Modlitwa Pańska (Zapolska, 1905)/Wstęp
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Modlitwa Pańska |
| Wydawca | Polskie Towarzystwo Nakładowe |
| Data wyd. | 1905 |
| Druk | Drukarnia Narodowa w Krakowie |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Nadeszli, nadciągnęli od pól, od miedz, od łąk.
Jak chmura przetykana purpurą błyskawic i błękitem przedzierającego się nieba, tak posuwali się szarą ścieżką drogi, aż ku starej, stareńkiej kapliczce.
Szła ta procesya ze śpiewem, z szumem skromnych chorągwi w południe niedzielne, szła z modlitwą na ustach ludzi i wiarą w ich sercach.
Była to procesya jubileuszowa, rozpoczęcia wieku — zamknięcie dawnych rachunków.
Korzyli się ci prości i tak nieskomplikowani, że nawet zbrodnie ich tchnęły prostotą i szczerością, a nie było w tych zbrodniach wyrafinowanego sycenia się spełnianym występkiem.
Przeważnie jednak te grzechy, które z sobą dźwigali, to były proste, zwykłe grzechy nędzarzy, którzy mają jeden szablon na głód, na grzech i na uczciwość swoją. Grzechy ich — mają swą klasyfikacyą stałą i codzienną. Tylko czasem, nagle straszna zbrodnia wystrzeli, spełniona z żywiołową potęgą. I potem znów następuje szarość grzechów powszednich.
Jubileuszowa procesya, ta, która zmazuje przewinienia wiekowe, ciągnie się pomiędzy polami i wypływa na gościniec. Wyszła z niewielkiego kościołka, który cały jeszcze jest złoty od zachodzącego powoli za góry jesiennego słońca.
Ponad drogą wierzby purpurowe się palą, drżą i płoną. Z chat wybiegają zapóźnieni ludzie, kobiety z dziećmi na ręku i już od progu śpiewać poczynają, śpiewają i z procesyą się łączą. Słychać trzask drzwi pośpiesznie zamykanych, ryk zwierząt zbyt wcześnie dziś wpędzonych do zagrody; czasem dziecko zawodzi, dobijając się z wnętrza chałupy do drzwi, bo go zostawiono przy garnku pęcaku, który się na wieczerzę gotuje.
Rośnie powoli tłum procesyjny, rośnie małobarwny i z miejska przybrany w wyszarzane tandetne kurtki i zrudziałe buty. Tylko dziewki jeszcze nadziały na siebie barwne spódnice i wizytówki.
Dziopy pod Sączem lubią różowe i zielone barwy. Więc ta i owa ma spódnicę jak rozwinięta w barwę róża, pokrytą fartuchem jak liść zielonym. Na głowach żółcą się sztywno wykrochmalone chustki. Te dziewczęta i chorągwie, barwią szarość rozśpiewanego tłumu. Kilka ich idzie rzędem, trzymając się pod ręce i śpiewając piskliwie. Te są odziane w jednakie, błękitne spódnice. Piersi okryły szafirowemi katankami i z daleka wyglądają jak równianka chabrów zapóźnionych złotą jesienią.
Idą wszyscy teraz gościńcem i śpiewają donośnie. Gdy się wydostali z kamienistej drogi, prowadzącej z kościoła, pomiędzy chałupami, na szeroką przestrzeń pól, śpiew ich popłynął szerzej i goręcej. Poczuli wielkość i potęgę Boską.
Zapragnęli tę wielkość uczcić po swojemu, silnie i prosto.
Widok pól, które czekały na jesienną uprawę, przypomniał im ich własność, ich ziemię, ich rolę.
Wszystko to było dzieło Boże, moc Boża, dobroć Boża...
Poza polami, ciemny gąszcz wikliny, a za nią nagle oślepiająca, srebrna wstęga Dunajca.
Źle go z gościńca dostrzedz można było, ale idący procesyą chłopi znają dobrze tego groźnego węża srebrnołukiego, który z wiosną rozpościera owo srebro daleko, het... nieraz aż pod zabudowania folwarczne. Wali się kłębami z gór nieubłagany i straszny, a oni tylko wtedy wychodzą ponad swe pola i patrzą: kędy fale biegną i czy prędko się cofać zaczną?
Teraz, o jesiennem popołudniu, przyległ w wiklinach, i grzbiet jego jak dyamentami sadzony drży w zachodzącem słońcu.
U stóp gór przypadł, u stóp gór gładziuśkich, tylko gdzieniegdzie plamą sosnowego lasku znaczonych. Tak się te góry ślicznie z sobą łączą, tak się przelewają cieniami, że oka od nich oderwać nie można.
A poza niemi, poza temi pierwszemi, co także są wyraźne, jakby je kto węglem porysował — lekko, leciutko coś się tam znaczy.
Obłoki to — nie obłoki, wysokie, strzeliste — nieba sięga.
Chwilę tak w słonku coś krawędziami zarumieniło się, zazłociło.
A reszta opalowo biała, mleczna z liliowym odcieniem.
A no — toć Tatry.
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Idzie — idzie procesya, mija karczmę, »Zazdrość« zwaną — idzie i śpiewa coraz piękniej, coraz rozgłośniej.
