Mont-Oriol/Część pierwsza/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Mont-Oriol |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1912 |
| Druk | Drukarnia Literacka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Mont-Oriol |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Table d’hôte tego wieczora w hotelu Splendid był bardzo ożywiony. Rozmowa toczyła się o skale i źródle. Obiadujących było niewielu, około dwudziestu osób. Ludzie milczący zwykle, spokojni, należeli do kategoryi tych chorych, którzy, spróbowawszy już wszystkich wód znanych, próbowali jeszcze nieznanych. Przy końcu stołu, zajętego przez Ravenelów i Andermattów, siedzieli najprzód państwo Monécu; on, człowieczek mały, biały i córka, smukła dziewczyna, blada, która często wśród obiadu wstawała, zostawiając jedzenie na talerzu; gruby p. Aubry Pasteur, dawny inżynier; państwo Chaufour, małżeństwo w czarnem ubraniu, które można było widzieć przez cały dzień w alei parku, idące za wózkiem, w którym wieziono chorowite dziecko i panie Paille, matka i córka, obie wdowy, rosłe, silnie zbudowane ze wszech stron z przodu i z tyłu.
— Uważacie — mówił Gontran — one zjadły swoich mężów i to niedobrze oddziałało im na żołądek.
W istocie obie cierpiały na żołądek.
Dalej nieco mężczyzna czerwony jak cegła, p. Riquier, także cierpiący na żołądek i potem kilka osób bezbarwnych, z kategoryi tych milczących podróżnych, którzy wchodzą do sali jadalnej cichym krokiem, przodem kobieta, potem mężczyzna, kłaniają się od drzwi i siadają z miną skromną i trwożną.
Przy drugim końcu stołu nie było nikogo, chociaż talerze i nakrycia oczekiwały gości.
Andermatt rozmawiał ożywiony. Całe popołudnie przegawędził z doktorem Latonne, puszczając z biegiem wody projekta swoje, dotyczące przyszłości Enval.
Doktor wyliczał z żywem przejęciem się moc, wartość i znaczenie wód w Enval, o wiele wyższych od Châtel-Guyon, których wziętość jednak od dwóch lat była już zapewnioną.
— Na prawo była ta dziura Royot, tryumfująca, w pełni życia — na lewo Châtel-Guyon, które zdobyło sobie rozgłos od niedawna. Co by to można było zrobić z Enval, gdyby się wziąć do niego jak należy.
Andermatt mówił, zwracając się do inżyniera:
— Tak, panie, wszystko polega na tem, ażeby się umieć wziąć do rzeczy. Wszystko zależy od zręczności, taktu, od śmiałości. Ażeby stworzyć zakład kąpieli mineralnych, trzeba potrafić popchnąć go tylko, tak, popchnąć, zainteresować czasowych lekarzy paryskich. Co do mnie, udawało mi się zawsze wszystko to, co przedsięwziąłem, gdyż ja zawsze szukam dróg praktycznych, mogących jedynie zabezpieczyć powodzenie, w każdej sprawie, którą się zajmuję. Dopóki nic nie znajduję odpowiedniego — wolę czekać. Nie sztuka posiadać wodę, należy umieć zmusić ludzi, ażeby ją pili; do tego nie dość jest krzyczeć samemu po dziennikach, że woda jest nieporównana, trzeba, ażeby to w sposób właściwy wypowiedzieli ludzie, wywierający wpływ na publiczność pijącą, na publiczność chorą, jedynie nam potrzebną, publiczność niezmiernie łatwowierną. W trybunale niechaj przemawiają adwokaci; tam tylko ich słuchają, rozumieją; do chorych trzeba mówić za pośrednictwem lekarzy — oni tylko są słuchani.
Markiz, podziwiając wielki zmysł praktyczny swego zięcia, zawołał:
— O, to wielka prawda! Ty zresztą mój kochany jesteś jedyny do tego, aby sądzić sprawiedliwie!
Andermatt, pogłaskany pochlebstwem, ciągnął:
— Tu możnaby zrobić majątek. Kraj piękny, klimat wyborny; jedno tylko mnie niepokoi: czybyśmy mieli dosyć wody na wielki zakład? Rzecz na połowę zrobiona zawsze chybia! Należałoby tylko urządzić zakład na wielką skalę, a więc oczywiście mieć dużo wody, tyle, ażeby obsłużyć przynajmniej dwieście wanien jednocześnie — nowe zaś źródło, gdyby go nawet złączyć z tem, co jest, zaledwie wystarczyłoby na pięćdziesiąt, pomimo, że doktor Latonne mówi...
