Przejdź do zawartości

Mont-Oriol/Część pierwsza/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Mont-Oriol
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1912
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Mont-Oriol
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Pierwsi goście kąpielowi, ranne ptaszki, już spacerowali powolnie parami lub pojedynczo, w cienistej alei, wzdłuż potoku, spływającego z wąwozów Enval.
Inni przybywali z wioski i spiesznie zaludniali zakład. Był to wielki budynek, którego parter służył jako sala kuracyjna, a pierwsze piętro mieściło kasyno, kawiarnią i salą bilardową.
Od czasu odkrycia przez Doktora Bonnefille, w głębi wąwozu Enval, wielkiego źródła, nazwanego jego imieniem, kilku właścicieli z okolic, ostrożnych spekulantów, zdecydowało się pobudować w środku tej wspaniałej doliny Owernii, dzikiej a jednak wesołej, zacienionej orzechami, obszerny dom do użytku rozmaitego; w dole sprzedawano wodą mineralną, tusze i łazienki, w górze piwo i likiery.
Cześć wzgórza, wzdłuż potoku, oddzielono w celu urządzenia parku, niezbędnego w miejscu kąpielowem; zrobiono trzy aleje, jedną prostą a dwie w zygzaki, na końcu pierwszej urządzono sztuczne źródło mineralne, niezależnie od głównego, w specyalnie na ten cel wymurowanym, cementowanym rezerwoarze, nad którym się wznosił domek słomiany. Strzegła zaś źródła tego kobieta apatycznie nieruchoma, którą wszyscy nazywali po prostu: Maryą. Spokojna ta Owerniaczka, ubrana zawsze w biały czepiec, w biały, szeroki fartuch, pokrywający w zupełności prawie jej codzienną sukienką, spostrzegłszy gościa, zbliżającego się do źródła, podnosiła się powolnie z siedzenia. Poznawszy zaś, wyszukiwała jego szklanką w małej, oszklonej, ruchomej szafie i zdejmowała ją za pomocą osobnego przyrządu, umocowanego na końcu laski.
Gość, posępny, uśmiechał sią, wypijał wodą, podając szklanką, mówił: dziękuę — i odchodził. Marya zasiadała znowu na swojem krzesełku, wyplecionem słomą i oczekiwała nowego gościa.
A goście nie byli tu liczni. Stacya klimatyczna Enval, od sześciu lat dopiero otwartą była dla chorych i nie miała wcale więcej gości po tych sześciu latach próby, niż pierwszego roku.
Przyjeżdżało ich może około pięćdziesięciu, nęconych przedewszystkiem pięknością okolicy, czarem małej wiosczyny, schowanej w cieniu olbrzymich drzew, których pnie wyrównywały, zdawało się, wielkości domów i głośnej sławie wąwozów, rozwartych na wielką płaszczyzną Owernii, a zakończonych raptownie u podnóża wysokiej góry, najeżonej wygasłymi kraterami i rozpadliną wspaniałą i dziką, pełną poszarpanych skał, otoczonych jakąś prozą, pośród których płynął strumień w kaskadach po olbrzymich kamieniach, tworząc przed każdym małe jeziorko.
Stacya owa lecznicza rozpoczęła swoją egzystencyę tak, jak rozpoczynają wszystkie: broszurą Doktora Bonnefille o źródle, zachwalającą alpejską przyrodą stylem majestatycznym i sentymentalnym. Używał on tylko przymiotników wyborowych, zbytkowych, sprawiających wrażenie, a nie mówiących nic. Wszystkie okolice były malownicze, pełne wspaniałych widoków lub też obrazów spokojnych; wszystkie najbliższe miejsca spacerowe nosiły jakąś pieczęć samodzielności, zachwycającej artystów i podróżników. Po tem wszystkiem bez żadnych przegrywek, przechodził wprost do własności termicznych źródła Bonnefille, które było przesycone dwuwęglanem, sodą, kwasami, litem, żelazem i posiadało własność leczenia wszelkich chorób. Zresztą wyliczył on te choroby pod odrębnym tytułem: słabości chroniczne i ostre, specyalnie leczone w Enval; a liczba tych chorób była dość długą, rozmaitą i wielce pocieszającą dla rozmaitych kategoryj.
Broszurka kończyła się wskazówką co do życia praktycznego, ceną mieszkania, utrzymania, wyliczeniem hotelów, gdyż trzy hotele powstały równocześnie z zakładem leczniczym. Pierwszy hotel, zupełnie nowy, zbudowany na pochyłości wzgórza, panującego nad doliną, nazywał się Splendid, drugi — Hôtel des Thermes, był starą oberżą odświeżoną nieco, a trzeci, Hôtel Vidaillet, powstał po prostu wskutek kupna trzech domów sąsiednich, połączonych w jeden.
