Moralność pani Dulskiej/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Moralność pani Dulskiej
Podtytuł Komedya w trzech aktach
Data wydania 1907
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


AKT I-y.


Scena przedstawia salon w burżuazyjnym domu. — Dywany — meble solidne — na ścianach w złoconych ramach premia i Bóg wie jakie obrazy. — Rogi obfitości — sztuczne palmy — landszaft haftowany za szkłem. — Pomiędzy tem stara piękna serwantka mahoniowa i empirowy ekranik. — Lampa z abażurem z bibuły — stoliki a na nich fotografie. — Rolety pospuszczane — na scenie ciemno. — Gdy zasłona się podnosi, zegar w jadalni bije godzinę szóstą. — W czasie pierwszych scen powoli rozwidnia się — wreszcie rozwidnia się zupełnie, gdy story podniosą.
SCENA I.

Chwilę scena pozostaje pusta. Słychać za kulisami szłapanie pantofli. Z lewej (sypialnia małżeńska) wchodzi DULSKA w stroju niedbałym. Papiloty — z tyłu cienki kosmyk — kaftanik biały wątpliwej czystości — halka włóczkowa krótka, poddarta na brzuchu. Idzie, mrucząc — świeca w ręku. Stawia świecę na stole — idzie do kuchni.

DULSKA.

Kucharka! Hanka! wstawać!... (mruczenie w kuchni). Co? jeszcze czas? Księżniczki! Nie z waszym nosem, a już wstałam... Cicho kucharka — nie rezonować. Palić pod kuchnią. Hanka! chodź palić w piecu w salonie. A żywo!... (idzie ku drzwiom na prawo). Heśka! Mela! wstawać! lekcye przepowiedzieć — gammy do grania... prędzej... nie gnić w łóżkach!... (chwilę chodzi po scenie, mrucząc. Idzie do pierwszych drzwi na prawo — zagląda — łamie ręce, wchodzi do pokoju ze świecą).



SCENA II.
DULSKA — HANKA.

(HANKA bosa — spódnica ledwo zawiązana, koszula, kaftanik narzucony — niesie smolaki i trochę węgli. Przykuca przy piecu — rozpala — podciąga nosem — wzdycha. Wchodzi DULSKA zła).

DULSKA.

Jak palisz? jak palisz? skaranie Boże z tym tłomokiem. Do krów, do krów, nie do pańskich pieców. Czego niszczysz tyle smolaków! Czekaj, ustąp się ty do niczego — ja ci pokażę (przykuca sama i pali w piecu). Ruszaj zbudzić panienki, a jak nie zechcą wstać, to pościągaj kołdry. (Hanka idzie do pokoju dziewcząt, Dulska pali w piecu i dmucha, jaskrawy płomień oświetla jej twarz tłustą i nalaną — wraca Hanka). Cóż panny? wstają?

HANKA.

Pościągałam kołdry. Panna Hesia kopnęła mnie w brzucho.

DULSKA.

Wielka afera — zgoi się do wesela. (Chwila milczenia).

HANKA.
Proszę wielmożnej pani...

DULSKA.

Widzisz, jak się w piecu pali?

HANKA.

Proszę wielmożnej pani...

DULSKA.

Ja o wszystkiem myśleć muszę. Niedługo przez was to zejdę do grobu.

HANKA (całuje ją w rękę).

Proszę wielmożnej pani! Ja chciałam prosić, że ja już od pierwszego pójdę sobie.

DULSKA.

Co? jak?

HANKA (ciszej).

Pójdę sobie.

DULSKA.

Ani mi się waż. Ja za ciebie zapłaciłam w kantorze. Musisz dalej służyć. A to mi się podoba!

HANKA.

Ja dam na swoje miejsce.

DULSKA.
Patrzcie ją! jak się odgryzła. Już jej się w głowie przewróciło. O! już miasto na nią działa... Może na pannę służącą się śpieszy? co?

HANKA.

Proszę wielmożnej pani, to... przez panicza.

DULSKA.

A...

HANKA.

Tak... ja nie chcę — bo to...

DULSKA.

Znowu?

HANKA.

Ciągle — a to to — a to tak... a ja przecież...

DULSKA (nie patrząc na nią).

No — dobrze. Ja mu powiem.

HANKA.

Proszę wielmożnej pani — to na nic. Przecież wielmożna pani już nie raz, nie dwa mówiła, że mówiła...

DULSKA.

No — ale teraz to pomoże.

HANKA.

Bo ksiądz mówił żeby odejść.

DULSKA.
Czy ty u księdza służysz, czy u mnie?

HANKA.

Ale ja księdza muszę słuchać.

DULSKA.

Idź po mleko i po bułki.

HANKA.

Idę, proszę wielmożnej pani (wychodzi).

DULSKA (idzie ku drzwiom sypialni małżeńskiej).

Felicyanie! Felicyanie! wstawaj!... spóźnisz się do biura... (idzie do drzwi sypialni córek). Hesia! Mela! spóźnicie się na pensyę...

GŁOS HESI.

Mamuńciu, tak zimno! troszkę ciepłej wody...

DULSKA.

Jeszcze czego? Hartujcie się... Felicyan! wstajesz? Wiesz? ten błazen, twój syn, nie wrócił jeszcze do domu! Co? nic nie mówisz? naturalnie. Ojciec toleruje. Niedaleko padło jabłko od jabłoni. Ale jak będą dłużki małe — nie zapłacę.

HANKA (uchyla drzwi od kuchni).

Proszę wielmożnej pani — stróż przyszedł o meldunki tych państwa, co się sprowadzili.

DULSKA.

Idę! Hesia! Mela! Felicyan! a to śpiąca familia. No! no! z torbami poszlibyśmy, żeby nie ja... (wchodząc do kuchni) Dlaczego stróż zostawia na dziedzińcu nową miotłę? Deszcz leje... (zamyka drzwi. Głos ginie).


SCENA III.
HESIA — MELA.

(HESIA, MELA wybiegają ze swego pokoju — krótkie spódniczki jednakowe — barchanowe kaftaniki — włosy rozpuszczone — biegną do pieca — przykucają przed drzwiczkami).

HESIA.

Chodź! chodź!

MELA.

Niema jej?

HESIA.

Niema — słyszysz przecież jak myje głowę stróżowi. Ha! jak miło ogrzać się trochę.

MELA.

No! nie pchaj się — ja także...

HESIA.

Czekaj... poprawię. A teraz daj grzebień, to cię uczeszę.