Aubry-Pasteur mu przerwał:
— O, jeśli o wodę chodzi, dam panu tyle, ile pan zechcesz.
Zdziwiło to p. Andermatta.
— Pan? — Tak, ja. Pana to dziwi? Wytłómaczę się zaraz. Zeszłego roku, w tym samym czasie byłem tutaj. Mnie służą bardzo dobrze kąpiele w Enval. Otóż pewnego poranku odpoczywałem w pokoju, kiedy wszedł jakiś gruby mężczyzna. Był to prezes rady administracyjnej zakładu. Miał minę nieco strwożoną z następującego powodu. Źródło Bonnefille zmalało tak nagle, że była obawa zupełnego zaniknięcia. Wiedząc, że jestem inżynierem kopalń, przyszedł mię prosić o radę w celu ratowania zakładu.
Począłem więc studyować geologiczny system okolicy. Panu wiadomo, że w każdym zakątku kraju pierwotne kataklizmy wywołały rozmaite zmiany i rozmaite gatunki gleby.
Główna rzecz polegała na tem, ażeby odkryć, skąd wydobywała się woda mineralna, przez jakie szczeliny, jaki był ich kierunek, pochodzenie, charakter. Zwiedziłem przede wszystkiem bardzo pilnie cały zakład i spostrzegłszy w kącie nieużywaną rurę od wanny, zauważyłem, że była prawie zatkaną wydzielinami wapiennemi. A więc woda, wydzielając sole w niej zawarte i osadzając na ścianach przewodów, po pewnym przeciągu czasu zatkała je. Zważywszy, że pokład gruntu był granitowy, można było przypuścić wydzieliny na ścianach szczelin; źródło Bonnefille było więc tylko zatkane — nic więcej. Należało go poszukać nieco niżej. Wszyscy szukali przyczyny przy samem wyjściu pierwotnego źródła, ja zaś po całomiesiecznych studyach, obserwacyach, rozumowaniach szukałem źródła i znalazłem je o pięćdziesiąt metrów dalej. Zaraz panu powiem dlaczego. Należy, jak wspominałem, przedewszystkiem oznaczyć pochodzenie, charakter i kierunek granitowych szczelin, doprowadzających wodę. Z łatwością spostrzegłem, że szczeliny pochyliły się od równiny do wzgórz, do góry, a nie w odwrotnym kierunku, nakształt dachu, skutkiem prawdopodobnie zaklęśnięcia doliny, które pociągnęło za sobą osunięcie się podstaw góry. Woda więc zamiast spływać, podnosiła się nieco i wciskała w szczeliny granitowego pokładu. Odkryłem także przyczyny tego niezwykłego zjawiska.
Niegdyś Limagne, ten obszerny pas piasczystej i gliniastej ziemi, którego granic ledwie gołem okiem dosięgnąć można, znajdował się na jednym poziomie wzgórz, ale skutkiem budowy geologicznej swoich podstaw, obniżył się, pociągając za sobą brzegi góry — jak to przed chwilą mówiłem. Olbrzymie to przesuwanie się wywołało w samem miejscu oddzielenia się ziemi od granitu wielką gliniastą groblę, nadzwyczajnej głębokości, niedostępną dla płynów.
Z wodą tak się rzecz dzieje: Woda mineralna pochodzi z ognisk dawnych wulkanów. Ta, która daleką przepływa drogę, ochładza się i wytryska chłodną, jak woda zwyczajnych źródeł; ta zaś, która pochodzi z ognisk bliższych, wytryska jeszcze ciepłą, naturalnie, przy rozmaitych stopniach ciepłoty, stosownie do oddalenia od ogniska. Droga, jaką woda mineralna nasza odbywa, jest następująca: przedewszystkiem schodzi do niewiadomej głębiny, dopóki nie napotka grobli z gliny Limagne. Nie mogąc jej przebić, szuka pod wpływem wielkiego ciśnienia wyjścia, a znajdując pochylone szczeliny granitu, wchodzi w nie, podnosi się do góry, aż dopóki nie napotka powierzchni ziemi. Wtedy przyjmuje kierunek pierwotny spływając po równinie do strumienia. Dodaję, że my nie widzimy setnej części wód mineralnych tutejszej doliny, odkrywamy tylko te, które wychodzą na zewnątrz. Co do innych, dosięgających okrain granitowych szczelin i gubiących się pod gęstym pokładem ziemi uprawnej lub innej, to one, zabsorbowane, gubią się w tych ziemiach.
