Mjewa i Wiking

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Mjewa i Wiking
Pochodzenie Sosenka z wydm
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha w Poznaniu
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Mjewa i Wiking.

W spiewnej gwarze rybaków naszych „mewa“ nazywa się „mjewa“. Dla informacji dodajmy, że ptaków tych jest na naszem morzu przeszło dwadzieścia gatunków, z których nie wszystkie są dobrze znane.
Mewy żyją przeważnie większemi lub mniejszemi stadami. zwłaszcza jeśli mowa o gatunkach pospolitych. Oczywiście widuje się często mewy samotne, są to jednak głównie wywiadowcy, albo też kurjerzy powietrzni, rzadziej mewy, które z powodu choroby lub osłabienia odbiły się od stada albo zbłąkały przypadkiem; zasadniczo jednak są to ptaki towarzyskie, pojawiające się nieraz nawet całemi chmarami.
Mjewa, której losy są przedmiotem naszej opowieści, należała do najpospolitszego gatunku, żyjącego na Małem Morzu, w zatoce Puckiej i na brzegach Bałtyku. Sukienkę miała zprzodu ze śnieżnobiałego puchu, na plecach i na skrzydłach z szarobrunatnych piórek, ciemny na głowie kapelusik, czarny dziób, a na nóżkach wysokie, ciemnopopielate trzewiczki. Elegantek takich są na naszych wodach miljony.
Tem się nasza Mjewa od nich różniła, iż żyła samotnie, zdala od stad, nawet najlepiej wychowanych i najlepszą cieszących się opinją. Nazywano ją z tego powodu „Samotnicą“. Nie było w tern jednak szyderstwa, lecz raczej współczucie.
Albowiem biedna „Samotnica“ niezawsze żyła zdala od swego społeczeństwa. Kiedyś krążyła nad wodami wraz z trzema pięknemi siostrzyczkami, które bardzo kochała. Siostry nigdy nie poufaliły się zbytnio z innemi rodzinami, nie należały do żadnych klubów, nie brały udziału w tłumnych ucztach. Tak bywa i wśród rybaków, którzy do większych połowów łączą się w maszoperje dla obfitszego zysku, wiedząc, że inaczej niewiele mogliby sprawić. A jednak to tu, to tam znajdzie się rodzina, która się z tego prawa wyłamuje i pracuje zdala od wszystkich, sama dla siebie.
Tak właśnie było z naszemi czterema mewami.
Ale jednego dnia trzy mewy z tego grona poniosły śmierć. Zastrzelili je pewnego cudownego poranku zimowego rybacy. Okropna była to rzecz! Właśnie wschodziło słońce, cały świat mienił się barwami, brzegi Małego Morza ubielił śnieg, a ledwo marszczące się fale podzwaniały zcicha drobnym śryżem, na którym mewy siadały, kąpiąc nóżki i zanurzając główki w czystej, zimnej wodzie.
Właśnie od zatoki płynęły ku Helowi pomarenki na wzdętych skrzydłach żagli, w blaskach wschodzącego słońca złotoczerwone. Woda była błękitna, a łodzie wyorywały w niej różowe brózdy. Cały świat jaśniał dobrotliwym uśmiechem łaskawego Stwórcy, który go znowu na białe światło wyłonił z czarnej nicości nocy. Pomarenki szły cicho, ludzi na nich prawie widać nie było. Wiatr był dobry, rybacy nie potrzebowali wiosłować. W ciszy błogosławionego, pięknego poranku zimowego wyraźnie słychać było pieszczotliwy szept fal i krzyki łabędzi, kaczek i mew, drgające radością życia i wdzięcznością.
Najradośniej i najgłośniej modliły się Bogu mewy, które tańczyły na wodzie i w powietrzu — rzekłbyś, baletniczki, wykonywające uroczysty, obrzędowy taniec. Więc jedne siadały na wodzie, trzepiąc skrzydłami tak prędko, iż wyglądały niby żywe srebrne kwiaty wodne, drugie krążyły tuż nad niemi, naśladując powietrzne pląsy motyli zalecających się do lilij, jeszcze inne wieńcem lśniącym Wzbijały się w powietrze i tak w niem tkwiły, podobne do migocącej korony. Zresztą — któż opisze, któż wyliczy wszystkie tańce mew, tak pełnych życia i wiecznie ruchliwych. Są one bardzo liczne i rozmaite. Bo inaczej tańczą mewy, gdy w mancach pełno jest szprotów, które im hojnie w dosycie rybacy rzucają garściami, inaczej znów, gdy czują, że smaczne rybki te mają służyć na przynętę, któraby podprowadziła je pod muszkę skrytej za żaglami fuzji. Raz dzielą się na grupki, które sobie wzajemnie z wrzaskiem żer wydzierają, to znów szykują się przezornie w chmurę tak gęstą, lotną i ruchliwą, że rybak, choć celne ma oko, nie wie, którego ptaka wziąć na cel, i to przykłada policzek do kolby broni, to znowu strzelbę opuszcza, klnąc zcicha, podczas gdy mewy tańczą w powietrzu i głośno śmieją się z niego. A cóż dopiero, gdy ławice — lecz za dużo byłoby mówić o tem. Wróćmy raczej do naszej Mjewy i trzech jej sióstr.
