Przejdź do zawartości

Mont-Oriol/Część pierwsza/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Mont-Oriol
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1912
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Mont-Oriol
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.

Nieobecność Andermatta przedłużała się. P. Aubry-Pasteur robił dalej poszukiwania; odkrył znowu cztery źródła, które nowemu Towarzystwu mogły dostarczyć dwa razy więcej wody, niż było potrzeba. Cała okolica jakby oszalała pod wpływem tych odkryć i poszukiwań, pod wpływem wielkich nowin, obiegających, pod wpływem zapowiadającej się świetnej przyszłości, burzyła się, entuzyazmowała, nie mówiono, nie myślano o niczem innem. Nawet markiz i Gontran spędzali dnie przy robotnikach, sondujących granitowe szczeliny i słuchali z coraz bardziej wzrastającym interesem wykładu i objaśnień inżyniera o charakterze geologicznych pokładów Owernii. Paweł i Krystyna kochali się swobodnie, spokojnie, bezpiecznie, nikt nimi nie zajmował się, nie interesował, nie domyślał się niczego, nikomu na myśl nie wpadło szpiegować ich, gdyż cała uwaga, cała ciekawość wszystkich, pochłoniętą była przyszłością nowej stacyi.
Krystyna zachowywała się, jak młodzieniec, który się upił po raz pierwszy. Pierwszy puhar, pierwszy pocałunek upoił ją, ogłuszył; wypiła co rychlej drugi ten smakował jej więcej, teraz upijała się swobodnie.
Od chwili, kiedy Paweł wszedł do jej pokoju przez okno, nie widziała nic, co się dzieje koło niej. Czas, ludzie — wszystko to nie istniało już dla niej — istniał tylko jeden człowiek. Na ziemi i na niebie istniał dla niej tylko jeden człowiek— ten, którego kochała. Oczy jej tylko jego widziały, rozum tylko o nim myślał, nadzieje wiązały się tylko do niego. Żyła, zmieniała miejsce, jadła, ubierała się, słuchała, odpowiadała nie rozumiejąc i nie wiedząc, co robi. Żadne niebezpieczeństwo nie straszyło jej, gdyż nieszczęście nie mogło jej doścignąć. Stała się nieczułą na wszystko. Żaden ból fizyczny nie imał się jej ciała, które w stan drżenia tylko miłość wprawić mogła; żadne cierpienie moralne nie oddziaływało na jej duszę, ubezwładnioną przez szczęście.
On inaczej — kochał z całem uniesieniem, które było nieodłączne od każdego jego czynu i jego więc miłość młodej kobiety doprowadzała do szaleństwa prawie. Często pod wieczór, kiedy wiedział, że markiz i Gontran poszli do źródeł, mówił do niej:
— Chodźmy zobaczyć nasze niebo!
Tak nazywał grupę sosen, rosnących na pochyłości góry, ponad samą szczeliną górską. Dochodzili tam wązką, przez lasek niewielki wiodącą drożyną, która męczyła Krystynę. Ponieważ czasu było mało, szli prędko, ażeby skrócić pochód, on obejmował ją wpół i unosił. Położywszy rękę na jego ramieniu, pozwalała się unosić i czasem, pochyliwszy się mu na szyi, całowała go w usta. W miarę, jak się wznosili, powietrze stawało się świeższem, a kiedy nareszcie doszli do kępy sosen, zapach żywicy odświeżał ich oddech, jak powiew wiatru od morza.
Siadali pod drzewami, ona na uschłej trawie, on u nóg jej, niżej. Wiatr, przeciskając się przez gałęzie, wydobywał z sosen śpiew tak podobny do płaczu, a daleko rozesłana Limagne, kąpiąca się we mgle, sprawiała wrażenie oceanu. O, tak! morze było w dole, pod niemi! Czuli jego oddech na własnych twarzach.
Paweł pieścił ją jak dziecko.
— Daj mi twoje paluszki — mówił niech je zjem, to moje cukierki.
Brał je jeden po drugim, kładł do ust i smakował z uczuciem jakiegoś łakotnisia.
Później klękał i oparłszy się o kolana Krystyny, szeptał:
— Liano, spójrz na mnie[1].
Nazywał ją Lianą, gdyż w objęciach przytulała się do niego tak, jak się roślina przytula do drzewa.