Z czego wnoszę, że:
1) Ażeby posiadać dostateczny zapas wody, należy jej szukać, idąc w kierunku pochylenia złomów granitowych, leżących nieskładnie.
2) Ażeby ją posiadać zawsze, należy przeszkodzić zatykaniu się szczelin przez wydzieliny wapienne, a w tym celu wyryć i utrzymywać starannie małe, sztuczne studnie.
3) Ażeby odebrać źródło sąsiadowi, należy go wziąć za pomocą sondy, zapuszczonej do tej samej szczeliny granitu, z której ona wypływa, z warunkiem naturalnie ulokowania się z tej strony grobli z gliny, zmuszającej podnoszenie się wody do góry.
Pod tym względem źródło dziś odkryte jest znakomicie umieszczone i od owej grobli oddalone zaledwie o kilka metrów. Gdyby kto pragnął nowy zakład stworzyć, w tem właśnie miejscu powinien to uczynić.
Po ukończeniu tej przemowy nastąpiło milczenie. Andermatt, zachwycony, rzekł tylko:
— Otóż to właśnie! Jak się tylko zasłona podniesie, tajemnica znika. Jesteś pan nieocenionym człowiekiem, panie Aubry-Pasteur.
Tylko markiz i Paweł Bretigny zrozumieli, o co chodzi. Gontran nie słuchał wcale. Inni z otwartemi uszami, ze spojrzeniem, skierowanem w usta mówiącego inżyniera, milczeli ze zdziwienia. Szczególnie panie Paille, bigotki, zapytywały siebie, czy w wytłómaczeniu tego zjawiska, nakazanego i wywołanego przez Boga, wedle Jego niezbadanych wyroków, niema czego niezgodnego z religią. Matka czuła się w obowiązku powiedzieć:
— Opatrzność jest jednak niezbadana!
Inne panie przy stole potwierdziły to skinieniem głowy, niespokojne na sam fakt, że niezrozumiałą mowę słyszały.
P. Riquier, człowiek o ceglastej twarzy, zawołał:
— Mniejsza o to, czy woda w Enval pochodzi z wulkanów, czy z księżyca, ja tylko tyle wiem, że już dziesięć dni ją piję bez żadnego skutku!
Państwo Chaufour zaprotestowali imieniem dziecka, które poczęło odzyskiwać ruch w prawej nodze, czego jednak od sześciu lat kuracyi nie można było w innem miejscu uzyskać.
P. Riquier na to odrzekł:
— To tylko dowodzi, że choroby nasze są różne, ale nie dowodzi wcale, że woda Enval leczy choroby żołądka.
Zdawało się, że ten nowy, niepożyteczny protest we wściekłość go wprawiał.
Wtem zabrał głos p. Monécu i imieniem swojej córki utrzymywał, że od ośmiu dni już zaczyna trawić normalnie, chociaż jeszcze do każdego obiadu wychodzić nie może. Córka na tę uwagę spiekła olbrzymiego raka i oczy utkwiła w talerzu.
Panie Paille utrzymywały także, że się czują lepiej. Riquier rozgniewany zwrócił się do nich:
— Panie cierpią na żołądek? Panie?
One odpowiedziały jednocześnie:
— Ale tak, tak panie, niezawodnie. Nie możemy nic trawić.
Riquier o mało z krzesła nie wyskoczył, przemawiając do nich:
— Panie... nie mogą... Ależ dosyć na panie spojrzeć! Jeżeli panie cierpią na żołądek, to chyba dla tego, że za wiele jedzą.
To doprowadziło panią Paille do wściekłości.
— Co do pana, nie ulega to żadnej wątpliwości, że pan cierpieć musisz. Na panu sprawdza się, co mówią powszechnie: że tylko zdrowy żołądek czyni ludzi grzecznymi.
— Stara jakaś kobieta, bardzo chuda, której nazwiska nikt nie znał, zauważyła poważnie:
— Mnie się zdaje, że wszyscy byliby bardzo zadowoleni z wód w Enval, gdyby właściciel hotelu nie zapominał o tem, że dla chorych potrzebną jest dobra kuchnia. Prawdziwie, niekiedy każe nam spożywać pokarmy niemożebne do strawienia.