Siedziały na wodzie z podniesionemi pięknie do góry głowami, radośnie i wesoło wykrzykując i w dwie pary tańcząc swój poranny kadryl. Uważały się za bezpieczne, bo widziały, że najbliższa łódź rybacka omija je, jakby ich nie zauważyła.
Był to jednak tylko manewr podstępny.
W tej właśnie, niby niegroźnej łodzi, znajdowało się dwóch rybaków-strzelców i dwie strzelby. Kiedy cztery siostry w najwyższem zachwyceniu głosiły światu wdzięcznie swój hymn, łódź zwróciła się ku nim lewym hurtem, który bryznął w ich stronę ogniem i śrutem.
Koło taneczne rozwiało się, mewy przerażone chlasnęły skrzydłami, jakgdyby się chciały zerwać do lotu, ale uciekła jedna tylko. Trzy białe, niewinne baletniczki zostały na wodzie skrwawione.
Rybacy podpłynęli ku nim, zabrali je na łódź i pojechali dalej.
Nie potrzebujemy mówić, że wiele maszoperyj mewich namawiało pozostałą siostrę, aby się do nich przyłączyła. Znano ją przecie, jako bardzo przyzwoitą, pracowitą, nie samolubną, a w pożyciu zgodliwą. Dziękowała uprzejmie, ale odmawiała, czego nie brano jej narazie za złe, rozumiejąc iż czas żałoby pragnie strawić w samotności. Gdy czas ten minął, a ona do żadnej maszoperji nie wstępowała, znaleźli się tacy, którzy zaczęli pomawiać ją o dumę. Jednakże większość mew, wrażliwych na nieszczęście bliźniego swego, nie podzielała tego zdania. Panowało powszechne przekonanie, iż Mjewa tak pogrążyła się w swojej żałości, że rozstać się z nią już nie może i ponad gwar radosny społecznego życia przekłada słodki smutek osamotnienia.
Tak więc Mjewa została sama.
Mogła była wprawdzie niejednokrotnie do brze wyjść zamąż i przenieść się w dalekie strony, gdzie może rany jej zabliźniłyby się, ona jednak nie chciała opuszczać rodzinnego morza, z którem wiązało ją tak wspomnienie szczęśliwej młodości jak i bólu, jej serduszku zadanego. Widywano ją nieraz, gdy krążyła dokoła cichego portu w Pucku, widywano ją jak iskrę srebrną, przelatującą nad wodami nowego portu w Gdyni, rozbrzmiewającej potężną, dźwięczną pieśnią pracy. Widywano ją na tle czarnych, skłębionych chmur, które swym zimnym tchem pędziła ku południu sroga norda, widywano ją kąpiącą się w lazurze niebios promienistych. Gdy wiał wiatr zachodni, chroniła się przed nim za lesistemi wydmami nad Bałtykiem. Gdy zrywał się do biegu ost, krew w żyłach mrożący, lub gdy podawszy rękę nordzie w sukni z paciorków lodowatych zszytej, zaczynał tańczyć z nią razem na siwych falach, Mjewa, wielkim głosem krzycząc, przelatywała nad lasem, nad półwyspem, nad czerwonemi dachami domków rybackich i chroniła się na cichem wówczas, grząskiem, torfiastem wybrzeżu Mulmjerza, gdzie karmiła się odpadkami, wyrzucanemi z wędzarń, pięknie pachnących rybą, lecz kurzących pod niebiosa dymem.
Bywały wielkie tany, tany wspaniałe, połączone z ucztą, gdy na morzu pojawiały się ławice śledzików lub szprotów. Wtedy hulało, co żyło: rybacy, foki, morszwiny, wszystkie gatunki mew — a powtarzam, jest ich na naszem morzu przeszło dwadzieścia! — dalej kaczki i wszelkie inne ptactwo, arystokratyczne jedynie łabędzie wyjąwszy. Gorzej na szprotach wychodziły kaczki — ptaki łakome, żarłoczne i głupie, a przytem leniwe. Jak tylko zauważyły, że kilka centnarów szprotów ulgnęło w mancach, płynęły do tych sieci, jak do bezpłatnych restauracyj, o których, widać, im się roiło. Jeść — jadły, przyczem jednak wsadzały swe głupie głowy w oczka sieci i tam się dusiły. A potem przychodził rybak, wielce się dziwił, i skrobiąc się w buksy albo w zydwestkę, myślał, jak to może być, aby zamiast szprotów byty w sejcach kaczki. Pomyślawszy jednak, że kaczka ma puch i jest jadalna. zażywał tabaki, brat mance z kaczkami do domu walił kaczki na wóz, wyjeżdżał do którejś z sąsiednich wiosek i kaczuchny sprzedawał ludziom, którzy albo je solili, albo jadali na świeżo. I tak kaczęta, które chciały się napapać szprotów, niespodzianie dostały się do miski człowieka. Ale taki jest właśnie wzorowy porządek świata.
Mjewie nic podobnego się nie zdarzyło, dlatego, że była sama. W towarzystwie zawsze można wlecieć w jakąś awanturę. Jak się żyje samotnie, ma się spokój. O tę tam jakąś. odrobinę strawy nie jest tak trudno, zjeść zawsze się coś zje, zwłaszcza w Polsce, gdzie, aby umrzeć z głodu, trzeba się istotnie wysilić. Więc Mjewie w samotnem życiu nie działo się źle, nikt przeciw niej nie intrygował, nikt nie prosił jej na żadne zabawy, któreby się skończyły bójkami i awanturami, wogóle żyła sobie spokojnie, jak przyzwoita, umiarkowana w swych pragnieniach dama, posiadająca rentę, drobną zresztą, lecz wystarczającą na utrzymanie.