Potem, znienacka, dwóch nowych lekarzy zainstalowało się pewnego pięknego poranku w okolicy, a nikt nie wiedział nawet, skąd się tu wzięli. Lekarze w miejscach kąpielowych wychodzą ze źródeł, jak bańki gazu. Jeden nazywał się Doktor Honorat, Owernijczyk, a drugi Dr Latonne z Paryża. Szalona nienawiść wyrodziła się wkrótce między Drem Latonne a Drem Bonnefille, Dr Honorat zaś, gruby, czysty, uśmiechnięty, ogolony, wyciągał prawą rękę ku pierwszemu a lewą ku drugiemu i w dobrych stosunkach pozostał z obydwoma. Ale Dr Bonnefille z tytułem inspektora źródła i zakładu kąpielowego w Enval, panował nad sytuacyą.
Tytuł był jego siłą a zakład jego dziełem. On spędzał tam dnie, można nawet powiedzieć noce. Sto razy na dzień szedł ze swego domku, położonego tuż w pobliżu wioski, do gabinetu konsultacyjnego, umieszczonego na prawo od wejścia do zakładu. Zamknięty tam, jak pająk w sieci, śledził spacerujących chorych — spojrzeniem surowem, obcych — spojrzeniem pełnem gniewu. Ze wszystkimi rozmawiał na sposób kapitana okrętu i maltretował nowoprzybyłych, jeżeli nie zdołali sobie jego łaski zaskarbić.
Tego ranka właśnie, kiedy przechodził bystrym krokiem, tak że mu się poły od surduta rozwiewały, jak dwa skrzydła, zatrzymało go raptowne wołanie: Panie doktorze!
Odwrócił się. Szczupła jego postać, okryta zmarszczkami, na dnie których brud spoczywał, okolona siwiejącą, przystrzyżoną brodą, złożyła się do uśmiechu i doktor uchylił jedwabnego kapelusza, wysokiego, brudnego, zatłuszczonego, który mu płowe włosy pokrywał, „brudno-płowe“ — jak utrzymywał jego rywal, Dr Latonne. Doktor zrobił krok naprzód, pochylił się nieco i rzekł:
— Dzień dobry, panie markizie, — jakże się pan czuje?
Maleńkiego wzrostu, bardzo starannie ubrany markiz de Ravenel, wyciągnął ku niemu rękę i odrzekł:
— Bardzo dobrze, panie doktorze, bardzo dobrze, a przynajmniej nie źle. Czuję zawsze ból w pasie, ale nareszcie lepiej mi jest nieco, znacznie lepiej — a ja wziąłem dopiero dziesiątą kąpiel. Zeszłego roku poczułem ulgę przy szesnastej dozie, pan sobie przypomina?
— O, tak, doskonale.
— Ale nie o tem chciałem z panem mówić. Córka moja przyjechała dziś rano, chciałbym o niej pomówić z panem, gdyż zięć mój, pan Andermatt, Wilhelm Andermatt, bankier...
— Wiem, wiem...
— Mój zięć ma list rekomendacyjny do doktora Latonne. Co do mnie, ufam tylko panu i prosiłbym, abyś pan był łaskaw zajść do hotelu wcześniej... pan rozumie... Wolę być z panem otwarcie... ma pan czas teraz?
Dr Bonnefille nakrył głowę, był jakiś niespokojny, wzruszony.
— O, tak, mam czas... Czy mogą panu towarzyszyć?
— Alei naturalnie.
Zwróciwszy się tyłem do zakładu, poszli pod górą szybkim krokiem aleją, wiodącą do hotelu Splendid, zbudowanego na stoku góry, ażeby dać podróżnikom więcej widoków.
Na pierwszem piętrze weszli do salonu, dotykającego pokojów familijnych Ravenel’ów i Andermattów, i markiz poszedł do córki, zostawiwszy w salonie doktora.
Powrócił z nią prawie natychmiast. Była to kobieta młoda, blondynka, małego wzrostu, bardzo piękna, której rysy przypominały coś dziewiczego, a błękitne oko, patrzące śmiało, rzucało na młodych ludzi spojrzenia, nadające tej wątłej i małej osobie jakiś piękny rys stałości i niepospolitości charakteru. Do zdrowia brakowało jej nie wiele, nie miała żadnych nieokreślonych chorób, smutków, napadu łez i gniewu bez przyczyny, anemii, — pragnęła przedewszystkiem dziecka od dwóch lat, jak była zamężną.
Dr Bonnefille utrzymywał, że wody w Enval były znakomite i zabrał się natychmiast do spisania przepisów lekarskich, długością swoją przypominających protokóły sądowe.
Na wązkim, białym arkuszu papieru, przepisy jego układały się w liczne ustępy, każdy po kilka wierszy, kreślone pismem niespokojnem, najeżonem literami, jak punktami.
Flaszeczki, pigułki; proszki, przeznaczone do wzięcia na czczo, rano, w południe, wieczorem, zdawało się, spoglądały na ciebie z jakąś grozą, jakby było napisano: zważywszy, że pani X. jest chorą na chorobę chroniczną, niewyleczalną i śmiertelną:
Przyjmie: 1) siarkanu chiny, który ją nabawi głuchoty i utraty pamięci;
2) Bromku potasu, który jej zniszczy żołądek, osłabi wszystkie zdolności, twarz jej pokryje wyrzutami i zakazi jej oddech.
