Moskal/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Moskal
Podtytuł Obrazek z r. 1864
Wydawca Biblioteka Dobrych Książek
Data wyd. 1938
Druk Druk. Diec. w Łomży
Miejsce wyd. Łomża
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


∗             ∗

Ktoby był zajrzał wieczorem tego dnia do oficerskiej kwatery przy ulicy J..... i zobaczył w niej sześciu różnej broni młodych oficerów przy samowarze i cygarach, pomyślałby zapewne że radzą nad pognębieniem Polski. Język nawet w którym prowadzili rozmowę czysty moskiewski zdawał się przekonywać, że po moskiewsku też myśleć muszą. Ale sąd ten byłby omyłką wielką, bo ci zakuci na pozór Moskale naradzali się właśnie nad środkami jakimi Polskę wyrwać było można z niewoli. Wielka była różnica tej narady poczciwych, ale zagorzałych wychowańców naukowych zakładów moskiewskich, a naszej własnej w kraju wychowanej młodzieży.
W obu chęci były najlepsze, gotowość do ofiar niezmierna, wszyscy chętnie stawić pragnęli życie za ojczyznę i swobodę, ale młodzież polska wyżywiona krajowym powietrzem, jak ów święty Kubuś chciała iść powolną drogą męczeństw i ofiar, gdy wychowańcy Petersburga i Moskwy doradzali ciągle najgwałtowniejsze środki. Nic tak szalonych rewolucjonistów nie wyrabia jak despotyzm. Widzimy to na wszystkich narodach które jarzmo dźwigały. Dwa tysiące lat prześladowania, niesprawiedliwości, ucisku, uczyniły z Izraelitów jeden wielki żywy spisek, który nigdy nie wybuchnął, ale zwyciężył, bo ich uczynił panami Europy. Włochy wrzały wieki rewolucją ciągłą, dopóki się nie dobiły swobody, nie przebierając w środkach do pozyskania jej. Tak samo ucisk nieszczęśliwej Polski zrobił z niej rewolucjonistów i spiskowców od kolebki do grobu. Ale jak różne są formy niewoli, w którą okuto nieszczęśliwą Polskę, tak też rozmaite charaktery przybiera ten wiekuisty spisek, do którego należymy wszyscy. W Prusach pod rządem niby konstytucyjnym, który z własną konstytucją w ciągłej jest walce, Polacy musieli się ograniczyć opozycją legalną. W Austrii, gdzie ustawicznie się przedstawiają prawa a nigdy nie spełniają, są tylko fikcją dla wyzyskania podatków, polska robota najrozmaitsze przybiera formy, odziewa się lojalnością, stara przypodobać rządowi, azali on się nie skusi zapłacić on dług wiedeński choćby dla tego, że myśmy katolicy, a on apostolski. Inni mijając wyższe strefy, szukają sprzymierzeńców w pobratymczych Słowianach, w sympatycznych Węgrach z którymiśmy się spokrewnili przez kupione i wypite tysiące beczek ich wina. Naostatek są i tacy, którzy w mundurach i krzyżach austriackich chodzą dla tego tylko, aby przykryć polskie serca Walenrodów. Despotyzm austriacki ma to do siebie że gniecie i zabija na duchu, moskiewski drażni i rozbudza, jest niecierpliwy i namiętny, rzuca się gwałtownie, ale mając dużo do czynienia o wielu rzeczach zapomina. Rakuski jest powolny, wytrwały, bezlitosny i jak prasa hydrauliczna, gdy co podeń wpadnie, wydusi sok do ostatniej kropelki. Moskiewski despotyzm jest barbarzyński, ale nie tak uczony, nie tak obrachowany, nie tak mądry jak austriacki. Zdaje się, że nad kodeksem ciemięstwa austriackiego pracowali nie tylko Machiawele i Metternichy, ale wielcy psychologowie i filozofowie uczeni. Doskonale wyważono, co z człowieka najprędzej wycisnąć może jak cytrynę, co go może zepsuć, złamać, wysuszyć. Gdy z Sybiru i kopalń Nerczyńskich, gdy z aresztanckich rot i osiedleń moskiewskich powracają jeszcze mężowie duchem wielcy, zahartowani niedolą, pokrzepieni tym co przecierpieli, z austriackich kajdan najczęściej wychodzą zeschłe mumie z zamkniętymi ustami, a cudem taki znękany, złamany Sylvio Pellico.