I patrzyli oboje na siebie wzrokiem nieruchomym, upartym, który naprawdę zdawał się łączyć te dwie istoty wspólnym węzłem.
— Tylko tam jest miłość — mówił — gdzie jest wzajemne posiadanie, reszta to tylko zabawka miłosna.
Siedząc naprzeciwko siebie, szukali się wzajemnie w głębinach ócz własnych.
I kiedy tak długo, długo wpatrywali się w siebie, zbliżali się potem, ściskali się i znowu w oczy sobie patrzyli. Czasem chwytał ją w ramiona i niósł brzegiem strumienia, staczającego się do szczeliny w Enval. Była to wązka dolina, zasiana łąkami i lasem. Paweł szedł po trawie, zatrzymywał się chwilkę i podnosząc w mocnych swoich ramionach młodą kobietę, wołał:
— Liano, lećmy, lećmy stąd.
Ta chęć odlotu, ta miłość namiętna, draźniły ich tylko bardziej, ból jakiś zostawiały. A wkoło nich wszystko podniecało to pragnienie; powietrze było takie lekkie, takie swobodne, błękitny horyzont rozciągał się szeroko, jakby ich nęcił do siebie, zachęcał do ujęcia się za ręce, ażeby polecieć w jego nieskończoną głębię, jak tylko noc swoje szaty rozwiesi. Chcieliby lecieć oboje przez ten błękit nieba, mgłą zasnuty, ażeby już nie wrócić. Dokąd się oni rwali? Nie wiedzieli wcale — było to tylko marzenie.
Kiedy się zmęczył, unosząc Krystynę, stawiał ją na jakiejś skale i klękał przed nią. Całując stopy jej, szeptał wyrazy pełne dziecinnej miłości.
Od ciebie — rzekła mu pewnego dnia — już nie czuć tego zapachu, który czuć było dawniej.
— Nie chcę nic zachować z przeszłości — odpowiedział. — Życie moje rozpoczęło się teraz na nowo. Tamten zapach należał do innej.
Gdyby się kochali w mieście, uczucie ich przybrałoby charakter odmienny: byłoby bardziej rozumne, bardziej zmysłowe, mniej eteryczne, mniej niepochwytne i romantyczne. Ale tu, pośród zielonej okolicy, której szeroki horyzont, zdaje się, rozszerzał duszę, sami, bez żadnych rozrywek, bez żadnych wpływów, mogących przygłuszyć budzącą się miłość, kochali się miłością pełną swobody, namiętności, poezyi. Tu, okolica otaczająca ich, wiatr ciepły, lasy, zapach wiejski — wszystko to dniem i nocą rozbrzmiewało muzyką miłości; a muzyka ta podniecała ich zmysły do szaleństwa, jak ostre dźwięki tamburinu i fletu podniecają do dzikiej radości derwisza.
Pewnego wieczoru, kiedy zeszli na obiad, markiz rzekł:
— Za cztery dni przyjedzie Andermatt; wszystkie interesy już załatwione. Nazajutrz po jego przyjeździe, wyjeżdżamy wszyscy. Za długo już tu jesteśmy; nie należy nadto przedłużać sezonu.
Oboje mową tą byli tak zdziwieni, jakby im kto zwiastował koniec świata; w czasie obiadu nie mówili nawet do siebie, tak zajmowała ich myśl o tem, co ma nastąpić. Więc, za kilka dni rozłączą się i już nigdy może nie będą się widywać swobodnie. Wydało się to im tak niemożebnem i tak dziwnem, że wierzyć temu nie chcieli.
Andermatt w istocie w końcu tygodnia powrócił. Telegrafował, ażeby po niego wysłano dwa powozy do pierwszego pociągu. Krystyna nie mogła wcale zasnąć, tak ją wzruszyła ta wiadomość, budząc w niej nieznane przedtem uczucia, rodzaj strachu przed mężem, bojaźni, zmieszanej z gniewem, z jakąś niewytłómaczoną pogardą, z chęcią stawienia mu czoła. Wstała rano i oczekiwała go. Przyjechał nareszcie w pierwszym powozie, w towarzystwie trzech panów dobrze, ale skromnie ubranych. W drugim powozie siedziało ich czterech, których pozycya była widocznie skromniejszą od pierwszych. Markiz i Gontran byli trochę zdziwieni tą niespodzianką.
