzo proszę.
Nim plenipotent książąt pokończył ich interesa i opędził się wierzycielom, którzy, zasłyszawszy o sprzedaży Stawiska napadli na niego, Mostowniczy z Dubna wyjechał.
W tym roku pomimo teatru na Zamku, zabaw wielu, balu i iluminacyi — o niczem nie mówiono w czasie kontraktów, tylko o Kurozwęskim.
Damy szczególniej były podrażnione puszczoną plotką, jakoby miał się żenić... Wyjść za starego takiego, niezmiernie bogatego człowieka, który żeniąc się musiał piękny zapis uczynić, (byle koło tego chodzić umiano), a mógł rychło umrzeć!... było rzeczą nadzwyczaj powabną. Im starszy był tem sentymentalnym paniom XVIII w. — droższym się stawał...
Niektóre co go przejeżdzającego z Wyrzyskim widziały, znajdowały nawet wcale — nie wstrętliwym.
Wyrzyski, człowiek nadzwyczaj przebiegły, a umiejący korzystać z każdej rzeczy — miał już plan osnuty.
Córka jego była za młoda, liczyła bowiem dopiero dwunasty rok — o tej poświęceniu nie było co myśleć, ale miał synowicę pannę Pulcheryę, która się na dworze książąt wychowywała, grała na klawikordzie, spiewała arye francuskie i włoskie i, choć nie zbyt piękną, rezolutną była bardzo a umiejącą przywabić. Odwiedziwszy Mostowniczego, miał zamiar prosić go do siebie, sprowadzić Pulcheryę, zatrzymać starego dni parę, i skojarzyć małżeństwo. Wiedział, że panna oburącz by się chwyciła takiego maryażu. Miała lat urzędowych, dwadzieścia pięć, rzeczywistych dwadzieścia ośm — i, po kilku romansach nieszczęśliwych czasu pobytu u księstwa, do niczego już nie wzdychała, tylko do wydania się bogato.
Wszystko to tak pięknie ułożywszy, Wyrzyski zaraz z kontraktów, pomimo, że puszczało strasznie i droga była szkaradna — ruszył do Horodyszcza.
Znał on je w ruinie, a choć zimową porą, nie mogło się to pięknie zaprezentować, zbliżywszy się do starych okopów, dwór otaczających — osłupiał i przeżegnał się.
Nowe to Horodyszcze snem mu się wydało.
Wśród okopów, na których ogromne, stare drzewa wyrastały, stał dworzec, pałacowaty, z basztą na wieżę przerobioną — wspaniały i poważny. Wszystko tu było jak z igły.
Gdy zajechał przed zamek, przyjęła go liczna służba, cała w barwie, i stary człek, rodzaj marszałka dworu, wprowadził przez sieni ubrane w atrybuta myśliwskie, do wielkiej sali, potem do mniejszego gabinetu. Plenipotent nawykły był do wspaniałości domów książęcych, ale tu coś znalazł, czego nie było nigdzie — wielką powagę — jakąś smutną... przepych był też wielki.
Pan domu trochę na siebie dał czekać.
Całe przyjęcie w tym domu odpowiadało pierwszemu wrażeniu, jakie on uczynił na Wyrzyskim. Kuchnia, wino — podanie było pańskie — ale serdeczności, gościnności staropolskiej do jakiej hulaka Wyrzyski był nawykłym — ani śladu nie znalazł.
Mostowniczy chmurny był, milczący, i na chwilę się nie rozdobruchał. Przy obiedzie następnego dnia pili oba dużo — nie podchmielił się i nie rozweselił. Sądził Wyrzyski, że go zatrzymywać zechce, lecz zaledwie parę słów przebąknął, nie nalegał i pełnomocnik odjechał pod noc — nie zapomniawszy wszakże usilnie zaprosić do siebie, — do swej ubogiej chaty.
Majątek w którym mieszkał Wyrzyski, należał do książąt, dwór w istocie na pozór był stary i niepoczesny, ale nadzwyczaj wygodny i we wszystko obfitujący. Wyrzyski żył na koszcie jurisdatorów... a, żyć lubił.
Przybywszy do domu zajął się natychmiast sprowadzeniem synowicy, i przygotowaniem przyjęcia gościa, które nieszczęśliwej Wyrzyskiej, prostej sobie kobiecinie i gosposi, spać nie dało i spocząć, bo mąż wymagał nadzwyczajnego występu.
Że panna Pulcherja miała też występować i popisywać się — musiano klawikord na saniach sprowadzić z Dubna.
Panna, która już o Mostowniczym słyszała i domyślała się czegoś, przyjechała rozradowana, rozmarzona i uścisnęła z rozrzewnieniem stryjaszka. Nie miała biedna posagu, a pamiętała o metryce swej.
Zaczęło się niecierpliwe oczekiwanie rewizyty Mostowniczego. Ale droga się to psuła, to poprawiała, niebo chmurzyło, i już się miało ku wiośnie, gdy nareszcie z taką pożądliwością, oczekiwany gość — nadjechał.
Gdy wysiadał z powozu panna Pulcherya, której serce biło jak młotem, zobaczyła go przez okno. Wydał się jej strasznym. Przyjęcie było, jak się zapowiadało, niezmiernie kordjalne, wystawne i napastliwe... Panna pierwszego wieczora usiłowała oczyma naprzód captare benevolentiam, a potem przeszła ostrożnie do rozmowy.
Stary Mostowniczy z razu był jakby zdumiony i nierozumiał, patrzał ostro na pannę, odpowiadał kwaśno i dopiero drugiego dnia troszeczkę złagodniał. Gwałtem zatrzymano go na noc. Wieczorem śpiewała panna Pulcherja...
Ani ona, ani pani Wyrzyska, ani plenipotent nie mogli odgadnąć co się w duszy pana Dydaka działo. Patrzał chmurno, milczał więcej niż mówił, ale parę razy ciężko westchnął, co wzięto, w niedostatku innych oznak, za dobrą wróżbę. Wyrzyski ze śpiewu asumpt biorąc na ucho opowiedział po krótce historyę synowicy swej, sieroty, panny osobliwie od Boga udarowanej i stworzonej na to aby człowiekowi zacnemu szczęście w dom wniosła...
— Ale — kończył — na takich perłach się ludzie nieznali.
Mostowniczy coś zamruczał tylko nie zrozumiałego.
Nazajutrz rano przy śniadaniu parę razy spojrzał na pannę i wzrok jego spotkał się z jej oczyma... Na tem się skończyło wszystko... Po odjeździe starego czyniono wnioski różne — nie desperował Wyrzyski, panna była zadumana. Trzeba było czekać — co dalej.
Tymczasem przyszła wiosna. Panna Pulcherya siedziała u Wyrzyskich — zapraszany usilnie p. Dydak nie zjawiał się. Plenipotent więc, wedle jego własnego wyrażenia szulerskiego — zagiął łapę. Stworzył jakiś interes z powodu granicy Stawiska, udał chorego — i zmusił Mostowniczego do przybycia...
Tym razem p. Pulcherya jako dawnego znajomego przyjęła go poufalej, a miała okazyę zbliżenia się, gdyż sama Wyrzyska jeszcze chora po odbytej słabości, nie ukazywała się. Zastępowała więc gospodynię.
Nadzwyczaj to jej było na rękę. Zaraz pierwszego dnia zmusiła Mostowniczego do dłuższej z sobą rozmowy i... zdawało się jej, że znacznie zmiękł.