Ponieważ była biała, nikt się nie domyślał, że nosi po swych siostrach, okrutnie zamordowanych, głęboką żałobę. Zresztą — któżby w tym świecie zwierząt posądzał kogoś o uczuciowość? Tam jest romantyzm walki, wielka trzeźvość, niesłychanie szybka orjentacja, szybki ruch i bezustanna praca. o umarłych nikt nie myśli.
Mjewa też nie myślała — ale była sama. Żyła w powszedniości swych dni, z głuchoniemą tęsknotą w silnie bijącem sercu. W towarzystwie uważano ją za dziwaczkę. Prowadziła się przyzwoicie, ale często popełniała szaleństwa. Naprzykład przez jakiś czas miała manję latania za torpedowcami.
— Jakto? — powiecie. — Czyż ptaki, tak bezrozumne jak mewy, znają się na statkach, skoro w Polsce człowiek inteligentny nie odróżni torpedowca od zwykłej zjugi?
— Oho! A czy wrona nie odróżni kija od strzelby? Zwierzęta mają nadzwyczajny instynkt. Otóż nasza Mjewa uganiała za torpedowcami, z czego wszystkie ptaki się wyśmiewały.
— A cóż w tem nadzwyczajnego?
Na torpedowcach zawsze są ludzie, którzy lubią strzelać i chętnie próbują celności swych strzałów, jak tylko zdarzy się ku temu sposobność. To jednak Mjewy wcale nie przerażało. Nie miała zamiaru umrzeć, kochała życie tak, jak je kocha ptak lub cesarz Abisynji, ale lubiła, kiedy do niej strzelano, bo wówczas zdawało się jej, że jest przy swoich siostrach. Tańczyła za statkiem, jak szalona, aby uniknąć kul, a przecie lubiła ich świst i obstrzeliwana myślała, jak to będzie, gdy tuż, tuż padnie na zimne, kołyszące się fale i już na nich zostanie. I nie będzie więcej tanecznych godów nad ławicami srebrnozielonych śledzi i szprotów tęczowych, i już nie będzie więcej gonitwy za odpadkami, wyrzucanemi tyłem statku, ani uczt pod kurzącemi się wędzarniami, ani lotów ponad lasem z jednego morza na drugie, a tylko przywarcie się złamanem skrzydłem do fali szemrzącej i ostatnie zmrużenie oczu. A wtedy światło się rozpłynie, przestanie boleć zdruzgotana kość i zacz nie się taniec ostatni — na fali!
Czasami, gdy drogi w powietrzu były równe...
— Co znowu? Jakie drogi w powietrzu?
— Poruszyliśmy sprawę bardzo ważną. Drogi są wszędzie, pod ziemią, na ziemi, w wodzie, pod wodą i w powietrzu — prawda, drogi bardzo różne, rozmaite, ale zawsze drogi. Nawet gwiazdy i słońce mają swoje drogi. Niema bezdroża w wszechświecie. O tem trzeba pamiętać i trzeba zawsze pilnie drogi swej się trzymać, bo jak tylko się z niej zejdzie, padnie się z pewnością w rów, z którego czasem trudno się wydostać. W powietrzu drogi i gościńce bije jaśnie wielmożny pan inżynier Wiatr.
— Ładny budowniczy! Wszak wiadomo, co znaczy „powiedzieć coś na wiatr“!
— To na lądzie, ale na morzu najlepiej temu, kto idzie z wiatrem. Niema większego odeń potentata. On to tworzy prądy powietrzne, a zarazem prądy wodne. Drogami powietrznemi płynie ptactwo, wodnemi ryba, którą ptak się żywi. Gdyby było inaczej, ptak nie wiedziałby, gdzie szukać pożywienia, a do tego nie chciał dopuścić Stwórca, żywiący wszelkie stworzenie. Tedy, gdy drogi powietrzne były dobre, Mjewa przelatywała przez całe Małe Morze na półwysep i wzlatywała na ulubioną sobie sosnę, rosnącą na wierzchołku góry, zwanej Uswinem. Z góry tej widać było wiecznie wzburzony Bałtyk, spokojną zatokę, ciągnący się wzdłuż całego półwyspu las niby czarny stos pacierzowy, tu i tam żagle brunatne, pomarańczowe, szare — pręgowate parowce z rozwianemi czarnemi kitami, niewysłowione lśnienie wód, nieba i słońca, zrzadka niby czarne kropki, osamotnione, melancholijne łódki rybaków.
Tu Mjewa najchętniej spędzała chwile swe- go ptasiego zamyślenia.
Świat, który się przed nią rozciągał, był jej doskonale znany. Obleciała niejednokrotnie i wieżę kościoła w Jastarni i wszystkie kominy obu Jastarń. Błąkała się niejednokrotnie między brzozami i sosnami wydmowego lasu, wołała do maszoperyj, idących na jamowanie, gdzie są ryby, znała każdą łaciatą krowę, każdego bronzowego barana, każdą szarą gęś na wybrzeżu - a przecie ten świat, tak dokładnie znany, wydawał się jej nierzeczywistym, obrazem jakby ze snu, czemś, co coś przypomina, ale niczem nie jest. I tu Mjewie zaczynały się marzyć ogromne chóry głosów ptasich, rozbrzmiewających u koron wielkich wysp kamiennych, gdzie czasem niema nocy, gdzie czasem niema dnia, gdzie raz świecą trzy słońca, a kiedy indziej nic, prócz żółtozielonawych błysków — błyskawic, które mają być słońcem.