— Co to za panowie? — spytał Gontran.
— Moi akcyonaryusze — odpowiedział Andermatt. — Mamy zamiar dziś właśnie utworzyć stowarzyszenie i natychmiast zamianować radę administracyjną.
Uścisnął żonę, nie spojrzawszy prawie na nią, nie rzekłszy ani słówka, tak był zajęty, i zwróciwszy się do sześciu panów, stojących w pokorze i z uszanowaniem przed nim, rzekł:
— Każcie sobie panowie podać śniadanie, pospacerujcie trochę, a w południe zobaczymy się.
Odeszli w milczeniu, jak żołnierze, posłuszni rozkazowi i schodząc po dwóch ze schodów, zniknęli wkrótce w hotelu.
Gontran, patrząc za odchodzącymi, zapytał ponownie:
— Gdzie pan wydobyłeś tych figurantów?
Bankier uśmiechnął się.
— O, to są bardzo porządni ludzie, kapitaliści, giełdowicze. A po chwili milczenia dodał ze znaczącym uśmiechem: zajmują się mymi interesami.
Wkrótce potem udał się do notaryusza, ażeby odczytać raz jeszcze przysłane mu dokumenty.
Spotkał się tam z doktorem Latonne, z którym już wymienił kilka listów.
Gabinet notaryusza przystrojony był jak na koncert. Przed stołem mistrza Alain stały krzesła rzędem dla akcyonaryuszów, a sam Alain do tej uroczystości wdział nowe ubranie. O drugiej godzinie wszedł Andermatt w towarzystwie markiza, Gontrana, Bretigny i siedmiu panów, których Gontran nazywał figurantami. Przyszedł także ojciec Oriol z Olbrzymem. Obaj wydawali się trochę niespokojni, niedowierzający, jakimi są zwykle chłopi, ile razy rzecz się dotyczy podpisania dokumentów. Latonne wszedł ostatni; pogodził się on zupełnie z Andermattem i ofiarował mu powolne służby bez żadnych zastrzeżeń.
Kiedy wszyscy usiedli, Andermatt, stojąc na przedzie, miał krótką przemowę do zgromadzonych, których poinformował o zawiązującem się Towarzystwie, o jego przyszłości, możebnych walkach, pewnem zwycięztwie. Trzeba było dać imię zakładowi.
— Mam w tym celu następującą zrobić propozycyę — rzekł Andermatt. — Chociaż zakład kąpielowy będzie się znajdował u podnóża pagórka, którego właściciel, p. Oriol, jest tu właśnie obecny, kasyno mamy zbudować na wzgórzu. Można więc powiedzieć, że ten pagórek, ta góra raczej gdyż to jest góra stanie się zawiązkiem niejako zakładu, stanowiąc podnóże i szczyt jego. Czyż nie byłoby to rzeczą naturalną nasz zakład kąpielowy nazwać „Bains du Mont-Oriol“ i z tą nową stacyą leczniczą, która z pewnością stanie się jedną z najważniejszych na świecie, związać imię jej dawnego właściciela. Oddajmy cesarzowi, co jest cesarskiego. Będą mówić Mont-Oriol tak samo, jak wymawiają Mont-Dore. Doskonałe imię!
Zatrzymuje się jakoś gwałtem we wzroku, w uszach, widać go, słychać, czuć, iż w nas jest... Mont-Oriol! — Mont-Oriol! — Zakład kąpielowy Mont-Oriol!
— Czy ma kto z panów zrobić jaką uwagę?
Akcyonaryusze odpowiedzieli chórem;
— Nie, żadnej!
Wtedy Andermatt, zwróciwszy się do notaryusza, rzekł:
— Niech pan każe przeczytać akt zawiązania się Towarzystwa.
— No, dalej, Marinet — rzekł notaryusz.
Marinet, biedne stworzenie rachityczne, kaszląc, rozpoczął czytanie, raz mu nadając ton kazania, wygłaszanego z kazalnicy, drugi raz nieco deklamatorskiej intonacyi.
Ojciec Oriol przerwał mu:
— Poczekaj chwilkę. — rzekł. — Wyciągnął z kieszeni kajet szarego papieru, z którym obchodził już od ośmiu dni wszystkich z kolei notaryuszów departamentu. Była to kopia punktów, które razem z synem znał już na pamięć.
