Przejdź do zawartości

Mohammed Fripouille

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Mohammed Fripouille
Pochodzenie Ojcobójca
Wydawca Wydawnictwo "Taniej Książki"
Data wyd. 1927
Druk Warszawa : I. Haendler
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Mohammed-Fripouille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




MOHAMMED FRIPOUILLE



— Może pójdziemy na dach wypić kawę? — spytał kapitan.
Bardzo chętnie — odpowiedziałem.
W sali mrok już zapadał. Poza wysokiemi, ostrołukowemi oknami zwieszały się rośliny z ogromnego tarasu, na którym zwykle spędzano gorące letnie wieczory. Na stole nic już nie pozostało, prócz olbrzymich afrykańskich owoców i winogron wielkich jak gruszki, miękkich fig fioletowych, żółtych gruszek, podłużnych bananów i daktyli w łyczkowym koszyku.
Maurytańczyk, który nam usługiwał do stołu, otworzył drzwi i weszliśmy na schody, słabo oświetlone z góry ostatniemi promieniami zachodzącego słońca.
Głęboko i z uczuciem błogości odetchnąłem, wszedłszy na taras, skąd się roztaczał uroczy widok na Alger, przystań i dalekie wzgórza.
Dom, kupiony przez kapitana, był dawną siedzibą arabską, położoną w środku starego miasta, pomiędzy labiryntem uliczek i zaułków, gdzie się roiło od różnorodnej ludności afrykańskiej.
Pod nami płaskie i czworogranne dachy obniżały się, jak olbrzymie schody, aż ku dachom pochyłym europejskiej części miasta. Poza niemi ukazywały się maszty okrętów, o zarzuconych kotwicach, a dalej — błękitne i spokojne morze, mające nad sobą sklepienie nieba, także spokojne i błękitne.
Wyciągnęliśmy się na matach, głowy oparliśmy na poduszkach i, zwolna popijając doskonałą kawę, patrzyliśmy na ciemne sklepienie, zasiane niewielką jeszcze ilością gwiazd.
Lekki, ciepły, rozkoszny wietrzyk przejmował mile cały nasz organizm i tylko czasem, duszący, ciężki, prawdziwie afrykański powiew przypominał nam bliskie sąsiedztwo pustyni. Kapitan, leżąc nawznak, mówił rozmarzony:
— Co za kraj! Jak słodko płynie w nim życie! Wszak nawet spoczynek ma tutaj coś odrębnego i zachwycającego. A noce, jak usposabiają do marzeń!
Ja, zapatrzony ciągle w świeżo ukazujące się gwiazdy i doznając uczucia jakiejś dziwnej szczęśliwości, szepnąłem:
— Mógłbyś mi opowiedzieć jakiś okres swojego życia w tej części świata.
Kapitan Manet był jednym z najdawniejszych żołnierzy armji afrykańskiej, dawniejszym spahem, który dobił stopnia dzielnością swego oręża. Dzięki jemu, jego przyjaźni, jego stosunkom, mogłem odbyć pyszną podróż po pustyni i dziś właśnie przyszedłem, by mu przed powrotem do Francji wyrazić swoją wdzięczność.
— Jakiego rodzaju opowieści chcesz ode mnie? — spytał. — Podczas dwunastoletniej mojej bytności na gorących piaskach Afryki spotkało mnie tyle niezwykłych wydarzeń, że już o wszystkich zapomniałem.
— Powiedz mi co o kobietach arabskich — odparłem.
Nic nie odrzekł. Leżał wyciągnięty z rękami pod głową; chwilami czułem woń jego cygara, którego dym wśród tej cichej nocy unosił się prosto w górę.
Nagle zaczął się śmiać.
— Ach! tak, opowiem ci zabawne zdarzenie z pierwszych czasów mego pobytu w Algerze, Mieliśmy w naszej armji typy niezwykłe, jakich się dziś już nie widzi i jakich już niema, typy, któreby cię zajęły do tego stopnia, że, patrząc na nie, pragnąłbyś spędzić całe życie w tym kraju.
Byłem prostym spahem, dwudziestoletnim blondynem, zwinnym, silnym, zawadjackim, jak przystało na algerskiego żołnierza. Przyłączono mnie do wojennego oddziału w Bogharze, Znasz Boghar, zwany Gangiem południa, widziałeś z wierzchołka portu początek tej krainy nagiej, kamienistej, popękanej i czerwonej. Jest to przedsionek pustyni, Wspaniała i paląca granica niezmierzonych przestrzeni żółtych piasków.