Ale i to były li tylko sny. A któryż ptak, stworzenie trzeźwe, żyjące z łowu, chciałby lecieć w krainę snów?
Zatem Mjewa krążyła nad półwyspem i wodami obu mórz, dopuszczając się czasem dziwactw i szaleństw. Jak swego czasu uganiała za statkami, narażając się na śmierć, tak potem rozmyślnie krzycząc jak najgłośniej, tańczyła dokoła latarń morskich, gdzie znudzeni stróże radzi byli rozerwać się strzelaniem do ruchomego celu. Jednakowoż nie zdołali Mjewie zrobić nic złego, a potem, jakgdyby odczuli, że ten ptak sercem jest chory i dlatego tak dziwny i wiecznie życie swe ryzykujący, przestali strzelać. A wówczas Mjewa spokojnie już i bez obawy okrążała samotne latarnie, ludzie zaś, którzy w nich tkwili, witali ją jak dobrą znajomą i na gzyms latarni sypali jej resztki swojego pożywienia.
Mewy sypiają nad morzem, jednakże Mjewa na gniazdo swe obrała sobie szczelinę w murze latarni Rozewskiej, skąd widziała cały półwysep i daleko — pełne morze. Mogła patrzeć stamtąd we dnie i w nocy, bo długie smugi elektrycznego światła kłuły przestrzeń na dużo mil, szukając na niej statków, które liczono skrzętnie i zapisywano pilnie, skąd i dokąd idą i jakie są wielkie. Tam, w tej wieży, promieniejącej brylantowym blaskiem, przeżyła Mjewa w spokoju dużo burz, wysłuchała obojętnie setki wyjących hymnów wichrowych i przywykła z góry patrzeć na fale.
— Ekscentryczna stara panna!! — mówiono o niej na półwyspie i na obu morzach.
— To od tego iwru po śmierci sióstr.
— Ekscentryczna panna, ale nie stara!
— Istotnie, nie stara, ale niesłychanie egzaltowana. Śmierć — zwyczajna to rzecz! Siostry zginęły, a ona tylko komedje wyprawia.
Mjewa nie wiedziała, że taką ma opinję, przeciwnie, uważała się za zupełnie zdrową i zrównoważoną. Czasem wprawdzie dusza się w niej do czegoś rwała, tęsknota rzucała ją w powietrze i podnosiła pod perliste chmury, płynące przez błękitne przestworze niebios, ale to przecie rzecz na świecie zwykła. Wszystko, wszystko było zupełnie zwykłe, naturalne, codzienne.
Aż raz, gdy Mjewa dumała na gałęzi swej ulubionej sosny na Uswinie, napół widzącemi oczami patrząc na modre lśnienie zatoki słonecznej, zdarzyło się, że zleciały na szczyt góry dwa orły wędrowne — ściśle mówiąc, orzeł z orlicą. Było to właśnie w czasie wiosennego przelotu ptaków. Orły leciały z północy. Orzeł był ranny, z piersi jego sączyła się krew. Ciężko załopotawszy skrzydłami, usiadł na gałęzi sosny, z trudem dysząc. Żona jego krzyczała — była osłabiona, również zbroczona krwią, goniąca resztką sił. Chciała usiąść na gałęzi obok swego małżonka, ale nie mogła. Nie miała już sił w szponach, więc zrywała się wciąż do lotu i tłukła się między drzewami tak długo, aż wreszcie padła i oczy zaszły jej mgłą.
Orzeł siedział na gałęzi drzewa, kurczowo się jej szponami trzymając. Widział konanie żony, towarzyszki w lotach wspaniałych, zdaleka wdal. Wraz z jej życiem skonało dla niego mnóstwo wspomnień z tych wielkich rajdów, które odbywali wspólnie, rozkoszne jazdy na ciepłych, szybko mknących prądach powietrznych, słoneczne, słodkie oślepienie, walki z burzami, noclegi na nieznanych wyspach, bój o krew i mięso, i zawsze, zawsze zwycięstwo, pomimo ran, odniesionych w powietrzu, skąd już spada się tylko w morze. Bojową duszę miała orlica i pomagała mu nietylko krzykiem, lecz całą swoją siłą, bijąc dziobem na prawo i na lewo. Wreszcie zginęła, rozbiwszy się o pnie sosnowe.
Orzeł jest sam, sznur korali na piersiach wydłuża mu się coraz bardziej. Już niektóre koraliki padają na mech i na piasek. Ale nie mówi nic. Ostatnie słabnące już wołania jego żony cichną, ciało drga. Orzeł hardo wzniósł głowę, i choć cały zastygł w smętku i bólu, ani nie drgnie. Czasem tylko załopoce skrzydłem — jak kiedyś szlachcic polski, gdy odrzucał wyloty kontusza.
W tej to orlej żałobie zakochała się Mjewa.
Widywała łabędzie, widywała wielkie statki, widywała rybaków, zmagających się z sejcami na czarnych, tańczących łodziach. Widziała swe trzy białe siostry, kołyszące się martwo na modro-różowej wodzie, do białych zwiędłych kwiatów podobne. Widywała nieraz kształt, wychylający się do połowy z wody i skaczący po niej potwornem, ropuszem kołysaniem się. Widziała masowe rzezie fok, i w pamięci jej były wszystkie głosy umierających. Ale nigdy jeszcze nie widziała takiego majestatu bólu.
