Przejdź do zawartości

Mont-Oriol/Część pierwsza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Mont-Oriol
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1912
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Mont-Oriol
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Śniadanie trwało długo, jak zwykle przy table d’hôte. Krystyna, nie znając nikogo, rozmawiała z ojcem i bratem. Potem poszła do swego pokoju odpocząć nieco przed zapowiedzianem wysadzeniem skały w powietrze.
Za godzinę była zupełnie wypoczętą i nakłaniała wszystkich do pośpiechu, aby być obecną przy eksplozyi.
Przy wyjściu ze wsi, w rozwarciu doliny, widać było rzeczywiście pagórek, górę prawie, którą towarzystwo przeszło drożyną, prowadzącą między winnicami pod palącem słońcem południa. Kiedy stanęli na wierzchołku, młoda kobieta krzyknęła z zachwytu i podziwu na widok bezbrzeżnego obrazu, ścielącego się przed jej oczyma. Naprzeciwko niej ciągnęła się nieskończona równina, sprawiająca wrażenie oceanu. Ciągnęła się ona lekką mgłą otoczona, łagodnie aż do podnóża dalekich gór, ledwie dostrzegalnych w oddaleniu jakich pięćdziesięciu, lub sześćdziesięciu kilometrów. Po za tą przeźroczystą i delikatną mgłą widać było miasto, wsie, lasy wielkie, żółte szachownice dojrzałych zbóż, fabryki z wysokimi, czerwonymi kominami i czarne dzwonnice, budowane z lawy wygasłych wulkanów.
— Obróć się rzekł brat.
Obróciła się i poza sobą ujrzała olbrzymią górę, uwieńczoną kraterem. Najprzód roztaczało się zagłębienie doliny Enval, jako szeroka fala zieleni, pośród której zaledwie widać było występy skalne wąwozów. Fala drzew wnosiła się na pochyłości coraz wyżej i wyżej aż do pierwszego zaklęśnięcia, uniemożebniającego widok dalszych załamów. Ponieważ znajdowano się właśnie na linii podziału płaszczyzn i gór, widać było, jak pasma tych ostatnich, ciągnące się na prawo ku Clermont-Ferrand, oddalając się, tworzyły na błękitach nieba dziwne, najeżone szczyty były to wygasłe wulkany.
Dalej znowu w perspektywie, pomiędzy dwoma wierzchołkami gór, wznosił się inny szczyt, wyższy, dalszy, okrągły, majestatyczny, na którego czubie widniało coś na podobieństwo ruin.
Był to szczyt pasma gór owerneńskich, potężny, ociężały, noszący na swojej głowie koronę, włożoną mu przez jednego z największych narodów — świątynię rzymską.
Krystyna zawołała:
— O, jakże byłabym szczęśliwą tutaj!
Czuła się rzeczywiście szczęśliwą, przepełnioną samozadowoleniem, przenikającem ciało i serce, pozwalającem oddychać swobodnie, nadającem człowiekowi jakąś świeżość i lekkość, ile razy przybywa do okolicy, która pieści oczy, czaruje, upaja i zdaje się roztwierać do ciebie ramiona, jakbyś był dla niej stworzony.
Posłyszawszy wołanie:
— Pani! pani! — spostrzegła nieco dalej doktora Honorata, którego poznała po kapeluszu. Doktor zbliżył się i odprowadził całą rodzinę na inny stok góry, w stronę lasku, porosłego niewielkiemi drzewami, gdzie oczekiwało ze trzydzieści osób, cudzoziemców i gospodarzy miejscowych.
U nóg ich była spadzista pochyłość, schodząca aż do drogi z Riom, ocienionej wierzbami, osłaniającemi mały strumień; po środku zaś winnicy, nad brzegiem strumienia wznosiła się wielka, spiczasta skała, przed którą klęcząc, jakby się modliło dwóch ludzi. Był to właśnie ów kamień ojca Oriol.
Oriolowie, ojciec i syn, przymocowywali lont. Na drodze tłum ciekawych, gospodarzy, gromadka niespokojnych gapiów spoglądała ku nim.