W tym punkcie wszyscy zgodzili się jednomyślnie. Wszyscy oburzeni byli na właściciela, który karmił chorych rakami morskimi, wędliną, węgorzami, kapustą — tak, kapustą, z kiełbasami, — potrawami najniestrawniejszemi pod słońcem dla chorych, którym wszyscy trzej doktorowie Bonnefille, Latonne i Honorat, polecali jadać białe mięso, chude i kruche, jarzyny świeże i nabiał.
Riquier drżał z gniewu.
— Przecież to jest rzeczą lekarzy czuwać nad pożywieniem chorych na stacyach leczniczych, a nie pozostawiać ich na łasce bylejakich wyzyskiwaczy. Nic dziwnego, że wobec tego co dzień nas karmią jajami na twardo, anżowisami z szynką.
P. Monécu przerwał:
— O, przepraszam, moja córka doskonale trawi szynkę, która zresztą jest jej poleconą przez panów Mass-Roussel i Rémusé.
Riquier krzyczał:
— Szynkę! szynkę! Ależ to trucizna, panie!
W jednej chwili wszyscy goście przy stole podzielili się na dwa obozy, jedni — za szynką, drudzy — przeciw szynce. Rozpoczęła się dyskusya bez końca, każdego dnia wszczynana na nowo o klasyfikacyę potraw.
Nawet pożyteczność mleka była zakwestyonowaną, gdyż Riquier nie mógł go wypić nawet szklaneczki od wina bez tego, ażeby mu nie wywołało niedyspozycyi żołądka.
Aubry-Pasteur ubóstwiał mleko i podraźniony tem, że je ganić śmiano, zawołał:
— Ależ, mój panie, jeżeli pan cierpisz na niedyspozycyę żołądka, a ja na atonię, rzec oczywista, że potrzeba nam zupełnie odmiennych potraw; to zupełnie tak samo, jak krótkowidz i dalekowidz potrzebujący każdy innych okularów, chociaż jeden i drugi cierpią na chorobę wzroku.
Potem dodał:
— Ja się duszę, kiedy wypiję szklankę czerwonego wina i zdaje mi się, że niema nic szkodliwszego od wina. Ci, którzy wodę tylko piją, żyją po sto lat, a my...
Gontran przerwał mu:
— Co do mnie, uważałbym doprawdy, że bez wina i bez... małżeństwa życie byłoby bardzo jednostajnem.
Panie Paille spuściły oczy. One spijały obficie dobre wino bordo, bez dodatku wody, a wdowieństwo ich zdawało się dowodzić, że metodę powyższą aplikowały także i do mężów, gdyż córka miała dwadzieścia dwa lat, a matka zaledwie czterdzieści.
Andermatt, rozmowny zwykle, siedział zamyślony, milczący i znienacka zagadnął Gontrana:
— Czy pan wie, gdzie mieszkają Oriolowie?
— Wiem, pokazywano mi ich dom.
— Mógłbyś mię pan zaprowadzić tam po obiedzie?
— Oczywiście, z przyjemnością nawet będę panu towarzyszyć; mam nadzieję, że jeszcze raz będę mógł zobaczyć panienki.
Natychmiast po skończeniu obiadu wyszli, Krystyna zaś zmęczona, razem z markizem i Pawłem Bretigny poszła do salonu.
Do wieczora było jeszcze daleko, gdyż na stacyach leczniczych obiadują wcześnie. Andermatt, wziąwszy szwagra pod rękę, mówił:
— Mój kochany Gontranie, jeśli ten stary ma racyę, jeżeli analiza wykaże to, czego się spodziewa doktór Latonne, bardzo być może że spróbuję nawiązać tu wielki interes: stworzę miasto wód! Wiesz, miasto, którego wody mineralna byłyby centrum przyciągającem.