Z lasu wybiegł lis. Powąchał powietrze i złodziejskim truchcikiem podbiegł ku martwej królowej powietrza. Mjewy się nie bał, ale przezornie przyjrzał się staremu Wikingowi. Widząc, że orzeł ledwie siedzi na gałęzi, wyszczerzył w uśmiechu zęby, i chwyciwszy za skrzydła stygnące już zwłoki jego małżonki, szybko powlókł je w gąszcz.
Orzeł krzyknął, ale ruszyć się nie mógł. Zostało tedy — co zostało po dumnej pani przestworza, małżonce potężnego Wikinga?
Ślad na piasku, a w gąszczu leśnym garść pierza i białe kosteczki.
Z orłem było źle. Wyczerpany burzą i lotem dalekim nie miał sił, aby przelecieć nad lasem, skutkiem czego opuścił się zbyt nisko i piersią uderzył o ostrą, suchą gałąź. Rana była niebezpieczna, nie pozwalała ani na dalszy lot, ani na zdobywanie żywności.
Wiking słaniał się na swej gałęzi z wyczerpania i drzemał.
Mjewa patrzyła weń zachwycona.
Mimo ran i osłabienia widziała w nim wspaniałego rycerza wędrownego, którym był istotnie. Nie marzyła nawet o tem, by zbliska móc patrzeć na tak wzniosłą tragedję. Wiedziała, co to męka konania, bo ją widziała.
— Siostrzyczki moje! Siostrzyczki białe! Siostrzyczki! Siostrzyczki! Siostrzyczki! — zakwiliło jej w serduszku.
Wiking zwrócił ku niej wspaniałą głowę, z pod napół spuszczonych powiek strzelił silnem spojrzeniem złocistych oczu i rzekł:
— Umieram!
Tak bywa i musi być. Na każdego przychodzi kolej. Ale Mjewa zaczęła myśleć. I powiedziała sobie, że trzeba ratować. Klasnęła tedy skrzydłami i poleciała nad Mulmjerz, gdzie na wybrzeżu dymiły wędzarnie, a wozy, zaprzągnięte w łaciate krowy, zwoziły centnary szprotów. Pod wędzarniami stały kipy odpadków, skąd kobiety miały je wziąć na karm dla świniaków. Mjewa porwała parę szprotek i pomknęła z niemi ku orłowi. Omal że jej przy tej sposobności piór z ogona nie wyrwał czarny Dudek, złośliwy pies Kuśtyka, nie mówiąc już o wiecznie napastliwej Szneli i podstępnej, chytrej Foce Szomborga Ignaca.
Wiking coś tam dzióbnął, a potem zasnął, Mjewa zaś, na gałęzi usiedzieć nie mogąc, dziwną siłą gnana, poleciała nad Mulmjerz.
Było to już popołudniową godziną. Briża była ostowa i pędziła na zatokę czarne chmury, ale od westu padały na zatokę czerwone strzały słoneczne. Od Helu wracały łodzie rybackie, ciężkie, lecz radosne. Ludzie na nich wytrząsali srebro z sejców, a żegła się śmiały. „Po drugiej stronie“ widać było wiecznie szafirowy brzeg, po tej stronie na „benno“, świeciły koralowe wioski, zielona trawa i złoty piasek. Ponad tern wszystkiem, ponad cicho biegnącemi łodziami, różnobarwnemu sweterkami dzieci, ponad ognistemi błyskami okien chat rybackich, ponad staremi głowiskami rozkwitających kasztanów leciała, głośno i radośnie krzycząc, Mjewa, a śpiew jej był tak donośny, iż zdziwiło się wszystko, co żyło na półwyspie, na obu morzach, a przedewszystkiem rozliczne gatunki mew, których, powtarzam, mamy na tem morzu przeszło dwadzieścia.
— Oszalała ekscentryczka! — kwakały kaczki.
— Marnuje się! — mówiły sobie mewy.
Łabędzie zapatrywały się na rzecz inaczej.
— Właściwie nie można jej nic zarzucić, ale zachowuje się niewłaściwie!
Zmęczona Mjewa usiadła na wodzie, a tuż przypłynął do niej piękny nurek i rzekł:
Co pani wyrabia? Oddawna już panią obserwuję, ale zupełnie nie rozumiem. Dziś, proszę pani, cała zatoka o pani tylko mówi! Bo niby w tern oświetleniu puszczać się tak bezceremonjalnie na wiatr i na chmury, to — nawet z powagą pani nie licuje! Pani ma swą sławę kulturalnej egzaltowanej starej panny a zachowuje się pani jak podlotek. Tego zresztą za złe pani mieć nie mogę, bo trudno, żeby ptak, który nie jest nurkiem, nie podlatywał, tyle tylko mogę pani powiedzieć, że to wszystko pani uwłacza.
— Główka pod wodę! Główka pod wodę, szanowny panie! — rzuciła Mjewa.
— Główka pod wodę!
Był to okrzyk, którym wszelkie ptactwo prześladowało nurka.
Ja przecież nie miałem nic złego na myśli! — tłumaczył się nurek, który istotnie był nieśmiały i przy każdej sposobności uciekał pod wodę.