Natura moskiewskiego despotyzmu jest wcale od innych odrębna. Nie ma on takich form stałych jak pruski, ani tak nieubłaganych pedanckich praw jak austriacki. Tu nie odwołują się do cesarza, gdy więzień prosi o perukę[1] lub gdy mu nogę złamaną amputować potrzeba; lada sołdat bije i zabija więźnia, ale też lada urzędnik, co ma serce, może losowi jego ulżyć zupełnie. Moskal drze, szarpie, wścieka się, ale w tym olbrzymim gospodarstwie jest tyle rzeczy do zrobienia, że się rychło o jednym skazanym zapomni, a poczciwi ludzie są wszędzie, w Syberii może ich więcej, niż gdzieindziej.
Samą gwałtownością swoją despotyzm ten cięży niezmiernie, ale działa często jak zimna spadowa kąpiel, co ożywia człowieka. Gdyby pod nią stać przyszło dwadzieścia cztery godziny, niktby nie wytrzymał, ale dziesięć minut może nawet czasem przywrócić zdrowie. Konwulsyjne jego działanie wyradza też konwulsje w ludziach, którzy najwięcej i najdłużej do czynienia z nim mieli. Żadna młodzież nie jest gwałtowniej rewolucyjną nad tę, którą dusiły moskiewskie zakłady wychowania. Pod tym jarzmem, albo człowiek życie traci — albo wpada w szał, któryby góralów pierwszej rewolucji francuskiej mógł przerazić.
Łatwo więc przepowiedzieć można: że kiedyś rewolucja moskiewska przerazi świat gwałtownością bezprzykładną.
Na twarzach młodych ludzi na pozór łagodnych iskrzyła się energia tym większa, że się z nią długo kryć musieli, nim jej wolno było w poufałej rozmowie wieczornej na wierzch wypłynąć.
W pośrodku nich stał zrzuciwszy surdut z siebie mężczyzna dziwnej twarzy. Na dość kształtnym czole widać było długich myśli pracę, młode już się pofałdowało od ciężkich dumań głębokich. Włosy miał w nieładzie na tył zarzucone, szare jego oczy dość głęboko wpadłe, błyskały ogniem, latały niespokojnie i zdawały się chcieć wszystko objąć, pochwycić, ogarnąć, aby ku jednemu zwrócić celowi. Dość wydatne policzki, nos nieco zadarty, usta szerokie, ale pełne wyrazu dobroci nie pięknej ale wielce znaczącej fizjonomii, dawały coś przypominającego Kościuszkę.
Był to Zygmunt Dołęga, człowiek co z orenburskiego sołdata talentem i pracą dobił się bardzo wysokiego znaczenia w wojennych zakładach, którego Moskale mieli za zupełnie swojego, do ostatniej godziny i którego przez zemstę powiesili potem jak zbrodniarza, wlokąc na szubienicę rannego.
Zygmunt Dołęga w tym małym kółku, jak wszędzie, gdzie się znajdował, panował nad otaczającymi, nie dawał mówić nikomu, zaczynał, nie kończył, naraz wszystkie chwytał przedmioty, rzucał się, gniewał, przepraszał, całował i łajał, a wśród rozmowy, którą z nim tak trudno było prowadzić, często zaciskał pięść, ścinał usta, a oczyma tak magnetyzował tego, którego przytrzymał silną dłonią, aby mu nie dać się wymknąć, że czego nie dokonały argumenta, to niesłychana energia jego dopełniła.
Stał on w pośrodku pokoju i swoim zwyczajem rzucając rękami dowodził. Dokoła siedzieli, znajomy nam Henryk, blondyn łagodnej twarzy, zimny milczący Kniphusen, zamyślony Naumów, i dwóch jeszcze młodych wojskowych.
Z teatru już ktoś im przyniósł wiadomość o wystrzale do wielkiego księcia. Notujemy tu jako charakterystyczną plotkę, która przez kilka dni uparcie powtarzała się w Warszawie, że do księcia strzelił jakiś Moskal i że cały ten przypadek nie polskie ręce osnuły i wykonały. W tej plotce objawił się dawny instynkt narodowy, brzydzący się napaścią i mordem. Z młodych ludzi zebranych w domu przy ulicy Jasnej nikt nie był wtajemniczony w cały ten spisek. Jeden Naumów coś o nim głucho zasłyszał. Naturalnie zdania wielce się krzyżowały, jedni byli za, drudzy przeciw, a w ogóle znajdowano, że przysposobiona niezręcznie owacja, upokarzająca dla narodu, mogła ten rodzaj protestacji z jego strony wywołać.
