Mont-Oriol/Część pierwsza/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Mont-Oriol |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1912 |
| Druk | Drukarnia Literacka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Mont-Oriol |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Następne dni wydały się Krystynie Andermatt zachwycającemi. Żyła lekkiem sercem i radosną duszą. Ranna kąpiel była jej pierwszą przyjemnością, rozkoszą dla ciała; półgodzina spędzona w ciepłej, płynącej wodzie, usposabiała ją wesoło i napawała zadowoleniem na dzień cały. W samej rzeczy czuła się szczęśliwą we wszystkich swoich myślach i pragnieniach. Miłość, jaką się czuła otoczoną i przesiąkniętą, upojenie młodego życia, tętniącego w jej żyłach, przytem to nowe otoczenie, ten kraj cudowny, stworzony, zda się, dla odpoczynku i marzeń, rozrzucony daleko, aromatyczny, pieścił ją jakąś wielką pieszczotą natury i budził coraz to nowe wrażenia. Wszystko, co się zbliżało do niej, co ją dotykało, było jakby dalszym ciągiem wrażeń rannych, zaczerpniętych z ciepłej kąpieli, w wielkiej kąpieli szczęścia, w której zanurzała się jej dusza i ciało.
Andermatt miał zabawić w Enval tylko parę tygodni, odjechał więc do Paryża, polecając żonie czuwać pilnie nad tem, by paralityk nie zaniedbywał kąpieli.
Co dzień więc przed śniadaniem, Krystyna, jej ojciec, brat i Paweł, szli oglądać to, co Gontran nazywał „zupą ubogiego“. Inni przyłączali się do nich, otaczano dokoła miejsce kąpieli włóczęgi i rozmawiano z nim.
Nie chodził on jeszcze, ale mówił, że czuje wewnątrz nóg, niby pełno mrówek; opowiadał, jak te mrówki biegały mu aż do pasa, a potem schodziły aż do kończyn palców. Obecność ich czuł nawet w nocy, czuł, jak te zwierzątka biegały, kąsały go i sen odejmowały.
Patrzący na to cudzoziemcy i chłopi, dzielili się na dwa obozy, wierzących i niewierzących w skuteczność kuracyi, a interesujących się tem zarówno.
Po śniadaniu Krystyna szła często do panien Oriol i razem udawały się na spacer. Były to jedyne kobiety, z któremi mogła rozmawiać, mogła je darzyć pewnem zaufaniem przyjaznem i żądać nieco kobiecego współczucia. Od pierwszej chwili poznania ich, bardzo jej się podobał zdrowy, wesoły, otwarty charakter starszej, a więcej jeszcze lekko sarkastyczne usposobienie młodszej. Szukała ich towarzystwa nie tyle dla przypodobania się mężowi, ile dla własnej przyjemności.
Robiono wycieczki, albo w starem na sześć osób landzie, które się znalazło u dorożkarza w Riom, albo też pieszo.
Szczególnie podobała się mała, dzika dolina, niedaleko Châtel-Guyon, prowadząca do ustronnego klasztoru w Sans-Souci.
Na wązkiej drożynie, idąc powolnym krokiem w cieniu jodeł, brzegiem niewielkiego ruczaju, całe towarzystwo szeregowało się parami. Przy każdem przejściu strumienia, przez który prowadziła ścieżka, Paweł i Gontran stawali na kamieniach, pomiędzy którymi wił się strumień, brali kobiety za ręce i jednym ruchem przenosili je na brzeg drugi. Każda przeprawa przez bród zmieniała porządek spacerujących.
Krystyna jednak zawsze znalazła sposób pozostać czas jakiś sam na sam z Pawłem Bretigny, bądź wysuwając się przodem, bądź pozostając nieco z tyłu.
On nie zachowywał się już wobec niej tak, jak pierwszych dni, mniej śmiał się, mniej był szorstki, mniej dobry koleżka, ale bardziej nadskakujący, więcej okazujący szacunku.
Rozmowy ich przybierały charakter poufały i sprawy sercowe traktowały się szeroko. Mówił o uczuciu i miłości, jak człowiek, znający się na rzeczy, który zgłębił wartość pieszczot kobiet, wiedział, ile one przynoszą szczęścia i goryczy.