A ja panu coś powiem! Zakochana jestem, widzi pan, w królu!
— Ja pani wcale nie rozumiem!
Tu nurek nurknął, dobrze się w wodzie skąpał, głowę z niej wreszcie wychylił i powtórzył:
— Ja pani wcale nie rozumiem!
— Zakochałam się w królu, powtarzam panu!
— W jakim królu?
— W orle, który beze mnie żyć nie może.
Nurek pokiwał głową i powiedział:
— To być nie może! Robi pani głupstwo!
Nigdy orzeł się z Mjewą nie ożeni!
— Tak pan mówisz? To wszystko zależy od tego, jaka jest mewa. Zobaczymy! Za późno teraz o tem z panem szczegółowo mówić. Słońce zachodzi, a do domu mam daleko. W każdym razie miło mi było z panem chwileczkę pogawędzić, a teraz — dowidzenia szanownemu panu!
To rzekłszy wzbiła się w powietrze i poleciała, myśląc o tem, jak głupie są stworzenia nurkujące, które wciąż żyją w wodzie, gdy ona żyje w powietrzu, a na wodzie tylko siada.
Tymczasem orzeł słabł coraz wiecej. Ale nie krzyczał. Wbił tylko szpony w gałąź sosny, przyległ do jej pnia, i drżąc z gorączki w zimnem tchnieniu wieczornej briży, Wiking stary myślał, iż koniec nadchodzi.
Nie straszno mu było... Bo słyszał szum sosen i pieśni fal. To przecie jego ojczyzna.
A krople z piersi sączyły się wciąż...
Tego dnia Mjewa przeniosła się na Uswin, gdzie stale już przebywała, chroniąc się w gąszczu drzew. Było tam bezpiecznie, bo oddawna już na Uswin nie przychodził nikt, jako ze sprawy żadnej tam nie miał To też orzeł spokojnie mógł tam przebywać i leczyć swą ciężką ranę.
Był markotny, zły i rozkapryszony. Rwał się wciąż na południe, musiał odlecieć lub zginąć.
Przeleciały nad półwyspem dzikie gęsi, krzyżówki i cyranki leciały z szumem skrzydeł w raz z niemi dzikie gołębie, ptactwo rozmaite ciągnęło z północy — a orzeł chorzał i chorzał.
Mimo to w opuszczeniu swem i w biedzie był piękny tak, że Mjewa uważała go za najpiękniejszy twór świata. Zapomniała dla niego w swych siostrach, o swych szaleństwach, nawet o swej latarni morskiej. Nie widywano je już ani na Mulmjerzu, ani w zatoce, ani nad falami Bałtyku. Zrzadka tylko migała nad wodą wśród chmur, aby porwać rybę, którą zanosiła swemu ukochanemu panu — królowi.
Nigdy nie była tak szczęśliwa. Całe dnie spędzała w żywicznym aromacie sosen, wśród których krył się pan jej serca — orzeł. Gdy go nakarmiła, opowiadał jej o dalekich podróżach, chełpiąc się i pyszniąc swą siłą i czy nami tak, że milkła i robiła się coraz mniejsza. Gdyby krzyknął na nią, zapadłaby się z radością w ziemię — i z tego byłaby dumna. Bo któż był tak wielki, tak silny, tak wymowny i tak piękny!
— Kocham króla! — niejednokrotnie brzmiał jej krzyk w przestworzach, krzyk, z którego śmiały się ptaki i ryby. Lecz ona powtarzała wciąż swoje: — Kocham króla!
Jakiego? Nie mówiła, bojąc się sprowadzić na niego wrogów, bo był jeszcze zbyt słaby, a by się móc im opędzić.
Teraz jednak zupełnie już nie wiedziała, gdzie żyje. Orzeł traktował ją jak orlicę i dziwił się, że nią nie jest z urodzenia. Ona sama zaczęła się uważać za coś lepszego od innych ptaków, za Mjewę, która mogłaby być ptaków królową. Na cały świat patrzyła z wyniosłym uśmiechem wyższości.
Orzeł przychodził do zdrowia, ale w miarę jak mocniejszym się stawał, tem więcej wymagał. Ryby nie wystarczały mu już, pragnął mięsa i krwi. Zbyt słaby jeszcze, aby same mu móc się puścić w pogoń za ptakami, które koło niego przelatywały, na łów udać się nie mógł i musiał poprzestawać na tem, co mu Mjewa przynosiła, ale właśnie dlatego z każdym dniem wzrastaj w nim przeciw niej co raz większy gniew.
— Nie orlica, tylko zwykła mewa! — powtarzał.
— Gdyby tu była moja żona, pani wichrów, wszędy wiejących, oddawna już karmiłbym się młodemi zajączkami, kaczuchnami i kurkami, których krew wpędziłaby zdrowie w moje ciało. Dokoła tego drzewa spiętrzyłby się cały stos pierza i kości. Ale cóż? Io tylko Mjewa, nie orlica!
I wówczas robił się zasępiony i groźny, zły, nieprzystępny, a Mjewa właśnie coraz więcej go za to podziwiała, i rzadko kiedy już opuszczając bez potrzeby gąszcza i zarośla Uswina, powtarzała sobie wciąż:
— Kocham króla!
Szum drzew zlewał się w jedną pieśń z szumem fal obu mórz. Światłość wód olśniewała tak, że patrzeć się nie chciało. Nie było też potrzeby patrzeć, bo w pzrestrzeni powietrznej przeszkód niema — więc można było frunąć i lecieć długo, długo, nie patrząc dokąd, a tylko ze skupioną myślą i rozpostartemi skrzydłami, wołając: - Kocham króla!