MELA.
Daj spokój! Jak zobaczy, będzie krzyk.

HESIA.

Niech krzyczy. Ja się nie boję.

MELA.

Ale ja się boję. To tak nieprzyjemnie, jak kto głośno krzyczy.

HESIA.

Bo ty jesteś sentymentalna. Ty się wdałaś w ojca. Lelum polelum...

MELA.

Skąd ty wiesz, jaki jest ojciec? przecież ojciec nic nie mówi.

HESIA.

E! już ja wiem. Zresztą masz jego nos.

MELA.

To dziwne.

HESIA (czesze ją).

Co?

MELA.

Niby że dziecko podobne do ojca albo do matki. Jak to się dzieje?

HESIA.

A ja wiem! a ja wiem...

MELA (nieśmiało).
Wiesz?... powiedz...

HESIA.

Niema głupich — nie powiem — ale wiem.

MELA.

Kto ci powiedział?

HESIA.

Kucharka.

MELA.

O! kiedy?

HESIA.

Wczoraj — jak mama poszła do teatru, a nas nie wzięła, bo to niemoralna sztuka. Poszłam do kuchni i tam Anna mi powiedziała! och! Melu!... och, Melu!... (tarza się po dywanie, śmiejąc się).

MELA.

Hesia! Ja myślę, że to grzech.

HESIA.

Co?

MELA.

Mówić z kucharką o takich rzeczach.

HESIA.

Kiedy to prawda. Tak jest naprawdę.

MELA.
Gdyby to mama wiedziała.

HESIA.

No to co? Krzyczałaby — ona wiecznie krzyczy.

MELA (po chwili).

A mnie nie powiesz?

HESIA.

Nie. Nie chcę cię brać na swe sumienie. Nie gorsz malutkich!... (Chwilę milczą. Hesia wstaje i na palcach idzie do sypialni Zbyszka — zagląda i wraca do pieca — w pół drogi spotyka ją Mela — siadają: Hesia na fotelu a Mela zaplata jej włosy w warkocze). No! zrób teraz ze mnie dziewczę z czarną kosą z pod wiejskiej strzechy...

MELA.

To nie kręć się.

HESIA.

Wiesz! Zbyszko znów poszedł na lumpkę.

MELA.

Niema go?

HESIA.

Niema. Coś bym ci powiedziała, ale przysięgnij się, że nikomu nie powiesz... nachyl się... Zbyszko lata za Hanką.

MELA.
Po co?...

HESIA.

E... bo ty... co z tobą gadać!... no, powiedz sama, czy można z tobą gadać?

MELA.

No, bo mówisz, że lata.

HESIA.

No — lata — czy zaczepia — czy kocha się — czy jak...

MELA.

Och, Hesiu! Zbyszko?

HESIA.

No co? nie byłaś na Halce? nie wiesz jak to się dzieje? Panicz, no i nieszczęsna Halka gwałtem tu idzie... (śmieje się serdecznie).

MELA.

Ale to na scenie... potem, to było wtedy, jak takie kontusze nosili — ale Zbyszko... och, Hesiu!... (wchodzi Hanka — klęka przy piecu).

HESIA.

O, Hanka!... ja się jej zapytam. Zobaczysz czy ja kłamię.

MELA (ze strachem).

Hesiu! nie pytaj się — ja... proszę!...

HESIA.
Dlaczego? to swoja rzecz... zresztą mama nie słyszy.

MELA.

Hesiu!... mnie czegoś przed Hanką wstyd (milczenie).

HESIA (cicho).

No, to się nie będę pytać, ale ja widziałam wczoraj, jak on ją tu a tu szczypał.

MELA.

A mówisz, że się w niej kocha.

HESIA.

No... no właśnie.

MELA.

Przecież gdyby się w niej kochał, to by ją nie szczypał.

HESIA.

Wiesz co? ciebie pod klosz... no! no!

MELA.

Za co, Hesiu, pod klosz.

HESIA.

Za twoją głupotę! (chwila. Nagle) Ach! chciałabym wiedzieć, gdzie ten Zbyszko tak nocami chodzi?

MELA (naiwnie).
Może do parku na spacer — teraz tak ładnie...

HESIA.

Głupia jesteś... (nagle do Hanki) Hanka! nie wiesz ty, gdzie tak panowie po nocach chodzą?

HANKA.

Skądże ja?...

HESIA.

No — tak, jak pan Zbyszko... do rana prawie codzień.

HANKA.

A no musi gdzieści...

HESIA.

Pytałam się go — mówił: na lumpkę — a kucharka śmiała się także i mówiła, że to do nocnych kawiarni. Ach, Boże! kiedy ja się już naprawdę czegoś porządnie dowiem! kiedy ja już będę duża! kiedy nie będzie przedemną tajemnic.

MELA.

A ja tak wolę.

HESIA.

Co?

MELA.

Nie wiedzieć o niczem. To tak jakoś miło. Ja wolę nic nie wiedzieć.

HESIA.

Tuman!...



SCENA IV.
TEŻ SAME — DULSKA.
(Przez scenę jak huragan przelatuje DULSKA).
DULSKA.

Czego wy tu? co to? ubierać się... Hanka sprzątać... Mela gammy!... Felicyanie!... (wpada do sypialni małżeńskiej).

HESIA (do Meli).

Zostań jeszcze — już wicher przeleciał. Felicyanie!

MELA.

Hesiu!...

HESIA.

Co? rodzicielka! e!... przesądy.

MELA (zgorszona).

Hesiu! patrz, Hanka się śmieje.

HESIA.

No to co? Niech się śmieje? Cóż to ja nie mam własnego sądu? (do Hanki) Czego się śmiejesz, idyotko? — sprzątaj! Albo czekaj. Byłaś kiedy w nocnej kawiarni?

HANKA.
Hi! hi! panienka też. Ja nawet nie wiem gdzie to jest.

HESIA.

Boś głupia. Kucharka była, jak była młoda. Mówi, że tam panowie siedzą, piją likiery i że tam bardzo wesoło. Kucharka mówiła, że tam są młode, ładne panny i że...

MELA.

Cicho, Hesia! Jeszcze mama usłyszy. (Hanka wychodzi).

HESIA.

Idź! idź! to nie dlatego, że mama, tylko że ty nie chcesz żeby ci się w głowie rozświetliło.

MELA.

Mówiłam ci — wolę nie wiedzieć.

HESIA.

Przed chwilą się sama pytałaś.

MELA.

O co?

HESIA.

O te... dzieci...

MELA.

