Mont-Oriol/Część druga/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Mont-Oriol |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1912 |
| Druk | Drukarnia Literacka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Mont-Oriol |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Po upływie roku, zaledwie można było poznać małą stacyę leczniczą w Enval.
Na szczycie wzgórza, w samym środku dwóch odnóg doliny, wznosiła się piękna budowa w maurytańskim stylu, a na jej frontonie, u góry, złotemi literami połyskiwał napis: Kasyno.
Mały lasek sąsiedni przeistoczono w park, główną stroną zwrócony ku Limagne. Wielki, podmurowany taras, ozdobiony pięknemi, wielkiemi wazami z imitacyi marmuru, okalał całą budowę, dominując nad obszerną równiną Owernii.
Niżej nieco, z pośród winnic, sześć małych szaletów wychylało ozdobne fasady z pokostowanego drzewa.
Na pochyłości, zwróconej na południe, olbrzymia biała budowla wabiła podróżnych, jadących z Riom. Był to Grand-hôtel du Mont-Oriol. Niżej nieco, u podnóża pagórka, stał dom czworograniasty, skromny, ale obszerny, otoczony ogrodem, przez który strumień przepływał, sączący się ze szczeliny górskiej; był to dom, wyłącznie dla chorych, poddających się cudownej kuracyi, obiecanej w broszurce doktora Latonne. Na fasadzie jego świecił napis: Cieplice Mont-Oriol; na prawem skrzydle literami nieco mniejszemi: Hydroterapia. Przemywanie żołądków. Sadzawki o wodzie płynącej; na lewem zaś: Instytut leczniczy gimnastyki automatycznej.
Wszystko było białe, połyskujące białością nową, świeżą. Robotnicy pracowali jeszcze, chociaż zakład otwarty już był dla publiczności od miesiąca.
Powodzenie od pierwszego dnia przeszło wszelkie oczekiwania i nadzieje założycieli. Trzech wielkich lekarzy, trzy znakomitości, profesorowie Mac-Roussel, Cloche i Rémusot, wzięli pod swoją opiekę nową stacyę i przyobiecali zamieszkać jakiś czas w willach Towarzystwa Berneńskiego, ofiarowanych im uprzejmie przez gościnnych administratorów.
Wpływ ich sprowadził mnóstwo gości. Grand-hôtel du Mont-Oriol był przepełniony chorymi. Chociaż już od pierwszego czerwca kąpiele rozpoczęto wydawać, oficyalne otwarcie stacyi odłożono do pierwszego lipca, ażeby ile możności jak najwięcej zgromadziło się osób.
Uroczystość miała się rozpocząć o trzeciej godzinie, poświęceniem źródła. Wieczorem zaś urządzano wielkie przedstawienie z ogniami sztucznymi i bal, na który zaproszono wszystkich gości kąpielowych, nietylko miejscowych, ale nawet z sąsiedztwa, jakoteż wybitniejszych mieszkańców okolicy.
Piotr Martel, któremu powierzono dyrekcyę nowego kasyna, czuł się pośród tych licznych flag i sztandarów kapitanem jakiegoś fantastycznego okrętu; chłopcu w białym fartuchu wydawał rozkazy głosem donośnym i strasznym, jakim przemawiają zapewne admirałowie pod gradem kul. Słowa jego, unoszone przez wiatr, słychać było aż na drugim końcu wsi.
Andermatt, zadyszany, zjawił się na tarasie. Piotr Martel wybiegł na spotkanie i powitał go ukłonem pełnym uszanowania.
— Jakże tam idzie? — spytał bankier.
— Wszystko bardzo dobrze, panie prezesie.
— Jeżeli będą mnie potrzebować, proszę powiedzieć, że jestem w gabinecie lekarza-inspektora. Rano mamy właśnie posiedzenie.
Przed drzwiami zakładu kąpielowego, dozorca i kasyer, którzy przeszli także z dawnego stowarzyszenia, rywalizującego teraz z nowem, ale z góry skazanego na bankructwo, zbliżyli się szybko na powitanie swego chlebodawcy. Eksdozorca więzień pozdrowił go po wojskowemu; drugi nachylił się, jak ubogi po jałmużnę.
Andermatt spytał:
— Czy pan inspektor jest tutaj?
— Tak, panie prezesie — odpowiedział dozorca — wszyscy panowie już się zgromadzili.
Bankier wszedł do przedpokoju, pośród dziewcząt i chłopców kąpielowych, stojących z uszanowaniem, powrócił na prawo, otworzył drzwi i ujrzał w pokoju, o wyglądzie poważnym, pełnym ksiąg i posągów ludzi nauki, zgromadzoną całą Radę administracyjną: swego teścia markiza, szwagra Gontrana, Oriola z synem, odzianych z pańska, w surduty, tak długie, że wyglądały, jak reklamy, z magazynów żałoby, Pawła Bretigny i doktora Latonne.
Po szybkiem przywitaniu się, Andermatt usiadł.
— Pozostaje nam — rzekł po chwili — uregulować kwestyę nazwy źródeł. Pod tym względem jestem zupełnie innego zdania, jak pan inspektor. Doktor proponuje nadać trzem naszym głównym źródłom imiona trzech znakomitości medycznych, obecnych w Enval. W istocie, byłaby to grzeczność, wzruszająca ich i podbijająca niejako ostatecznie, ale w ten sposób odsunęlibyśmy od siebie zupełnie tych światłych kolegów-profesorów, którzy jeszcze nie odpowiedzieli na nasze zaprosiny, a których musimy przekonać o skuteczności wód naszych. Tak, panowie, natura ludzka wszędzie i zawsze niezmienna, potrzeba ją tylko poznać i posługiwać się nią. Nigdy profesorowie Plantureau, de Larenard i Pascalis — że się ograniczę tylko na wyliczeniu tych trzech specyalistów od chorób żołądka i kiszek — nie pozwolą swoim chorym, najznakomitszym, najwyżej postawionym klientom, książętom, arcyksiążętom i innym znakomitościom świata, którzy pracują na ich fortunę i opinię — pić wodę ze źródeł Mac-Roussel, Cloche i Rémusot. Klienci i publiczność gotowi są myśleć, że panowie profesorowie Rémusot, Cloche i Mac-Roussel są odkrywcami tych źródeł i ich własności terapeutycznych.