Lecz król stawał się coraz niecierpliwszy i coraz zgryźliwszy.
— Czas lecieć! Czas lecieć! — powtarzał, kręcąc z niezadowoleniem głową, na której stroszyły się pióra.
— Czas lecieć! Czas lecieć! — powtarzała Mjewa, wierząc, że orła nie opuści, lecz razem z nim poleci.

Dokąd lecicie wy, ptaki? Dokądże szlaki napowietrznemi ciągniecie, prądami niewidzialnemi, wędrowce oceanów błękitnych? Co każe wam, istotki tak słabe i małe, puszczać się w loty po wichrach zuchwale? Kto każe wam na skrzydłach z wiotkich piór rzucać się w turniej między stada chmur, co wam, niebiańskie dzieci! dzieci! mówi, że pięknie, gdy się leci, leci... Ach! W glorjach zachodu i wschodu, wiecznie słonecznie, na wietrze w powietrze lecąc i świecąc, śmigając skrzydłami jak kosami, płyniecie — — — dokąd i poco? Dlatego że chmury się złocą?

Leci ptak na swój szlak!

Wiking siły odzyskał w znacznej części, ale niezupełnie, skutkiem czego nie mógł sam dla siebie zdobywać pożywienia. Albowiem orzeł, jeśli chce puścić się na łów, musi być silny naprawdę jak orzeł, nie zaś słabszy, bo wtedy na niego zaczynają polować. Trzeba było tedy siedzieć wciąż w lesie na Uswinie i żywić się tem, co przyniosła Mjewa, a co nie wystarczało. Zżymał się Wiking na swą opiekunkę, nic wiedząc nawet, że te liche kąski zbierała nieraz z narażeniem życia.
Bo oto chłopcy, znając dobrze miejsca, — w których morze wyrzuca na strąd martwe szprotki i śledziki, zastawiali w nich na głodne żerujące ptaki pułapki, zwane klepcami. Są to zmyślne, drewniane potrzaski z pętlą ze sznurka. Klepce zakopuje się w piasku nadbrzeżnym tak, że ptaki tych sideł dostrzec nie mogą, przyklepuje się piasek i równa się go ze strądem, a na wierzchu kładzie się dla przynęty szprotkę. Głodny ptak rzuca się na rybkę i zaczyna ją dziobać, skutkiem czego ukryta pod piaskiem chytra pętla ściąga się i albo mewę dusi, albo ją chwyta za nogi.
Znała się dobrze na tych sztuczkach chłop- ców Mjewa i dlatego nigdy w sidła złapać się nie dała. Była bardzo ostrożna, podejrzliwa i miała niezawodny ptasi instynkt. Teraz, gdy zbierając ryby, myślała więcej o swym królu niż o własnem bezpieczeństwie, kilka razy omal że w pułapkę nie wpadła.
Jednego dnia Wiking wysłał Mjewę na Mulmjerz dowiedzieć się, jak daleko do najbliższego kraju na południe, bo w tamtą stronę szedł jego szlak, a właśnie wiała silna briża nordowa, z którą mógł polecieć. Mjewa natychmiast pośpieszyła na Mulmjerz, ale trudno jej było zebrać potrzebne wiadomości, bo ciąg ptaków wędrownych już się skończył. a ptactwo, mieszkające stale na zatoce, w dalsze strony nigdy się nie zapuszczało. Jest to właściwością wszelkiego mieszkającego tam stworzenia, nie wyjmując człowieka. Rybak, o ile nie jest dla zarobku okrętnikiem lub żołnierzem, półwyspu swego nie opuszcza latami i nawet na myśl mu nie przychodzi, że mógłby z pożytkiem dla siebie zwiedzić choć część lądu czyli, jak on to nazywa, „kraju“. Wystarcza mu jego wyspa, Mulmjerz i Bałtyk.
Gdy Mjewa powróciła z niczem, stary Wiking ofuknął ją gniewnie:
— Gęsi wy jesteście, a nie mewy! — rzekł jej. — Po sadzawkach wam pływać, nie na morzu żyć!
Pomilczał chwilę, a potem spytał:
— Nie widziałaś gdzie szpaków?
— Szpaki? Szpaki są. Całe chmary szpaków latają między wędzarniami, nad zatoką, gadając bezustannie. Ale to ptaki zarozumiałe, głupie, żarłoczne — i zresztą cóż one mogą wiedzieć? Nikt z niemi nie utrzymuje stosunków...
— Idź zapytać się szpaków! — przerwał jej orzeł.
Niełatwo było czegoś się od tych małych ptaszków dowiedzieć. Powiedzmy, że i Miewa niezbyt właściwie się wobec nich zachowała. Traktowała je wyniośle, nazywając je knopsiami i lorbasami, coby po naszemu znaczyło „pędraki“ i „nicponie“. Nic dziwnego, że się szpaki obraziły i zaczęły wodzić Mjewę za nos, dokładnie mówiąc — za dziób. Ile razy Mjewa zbliżała się do nich, zrywały się i, chichocąc, zwartym szykiem odlatywały dalej.
— Pewien wielki pan pyta was, jak daleko do najbliższego kraju na południe stąd! — wołała, goniąc za szpakami.