— Zobaczysz, stryjeneczko — mówiła uradowana wieczorem — zobaczysz — musi łapki położyć przedemną.
— A! piękne łapki! — śmiała się Wyrzyska — ta to łapka jak u parobka.
— Zwyczajnie męzkie ręce.
Z dnia drugiego panna Pulcherya miała prawo jeszcze się więcej cieszyć. Mostowniczy skrzywił się do niej tak, iż można go było o uśmiech posądzić.
Lecz — stała się zarazem rzecz osobliwa. Panna, która już nowennę odprawiła na tę intencję ażeby się w niej „zadurzył“ — od tego wzroku i uśmiechu tak się uczuła strwożoną, iż się jej na płacz zebrało.
Wyraz twarzy, wejrzenie miało w sobie coś tak przerażającego, iż dreszcze po niej przebiegły. Wstydziła się do tego przyznać — lecz długo przyjść do siebie nie mogła.
Mostowniczy zaś, zamiast spieszyć na powrót do Horodyszcza — został na dzień następny, kilka razy oczyma niespokojnemi badał pannę — starał się sam zbliżyć do niej.
A Pulcherya, która wprzódy tak tego pragnęła, znowu doznała takiego wrażenia — jakby uciekać chciała. Wejrzenie jego i ten szatański uśmiech, mroziły ją do kości. Wieczorem, ponieważ miała trochę chrypki, panna tylko grała na klawikordzie. Siadł pan Dydak niedaleko, a że Wyrzyski umyślnie się absentował, gdy grać przestała — obejrzał się i wprost w ten dziwny sposób pannę Pulcheryę zagadnął:
— Panna Łowczanka mi daruje, że ja stary gładkich słów używać nie umiem, ale wprost spytam — Gdybym się o pannę oświadczył, poszła byś też za mnie?
O mało nie krzyknęła Łowczanka, ale wnet się opamiętała. Co to było z takim człowiekiem na wiele półmisków rozkładać rzecz prostą.
Pomyślała niby trochę.
— Gdybym wiedziała, że pan Mostowniczy dobrym mężem będziesz? czemuż nie.
Stary się skrzywił.
— Albo ja wiem! — odparł sucho.
Spójrzeli na siebie. Ze strachu aby się nie cofnął, panna podała mu rękę. Wahając się nieco, wziął ją Mostowniczy, a filut Wyrzyski, który bodaj pode drzwiami czatował, wpadł tak w porę, iż Mostowniczemu nie zostawało już nic nadto — tylko się stryjowi oświadczyć.
Nastąpiły tedy zaręczyny. Pan Dydak przepyszny pierścień zdjął z palca, pani Wyrzyska dała synowicy od siebie nie brzydki także. Mostowniczy zażądał, aby ze ślubem niezwłóczyć.
Starano się o ile możności mu akomodować. Jednakże stryj w interesie sieroty wymógł zapis na majątku, oprawę — i na jednej wsi dożywocie...
Wszystko więc złożyło się tak jak było zawczasu osnutem i pożądanem, a kto to ludzkie serce odgadnie? panna Pulcherya wcale się nie wydawała szczęśliwą, choć ciągle ją łajano za to... Mostowniczy coraz się jej wydawał straszniejszym — osobliwem było i to, że choć niby pannę miłował, ale tak jak się spodziewano — łapek przed nią nie położył. Był grzeczny ale zimny i zawsze smutny. Też same zmarszczki na czole, to samo skrzywienie w ustach i wejrzenie ostre miał takież jak dawniej... Panna przy nim czuła się onieśmielona — drgała w duszy...
Wesele stryj chciał wyprawić huczne. Dydak się oparł.
— Do czego to! — rzekł. — Jam stary, robię może szaleństwo, że się żenię z panną, któraby moją córką być mogła, na co się ludziom na oczy z tem wystawiać? I dla panny i dla mnie to przykre... Proszę zaniechać. Z familii kto zechce...
Uparł się przy tem, panna Pulcherya nie nalegała. Późną jesienią jakoś ślub się odbył bez występu i cicho, a na przenosiny do pałacu na Horodyszcze nie prosił Mostowniczy tylko te osoby co ślubowi asystowały...
Przyjęcie było wykwintne i wspaniałe, ale wesołości, choć się na nią zmagano, nikt nie potrafił wykrzesać z serc zastygłych. Przypatrując się temu przepychowi i dostatkom, których panią być miała, pani Mostowniczyna doznała chwilki może jakiejś przyjemności, dumną była — lecz ten sam strach, którym stary mąż ją dawniej przerażał — szedł za nią i tutaj. Pałac wydał się smutny, pusty, straszny i uproszona Wyrzyska na pierwszych kilka dni pozostać musiała przy synowicy.
Jak na pani młodej, tak na p. Dydaku, oznak wielkiej szczęśliwości widać nie było... Ona z trwogą patrzała na niego, on chodził zimny i sztywny. Nie rozchmurzył się ani na chwilę, przy ludziach nie okazywał jej żadnej czułości — a nawet można było dostrzedz po weselu nieledwie straszniejszego w nim zasępienia niż przed tem.
Żona z obawą, ukradkiem spozierała na niego, wybierając chwilę, gdy on na nią nie patrzał. Gdy przyszło Wyrzyskiej do dzieci odjeżdżać — pożegnanie było łzawe. Rzuciła się jej na szyję Pulcherja i mało nie omdlała...
Mostowniczy stał zimny jak kamień, i jak gdyby gniewny.
Zostali państwo młodzi sami z sobą, i złożyło się tak, że Wyrzyski za interesami księztwa musiał na dłuższy czas jechać do Warszawy, a ona sama od dzieci się oddalić nie mogla — nie widzieli się więc z Mostowniczyną. Parę razy pisała do stryjenki, lecz listy były krótkie, i mogła się z nich domyśleć Wyrzyska, że synowica obawiając się aby ich nie czytano — suchemi kilką wyrazami się ograniczała. Wiał z nich smutek i tęsknica przerażająca.
Stryjenka zapraszała ją do siebie nadaremnie — czy nie mogła, czy nie chciała przyjeżdżać. Oczekiwano na próżno. Wszystko to dawało do myślenia, ale Wyrzyski żonie tłumaczył pierwociny każdego małżeństwa, jako bardzo trudne do przebycia.
— Co ty chcesz! Niechajże ma czas go okiełznać — potem wiu! ha! poprowadzi kędy zechce!
Ale kiełznanie to jakoś trwało nadzwyczaj długo. Wyrzyscy na święta wielkanocne zaprosili Mostowniczych oboje tak nalegając, że się już oprzeć nie było podobna...
W wielką Sobotę z niepokojem na nich oczekiwano. Jakoż przybyli poszóstno, pysznym powozem, bryka za niemi — ale gdy Pulcherja wysiadła, witająca ją Wyrzyska o mało nie krzyknęła, tak znalazła straszliwie zmienioną.
Mostowniczy też był wychudły i na krótki przeciąg czasu dziwnie postarzały. Oczy miał jeszcze niespokojniejsze, a usta gorzej zapadłe i skrzywione. Prócz tego zmięszany, wydawało się jakby zawstydzony był i wylękły.
Przystojna wcale gdy szła za mąż, młoda mężatka twarz miała bladą, oczy wpadłe, usta sine i... choć ubrana z wielkim staraniem, bogato, obudzała litość. Zdawała się ledwie módz utrzymać na nogach.