Marinet czytał dalej. Ojciec Oriol zmuszony jednocześnie śledzić wyraz za wyrazem to, co czytał pisarz i uważać, czy Andermatt nie robi jakich tajemnych znaków notaryuszowi, gubił myśl główną.
Zwróciwszy się do Olbrzyma, pytał:
— Co on tam czyta?
— Olbrzym więcej panował nad sobą, niż ojciec.
— Dobrze, dobrze... zostaw go ojcze, dobrze...
Ale chłop nie ufał. Końcem chropowatego palca prowadził po papierze i słuchał; dwie te czynności, wykonywane naraz, wydawały mu się niemożebne — kiedy mówił, nie mógł słuchać, kiedy słuchał — nie mógł konfrontować tego, co słyszał, z tem, co miał zapisane.
Andermatt niecierpliwił się i stukał nogą o ziemię. Gontran, spostrzegłszy na stole „Moniteur du Puy-de-Drôme“, wziął go i czytać począł. Paweł siedział okrakiem na krześle z czołem pochylonem, z sercem ściśniętem, myśląc o tym małym, różowym, grubym człowieku, stojącym przed nim, który jutro zabierze mu z przed nosa, ukochaną całą duszą kobietę, jego Krystynę jasnowłosą, która do niego jednego tylko należała. I zapytał sam siebie: czy nie należałoby jej porwać dziś jeszcze wieczorem?
Siedmiu panów zachowywało się poważnie i spokojnie.
Po godzinie męczarni, wszystko się nareszcie zakończyło: akt podpisano.
Po załatwieniu formalności, przystąpiono do wyboru rady administracyjnej i prezesa. Na prezesa, wszystkie z wyjątkiem dwóch głosów, padły na Andermatta; owe zaś dwa brakujące na Oriolów. Bretigny wybranym został na jeneralnego kontrolera. Rada administracyjna składała się z następujących osób: Andermatt, markiz i hrabia de Ravenel, Bretigny, Oriol ojciec i syn, doktor Latonne, Abraham Lévy i Szymon Zidler. Kiedy reszta akcyonaryuszów wyszła, a Rada administracyjna pozostała dla dalszych deliberacyj, Andermatt znowu głos zabrał:
— Panowie — rzekł — mamy przed sobą bardzo żywe zadanie i kwestyę zysków, które muszą być naszym udziałem. Posiadamy wody mineralne, jak i wszyscy — tego nie dosyć; trzeba, ażeby o nich mówiono często i wiele, trzeba, ażeby chorzy je pili. Wielką dźwignią nowożytną, panowie, jest reklama; to bóg handlu i przemysłu nowożytnego. Bez reklamy niema zbawienia. Sztuka reklamowania się jednakże jest trudną, skomplikowaną, wymaga wiele i wielkiego taktu. Pierwsi, którzy zastosowali tę metodę, robili to nadto brutalnie, zwracali uwagę nadto głośno za pomocą pieniędzy lub bębenka. Dziś wszelki taki hałas jest podejrzany, reklama widocznie budzi uśmiech... nazwiska, wykrzykiwane na ulicy, wywołują więcej podejrzliwości, niż ciekawości. Mimo to jednak, należy przyciągnąć uwagę publiczną, trzeba ją zainteresować, ośmielić. My, panowie, mamy do sprzedania wody mineralne, a więc tylko za pośrednictwem lekarzy możemy przyciągnąć chorych. Ja nie mam wcale na myśli przekupienia ich. Reputacya znakomitych mistrzów, którzy właśnie są nam obecnie potrzebni, stawi ich ponad wszelkie podejrzenia. A przecież pozyskać można każdego człowieka, biorąc się tylko do tego odpowiednio. Otóż, panowie, przedyskutowawszy tę kwestyę długo z doktorem Latonne, czynię następującą propozycyę:
Rozklasyfikowaliśmy przedewszystkiem choroby, dające się tu leczyć, na trzy kategorye. Są to: 1-o reumatyzm wszelkiego rodzaju, artretyzm, wyrzuty skórne, podagra etc.; 2-o choroby żołądka, śledziony i t. p.; 3-o wszystkie nienormalności, wynikające z krążenia krwi, gdyż jest to rzecz niezaprzeczona, że nasze kwaśne wody działają w tym kierunku skutecznie. Zresztą, panowie, cudowna kuracya Klaudyusza obiecuje nam niepospolite powodzenie.