Ona zachwycona, wzruszona nieco, sama go zachęcała do wyznań, z ciekawością, pełną przebiegłości i pragnień. To, co wiedziała o nim, budziło w niej nieprzezwyciężoną chęć poznania go bliżej, chęć przeniknięcia myślą, oglądania go pośród burz i tajemnic miłości.
Zmuszany niejako przez nią, opowiadał jej codzień po trochu ze swego życia, swoje przejścia, swoje smutki, a wspomnienia te rozpalały jeszcze bardziej chęć podobania się.
Otwierał on przed jej oczyma nieznany jej świat i wyszukiwał słów wymownych, żeby wyrazić delikatność pragnień i oczekiwań, okropność rosnących nadziei, religię kwiatów, gwałtowność nagłych wątpliwości, niepokojących podejrzeń, tortury zazdrości i niewysłowione szaleństwo, spoczywające w pierwszym pocałunku.
Umiał opowiadać to wszystko w sposób bardzo przyzwoity, poetyczny, pociągający, okryty jakąś zasłoną. Jak każdy człowiek, unoszony bezustannie myślą i pragnieniem kobiety, opowiadał wpół tajemniczo o tych, których kochał jeszcze z bijącem sercem; przypominał tysiące miłych drobiazgów, jakby umyślnie na to stworzonych, aby wzruszać serce, tysiące drobnych okoliczności, wyciskających łzy z kącików ocznych, wszystkie te nieprzeliczone, niepochwytne dowody grzeczności, które wytwarzają stosunek miłosny między ludźmi, obdarzonymi wrażliwą duszą i wykształconym umysłem, to jest tem, co można uznać za najbardziej wykwintnego i pięknego na świecie.
Wszystkie te rozmowy, pełne wzruszeń i poufałości, codziennie odnawiane, co dzień dłuższe, zapadały w serce Krystyny, jak ziarno w ziemię. Czarująca okolica Limagne, o balsamicznem powietrzu, błękitem otoczona, jak marzenie, rozległa tak, że zdaje się, pośród niej i dusza rozszerzała się, te kratery wygasłe na górach, stare, nieużyteczne już kominy świata, ogrzewające teraz wodę tylko dla chorych, świeżość cienia, lekki szmer strumieni, sączących się pomiędzy kamienie — wszystko to wnikało do serca i w ciało młodej kobiety, przenikało je, zmiękczało jak deszcz łagodny i ciepły dziewiczą ziemię, na której później kwiaty porosną.
Ona czuła dobrze, że ten chłopiec nadskakiwał jej trochę, że ją znajdował ładną, nawet więcej niż ładną, a rosnąca chęć przypodobania się, poddawała jej tysiące, myśli prostych, ale niepozbawionych przebiegłości, w celu łatwiejszego podbicia go.
Kiedy widziała go zmęczonym, opuszczała nagle, kiedy przeczuwała, że mu z ust wybiedz gotowe jakie czułe porównanie, jeszcze przed dokończeniem frazesu, rzucała mu jedno z tych krótkich spojrzeń, które przenikają głęboko i wchodzą jak ogień do serca mężczyzny.
Miała zawsze na zawołanie sprytne słowa, łagodny ruch głową, roztargnione kiwnięcie ręką, melancholijny wyraz twarzy, nagle rozjaśniony uśmiechem, ażeby mu pokazać, nie mówiąc ani słowa, że usiłowania jego nie były stracone.
Czego ona chciała? Nic. Czego oczekiwała? Nic. Bawiła się w tę grę dlatego tylko, że była kobietą, dlatego, że nie przeczuwała wcale niebezpieczeństwa, a nie przeczuwając, chciała wiedzieć, co on zrobi.
Przytem rozwinęła się w niej nagle wrodzona kokieterya, która się wylęga w żyłach każdej istoty żeńskiej. Do niedawna jeszcze spokojne i uśpione dziecko, zbudziło się nagle kobietą, giętką i przezorną wobec człowieka, mówiącego jej ciągle o miłości. Odgadywała rosnący niepokój jego myśli, ile razy wobec niej się znalazł, widziała rodzący się niepokój jego spojrzeń, rozumiała rozmaite zmiany jego głosu z tą subtelną intuicyą kobiet, odgadujących niewypowiedziane prośby o miłość.