Wprowadzono ich do domu. Wyrzyski przybrał umyślnie ton wesoły, starał się zabawić, rozruszać — ale sposobu nie było. Z obawą ciągle Mostowniczyna oglądała się na męża, a on pilnował jej groźnemi oczyma.
Stryjenka napróżno po kilkakroć próbowała odprowadzić na stronę Pulcherję — ale ta, oglądała się na męża i nie ruszała z miejsca.
Dopiero drugiego dnia po święconem, udało się Wyrzyskiej wziąć biedną kobietę do swojego pokoju... Zamknąwszy drzwi — rzuciła się jej na szyję...
— Dziecko moje! co tobie! Ty tak wyglądasz jakbyś była bardzo nieszczęśliwa!
Zaczęła się Mostowniczyna wypierać mocno, zaklinać, lecz wśród tego wysiłku, rzuciły się jej łzy, porwało łkanie konwulsyjne... A oglądała się ciągle na drzwi, z przestrachem, jakby wtargnięcia męża obawiając...
Zmiarkowała Wyrzyska że trzeba było koniecznie — bądź co bądź dobyć z Pulcherii coś o jej pożyciu — bo że w niem była jakaś tajemnica fatalna, ani wątpiła... Jednakże Mostowniczyna długo sama z stryjenką pozostać nie chciała, oczy obmyła, przejrzała się w zwierciadle i zaklęła na wszystko aby do pokoju powracać. Szepnęła cicho Wyrzyskiej, że mąż jej, który po nocach niesypiał, drzemał po obiedzie i że ona z tej chwili skorzysta, aby się wymknąć do niej.
Tak się też stało. Wyszła po cichu na palcach z pokoju, trwożliwie się oglądając za siebie Mostowniczyna i wsunęła do sypialni, w której na nią czekała stryjenka. Drzwi przymknęła, aby głośniejsza rozmowa nie doszła do pokoju gościnnego. Wyrzyska czekała niespokojna, bo jej niezmiernie żal było kobiety, którą mąż wyswatał z dobrego serca... nieprzewidując co ją spotkać mogło.
— Powiedz że ty mi, na rany pańskie — poczęła ręce łamiąc poczciwa stryjenka — powiedz mi, nie kryjąc się z niczem... co to jest? Ten niepoczciwy człek męczy cię, tyranizuje? zły jest dla ciebie?
Mostowniczyna stała niema...
— To go porzuć do licha, i z jego bogactwami! — ciągnęła dalej — u nas znajdziesz zawsze dom jak swój... Kilka zaledwie miesięcy upłynęło, ty do siebie nie jesteś podobna!
Pulcherii łzy się kręciły w oczach.
— Stryjeneczko — odezwała się po cichu — jestem nieszczęśliwa, to prawda, ale nie z tego powodu, którego się domyślasz... Dydak dla mnie najlepszy — Bóg widzi. Gdybym niewiem czego zażądała, stara się wszystko spełnić, nieba by mi chciał przychylić... On! on dla mnie wcale zły nie jest. Nie... ale... ale...
Mostowniczyna zająknęła się, jakby jej było trudno wytłumaczyć, zniżyła głos, pochyliła się do Wyrzyskiej.
— Ah! doprawdy — mówiła drżąc — trudno mi to opowiedzieć! Ten człowiek, którego spojrzenie mnie przed ślubem napełniało strachem, jest jakiś dziki — niezrozumiały, coś się z nim dzieje, czego sobie wytłumaczyć nie można. Żyje jak gdyby się ciągle czegoś lękał, po nocach nie sypia, zrywa się, biega... mówi sam do siebie — unika ludzi... Uspokoić go niczem nie mogę... Czasem na chwilę o tych jakichś utrapieniach zapomni — nagle słowo jedno, szelest, najmniejsza rzecz przeraża go, niepokoi...
Prosiłam go na kolanach żeby mi się przyznał co mu jest — uciekł odepchnąwszy mnie.
Życie prowadzi osobliwe... Po nocach siedzi czasem w książkach, lub chodzi po izbach... w dzień śpi... niczem go rozerwać nie można. Modlić się nieumie... nie widziałam go jeszcze ani razu żeby się przeżegnał.
Słuchała opowiadania tego Wyrzyska z natężoną uwagą i nadzwyczajnem zdziwieniem. Spodziewała się posłyszeć wcale co innego...
Mostowniczyna ciągnęła powoli dalej:
— Czasami ciarki po mnie chodzą, bo się lękam żeby on nie oszalał, albo ja patrząc na niego.
Zobaczy mnie płaczącą, to wpada w furyę i gniewa się. Przyjdzie na niego wesołość, to jakaś straszna, wymuszona i — byle co, zmienia się w smutek i pogrążenie.
Sprowadził mi klawikord, czasem sobie każe grać, albo zaśpiewać, i trochę się uspokoi, niekiedy oczy ociera jakby płakał, ale zaraz potem, trzaśnie drzwiami, wyleci, i zamknąwszy się w swoich izbach, lata jak szalony.
Wyrzyska słuchała przybita, nieumiała ani pocieszać nieszczęśliwej synowicy, ani jej dać radę żadną. Głosowała za tem żeby męża, jak ona była zwykła we wszystkiem, poradzić się i o to — co tu począć. Ale Pulcherya zaklinała, aby nikomu nic o tem nie mówić, nawet stryjowi, bo mąż jej najwięcej się tego obawiał aby o jego dziwactwach nie rozpowiadano, i surowo żonie przykazał, żeby się z tem co się dzieje w domu nie wypaplała.
Popłakały się obie, skończywszy na tem, że jeden ratunek był w Bogu, że należało się modlić aby on ulitował się nad p. Dydakiem, i nad biedną żoną jego.
Tymczasem w bawialnym pokoju dał się słyszeć szmer i Pulcherya przestraszona wybiegła do męża, który nie lubił ażeby się od niego oddalała.
Wyrzyska, prawa córka Ewy, i niewiasta, choć dała słowo nic niemówić nikomu, wieczorem, zakląwszy męża na wszelkie świętości, zwierzyła mu się ze wszystkiego co od synowicy słyszała.
Daleko zimniejszy i inaczej biorący rzeczy Wyrzyski, naprzód obie baby posądził o — egzageracyę; potem dowodził że Pulcheryi dużo się przywidywało dla tego że chciała mieć w mężu romansowego kawalera, a tym on być nie mógł.
— Prosta rzecz — odparł żonie — człowiek ma na głowie kłopotów siła — a nie młody, skwaszony, więc czasem zamruczy i namarszczy się, nie trzeba z tego robić wielkich rzeczy. Pulcherya się z tem obędzie i będą z sobą żyli jak najlepiej.
Słowem Wyrzyski wszystko to sobie lekceważył i żonie zamknął usta.
Niedoczekawszy przewodów Mostowniczowie odjechali do Horodyszcza, na Zielone Święta zapraszając do siebie Wyrzyskich.
Plenipotent ostatniego dnia pobytu, wieczorem, nabok wziąwszy Dydaka, delikatnie mu dał do zrozumienia ażeby żony — nie wędził — a wziąwszy kobietę młodą, więcej żył z ludźmi i znajomości w sąsiedztwie zawiązał.
— Ja — odparł Mostowniczy — do ludzi nie jestem stworzony. Mam dużo do czynienia, zabawiać próżniaków nie umiem. Jejmość wiedziała za kogo szła, musi się do mnie zastosować. Mnie wrzawa i tłok męczy — potrzebuję spokoju.