Proponuję więc panom pierwsze źródło nazwać imieniem mojej żony, po prostu, a dwom następnym dać imiona dwóch panien Oriol. W ten sposób, źródła nosiłyby nazwę Krystyny, Ludwiki i Karoliny. Wszystkie te imiona doskonale się nadają, co panowie na to mówicie?
Projekt jego przyjęli wszyscy.
— A więc — zejdziemy się o trzeciej godzinie w kościele, gdzie się orszak sformuje — zawołał Andermatt i odszedł szybkim krokiem.
Markiz i Gontran poszli za nim. Obaj Oriolowie, w wysokich kapeluszach, wyszli także, poważnie nastrojeni, a czarne ich postacie odbijały się daleko na białej drodze. Doktor Latonne zwrócił się do Pawła, który dopiero wczoraj przybył na tę uroczystość:
— Zatrzymałem kochanego pana, ażeby mu pokazać coś, od czego się cudów spodziewam — jest to mój instytut leczniczy gimnastyki automatycznej.
Wziął go pod ramię i poszli. Zaledwie weszli do przedpokoju, chłopiec kąpielowy zatrzymał lekarza:
— Pan Riquier oczekuje płukania.
Doktor Latonne ganił roku zeszłego tak zwane płukanie żołądków, chwalone i polecane przez doktora Bonnefille w zakładzie, którego był inspektorem. Czas zmodyfikował jego opinie, a sonda Baraduc’a stała się narzędziem tortury w ręku nowego inspektora, który ją w każdy kanał pokarmowy pakował z radością dziecinną.
— Widziałeś pan kiedy — zapytywał Pawła Bretigny — jak się odbywa podobna operacya?
— Nie, nigdy.
— Chodź więc pan — zaręczam panu, że to arcyciekawe.
Weszli więc do sali tuszów, gdzie Riquier, ów człowiek o ceglastej twarzy, siedział w fotelu drewnianym.
Podobny do jakiegoś skazańca dawnych czasów, ściśnięty, zamknięty w kamizelkę z gumowanej materyi, uniemożebniającej ruch, która miała chronić ubranie jego od powalania. Minę miał męczeńską, rozpaczliwą, niespokojną, jak pacyent, oczekujący operacyi.
Jak się tylko doktor ukazał w sali, chłopiec pochwycił rurę, podzieloną ku środkowi na trzy części, mającą pozór węża o dwóch ogonach. Następnie, jeden z końców przymocował do krana, komunikującego ze źródłem mineralnem; drugi, wpuszczono do szklannej retorty, dokąd za chwilę miały spłynąć odchody żołądkowe chorego. Poczem inspektor spokojną i pewną ręką ujął trzeci koniec rury, zbliżył go ze słodką miną do szczęki p. Riquier, wprowadził do ust, wsunął do gardła, zagłębiając potem coraz bardziej, zawsze z uprzejmą i łagodną twarzą powtarzał:
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze... Idzie... idzie... doskonale...
Riquier ze wzrokiem smętnym, z policzkami fioletowemi, z pianą na ustach, zadychał się, wyrzucał z siebie bolesne jęki i trzymając się rękami fotelu, robił gwałtowne wysiłki, ażeby wyrzucić z siebie to zwierzę kauczukowe, które mu wprowadzono do wnętrza.
Kiedy już przełknął z pół metra rury, doktor rzekł spokojnie:
— Jesteśmy już na dnie. Proszę otworzyć.
Służący otworzył kran, a wkrótce żołądek chorego począł nadymać się widocznie i pomału wodą, idącą ze źródła.
— Proszę kaszlać — rzekł doktor — ażeby ułatwić opadanie.
Zamiast kaszleć, chory jęczał i miotany jakiemś drganiem, wyglądał tak, jakby mu oczy miały wyskoczyć z głowy. Nagle, lekkie bełkotanie dało się słyszeć na ziemi, około fotelu. Syfon rury nareszcie rozpoczął działać, a żołądek wypróżniał się do szklannego recipientu, w którym lekarz z pewnem zajęciem poszukiwał śladów kataru i szczątków niestrawionych pokarmów.
— Niech pan nigdy groszku nie jada — mówił — ani sałaty! O, sałaty — nigdy! Pan wcale jej nie trawisz. Poziomkom także proszę dać pokój. Już tyle razy powtarzałem panu: proszę nie jadać poziomek.
— Czy to moja wina — zawołał Riquier — że co dnia muszę spożywać obrzydliwości, które mi zdrowie rujnują? Czy to nie jest obowiązkiem pana, czuwać nad kuchnią chorych? Przeniosłem się do waszej nowej garkuchni dlatego jedynie, że mnie karmiono trucizną pod postacią obrzydliwego pożywienia i słowo honoru, w waszym wielkim baraku, Mont-Oriol, czuję się jeszcze gorzej!
Doktor uspokoił go i przyrzekł niejednokrotnie wziąć w opiekę kuchnię dla chorych.
Później wziął pod rękę Pawła Bretigny i poprowadził go dalej.
— Powiem panu — mówił — na jakich zasadach, nadzwyczaj racyonalnych oparłem moją specyalną kuracyę za pomocą gimnastyki automatycznej. Pan zna mój system medycyny organometrycznej, nieprawdaź? Ja przypuszczam, że większa część chorób pochodzi jedynie od nadmiernego rozwoju pewnego organu, który naciskając na inny, powstrzymuje jego funkcye, niszczy z czasem ogólną harmonię całego ciała — skąd pochodzą znaczne niedomagania.
— Ćwiczenie więc, — ruch — przy pomocy tuszów i kuracyi gorącej — jest jednym z najenergiczniejszych środków do przywrócenia równowagi i sprowadzenia nadmiernie rozwiniętych części do proporcyj normalnych.