Już inni dawniej nadskakiwali jej w salonie, ale nie zdołali nic otrzymać więcej nad żarty wesołej panienki. Banalność komplimentów bawiła ją; ich miny wzdychające i smutne napełniały ją radością, więc złośliwymi figlami odpowiadała na okazywane jej wzruszenie i smutki.
Z tym było inaczej; poczuła odrazu, że stoi naprzeciwko nieprzyjaciela niebezpiecznego i pełnego uroku; stała się więc istotą zręczną, przewidującą instynktem, uzbrojona śmiałością i krwią zimną, która, dopóki serce jest wolnem, chłoszcze, wabi i pociąga ludzi w niewidzialne sieci swego uczucia.
Z początku wydała mu się mazgajowatą. Przyzwyczajonemu do kobiet z charakterem awanturniczym, zaprawionych na miłostkach, jak stary żołnierz na manewrach, wyćwiczonemu we wszystkich przebiegłościach galanteryi i uczucia, Krystyna wydała się banalną i traktował ją z pewnem lekceważeniem.
Czystość jej bawiła go z początku, potem oczarowała; idąc więc za popędem swojej namiętnej natury, począł otaczać młodą kobietę uczuciem tajonej miłości.
Wiedział, że najlepszym sposobem zamącenia czystej duszy, jest mówienie jej bezustannie o miłości, z miną człowieka, myślącego o innych kobietach; począł więc, idąc torem za obudzoną w niej ciekawością, pragnącą zaspokojenia, wykładać jej, pod pretekstem zwierzeń, w cieniu lasów, prawdziwą teoryę uczucia.
I on bawił się, jak i ona, okazując, przy każdej nadarzonej sposobności, którą mężczyźni wynaleźć potrafią, rosnącą ku niej sympatyę; pozował na zakochanego, nie domyślając się jednak, że się zakocha na seryo.
Robił to w czasie długich wycieczek tak naturalnie, jak się naturalnie bierze kąpiel, kiedy się jest w dzień gorący nad brzegiem rzeki.
Z chwilą jednak, kiedy w Krystynie obudziła się prawdziwa kokieterya, z chwilą, kiedy odkrył w niej wszystkie wrodzone kobiecie talenta, którymi się zjednywa mężczyznę, kiedy widział ją gotową zmusić go do uklęknięcia przed nią, począł kochać.
Wtedy stał się jakimś niespokojnym, niezgrabnym, nerwowym, a ona poczęła go traktować, jak kota w mysz przekształconego.
Przy innej on by się nie bardzo krępował; byłby jej mówił o tem i zdobył swoją porywającą namiętnością; z nią nie mógł tak postępować — o tyle mu się wydawała inną od tych, które znał niegdyś.
Inne kobiety, wogóle mówiąc, znały już życie, jego ciernie i ogień, można im było wszystko mówić, można było stosować do nich najśmielsze wyzwanie i szeptać wyrazy, krew rozpalające. On znał siebie, wiedział, że nie napotka oporu, ile razy można było komunikować swobodnie duszy, sercu i zmysłom tej, którą kochał, pragnienia, które go pożerały.