Tak więc, wyliczywszy wszystkie choroby, które się naszą wodą leczyć dadzą, udamy się do specyalistów w tych gałęziach z następującą propozycyą: Panowie, powiemy im, przyjdźcie zobaczyć na własne oczy, my ofiarujemy wam chętnie gościnność u siebie. Okolica nasza czarująca, wy potrzebujecie także wypoczynku po ciężkiej pracy zimowej — przyjeżdżajcie nie do nas, panowie profesorowie, ale do siebie, gdyż, jeżeli tylko zapragniecie, ofiarujemy wam willę na wyjątkowych warunkach.
Myśl tę chcę urzeczywistnić w następujący sposób: Wybraliśmy sześć kawałków gruntu, każdy po tysiąc metrów. Na każdym z nich Berneńskie stowarzyszenie ruchomych szaletów[2] obowiązuje się zbudować po jednym domku. Oddamy te mieszkania początkowo bez zapłaty żadnej do dyspozycyi lekarzy; kiedy się im okolica nasza spodoba — niech sobie szalety nabędą u Towarzystwa, co zaś do ziemi — damy ją za darmo, a właściwie... oni zapłacą nam za nią chorymi. Korzyść z tego będzie taka, panowie, że terytorya, należące do zakładu, ozdobimy pięknymi budynkami, które nic nas kosztować nie będą, następnie, ściągniemy tutaj pierwszorzędnych lekarzy i legion ich klientów, a przedewszystkiem zdołamy przekonać lekarzy najsłynniejszych o skuteczności naszych wód, tembardziej, że ci lekarze staną się właścicielami ziemi w okolicy. Co się tyczy porozumienia się w tym przedmiocie, które do pożądanych rezultatów doprowadzić powinno, trud ten ja biorę na siebie i całą sprawę przeprowadzę, nie jako spekulant, ale jako człowiek światowy.
Ojciec Oriol przerwał mu. Skąpy Owerniak oburzał się na ten akt darowizny ziemi.
Andermatt chciał go wziąć swoją wymową; porównał gospodarza wielkiej własności, rzucającego ziarno w urodzajną glebę, pełną garścią do skąpego chłopa, liczącego ziarna, który nigdy połowy zbiorów nie otrzymuje.
Ponieważ Oriol upierał się przy swojem, bankier poddał tę sprawę głosowaniu i sześciu głosami przeciwko dwom przegłosował go.
Więc podpisali wszystko wraz z innymi członkami Rady i posiedzenie zostało zamknięte.
Wszyscy, wieś cała, zgromadziła się przed domem, oczekując na nich z pewnem wzruszeniem. Wychodzącym kłaniano się z uszanowaniem. Ponieważ Oriolowie mieli zamiar wrócić do siebie, Andermatt rzekł:
— Proszę nie zapominać, że obiadujemy wszyscy razem w hotelu; dziewczęta proszę przyprowadzić także — przywiozłem dla nich maleńki prezencik z Paryża.
Naznaczono godzinę zejścia na siódmą wieczorem w Splendid-hôtel.
Był to wielki obiad, na który bankier zaprosił wybitniejszych chorych gości i władze miejscowe. Krystyna zajmowała honorowe miejsce, mając przy sobie na prawo księdza — na lewo mera.
Rozmawiali tylko o przyszłym zakładzie kąpielowym i o przyszłości okolicy. Panny Oriol znalazły pod serwetkami dwa pudełeczka, zawierające bransoletki, ozdobione perłami i szmaragdami i uszczęśliwione rozmawiały tak zawzięcie, jak nigdy, z Gontranem, siedzącym pomiędzy niemi. Starsza śmiała się na całe gardło z żartów młodego człowieka, który ożywiał się w rozmowie i sam przed sobą formował zdanie — jedno z tych zuchwałych, tajemnych — które mężczyźnie często przychodzą do głowy, ile razy zetknie się z kobietą pożądaną.
Po skończonym obiedzie, w salonie, Paweł zbliżył się na chwilę do Krystyny.
— Pragnąłbym widzieć cię wieczorem, dziś, zaraz, gdyż nie jestem pewny, czy prędko bedziemy sami.