Zatrzymał się na środku ulicy i biorąc towarzysza za dwie klapy surduta, ciągnął:
— Ach! wy nie rozumiecie, wy zwyczajni ludzie, nie rozumiecie, co to za ciekawa rzecz — interes, afera, nie jakaś kupiecka, handlowa afera, ale wielka. Wsłuchawszy się w tętno jej życia, odnajdziesz tam wszystko: politykę, walkę, dyplomacyę. Trzeba zawsze szukać, znaleźć, wymyśleć, wszystko zrozumieć, wszystko przewidzieć, wszystko skombinować, wszystkiego spróbować. Wielkie bitwy nowoczesne toczą się za pomocą pieniędzy. Przed moim wzrokiem stoją wyraźnie stosusowe sztuki, jako mali żołnierze, w czerwonych spodniach, dwudziesto-frankówki, jak błyszczący porucznicy, bilety stufrankowe, jak kapitanowie, a tysiącfrankowe, jak generałowie. I ja walczę, walczę zawzięcie, od rana do wieczora, przeciwko całemu światu. To się nazywa żyć, żyć szeroko, jak niegdyś żyli potentaci. Dziś my jesteśmy potentatami, prawdziwymi, jedynymi potentatami. Patrzaj! Uważasz tę biedną, malutką wioskę? Ja z niej zrobię miasto — ja! Miasto wielkie, białe, z mnóstwem hoteli, przepełnionych ludźmi, z masą służby, powozów, z tłumem bogatych, obsługiwanych przez tłum biednych. Wszystko to dla tego, że mnie się podobało pewnego wieczora wydać bitwę Royal, które leży na prawo, Châtel-Guyon, leżącem na lewo, Mont-Dare, La Bourboule, Châteauneuf, Saint-Nechaire, leżącemi za nami, Vichy, które przed nami leży. Zwyciężę ich, gdyż posiadam na to sposób jedyny. Widzę ich wszystkich jednem spojrzeniem oka z taką jasnością, jak wielki generał widzi słabe strony nieprzyjaciela. Trzeba umieć prowadzić ludzi, pociągnąć ich za sobą i powstrzymać. O tak! Życie staje się innem, kiedy można podobne interesa prowadzić. Teraz będę miał na trzy lata uciechy z mojem miastem. Uważaj przytem, co za szansa znaleźć tutaj tego inżyniera, który zadziwiające rzeczy dziś po obiedzie opowiadał. System jego jasny, jak dzień. Dzięki jemu ja mogę zrujnować dawne stowarzyszenie, nie potrzebując go wcale kupować.
Poszli drogą, idącą lekko pod górę i prowadzącą do Châtel-Guyon.
Gontran ciągnął dalej:
— Ile razy przechodzę koło mego szwagra, słyszę zawsze w jego głowie taki sam szum, jak w salach Monte-Carlo. Jest to szum, pochodzący z dźwięku rzucanego, przesuwanego, wygranego i przegranego złota.
Andermatt przedstawiał rzeczywiście podobieństwo do jakiejś dziwnej maszyny ludzkiej, zrobionej jedynie do rachowania i manipulowania pieniędzmi. On w tej gałęzi posiadał nawet pewną specyalną kokieteryę i dumnym był z tego, że potrafi na pierwszy rzut oka oznaczyć rzeczywistą wartość każdej rzeczy. Dlatego też w każdej chwili, w każdem miejscu, gdzie się tylko znajdował, zajęty był zawsze badaniem, obracaniem czegoś, co kończyło się uwagą: to tyle a tyle kosztuje.
Żona i szwagier, wiedząc o tej manii, żartowali z niego i starali się go oszukać, podsuwając mu do ocenienia jakieś drobiazgi, a spostrzegłszy niepewność lub wahanie się, śmiali się oboje jak szaleńcy. Często bardzo, w Paryżu jeszcze, Gontran zatrzymywał go na ulicy przed magazynem jakimś i zmuszał do ocenienia całej wystawy w witrynie, kulawego konia fiakra, wozu, przewożącego kogoś z mieszkania do mieszkania wraz ze wszystkiemi meblami.
Przy stole, wieczorem, w czasie przyjęcia u siostry, męczył Williama, aby mu powiedział, jaką może przedstawiać wartość np. obelisk; kiedy Andermatt zacytował jakąś liczbę, Gontran zarzucał go nowem pytaniem: co kosztuje most Solferino lub Łuk Tryumfalny L’Etoile. Wysłuchawszy tego konkludował poważnie:
— Pan mógłbyś podjąć się bardzo ciekawej pracy, obliczenia wartości najgłówniejszych pomników świata całego.
Andermatt nigdy się nie gniewał, a wszystkie żarty znosił spokojnie, jako człowiek wyższy i pewny siebie.