Doktor Honorat wybrał wygodne miejsce dla Krystyny, która usiadła z bijącem sercem, jakby wraz ze skałą miano wysadzić w powietrze i zgromadzonych tu ludzi. Markiz, Andermatt i Paweł Bretigny położyli się na trawie obok młodej kobiety, a Gontran stał i żartował z doktora Honorata.
— Kochany doktor ma pewnie więcej czasu, niż jego koledzy, którzy prawdopodobnie nie mają chwili do stracenia, ażeby na tę małą przybyć uroczystość.
— Doktor Honorat odpowiedział dobrodusznie:
— O, nie! Ja nie jestem wcale mniej zajęty tylko moi chorzy nie pochłaniają mi obecnie tak wiele czasu.
A potem dodał:
— Zresztą, ja wolę rozrywać moich chorych, niż karmić ich lekarstwami.
Mówiąc to, miał minę drwiącą, która się bardzo podobała Gontranowi.
Przybywało coraz więcej osób, sąsiadki z table d’hôte, panie Pailledeux, matka z córką, panowie Monécu, ojciec i syn i mały gruby człowieczek, sapiący jak kocioł parowy, pan Aubry Pasteur, niegdyś inżynier kopalń, który w Rosyi dorobił się fortuny.
Usiadł on z wielkim trudem, z pewnymi przygotowawczymi ruchami ostrożności, które bardzo bawiły Krystynę. Gontran oddalił się nieco, aby się przypatrzyć innym ciekawym osobom, zgromadzonym na wzgórzu.
Paweł Bretigny pokazywał Krystynie krajobraz, rozwijający się w dali. Widać było najprzód Riom, przedstawiające się jako plama różowa, potem kępę topoli na równinie, następnie Ennezat, Meringues, Leroux, gromadkę wiosek ledwie dostrzegalną, tworzących jakby ciemne piętno na tle nieprzerwanej zieloności, a dalej u podnóża góry Forez, zdawało mu się, że widzi Thiers. Ożywiając się, mówił:
— Uważa pani? Proszę patrzeć prosto na mój palec. Ja widzę bardzo dobrze.
Ona nie widziała nic, ale nie dziwiła się wcale, że on widzi, gdyż patrzył swojem okrągłem, bystrem okiem drapieżnego ptaka, które, zdawało się, sięgało tak daleko, jak luneta morska.
Potem zabrał głos znowu:
— Illier płynie przed nami, pośród tej równiny, ale niepodobna go dojrzeć. Jest on za daleko — około trzydziestu kilometrów stąd.
Krystyna nie starała się wcale wyszukać tego, co on wskazywał, gdyż cała jej uwaga, myśl i spojrzenie skoncentrowane były na skale. Myślała sobie, że za chwilę ten wielki kamień już istnieć nie będzie, że się w proch rozsypie i jakieś współczucie uczuła dla tego kamienia, współczucie małej dziewczynki dla rozbitej zabawki. Kamień ten już od tak dawna siedział na tem samem miejscu i tak mu było z tem dobrze. Dwaj owi ludzie powstali w tej chwili i poczęli zgromadzać kamyczki u nóg swoich rozrzucone, robiąc przyspieszone ruchy łopatą.
Tłum ludzi, coraz wzrastający na drodze, zbliżył się nieco. Chłopcy kręcili się koło obu pracowników, potrącali ich, biegali jak młode, wesołe zwierzątka. Z wyniosłego pagórka, na którym znajdowała się Krystyna, ludzie ci wydawali się małymi, gromadką mrówek, pracujących na mrowisku. Szmer głosów ludzkich podnosił się do góry to ledwie dosłyszalnymi dźwiękami, to żywiej; ten zmieszany tłum głosów i ruchów ludzkich, rozpraszający się w powietrzu, stanowił coś podobnego do pyłu, powstałego ze sproszkowanej mowy ludzkiej.
Na wzgórzu tłum powiększał się także przybywającymi ciągle ze wsi i pokrywał pochyłość, dominującą nad skazaną na rozsadzenie skałą.
Nawoływano się wzajemnie, łączono się hotelami, klasami, kastami. Najgłośniejsze było zgromadzenie aktorów i muzykantów, na którego czele stał i rządził Piotr Martel z Odeonu, porzuciwszy zwykłą swoją partyę bilardu.