Wobec niej czuł się, jakby wobec niewinnej dziewczyny, o tyle widział ją niewtajemniczoną jeszcze we wszystko; a jednak, co tylko robił, spełzło na niczem. Szanował ją w sposób zupełnie odmienny, niż inne — jak dziecko i jednocześnie, jak narzeczoną. Pożądał jej, ale lekał się dotknąć jej, zbrukać, zmiąć. Nie miał wcale zamiaru przyciągnąć ją ku sobie i gruchotać w swoich ramionach, jak to robił z innemi, ale paść przed nią na kolana, całować jej szaty i objąć łagodnie, z jakimś spokojem nieskończenie czystym i miłosnym, całować włosy, wychylające się na jej skroni, kąciki ust, jej oczy, te oczy o błękitnem spojrzeniu, pełnem czarującego uroku, patrzącem z poza powiek nawisłych. On pragnąłby ją bronić przeciwko całemu światu, przeciwko wszystkim i wszystkiemu, nie pozwolić, aby ludzie zwyczajni potrącali ją łokciami, brzydale spoglądali na nią, brudni — ocierali się o jej szaty. On pragnąłby przed nią usunąć błoto z ulicy, którą przechodziła, kamienie z drogi, odchylić każdą gałązkę w lesie, nagiętą ku niej, drogę jej ułatwić, uczynić wszystko rozkosznem koło niej i nieść ją zawsze na swojem ręku. Gniewało go, że ona musi rozmawiać z pierwszym lepszym w hotelu, jadać jakieś obrzydliwe potrawy przy table d’hôte i podlegać wszystkim i nieuniknionym drobiazgom życia.
Nie wiedział nareszcie co do niej mówić, tyle tłoczyło mu się myśli w głowie; ta właśnie niemożność wyrażenia stanu swego serca, nieuczynienia tego, co uczynić pragnął, niemożność wypowiedzenia jej tych pragnień, które mu krew zapalały, dawały mu pozór dzikiego zwierzęcia, uwiązanego na łańcuchu i jednocześnie usposabiały go do gwałtownego płaczu.
Ona spostrzegała to wszystko, a nie mogąc — bawiła się z radosną złośliwością kokietek.
Kiedy szli z tyłu za innymi, kiedy czuła z jego zachowania się, że pragnie coś głębokiego powiedzieć, nagle poczynała biedz, dopędzać ojca i złączywszy się z nim, mówiła:
— Czybyśmy nie mogli zabawić się w bieganego?
Zabawa w bieganego służyła zawsze jako pretekst do wszelkich wycieczek. Szukano tedy jakiejś polanki przy drodze i bawiono się z dziecinną swobodą.
Panny Oriol i Gontran nawet, bardzo żywy udział brali w zabawie, która czyniła zadość tej niepohamowanej żądzy biegania, jaką czują wszyscy młodzi ludzie. Tylko Paweł Bretigny mruczał z początku, o czem innem myśląc, potem ożywiał się pomału, a nareszcie stawał do partyi jeszcze z większą zajadłością, niż inni, ażeby schwycić Krystynę, dotknąć się jej, położyć gwałtownie rękę na jej ramieniu lub gorsecie.
Markiz, natura obojętna i leniwa, godził się na wszystko, aby mu tylko nie mącono spokoju, siadał pod drzewem i przyglądał się, jak się bawi jego pensyonat — jak mówił. Takie spokojne życie podobało mu się bardzo, a świat cały gotów był uważać za doskonałość.
Wkrótce jednak, zachowanie się Pawła zaczęło niepokoić Krystynę. Pewnego dnia nawet była bardzo o niego niespokojną.
Owego dnia rano razem z Gontranem poszli na spacer w celu zwiedzenia rozpadliny górskiej, nazywanej końcem świata, z której potok Enval wypływa.
Szczelina ta, coraz bardziej zwężająca się i kręta, zagłębia się w góry. Przeleźli przez olbrzymie skały, przeszli przez kamienie, na dnie potoku leżące i otoczywszy skałę najmniej pięćdziesiąt metrów wysoką, która zagrodziła im wejście na wzgórza, znaleźli się w ten sposób w rodzaju wąskiej fosy, jakby między dwoma olbrzymimi murami nagimi, aż do szczytów porosłymi drzewami i zielenią.
Strumień formował jezioro niewielkie, w rodzaju miednicy, a cała miejscowość była jakimś dzikim, dziwnym otworem, miejscowość, której opisy częściej się spotyka w książce, niż w naturze.
Paweł, spoglądając na wysoką skałę, zagradzającą im drogę, zauważył, że były na niej ślady niewyraźnych schodów.
— Ależ można iść dalej — rzekł.
I poszedł; przekroczywszy nie bez trudu ścianę, na prawo, zawołał:
— O, jak tu cudownie! Mały gaik w wodzie! Proszę iść prędzej!