I tem go odprawił.
Zniósł to Wyrzyski i wybierał się na Zielone Święta do Horodyszcza, nie dając za wygranę, gdy na dni kilka przed Świątkami, sam jeden, małym wózeczkiem wpadł niespodzianie Mostowniczy. Spojrzawszy na wysiadającego postrzegł Wyrzyski, że coś niedobrego wiózł. Wprost z ganku p. Dydak poprowadził go na osobność do kancelaryi, zdawał się bardzo mocno poruszony.
— Głupia sprawa mnie tu sprowadza — odezwał się oczyma, jakiemiś obłąkanemi rzucając po izbie i usta krzywiąc okropnie. W. pan jesteś prawnik... rachuję na to, że mi — poradzisz...
— O cóż idzie?
Mostowniczy jakby mu trudno było niezmiernie wykrztusić to co w sobie miał, począł gębą ruszać, wąs targać — ręką się chwytać to za pas, to za piersi.
— Głupi interes — rzekł gwałtownie. Prosto ci powiem, metryki mojego urodzenia nie mam, spaliła się — papierów nie mam żadnych... Szlachcic dawniej tego niepotrzebował. Kurozwęski jestem i kwita. Tymczasem zjawił się tu jakiś łotr z pod ciemnej gwiazdy, co mnie chce ciągnąć do wykazania się z rodu i nazwiska.
— A jemu co do tego? pytał Wyrzyski.
— Bo on sam jest Kurozwęski, kat go wie jaki — odparł Mostowniczy, rozdrażniony do najwyższego stopnia. Co ja z tym łajdakiem będę się po sądach ciągał? to wprost na moją kieszeń łapka — zatkać mu gębę.
— Gdzież on jest?
— Siedzi w Dubnie, napisał mi list — odgraża się.
To mówiąc dobył papier Mostowniczy i rzucił na stół, a ręka mu się trzęsła, i sam poruszał się jakby go choroba św. Walentego miała napaść. Wyrzyski chwycił pismo...
Napisane ono było szorstko, groźno, i ów Hilary z Kurozwęk Kurozwęski ofiarował się dowodzić Mostowniczemu, że ani do nazwiska, ni do tytułu niema prawa. Ale nie formułował żadnych wymagań.
Zadumał się plenipotent.
— Niema tu co myśleć i robić — odparł. — Każę do bryczki zaprządz i jadę do Dubna. Daj mi list i mów co mu dać.
Mostowniczy uchylił połę, dobył zieloną sakwę ogromną z kieszeni, przez której siatkę dukaty przeświecały, i rzucił ją na stół.
— Masz tysiąc czątych, rób co chcesz.
Na tem się niespełna skończyła rozmowa, Wyrzyski do podanego śniadania ani przystąpił, wypił raz po razu kilka kieliszków wódki, nie mówił nic, i gdy konie dla Wyrzyskiego zaszły, on też na bryczkę siadł — i pojechał...
Jak sobie rady dał plenipotent to tylko on może wiedział i pan Bóg drugi, skończyło się na tem, że Mostowniczemu nie przywiózł ani grosza, ale zeznany aktach dokument, jako do rodziny Kurozwęskich należał, z podpisem członka jej pana Hilarego, umocowanego od braci i bratanków.
Zdaje się, że p. Dydak sto dukatów jeszcze w garść mu wcisnął — i na tem się skończyło — ale, w sumieniu pozostał Wyrzyski przekonanym, że mąż jego synowicy nie był żadnym Kurozwęskim, zatem samozwańcem i pewno nawet nie szlachcicem.
Nie rad temu był i kwasił się czas jakiś, ale — klamka zapadła. Na pociechę pozostawało to, że bogatym był niewątpliwie.
Pomimo kupna dóbr, przykupionego Stawiska — wydatków znacznych — melioracyi nadzwyczaj kosztownych — pieniędzy nigdy nie brakło. Doszedł nawet Wyrzyski, iż p. Dydak musiał coś mieć na jakimś holenderskim banku, bo sumy mu ztamtąd przekazane za pośrednictwem Tepperów podnosił.
Tymczasem o przeszłości jego dowiedzieć się nie było sposobu. Zagadnięty o nią, marszczył się, nastawiał ostro i wprost odpowiadał grubiańsko.
— Cóż to? spowiedzi mnie chcesz słuchać? Co człek robił i przeżył to między nim a panem Bogiem, nie należy to do nikogo.
Właśnie, gdy się to działo, u Kapucynów w Starym Konstantynowie zjawił się z innego konwentu tam przysłany ojciec Innocens. Mnich to był jakich po zakonach żebraczych nie wielu się trafiało wówczas, bo do nich, jako do mniej nauki i wykształcenia wymagających, szli ludzie prostaczkowie, często ducha potężnego, pobożności i świątobliwości wielkiej, ale nie zbyt uczeni i ogładzeni.
Brat Innocens, o którego pochodzeniu nie mówiono — był to mąż i ascetyzmu niezwykłego i nauki nadzwyczajnej, teolog, kaznodzieja, dyelektyk potężny. Miał dar wymowy, powagę, i coś takiego w sobie, co nakazywało poszanowanie.
Nieulękły i nieugięty — był postrachem złych, bo wcale się nie oglądając na ich stanowisko i znaczenie, nielitościwą prawdę rzucał im w oczy. Znanem to było, że gdy raz panu wojewodzie... coś bardzo przykrego powiedział publicznie, radząc mu się kajać i poprawić, dumny panek odgrażać się począł nań batogami.
Zasłyszawszy o tem ojciec Innocens, przyszedł do niego na zamek, gdy mnóstwo gości miał. Stanął śmiało i zawołał:
— Przychodzę po obiecane batogi!
Wojewoda tak był wzruszony, że go po rękach całując, przepraszał, i — jeżeli życia nie poprawił od razu, przynajmniej jawnogrzesznikiem być przestał.
Niepotrafimy wytłomaczyć, jakim sposobem w podróży ojciec Innocens jednego wieczora znalazł się w Horodyszczu, prosząc o przenocowanie.
Mostowniczy z folwarku na wieczerzę go kazał prosić do pałacu, czemu się jejmość sama niezmiernie uradowała, bo jej za kościołem, księdzem i panem Bogiem bardzo było tęskno.
Ojciec Innocens, w którym zaraz było można poznać krew dostojną, pięknej powierzchowności mężczyzna, twarzy choć wyschłej, lecz dziwnie czystych rysów i jakimś duchem ożywionej, która ją opromieniała — miał w obejściu się coś pańskiego razem i kapucyńskiego; rubaszność dystyngowaną, a spokój ducha i wesołość, niedającą się zachmurzyć niczem, chyba religijnem uniesieniem.
Jedno spojrzenie na Mostowniczego dało mu w nim poznać człowieka, który z sobą samym nie był w zgodzie.
Ponury wzrok, milczenie, ruchy gorączkowe zdradzały cierpienie wewnętrzne. Musiało to kapucyna zająć mocno, gdyż po wieczerzy, zamiast odejść, zaraz przysiadł się uparcie do gospodarza.
Milczący pan Dydak doznał też na widok mnicha jakiegoś wrażenia — które mu powoli usta rozwarło.
Gdy się sami znaleźli, rozmowa wszczęła się o religijnych przedmiotach... Mostowniczy półgębkiem, zaczął różne wątpliwości podsuwać, i wydał si ze sceptycyzmem ironicznym.