Posiadamy cztery gatunki ćwiczeń, które ja nazywam ćwiczeniami przyrodzonemi, mianowicie: chodzenie, konna jazda, pływanie i wiosłowanie. Każde z tych ćwiczeń, rozwija inne członki, działa w pewnym specyalnym kierunku. Tu posiadamy wszystkie cztery rodzaje ćwiczeń, wywoływane sztucznie. Potrzeba się tylko zgodzić na nie i nie myśleć więcej o niczem, a można biegać, jeździć na koniu, pływać, wiosłować całemi godzinami, a umysł nie będzie brał żadnego udziału w tej czysto muskularnej pracy.
W tej chwili wszedł Aubry-Pasteur w towarzystwie człowieka, którego odwinięte rękawy ukazywały muskularne ręce. Inżynier utył jeszcze więcej. Chodził rozkraczony, sapiąc, z rękami dobrze odstającemi od ciała.
Wtem wszedł służący i podał mu bilet wizytowy.
— Książę de Ramas, mój kochany. Muszę pana pozostawić. Przepraszam bardzo.
Paweł, zostawszy sam, odwrócił się. Dwaj jeźdźcy, jechali znowu kłusem. Aubry-Pasteur chodził siedząc, a trzej Owerniacy wyciągali ręce, naprężali biodra, ażeby poruszać nieco swoich klientów. Mieli takie miny, jakby mełli kawę.
Wyszedłszy, spostrzegł doktora Honorata, przyglądającego się z żoną przygotowaniom do uroczystości. Rozmawiali, spoglądając na flagi, powiewające na szczycie pagórka.
Później spotkał panie Paille, Monécu ojca i córkę. Ale ponieważ dziś miał jeść śniadanie z Gontranem w Café du Casino, zdążał tam powolnym krokiem. Paweł przyjechał dopiero wczoraj, jeszcze się z przyjacielem nie widział — a miał mu do opowiadania wiele bulwarowych historyj o pannach i panach.
Gawędzili więc do pół do trzeciej; nareszcie Piotr Martel uprzedził ich, iż już pora iść do kościoła.
Na werandzie nowego hotelu czekała na nich Krystyna.
Miała policzki zapadnięte, ciemno-brązowy kolor kobiet brzemiennych, a cała postawa mocno pochylona, mówiła, że się musi znajdować przynajmniej w szóstym miesiącu ciąży.
— Czekałam na was — rzekła. — William poszedł naprzód. On ma tyle zajęcia dzisiaj.
Podniosła na Pawła Bretigny spojrzenie pełne czułości i przyjęła jego ramię.
Poszli powoli, wymijając kamienie.
— Tak jestem ociężałą — mówiła w drodze Krystyna — tak ociężałą, że iść nie mogę; boję się ciągle, abym nie upadła.
On nie odpowiadał, ale podtrzymywał ją ostrożnie, nie szukając jej spojrzeń, bezustannie ku niemu zwracanych.
Tłum, zbity w jednę masę, zalegał plac przed kościołem.
Andermatt wołał zdaleka:
— Nareszcie! — Nareszcie! Spieszcie się. Porządek jest następujący: Dwoje dzieci z chóru, dwóch śpiewaków w komży, krzyż, woda święcona, ksiądz! Następnie, Krystyna z profesorem Cloche, panna Ludwika z profesorem Rémusot i panna Karolina z profesorem Mac-Roussel. Za nimi dopiero Rada administracyjna, wydział techniczny i na ostatku publiczność. Zrozumieliście?
Personal duchowny wyszedł naprzód z kościoła i stanął na czele procesyi. Potem wysoki mężczyzna o pięknych, białych włosach, w tył odrzuconych, uczony klasyk, według wszelkich form akademickich, zbliżył się do pani Andermatt z ukłonem.
Wyprostowawszy się, przeszedł koło niej z odkrytą głową, ażeby sprezentować swoją piękną fryzurę uczonego, z kapeluszem na udzie, z postawą imponującą, jakby chodził w teatrze i pokazywał odznakę oficera[1], nadto może wielką, jak dla skromnego człowieka.
Rozmawiał z nią.
— Mąż pani mówił mi niedawno o tem, że jej stan budzi w nim pewne obawy i niepokój. Mówił także o wątpliwościach pani, co do chwili rozwiązania.
Krystyna poczerwieniała aż do uszów.
— Tak, od dawna już zdawało mi się, że... teraz ja nic nie wiem, nic nie wiem — mówiła niewyraźnie zmieszana.
Za nimi słychać było uwagę:
— Ta stacya ma wielką przyszłość przed sobą. Otrzymałem rezultaty zadziwiające.
Był to profesor Rémusot, przemawiający do towarzyszki swojej, panny Ludwiki Oriol. Był to mały mężczyzna o rudych, nieuczesanych włosach, w surducie źle skrojonym, zabrudzonym brudnym tłuszczem uczonego.
Profesor Mac-Roussel, który prowadził pod rękę Karolinę Oriol, był pięknym mężczyzną, nie noszącym ani brody, ani wąsów, uśmiechnięty, czysty, dbały o siebie, ledwie siwiejący, nieco otyły, którego słodka, ogolona twarz, zajmowała pośrednie miejsce między księżą a aktorską — jak doktora Latonne.
Za nimi postępowała Rada administracyjna, prowadzona przez Andermatta, pośród której imponowały olbrzymie kapelusze Oriolów.
Następnie widać było także kolekcyę wysokich kapeluszy, należących do grona lekarzy w Enval, pośród których brakowało doktora Bonnefille — ale miejsce jego było zajęte przez dwóch innych, dra Black, człowieka już niemłodego i niskiego wzrostu, karzełka prawie, którego nabożność, od chwili przybycia w tę okolicę, zwróciła powszechną uwagę, i drugiego młodego, pięknego mężczyzny, w maleńkim kapeluszu, z kokieteryą narzuconym, dra Mazelli, Włocha, będącego na służbie księcia de Ramas, inni mówili, że na służbie księżnej.
W końcu dopiero cisnęły się tłumy publiczności, służby kąpielowej, oraz mieszkańców z okolic i miast sąsiednich.
Poświęcenie źródła odbyło się prędko. Ksiądz Litre pokropił je, jedno po drugiem koleją, święconą wodą — co, według świadectwa dra Honorata, miało im nadać nowe własności: powiększyć zawartość chlorku sodu. Później, wszystkie osoby specyalnie zaproszone, wracały do wielkiej sali biblioteki, gdzie przygotowano zakąskę.