Było nas w Bogharze czterdziestu spahów i stanowiliśmy tak zwaną kompanję wesołych, oprócz tego znajdował się szwadron strzelców afrykańskich. Jednego dnia doniesiono nam, że pokolenie Uled-Berghi zamordowało podróżującego anglika, który, licho wie, jakim sposobem tam się dostał. Trzeba było wymierzyć sprawiedliwość za tę zbrodnię, popełnioną na Europejczyku, ale naczelny dowódca wahał się z wysłaniem całego oddziału, będąc zdania — i słusznie — że jeden anglik nie wart tyle zachodu.
Otóż kiedy o tem rozmawiał z kapitanem i porucznikiem, wachmistrz spahów, czekający z raportem, odezwał się, że jeśli mu dadzą sześciu ludzi, to on ukarze całe pokolenie.
W pustyni, jak wiesz, panuje nierównie większa swoboda, niż w granicznych miastach, i pomiędzy oficerem, a żołnierzem wywiązuje nieznane gdzie indziej koleżeństwo.
— Kapitan począł się śmiać.
— Ty, mój zuchu?
— Tak, kapitanie, a jeśli pan sobie życzysz, zabiorę do niewoli całe pokolenie.
Kapitan, człowiek żywej wyobraźni, wziął go za słowo i rzekł:
— Jutro rano wybierzesz sobie sześciu ludzi, z którymi udasz się na pustynię, ale biada ci, jeśli nie dotrzymasz obietnicy!
Wachmistrz uśmiechnął się pod wąsem.
— Bądź spokojny, komendancie, moi niewolnicy będą tutaj najpóźniej we środę w południe.
Ten wachmistrz Mohammed Fripouille, jak go nazywano, był człowiekiem istotnie zadziwiającym, Turek, prawdziwy Turek, po życiu bardzo burzliwem, a prawdopodobnie niezbyt czystem, wszedł do służby francuskiej. Przebywał w Grecji, w Azji Mniejszej, w Egipcie, W Palestynie i zapewne niejedną zbrodnię zostawił poza sobą. Zuchwały, hulaka, dziki i wesoły, do tego, otyły, niezmiernie nawet otyły, ale zwinny jak małpa. Jeździł na koniu zachwycająco. Jego wąsy, nieprawdopodobnie gęste i długie, przypominały mi zawsze półksiężyc, lub zakrzywioną szablę. Arabów strasznie nienawidził i obchodził się z nimi z nieopisanem okrucieństwem, wynajdując coraz to nowe podstępy i zasadzki, jedne straszniejsze od drugich.
Przy tem wszystkiem posiadał nadzwyczajną siłę i nieprawdopodobną odwagę.
— Wybierz sobie swoich ludzi, zuchu — rzekł doń kapitan.
Do wybranych należałem i ja. Widocznie miał doi mnie zaufanie, a za ten wybór, który mi zrobił więcej przyjemności, niż później krzyż legji honorowej, byłem mu nieskończenie wdzięczny.
Wyjechaliśmy więc nazajutrz o świcie w siedmiu. Tylko w siedmiu. Moi towarzysze, z powołania rabusie i rozbójnicy, włócząc się i awanturując po całym świecie, wkońcu zaciągnęli się do wojska. Nasza armja afrykańska była pełna podobnych wyrzutków, będących poza tem doskonałymi żołnierzami.
Mohammed dał każdemu z nas po dwanaście sznurków, mających około metra długości. Mnie zaś, jako najmłodszemu i najlżejszemu, został się jeszcze sznur sto metrów długi. Kiedyśmy pytali naszego dowódcę, co będzie robił z tak znacznym zapasem konopi, odpowiedział spokojnie:
— Będę łowił arabów.
I mrugał okiem złośliwie, czego się nauczył od jednego strzelca afrykańskiego, paryżanina.
Jechał na czele naszej gromadki w czerwonym turbanie i od czasu do czasu uśmiechał się do siebie z zadowoleniem.
Ten ogromny Turek był istotnie piękny ze swoim potężnym brzuchem, olbrzymiemi ramionami i spokojem w twarzy. Siedział na białym, średniej wielkości, ale silnym koniu, który zdawał się dziesięćkroć przynajmniej za małym dla swego jeźdźca.