Pewnego dnia zagadnął go Gontran:
— A ja — ile też wart jestem?
William odmówił odpowiedzi, a Gontran dopytywał się natarczywie:
— Przypuśćmy, żebym został przez zbójów pochwycony ile dałbyś pan, ażeby mnie wykupić?
Po chwilce odrzekł:
— Cóż... naturalnie... wymieniłbym ciebie na bilety bankowe.
Uśmiech jego był tak znaczący, że Gontran nie śmiał dopytywać się dalej.
Andermatt, posiadając umysł wyrafinowany, lubił drobne wyroby artystyczne, znał się na nich wybornie i zbierał je z takiem samem drobiazgowem znawstwem, jakie poświęcał wszystkim sprawom handlowym.
Idąc, zbliżali się właśnie do jakiegoś domu, mającego wygląd mieszczański. Gontran zatrzymał go.
— Tutaj rzekł.
Na ciężkich drzwiach dębowych wisiał żelazny młot; zastukali i po chwili chuda służąca wyszła im otworzyć.
Andermatt spytał:
— Czy pan Oriol w domu?
Na co odpowiedziano:
— Proszę wejść.
Obaj weszli do kuchni, do obszernej wiejskiej kuchni, w której dopalał się jeszcze ogień pod kociołkiem. Stąd przeszli do innej izby, w której zgromadzoną była rodzina Oriolów. Ojciec spał, oparty plecami o poręcze krzesła, z nogami wyciągniętemi na inne krzesło. Syn, na dwóch łokciach wsparty, czytał Petit Journal z silnem natężeniem słabej głowy, która cudze myśli zatrzymywała z wielkim trudem, a w wycięciu okna siedziały dwie córki i pracowały razem, wyszywając wielką serwetę, każda pracując z innego końca.
Spostrzegłszy nieznajomych, powstały jednocześnie zdziwione, nieoczekiwaną wizytą; potem olbrzymi Jakób podniósł leniwie głowę, ociężałą zbytnią pracą mózgu, następnie obudził się stary Oriol i przyciągnął ku sobie jednę po drugiej obie nogi, spoczywające na krześle.
Izba była bardzo skromną, wybielona wapnem, o kamiennej podłodze, miała krzesełka wyplatane słomą, komodę z czerwonego drzewa, cztery oszklone ryciny Epinala i wielkie białe firanki.
Wszyscy patrzyli na siebie, a na progu stała służąca z podniesioną do kolan spódnicą, przykuta do miejsca ciekawością.
Andermatt przedstawił swego szwagra, hrabiego Ravenel, ukłonił się długim, eleganckim ukłonem obu panienkom, następnie usiadł spokojnie i rzekł:
— Panie Oriol, przychodzę do pana w interesie. Nie będę się długo rozwodził, ażeby panu całą sprawę wyłuszczyć. Rzecz się tak ma. W winnicy pańskiej odkryło się źródło. Za kilka dni analiza chemiczna wody będzie dokonaną. Jeżeli ona wykaże, że źródło nic nie warte, naturalnie transakcya upada; jeżeli zaś rzecz będzie się miała przeciwnie — jak mam powody przypuszczać — proponuję panu nabycie tego miejsca i gruntów przylegających. Proszę o tem pomyśleć. Nikt inny prócz mnie nie może panu zrobić tej propozycyi, jaką ja robię. Dawne stowarzyszenie dobiega już końca życia, niema więc nadziei, ażeby mogło nowy zakład zbudować; niepowodzenie zaś przedsięwzięcia prawdopodobnie nie zachęci nikogo do prób nowych. Dziś nie żądam jeszcze od pana stanowczej odpowiedzi; proszę się naradzić z rodziną. Kiedy analiza będzie dokonaną, naznaczy mi pan cenę; jeżeli ona odpowie moim warunkom zgodzę się, jeżeli nie to nie. Nie mam zwyczaju nigdy targować się.
— Chłop, człowiek kuty w interesach po swojemu, przebiegły jak rzadko, odpowiedział bardzo grzecznie, że obaczy, jak to jeszcze będzie, że pomyśli, że rad jest bardzo z zaszczytu, jaki go spotyka — i zaproponował szklaneczkę wina.
— Przynieście-no światła, dziewczęta.