— Jak te panny Oriol wypiękniały — zauważył Paweł, zwróciwszy się do Gontrana.
— Są zachwycające, mój drogi.
— Nie widzieliście państwo pana prezesa? — spytał nagle młodych ludzi dawny eks-dozorca więzienia.
— I owszem... Oto on, tam stoi...
— Ojciec Klaudyusz gromadzi ludzi koło siebie.
Procesya, idąca do źródeł, defilowała już przed starym inwalidą, wyleczonym cudownie roku zeszłego, który teraz znowu był tak sparaliżowany, jak nigdy przed tem. Zatrzymywał on przechodniów po drodze, obcych i gości, i opowiadał im swoją historyę.
— Te wody nic nie warte — mówił — leczą one, to prawda, ale później choroba wraca jeszcze z większą gwałtownością. Przed kuracyą miałem złe nogi, ale przecie się niemi posługiwałem, a teraz i nogi mi odjęło i ręce. Nogi moje stały się jakby żelazne, które, zdaje się, łatwiej można złamać, jak zgiąć.
Andermatt zrozpaczony, żądał uwięzienia jego i chciał go prześladować sądownie za szkody, mogące spłynąć z tego na Mont-Oriol. Ale nie udało mu się, ani wymódz aresztowania, ani zamknąć gęby staremu.
Dowiedziawszy się, że chory leżał przed bramą zakładu, pospieszył, ażeby go zmusić do milczenia.
Przy wielkiej drodze, pośród licznie zgromadzonych ludzi, dolatywały jakieś gwałtowne wyrazy. Kobiety pytały:
— Co to się stało?
— To chory, którego tutejsze wody dobiły ostatecznie.
Andermatt rozciął tłum, jak to umiał zawsze robić, wśrubowując wszędzie swój okrągły brzuszek.
Ojciec Klaudyusz siedział nad rowem i wyjąkiwał swoje żale, opowiadał o cierpieniach płaczącym głosem, a między nim a publicznością stali obaj Oriolowie, wymyślając mu całą gębą:
— To nie prawda — krzyczał Olbrzym — to jest łgarz; udaje tylko, stary przemytnik, który biega po lasach po całych nocach.
Stary, nie zwracając na to uwagi, ciągnął dalej swoim jednostajnym, przenikliwym głosem, który zagłuszał łajania Oriolów:
— Oni mnie zabili, ci panowie, swoją wodą. Kąpali mnie gwałtem roku zeszłego, a teraz, ot, co się stało.
Andermatt nakazał milczenie wszystkim, później pochylając się ku staremu i patrząc mu w oczy, mówił:
— Jeżeli pan jesteś więcej teraz chory, to pana wina. Ale, jeżeli mnie pan posłuchasz, ja obowiązuję się wyleczyć pana w piętnastu lub dwudziestu kąpielach. Przyjdź pan do mnie za godzinę do zakładu, kiedy się wszyscy rozejdą — załatwimy tę sprawę. A tymczasem — proszę milczeć.
Stary zrozumiał. Zamilczał, a po chwili milczenia odpowiedział:
— Spróbuję jeszcze. Obaczymy.
Andermatt, wziąwszy pod rękę obu Oriolów, żywo oddalił się z nimi na stronę, a ojciec Klaudyusz leżał wyciągnięty na ziemi, między kulami, na skraju drogi, przewracając oczami do słońca.
Tłum ciekawych cisnął się koło niego. Panowie zapytywali go o coś, ale on nie odpowiadał wcale, jakby nie słyszał, lub nie rozumiał; ciekawość ta, niepotrzebna mu już wcale, poczęła go nudzić, zaczął śpiewać sobie pod nosem, fałszywym głosem, jakąś piosnkę w niezrozumiałym patois.
Więc tłum powoli rozchodzić się począł. Pozostało przy nim tylko kilkoro dzieci, stojących naprzeciwko i dłubiących w nosie.
Krystyna zmęczona, poszła do siebie odpocząć, a Paweł i Gontran spacerowali w nowym parku pośród licznych gości. Nagle, spostrzegli gromadkę aktorów, którzy także ze starego kasyna przeszli do nowego.
Panna Odelin, bardzo elegancko ubrana, spacerowała, trzymając pod ramię matkę. Pan Petitnivelle, z Wodewilu, zdawał się bardzo nadskakiwać damom, towarzyszącym p. Lapalme, z Wielkiego teatru w Bordeaux, dyskutując z tymi samymi muzykantami, maestro Saint-Landri, fortepianistą Savel, flecistą Noiret i contra-basem Nicordi.
Spostrzegłszy Pawła i Gontrana, Saint-Landri rzucił się do nich. W ciągu bieżącej zimy udało mu się wystawić jakąś jednoaktówkę gdzieś w małym teatrzyku; pisma odezwały się o nim łaskawie i to go ośmieliło do poglądania z góry na Masseneta i Gounoda.
Wyciągnął ku nim z pewną serdecznością obie ręce i opowiedział natychmiast dyskusyę, prowadzoną z panami z orkiestry, którą dyrygował.
— Tak, tak, kochany panie koniec już z wojownikami dawnej mody. Melodyści już się przeżyli — a tego właśnie nie chcą zrozumieć.
Muzyka jest nową sztuką. Melodya — jest to sobie brząkanie. Niewykształcone ucho lubuje się w takiem tra-la-la; znajduje w tem przyjemność dziecka, przyjemność dzikiego. Naturalnie, że słuch ludu, wogóle publiczności naiwnej będzie się zawsze lubować w małych piosnkach, w aryach nareszcie. Jest to rozrywka, w sam raz dla tych, którzy się lubują w kawiarnianych koncertach.
Zacierał ręce z pewnem zadowoleniem i ciągnął dalej śpiewającym głosem:
— Panowie posłyszą moją operę — moją operę — opere...
— Pan pracujesz nad operą? — spytał Gontran.
— Kończę ją właśnie.