To co innego.

HESIA.
Dlaczego?

MELA.

Bo tamto o dzieciach to ciekawe, a to... brzydkie.

HESIA.

Wcale nie — to jeszcze ciekawsze.

MELA.

Może być — ale mnie to zaraz potem smutno.

HESIA.

O!... idzie lump!...


SCENA V.
HESIA — MELA — ZBYSZKO.

(ZBYSZKOkołnierz podniesiony, twarz zmięta, zmarznięty, skrzywiony. Młode to, a już niemożliwe, choć chwilami coś w głębi źrenic się przewija).

HESIA.

Gdzie byłeś? gdzie byłeś?

ZBYSZKO (odsuwa ją laską).

Poszła!...

HESIA.

Gdzie byłeś? lumpowałeś się? mój złoty, powiedz... powiedz... ja nic nie powiem mamie.

ZBYSZKO.
Poszła...

HESIA.

Ładnie się wyrażasz... Nie powiesz — a ja wiem. W nocnej kawiarni byłeś — likiery piłeś — ładne panny były... tak ładnie śmierdzisz cygarami... u, u!... jak ja to lubię...

ZBYSZKO.

Mówię ci... poszła!

MELA.

Hesiu! daj spokój!

HESIA.

Tak? to tak ze mną? poczekaj! ja też dorosnę — ja też pójdę na lumpę — ja też będę chodziła po kawiarniach i będę pić likiery... po nocnych kawiarniach jak ty — jak ty! (skacze przed nim na jednej nodze).

ZBYSZKO.

Ładna edukacya!... ślicznie się zapowiadasz...

HESIA.

A teraz, żeby cię nauczyć grzeczności w kole rodzinnem... (woła) Mamciu! Mamciu!... Zbyszko powrócił...

ZBYSZKO.

Cicho bądź!

DULSKA (wpada jak bomba).
Jesteś?

ZBYSZKO.

Jestem i znikam. Idę się przespać przed biurem.

DULSKA.

Nie! — zostaniesz tu. Mam z tobą do pomówienia.

ZBYSZKO.

A!... lecę z nóg.

DULSKA (surowo).

Wierzę!... (do dziewcząt) Proszę iść się ubrać. Mela do gamm.

MELA.

Już niema czasu.

DULSKA.

Pięciopalcówki — na to starczy. Hesia znów podarła kalosze.

ZBYSZKO.

Niema tu gdzie czarnej kawy?

DULSKA.

Niema, mój panie! Hesia nic nie szanuje. Nigdy z ciebie nie będzie kobieta jak należy (dziewczęta wybiegają).

ZBYSZKO.
Niema czarnej kawy w tym zakładzie?

DULSKA.

Gdzie byłeś?

ZBYSZKO.

He?

DULSKA.

Gdzie byłeś do tej pory?

ZBYSZKO.

Gdybym mamci powiedział, to by mamcia tak skakała.

DULSKA.

O!...

ZBYSZKO.

Najlepiej więc nie pytać.

DULSKA.

Jestem matką.

ZBYSZKO.

Właśnie dlatego.

DULSKA.

Muszę wiedzieć, na czem trawisz czas i zdrowie.

ZBYSZKO.

Widzi mamcia co mam pod nosem? Wąsy a nie mleko — a więc...

DULSKA (łamiąc ręce).
Jak ty wyglądasz!

ZBYSZKO.

E!

DULSKA.

Jesteś zielony.

ZBYSZKO.

To modny kolor. Mamcia kazała także balkony i okna pomalować na zielono.

DULSKA.

Która panna cię weźmie, jak będziesz tak wyglądał.

ZBYSZKO.

Jeszcze gorszych biorą. Niema czarnej kawy w tym zakładzie?

DULSKA.

Wyrażaj się inaczej. Ciągle myślisz, że jesteś w towarzystwie kokocic.

ZBYSZKO.

Takie dobre towarzystwo, jak i inne. A potem co mamcia wydziwia na kokotki. Niby to i u nas niema kokot w kamienicy. Sama mamcia wynajmowała tej z pierwszego piętra.

DULSKA (z godnością).

Ale się jej nie kłaniam.

ZBYSZKO.
Ale pieniążki za czynsz mamcia bierze od niej, że aż ha...

DULSKA.

Przepraszam, to ja takich pieniędzy dla siebie nie biorę.

ZBYSZKO.

A co mamcia z niemi robi?

DULSKA (majestatycznie).

Podatki niemi płacę.

ZBYSZKO.

Ha... no... A ja idę spać.

DULSKA.

Czy ty się przestaniesz lampartować?

ZBYSZKO.

Jamais!

DULSKA.

Ja długów płacić nie będę.

ZBYSZKO.

E!... to już o tem później.

DULSKA.

Zbyszko! Zbyszko! na tom cię mlekiem swem karmiła, żebyś nasze uczciwe i szanowane nazwisko po kawiarniach i spelunkach włóczył.

ZBYSZKO.

Było mnie chować mączką Nestle’a — podobno doskonała. (Dulska siada przy stole, zgnębiona. Zbyszko podchodzi, siada na stole i mówi do niej poufale) No... nie martwiuchny się, pani Dulska. Ale co mamcia chce żebym ja tu z wami w domu robił? Nikt nie bywa... żyjemy jak ostatnie sobki.

DULSKA.

Ciężkie czasy — niema na przyjęcia.

ZBYSZKO.

E! człowiek jest zwierzęciem towarzyskiem. Musi od czasu do czasu myśl wymienić. O! widzi mamcia, myśl — to wielkie słowo. Choć ono się ztąd gna, to przecież tu i owdzie się jeszcze kręci...

DULSKA.

Ja tam niemam czasu myśleć...

ZBYSZKO.

Właśnie, właśnie. Więc też ja myk z domu, bo w domu właściwie cmentarz. A czego? Myśli — swobodnej, szerokiej myśli.

DULSKA.

A więc do kawiarni, do...

ZBYSZKO.
Tak — tak! do... Co mamcia może wiedzieć, którymi to drogami chadza ludzka myśl, nawet takiego jak ja kołtuna.

DULSKA.

Jesteś głupi. Ty i twój ojciec — to jedna dusza. On codzień w cukierni, a ty — Bóg wie gdzie...


SCENA VII.
DULSKA — DULSKI — ZBYSZKO.
(DULSKI, zasuszony urzędnik, wchodzi ubrany bardzo porządnie, do wyjścia — czyści kapelusz).
DULSKA.

No, wreszcie...