Wyjechaliśmy na niewielką płaszczyznę kamienistą, żółtą, nagą, prowadzącą do doliny Szelif i rozmawialiśmy o naszej wyprawie. Było tu słychać różnorodne akcenty, gdyż mieliśmy między sobą: jednego1 Hiszpana, dwóch Greków, jednego Amerykanina i trzech Francuzów. Co zaś do Mohammeda Fripouilla, ten szeplenił w sposób nieznośny.
Słońce, straszne słońce południa, jakiego nie znają po drugiej stronie morza Śródziemnego, paliło nas w plecy i Jechaliśmy stępa według miejscowego zwyczaju.
Przez cały dzień nie widzieliśmy ani drzewa ani Araba.
Około pierwszej w południe, przy źródle, wytryskającem z pod kamieni, zjedliśmy chleb z baraniną i po dwudziestu minutach wypoczynku w dalszą ruszyliśmy drogę.
Nareszcie około szóstej wieczorem po ogromnem, z rozkazu dowódcy, zboczeniu z drogi, ujrzeliśmy za wzgórkiem całe pokolenie obozujące. Niskie, brunatne namioty wyglądały jak wielkie grzyby pustyni, rosnące u stóp wzgórza przepalonego słońcem.
Znaleźliśmy to, czegośmy szukali. Cokolwiek dalej na skraju doliny pasły się pomiędzy ciemno zieloną trzciną przywiązane konie.
Mohammed krzyknął: „Galop!“ i wpadliśmy w środek obozu jak huragan. Przerażone kobiety, okryte białemi szmatami, chowały się pod płócienne namioty, schylając się, czołgając i wyjąć, jak dzikie zwierzęta, ścigane przez myśliwych. Mężczyźni przeciwnie, wychodzili ze wszystkich stron, gotowi do walki.
Jechaliśmy ku największemu namiotowi agi.
Mieliśmy szable w pochwach za przykładem Mohammeda, który w szczególny sposób galopował. Siedział zupełnie nieruchomo1, prosto, na swoim małym koniu, wijącym się wściekle pod tą ogromną masą. Spokój jeźdźca o długich wąsach dziwnie odbijał od żywości zwierzęcia.
Aga wyszedł, skorośmy tylko zbliżyli się do namiotu. Był to mężczyzna chudy, czarny, o lśniącem oku, wypukłem czole i brwiach w łuk zagiętych. Krzyknął po arabsku:
— Czego chcecie?
Mohammed osadziwszy konia na miejscu zapytał:
— Czy to ty zabiłeś podróżnika angielskiego?
— Nie potrzebuję się przed tobą tłumaczyć — odpowiedział aga głosem donośnym.
Koło nas wzbierała groźna burza. Arabowie przybiegali ze wszystkich stron, naciskali nas, otaczali, złorzeczyli.
Podobni byli do ptaków drapieżnych — każdy z zagiętym nosem, chudą twarzą, wystającemi kośćmi i rozwianem odzieniem.
Mohammed w turbanie nabakier uśmiechnął się, a po jego mięsistych, zwisłych i pomarszczonych policzkach przemykał dreszcz rozkoszy.
— Śmierć zabójcy! — ryknął grzmiącym, zagłuszającym krzyki głosem.
Skierował rewolwer ku brunatnej twarzy agi. Zobaczyłem cokolwiek dymu, wychodzącego z lufy, potem krew broczącą z jego czoła. Padł nawznak, jakby rażony piorunem, rozpościerając ramiona, z których, na podobieństwo skrzydeł, spadały lekkie fałdy burnusa.
Powstał hałas nieopisany. Byłem pewny, że już ostatni dzień mój nadszedł.
Mohammed wyjął szablę; zrobiliśmy to samo. Usuwając młynkiem zbytecznie go naciskających Arabów, wołał:
— Życie tym, co się poddadzą, reszcie śmierć!
I chwytając swoją herkulesową dłonią najbliżej stojącego, posadził go na siodle, skrępował mu ręce i rzekł do nas:
— Róbcie, jak ja, a opierających się rżnijcie!