Kapucyn gwałtownie nawracać go nie zamierzając, tak zręcznie jego wątpliwości nicował, że je doprowadził do absurdum.
Pomogło mu to, że gwałtownym nie był — mimo temperamentu żywego, zbadawszy z kim ma do czynienia — postępował ostrożnie. Okazało się, że Mostowniczy dużo czytał i miał pokrzywione pojęcia o rzeczach wiary i moralności.
Ojciec Innocens nad tem bolał, i mówił więcej do uczucia, niż do rozumu, który że był zwichnięty i nielogiczny, stał się sprężyną złamaną, i przez nią do wnętrza już się dostać nie było można.
Nie narzucając się wcale za lekarza duszy, ojciec Innocens tak umiał się Dydakowi przypodobać, tak go ujął, że — co nigdy nie bywało, zaprosił go, żeby znowu kiedy odwiedził Horodyszcze.
Kapucyn się przyobiecał.
Nim jednak przybył znowu, biedna Pulcherya, której z tym nieodgadnionym mężem bardzo było źle na świecie, z łez tajonych, z nieustannego strachu — z braku jakiejkolwiek pociechy, zachorowała ciężko. Posłano po lekarza do Dubna, przybyła Wyrzyska, Mostowniczy nie żałując na nic, na wszystkie strony gnał po lekarstwa i lekarzy, o których, gdzie zasłyszał — lecz wszystko to nie pomogło — biedna kobieta po kilkudniowej chorobie — umarła.
Co się działo z mężem — opisać tego nie podobna. Rozpacz jego dochodziła do szału. Napróżno starano się go pocieszać, żal ten łagodzić, przywoływać go do rozumu — zdawało się, że postrada zmysły. Narzekania jego były tem najstraszniejsze, że bluźnił i prawił takie rzeczy, iż ludziom, słuchając, włosy powstawały na głowie. Wyrzyski, który wiedział, że ojciec Innocens miał u niego pewne zachowanie, bo się o nim odzywał z poszanowaniem, posłał tajemnie po niego.
Kapucyn przybył po pogrzebie, i zastał Mostowniczego w tej gorączce jakiejś, bez łez, z wargami wyschłemi, latającego bezprzytomnie po pałacu. Zobaczywszy go — pan Dydak z początku wpadł w pasyę, chciał uciekać, lecz jakiemś słowem szczęśliwem poskromiony — został z nim.
Ale wybuchnął narzekaniami najstraszliwszemi. Ksiądz słuchał cierpliwie.
— Morze wzburzone — rzekł — zawsze szumowiny, błoto i zgniliznę wyrzuca z siebie...
Gdy ciągle jeszcze się miotał Dydak, ojciec Innocens, spytał go:
— Skarżycie się na opatrzność, lecz zróbcie rachunek sumienia, czyście nie zasłużyli na to, co was spotyka...
— Bóg więc mściwy jest?
— Nie — ale pragnąc nawrócenia złych, smaga ich, gdy inaczej opamiętać nie może...
— Bóg!... — rozśmiał się Dydak, ruszył ramionami — i uciekł...
Ksiądz pozostał spokojnie w miejscu, wiedząc, że do niego powróci.
Po niejakim czasie, wpadł Mostowniczy z twarzą rozpaloną i stanął przed nim.
— Krew za krew? ząb za ząb? oko za oko? nieprawdaż? — krzyknął. — Tak stoi w waszem piśmie — ani łez, ani skruchy nie dosyć?...
— Czasem jedna łza starczy za największe zbrodnie — odezwał się kapucyn — lecz trzeba, aby ją nie ból, nie złość — ale szczery żal wydobył z człowieka.
Rękami począł na sobie Mostowniczy szarpać odzież, piersi obnażając — chciał coś powiedzieć, zerwał się i pobiegł. Ksiądz siedział.
Słychać go było z dala rozbijającego się po izbach, powrócił po chwili powolniejszym krokiem. Siadł z drugiej strony stolika naprzeciw kapucyna. Zdawało się, że mu z ust popłyną już wyrazy jakieś, wargi drgały niemi, walczył z sobą — wstał i poszedł nic nie rzekłszy.
Była noc już późna. Ojciec Innocens nie tracąc czasu w przestankach, gdy gospodarza nie było, modlił się — nie chciał go opuścić, bo czuł że chwila nadeszła stanowcza, w której go ratować mógł.
W pałacu po wszystkich pokojach porozstawiane były światła i tak gorzały aż do rana, bo rozmowa przerywana, trwała do brzasku, ale pod koniec stała się jakąś poufną, cichą, spokojniejszą.
Nie było widać ażeby kapucyn nawrócił utrapionego człeka. Pozostał dzień jeszcze, ciągle prawie byli razem z sobą. Mostowniczy ostyglejszym już się okazywał niż dnia poprzedzającego, lecz rozstali się z sobą z tym tylko skutkiem że Dydak, powierzchownie mniej się z wewnętrznem podrażnieniem wydawał.
Gdy Wyrzyski po drodze kapucyna schwyciwszy, chciał się dopytać od niego o skutku odwiedzin, ojciec Innocens, rzekł z westchnieniem.
— Zadawnione rany nie leczą się prędko. Chory to człek, za którego modlić się potrzeba. Dzieją się cuda na ciałach, dzieją i na duszach. Bogu ufajmy.
Od śmierci żony Dydak, prawie z nikim nie mówił, majątku zarząd zdał na Wyrzyskiego, a sam albo w jakichś książkach siedział — lub chodził na pół obłąkany.
Z książkami zaś obchodził się dziwnie, bo po nocy bezsennej, gdy nad ranem gdzieś przypadłszy zdrzemnął się, a ludzie pokoje porządkowali, znajdowali najczęściej książki porozrzucane po podłodze, pod piecami, pod ścianami — ciskane z taką siłą, że wiele z nich w kawałki się rozpadało.
Gdy cieplejsza pora nastała, wychodził w lasy i pola, i czasem nie nocował w domu, spędzał noc gdzieś pod gołem niebem, wracał zbłocony, obrukany, tak że odzież szła w niwecz.
Twarz jego i on cały wysechł jak szczapa, drżał jakby w febrze, a choć oczyma biegał niespokojnie dokoła, zdawało się, że nie wiedział nic, tak był w sobie zatopiony.
Trwało to kilka miesięcy.
Nagle nastąpiła zmiana, której się nikt nie mógł spodziewać. Powróciwszy dnia jednego z takiej przechadzki nocnej, położył się, spał kilkanaście godzin i wstawszy, — kazał konie przygotować. Ubrał się jak najbogaciej, — wystroił można było powiedzieć, do śniadania wina sobie kazał podać starego, którego wypił butelkę — i ruszył do Wyrzyskiego. Ten, który go już miał za pół-warjata i wcale się widzieć nie spodziewał, osłupiał zobaczywszy wysiadającego, wymizerowanego, znędzniałego, ale z wesołością przybraną na zwiędłej i zestarzałej twarzy.
Zaraz na wstępie odezwał się głosem ochrypłym:
— A co? widzisz? żyję — kiep świat, a i ja nie rozumniejszym byłem oddając się rozpaczy. Ale rozum przyszedł choć późno.
Rozśmiał się.
— Co ty powiesz na to? myślę świata użyć? hę?
Wyrzyski w istocie nie wiedział co myśleć i odpowiadać. Usiedli w ganku.