3) Jodku potasu, który wysuszając źródło wszystkich gruczołów wydzielających mózgu, zarówno jak i innych, da z czasem nepotyzm fizyczny, jak i głupotę;
4) Sylicatu sody, którego skutek leczniczy nie jest jeszcze udowodniony, ale który zdaje się prowadzić chorych a leczonych tym śródkiem do śmierci gwałtownej; w dodatku do tego: chloralu, sprowadzającego szaleństwo, belladonę, dającą ślepotę, wszystkie mieszaniny mineralne, zakażające krew, toczące organa, rozkładające kości, jednem słowem, niszczące za pomocą leczenia wszystko, co jeszcze choroba oszczędziła.
Doktor pisał długo na jednej, potem na drugiej stronie kartki, następnie podpisał to wszystko z miną urzędnika, podpisującego wyrok.
Młoda kobieta, siedząca naprzeciwko, spoglądała na niego z takiem pragnieniem śmiechu że kąty ust podnosiły się jej prawie.
Po wyjściu doktora, po konwencyonalnym ukłonie, wzięła kartkę zamazaną atramentem, skręciła ją w rurkę i na kominek rzuciła, potem głośnym śmiechem wybuchła:
— Ach, ojcze, — gdzieżeś ty wynalazł to zwierzę kopalne? On ma minę jakiegoś przekupnia starych rzeczy... O, tak, to w twoim guście umieć wyszukać takiego lekarza z przedrewolucyi! Jaki on śmieszny... a brudny... ach brudny! Prawdziwie, zdaje m i się, że walał moją obsadką od pióra!
W tej chwili drzwi się otworzyły i dał się słyszeć głos p. Andermatt:
— Proszą wejść, doktorze.
We drzwiach ukazał się doktor Latonne. Prosty, szczupły, sztywny; twarz jego nie wyrażała żadnego wieku, miał na sobie krótki, elegancki surducik, a w ręku trzymał jedwabny kapelusz, charakteryzujący specyalnie lekarzy stacyj leczniczych Owernii, lekarzy paryskich, nie noszących brody i wąsów i podobnych raczej do aktorów, szukających odpoczynku na wsi.
Markiz, zdziwiony, nie wiedział, co począć, a córka udała, że kaszle do chustki, ażeby się nie roześmiać w twarz nowoprzybyłemu. On ukłonił się z pewnością siebie i na znak dany przez młodą kobietą, usiadł. P. Andermatt, który uważał nań pilnie, opowiedział ze szczegółami stan swojej żony, różne niedyspozycye i ich objawy, opinie lekarzy paryskich, poparte własnemi opiniami, uzasadnionemi odpowiednio technicznymi terminami.
Był to człowiek jeszcze bardzo młody, żyd, aferzysta. Rzucał się do wszystkiego, poznawał się na wszystkiem z giętkością umysłu, bystrą przenikliwością i zadziwiającą pewnością sądu.
Trochę za gruby do niezbyt wysokiej talii, jaką posiadał, o wydętych policzkach, łysy, z nieokreślonym wyrazem twarzy, o mięsistych rękach, krótkich nogach, miał minę złośliwą, a mówił z ogłuszającą łatwością.
Tylko wskutek zręczności poślubił córkę markiza de Ravenel, ażeby rozciągnąć swoje spekulacye na obcy sobie świat. Markiz posiadał wprawdzie trzydzieści tysięcy franków dochodu i tylko dwoje dzieci; ale p. Andermatt, żeniąc się w trzydziestym roku zaledwie, posiadał sześć czy siedem milionów, miał więc z czego zebrać jeszcze dziesięć lub dwanaście. Pan de Ravenel, człowiek niezdecydowany, niepewny, zmienny i słaby, odsunął z początku z gniewem rozpoczęte starania bankiera, oburzał się na samą myśl ujrzenia córki swojej połączonej z żydem. Potem, po sześciu miesiącach oporu, ustąpił, pod ciśnieniem zgromadzonego złota, z warunkiem, że dzieci będą wychowane w religii katolickiej.
Oczekiwano ciągle, ale dziecko nie zapowiadało się jeszcze. Wtedy to właśnie markiz, zachwycony od dwóch lat wodami w Enval, przypomniał sobie, że broszurka doktora Bonnefilie obiecywała także skuteczną kuracyę na bezpłodność.
Sprowadził więc córkę, której zięć towarzyszył, ażeby ją zainstalować i powierzyć, według rady paryskiego lekarza, staraniom doktora Latonne. Szukał go więc Andermatt natychmiast po przybyciu i zaraz zaczął wyliczać symptomy chorób już skonstatowane. Zakończył skargą, ile on cierpi na tem, że jego nadzieje ojcostwa idą na marne.
Doktor Latonne pozwolił mu wygadać się do końca, poczem zwrócił się do młodej kobiety:
— Czy pani ma cokolwiek dodać do tego?
Ona odpowiedziała poważnie:
— Nic a nic, panie.
— W takim razie poproszę panią zdjąć podróżne ubranie i gorset, a włożyć natomiast biały kaftanik, zupełnie biały.