W pięć minut pochwyciliśmy dwudziestu Arabów, których silnie związaliśmy za ręce. Następnie ścigaliśmy uciekających, gdyż na widok gołych szabel wszystko pierzchało w popłochu, Schwytaliśmy jeszcze trzydziestu. Kobiety, jak białe widma, biegały po całej dolinie, trzymając dzieci za ręce i wydając bolesne jęki. Psy żółte, podobne do szakali, kręciły się wkoło nas, szczekając i wyjąć przeraźliwie.
Mohammed uszczęśliwiony zeskoczył z konia, pochwycił sznur mnie powierzony i rzekł:
— Baczność, dzieci, dwóch z koni!
Wtedy zrobił coś okropnego i śmiesznego zarazem: ułożył różaniec z więźniów, czyli raczej z wisielców, Przywiązał mocno obie ręce pierwszego niewolnika, potem otoczył jego szyję, tym samym sznurem, którym w ten sam sposób krępował ręce i szyję drugiego. Wkrótce naszych pięćdziesięciu niewolników było związanych tak, że najmniejsze usiłowanie ucieczki jednego, byłoby wraz z nim zadusiło i jego dwóch, co najmniej, sąsiadów. Musieli więc iść spokojnie jeden koło drugiego, w przeciwnym bowiem razie sznur zaciągał się, i padali jak martwi.
Kiedy ta szczególna robota była już skończona, Mohammed zaczął się śmiać swoim bezgłośnym śmiechem, który mu wstrząsał brzuch, gdy tymczasem z piersi żaden dźwięk nie wychodził.
— To się nazywa łańcuch arabski — rzekł.
My sami nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu, patrząc na przerażone i płaczliwe twarze więźniów.
— Teraz, dzieci — zawołał dowodca — przytwierdzić oba końce do pali.
Istotnie, przywiązano do pali oba końce tego sznura białych postaci, podobnych do widm, a stojących nieruchomo jak słupy.
— I jedzmy obiad! — dodał Turek.
Rozpaliliśmy ogień, i ugotowaliśmy barana, zabitego własnemi naszemi rękami. Następnie piliśmy mleko i jedli daktyle, znalezione w namiotach, zbierając srebrne klejnoty, porzucone przez uciekających.
Właśnie kończyliśmy naszą ucztę, kiedy spostrzegłem na jednym wzgórku szczególniejszą gromadę. Były to kobiety, same tylko kobiety. Zbliżały się ku nam, biegnąc. Pokazałem je Mohammedowi.
— To nasze wety — rzekł z uśmiechem.
Ach! tak, piękne wety!
Biegły jak opętane i wkrótce zarzuciły nas kamieniami, które ciskały, nie zatrzymując się w biegu, prócz tego uzbrojone w noże, w pale, wyciągnięte z namiotów i stare kuchenne naczynia.
Mohammed krzyknął: Na koń! W samą porę wydał ten rozkaz, gdyż atak był wściekły. Kobiety napadły na nas w celu oswobodzenia więźniów i chciały przeciąć sznur. Turek zrozumiał niebezpieczeństwo, białka zaszły mu krwią i ryknął: — Rąbcie! A kiedyśmy stali, nie wiedząc sami, co robić wobec tego rodzaju walki i nie chcąc zabijać kobiet, rzucił się na nacierającą gromadę.
Sam uderzył na ten bataljon kobiet w łachmanach i łotr rąbał — rąbał, jak opętany z taką zaciętością i zaciekłością, że za każdem podniesieniem szabli padała jedna biała postać.
Był taki straszny, że kobiety, przerażone uciekły równie szybko, jak przybiegły, zostawiwszy na placu dwanaście zabitych i rannych.
Mohammed z twarzą wzburzoną zwrócił się ku nam, powtarzając:
— Wynośmy się chłopcy, wynośmy, bo zaraz wrócą.
I zabraliśmy się do odwrotu, prowadząc naszych więźniów powoli, by ich nie podusić.
Nazajutrz biła właśnie dwunasta w południe, kiedyśmy wjeżdżali do Bogharu z naszym łańcuchem arabów. Tylko sześciu umarło w drodze. Ale trzeba było co chwila rozluźniać sznur od jednego końca do drugiego, gdyż każde pociągnięcie dusiło dwunastu naraz.
Kapitan umilkł. Ja nie rzekłem ani słowa, tylko sobie myślałem, że to jednak dziwny kraj, w którym mogą się dziać podobne rzeczy — i dalej patrzyłem na niebo wyiskrzone gwiazdami.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.