DULSKI (poprawia kołnierzyk przed lustrem).


ZBYSZKO.

Dzieńdobry ojcu!

DULSKI (gestem wita syna).


DULSKA (do męża).

Dziś fasujesz!

DULSKI (kiwa głową).


DULSKA.

A uważaj żebyś nie zgubił. Na co czekasz? A! cygaro... Zbyszko — daj cygaro ojcu z nad pieca.

DULSKI
(bierze cygaro, które Zbyszko zdjął z nad pieca — probuje je).

DULSKA.

A czy wiesz o której twój synek do domu wrócił?

DULSKI
(wzrusza ramionami, że mu to obojętne, i wychodzi środkowymi drzwiami).


DULSKA.

Zwaryować można z tym człowiekiem.

ZBYSZKO.

Tak go mama wychowała.

DULSKA.

Nie — to już zanadto.

ZBYSZKO.

Dobranoc. Idę się zdrzemnąć.

DULSKA.

A biuro?

ZBYSZKO (ziewając).

Nie ucieknie.

DULSKA (zatrzymując go).

Zbyszko! przyrzeknij mi, że się poprawisz.

ZBYSZKO.

Nigdy — wolę raczej zdać egzamin państwowy (wychodzi do swego pokoju).



SCENA VIII.
DULSKA — HANKA — potem ZBYSZKO.
DULSKA.

Zetrzyj fortepian — popraw w piecu. Czy kucharka ubrana do miasta?

HANKA.

Tak, proszę pani. (Dulska wychodzi do kuchni. Hanka chwilę sprząta. — Zbyszko wychyla się ze drzwi).

ZBYSZKO.

Hanka? jesteś sama?

HANKA.

Daj mi pan spokój!

ZBYSZKO.

Cóż ci za mucha na nos siadła?

HANKA (milczy).


ZBYSZKO.

Chodź tu! pokaż mordeczkę! czegoś zła?...

HANKA
(milczy, tylko coraz energiczniej sprząta — widać w niej walkę wewnętrzną).


ZBYSZKO.
Taka jesteś brzydka, jak się nadmiesz.

HANKA (nagle).

Pewnie... te panny, co pan od nich wraca, to ładniejsze.

ZBYSZKO.

A! tędy cię wiedli. O to ci chodzi.

HANKA.

Mnie o nic nie chodzi — tylko nie chcę, żeby mnie pan sekował.

ZBYSZKO.

Jak będziesz dla mnie lepsza, to będę w domu siedział.

HANKA.

Ja ta nie potrzebuje. Może se pan iść do tych pannów.

ZBYSZKO.

Albo to prawda! Aż się za mną trzęsiesz.

HANKA.

Niech pan idzie, bo jeszcze starsza pani wejdzie.

ZBYSZKO.

Ale o... Pocałuj pana w rękę, za to, żeś go rozgniewała.

HANKA (śmiejąc się).
Figa! (uderza go po łapie).

ZBYSZKO.

A ty szelmo... (chce ją objąć — wchodzi MELA, która wydaje lekki okrzyk — potem zaczerwieniona, z oczyma spuszczonemi idzie do fortepianu — Hanka ucieka — Mela siada i gra ćwiczenia pięciopalcowe. Gdy Mela zostaje samą, chwilkę gra — potem wstaje, idzie do pokoju Zbyszka i puka).

MELA.

Zbyszko!

ZBYSZKO (wychyla głowę ze drzwi — nieubrany).

Czego?

MELA (tajemniczo).

Nie bójcie się... ja nic mamci nie powiem.

ZBYSZKO.

Na czysto zwaryowała.

MELA.

Bo przecież to nie wasza wina.

ZBYSZKO.

Co?

MELA (nieśmiało).

No... Hanka i ty... jeżeli wy...

ZBYSZKO.
A fe! mówić o takich rzeczach? Wstydź się... majtki widać, a taka popsuta...

MELA

Ja? ależ Zbyszko — ja właśnie myślę przeciwnie... ja...

ZBYSZKO.

Daj mi spokój! (chowa się. Mela stoi smutna i zamyślona — podchodzi do fortepianu i zaczyna grać — w tej chwili wpada HESIA w płaszczyku i kapeluszu. Taki sam płaszczyk i kapelusz ma w ręku dla Meli — na ziemię rzuca książki w paskach).


SCENA IX.
MELA — HESIA — DULSKA — HANKA.
HESIA.

Ubieraj się, Ofelio! żywo! już chłopcy idą do szkoły.

MELA (wstaje — kładzie płaszczyk i kapelusz).

Hesiu! ty nie będziesz tak strzelała oczami na tego wysokiego studenta.

HESIA.

Będę robiła, co mi się podoba.

MELA.

Mnie za ciebie wstyd.

HESIA.

To się wstydź! A sprobuj co powiedzieć przed mamą, to ja zaraz powiem, że ty zamiast spać w nocy, wzdychasz. Mama się będzie za to więcej gniewała, jak za studenta.

MELA.

To wątpię.

HESIA.

Ale ja nie. Mama mnie zna i wie, że ja znam granice i że ja się nie zapomnę...

MELA.

Jak ty to rozumiesz.

HESIA.

Ja już wiem, co mówię, o lelijo z pól rodzinnych!

DULSKA.

Hanka! chodź odprowadzić panienki.

HANKA (w kuchni).

Idę!

DULSKA.

Macie parasol? iść prosto — nie oglądać się. Pamiętać: skromność — skarb dziewczęcia. (do Hesi) Nie garb się... (Hanka wchodzi w chustce).

HESIA (rzuca jej książki).

Bierz, ciużmo pokręcona. Dowidzenia mamci! (dziewczęta wychodzą z Hanką. Dulska chodzi, ściera prochy — wzdycha — dzwonek w przedpokoju — Dulska idzie otwierać ostrożnie — zobaczywszy lokatorkę, cofa się).


SCENA X.
LOKATORKA — DULSKA.
DULSKA.

Przepraszam... jestem nieubrana. Proszę panią — zaraz wrócę.

LOKATORKA.

Ja tylko na chwilkę. Niech się pani gospodyni nie krępuje.

DULSKA.

Tak — tak — wrzucę tylko co na siebie. (biegnie do swego pokoju. Lokatorka wchodzi powoli. Jest bardzo blada i smutna. Widocznie przeszła jakąś ciężką chorobę i moralne zmartwienie. Siada na najbliższem krześle — patrzy w ziemię i siedzi nieruchoma. Po chwili wchodzi Dulska, odziana w barchanowy, dostatni szlafrok). Proszę panią na kanapę.