Widząc jej zdziwienie, wytłómaczył swój system.
— To rzecz zupełnie jasna, proszę pani. Dawniej myślano, że wszystkie choroby pochodziły z wadliwego obiegu krwi lub wady organicznej, dziś sądzimy poprostu, że w większej ilości wypadków, szczególnie w tym wypadku, jaki u pani zachodzi, niezdecydowane słabości, na jakie pani cierpi, a nawet stan ciężki, bardzo ciężki, śmiertelny, może mieć swoją przyczynę w tem jedynie, że jakiś organ zewnętrzny pod wpływem łatwo określić się dającym, rozwinął się anormalnie kosztem sąsiednich, niszczy więc całą harmonię, całą równowagę ciała ludzkiego, modyfikuje lub powstrzymuje jego funkcye, przeszkadza działaniu wszystkich innych organów. Wystarczy prostego rozdęcia żołądka, ażeby przypuścić istnienie choroby serca; tamowane w swych ruchach staje się ono gwałtownem, nieregularnem, nawet mogą te ruchy ustawać zupełnie. Rozszerzenie się wątroby, albo pewnych gruczołów może takie zniszczenie wywołać, jakie lekarze, niezbyt pilnie obserwując, przypisują tysiącom najdziwniejszych przyczyn. Pierwszą więc rzeczą, jaką zrobimy, będzie skonstatowanie, czy wszystkie organy chorego mają normalną objętość i są na swojem miejscu; gdyż wystarczy nieraz drobnej rzeczy, aby zdrowie ludzkie zrujnować. Przystąpię więc, jeżeli pani pozwoli, do badania bardzo ścisłego i narysuję na kaftaniku granice, wielkość i położenie organów pani.
Doktor położył kapelusz na krześle i mówił swobodnie. Szerokie usta, otwierając się i zamykając, rysowały na jego różowych policzkach dwie głębokie bruzdy, które mu nadawały księżą minę.
Andermatt w zachwyceniu wołał:
— Uważasz, uważasz, to bardzo dobre, bardzo dowcipne, zupełnie nowe!
„Zupełnie nowe“ w jego ustach brzmiało nadmiarem pochwały.
Młoda kobieta, bardzo tem zainteresowana, wstała, poszła do swego pokoju i w kilka chwil potem, wróciła w białym kaftaniku.
Doktor kazał jej się rozciągnąć na kanapie, następnie wyjmując z kieszeni ołówek trójkolorowy — czarny, różowy i błękitny, rozpoczął opukiwać nową klientkę, kreśląc na kaftaniku małe, kolorowe linie i zapisując każdą obserwacyę.
Po kwadransie takiej pracy pani Andermatt była podobna do karty geograficznej, wskazującej lądy, morza, przylądki, rzeki, państwa, miasta z napisami tego wszystkiego, gdyż doktor na każdej linii demarkacyjnej notował dwa lub trzy wyrazy łacińskie, zrozumiałe jemu tylko samemu.
Tak więc po wysłuchaniu wszystkich wewnętrznych odgłosów pani Andermatt, opukawszy wszystkie jej części głuche i dźwięki wydające, wyjął notatnik z czerwonej skóry o brzegach złoconych, ułożony w porządku alfabetycznym, otworzył go i zapisał: „Badanie 6.347, pani Andermatt, lat 21“.
Później, oglądając z góry do dołu kolorowe notatki, zrobione na kaftaniku, czytał je, jak egiptolog hieroglify i wpisywał do książeczki.
Skończywszy, rzekł:
— Nic niepokojącego, nienormalnego, oprócz lekkiego, bardzo lekkiego zboczenia, które za pomocą trzydziestu kąpieli da się usunąć. Oprócz tego będzie pani pić codziennie trzy pół szklanki wody, codziennie przed południem. Nic innego. Za cztery lub pięć dni odwiedzę panią.
Podniósł się, ukłonił i wyszedł z taką szybkością, ze wszyscy pozostali zdziwieni. Była to jego metoda, jego szyk, jego właściwość. Wydawało mu się, że jest to w bardzo dobrym tonie i wywołuje wielkie wrażenie na chorych.
Pani Andermatt pobiegła do lustra przypatrzyć się i śmiejąc się szalonymi wybuchami śmiechu wesołego dziecka, wołała:
— Ach, jacy oni zabawni! jacy śmieszni! Może jest jeszcze jeden, chcę go oglądać natychmast! Will, idź, przyprowadź mi go! Musi być koniecznie jeszcze trzeci, chcę go widzieć!
Mąż zdziwiony pytał:
— Jakto — trzeci? Po cóż trzeci?
Markiz się tłómaczył, gdyż obawiał się trochę swego zięcia. Opowiedział więc, że doktora Bonnefille, który niedawno przyszedł do niego, przedstawił Krystynie w celu zasięgnięcia jego rady, gdyż sam posiadał wielkie zaufanie do wytrawnego, starego lekarza krajowca, który to źródło odkrył.
Andermatt wzruszył ramionami i powiedział, że jedynie tylko doktor Latonne obejmie kuracyę żony; markiz zaś trochę zaniepokojony, przemyśliwał nad tem, jakby ułożyć rzecz całą, aby nie obrazić starego lekarza.