Nagle zabrzmiał rozkazujący głos Piotra Martel:
— Proszę tylko dobrze zrozumieć! A więc na tem stanęło: żółta rakieta — i rozpoczynać!
Wydawał rozkazy co do ogni sztucznych. Zbliżono się doń, a on tłómaczył swoje dyspozycye, wskazując wyciągniętą ręką, jakby groził nieprzyjacielowi, szczyty lasów na górach, po nad szczeliną górską, z przeciwległej strony doliny.
— Stamtąd wypuści się. Mówiłem ogniomistrzowi, ażeby od w pół do dziewiątej już był na stanowisku. Jak tylko się przedstawienie skończy, dam sygnał za pomocą żółtej rakiety i wtenczas zapali się pierwszy fajerwerk.
Nadszedł markiz. Paweł i Gontran poszli z nim razem i zeszli ze wzgórza. Przybywszy do zakładu, spostrzegli wchodzącego doń ojca Klaudyusza, podtrzymywanego przez dwóch Oriolów, w towarzystwie Andermatta i doktora; paralityk za każdem poruszeniem nóg, robił minę człowieka cierpiącego.
— Wejdźmy — rzekł Gontran to będzie ciekawe.
Posadzono chorego na fotelu, potem głos zabrał Andermatt:
— Oto są moje propozycye, stary oszuście. Musisz wyleczyć się natychmiast, biorąc kąpiele codziennie. Następnie, otrzymasz dwieście franków, jak tylko zaczniesz chodzić...
Paralityk począł stękać.
— Ach, nogi moje stały się teraz, jak z żelaza, mój dobry panie.
Andermatt kazał mu milczeć i mówił dalej:
— Słuchaj. Będziesz pobierał jeszcze po dwieście franków co rok aż do śmierci — słyszysz, aż do śmierci — jeżeli będziesz i nadal doświadczać zbawiennego wpływu wód naszych.
Stary milczał. Zupełne wyleczenie się nie odpowiadało jego planom, więc po chwili, głosem wahającym się zapytał:
— Ale kiedy się zamknie... wasza buda... jeżeli choroba wróci... ponieważ buda zamknięta... wasza woda...
Dr Latonne przerwał mu i, zwróciwszy się do Andermatta, zawołał:
— Wybornie! Wybornie! Będziemy go leczyć co rok... będzie to lepszem i dowiedzie konieczności corocznego leczenia się, konieczności powrotu do wód.
Stary powtarzał:
— To nie będzie dogodnem dla mnie, moi panowie. Nogi moje są teraz formalnie z żelaza...
Nowa myśl zakiełkowała w umyśle doktora.
— Gdybym ja mu zaaplikował kilka seansów chodzenia siedzącego — rzekł — przyspieszyłbym w ten sposób o wiele działanie wody. Należałoby popróbować.
— Wyborna myśl — odrzekł Andermatt i, zwróciwszy się do ojca Klaudyusza, dodał:
— Teraz wynoś się, stary, i niezapominaj o umowie.
Stary wyszedł, stękając, a ponieważ wieczór się zbliżał, wszyscy administratorowie Mont-Oriol poszli na obiad, gdyż przedstawienie teatralne naznaczono na w pół do ósmej.
Miało się ono odbyć w wielkiej sali miejscowego kasyna, mieszczącej w sobie tysiąc osób.
O siódmej godzinie już się zgromadzili widzowie, nie posiadający krzeseł numerowanych. O w pół do ósmej, sala była przepełnioną. Grano jakiś wodewilik, poprzedzony operetką Saint-Landri, odśpiewaną przez sprowadzonych umyślnie na ten cel z Vichy artystów.
Krystyna siedziała w pierwszym rzędzie krzeseł, między bratem a mężem i z powodu gorąca bardzo była cierpiącą. Co chwila powtarzała mężowi:
— Nie mogę, nie mogę dłużej wysiedzieć!
Nareszcie, po skończonym wodewilu, uczuła się tak niedobrze, że rzekła do męża:
— Mój drogi, muszę wyjść, ja się tu duszę...
Bankier był zrozpaczony. Jemu przedewszystkiem chodziło o to, aby zabawa udała się od początku do końca, bez żadnych wypadków.
— Użyj wszystkich wysiłków — odpowiedział, — ażeby się oprzeć. Błagam cię. Będziesz musiała przejść przez całą salę.
Gontran posłyszał tę rozmowę.
Gorąco ci? — spytał.
Duszę się...
Dobrze. Poczekaj. Będziesz się śmiać zaraz.
W pobliżu było okno. Zbliżył się do niego, stanął na krześle i wyskoczył, nie będąc przez nikogo prawie spostrzeżonym. Dostał się następnie do kawiarni, zupełnie opróżnionej, sięgnął ręką do kantorka, gdzie Piotr Martel schował rakietę, wyciągnął ją, dobiegł do miejsca umówionego i zapalił.
Żółty snop wyleciał bystro pod obłoki wężykowatą linią i wkrótce błysnął pod stropem nieba deszcz ognisty.
Równocześnie prawie, posłyszano wystrzał na górze sąsiedniej i gromady gwiazd rozprysły się wśród nocy.
W sali, gdzie drżały jeszcze akordy Saint-Landri, ktoś krzyknął:
— Zapalono ognie sztuczne!
Widzowie najbliżsi drzwi poczęli wychodzić z hałasem, ażeby się przekonać, czy to prawda. Inni zwrócili oczy za okno, ale nic nie widzieli, gdyż z tej strony była Limagne.
W jednej chwili cała sala była na nogach. Rzucono się do drzwi, trącano się, gniewano na tych, którzy zabarykadowali wyjście.
Wkrótce wszyscy byli już w parku. Tylko Saint-Landri zrozpaczony, wybijał nadal takt batutą przed nieuważnymi muzykantami. Tymczasem ognie sztuczne palono dalej — słońca zastępowały świece rzymskie wśród huku wystrzałów.
Nagle zagrzmiał gwałtowny głos i wykrzyk potrójny:
— Wstrzymajcie się, na miłość Boga! Wstrzymajcie się! Wstrzymajcie się!