Pośrodku mają ludzie między sobą księdza-proboszcza w sutej pięknej kapie i komży czyściuchnej, białej, oszytej dołem koronką. Ksiądz dobry, łagodny, lubiony — wiadomo — jak taki ksiądz, który ludzi nie drze, zapowiedź i za koronę wygłosi, a ślub z paradą za taniutkie pieniądze odbędzie. Z ambony mówi pięknie, Mszę głośno odprawia, po kolędzie i do najuboższego zajrzy i łaskę Pańską przyniesie.
Więc lubią go chłopi, lubią, i falą się cisną dokoła jego złocistej kapy, a ten najdumniejszy, kto się najbliżej proboszcza na tę procesyę dociśnie.
Obok księdza organista — chude, ciche, grzeczne stworzenie. Biedne to i obdarzone nosowym, o specyalnem brzmieniu, głosem. Ale dusza prosta, więc z prostemi duszami w harmonii.
Pewien respekt jest tam dla jego surduta i zdolności muzycznych — więc trochę wolnego miejsca zostawiono panu organiście, tembardziej, że niesie organista dużą książkę i, odstawiwszy ją cokolwiek od siebie, czyta z niej wyrazy modlitwy, która ma być po pieśni śpiewana.
Przodem, przed całą procesyą, kościelny niesie krzyż ze srebrnym Chrystusem. Kościelny jest leśnym równocześnie, i chłopi widzą w nim podwójny urząd i podwójną władzę. Większy jeszcze krąg dokoła kościelnego, niż dokoła organisty. Tylko do księdza »Prebosca« — mają duże zaufanie.
Wiadomo. Ksiądz ma dużo w sobie z Boskiego miłosierdzia.
Wtłoczyli się już na dziedziniec przed kapliczkę. Okrążyli ją dokoła. Drzwiczki otwarte — przez nie widać wybielone wnętrze.
W tej bieli ciemni się krzyż, a na nim Chrystus ogromny, zbolały i zmęczony. Cierniowa korona wciśnięta na skronie. Krople krwi płyną po twarzy, po zapadłych piersiach, ściekają aż na stopy.
Strasznie smutny ten Chrystus w Dąbrowickiej kapliczce. Pono już trzy wieki ma — trzy wieki — lat tyle!
Dokoła kaplicy lipa resztę swych liści na klęczące w chabrowych katankach dziewczyny strząsa, jeno Dunajec zdaleka szemrze i szmer swój ze śpiewem chłopów łączy.
Z maluchnej dzwonniczki, która z ponad dachu kapliczki nieśmiało w górę strzela, dźwięczy donośnie dzwonek. Chłopak szkolny, w zbyt długiej komży, za sznur czerwoną ręką targa. Koło Chrystusa migocą świece, obsadzone w bardzo stare, zczerniałe lichtarze. Na ołtarzu obrus czysty i dwa szklane wazony, a w nich papierowe lilie i świeże, spłókane wodą georginie.
Ksiądz powoli wszedł do kapliczki i na nizkim zapadłym stopniu ukląkł.
I nagle zapanowała wielka, uroczysta cisza.
Lud klęknął, głowy pochylił i czekał.
Za górami rozpływały się ostatnie promienie purpurowego słońca.
Powietrzem przeleciał chłód, powiało nocą, zimą — głodem...
I nagle z kaplicy dał się słyszeć głos księdza, głos donośny i czysty, mówiący prosto a serdecznie:
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie... święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi.
Głos księdza umilkł, i teraz tłum cały zaszemrał jak łan wyrosłych kłosów:
— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego.
Chwileczkę tłum przycichł — i teraz już wspólnie z księdzem odpowiedział:
— Amen!
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
I Modlitwa Pańska wypełniła teraz tę przestrzeń, wypełniła jakąś wielką, uroczystą prośbą.
Wszystko się w niej zawarło, wszystko czego dla ducha i ciała ludzkiego potrzeba.
Wszystko co krzepi i podtrzymuje, wszystko co rozjaśnia i łagodzi, wszystko co błędne ścieżki prostuje, wszystko co łaską i miłosierdziem garnące się tłumy ogarnia.
Na czarnem drzewie krzyża, z otwartych wrót kapliczki — ponad grzędą świec słabo płonących Chrystus wyciągał ramiona i zdawał się słuchać tej modlitwy pełnej, całej, nieskalanej, która czysta jak dyament przez burze wieków idzie zamknięta w sercach ludzkich, jak w kryształowych lampach.
I nagle tłum cały tak, jak w tej chwili serca swe, lampy ofiarne u stóp zlanego krwią Chrystusa kornie składa, a z nich w górską przestrzeń, szeroką i czystą, ulatują słowa wielkie, potężne i proste.
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Słońce poza łańcuch gór skryło się zupełnie, i widziadła odległe Tatr znaczonych purpurowymi konturami zagasły.
Ponad ziemią powiał wiatr jesienny i marszczył wodę stawków, nad któremi nieruchome i dziwne sterczały wierzby.
Dokoła drzwi kapliczki klęczał ciągle lud korny, schylony, wpatrzony w daleko majaczącą postać Chrystusa, pod którego stopami słała się złocista kapa księdza.
A w powietrzu, ponad temi wszystkiemi głowami zdawała się drżeć jeszcze łagodnym chórem błagalnych szmerów — Modlitwa Pańska.