— Będę cię prosił — rzekł po chwili Mostowniczy, abyś mnie obwiózł po sąsiedztwie; szczególniej po ludziach dobrej myśli co się zabawiać lubią, bo ja... rozerwać się potrzebuję... Na Święty Jan u mnie — Sobótka!! Chcę sprosić gości — zobaczycie jak przyjmę. Wszystko głupstwo, cały rozum: carpe diem!
— Ha! no! wykrzyknął zdumiony Wyrzyski, jeżeli ochota przyszła do tego, czemu nie, Lepsze to niż melancholja...
— Każ wina dać! rzekł kaszląc Mostowniczy — napijemy się...
Pani Wyrzyska równie jak mąż zdumiała się tym nowym obrotem rzeczy i przelękła się go prawie.
Ale Mostowniczy, prócz tego że unikał wszelkich smutnych wspomnień, był najzupełniej przytomnym, i jak nigdy szyderskim a zabawnym. Pił więcej niż kiedy.
Nie można mu było odmówić ułatwienia znajomości w sąsiedztwie, a choć bardzo blizkich sąsiadów Horodyszcze nie miało, okolica obfitowała i w młodzież aż do zbytku lubiącą rozrywki, i w starych niedobitków saskich hulanek i we wszelkich chciwych roztargnień, a szału — rycerzy od kielicha i zielonego stołu.
Znajomości robiły się łatwo, a gdy Mostowniczy jął zapraszać panów i panie na Święto-Jankę do siebie, przez samą ciekawość nie odmawiał nikt. Niemal tydzień zabrały wędrówki od komina do komina, w ciągu których Mostowniczy, jakby odrodzony, trzymał się ciągle w humorze nienaturalnie wesołym, ale często w pół śmiechu coś mu usta wykrzywiło, napadała jakaś czkawka, czoło się marszczyło i potrzebował czas jaki wysapać się na osobności, nim znowu do siebie przyszedł.
Do świętego Jana, dla przygotowania na przyjęcie dosyć czasu zostawało. Spodziewano się, i nie bez przyczyny, że ono będzie wspaniałe — i zakasuje nawet najsławniejsze na Wołyniu. Wiedzieli sąsiedzi, że wyprawiono kilka sztafet, posprowadzano kucharzy, cukierników, pasztetnika, fajerwerkera i przybory najwykwintniejsze.
W Horodyszczu wszystko się ruszało i żyło, a sam pan zajmował się nieustannie coraz nowemi wymysłami, aby dzień uczynić jak najświetniejszym. Muzyki dwie miały ściągnąć, jedna z Berdyczowa, druga z Żytomierza.
Iluminacyę i fajerwerk urządzał zawczasu z Warszawy za drogie pieniądze ściągnięty mistrz ogniów sztucznych, niemiec, sławny w swym kunszcie.
Nadszedł nareszcie dzień ten, lecz, co się u nas rzadko przytrafia — zabrało się na deszcz, który iluminacyę i fajerwerk mógł w niwecz obrócić.
Goście pomimo słoty, zaczęli się ściągać od południa. Wyrzyski i sam gospodarz odziany nadzwyczaj elegancko, przyjmowali w ganku. W dwóch wielkich salach stały nakryte stoły.
Uczty i wszelkich na niej zbytków, opisywać nie mamy potrzeby. Nie brakło nic, co tylko uświetnić ją mogło, pobudzić wesołość i zabawić, nawet stolików do gry, przy których można było fortunę puścić, lub zyskać.
Stary gospodarz sam wprawdzie nie tańcował oprócz polskiego, ale pił z innemi i grał szalenie, a mimo że wyglądał jak trup, dla kobiet był z nadzwyczajnemi atencyami.
Posądzać go nawet było można, iż, choć siwy i niedawno owdowiały, myślał o nowem jarzmie. Lecz, słuchy jakie o nim chodziły i o pożyciu z Wyrzyską nie były zachęcające. Z wyjątkiem kilku śmielszych wdówek już przywiędłych, żadna nawet pożartować z sobą nie dawała, taki strach we wszystkich obudzał Mostowniczy.
Ponieważ się na deszcz zawzięło i fajerwerki z iluminacyą musiały być odłożone, wszystkim gościom koła pozdejmowano i zmuszono pozostać nietylko noc, ale dzień następny. Deszcz lał coraz lepszy i tak się to do trzeciego przeciągnęło, przy coraz wzrastającej wesołości.
Drugiego już dnia zaobserwowano, iż Mostowniczy począł się przysiadać do pięknej, śmiałej, wesołej, lecz nie najlepiej widzianej rozwódki, pani starościny Żywulskiej.
Nie bardzo młoda, była ona niezaprzeczenie najpiękniejszą ze wszystkich, ale sobie do tego pomagać umiała — ona może jedna nie zdawała się obawiać gospodarza i zalecała mu się jawnie, wcale nie dbająca o to, co ludzie na to powiedzą. Stara jakaś wujenka, z którą przybył, wcale jej w tem nie była przeszkodą.
Trzeciego dnia tak jakoś te zaloty trupie były jawne, że podpiwszy sobie goście, obojga ich razem wznieśli zdrowie. Mostowniczy zaś nieinaczej je przyjął tylko z trzewiczka... Szalano okropnie...
Gdy za na trzeci dzieli wieczorem wypogadzać się zaczęło, goście nareszcie wyruszać się starali, zmęczeni, a niektórzy chorzy. Mostowniczy starościnę wstrzymywał prawie do ostatka, a gdy w powóz siadła, kazał podać konie wierzchowe, i sam, z kilku młodzieży ruszył odprowadzić do rozstajnych dróg, gdzie jeszcze raz zdrowie pięknej pani wychylono, strzelając z pistoletów.
Po tej trzydniówce, wszyscy niemal byli najpewniejsi, że się rozwódce klei maryaż nowy — ale pewnego nic dowiedzieć się nie było można.
Mostowniczy jeździł, przesiadywał u starościnej, u siebie hulanki wyprawiał, na gwałt bawić się chciał i tak się zupełnie zmienił, że Wyrzyski znajdował to — niedobrem.
— Wszystko u niego szałem — mówił — i to się skończy na tem, że go do czubków gdzie wywieźć przyjdzie.
A spojrzeć na niego, jak mnie się trafiało, gdy goście odjadą i on zostanie sam, chodzi jak z krzyża zdjęty, ledwie dyszy, namarszczony, posępny... Szalony... Ten człowiek źle skończy...
Twarz pana Dydaka, która dawniej już była niemiłą i odtrącającą, teraz przerażała wychudzeniem, żółtością, wyrazem niepokoju jakiegoś i gorączki. Starościnie — ani się mógł podobać — ani się tem łudzić, lecz kobieta była płocha i zepsuta — ciągnęła go, aby jak najwięcej wyłudzić ze starca. Wyrzyski podszeptywał przestrogi, pan Dydak śmiał się.
— Myślisz, że ja o tem nie wiem, iż babie wierzyć nie można, i że się z młodzikami za oczy wyśmiewa ze mnie. A co mi to? Oczy ma piękne i wdzięk dla mnie srogi? Serca jej nie potrzebuję! Nie bój się, ożenić się nie ożenię, a ostatkami goniąc, durzyć mi się wolno... Carpe diem — mosanie! Co za biust!!
Jak dawniej Horodyszcze było puste i milczące, tak teraz drzwi się nie zamykały. Zajadano, zapijano i grano po całych dniach i nocach. Służba żeńska została pomnożoną...