— Słuchaj — ciągnął dalej — będę cię czekać na drodze do La Roche Predière, przed wioską, pod kasztanami. Nikt twej nieobecności nie dostrzeże. Przyjdź powiedzieć mi, do widzenia, bo jutro już się rozłączymy.
— Za kwadrans będę tam odrzekła.
On wyszedł, ażeby chwili dłużej nie bawić pośród tego tłumu, który go niecierpliwił tylko.
Poszedł ścieżką pomiędzy winnice, tą samą, którą niegdyś szli oboje, patrząc na Limagne po raz pierwszy. Wkrótce doszedł do wielkiej drogi. Był sam i czuł się takim samotnym na świecie! Nieskończona, nieprześcignięta okiem równina, powiększała w nim jeszcze niewidzialnie uczucie osamotnienia. Zatrzymał się, jak raz w tem miejscu, na którem niegdyś deklamował jej wiersze Baudelaire’a o pięknie. Jakże mu się to wydało dawno. Godzina po godzinie odgrzebywał w swojej pamięci wszystko, co zaszło od tego czasu. Przypomniał sobie wieczór w kotlinie Tazenat — miesiąc temu — las świeży, skąpany w bladem świetle, małe, srebrne jezioro i wielkie ryby, trące się o powierzchnię wody; powrót ich, kiedy ją widział idącą przed nim w cieniu i świetle na przemian, pod jasnemi kroplami księżyca, spadającemi na włosy, na plecy, na ramiona przez liście drzewne. Były to najsłodsze godziny jego życia.
Odwrócił się, ażeby spojrzeć, czy nie idzie.
Nie widział jej, ale spostrzegł księżyc, wysuwający się na horyzont.
Dreszcz lodowaty przebiegł mu po ciele. Zbliżała się jesień — zwiastunka zimy. Dotychczas nie odczuwał tego pierwszego dotknięcia się chłodu, który go na wskroś przenikał — jakby jakaś groźba nieszczęścia.
Nagle, na zakręcie, ukazała się jakaś postać. Poznał ją natychmiast i oczekiwał nieruchomy, oszołomiony tajemniczem szczęściem, zbliżającem się ku niemu. Szła powolnym krokiem, nie śmiejąc go wołać, niespokojna, że go dotychczas nie widzi, zmieszana nieco wielką ciszą, jasnością nieba i ziemi.
Krystyna zatrzymała się, a przed nią nieruchomie położył się na drodze cień. Paweł zrobił nagle kilka kroków i zbliżył się ku niej na kolanach, jak niewolnik, cień jej całując. Zdziwiło ją to i przestraszyło nieco; wyciągnęła więc ku niemu obie ręce, pytając:
— Co ci jest dzisiaj?
— Liano — odpowiedział — ja czuję, że stracę ciebie.
Ona wszystkie palce wsunęła jemu we włosy, nachyliła się, podniosła mu czoło i oczy jego pocałowała.
— Dlaczego mnie masz stracić? — rzekła z uśmiechem pełnym wiary.
— Jutro musimy się przecież rozłączyć.
— Rozłączyć się? To tak na krótko, mój drogi.
— Kto wie. Dnie, któreśmy tutaj przeżyli, już nie wrócą nigdy.
— Będą inne, piękniejsze jeszcze od tych.
Podniosła go, zaprowadziła pod drzewo, pod którem jej oczekiwał, posadziła go obok siebie niżej, aby rękę swoją w jego włosach trzymać mogła i mówiła do niego poważnie, z rozwagą i namiętnością kobiety zdecydowanej, kochającej, która wszystko obmyśliła, wszystko przewidziała, która instynktem zgaduje, co trzeba robić i zdecydowaną jest na wszystko.
— Słuchaj, mój drogi, — w Paryżu jestem bardzo swobodną, nie krępowaną niczem. William nigdy się moją osobą nie zajmuje. Interesy wystarczają mu w zupełności. Ponieważ ty nie jesteś żonaty, będę mogła odwiedzać cię. Będę przychodziła codzień, rano, przed śniadaniem lub wieczorem, z powodu służby, która mogłaby się domyślać czegoś, gdybym wychodziła o jednej godzinie. Możemy się widywać tak samo, jak tutaj, nawet częściej, gdyż nie będziemy się lękać ciekawych.