— Na co to się zdało, nie rozumiem — rzekł, ściskając pięść Zygmunt. — Kto to mógł zrobić, nie wiem, ale bądź co bądź zawsze mam obrzydzenie do podobnych środków.
— Jesteś jeszcze naiwny jak dziecko, przerwał mu jeden z wojskowych — w polityce wszystkie środki są dobre, rewolucje nie robią się... w żółtych rękawiczkach...
— Tym gorzej dla nich — odparł Zygmunt, rewolucję pojmuję jako porwanie się do broni mas całych narodu, przeciw ciemiężcom, ale takie strzelanie do bezbronnych, te sztyletowania po kątach, te terroryzmy nie są godne szlachetnego celu jaki sobie rewolucja zakłada. Czy idzie, jak nam, o wybicie się z obcego jarzma, czy o wywrót rządu własnego, który kraj zapoznaje i nie rozumie go, środki hańbiące są nieużyteczne na nic, i co gorzej, dają nieprzyjaciołom broń potężną do wojowania przeciwko nam. Rewolucja jest wystąpieniem w imieniu przyszłości, w imię potrzeb wyższych i jak ideał trzeba jej być czystą, wielką, poważną, świętą.
— Urodziłeś się na poetę — odrzekł drugi z uśmiechem — z twoją teorią nigdyby ludzkość nie pozbyła się despotyzmu... przeciwko niemu, na tę stugłową hydrę wszelki oręż jest dobry. Cóż oni czynią z nami?
— Na miłość Boga! — krzyknął Zygmunt, jestże to powód abyśmy my byli nikczemni jak oni? więc dla tego, że oni się kalają i my kalać się mamy...?
Inaczej ich nie zwyciężymy! — zawołało kilku.
— Owszem, inaczej tylko zwyciężyć ich można, mówił z zapałem Dołęga. To co ma zwyciężać, musi mieć w sobie siłę, przede wszystkim siłę ducha czystego, wielkiego, musi mieć w sobie świętość, tylko w imię idei potężnych zyskuje się potęga... a myślicież, że użycie mordu, trucizny, sztyletu, zdrady, i fałszu nie zatruwa jadem całej pracy, nie sieje w niej nasion zguby, nie spodla jej do wstrętu aż i ohydy?
— No! no! — rzekł ciszej któryś, nie rozpalaj się Zygmuncie, wezmą cię także za Towiańczyka, który czeka zastępu aniołów mającego mu w pomoc z niebios zstąpić.
— Przyznam się wam — ozwał się Dołęga, że wolę, aby mnie nazwano marzycielem... i mistykiem, niż zbrodniarzem...
Kraj mój tak kocham, że ani w swojej, ani w drugiego dziecka jego osobie, nie chciałbym skalać imienia polskiego.
— Cicho! mówmy o czym innym!
— Nie! nie! — zakrzyknął, pięścią znowu stukając o stół Zygmunt — nie! mówmy o tym właśnie, bo to rzecz zasady... Widzicie i znacie mnie, że tchórzem nie jestem, że z Moskalami w pakta żadne wchodzić nie myślę, że powstania chcę i wołam, że gdy inni widzą jego niemożliwość, ja pojmuję jego konieczność... ale mimo to wszystko, takiej walki na sztylety nie chcę i brzydzę się nią! Okrucieństwa oni nam sowicie wypłacić mogą, stokroć są dziksi od nas, tym nas zwyciężą, wspaniałomyślnością, godnością, spokojem, my ich zwyciężyć możemy tylko, bo tego im braknie...
Zamilkli nieco, Sierakowski przechadzał się po pokoju, chwytał z kolei co znalazł na stołach, na oknach, rwał, rzucał, oczy mu się paliły, usta drgały, przytomni nie byli w stanie walczyć z nim i szeptali między sobą.
W czasie tej rozmowy Kniphusen wypalił parę papierosów milcząc uparcie, wstał nareszcie i rzekł patrząc na Zygmunta, którego mniej znał niż innych.
— Wiele pan masz lat?
— Ja? śmiejąc się odparł Dołęga — no! dla czego?
— Dla tego, że czuję w panu świeży jeszcze oddech greckiej i rzymskiej historii i bohaterów Plutarcha... jesteś jak gołąb niewinny... nie mieszaj się pan do spraw politycznych...
— Dla czego?
— Bo im nie podołasz: rzekł powoli baron... na robotnika w tej brudnej robocie trzeba rąk zasmolonych, trzeba serca, co się nauczyło pogardzać człowiekiem, jego życiem i patrząc na cel nie pytać o środki... Jeśli się zapragnie w glansowanych rękawiczkach i białym krawacie wycierać kominy...