— Podniosły się obie, przeszły razem do sąsiedniego pokoju i wróciły, jedna niosąc w ręku dwie zapalone świece, druga cztery małe szklaneczki do wina, proste, bez nóżek, jakie zwykle ubodzy ludzie używają na wsi. Świece były nienadpalone jeszcze, ozdobione u dołu nacinanym różowym papierem i widocznie zdobiły kominek dziewcząt.
Olbrzym powstał, aby pójść do piwnicy; było to przywilejem mężczyzn.
Wtedy Andermatt zagadnął Oriola:
— Byłbym rad bardzo oglądać pańską piwnicę. Musi ona być dobra, bo pan jesteś uważany za najlepszego winiarza w okolicy.
Oriol, wzruszony tą uwagą, sam ofiarował się zaprowadzić ich i biorąc jednę ze świec, poszedł pierwszy. Przeszli znowu przez kuchnię, weszli na dziedziniec, gdzie o zmroku widać było jeszcze wypróżnione beczki, sztorcem stojące, olbrzymie granitowe kamienie młyńskie w kąt zatoczone, z dziurą wydrążoną pośrodku, podobne do kół jakiegoś olbrzymiego, starożytnego wozu, następnie stara tłocznia do wina, zużyta, poczerniała, której zawiasy połyskiwały do światła, rozmaite narzędzia pracy, których stal wypolerowana robotą przypominała blaskiem broń wojskową. Wszystkie te rzeczy i narzędzia oświetlały się powoli, w miarę, jak przechodził koło nich Oriol ze świecą.
Już czuć było zapach wina i rodzynek suszonych, gniecionych. Nareszcie stanęli przed drzwiami na dwa zamki zamkniętemi. Oriol otworzył je i nagle, podnosząc ponad głową świecę, ukazał długi szereg beczułek, ustawionych rzędem, a ponad niemi, a raczej na ich bokach spoczywał drugi szereg mniejszych. Najprzód pokazał, że piwnica ciągnęła się aż pod górę, następnie mówił, co zawiera każda kadź i beczułka, ile lat, z jakich zbiorów pochodzi, jaka jej specyalna wartość, a kiedy się zbliżyli do beczki familijnej, stary pogładził ją tak, jak się gładzi grzywę ukochanego konia i rzekł z dumą:
— Panowie popróbują z tej. Niema takiego wina w butelkach, które byłoby warte tego, ani tu, ani w Bordeaux, ani gdzieindziej.
On kochał chłopską miłością wino, pozostałe w beczkach.
Olbrzym, który szedł za nim z konewką w ręku, pochylił się, pokręcił kran, a ojciec przyświecał mu z taką uwagą, jakby wykonywał niezmiernie ważną robotę.
Świeca rzucała światło wprost na twarz i starą głowę chłopa.
Andermatt szepnął na ucho Gontranowi:
— Jakie ciekawe typy!
Młody człowiek na to:
— Mnie się więcej podobają dziewczęta.
Wrócili z powrotem.
— Należałoby teraz pić przyniesione wino i pić dużo, ażeby się Oriolom przypodobać.
Dziewczęta zbliżyły się do stołu i robiły dalej swoją robotę, tak, jakby oprócz nich w izbie nie było nikogo. Gontran prawie oka z nich nie spuszczał, sam siebie zapytując: czy one bliźnięta? — tak mu się wydawały podobnemi do siebie. Bliższa uwaga pozwalała dopatrzeć różnicy: jedna była nieco pełniejszą, mniejszą, druga posiadała lepsze ułożenie. Włosy ich ciemne, ale nie czarne, kręcące się w małe pukle na skroniach, za najlżejszem poruszeniem głowy połyskiwały. Szczęki i czoło posiadały nieco wydatne — charakterystyczny rys rasy owerniackiej — policzki nieco za pełne, przytem usta zachwycające, oko piękne, brwi nieposzlakowanej równości, a obok tego wszystkiego jakąś ponętną świeżość twarzy. Patrząc na nie, można było z łatwością zgadnąć, że się w tym domu nie wychowały, ale na jakiejś eleganckiej pensyi, w klasztorze, gdzie się kształcą bogate szlacheckie panienki z Owernii i tam nauczyły się światowych manier.
Gontran, spoglądając ze wstrętem na różową szklankę, stojącą przed nim, trącił nogą Andermatta, ażeby go do wyjścia przynaglić. Wstali wreszcie, uścisnęli energicznie ręce chłopów i pożegnali ceremonialnie obie panienki, które tym razem nie powstały z krzeseł, a tylko lekkiem skinieniem głowy na pożegnanie odpowiedziały.
