Morze — śnieg

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Grochowiak
Tytuł Morze — śnieg
Pochodzenie Wiersze wybrane
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
Data wydania 1978
Druk Zakłady Graficzne „Dom Słowa Polskiego”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Morze — śnieg


W pled owinięty — na ramieniu zaśnieżonego mola,
Ileż ja — smutny człowiek — rozmawiałem z morzem.
Było osamotnione, ludzie uciekli odeń jak od zarazy,
Tylko światła elektryczne chodziły po nim, błądząc.

Taki tu teatr robię. A to dostojne zwierzę,
Czy może Bóg — jedynie pochwytny w tym mizernym świecie —
Okrążało mnie, węsząc, badając, biorąc na spytki,
Od których sól osiadała na wargach; krzyk mewy na twarzy.

Bo poprzez wszystko, co mi dała miłość:
A więc przez palce, kolana, zdumienie,
I przez to wszystko, co mi dała śmierć: przez rozum,
Od niego brałem najwyższy szczyt: powagę.

Poważne morze! Ty jesteś, które otwierasz
Mosiężne bramy dojrzałego czoła,
Za twoją przyczyną ołów skuwa szczęki męża,
Temida trzyma Wagę, Anioł — Miecz i Tarczę.
Szlachetne morze! Do ciebie by przywodzić
Durniów krzyczących po zapustnych placach,
Oni niewinni; bo się nie napili
Twej sinej — w śniegu — w zmierzchu samotności.


W pled owinięty — na ramieniu zaśnieżonego mola,
Poeta Nowy — po raz pierwszy wzrok wzniosłem ku gwiazdom;
Ujrzałem zamieć: kotłujące mewy,
Które walczyły ze śniegiem — o Lepsze.





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.