Krystyna spytała:
— Czy Gontran jest tutaj? — Był to jej brat.
Ojciec odrzekł:
— Tak, od czterech dni, z jednym ze swoich przyjaciół, o którym często nam mówił, Pawłem Bretigny. Robią razem wycieczki po Owernii. Wrócili właśnie z Mont-Dore i Bourbole, a w końcu tygodnia pójdą do Cantal.
Potem zapytał młodej kobiety, czy nie pragnęłaby odpocząć przed śniadaniem po całonocnej podróży koleją; ale ona spała doskonale w wagonie sypialnym i prosiła tylko o godzinę czasu dla uporządkowania toalety, poczem przyrzekła odwiedzić zakład i wioskę.
Ojciec i mąż weszli do swoich pokojów, oczekując aż się ubierze.
Wkrótce poprosiła ich i zeszli razem. Zachwycała się przedewszystkiem wsią, rozłożoną w lesie i głębokiej dolinie, która zdawała się być ze wszech stron zamkniętą kasztanowemi drzewami, wysokiemi jak góry. Wszędzie było ich pełno, ich pnie kilkowiekowe wznosiły się przed drzwiami, na dziedzińcu, na ulicy; wszędzie studnie pionowe z czarnego kamienia ciosowego, z małym otworkiem, przez który wypływał strumień przeźroczystej wody i w łuk wyginając się, spadał do rezerwoaru. Świeży zapach zieleni i stajni unosił się pod olbrzymimi, zielonymi czubami drzew, a ulicą przechodziły powolnym, poważnym krokiem Owernianki, lub stojąc przy progu domostw, przędły żywem poruszeniem palców czarną wełnę, obwiniętą koło pasa. Krótkie ich spódniczki odkrywały chude kostki nóg, obciągnięte błękitną pończochą, a gorset, przymocowany do ramion czemś podobnem do szelek, odkrywał rękawy płóciennej koszuli, z pod których wysuwały się twarde, suche, kościste ręce.
Nagle skoczna, wesoła muzyka uderzyła spacerujących. Wydawało się, że grają organy samogrające, ze świszczącymi fletami, organy zużyte, dychawiczne. Krystyna zawołała:
— Co to takiego?
Ojciec począł się śmiać.
— To orkiestra kasynowa. We czterech tak hałasują.
Przyprowadził ją do czerwonego afisza, naklejonego na rogu fermy, na którym czarnemi literami było wydrukowane:

KASYNO ENVAL

pod dyrekcyą p. Piotra Martel z Odeonu. Sobota 6-go lipca. Wielki koncert, organizowany przez maestro Saint-Landri, druga wielka nagroda konserwatoryum.
Na fortepianie grać będzie p. Savel, laureat konserwatoryum.
Flet — p. Noiret, laureat konserwatoryum.
Kontrabas — p. Nicordi, laureat królewskiej akademii w Brukseli.
Po ukończeniu koncertu wielkie przedstawwienie: Perdus dans le forét, komedya w jednym akcie p. Pointillet.
Osoby: Piotr Lapointe — p. Piotr Martel, z Odeonu. Oskar Leveille — p. Petitnivelle, z Vaudevillu. Jean — p. Le Palmę, z Wielkiego teatru w Bordeaux. Philipine p. Odelin, z Odeonu.
W czasie przedstawienia orkiestrą będzie również dyrygować maestro Saint-Landri.
Krystyna czytała głośno i śmiała się.
Ojciec rzekł:
— O, ubawisz się niewątpliwie. Ale, chodźmy ich oglądać!
Zawrócili na prawo i weszli do parku. Kuracyusze spacerowali poważnie, spokojnie we wszystkich alejach, wypijali swoją porcyę wody i odchodzili. Niektórzy, siedząc na ławeczkach, końcem laski lub parasolki kreślili linie na piasku. Zdawało się, ze nie myśleli wcale, nie mówili, żyli zaledwie, ogłupieni, sparaliżowani nudą stacyi leczniczej. W powietrzu tylko drżały odgłosy jakiejś spokojnej i łagodnej muzyki, niewiedzieć zkąd pochodzące, rozpływające się pomiędzy liściami drzew i budzące do ruchu niemych gości.
Wtem rozległ się głos: Krystyno! Ona się odwróciła, był to jej brat. Przybiegł do niej, pocałował i, uścisnąwszy rękę p. Andermatt, wziął siostrą pod rękę, odprowadził, pozostawiwszy za sobą ojca i szwagra.
I rozmawiali na uboczu. Był to dobrego wzrostu zgrabny chłopiec, śmieszek jak i ona, ruchliwy jak markiz, obojętny na wszystko, a zawsze poszukujący tysiąca franków.
Sądziłem, ze śpisz jeszcze — rzekł — inaczej, już byłbym dawno przyszedł przywitać się z tobą. Przytem wiesz, ten Paweł zaprowadził mię do zamku Tournoël.
— Kto to, Paweł? Ach, prawda, twój przyjaciel!