— Jaki pan? Jaki pan? Jaki pan? — sypały się zewsząd ciekawe pytania.
— Wielki pan! — zapewniała Mjewa.
— Niech przyjdzie sam! Niech przyjdzie sam! — krzyknęły szpaki, i zerwawszy się, odleciały zwartą chmurą, tak że w powietrzu aż zafurkotało.
— Nie może przyjść! — wołała Mjewa, lecąc za niemi. — Jak daleko do najbliższego kraju?
— Masz go tam! Masz go tam! — śmiały się szpaki, wskazując na drugi brzeg zatoki.
I znowu poleciały dalej.
— On musi lecieć na południe — tłumaczyła Mjewa głosem zdyszanym, bo zmęczyło ją to uganianie za ptaszkami.
— Ach! Ach! Ach! Ach! — zaświergotały domyślne ptaszki. — Musi lecieć na południe! Ach! Ach! Orzeł! Orzeł! Orzeł! Król! Król!
Zawirowały w powietrzu, gdzie się zcicha naradzały, a potem zaśpiewały chórem:
— Pół dnia drogi! Pół dnia drogi!
I poleciały daleko, gdzieś za Kaczy Ok, na nadbrzeżne torfiaste pażyce, między pasące się krowy i barany.
— Pół dnia drogi! — rozmyślał głośno Viking, gdy mu Mjewa powtórzyła, czego się dowiedziała od szpaków. — Możebym i przeleciał, gdybym sobie mógł dobrze podjeść, posilić się należycie. Wiatr dobry. poleciałbym razem z nim.
Była wiosna. Od dłuższego czasu już rybołówstwa żadnego nie było, bo łosoś dawno już nosem uderzył o strąd i poszedł. Morze zrzadka tylko coś tam wyrzuciło, tak że Wiking głodował wraz z Mjewą. Niewiele było prawdopodobieństwa w tem, że udałoby się coś znaleźć, mimo to Mjewa natychmiast poleciała nad zatokę z niezłomnem postanowieniem zdobycia żywności za wszelką cenę.
Lecąc myślała z radością o tem, że wreszcie nadeszła chwila, w której wraz z orłem puści się w daleki lot do nieznanych krajów. Odkąd poznała Wikinga, myślała o nich tak wiele, że zatoka rodzima straciła dla niej wszelki urok. Zapomniała nawet o smukłej białej latarni Rozewskiej z brylantowem światłem, którą kiedyś kochała. Cały otaczający ją świat pobladł w jej oczach i jakby obumarł, jedynie zaś żywe było to dalekie Nieznane...
Nad zatoką nie znalazła nic. Ani jednej rybki. Wobec tego przeleciała nad półwyspem na strąd. Szukała długo napróżno, wreszcie ujrzała na piasku srebrną rybkę. Przez chwilę wisiała nad nią w powietrzu, trzepocąc skrzydłami i przyglądając się jej podejrzliwie. Ale myśl o konieczności posiłku przed wyruszeniem w daleką drogę zwyciężyła. Mjewa opuściła się na piasek i w tej chwili — pętla ścisnęła jej nóżki. Chciała się zerwać do lotu, co siły biła skrzydłami powietrze.
Wówczas Mjewa zaczęła krzyczeć głośno, głośno, głośno i żałośnie. Opłakiwała tak nie swe życie, nie rozstanie się z krajem rodzinnym, jego smutkiem słonecznym, dzikiemi sztormami i pląsami cichemi nad szemrzącemi śpiewnie falami, lecz skon swych marzeń, zmierzch świata młodego, który stworzył w jej duszy ptak, jak orla myśl wspaniały.
I wtedy właśnie ujrzała na niebie szeroko rozpostarte skrzydła Wikinga. Płynął na nich powoli ruchomym gościńcem powietrznym, kierując się na południowy zachód. Mjewa krzyknęła, ale orzeł krzyku tego nie dosłyzał, albo nie dbał oń, bo na ptaka w potrzasku nawet nie spojrzał. Co mu znaczą krzyki mew szamocących się w nadbrzeżnych klepcach, co mu ta cała wrzeszcząca hołota, uganiająca za cuchnącemi rybami! On, orzeł, pan przestworza, leci przed siebie w świat...
Malał z każdą chwilą coraz bardziej, aż wreszcie wsiąkł w przestwór niebieski.
A Mjewa krzyczała wciąż.
Te jej krzyki zwabiły chłopców, którzy właśnie wyszli na strąd zobaczyć, czy się co nie złapało.
— Jest! Jest! — wołali, biegnąc ku szarpiącej się w sidłach Mjewie.
W chwilę później mocne palce ścisnęły jej szyję.
Ciemność.
Zanim minęło kilka tygodni, Mjewa, starannie wypchana, z lotnym rozmachem skrzydeł, stała na szafie w pokoju starego Macieja Budzisza. Potem syn Macieja Wacek, ładny ogorzały chłopak, odbywający służbę w marynarce wojennej, zawiózł ją do Gdyni w prezencie pani bosmanowej, z prośbą, aby raczyła zjednać mu względy męża, który na rekruta zbyt często fukał.
Pani bosmanowa bardzo się ucieszyła i ustawiła wypchaną Mjewę w kuchni na szafie, na honorowem miejscu między dwoma bezwonnemi, nadętemi kolczastemi kaktusami.
Mjewę, która się kochała w Wikingu...
Szalona była ta Mjewa — nieprawdaż!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.