W panamie na głowie, z zarzuconą na ramiona czarną zarzutką, z pod której wychylał się przód bez kamizelki, uważanej widocznie w polu za zbyteczną, z brzuchem, jak garb sterczącym, wąsaty aktor miał minę dowódcy, wskazującego, tłómaczącego, koncentrującego wszystkie ruchy obu Oriolów.
Podwładni jego, komik Lapalme, pierwszy kochanek Petitniville i muzykanci maestra Saint-Landri, pianista Javel, gruby flecista Noiret i kontr-bas Nicordi otaczali go i słuchali. Przed nimi siedziały trzy kobiety, zasłonięte trzema parasolkami białą, różową i błękitną, które pod słońcem południa tworzyły dziwną i jaskrawą chorągiew francuską. Były to: panna Odelin, młoda aktorka, jej matka matka od lokacyi[1], jak mawiał Gontran, i kasyerka z kawiarni, zwyczajna towarzyszka tych pań. Stworzenie narodowych kolorów z parasolek było pomysłem Piotra Martel, który spostrzegłszy na początku sezonu kąpielowego błękitną i białą parasolkę u pań Odelin, dał kasyerce w prezencie różową.
Tuż obok nich zwracała na siebie uwagę i spojrzenia inna grupa, z kucharzy i kuchcików hotelowych złożona, w liczbie ośmiu, kłócących się z pomywaczami naczyń. Wszyscy oni stali, mając minę jakiegoś dziwacznego sztabu białych ułanów lub delegacyi kucharskiej, a słońce oświecało prosto ich płaskie czapeczki.
Markiz zapytał doktora Honorata:
— Skąd tu się wzięło tylu ludzi? Nie sądziłem nigdy, że Enval jest tak zaludnione!
— O! ludzie zeszli się ze wszystkich stron; są tu z Châtel-Guyon, z Tournoël, z Roche-Radiere, z Sant-Hippolite. Mówią tu już o tem w okolicy oddawna, przytem ojciec Oriol jest znakomitością, wskutek swego wpływu i fortuny, jest to zresztą prawdziwy Owerniak, który pozostał chłopem, pracuje sam, zbiera złoto, rozumny, pełen rozmaitych myśli i projektów względem swoich dzieci.
Gontran powrócił zaanimowany, z okiem błyszczącem i rzekł półgłosem:
— Pawle, Pawle! Chodź ze mną, pokażę ci dwie ładne dziewczyny; ale przyzwoite wiesz.
Przyjaciel podniósł głowę i odpowiedział:
— Mnie tu bardzo dobrze... ja się nie ruszę.
— Głupstwo robisz — ładne są, powiadam ci.
Później głosem podniesionym rzekł:
— Ależ doktor powie mi, co to są za jedne! Dwie dziewczynki: osiemnastu, dziewiętnastu lat, wyglądają na damy z okolicy, ubrane nieco dziwacznie w jedwabne, czarne suknie o rękawach obcisłych, coś w rodzaju ubrania klasztornego dwie brunetki...
Doktor Honorat przerwał mu:
— Dosyć tego. Są to dwie córki ojca Oriol, dwie ładne chłopki, wychowane w klasztorze w Clermont... i które dobrze wyjdą za mąż. Są to dwa typy naszej owerniackiej rasy i ja jestem Owernijczykiem, panie markizie; pokażę panu później te dzieciaki...
Gontran przerwał mu mowę złośliwie:
— Pan jesteś lekarzem rodziny Oriol?
Doktor zrozumiał tę złośliwość i odpowiedział mu tylko:
— Parbleu! — pełen ukrytej wesołości.
Młody człowiek spytał znowu:
— Jakimże sposobem doszedłeś pan do zdobycia zaufania tak bogatego klienta?
— Radząc mu pić dużo wina.
I opowiedział szczegóły o rodzinie Oriola. Zresztą był jej krewnym i znał ją oddawna. Stary Oriol, oryginał, dumnym był ze swego gatunku wina, jednego z tych, które spożywa tylko rodzina i zaproszeni goście. Były lata, kiedy wypijano go olbrzymią beczkę, ledwie z trudnością mogąc się z nią uporać.
W maju lub czerwcu, kiedy ojciec widział, że tego, co zostało, sam nie pokona, zachęcał swego syna, Olbrzyma, powtarzając:
— Słuchajno, czopie, trzeba się z tem załatwić.