Przez cały rok to trwało. W końcu niego do starościnej przestał już dojeżdżać Mostowniczy i zbałamuciwszy młodziuchną ekonomowę ze Stawisk, wziął ją do dworu na ochmistrzynię. Mąż opłacony zniknął...
Wyrzyski, który znał już teraz interesa Mostowniczego i obrachowywał, co to wszystko kosztowało — zaczynał przebąkiwać, że to grozi ruiną.
Na następne kontrakty zawczasu dom murowany kazał nająć pan Dydak i zapowiedział, że u siebie przyjmować będzie.
— Już jeżeli się tam nie zabawiemy — to chyba nigdy! — mówił chrypiąc do Wyrzyskiego.
Kredens kuchnię, sprzęt wszelki posłano z Horodyszcza do Dubna. Sam pan Dydak pojechał tam zawczasu i rozgospodarował się po pańsku. Stoły miały być otwarte dla wszystkich. Przez kilka pierwszych dni zabawiano się i grywano szalenie, gdy Wyrzyski, który osobną miał kwaterę, przybywszy rano do Mostowniczego, obszedł wszystkie izby, i, nie znalazłszy go, począł wołać na ludzi:
— Gdzie pan?
Służba wyszła z twarzami potrwożonemi, przelękła, zmięszana. Nikt nie wiedział co się nim stało. Jeremi starszy sługa opowiadał, że wieczorem, gdy gości różnych pełno było, a znajomi i nieznajomi dla gry wchodzili i wychodzili nie opowiadając się nadszedł siwy jak gołąb staruszek. Ten też bez ceremonii do stolika się przysiadł, przy którym największa gra była. Mostowniczy znajdował się opodal i niewidział go.
Nagle zbliżywszy się — gdy spostrzegł gościa tego — cofnął się aż i krzyknął. Stary ów także zobaczył go, zerwał się z siedzenia i podbiegł ku niemu. Wrzawa była wielka w pokoju, więc nikt słyszeć nie mógł co do siebie mówili, lecz rozmowa żywo, gwałtownie się poczęła — tak jakby kłócili się z sobą. Stary przyskakiwał razy kilka do Mostowniczego, ścigał go po izbie, nareszcie jeden uchodząc, drugi grożąc wybiegli oba, — i od tej pory Mostowniczy nie powrócił. —
Kto był ten siwy starzec — Wyrzyski się dowiedzieć nie mógł. Przypuszczał kłótnię i pojedynek.
Nie tracąc czasu rozpoczął poszukiwania i wywiadywania się w mieście, — potem w okolicy, na przedmieściach, po domostwach, po gościńcach — lecz nigdzie nie było śladu Dydaka.
Popłoch się stał wielki, gruchnęło o tem po ludziach, rzecz była niezrozumiała i niepojęta. Wyrzyski pokoju nie miał dopóki nie doszedł kto był ów starzec z głową siwą, a zdawało mu się, iż kto inny być nie mógł tylko kasztelan B....
Nieznał go osobiście, ale nie wahając się wpadł do jego mieszkania, ażeby się przekonać, czy w istocie miał jakie zajście z Dydakiem.
Znalazł kasztelana siedzącego przy stole, z głową na ręku spartą i twarzą posępną. Był to człowiek nie tak stary jak przedwcześnie postarzały, — twarzy dumnej i pańskiego oblicza. Wyrzyski zaprezentował mu się jako plenipotent książąt L... i powinowaty Mostowniczego, ośmielając się zapytać kasztelana — czyby nie mógł go objaśnić co się z nim stało.
— Powinowaty? Mostowniczego tego? a, to waćpanu nie winszuję — zawołał kasztelan z rodzajem wzgardy — czy jesteś acandziej pewnym, że to był Kurozwęski w istocie?
— Pod tem nazwiskiem znaliśmy go tutaj, od czasu jak się okupił, rzekł Wyrzyski przestraszony.
Kasztelan milczał trochę, westchnął potem:
— Długo on tu przebywał? spytał.
— Około trzech lat, — jąkając się i mięszając coraz mocniej odezwał się Wyrzyski — ale, na miłosierdzie Boże, niechże pan kasztelan raczy mnie objaśnić co to za człowiek i jeżeli nie ten za kogo się podawał, to któż przecie.
Stary pan zmarszczył się, jakby mu przypomnienie starych dziejów było nieprzyjemnem wielce, mruczał trochę — a potem począł głosem stłumionym i smutnym.
— Nie mogę jeszcze przyjść do siebie po tem co mnie tu spotkało! Jakim sposobem ja do obcego dałem się wciągnąć, — aby synowca od gry odsadzić!! Prawdziwe zrządzenie Boże! Bo — tak było, — dodał kasztelan — nie mam zwyczaju nieproszony nigdzie wchodzić, a i proszony nie łatwo się daję pociągnąć. Powiedziano mi, że synowiec mój się tam zgrywa, wpadłem z innemi. Synowca wprawdzie nie było, ale na pierwsze spojrzenie poznałem w gospodarzu tego łotra. To znowu cud, bom go jakie lat trzydzieści niewidział łajdaka, od czasu jak za pajuka służył u ojca mego.
Wszystko to — dzieło mściwej opatrzności. Ledwie w niego oczy wlepiłem — począł drżeć, gęba mu się wykrzywiła, a miał ten grymas od młodości, po którym go natychmiast poznawszy, rzuciłem się do niego. Chciał mi się wypierać, lecz zdrętwiał ze strachu. Uciekać począł, poszedłem w pogoń za nim. Cóż się z nim stało!
— Właśnie że niewiadomo — odparł Wyrzyski — ale, cóż zawinił?
Kasztelan się porwał z krzesła.
— Nie słyszałeś waćpan? — zawołał. Cały świat przecież wiedział o tem swego czasu. Ojciec mój wziął go z pod płotu, — był sierotą, zwali go Jakubem Romaszkiem. Uchodził za szlachcica zagrodowego. W wielkich łaskach był u nieboszczyka. Stary mój miał ten nieszczęśliwy zwyczaj, że nie lubiał jeździć dworno i często z dóbr ukraińskich powracał z pieniędzmi znacznemi z dwóma lub trzema ludźmi, — ostatnim razem Romaszka tego wziąwszy i Kuźmę woźnicę, jechał wioząc z sobą dziesięć tysięcy czerwonych złotych. Łotr wiedział o tem i osnuł zuchwałą zbrodnię. Na noclegu spoił furmana, — zabił ojca mojego i uszedł bezkarnie.
Szukaliśmy go po całym świecie, byliśmy kilkakroć na tropach. Uszedł był naprzód do Anglii, potem osiadł w Hollandyi pod obcem nazwiskiem, na ostatek, sądząc, że sprawę czas zatarł ośmielił się, stęskniwszy za krajem wrócić tu — jakby po zasłużoną karę.
Wyrzyski słuchał jakiś czas, przemówić nie mogąc.
— Czy się tylko pan kasztelan nie myli — odezwał się — Romaszek ten pewnie wychowania nie miał, ten zaś zdawał się uczonym, w książkach się grzebał... języki znał.
— Alboż przez lat trzydzieści nie miał czasu się ich nauczyć? — rzekł kasztelan.
— Cóż pan kasztelan zamyśla dalej? — odważył się wtrącić Wyrzyski.
— Ojca pomścić obowiązek mam święty, a łotrowi maskę zedrzeć — wykrzyknął kasztelan. Dałem wiedzieć do urzędu. Jeżeli zbiegł to niegdzie indziej jak do domu, aby zabrać pieniądze i kosztowności i uchodzić dalej, — wyszlę za nim pogoń, ja moich dam ludzi.