— Paweł Bretigny — nie wiedziałaś o tem? W tej chwili właśnie kąpie się.
— Czy on chory?
— Nie, ale pomimo to leczy się. Niedawno się zakochał.
— I bierze kwaśne kąpiele, ażeby przyjść do siebie?
— Mówią kwaśne — prawda?
— Tak. Robi wszystko, co mu powiesz. O, on był okropnie wzruszony. Jest to chłopiec śmiały, pełen temperamentu. O mało nie umarł. Chciał się zabić. Poszło o aktorkę znaną; przytem, wiesz, nie była mu wierną, naturalnie. Z tego się zrobił dramat okropny. No, i zabrałem go. W tej chwili ma się lepiej, ale zawsze jeszcze myśli o niej.
Ona się uśmiechnęła, a potem przybrawszy minę poważną, rzekła:
— Ciekawa byłabym go zobaczyć.
Według niej jednak, miłość nie była rzeczą wielkiej wagi. Myślała wprawdzie o niej niekiedy, jak myśli ubogi o naszyjniku z pereł, o dyademie brylantowym z obudzoną żądzą tych rzeczy dostępnych, ale oddalonych. Wyobrażała ją sobie według romansów, czytanych niekiedy z braku zajęcia i nieprzywiązując wielkiej wagi do tego, co czytała. Nigdy nie marzyła wiele, gdyż się urodziła z duszą szczęśliwą, spokojną, zadowoloną; i chociaż już od dwóch lat była zamężną, nie obudziła się jeszcze z tego snu, którym żyją młode, naiwne dziewczęta, ze snu serca, myśli, uczuć, który trwa u niektórych kobiet aż do śmierci. Życie wydawało się jej prostem, dobrem, bez żadnych kłopotów; nigdy nie sięgała do rdzeni jego, nie pytała: dlaczego? Żyła, spała, ubierała się gustownie, śmiała się i była szczęśliwą! Czegóż miała żądać więcej?
Kiedy jej przedstawiono p. Andermatt, jako narzeczonego, odmówiła z początku z oburzeniem dziecka nie chcąc zostać żoną żyda. Ojciec i brat, podzielając jej wstręt, odmówili mu formalnie, jak i ona. Andermatt zniknął, jakby umarły; ale po trzech miesiącach pożyczył przeszło dwadzieścia tysięcy franków Gontranowi, a markiz, z innych wprawdzie powodów, ale także zmienił przekonanie. Najprzód z zasady ustępował zawsze, ile razy chodziło o egoistyczne zamiłowanie spokoju. Córka mówiła o nim:
— O, u ojca wszystkie myśli pomieszane! — i było to prawdą.
Bez opinii, bez przekonań, bez wiary, posiadał tylko pewną dozę zachwytu, zmieniającego się, stosownie do okoliczności. Niekiedy, z egzaltacyą przelotną i poetyczną, stał po stronie starych tradycyj rasy, pragnął króla, ale króla rozumnego, liberalnego, oświeconego, idącego równo z wiekiem; to znowu po przeczytaniu jakiejś książki Michelet’a, lub innego demokratycznego myśliciela, zapalał się do równości ludzkiej, do idei nowożytnych, do ustępstw dla biednych, podeptanych, cierpiących. Wierzył we wszystko, stosownie do chwili, i kiedy jego stara przyjaciółka, pani Icardon, związana ściśle z żydami, pragnęła związku Krystyny z Andersmatt’em i propagowała ten związek, wiedziała dobrze, jakiem rozumowaniem do niego trafić.
Wskazywała mu rasę żydowską, zemstą przypędzoną, rasę prześladowaną, jak naród francuzki przed rewolucyą, która jednak dziś uciska innych przewagą złota. Markiz nie posiadał religii, ale wierzył, że idea Boga była tylko ideą prawodawczą, silniejszą może, ażeby podtrzymać głupich, niewiedzących, niż proste idee sprawiedliwości; dogmaty szanował z obojętnością względów i z szacunkiem jednakowo szczerym był dla Konfucyusza, Mahometa i Chrystusa; fakt zaś ukrzyżowania Chrystusa uważał tylko jako wielką niezręczność polityczną. Wystarczyło przeto kilka tygodni, aby go nakłonić niejako do podziwiania pracy żydów, niewidzialnej, ustawicznej, potężnej. Z drugiej strony, widząc ich tryumf bijący w oczy, uważał go tylko jako słuszną nagrodę królów, panujących nad narodami, że podtrzymują lub gruchoczą bramy, że mogą do bankructwa doprowadzić jakiegoś kupca win, że są dumni wobec spokorniałych książąt i rzucają swoje nieczyste złoto do otwartej skrzyni, najbardziej katolickich władców świata, którzy się im odwdzięczają tytułami szlachectwa i koncesyami na nowe linie kolei żelaznych.
Wobec tego zgodził się na małżeństwo Wiliama Andermatt’a z Krystyną Ravenel.