LOKATORKA.

Dziękuję. Tylko parę słów. Dostałam list pani... (urywa. Milczenie).

DULSKA.
Pani już zupełnie wyszła ze szpitala?

LOKATORKA.

Tak. Pozawczoraj mnie mama przywiozła.

DULSKA.

Widzę, że pani zdrowa.

LOKATORKA (ze smutnym uśmiechem).

O! jeszcze daleko!

DULSKA.

Och! w domeczku swoim wróci pani szybko do sił. Dla kobiety niema jak dom. Ja zawsze to powtarzam.

LOKATORKA.

Tak, skoro ktoś ma ten dom.

DULSKA.

Wszakże pani ma męża, stanowisko.

LOKATORKA.

Tak... ale... (milczenie. Z wysiłkiem) Proszę pani. Czy to rzeczywiście konieczne, ażebym na przyszłego pierwszego się wyprowadziła?

DULSKA.

Proszę pani... ja mieszkania pani koniecznie potrzebuję dla krewnych.

LOKATORKA.
Wolałabym pozostać. Trudno będzie znaleźć w zimie.
DULSKA.

Ach, to niemożliwe. Powtarzam pani, niemożliwe.

LOKATORKA.

Przecież przy dobrej woli. Wiem, że pani kazała kartę na mieszkanie wywiesić, a więc krewni pani się nie sprowadzają.

DULSKA (sznurując usta).

Ach! niech pani nie zmusza mnie do sprawienia jej przykrości.

LOKATORKA.

Czy pani ma mi co do zarzucenia?

DULSKA (z wybuchem).

A! proszę pani, to już przechodzi granice! A skandal, który pani przez swe otrucie wywołała!

LOKATORKA.

A więc o to chodzi?

DULSKA.
A o cóż innego? Płacili mi państwo czynsz — dzieci i psów nie mieli, ostatecznie tyle co o te ranne trzepanie dywanów się rozchodziło. I mogliby państwo mieszkać nadal, aż tu... skoro o tem pomyślę, ponsy na mnie biją. Pogotowie ratunkowe przed moją kamienicą!!! Pogotowie! jak przed szynkiem, gdzie się pobiją.

LOKATORKA.

Ależ, proszę pani, wypadek może się zdarzyć wszędzie.

DULSKA.

W porządnej kamienicy wypadki się nie trafiają. Czy pani widziała kiedy przed hrabską kamienicą Pogotowie? Nie! A potem ta publika w gazetach! Trzy razy wymienione nazwisko Dulskiej — nazwisko moich córek przy takim skandalu...

LOKATORKA.

Ależ, proszę pani — chyba pani zna przyczyny i...

DULSKA.

Wielka afera, że pani mąż, no i ta dziewczyna... to swoja rzecz...

LOKATORKA.

Ależ to była moja sługa. To szkaradztwo. Ja tego znieść nie mogłam. Skoro się przekonałam...

DULSKA.

Zażyła pani zapałek... taka trywialna trucizna... Ludzie się śmieli. I jeszcze jak się to skończyło. Cała komedya — gdyby pani była umarła — no...

LOKATORKA.
Sama żałuję.

DULSKA.

Nie mówię dla tego — tylko że to niby śmierć, to zawsze coś niby... ale tak... no... powiadam pani, śmieli się. Kiedyś jadę tramwajem — przejeżdżamy koło mej kamienicy, bo przystanek trochę dalej — a jacyś dwaj panowie pokazują na mój dom i mówią — patrz! to ten dom, co się ta zazdrosna żona truła... I zaczęli się śmiać. Myślałam, że tam na miejscu zostanę w tym tramwaju.

LOKATORKA (pokornie).

Ja panią bardzo przepraszam za te nieprzyjemności.

DULSKA.

E! moja pani — publika została publiką.

LOKATORKA.

Ja bardzo to przechorowałam. Zresztą ja nie wiedziałam co robię. Ja byłam wtedy jak szalona... (płacze cicho).

DULSKA.

Pewnie, moja pani. Każdy samobójca musi być szalony i stracić poczucie moralności i wiary w obecność Boga. To, to jest tchórzostwo. Tak jest — tchórzostwo. A potem zagłada własnej duszy. Dobrze, że samobójców chowają osobno. Niech się nie pchają między porządnych ludzi. Zabijać się!... I dla kogo? Dla mężczyzny. A żaden mężczyzna, moja pani, nie jest wart, aby przez niego iść na potępienie wieczne.

LOKATORKA.

Proszę pani, to nie chodziło o mężczyznę, ale o męża.

DULSKA.

E!

LOKATORKA.

Nie mogłam ścierpieć tego pod moim dachem.

DULSKA.

Lepiej pod swoim, niż pod cudzym. Mniejsza publika. Nikt nie wie.

LOKATORKA.

Ale ja wiem.

DULSKA.

Moja pani! Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział. Rozwłóczyć je po świecie, to ani moralne, ani uczciwe. Ja zawsze tak żyłam, ażeby nikt nie mógł powiedzieć, iż byłam powodem skandalu. Kobieta powinna przejść przez życie cicho i spokojnie. Ta już to jest tak i żadne nic nie pomoże.

LOKATORKA.
Gdyby jednak pan Dulski zapomniał się ze sługą...

DULSKA.

Felicyan? — to niemożliwe. Pani go nie zna. A potem... to już pani rzecz. Ja muszę strzedz siebie i swoich od publiki. Pani może znów taką bezbożność popełnić, bo to podobno taki szał to wraca. Więc...

LOKATORKA (wstając).

Rozumiem. Wyprowadzę się. Chciałam pani jednak powiedzieć, że kazać mi teraz szukać mieszkania, to ani dobre, ani uczciwe... Jestem taka osłabiona.

DULSKA (obrażona wstaje).

Uczciwości mnie pani nie nauczy! Ja wiem co uczciwość. Pochodzę z zacnej zasiedziałej rodziny i ja publiki nie wywołuję.

LOKATORKA (hamując się).

Niewątpię. Jednak może się pani nie obawiać. Drugi raz truć się nie będę. Na to trzeba wiele odwagi, pomimo tego, że pani to nazywa tchórzostwem... A potem trzeba wiele cierpieć. Na to już nie mam sił i... już bym tak nie potrafiła cierpieć raz jeszcze. Zresztą — rozstaję się z mężem, więc to najlepsza gwarancya, że już zazdrosna nie będę... (uśmiecha się smutnie).