Położył się na skale, nachylił się, wziął Krystynę w obie ręce i podnosił ją, a Gontran ustawiał i umocowywał jej stopy w niewyraźnych śladach skalnych.
Ziemia, spadła ze szczytów, uformowała tu malutki, dziki ogród, pełen zieleni, a strumień przepływał prawie między korzeniami drzew.
Dalej znowu przejście w tej wązkiej szczelinie górskiej było zatamowane, ale przekroczyli jeszcze jeden schodek, potem drugi i stanęli nareszcie u stóp niemożebnej do przekroczenia ściany, z której prosto spadała przeźroczysta kaskada wody, nie większa nad dwadzieścia metrów, do głębokiego, wyżłobionego przez nią basenu i chowała się pośród liści roślin i gałęzi dna.
Szczelina skały stawała się tak wązka, że we dwóch idąc, dotykali ścian; u góry widać było tylko wąziutką linię błękitnego nieba a słychać tylko szum wody. Mógłby ktoś słusznie przypuścić, że jest to jeden z tych kącików, w których starożytni poeci nimfy chowali. Krystynie zdało się, że mąci tutaj spokój jakiejś bogini.
Paweł Bretigny milczał.
— Jakby to było cudownie — zawołał Gontran widzieć jasnowłosą, różową nimfę, kąpiącą się w tej wodzie!
Ale należało wrócić. Z dwóch pierwszych schodków zeszli łatwo, trzeciego lękała się Krystyna, tak był wysoki i prostopadły, bez nacięć wyraźnych.
Bretigny ześliznął się ze skały, a następnie, wyciągając ręce do niej, rzekł:
— Proszę skakać!
Nie miała odwagi. Nie dlatego, ażeby się obawiała upaść, ale obawiała się jego, przedewszystkiem jego oczu.
On spoglądał na nią z pożądliwością głodnego zwierzęcia, a otwarte ramiona wyciągał ku niej z taką gwałtownością, że go się nagle przelękła i poczuła jakąś dziką potrzebę uciec od niego, wdrapać się na szczyt skały, byle uniknąć tego gwałtownego wołania.
Za nią stał brat, mówiąc:
— No, idź... — i trącał ją lekko.
Spodziewając się upadnięcia, zamknęła oczy i osunęła się, później poczuła uścisk słodki i mocny i dotknęła sobą, nie widząc nic, postaci młodego człowieka, a jego gorący i nierówny oddech owionął ją całą.
Potem stanęła na nogi uśmiechnięta, że bojaźń nareszcie przeminęła, a tymczasem za nią schodził ze skały Gontran...
Wzruszenie to zmusiło ją do ostrożności w ciągu kilku dni następnych; unikała spotkania się z Bretignym, który krążył koło niej, jak wilk w bajce koło owcy.
Pewnego dnia postanowiono zrobić daleką wycieczkę. Miano zabrać do landa o sześciu miejscach prowianty, zaprosić panny Oriol i pojechać nad brzegi małego jeziorka Tazenat, które włościanie miejscowi nazywali tykwą na wodę, zjeść tam obiad i przy księżycu szosą wrócić do domu.
Wyjechano po południu pewnego gorącego dnia, pod działaniem pionowych promieni słonecznych, które rozpalały granity gór.
Powóz toczył się pochyłością góry powoli, konie, pokryte pianą, szły, sapiąc; furman drzemał na koźle, z głową pochyloną; tysiące zielonych jaszczurek, spłoszonych, uciekało pomiędzy kamienie przydrożne. Rozpalone powietrze, zdawało się być przepełnionem niewidzialnym, gorącym, jak ogień, pyłem.
W powozie milczeli wszyscy. Trzy kobiety w głębi jego, pod przykryciem różowych parasolek, zamykały oślepione słońcem oczy; markiz i Gontran, okrywszy głowy chustkami, zwieszającemi się nad czołem, drzemali. Paweł wpatrywał się w Krystynę, która także z poza zwieszonych powiek spoglądała na niego.
Tymczasem lando, podnosząc za sobą słup białego kurzu, powoli posuwało się pod górę, która wydawała się nieskończoną.