Co do niej, będąc pod niesmaczną presyą pani Icardon, dawnej przyjaciółki jej matki, a po jej śmierci, występującej w roli doradczyni markiza, pod presyą, wspólnie z ojcem wywieraną, pod wpływem obojętności zainteresowanego brata, zdecydowała się zaślubić tego grubego i bogatego człowieka, który nie był brzydkim, ale się jej nie podobał, zdecydowała się tak samo, jak na spędzenie lata w nieprzyjemnej okolicy.
Teraz widziała w nim dobrego człowieka, usłużnego, nie głupiego, grzecznego w domowem pożyciu, ale śmiała się z niego często wraz z Gontranem.
On jej mówił:
— Twój mąż coraz bardziej różowieje i łysieje. Ma minę chorobliwego kwiatu lub ogolonego prosięcia. Skąd on nabiera tych kolorów?
Ona odpowiadała:
— Ręczę ci, że ja temu nic nie jestem winną. Mnie samej przychodzi nieraz myśl nakleić go na jakiem pudełku cukierków!
Zbliżyli się nareszcie do zakładu.
Dwóch mężczyzn siedziało na krzesłach wyplecionych słomą, plecami zwróconych do muru i paliło fajki.
Gontran rzekł:
— Uważaj, co za dwa typy! Patrz na tego na prawo: garbaty w czapeczce greckiej. To ojciec Printemps, niegdyś dozorca więzienia w Riom, obecnie jest prawie dyrektorem zakładu w Enval. Dla niego nic się nie zmieniło, on tak samo rządzi tu chorymi, jak niegdyś więźniami. Goście kąpielowi są także więźniami: kabiny — to ich celki, sala tuszów — więzieniem, a miejsce, gdzie Dr Bonnefille odbywa mycie brzuchów za pomocą sondy Baraduc’a, salą dyscyplinarną. Nie kłania się nikomu z tej zasady, że więźniowie są tylko godni pogardy. Kobiety traktuje z pewnem wyróżnieniem, z odcieniem podziwu, gdyż pod jego strażą w więzieniu Riom kobiet nie było. Kryminał ten był przeznaczony tylko dla mężczyzn, nie miał więc sposobności nauczenia się przemawiania do kobiet. Drugi jest kasyerem. Trzeba ażebyś zapisała się u niego; obaczysz...
Gontran, zwróciwszy się do mężczyzny, z lewej strony siedzącego, odezwał się zwolna:
— Panie Séminois, moja siostra, pani Andermatt, pragnie wziąść abonament na dwanaście kąpieli.
Kasyer, wysoki, chudy, nędzny, podniósł się, wszedł do swego biura, położonego tuż naprzeciwko gabinetu lekarza inspekcyjnego, otworzył książkę i zapytał:
— Jak nazwisko?
— Andermatt.
— Jak pan mówi?
— Andermatt.
— Jak, jak się pani nazywa?
— Amdermatt.
— Bardzo dobrze.
I począł pisać powoli. Kiedy skończył, Gontran zapytał powtórnie:
— Jak pan zapisał nazwisko mojej siostry?
— Pani Anderpat.
Krystyna, śmiejąc się do łez, zapłaciła należność, poczem spytała:
— Co tam słychać na górze?
Gontran wziął ją pod ramią.
— Chcesz widzieć?
Jakieś głosy gwałtowne dolatywały ze schodów. Otworzyli drzwi i spostrzegli wielką salą kawiarni z bilardem pośrodku. Przy bilardzie stało dwóch mężczyzn, z odwróconemi rękawami, z kijami bilardowemi w reku i sprzeczało się.
— Osiemnaście.
— Siedemnaście.
— A ja panu mówią, że osiemnaście.
— Ależ nieprawda, pan masz tylko siedemnaście.
Był to dyrektor kasyna, Piotr Martel z Odeonu, grający zwyczajną swoją partyę z komikiem swojej trupy, panem Lapalme, z wielkiego teatru w Bordeaux.
Piotr Martel, którego potężny okrągły brzuch trząsł się pod koszulą nad pantalonami, niewiadomo jakim sposobem umocowanemi, wycierał już niejeden kąt, zanim zdobył rządy w kasynie w Enval, gdzie spijał wszystko, co było przeznaczone dla gości kąpielowych. Nosił olbrzymie wąsy oficerskie, moczone od rana do wieczora w pianie boków i likierach. Zdołał on obudzić w starym komiku, którego zaangażował, niepomiarkowaną pasyę do bilardu.
Zaledwie wstali rano, stawali zaraz do swojej partyi, łajali się, grozili, ścierali sobie punkty, rozpoczynali na nowo, natychmiast po śniadaniu brali się znowu do roboty, niecierpliwiąc się, jeśli klijenci spędzali ich z zielonego pola.
Odpędzali więc wszystkich, nie skarżąc się wcale na nudy życia, chociaż z końcem sezonu oczekiwano upadłości pana Piotra Martel.
Markier zmęczony, od rana do nocy spoglądał na tę nigdy niekończącą się partyę, od rana do wieczora słuchał dyskusyi bez końca i nosił od rana do wieczora szklanki i kieliszki nieznużonym graczom.
Gontran pociągnął siostrę.
— Chodźmy do parku, tam przyjemniej.