DULSKA.

Rozstaje się pani z mężem? Bardzo pani źle robi. To nowa publika i nikt pani racyi nie przyzna. Nawet z tej przyczyny nie mogłabym pani dłużej wynajmować mieszkania w mej kamienicy. Kobiety samotne to nie tego... to... no, pani rozumie.

LOKATORKA (ironicznie).

Tak, rozumiem. Jednak ta pani z pierwszego piętra, która po nocach wraca...

DULSKA (z godnością).

To jest osoba żyjąca z własnych funduszów i zachowująca się nadzwyczaj skromnie. Ta mi jeszcze Pogotowia przed dom nie sprowadziła.

LOKATORKA (ironicznie).

Tylko gummy i automobile.

DULSKA.

Stają zawsze kilka kamienic dalej. A potem zdaje się, iż ja niemam obowiązku zdawać sprawy z mego postępowania przed panią.

LOKATORKA.

Zapewne, zawiodłoby nas to zadaleko. Żegnam panią.

DULSKA.

A proszę tych co będą oglądać mieszkanie nie zrażać...

LOKATORKA (wychodząc).
Powiem, że jest wilgoć, bo rzeczywiście jest wilgoć.

DULSKA.

Na to jest sąd, łaskawa pani.

LOKATORKA.

Tak mi każe moje sumienie. Żegnam panią (we drzwiach staje Juljasiewiczowa).

DULSKA (wzburzona).

Maniu! słyszysz? — będziesz świadkiem. Pani mówi, że...

LOKATORKA.

Żegnam panią (wychodzi).


SCENA XI.
DULSKA — JULJASIEWICZOWA.
DULSKA (wściekła).

A to... a to... takie coś, takie...

JULJASIEWICZOWA.

Niechże się ciocia uspokoi.

DULSKA.

Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała w lecie jechać do Karlsbadu i tam sztrudel pić!

JULJASIEWICZOWA.
Ja z ciocią pojadę.

DULSKA.

Obejdzie się.

JULJASIEWICZOWA.

O cóż poszło? Zdaje mi się, że to lokatorka z parteru, ta co się truła.

DULSKA.

Tak... tak... ta sama. Wyszła ze szpitala. Skandal! Przecież po czemś podobnem trzymać ją w kamienicy nie mogę. Sama byłaś świadkiem. Jak ją wynosili, to była prawie naga. Horendum! Wymówiłam jej mieszkanie.

JULJASIEWICZOWA.

Tak? A to się dobrze składa. Nam właśnie podwyższyli. My chętnie to mieszkanie weźmiemy.

DULSKA.

Obejdzie się.

JULJASIEWICZOWA.

Przecież mogłaby to ciocia zrobić dla nas, jako dla krewnych.

DULSKA.

Za ciężkie czasy na zbytki.

JULJASIEWICZOWA.
Rozumiem. Ciocia przypuszcza, że nie będziemy płacili.

DULSKA.

Ja tam nic nie przypuszczam. Tylko... wiem, że żyjecie nad stan.

JULJASIEWICZOWA.

No... no...

DULSKA.

Chodzicie do teatru. (surowo) I to na same masowe sztuki.

JULJASIEWICZOWA.

Trudno przecież...

DULSKA.

Prenumerujecie pisma...

JULJASIEWICZOWA.

To już ciocia daruje, ale...

DULSKA.

Ja zawsze pożyczę i wystarcza. Nie pożyczą, to się świat nie zawali, że tam drukowanych bajd nie będę czytała. Przyjmujecie gorącą kolacyą...

JULJASIEWICZOWA.

To konieczne.

DULSKA.
Ha, no! jak konieczne, to się nie skarż, że ci nie wystarcza.

JULJASIEWICZOWA.

Nie możemy żyć jak...

DULSKA (ironicznie).

Jak my? Zobaczymy, jak będziecie śpiewali na starość. Ja i Felicyan mamy inne pod tym względem zasady.

JULJASIEWICZOWA.

Mój mąż nie umie się oszczędzać, ja także.

DULSKA.

Skoro miałaś takie usposobienie, trzeba było iść za tego aptekarza z Bóbrki, co się o ciebie starał. Namawiałam cię.

JULJASIEWICZOWA.

Przecież on rok temu umarł na suchoty.

DULSKA.

Właśnie. Miałabyś kamienicę i byłabyś wdową!

JULJASIEWICZOWA.

O!...

DULSKA.

Niema co — o!... byt zabezpieczony, to podstawa życia. A co do męża, można go uchodzić. Pensyę zabierać, gdy zaferuje — codzień dwie szóstki na kawę do łapy, a cygara samej kupować i suszyć na piecu. Inaczej, taki pan może cię zrujnować.



SCENA XII.
ZBYSZKO — DULSKA — JULJASIEWICZOWA.
ZBYSZKO.

Taki terkot, że spać nie można.

DULSKA.

Tem lepiej. Pójdziesz może do biura.

ZBYSZKO.

E!... (do Juljasiewiczowej) Jak się masz, stara.

JULJASIEWICZOWA.

Jak się masz, pokrako!

ZBYSZKO
(patrzy w lustro, potem do Juljasiewiczowej).

Bardzom zielony?

JULJASIEWICZOWA.

Cóż to, oświadczasz się dzisiaj?

ZBYSZKO.

Także... tylko ten stary — no wiesz, radca, będzie znów na mnie zgniłem okiem patrzał. A tam fury kawałków... fury...

DULSKA.
Zalegaj! zalegaj!...

ZBYSZKO.

To nie ja zalegam, ale strony (opiera się o piec i grzeje).

DULSKA
(zdejmuje szlafrok i zostaje w spódnicy i kaftanie).

Darujesz, moja droga, ale będę ścierać kurze, więc muszę oszczędzać szlafroka.

JULJASIEWICZOWA.

Ale proszę... niech się ciocia nie krępuje.

DULSKA
(ściera kurze i z furyą od czasu do czasu patrzy na Zbyszka).


ZBYSZKO.

To mama naprawdę wyrzuca tę, co się otruła, z kamienicy?

DULSKA.

A tobie co do tego?

ZBYSZKO.

Tak... słyszałem piąte przez dziesiąte. Byłem zbudowany mamusinem serduszkiem. Potem, ona mi jest bardzo sympatyczna, ta kobieta.

DULSKA.

Zupełnie wierzę. Szkandalistka.

ZBYSZKO.
Zrobiła to z miłości dla męża. To w guście mamy. Miłość małżeńska...

DULSKA.