Kiedy nareszcie dojechano do równiny, furman rozruszał się trochę, a konie poczęły biedz kłusem; jechano jakąś falistą okolicą, pełną lasów, uprawną, nasadzoną wioskami i domkami, rozrzuconymi pojedynczo. Daleko, na lewo, widniały nagie szczyty wulkanów. Jezioro Tazenat, do którego właśnie zdążano, utworzyło się na ostatnim kraterze pasma gór owernijskich.
Po trzech godzinach drogi Paweł zawołał:
— Widzi pani, lawa.
Brunatne skały, poszarpane w nieładzie, żłobiły się w zygzaki na brzegu drogi. Na prawo widać było górę, której szeroki szczyt miał pozór wklęsły i płaski, skierowano się ku tej stronie, jakby miano zamiar wejść w jej wnętrze roztwierającym się trójkątem, a Krystyna, podniósłszy się, dostrzegła nagle we wklęsłości krateru piękne, świeże, okrągłe jezioro. Stromo pochylone wzgórze, na prawo pokryte było lasem, na lewo nagiemi skałami, otaczającemi jezioro wysoką, regularną ścianą. Cicha, równa, połyskująca jak metal woda odbijała drzewa z jednej strony, a z drugiej nagi brzeg z taką czystością i dokładnością, że nie można było rozpoznać brzegów, a widniał tylko w tem niezgłębionem zaklęśnięciu, w którego środku odzwierciadlało się błękitne niebo, jasny otwór, przenikający, zda się, aż do drugiej półkuli.
Powóz nie mógł już jechać dalej. Wszyscy wysiedli i poszli ścieżką, otaczającą jezioro, wijącą się mniej więcej na połowie wysokości stokiem góry. Ścieżka ta, którą chodzili tylko drwale, była wokół zieloną trawą porośnięta, a przez gałęzie drzew migała przeciwległa strona jeziora i połyskiwała tafla wodna.
Następnie towarzystwo poszło polanką i zbliżyło się do pochyłości, porosłej trawą, ocienionej dębami. Wszyscy rozciągnęli się na trawie z prawdziwą rozkoszą i radością.
Mężczyźni formalnie tarzali się w trawie, zanurzali się w niej, kobiety, siedząc na skraju, twarzą dotykały trawy, jakby spragnione były jej świeżych pieszczot.
Markiz zdrzemnął się znowu; Gontran wkrótce poszedł jego śladem, Paweł zaś począł rozmawiać z Krystyną i z panienkami. O czem? Pewnie nie o wielkich rzeczach! Od czasu do czasu któreś z nich wykrztusiło frazes — po minucie milczenia, ktoś odpowiedział i powolne słowa, zdawało się, grzęzły w ustach, jak myśli w ich mózgu.
Wtem furman przyniósł koszyk z prowiantami. Panny Oriol, przyzwyczajone u siebie do zajmowania się domem, przywykłe do rozmaitych posług domowych, zabrały się natychmiast do wypakowania wszystkiego na murawie i do przygotowania posiłku.
Paweł wyciągnął się jak długi, obok zamyślonej i rozmarzonej Krystyny. I szeptał sam do siebie tak cicho, że go ledwie słyszała, że słowa muskały, zda się, tylko jej ucho, jak szmer jakiś na skrzydłach wiatru przyniesiony:
— To są najmilsze chwile w mojem życiu.
Dlaczego te słowa tak ją wzruszyły do głębi duszy? Dlaczego czuła się nagle porwaną niemi?
Wzrok jej biegł na drzewa, jeszcze dalej, zatrzymał się potem na małym domku, jakiejś siedzibie strzelca, czy rybaka, tak małym, że zdawało się, jakby tam była tylko jedna izba, nic więcej.
Paweł wzrokiem śledził jej spojrzenia.
— Czy pani kiedy myślała o tem, czem byłyby dnie dla dwóch istot szalenie zakochanych, dnie, spędzone w takiej naprzykład chatce? Oni żyliby tam sami, zupełnie sami, we dwoje tylko. A gdyby podobna rzecz była możebną, czyż nie należałoby wszystko porzucić, aby tę myśl zrealizować. Wszak szczęście tak jest rzadkie, tak niepochwytne, tak krótkie. Czyż jest co smutniejszego w życiu, jak wstawać co rano bez jakichś gorących nadziei i pragnień, wypełniać spokojnie zwykłą robotę, pić i jeść z umiarkowaniem i spać spokojnie, jak zmęczone bydlę?