Wtedy od rana do wieczora wlewali sobie do gardła litry czerwonego wina. Dwadzieścia razy w czasie każdego jedzenia, nachylając koneweczkę nad szklanką syna, mówił:
— Trzeba skończyć.
Ponieważ zaś wino, przesycone alkoholem, rozgrzewało mu krew i spać przeszkadzało, wstawał w nocy, zapalał latarkę, wdziewał spodnie i budził swego kolosa, poczem wziąwszy po kawałku chleba ruszali do beczki z winem. Kiedy już sobie brzuchy napełnili, że aż im dudniły, ojciec stukał w beczkę i próbował, o ile poziom płynu obniżył się.
Markiz przerwał:
— To oni pracują przy skale?
— Tak, oni.
W tej chwili właśnie obaj mężczyźni oddalili się od skały, podsypanej prochem, a cały tłum ludzi na dole uciekać począł, jak armia w odwrocie. Jedni zwrócili się w kierunku ku Riom, drudzy w kierunku Enval, zostawiwszy skałę znowu samotną na małem wzgórzu, porosłem trawą i zarzuconem kamieniami, gdyż, jak powiedzieliśmy, skała dzieliła winnicę na dwie połowy, a części, dotykające bezpośrednio do owego kamienia, oczyszczone jeszcze nie były.
Tłum na górze również liczny, jak na dole, drżał z niecierpliwości, kiedy silny głos Piotra Martel zawołał:
— Ostrożnie! Lont zapalony!
Krystyna dostała jakiejś drżączki z oczekiwania. Doktor szeptał jej z tyłu:
— Jeżeli oni włożyli cały lont, który kupili, będziemy jeszcze z dziesięć minut czekać.
Wszystkie spojrzenia skierowane były na kamień, kiedy mały, czarny piesek zbliżył się doń. Obiegł naokoło, pokręcił się i poczuwszy zapewne jakiś zapach odrębny, począł szczekać z całej siły, wytężywszy nogi, najeżywszy włosy na grzbiecie, wyprostowawszy ogon i uszy.
Przez tłum przeleciał śmiech dziki; spodziewano się, że nie ucieknie przed czasem. Poczęto wołać na pieska, mężczyźni świstali, rzucali kamienie, które nie dosięgały nawet pół drogi. Pies ani się poruszył i zajadle na skałę szczekał.
Krystyna drżeć poczęła, przestrach ją ogarnął na myśl, że będzie musiała patrzeć na śmierć niechybną; cała przyjemność była zepsutą. Chciała odejść i głosem nerwowym, pełnym niepokoju, mówiła:
— Ach! Boże mój! Boże! Biedaczek zginie! Nie chcę patrzeć na to, nie chcę... Chodźmy!
Sąsiad jej, Paweł Bretigny, wstał i nie mówiąc ani słowa, biedz począł ku skale z całą szybkością, na jaką mu długie nogi starczyły.
Krzyk przestrachu wyrwał się z ust wszystkich, wrażenie grozy przebiegło tłum cały; piesek, widząc zbliżającego się ku niemu człowieka, schował się za skałą, Paweł pobiegł za nim, pies znowu obiegł wkoło i tak chwil parę biegali wkoło niej, jakby się bawili w chowanego.
Widząc nareszcie, że psa nie spędzi, młody człowiek wrócił na miejsce, a pies z jeszcze większą wściekłością rozpoczął szczekanie.
Nieopatrznego śmiałka przywitano wykrzykami gniewu, gdyż ludzie nigdy nie przebaczają tym, którzy im napędzają strachu.
Krystynę wzruszenie pozbawiło oddechu, obiema rękami przycisnęła serce, mocno bijące.
Straciła głowę do tego stopnia, że pytała Pawła:
— Pan nie jesteś raniony, prawda?
Gontran rozwścieczony wołał:
— Ależ to bałwan! On zawsze z jakiemś głupstwem wyskoczy; nie znam podobnego idyoty!
Wtem zadrżała ziemia, gwałtowny wybuch wstrząsnął całą okolicą i długą chwilę echo powtarzało go, jak wystrzał armatni w górach.