Aha, prawda była — za tym mężem. Ja tam w tę miłość nie wierzę. Szumi jedwabiami pod spodem...

ZBYSZKO.

Cóż to dowodzi?

DULSKA.

To, że nie jest uczciwą kobietą. Dla męża, mój panie, kobieta się nie potrzebuje pod spodem stroić. A takie co szumią — to...

ZBYSZKO (do Juljasiewiczowej).

Siedźże spokojnie, bo i ty szumisz. A zresztą, co do tej z parteru, to ja ręczę, że uczciwa.

DULSKA.

A ty skąd wiesz?

ZBYSZKO (obojętnie).

Bom się do niej brał i dostałem po nosie.

DULSKA.
Mógłbyś też zostawić choćby lokatorki w spokoju. Usuń się... jak długo będziesz sterczał tu pod piecem! (z pasyą) Gdy patrzę na ciebie, to chwilami wierzyć mi się nie chce, że jesteś mojem dzieckiem.

ZBYSZKO.

No — jeśli mama ma wątpliwości...

DULSKA (do Juljasiewiczowej).

Powiadam ci — nie miej nigdy dzieci.

JULJASIEWICZOWA.

O! my się nie staramy o to.

DULSKA (do Zbyszka).

Nie — ty jesteś wyrodek — ty nie jesteś moim synem.

ZBYSZKO.

Jestem, mamciu! jestem, niestety! i to właśnie cała moja tragedya... (idzie do fortepianu i stojąc, zaczyna grać bardzo wprawnie).

DULSKA.

Słyszałaś? mówi — niestety!

ZBYSZKO.

Spodziewam się. Być Dulskim — to katastrofa.

JULJASIEWICZOWA.

Doprawdy, Zbyszko — zanadto sobie pozwalasz...

ZBYSZKO.
Daj ty mi spokój!

DULSKA (do Juljasiewiczowej).

Żadnej moralności, żadnych zasad...

ZBYSZKO.

Żadnego płaszczyka teoretycznego, jak mamcia.

DULSKA.

To się na tem skończy, że jeszcze do socyalistów przystanie.

ZBYSZKO (zamykając fortepian).

Za głupi jestem na to.

JULJASIEWICZOWA (śmiejąc się).

Na socyalistę nie trzeba zdawać egzaminu.

ZBYSZKO.

Właśnie że trzeba... i to najtrudniejszy egzamin.

JULJASIEWICZOWA.

Przed kim?

ZBYSZKO.

Przed swem sumieniem i własną duszą, słodki aniele.

DULSKA.

Na socyalistę nie trzeba mieć przedewszystkiem Boga w sercu.

ZBYSZKO.

Jest — — — dawno nie było mowy o Bogu w tym domu.



SCENA XIII.
CIŻ SAMI — HANKA.
HANKA (z kuchni).

Proszę wielmożnej pani parasol.

DULSKA.

Pozostaw w przedpokoju... a potem idź zamieć przedpokój. Czy kucharka wróciła?

HANKA
(wraca z przedpokoju — idzie do kuchni).

Już.

DULSKA.

Ja tylko na chwileczkę... (wybiega do kuchni).

JULJASIEWICZOWA (do Zbyszka).

Rzeczywiście — ciocia ma racyę. Mógłbyś się trochę ustatkować. Wyglądasz jak śmierć angielska.

ZBYSZKO.

Ty także ładnie wyglądasz...

JULJASIEWICZOWA.

Ja? Ja wczoraj z domu nie wychodziłam.

ZBYSZKO.
To znaczy — że ja się lumpowałem za domem, a ty w domu.

JULJASIEWICZOWA (śmiejąc się).

Jesteś niemożliwy...

ZBYSZKO.

Jak kiedy... (Hanka przechodzi przez pokój z łopatką i ze szczotką, Zbyszko patrzy na nią).

JULJASIEWICZOWA (do Zbyszka).

Cóż tak patrzysz za Hanką?

ZBYSZKO.

Bo mi się podoba.

JULJASIEWICZOWA.

Sługa?

ZBYSZKO.

A cóż to? nie kobieta? Zaręczam ci, że nawet bardzo...

JULJASIEWICZOWA.

Wiesz już coś o tem?

ZBYSZKO.

Co ci do tego.

JULJASIEWICZOWA.

Myślałam, że masz gust wykwintniejszy.

ZBYSZKO.
Głupia jesteś z twoją kołtuńską estetyką. A zresztą, ja jestem jak pianista. Gdy zobaczy fortepian, musi zaraz passaż...

JULJASIEWICZOWA.

Tak... ale fortepianu nie...

ZBYSZKO.

Moja droga — każda kobieta to fortepian — tylko trzeba umieć grać... Ach!... jaki ja śpiący...

JULJASIEWICZOWA.

Czego ty po tych knajpach się włóczysz?

ZBYSZKO.

A gdzież się będę włóczył? Gdzieś muszę.

JULJASIEWICZOWA.

Ja na twojem miejscu starałabym się o jaką znajomość... solidną... no... Tyle mężatek co — Boże.

ZBYSZKO.

Dziękuję. Mam dosyć kołtuneryi w domu i w... samym sobie.

JULJASIEWICZOWA.

Dlaczegóż jesteś... kołtunem?

ZBYSZKO.

Bom się urodził po kołtuńsku, aniele! bo w łonie matki już nim byłem — bo żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem, w duszy, całą warstwę kołtuneryi, której nic wyplenić nie zdoła. Coś taki nowy, taki inny walczy z tym podstawowym — szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu — że ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb, że przyjdzie czas, gdy ja będę Felicyanem, będę odbierał czynsze, będę... no... Dulskim, pra-Dulskim, ober-Dulskim — że będę rodził Dulskich, całe legiony Dulskich — będę miał srebrne wesele i porządny nagrobek, zdala od samobójców. I nie będę zielony, ale nalany tłuszczem i nalany teoryami i będę mówił dużo o Bogu... (urywa — idzie do fortepianu i gra nerwowo).

JULJASIEWICZOWA (podchodzi za nim).

Z kołtuństwa można się wyswobodzić.

ZBYSZKO.

Nieprawda. Tobie się zdaje, że jesteś wyzwolona, bo masz trochę politury po wierzchu. Ale ty jesteś tylko zrobiona na mahoń — jak twoje secesyjne meble i twoje malowane włosy. To jest piętno... pani radczyni... piętno...

JULJASIEWICZOWA (grając z nim jedną ręką).

Czy ty się uczyłeś grać?