Krystyna myślała istotnie, że byłoby dobrze we dwoje w tym małym domku, schowanym w cieniu drzew, mając naprzeciwko jezioro, prawdziwe zwierciadło miłości! Jakby to było dobrze, gdyby koło nich nie było nikogo, sąsiadów żadnych, żadnego krzyku żyjącej istoty, żadnego gwaru życia; gdyby była sama tylko z człowiekiem ukochanym, któryby ją ubóstwiał, klęcząc patrzył w nią, zapatrzoną w błękit jeziora i szeptał jej słowa miłości, całując końce jej palców.
Żyliby tam spokojnie, pod drzewami, w głębi krateru, który pochłonąłby ich uczucia i zamknął je w swoich ściśniętych i regularnych granicach. Dla ich oka nie byłoby innego horyzontu, jak zaokrąglone linie brzegów, a dla ich pragnień — tylko długie i nieskończone pocałunki.
— Czyż w istocie są ludzie na świecie, którzyby takiem szczęściem nasycać się mogli? O, pewnie! Dlaczego nie? Ale dlaczego ona nie wiedziała pierwej o tem, że takie chwile istnieć mogą?
Dziewczęta oznajmiły, że obiad gotów. Była już szósta godzina. Obudzono markiza i Gontrana i obaj usiedli po turecku nieco dalej, obok połyskujących w trawie grabek. Obie siostry służyły dalej, panowie, jakby nie zwracali na to uwagi; jedli powoli, rzucając niedojedzone resztki i ogryzione kości kurczęcia do wody. Przyniesiono szampana; pierwszy korek wystrzelony wszystkich poruszył — tak dziwnym wydał się huk przezeń sprawiony.
Dzień się kończył; powietrze napełniło się świeżością, która ze zmierzchem razem opuszczała się na wodę, drzemiącą w głębi krateru.
Kiedy już słońce zajść miało, niebo pokryło się purpurą, a jezioro wydawało się wielką kadzią, napełnioną ogniem; po zachodzie słońca, kiedy przybrało kolor różowy, jak głownia rozpalona, mająca zagasnąć, jezioro wydawało się kadzią krwi pełną. Nagle na szczytach wzgórza podniósł się księżyc, blady cały na tle jeszcze jasnego nieba. Później, w miarę rozpościerania się zmroku na ziemi, podnosił się do góry połyskujący i krągły ponad kraterem, równie jak i on okrągłym. Zdawało się, że wpadnie doń. A kiedy się już podniósł wysoko na niebie, jezioro wydało się kadzią, napełnioną srebrem. Wtedy na jego powierzchni, cały dzień nieruchomej, widoczne były jakieś drżenia, raz powolne, drugi raz szybsze. Zdawało się, że jakieś niewidzialne duchy harcują na jeziorze i po szklistej jego szybie, ciągną równie niewidzialną zasłonę.
To wielkie ryby, z głębiny, stoletnie karpie i szczupaki, podpływały w górę igrać z blaskiem księżyca.
Panny Oriol włożyły napowrót naczynia i butelki do kosza, które furman zabrał. Całe towarzystwo ruszyło z powrotem.
Przechodząc aleę, pod drzewami, dokąd przez gałęzie przedzierały się smugi światła i jak deszcz padały na trawę, Krystyna, która szła przodem, posłyszała nagle za sobą drżący głos Pawła, szepcącego jej do ucha:
— Kocham cię!
Serce poczęło jej tak gwałtownie bić, że nie mogąc utrzymać się na nogach, o mało nie upadła. Szła jednak. Szła, jak szalona, gotowa co chwila odwrócić się i paść w otwarte ramiona, przechylić się do ust, pragnących pocałunku. Schwyciła gorączkowo koniec narzuconego na ramiona szala i całowała go. Mimo to wszystko, szła naprzód tak omdlała, że ledwie mogła utrzymać się na nogach.