— Mylicie się baronie...
— Nie mylę się kapitanie, nie mylę... despotyzm tak zawalał te kloaki, że do czyszczenia ich potrzeba rąk brudnych.... przyjdą je potem ludzie czyści, zaperfumować swą cnotą. Rewolucje są fatalne... i do nich nie tacy ludzie jak wy, ale tacy jak ja, co w nic nie wierzą, najlepiej służą... kto się będzie unosił wspaniałomyślnością, musi zostać oszukanym... dziś pan darujesz życie człowiekowi, który cię jutro za to powiesić lub rozstrzelać każe.
— Nie zabraknie mi energii, przerwał Sierakowski, gdy do działania przyjdzie... ale co we mnie rodzi ją? oto pragnienie wielkie, szlachetne... nie chcę, nie mogę go brukać niczym, co na wysokości jego nie stoi...
— Ale dajcież mu pokój, — rzekł Naumów, nie przekonamy go, on jak nie patrzał na strzelanie do bezbronnego tłumu, jemu jak mnie nie zabito brata, nie raniono siostry... w nim nie wre zemsta...
— Wre! wre! zawołał Sierakowski — ale zemsta wyższa, szlachetna, dam życie i zobaczycie, nie wyniosę go z tej pracy, położę na ołtarzu Ojczyzny... ale nie chcę się skalać i nie chcę, aby się drudzy kalali... Zemsta! myślicież, że nie pamiętam wszystkich męczenników naszych, począwszy od Rejtana do Łukasińskiego? myślicie, że nie pomnę ile dzieci porwano Polsce, aby z nich małpy porobić, ilu spodleniami chłostano nas, ile wypiliśmy żółci, łez... i piołunu! Ty mścisz się za brata i siostrę, ja za naród cały, za tysiące, za miliony, ale chcę być godzien tych, których zgon pomści — śmierć moja.
— Dla czegóż śmierć? przerwał mu Henryk... mamyż poginąć koniecznie?
— Poginiemy, poginiemy wszyscy[2], pochwycony duchem wieszczym zawołał Sierakowski, nie ujdzie z nas żaden, bądźcie tego pewni, ale umierajmy czyści, wielcy, a krew nasza nie zostanie wylana daremnie... Niech z kości naszych, z pamięci auerolą otoczonej, powstaną mściciele... Bądźcie pewni, że Moskwie nie tak pożądaną będzie śmierć nasza, jak plama na nas... że wydobędą bodaj fałsz... aby nas nim oplugawić...
Z nieczystymi rękami, dodał, nie idzie się do ołtarza — pamiętajmy, żeśmy kapłanami religii przywiązania do Ojczyzny i swobody, żeśmy ofiarnikami ludzkości.... że powinniśmy być — świętymi.
Kniphusen śpiewał coś, kręcąc papierosa; zarywało to na piosenkę Heinego... którą? nie pamiętam, inni szeptali między sobą, patrząc na entuzjazm, z jakim mówił...
— Z tego wynika, szepnął baron, skończywszy piosenkę, że pan należeć będziesz do wydziału wojny, a od policji, spraw wewnętrznych, rewolucji i t. p, stać musisz daleko...
— Tylko znów nie zostawcie mnie na boku, bo nie chcę być bezpiecznym! rzekł Zygmunt powolniej...
— Kwalifikujesz się do pióra... dodał jeden.
— Przepraszam, pięść ta prosi się o szablę... ale nie dotknie sztyletu...
Na tym skończyła się rozmowa, widocznie jakby zawstydzeni przez Zygmunta, umilkli towarzysze, a Kniphusen rzekł do Naumowa.
— Schowaj się na parę dni, twoja ukochana Natalia Aleksiejewna, musiała już za tobą wysłać całą policję Warszawy.
— Tak... niechże sobie szukają Naumowa, którego nie znają... znajdą teraz Stanisława Nawrockiego, który Bogu ducha winien. W cyrkule znają mnie jako najdobroduszniejszego z hreczkosiejów... przybyłego z okowitą.


Przypisy

  1. Zobacz Pam. Maroncellego.
  2. W chwili wyjazdu z Warszawy Sierakowski żegnając się z jednym ze starych przyjaciół swej rodziny, rzekł w progu:
    — Idę na śmierć niechybną... pamiętajcie o matce, siostrze, bracie i żonie mojej. (histor.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.