Gdy się tylko znaleźli na ulicy, Andermatt począł mówić:
— Uważasz, mój drogi, co za ciekawa rodzina! Jak ona wymownie świadczy o zaludnieniu się świata. Przedewszystkiem potrzebny syn, ażeby było komu winnicę uprawić i oszczędzać — głupia wprawdzie oszczędność — ale on tworzy naród. Co do kobiet, one stanowią zawsze to, co się u nas nazywa światem. Niech tylko wyjdą dobrze za mąż, a ręczę ci, że będą takie same, jak nasze żony, nawet lepsze od wielu. Bardzo rad jestem, żem poznał tę rodzinę, jest to radość geologa, który znalazł zwierzę trzeciorzędowej formacyi.
Gontran spytał:
— Która się panu lepiej podoba?
— Jakto, która? Z czego która?
— Z tych dwóch dziewczynek.
— A, mój Boże! To mię nic nie interesuje! Nie patrzyłem na nie wcale tyle, ażeby módz porównywać. Ale, cóż to pana może obchodzić, przecież nie masz pewnie zamiaru wykraść której z nich?
Gontran śmiać się począł:
— O, nie! Ale jestem zachwycony tem, że raz przecież widzę kobiety świeże, prawdziwie świeże, jakich u nas nie napotyka się nigdy. Lubię patrzeć na nie tak, jak pan patrzysz na chłopskie typy. Nic mnie bardziej nie zachwyca, jak ładna dziewczyna, mniejsza o to skąd i z jakiej klasy. Są to moje cacka artystyczne. Nie zbieram ich, ale podziwiam, podziwiam namiętnie, jak prawdziwy artysta, bezinteresownie! Co pan chcesz — mnie się to podoba! A propos, czy nie mógłbyś mi pan pożyczyć pięciu tysięcy franków?
Andermatt zatrzymał się i zawołał energicznie:
— Jeszcze!
Gontran odrzekł mu z pewną prostotą:
— Zawsze!
Potem obaj podążali dalej spokojnie. Andermatt nie mógł wytrzymać.
— Co pan u licha robisz z pieniędzmi? — spytał:
— Wydaję...
— Tak, ale pan wydajesz za wiele.
— Mój przyjacielu, wydawać pieniądze jest taką moją namiętnością, jak pańską — gromadzić. To jasne.
— Bardzo dobrze, ale pan wydanych pieniędzy nie zarabiasz.
— To prawda... Nie umiem... Nie można umieć wszystkiego. Pan n. p., umiesz zebrać pieniądze, ale nie umiesz ich wydać. Panu się zdaje, że pieniądz służy tylko do interesu. Co do mnie, nie umiem wprawdzie zarobić, ale potrafię doskonale wydać. Pieniądze dają mi tysiące przyjemności, których pan nie znasz wcale. Jesteśmy stworzeni na szwagrów: doskonale się uzupełniamy.
— Jaki adwokat! Nie, ja panu nie dam pięciu tysięcy franków, ale pożyczę panu piętnaście tysięcy... gdyż... za kilka dni może mi pan będzie potrzebny.
Gontran odrzekł mu bardzo spokojnie:
— W takim razie daj mi pan pięć tysięcy na rachunek.
Andermatt, milcząc, poklepał go po ramieniu.
Zbliżali się do parku, oświetlonego lampionami, wiszącymi na gałęziach drzew. Orkiestra z kasyna grała jakąś klasyczną aryę powolnie, wyglądającą kulawo, pełną dziur; ci sami czterej artyści znudzeni już nareszcie byli graniem dla liści drzew i strumyków górskich, przybici myślą, że w końcu miesiąca nie otrzymają należnej im gaży, gdyż Piotr Martel spłacał należności koszami wina i butelkami likierów, którychby nie wypili nigdy goście kąpielowi.
Pośród harmideru, wywołanego koncertem, można było odróżnić szum od bilardu dochodzący, uderzenia bil i głosy wołające: dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa...
Andermatt i Gontran poszli na górę. Tylko panowie Aubry-Pasteur i doktor Honorat, pili kawę obok muzykantów. Piotr Martel i Lapalme, grali zwyczajną swoją gwałtowną partyę, a kasyerka budziła się z drzemki, pytając?
— Czego chcą ci panowie?