Nagle wyszła z pod arkad drzew i znalazłszy się w otoczeniu światła, gwałtownie zapanowała nad swojem wzruszeniem; przed wsiadaniem do powozu zwróciła się jeszcze w stronę jeziora i pożegnała je dwoma namiętnymi pocałunkami, posłanymi ręką — ale znaczenie tych pocałunków zrozumiał także mężczyzna, idący za nią.
W czasie powrotu była zupełnie nieczułą duszą i ciałem, ogłuszoną, zmiażdżoną, jakby po jakiem gwałtownem upadnięciu; ledwie wrócili do hotelu, pobiegła żywo na górę i zamknęła się w swoim pokoju. Wszedłszy, drzwi za sobą na klucz zamknęła, gdyż czuła, że śledzą ją jeszcze spojrzenia i pragnienia Pawła. Potem, stanąwszy na środku apartamentu ciemnego i pustego, uczuła drżenie. Świeca, postawiona na stole, rzucała na mury, meble i firanki jakiś blask migotliwy. Krystyna rzuciła się na fotel. Wszystkie jej myśli gdzieś biegły, znikały tak szybko, że nie mogła ich pochwycić, zatrzymać, w jeden łańcuch powiązać. Czuła się blizką płaczu, nie wiedząc dlaczego, czuła, że ma serce rozdarte, że jest nieszczęśliwą, opuszczoną w tej pustej izbie, że błądzi w życiu, jak w lesie.
Oddychając z trudem, podniosła się, otworzyła okno i oparła się na balustradzie. Powietrze było świeże. W próżni niezmierzonego nieba, daleki, samotny, zamyślony księżyc, wiszący w błękitnawych wyżynach nocy, rozlewał chłodne jakieś światło na liście drzew i góry.
Cała okolica już spała. Tylko samotny głos skrzypców Saint-Landri, który się ćwiczył zwykle do późna, rozpływał się jakimś jękiem pośród głębokiej ciszy doliny. Krystyna ledwie echo słyszała. Gra urywała się, rozpoczynała się potem na nowo, a struny jęczały jakimś bolesnym, nerwowym jękiem.
Ten księżyc, błądzący po samotnem niebie, te słabe dźwięki muzyki, gubiące się wśród niemej nocy, rzuciły w jej serce takie poczucie samotności, iż łkać głośno poczęła. Drgała i trzęsła się, jak człowiek jakimś strasznym bólem miotany, gdy spostrzeże nagle, że samotny idzie przez życie.
Nie rozumiała go do tej chwili; dziś czuła się tak złamaną cierpieniem duszy, że od zmysłów prawie odchodziła.
Miała ojca, brata, męża. Wszyscy kochali ją przecież i ona ich kochała. Teraz spostrzegła, że się oddala od nich, że staje się im obcą, jakby ich znała zaledwie. Spokojna miłość ojca, koleżeńska przyjaźń brata, chłodne pieszczoty męża, wszystko to zdawało się jej niczem, niczem! Mąż! Przecież on jest jej mężem, przecież to on, ten różowy gaduła, który do niej co rano obojętnie mówi:
— Jakże się, moja droga, czujesz dzisiaj?
Ona należała do tego człowieka duszą i ciałem, mocą zawartej umowy. Czyż to możebne? O, jakże się czuła samotną i znękaną! Zamknęła oczy, ażeby spojrzeć w głębię samej siebie, w głębię własnej myśli.
W miarę wywoływania przesuwały się przed nią postacie tych wszystkich, którzy żyli koło niej: ojciec spokojny, obojętny, szczęśliwy, jeżeli mu tylko spokoju nie mącą; brat, śmieszek i sceptyk, mąż ruchliwy, wypełniony, zda się, liczbami, mówiący do niej: „dobrze mi się ta sprawa powiodła“, zamiast: „kocham ciebie.“
Wyraz ten wyszeptał jej niedawno inny, to słowo, dźwięczące jeszcze w jej uszach i sercu. Ona tego innego spostrzegła także, kiedy ją pożerał swoim wzrokiem, i czuje, że gdyby teraz był przy niej, bez namysłu rzuciłaby mu się w objęcia.