Krystyna widziała tylko deszcz kamieni, spadających i wysoką kolumnę sproszkowanej ziemi.
Natychmiast cały tłum z góry poruszył się, jak fale, i z krzykiem w dół się rzucił; przodem wyskakiwał cały batalion kuchcików po wzgórzu, pozostawiwszy z tyłu za sobą tłum komedyantów, spuszczających się w dół z Piotrem Martel na czele.
Trzy różnokolorowe parasolki zostały zagarnięte także w tym pochodzie.
Wszyscy biegli, mężczyźni, kobiety, chłopi, mieszczanie. Padali, podnosili się, biegli znowu i zmieszawszy się razem na drodze podążali do miejsca eksplozyi.
— Poczekajmy trochę — rzekł markiz — zobaczymy wszystko potem, niech się ciekawość powszechna zaspokoi nieco.
Inżynier Aubry-Pasteur upadł i podniósłszy się z wielkim trudem odrzekł:
— Ja wracam do wsi ścieżkami. Nie mam tu więcej już nic do widzenia.
Uścisnął ręce wszystkich, ukłonił się i poszedł.
Doktor Honorat znikł także. Rozmawiano o nim właśnie. Markiz zwrócił się do syna:
— Znasz go dopiero od trzech dni, a wyśmiewasz ciągle; skończy się na tem, że go obrazisz.
Gontran wzruszył ramionami.
— Oh, nie! To filozof, to sceptyk. Ręczę ci, że się nie rozgniewa. Kiedy jesteśmy sami, on śmieje się z całego świata i ze wszystkich, poczynając od chorych a kończąc na swoim zakładzie leczniczym. Ręczę ci, że on nigdy nie rozgniewa się za moje żarty!
W dole, na miejscu roztrzaskanej skały, panowało jednak nadzwyczajne wrzenie. Olbrzymi tłum poruszał się, trącał, falował, krzyczał pod wpływem jakiegoś wzruszenia, jakiegoś niespodziewanego podziwu.
Andermatt, zawsze czynny i ciekawy, powtarzał:
— Co tam takiego? co tam takiego?
Gontran obwieścił, że pójdzie zobaczyć i poszedł, Krystyna zaś, uspokojona teraz, myślała, że przecież, gdyby lont był trochę krótszy, sąsiad jej byłby roztrzaskany odłamkami kamieni, dla tego tylko, że ona obawiała się o życie psa. Myślała sobie, że człowiek ten musi być przecież silnym i odważnym, ażeby się wystawiać na niebezpieczeństwo bez racyi żadnej, dlatego tylko, że nieznajoma kobieta tego chciała.
Na drodze widać było ludzi biegnących do wsi. Markiz z kolei zapytał:
— Co się tam stało?
Andermatt, nie mogąc dłużej wytrzymać, począł schodzić. Gontran z dołu dał im znak, aby przyszli.
Paweł Bretigny zapytał:
— Mogę pani służyć ramieniem?
Przyjęła jego ramię, które się jej wydało żelaznem; ponieważ noga jej ślizgała się po trawie, opierała się na jego ramieniu z całem zaufaniem, jak na poręczy od schodów.
Gontran, idąc na ich spotkanie, wołał:
— Jest źródło! Eksplozya przyczyniła się do jego wytryśnięcia.
Weszli wszyscy w tłum. Paweł i Gontran, idąc przodem, odtrącali ciekawych i nie troszcząc się o głosy niezadowolenia, otwierali drogę Krystynie i jej ojcu.
Postępowali śród stosów kamieni ostrych, złamanych, poczerniałych od prochu i stanęli nareszcie przed jamką, napełnioną błotnistą wodą, która kłębiąc się, spływała do strumienia pomiędzy nogami ciekawych. Andermatt był już na miejscu, ująwszy sobie publiczność szczególnym sposobem — co, jak mawiał Gontran, było jego właściwością, a wpatrywał się z głęboką uwagą w ziemię i wypływającą wodę.
Doktor Honorat, stojąc naprzeciwko niego z drugiej strony szczeliny, z której wypływała woda, wpatrywał się także w twarz, wyrażającą znużone oczekiwanie. Andermatt rzekł:
— Trzeba pokosztować, może to mineralna woda.