W tej chwili właśnie wielki ogień bengalski zapalono na górze, na prawo czerwony, na lewo błękitny, które oświeciły olbrzymie skały i drzewa. W tem oświetleniu spostrzeżono stojącego w środku wazy marmurowej, zdobiącej taras kasyna, Piotra Martel, z twarzą pomieszaną, z odkrytą głową, z rękami wyciągniętemi w przestwór, krzyczącego i gestykulującego.
Wtem sztuczna jasność zgasła i znowu nic nie było widać oprócz gwiazd prawdziwych. Ale natychmiast prawie zapalono znowu ognie. Piotr Martel skoczył na ziemię, krzycząc:
— Co za nieszczęście! nieszczęście! Mój Boże! co za nieszczęście!
Szedł pośród tłumu z giestami tragicznymi, wyciągając pięście w przestrzeń, krzycząc w gniewie i powtarzając ciągle:
— Co za nieszczęście! Mój Boże, co za nieszczęście!
Krystyna podała rękę Pawłowi, usiadła następnie na świeżem powietrzu i przyglądała się z przyjemnością rakietom, wylatującym pod niebiosy.
Nadszedł brat.
— No, i cóż, udało się? Jak ci się to podoba? Hę?
— Jakto? To ty? — szepnęła mu półgłosem.
— Tak, ja... I cóż, dobrze?
Poczęła się śmiać, tak jej to wydało się śmiesznem. Wtem zbliżył się Andermatt, rozszalały z gniewu. Nie domyślał się on wcale, skąd ten figiel mógł powstać. Wiedział tylko, że skradziono sygnał i dano znak nie w porę. Podobne łotrostwo mogło tylko wyjść od jakiegoś agenta doktora Bonnefille!
Więc powtarzał, jakby do siebie:
— To smutne, bardzo smutne! Fajerwerk, który kosztował dwa tysiące trzysta franków, zmarnowany, kompletnie zmarnowany!
— O, nie, mój kochany — rzekł Gontran — strata wynosi zaledwie czwartą część, ale niech będzie trzecią, t. j. siedmset sześćdziesiąt franków. Goście więc twoi skorzystali z ogni sztucznych na tysiąc pięćset trzydzieści dwa franki. To nie jest jeszcze źle, prawdziwie.
Gniew cały bankiera zwrócił się na szwagra. Z pewną żywością wziął go pod ramię:
— Mam z tobą pomówić poważnie. Ponieważ jesteśmy już razem, przejdźmy się w alejach; właśnie mam kilka minut czasu.
Jak się tylko znaleźli sami, nieco dalej od tłumu, Andermatt zatrzymał się.
— Mój drogi, właśnie mam zamiar mówić o twojem położeniu finansowem. Czy ty znasz to położenie?
— Nie, ale za to ty znać możesz, bo mi przecież pożyczasz pieniędzy.
— Istotnie, ja je znam i właśnie dlatego mówię o niem z tobą.
— Zdaje mi się, że chwila nie jest odpowiednio dobraną podczas ogni sztucznych.
— Przeciwnie, chwila wybrana bardzo dobrze. Nie mówię z tobą pośród ogni sztucznych, ale przed balem... Twoja pozycya jest taką: ty nie masz nic oprócz długów i nigdy nie będziesz miał nic więcej oprócz długów...
Gontran zauważył poważnie:
— Mówisz mi to nieco za ostro.
— Może — dlatego, że trzeba. Słuchaj: przejadłeś część majątku, która ci się dostała po matce... ale nie mówmy o tem.
— Nie mówmy...
Co do twego ojca, posiada on trzydzieści tysięcy franków renty, to znaczy kapitał, mniej więcej, około ośmiu kroć sto tysięcy franków. Twoja część z czasem mogłaby wynosić około połowy tego. Mnie jesteś winien sto dziewięćdziesiąt tysięcy franków, oprócz tego, jesteś dłużny lichwiarzom...
Gontran rzekł wyniośle:
— Żydom, powiedz.
— Dobrze, niech będzie żydom, chociaż w ich liczbie jest skarbnik św. Sulpicyusza, który posługiwał się księdzem, jako pośrednikiem między nim a tobą... ale o takie bagatele spierać się nie będziemy... Jesteś więc dłużny rozmaitym lichwiarzom, izraelitom i katolikom, mniej więcej, tyleż. Przypuśćmy jednak, że tylko sto pięćdziesiąt tysięcy — najmniej. Co wszystko stanowi razem trzysta czterdzieści tysięcy franków, od których opłacasz procenta, ciągle pożyczając, — z wyjątkiem mnie, któremu nic nie płacisz.
— To wszystko prawda — rzekł Gontran.
— A więc dla ciebie nie pozostanie już nic.
— Nic, w istocie... oprócz szwagra.
— Szwagra, który dalej pożyczać pieniędzy już nie chce.
— A więc?
— A więc, mój drogi, każdy chłop, który żyje w nędznej chacie, jest bogatszym od ciebie.
— Bardzo dobrze... a co więcej?
— Więcej... więcej... Jeżeli twój ojciec umrze jutro, nic ci innego nie pozostanie, ażeby mieć kawałek powszedniego chleba, jak przyjąć miejsce urzędnika w moim magazynie. W ten sposób będziesz musiał skrywać jeszcze pensyę, którą ci wyznaczę.
— Mój drogi Wilu — odrzekł Gontran z pewną irytacyą w głosie — te sprawy mnie bardzo drażnią. Zresztą, wiem ja o tem sam doskonale, tylko powtarzam ci, że chwila do przypomnienia mi tego, nie jest zupełnie stosowną... przytem robisz to tak niedyplomatycznie...
— Pozwól mi skończyć. Wybrnąć z tego możesz tylko za pomocą małżeństwa. Ty jesteś fatalną partyą, pomimo, że posiadasz dość dźwięczne nazwisko. Nie jest to wprawdzie takie nazwisko, za któreby bogata dziedziczka, choćby żydówka, zapłaciła fortuną. Trzeba więc znaleść dla ciebie kobietę dostępną i bogatą...
Gontran mu przerwał:
— Powiedz odrazu, kogo masz na myśli.
— Jedną z córek ojca Oriola do twego — wyboru. Właśnie dlatego mówię z tobą przed balem.