On, głowę schyliwszy na jej kolana, stan jej ściskając, szeptał:
— Liano, Liano! Ja stracę ciebie! Czuję, że cię stracę.
Ten smutek niewytłómaczony niepokoił ją, smutek dziecinny w tem olbrzymiem ciele. Ona, tak wątła w porównaniu z nim, a jednak taka pewna siebie, taka pewna, że, zdaje się, nic nie mogło zachwiać tej pewności.
— Gdybyś ty chciała, Liano — szeptał jej — ucieklibyśmy razem daleko, daleko, do jakiegoś pięknego kraju, pełnego kwiatów, ażeby się tam kochać. Powiedz, czy zgodzisz się na to, ażeby dziś natychmiast wieczorem odjechać?
Ona ściągnęła ramiona, trochę niespokojna, trochę niezadowolona, że jej nie słuchał wcale, gdyż nie była to chwila do marzeń i do dziecinnych miłosnych pieszczot. Należało teraz wykazać energię i rozsądek i szukać sposobów, ażeby można było kochać się jak najdłużej, nie budząc niczyich podejrzeń.
— Słuchaj, mój drogi — ciągnęła dalej — możemy się dobrze porozumieć, ażeby nie robić niedorzeczności i błędów. Przedewszystkiem, czy jesteś pewnym twojej służby? Najwięcej należy się obawiać denuncyacyi, anonimowego listu do męża. Sam on nie domyśli się niczego. Ja znam dobrze Williama...
Imię to, powtórzone dwukrotnie, wzburzyło Pawła. Rzekł więc do niej głosem nerwowym.
— Dziś przynajmniej nie mów mi o nim...
To ją zdziwiło.
— Dla czego? Należy przecież mówić... O, ręczę ci, że mnie na nim także nic nie zależy.
Ona zgadła jego myśli.
Jakaś zazdrość, ciemna i niewyraźna jeszcze, budziła się w nim. Nagle przyklęknął, pochwycił jej obie ręce i zawołał:
— Słuchaj, Liano!...
Zamilkł. Nie śmiał powiedzieć swego niepokoju, podejrzeń, cisnących mu się do głowy, nie wiedział jak się wyrazić.
— Słuchaj, Liano... jak ty z nim jesteś?
Ona nie zrozumiała go.
— Tak... bardzo... dobrze...
— Wiem... ale słuchaj... chciałbym, abyś mnie dobrze zrozumiała... Jest to twój mąż... koniec końców... i... ty nie wiesz, jak ja o tem myślę od pewnego czasu... To mnie draźni, męczy ty przecież rozumiesz? Powiedz...
Po kilku chwilach milczenia i wahania się odgadła nagle myśl jego i tonem serdecznej szczerości rzekła:
— O, mój drogi... mój drogi... czy możesz ty przypuszczać? Należę do ciebie tylko... do nikogo więcej, tylko do ciebie, bo ciebie kocham, Pawle!
Głowa jego spadła jej na kolana, a on głosem miękkim mówił dalej:
— Ale... koniec końców, moja droga Liano... ponieważ on jest twoim mężem — co ty zrobisz? Czy myślałaś o tem? Powiedz... Co ty zrobisz dziś wieczorem lub jutro... Ty nie możesz przecie codzień i zawsze mówić mu jedno: nie!
Ona równie cicho odpowiedziała mu:
— Powiedziałam, ze jestem, zdaje się, w stanie poważnym — i to mu wystarczy... O, jemu to wszystko jedno... Nie mówmy więcej o tych sprawach, mój drogi, — ty nie domyślasz się, jak mnie to rani boleśnie. Wierz mi i ufaj, bo kocham ciebie...
On klęczał nieruchomie, oddychał tylko i całował jej suknię, a ona gładziła mu twarz ręką miłośnie. Nagle rzekła:
— Musimy wracać, gdyż spostrzegą łatwo naszą nieobecność.
Krystyna poszła pierwsza, biegnąc prawie, ażeby być w hotelu najprędzej, a on patrzył, jak się oddalała i znikła, z takim smutkiem, jakby całe jego szczęście, wszystkie nadzieje oddaliły się i znikły z nią razem.




  1. Liana amerykańska pnąca się roślina.
  2. Chalet domek w stylu szwajcarskim.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.