Na końcu zakładu spostrzegli naraz orkiestrę, ulokowaną w chińskim kiosku.
Młody człowiek, blondyn, grał na skrzypcach z jakąś finezyą i dyrygował za pomocą głowy, rozwianych włosów, całego torsu, zginającego się, prostującego, pochylającego się z prawa na lewo, jak pałeczka szefa orkiestry, trzema muzykantami, siedzącymi naprzeciwko niego. Był to maestro Saint-Landri.
On i jego pomocnicy: pianista, którego fortepian przewożono co rano z przedpokoju do kiosku; flecista, olbrzym, mający minę, jakby ssał zapałkę, obracając ją swymi tłustymi palcami i kontrabas o wyglądzie suchotniczym, — wykonywali z wielkim wysiłkiem tę imitacyę organów samogrających, które tak uderzyły Krystyną na ulicy wioski.
Kiedy się zatrzymała, aby się im przypatrzeć, jakiś pan ukłonił się jej bratu.
— Dzień dobry, kochany hrabio.
— Dzień dobry, doktorze.
Gontran przedstawił:
— Moja siostra — doktór Honorat.
Krystyna zaledwie powstrzymała się od uśmiechu na widok trzeciego doktora.
Doktor ukłonił się z wyszukaną grzecznością.
— Spodziewam sią, że pani nie jest chorą.
— O, tak — trochę.
Nie nalegał i zmienił tok rozmowy.
— Wie pan, panie hrabio, ze wkrótce będziemy mieli tutaj ciekawe widowisko?
— Jakie, doktorze?
— Stary Oriol chce wysadzić w powietrze swój kamień. Naturalnie, dla pana jest to bagatela, ale dla nas ważny wypadek.
I wytłómaczył jego ważność.
Stary Oriol, najbogatszy chłop w całej okolicy, liczono go na pięćdziesiąt tysięcy franków dochodu, posiadał wszystkie winnice nad zdrojowiskiem w Enval. Przy samem wyjściu z wioski, nieco na uboczu, była niewielka góra a raczej pagórek, na którym znajdowały się najlepsze winnice ojca Oriol. Pośrodku jednej z nich, naprzeciwko drogi, o parą kroków od strumienia, leżał olbrzymi kamień jak góra, utrudniający uprawę winnic i ocieniający znaczną część pola.
Od dziesięciu lat ojciec Oriol zapowiadał co tygodnia, że skałę wysadzi w powietrze, ale nigdy nie decydował się na ten krok. Każdym razem, gdy ktoś ze wsi odchodził na służbą wojskową, stary mawiał:
— Jak wrócisz na urlop, przynieś-no mi prochu do mojej skały.
I każdy z żołnierzy przynosił w woreczku trochę prochu kradzionego dla ojca Oriol. Miał go pełną skrzynią, ale skały nie wysadzał.
Nareszcie od tygodnia zauważono, że świdruje kamień wraz z synem Jakóbem, z przezwiskiem olbrzym. Tego rana już nawet napełnili wnętrze skały prochem, następnie zatkali otwór, zostawiając tylko miejsce na knot, kupiony w sklepiku z tytoniem. O drugiej godzinie podłożono ogień. Skała miała wylecieć w powietrze dopiero o godzinie drugiej i minut pięć lub dziesięć, gdyż lont był dość długi.
Krystyna bardzo się interesowała tą całą historyą, bawiła ją sama myśl eksplozyi, która jej przypominała zabawy dziecinne.
Przybyli do końca parku.
— Gdzież pójdziemy dalej? — spytała.
— Na koniec świata, pani — odpowiedział doktor Honorat — to jest do wąwozu, sławnego na całą Owernię. Jest to jedna z najpiękniejszych osobliwości kraju.
Za nimi odezwał się głos dzwonka.
— Patrzaj — rzekł Gontran — już śniadanie.
Wrócili tedy z powrotem.
Naprzeciwko nich szedł człowiek wysokiego wzrostu.
— Krystyno — rzekł Gontran — przedstawiam ci Pawła Bretigny.
Potem, zwróciwszy się do przyjaciela, dodał:
— Siostra moja, mój drogi.
Jej wydał się on brzydkim. Miał włosy czarne, rzadkie, proste, oczy nadto okrągłe, z wyrazem prawie ostrym, głowę okrągłą, silną, jedną z tych, które są podobne do kul armatnich, plecy Herkulesa, cały wygląd nieco dziki, ciężki, brutalny. Jego surdut, bielizna, ciało może, wydzielało jakiś zapach, bardzo delikatny, którego młoda kobieta nie znała i pytała sama siebie: co to za zapach?
On spytał:
— Pani dzisiaj rano przybyła?
Głos jego był nieco głuchy.
— Tak, panie — odpowiedziała.
Gontran dojrzał markiza i Andermatta, który dawał znaki młodym ludziom, aby spieszyli na śniadanie.
Krystyna potwierdziła, ze pójdzie i pochylona na ramienia brata, pociągając go do hotelu, szeptała:
— Głodną jestem jak wilczyca. Wstyd mi będzie tak jeść w obecności twojego przyjaciela.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.