— A teraz wytłómacz się wyraźniej — rzekł Gontran chłodnym głosem.
— Jest to bardzo proste. Widzisz, jak mi tutaj wszystko świetnie poszło od pierwszej chwili. Gdybym więc miał w ręku, a raczej, gdybyśmy mieli w ręku całą ziemię, będącą w posiadaniu tego chytrego chłopa — zrobilibyśmy z niej złoto. Już nie mówię o winnicach, ciągnących się od zakładu do hotelu i od hotelu do kasyna, — jabym jutro zapłacił za to milion, ja, Andermatt. Otóż więc te wszystkie winnice naokoło ich domu będą stanowiły posag panienek. Sam ojciec mówił mi o tem, może nawet nie bez intencyi. A więc... gdybyś tylko zechciał, zrobilibyśmy na tem obydwaj wielki interes.
— Gontran, z miną wahającego się człowieka, odrzekł:
— To możebne. Pomyślę o tem.
— Pomyśl o tem, mój drogi, i nie zapominaj, że ja w ten sposób mówię tylko o rzeczach pewnych, obmyślawszy dobrze wszystko, rozważywszy wszystkie możebne następstwa i korzyści niewątpliwe.
W tej chwili Gontran, podnosząc rękę w górę, zawołał, jakby nagle zapomniał o tem, o czem dopiero mówił ze szwagrem:
— Uważasz! jakie to piękne!
W chwili tej błysnęły ognie — i wydawało się, że się pali pałac fantastyczny, nad którym powiewał płomienny sztandar z napisem czerwonemi ognistemi literami Mont-Oriol, a naprzeciwko niego, w górze, nad równiną, wysunął się także czerwony księżyc, jakby umyślnie w celu przypatrywania się temu widokowi. Pałac ów, po kilku minutach palenia się, eksplodował, wylatując w powietrze, jak okręt wysadzony, siejąc po całem niebie fantastyczne gwiazdy, wybuchające z kolei. Wkrótce wszystko znikło, — pozostał tylko spokojny i okrągły księżyc na horyzoncie.
Publiczność klaskała frenetycznie, krzycząc: brawo! brawo!
Andermatt rzekł nagle:
— Chodźmy, mój kochany, otworzyć bal. Chcesz ze mną tańczyć pierwszego kadryla?
— Dlaczegóżby nie, kochany szwagrze.
— Kogo masz zamiar zaangażować? Ja tańczę z księżną de Ramas.
— Ja zaangażuję Karolinę Oriol.
Wrócili. Przechodząc koło miejsca, gdzie zostawili Krystynę z Pawłem Bretigny, nie dostrzegli ich.
William zauważył półgłosem:
— Posłuchała mojej rady i poszła do łóżka. O, ona dziś była bardzo zmęczoną.
Zbliżył się do sali balowej, którą w czasie puszczania fajerwerków, służba uprzątnęła.
Krystyna jednak nie wróciła do domu, jak się mężowi zdawało.
Znalazłszy się sam na sam z Pawłem, pochyliła się ku niemu i ścisnąwszy go za rękę, szepnęła do ucha:
— Nareszcie jesteś! Od miesiąca już czekam ciebie. Co rano pytałam siebie: może dziś cię zobaczę. Co wieczór powtarzałam sobie: jutro, pewnie. Dlaczegóż, mój drogi, tak się spóźniłeś?
— Miałem interesy, zajęcia — rzekł z pewnem zakłopotaniem.
Krystyna nachyliła się ku niemu, szepcząc:
— To przecież niedobrze, że mnie zostawiłeś samą pośród nich, szczególniej w mojem położeniu.
Odsunął nieco krzesło.
— Uważaj... mogą nas dostrzedz... Te ognie oświetlają całą okolicę.
Krystyna, zdawało się, nie zwracała na to uwagi.
— Ja cię tak kocham — mówiła i ciągnęła dalej z dreszczem radości: — jakże jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, żeśmy się nareszcie znaleźli razem! Czy ty pojmujesz, jaka to dla mnie radość! Jak my będziemy kochać się jeszcze!
Westchnęła głosem tak słabym, że westchnienie wydało się prawie oddechem.
— Mam jakieś szalone pragnienie — rzekła — uścisnąć cię... szalone! Tak dawno cię nie widziałam!
Potem nagle, z nagłą energią, właściwą kobietom namiętnym, przed którą wszystko powinno ustąpić, rzekła:
— Słuchaj, mój drogi, uważasz... pragnęła bym zaraz pójść z tobą na to samo miejsce, gdzie roku zeszłego pożegnałeś mnie. Pamiętasz — na drodze do la Roche Predière?
Bretigny odrzekł z akcentem zdziwienia:
— Ależ to niepodobna! Ty nie możesz chodzić. Cały dzień byłaś na nogach. Byłoby to szaleństwem, ja nie pozwolę na to!
Krystyna wstała.
— Ja chcę powtórzyła — a jeżeli ty mi towarzyszyć nie będziesz, pójdę sama.
A wskazując mu księżyc, który się podnosił:
— Patrzaj — dodała — wieczór, zupełnie podobny do tamtego. Przypominasz sobie, jakeś mój cień całował.
— Krystyno, słuchaj... — powstrzymywał ją Paweł — to byłoby śmiesznem... Krystyno...
Ona, nie odpowiadając wcale, zdążała ku pochyłości, prowadzącej do winnic. Znał on tę spokojną wolę, której odwrócić nikt, zdaje się, nie zdoła, ten upór błękitnych oczu, małego czoła, którego żadna przeszkoda nie wstrzyma, podał więc ramię, aby jej ulżyć nieco.
— Ach, gdyby nas spostrzeżono, Krystyno?
— Nie mówiłeś tego przed rokiem. Zresztą, wszyscy są zajęci balem. Wrócimy — i nikt nie zauważy naszej nieobecności.
Trzeba było iść szybko ścieżką kamienistą. Ona zadyszała się, opierając się na jego ramieniu z całej siły i powtarzała za każdym krokiem: jak to dobrze, dobrze tak cierpieć!
On zatrzymał się i chciał wrócić, ale ona o niczem słyszeć nie chciała.