Lekarz odpowiedział:
— Z pewnością mineralna; tu każda woda mineralna. Mamy więcej źródeł, niż chorych.
Andermatt rzekł znowu:
— Pomimo to należy jej spróbować.
Doktor niewiele sobie robił z tej uwagi.
Trzeba przynajmniej poczekać, aż będzie czystą — odrzekł.
Każdy pragnął oglądać źródło. Ci, co stali w drugim rzędzie, napierali na pierwszych. Dziecko jakieś wpadło do wody — śmiech powstał.
Oriolowie, ojciec i syn, stali także, spoglądając poważnie na tę niespodziankę, nie wiedząc, co myśleć o tem wszystkiem. Ojciec był wysoki, suchy, szczupły, chudy, z kościstą i ociężałą głową, ogolony; syn, jeszcze wyższy, olbrzym prawie, równie szczupły, nosił wąsy, miał minę trochę wojskową, a trochę plantatora winnic.
Źródło biło, zdawało się, z coraz większą siłą, powiększało się, a woda oczyszczała.
Wśród publiczności ruch powstał i doktor Latonne ukazał się ze szklanką w ręku. Potniał, sapał i nareszcie, spostrzegłszy doktora Honorata z nogą postawioną na brzegu źródła, jak jenerała, stawiającego pierwszy krok na miejscu zdobytem, uczuł się jakby przygnębionym.
Spytał go zadyszany:
— Próbowałeś pan?
— Nie, czekałem aż się oczyści.
Poczem doktor Latonne pogrążył swoją szklankę i pił z miną skupioną, jak znawcy piją wino, smakując, poczem dodał:
— Doskonała!
Co prawda, to określenie to nic nie mówiło. Poczem, wyciągając szklankę do rywala, rzekł:
— Pozwolisz pan?
Doktor Honorat nie lubił widocznie wód mineralnych, gdyż odrzekł mu z uśmiechem:
— Dziękuję, wystarcza mi, że pan ją oceniłeś. Ja znam jej smak.
Następnie, zwracając się do ojca Oriol, rzekł:
— Pańskie wino więcej warte!
Staremu to pochlebiło.
Krystyna miała już dosyć tego widoku i chciała odejść. Brat jej i Paweł znowu przez tłum torowali jej drogę, a ona szła oparta na ramieniu ojca. Nagle pośliznęła się, ledwie nie upadła i, spojrzawszy pod nogi, spostrzegła, że stąpiła właśnie na kawałek skrwawionego ciała, okrytego czarną sierścią, powalanego błotem; była to cząstka psa rozszarpanego roztrzaskaną skałą i stratowanego nogami przechodniów.
Oddech się jej zatamował i wzburzona do głębi, od łez się powstrzymać nie mogła. Obcierając łzy chustką, szeptała:
— Biedne, biedne małe stworzenie!
Nie chciała nic więcej słuchać, tylko wracać do domu i zamknąć się w pokoju. Dzień tak wesoło rozpoczęty, tak smutnie zakończył się dla niej. Czyżby to było złą wróżbą? Sciśnięte serce mocno jej biło.
Kiedy już byli sami na drodze, spostrzegli przed sobą wysoki kapelusz i duże poły surduta, które jak dwa czarne skrzydła wiatr rozwiewał. Był to doktor Bonnefille, który uwiadomiony ostatni, biegł do źródła, podobnie jak doktor Latonne, z szklanką w ręku.
Spostrzegłszy markiza, zatrzymał się.
— Co się tam stało, panie markizie? Mówiono mi, że... źródło... źródło mineralne...
— Tak, kochany doktorze.
— Obfite?
— O, tak...
— Czy oni... czy oni są tam?
Gontran odpowiedział poważnie:
— Są, naturalnie. Doktor Latonne dokonał już nawet analizy.
Doktor Bonnefille począł biedz znowu, kiedy Krystyna, już nieco uspokojona i rozśmieszona figurą doktora, rzekła:
— Ach! nie, niechcę iść do hotelu! Usiądźmy nieco w parku.
Andermatt pozostał na dole i przyglądał się, jak woda płynie.




  1. Dwuznacznik od „location“ — osobna kasa teatralna, gdzie się bilety kupują według wyboru naprzód.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.