ZBYSZKO.

Ja? nie znam ani jednej nuty. To tak we mnie coś gra... We mnie tłucze się także coś... ale to się wszystko z czasem zatłucze... e! co tam... (obejmuje ją) Wiesz co... jesteś wcale... wcale...

JULJASIEWICZOWA (śmiejąc się).
Dajże mnie spokój!

ZBYSZKO (śmieje się).

Passaże, moja droga... passaże... (Hanka przechodzi przez pokój i rzuca ponure spojrzenie na nich oboje — wchodzi do kuchni).

JULJASIEWICZOWA (patrzy za nią uważnie).

A wiesz, to ciekawe.

ZBYSZKO.

Co takiego?

JULJASIEWICZOWA.

Ta dziewczyna. Gdybyś widział, jak ona na nas popatrzyła... Ja na twojem miejscu...

ZBYSZKO.

Ja też jak będę miał czas...

JULJASIEWICZOWA.

Nie rozumiesz mnie. Ja bym się właśnie daleko od niej trzymała.

ZBYSZKO.

E!

JULJASIEWICZOWA.

Jest zazdrosna. Będzie ci robić awantury.

ZBYSZKO.

To by było kopalne.



SCENA XIV.
CIŻ SAMI — DULSKA.
DULSKA (do Zbyszka).

Jeszcze jesteś tutaj? Czy ci nie wstyd? Ojciec twój pracuje, ja pracuję — siostry...

ZBYSZKO
(idzie do przedpokoju — bierze palto, kapelusz — wraca i ubiera się).

Mamciu! mamciu! czy się pracuje — czy nie, to wszystko idzie do jednego celu.

DULSKA.

Nieprawda — my ludzie pracy, a próżniacy to...

ZBYSZKO.

A przecież i my i wy jednako...

DULSKA.

Co? co?

ZBYSZKO.

Wyciągniemy kopytka... pa! (do Juljasiewiczowej) Pa, lalu!... (wychodzi).


SCENA XV.
DULSKA.

Straszne rzeczy... straszne... słyszałaś, jak on mówi! a to najgorsze, że taki zdolny — taki utalentowany! ta żeby chciał, to przed nim karyera — no... ale nie chce, nie chce... zaraz dadzą drugie śniadanie!... Nie chce, mówię ci... nie, nie. Tylko lumpuje i lumpuje. Jak weźmie te parę reńskich w biurze, tak ginie. I jak tu wygląda!... Nic, tylko kawiarnie i spódnice. (Hanka wnosi tacę z wódką, serem i zakąską). Proszę cię — moja droga!

JULJASIEWICZOWA.

Dziękuję cioci (siadają do jedzenia). On jest jakiś podrażniony... niezadowolniony...

DULSKA (z wybuchem).

Czy on sam wie, czego chce! Powinien Bogu dziękować — prosty, zdrów... Za twoje (pije kieliszeczek). Hanka!... idź posprzątaj u panicza. (Hanka wychodzi).

JULJASIEWICZOWA (patrzy za nią).

Kontenta ciocia z Hanki?

DULSKA.

Tak sobie.

JULJASIEWICZOWA (cicho).

Niech ją ciocia odprawi.

DULSKA.

A to... czemu?

JULJASIEWICZOWA.
Ja coś dostrzegłam.

DULSKA.

Kradnie.

JULJASIEWICZOWA.

Nie... gorzej...

DULSKA.

No... no...

JULJASIEWICZOWA.

Zdaje mi się, że Zbyszko się do niej bierze...

DULSKA (niechętnie).

E!... to...

JULJASIEWICZOWA.

Wiem, co mówię. Niech ciocia ją odprawi, póki czas.

DULSKA.

Moja kochana, pewnie ci się zdawało... A potem... (patrząc w bok) wobec tego, co się dzieje, że niby... no... rozumiesz... to piwo co szumi.

JULJASIEWICZOWA.

A!

DULSKA.

Słowem... że... rozumiesz?

JULJASIEWICZOWA.
Lepiej w domu?

DULSKA.

Ja nie mówię... ale...

JULJASIEWICZOWA.

A wie ciocia — może ciocia ma racyę... (chwila milczenia — przez scenę przechodzi w milczeniu Hanka i znika w kuchni — obie panie patrzą za nią).

JULJASIEWICZOWA.

Trzeba jednak przyznać, że mężczyzni mają szczególny gust.

DULSKA.

A! niech tam!... byle się nie włóczył i nie tracił zdrowia... Trzeba być matką, aby zrozumieć jaki to ból patrzeć jak syn marnieje.

JULJASIEWICZOWA.

Dziękuję. Ale żeby ona potem...

DULSKA.

Ona? także! będzie kontenta... to takie wszystko bez czci i wiary. Pokażę ci tok, co sobie kazałam przerobić (idzie do przedpokoju — wraca z tokiem z fijołków i białych piór — kładzie go na głowę, co przy kaftanie barchanowym i halce wywołuje dziwny efekt). Dobrze?

JULJASIEWICZOWA.
Wcale... wcale...

DULSKA (w toku).

Muszę się oszczędzać... przerabiam stare łachy.

JULJASIEWICZOWA.

No — na cioci wszystko się dobrze wyda. Czy ciocia w tym roku podwyższa?

DULSKA.

Spodziewam się. Muszę. Wszyscy podwyższają. Pokażę ci szpejscettel.

JULJASIEWICZOWA.

No... no...

DULSKA
(wydobywa z szufladki papier, opiera się o stół — obie z zajęciem pochylają się nad papierem).

Suteryny całe w rumel o dwadzieścia... do sieni wstawię magle...

JULJASIEWICZOWA.

Ciasno. Zęby sobie powybijają.

DULSKA.

To mi wszystko jedno. Ja tamtędy nigdy nie chodzę. Oba partery po pięć — pierwsze piętro, kokocica, o dziesięć...

JULJASIEWICZOWA.
Kokocica? To za mało. Ja bym podwyższyła co najmniej o dwadzieścia...

DULSKA.

Tak myślisz?

JULJASIEWICZOWA (śmieje się).

Naturalnie... ma pieniądze, lekko jej przychodzą... niech płaci.

DULSKA (rozjaśniona).

Niech płaci...

JULJASIEWICZOWA (śmiejąc się).

Niech płaci!...

DULSKA.

A więc — kokotka o dwadzieścia, radca o dziesięć... drugie piętro... (obie zacietrzewione, pochylone nad stołem, czytają. — Kurtyna wolno spada).






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.