— Nic, nic, jestem bardzo szczęśliwa. Ty tego szczęścia nie rozumiesz... Słuchaj... ja słyszę, jak się rzuca... to nasze dziecko... twoje dziecko... jakie to szczęście! Daj rękę! Uważasz... czujesz je?
Nie mogła zrozumieć tego, że ten człowiek należał do rodzaju kochanków, ale nie ojców. Jak się tylko dowiedział, że jest przy nadziei, odsuwał się od niej, brzydził się nią — mimowoli. Niegdyś, dawniej już powtarzał, że kobieta, która stała się matką, nie jest już godną miłości. Jego zapalało w miłości to wzlatywanie dwóch serc do ideału niedoścignionego, to jakieś niemateryalne uniesienie się dwóch dusz, wszystko to, co poeci wtłaczają sztucznie w ramy poezyi. W kobiecie fizycznej czcił tylko Venus, która powinna zawsze zachować czystość formy, niepokalanej płodnością. Sama myśl o maleńkiej istocie, zrodzonej z niego, o poczwarce ludzkiej, miotającej się w jej ciele, zbrukanem już i napiętnowanem brzydotą — napełniała go jakimś wstrętem nieprzezwyciężonym. Macierzyństwo robiło z kobiety zwierzę. Ona przestawała być wtedy istotą wyjątkową, czczoną, wymarzoną, stawała się zwierzęciem, reprodukującem swoją rasę. Jakiś niesmak, czysto materyalny, mieszał się do tego wstrętu duchowego.
Jakże ona mogła przeczuć i odgadnąć to, ona, którą każde drżenie pożądanego dziecka, wiązało jeszcze bardziej do kochanka? Człowiek ten, ubóstwiany przez nią, kochany codzień więcej, od chwili pierwszego pocałunku, przeniknął nietylko do głębi jej serca, ale do głębi jej ciała i zaczął tam życie własne, które przez nią kiedyś wytryśnie. Tak, ona go miała przy sobie, w sobie, tego drogiego, kochanego, kochającego, drogiego, jedynego przyjaciela, odradzającego się w jej wnętrznościach tajemnicą natury. Kochała go więc podwójnie jego, widzianego i małego, nieznanego jeszcze, tego, którego całowała, słuchała i tego, którego zaledwie czuła ruszającego się we wnętrzu swojem.
Weszli nareszcie na drogę.
— Czekałeś mnie tego wieczoru — tam, — rzekła.
Wysunęła ku niemu usta. On pocałował je milcząc, chłodnym pocałunkiem.
— Przypominasz sobie szeptała mu znowu jak cień mój obejmowałeś? Staliśmy wtedy tak patrzaj.
W złudzeniu, że się scena powtórzy, poczęła biedz, oddalając się od niego. Zatrzymała się nareszcie zdyszana i stanęła na drodze. Księżyc, przedłużając jej profil na ziemi, narysował wydętość na zdefigurowanym boku. Paweł, widząc u swoich nóg cień jej, stał naprzeciwko niej w milczeniu, jakby zraniony w swojej czystości poetyckiej, zrozpaczony, że ona tego nie czuje, nie domyśla się, nie odgaduje jego myśli, że nie posiada dość kokieteryi, taktu, domyślności kobiecej, aby zrozumieć całą niestosowność okoliczności. Rzekł więc z pewną niecierpliwością w głosie:
— Uważaj, Krystyno, to dzieciństwo jest śmieszne!
Powróciła do niego wzruszona, smutna, z otwartemi ramiony i rzucając się mu na piersi, rzekła:
— O, ty już mnie tak nie kochasz! Ja to czuję! Jestem tego pewna!
Żal mu się jej zrobiło. Zbliżył więc jej głowę do siebie i na oczach wycisnął dwa długie pocałunki.
Potem powrócili w milczeniu. On nic nie miał do powiedzenia; a ponieważ ona opierała się na nim zmęczona, przyspieszył kroku, aby nie czuć tarcia się o niego jej rozszerzonej talii.
W pobliżu hotelu rozłączyli się — Krystyna udała się do swego pokoju.
Kasynowa orkiestra grała tańce,— Paweł poszedł na bal. Tańczono walca,— P wszyscy się kręcili: dr Latonne z panią Paille, młodszą. Andermatt z Ludwiką Oriol, piękny dr Mazelli z księżną de Ramas, a Gontran z Karoliną Oriol. Coś jej szeptał do ucha z miną czułą, zwiastującą rozpoczęte konkury; ona uśmiechała się poza wachlarzem, czerwieniła się, ale zdawała się być zachwyconą.
Paweł słyszał z tyłu rozmawiających:
— Uważasz, pan de Ravenel umizga się do mojej klientki.
Był to głos dra Honorata, stojącego przy drzwiach i zajętego robieniem uwag.
— Już z pół godziny to się ciągnie — mówił dalej. — Wszyscy już zwrócili na to uwagę. Ale widocznie to się podoba dziewczynie.
Po chwili milczenia, dodał:
— Takie dziecko, to prawdziwa perła: dobra, wesoła, prosta, szczera, prawa, — jednem słowem, dzielne stworzenie. Ona dziesięć razy więcej warta, niż starsza. Znam ją od dzieciństwa, obie dziewczyny. A jednak ojciec woli starszą, dlatego, — że ona jest więcej... więcej... chłopką że się tak wyrażę. Mniej szczera...bardziej oszczędna... więcej chytra... i bardziej zazdrosna... Ale w każdym razie i to dobra dziewczyna — nie mam zamiaru wcale nic złego o niej powiedzieć... ale jakoś mimowoli nasuwa się porównanie... a po dokonanem porównaniu, sądzę... tak, jak zwykle.
Walc się skończył. Gontran zbliżył się do przyjaciela, a spostrzegłszy doktora, zwrócił się ku niemu:
— Ach! widzę, że personal medyczny w Enval zwiększył się. Mamy tu doktora Mazelli, który walcuje wybornie i małego, starego pana Black, który, zdaje się, być w najlepszych stosunkach z niebem.
Ale dr Honorat okazał się dyskretnym: nie lubił sądzić swoich współkolegów.