Postawszy chwilę, jak pijany wyszedł Wyrzyski. Nie wątpił, samą ucieczką Mostowniczego przekonany, że historya, którą opowiadał kasztelan była prawdziwa — miał obrzydzenie zbrodniarza, a mimowoli jednak jakąś czuł litość nad nim.
Życzył niemal aby mu się wymknąć udało.
Kasztelan nie taił przed innemi tego co się stało, wieść się rozeszła po mieście i wprawiła w osłupienie, tych mianowicie co bliżej byli w ostatnich czasach z Mostowniczym związani stosunkami. Piękna Starościna, przypominając sobie te czasy, gdy stary się jej zalecał, — omdlała dowiedziawszy się kto był. Wyrzyski chodził zrozpaczony, lękając się aby zbrodniarza nie schwycono i nie dano pod miecz katowski, coby dla niego i rodziny, wielkim było sromem.
Tego dnia zaraz na ochotnika puściło się mnóstwo ścigać zbiega, bo kasztelan obiecał nagrodę znaczną za pochwycenie go. Dotarto aż do Horodyszcz — ale winowajca, jak w wodę wpadł. Utrzymywano nawet, że mógł w istocie się utopić, bo niepodobieństwem było prawie, żeby skrył się, lub zbiedz mógł tak, ażeby tropu po nim nigdzie nie zwietrzono.
Tym czasem kasztelan nie zwlekając, położył sekwestr na majętność i dobra pozostałe — licząc wszystkie ubytki, jakie poniosła rodzina i pogłówne za ojca; a nie wątpiąc iż cała ta spuścizna mu się dostanie.
Tak też się i stało, przysądzono mu Horodyszcze i Stawiska, i bardzo kosztowne ruchomości, które na przeszło dziesięć tysięcy czerwonych złotych szacowano.
Z wiosną miano nadzieję, że gdy lody puszczą, może i zwłoki topielca w stawach Dubieńskich lub w Ikwie się znajdą. Mówiono, iż ciało jakieś kra przyniosła do brzegu i upatrywano w niem, choć było nie do poznania, trupa owego Mostowniczego.
Sprawa ta, którą się świat w początku bardzo gorąco zajmował — jak wszystkie, później zapomnianą została, a Wyrzyski tak o niej mówić nie lubił, że gdy ktoś Horodyszcze wspominał, kaszlać zaczynał, nieustając póty, aż — na co innego rozmowę zwrócono — a o to poczciwa żona się starała.
Kasztelan dostawszy Horodyszcze darmo, zaraz następnych kontraktów je sprzedał, lecz nowy nabywca, w pałacyku, który za skalany i nieszczęśliwy uważano, mieszkać nie chciał i dał mu pójść w ruinę.
Dziesięć już lat upłynęło po tych pamiętnych kontraktach, kasztelan żył jeszcze i, jak na swój wiek bardzo się trzymał dobrze.
Zmieniło się wiele w kraju i staruszek z Mazowsza musiał się przenieść na Wołyń, majątki znaczniejsze dzieciom puściwszy. Miał naówczas pod Łuckiem stary dwór bardzo wygodny, w którym pielęgnowany przez krewną swą, — życia dokonywał, bawiąc się ogrodem, rozmową i czasem grą dla zabawy w marjasza.
Odwiedzali go tu starzy znajomi, nie było prawie dnia bez gościa.
Raz — wieczorną porą, dano znać kasztelanowi, że kapucyn z Zasławia, prosił o nocleg i pozwolenie odprawiania nazajutrz mszy świętej w kaplicy. Była bowiem w ogrodzie kaplica, do której przynajmniej raz w tydzień przyjeżdżał bernardyn, lub dominikan z Łucka.
Zaproszono przybyłego na wieczerzę, której kasztelan nie jadał, ale siadał do niej dla gawędki.
Kapucynem był sławny z bogobojności o. Innocens, — którego staruszek znał dawno i powitał bardzo radośnie.
Po wieczerzy, gdy się wszyscy rozeszli, a oni zostali sami, mnich się odezwał do kasztelana.
— Ja tu do pana kasztelana nie przypadkiem po drodze przybywam, ale mam prośbę do niego?
— Dla konwentu? odparł stary — z miłą chęcią, uczynię co będę mógł.
— Nie dla konwentu, dla własnej duszy pana kasztelana! — rzekł o. Innocens.
Stary aż żachnął okrutnie.
— Co znowu takiego! zawołał.
Ksiądz chwilę milczał, potem zwolna, po polsku począł odmawiać Ojcze Nasz. Było w tem coś tak dziwnego, nie zrozumiałego, że kasztelan zupełnie się zbił z tropu i patrzał na mnicha, jak na jakiegoś ascetę, którego wytłumaczyć sobie nie umiał.
Ksiądz przy odmawianiu modlitwy pańskiej — zatrzymał się na wyrazach: „i odpuść nam nasze winy — jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.“
Powtórzył je dwa kroć i spojrzał na kasztelana, — ten milczał... Po — Amen, zapytał Innocensa.
— Cóż asindziej, mój ojcze, wątpić się zdajesz, czy ja nieprzyjaciołom przebaczam??
— Nie, ale ja przypominam tylko tę chrześcijańską cnotę obowiązującą, rzekł zakonnik — bo do niej się mam odwołać.
Odetchnąwszy trochę — dodał powolnie.
— Leży u nas na śmiertelnej pościeli grzesznik, który pokutował długo, skruszon jest i żałuje za winy swe, a was, panie kasztelanie prosi — abyście wy mu przebaczyli.
Z początku staruszek nie mógł się domyśleć o kogo chodziło.
O. Innocens szepnął nazwisko.
— Więc — ocalał? żyw? — wykrzyknął kasztelan.
— Oblókł suknię naszą i na pokucie srogiej przebył te lata.
Łzy się potoczyły z oczów staremu.
— Umiera? zapytał.
— Zostawiłem go na śmiertelnej pościeli.
Kasztelan krótką chwilę tylko potrzebował do namysłu.
— Jedziemy jutro do Zasławia, rzekł. Wprawdzie pora roku i stan zdrowia nie bardzo do podróży tej zachęcały, ale kasztelan miał wolę twardą. Wsadził z sobą do karety kapucyna i pojechał, przykazawszy śpieszyć.
W Zasławiu ani nawet zajeżdżając, ni do zamku, ni do gospody, wprost się kazał wieść do furty klasztornej za miasto. Pierwszem słowem o. Innocensa do furtjana było:
— Żyje brat Łazarz?
— Odmawiają przy nim modlitwy, — jeśli żyw, nie wiele mu zostało.
W celi na dole, obraz się im przestawił przypominający dawne wieki.
Z dobrej woli swej brat Łazarz od dawna sypiał w trumnie, leżał w niej i teraz w pośrodku maleńkiej celi, z krzyżykiem drewnianym w ręku — trup wyschły, żółty, którego życie tylko ruch oczów zdradzał.
Do koła klęczący zakonnicy śpiewali — Miserere.
Gdy kasztelan stanął z o. Innocensem w progu, leżący w trumnie drgnął i resztą sił podnieść się usiłował — ale nie mógł. Kasztelan zwolna sam podszedł i pochylił się do niego. Spojrzał na niego na wpół zgasłemi oczyma — brat Łazarz, powieki mu zapadły i — skonał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.