Mirtala/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Mirtala
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1886
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Miłosz Kotarbiński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MIRTALA
POWIEŚĆ
ELIZY ORZESZKOWÉJ.

Z piętnastu ilustracyami Miłosza Kotarbińskiego.

WARSZAWA.
Własność, nakład i druk S. Lewentala.
NOWY-ŚWIAT Nr. 41 (NOWY).

1886.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 3 Сентября. 1886 г.





I.

Pod niezmąconym szafirem nieba, w ulewie złotych świateł słonecznych, zielony gaj Egeryi głębokie i nieruchome cienie słał na pola, z których cześć dla podwójnie świętego miejsca usunęła wszelkie ludzkie siedliska i wrzawy. Podwójnie świętém było dla Rzymian miejsce to; bo w cienistych jego głębiach, pod rozłożystemi gałęźmi odwiecznych buków, dębów i platanów, wznosił się śnieżny posąg jednego z najsłodszych bóztw wiecznego miasta i płynął strumień, szmerem swym opowiadający wiekom i pokoleniom o długich, samotnych rozmowach wielkiego Numy z uwielbianą i mądrą jego Nimfą. Niegdyś, przed ośmiu setkami lat, wielki król-prawodawca, trwożny o losy narodu-dziecka, przybywał w samotne miejsce to, i troskami skołataną pierś rzeźwiąc cieniem i ciszą, ku szafirom niebieskim podnosił wzrok, błagający o wróżby, natchnienia i rady. Wtedy z szafirów niebieskich spływała Egerya, olśniewająca, a przecież łaskawa, i długo potém, w gęstwinie buków, dębów i platanów, szemrały westchnienia miłości i tajemnicze szepty; piękna niebianka kładła dłoń swą na królewskiém sercu i uciszała wrzące w niém burze, a z pocałunku jéj ust nieśmiertelnych lały się w głowę jego wspaniałe myśli o wierzeniach tych i ustawach, które stać się miały podstawą przyszłéj wielkości rzymskiego ludu i wiecznéj chwały pierwszego jego prawodawcy. Wszystko minęło. Imię Numy Pompiliusza czas zmienił w echo, coraz słabiéj brzmiące w uszach i sercach odległych pokoleń; to, co stanowił on, skryło się w cieniu gmachów nowych; nieuczony już tylko gmin przechował wiarę w niebiańskość i nieśmiertelność Egeryi. Lecz gaj starożytny, strzeżony i pielęgnowany, trwał i w pamięci ludzi utrwalał dwa piękne i rzadkie zjawiska ich dziejów, jakiemi byli: niewiasta, zlewająca na męża dobroczynne natchnienia, i król, troszczący się o dobro poddanego mu ludu.
Ogromny Cesarski Rzym huczał i wrzał w pobliżu, nie tak przecież blizko, aby na skrajach gaju i w jego głębinach uroczysta cisza panować nie mogła. Dość rzadko przerywały ją kroki pobożnych pielgrzymów, przybywających tu, aby pokorny hołd złożyć ołtarzowi bogini, albo zaczerpnąć wody ze świętego źródła. Świątynie Rzymu liczne były i z upływem czasu coraz liczniejsze; współubiegały się z niemi coraz liczniejsze téż i wspanialsze miejsca zabaw i przechadzek. Dnie całe mijały często, a żadna stopa ludzka nie dotknęła bujnych i ukwieconych traw świętego gaju, żaden głos modlitewny nie złączył się ze szmerem strumienia; wiekuiście wijącego srebrną swą wstęgę u stóp śnieżnego posągu bogini.
Przecież u jednego ze skrajów gaju, tam, gdzie zbiegały się wiodące ku niemu, ozdobne, bukszpanami osadzone i bazaltem usłane, ścieżki, codziennie, od wczesnego poranku do późnego wieczora, przesiadywał człowiek, widocznie nad ścieżkami temi straż trzymający. Stróżowanie to ujawniało się w ruchoméj zagrodzie, przezroczystéj, złoconym bronzem zdobnéj, a wejście do świętego gaju tamującéj dopóty, dopóki pobożny pielgrzym nie włożył drobnego pieniążka w dłoń stróżującego tu człowieka, a on przed nim zapory téj nie usunął. Drobne pieniążki były podatkiem, płaconym państwu przez tych, którzy gaj święty nawiedzać pragnęli; człowiek zaś, u zbiegu ścieżek czuwający, poborcą skromnéj téj i do uiszczenia łatwéj daniny.
Rzymski poborca ten, ani z ubioru, ani z rysów twarzy, na Rzymianina nie wyglądał, i dość było jednego nań rzutu oka, aby w nim poznać przybysza ze Wschodu. Od szyi chudéj, zwiędłéj i żółtéj, do stóp, których podeszwy tylko i palce ukryte były w grubych i płytkich sandałach, cienką i przygarbioną postać jego przyoblekała luźna brunatna suknia, z grubéj szorstkiéj materyi, w stanie ściśnięta żółtawym, od zużycia wystrzępionym, pasem. Na głowie miał on gruby, ciężki, żółtawéj barwy zawój, którego twarde niby gzémsy ocieniały twarz pięćdziesięcioletnią, żółtą, zwiędłą, chudą, z długim, garbatym nosem i długą, od posiwienia popielatą, w twarde kędziory wijącą się, brodą. Z pod zawoju, wzdłuż policzków, spływały téż długie, popielate kędziory włosów, a z obu stron garbatego nosa, pod czarnemi jeszcze, zjeżonemi brwiami, oczy wielkie, jak noc najgłębsza czarne, paliły się ogniem gorącym i patrzały w przestrzeń z wiekuistym jakby, nieskończonym, przejmującym smutkiem. Namiętnemu smutkowi oczu tych odpowiadał wyraz ust cienkich i bladoróżowych, które, w gęstwinie siwiejącego zarostu, nieustannie, nieustannie wiły zadumane lub gorzkie uśmiechy, albo do pustego pola, do szafirów niebieskich, do nieruchomych buków i dębów, do kipiącéj i echa kipienia swego tu przysyłającéj stolicy, przemawiały niedosłyszalnemi szepty. Na poręczy złoconéj balustrady siedząc, cieniem gaju od skwaru słońca okryty, z bosemi stopy swemi w płytkich sandałach, kołyszącemi się nad ziemią, w chudych, zczerniałych palcach przebierający strzępie swego pasa, z płomiennym wzrokiem swym i zgarbionym grzbietem, człowiek ten zdawał się być żywym obrazem znękania ciała i wiecznéj, na dni piersi wrzącéj, burzy ducha. Był to żyd.
Jakim sposobem cudzoziemiec ten stał się tu poborcą świętego podatku? Wszyscy współcześni z łatwością odpowiedziéć-by na to mogli. Rzym roił się cudzoziemcami, a pośród nich znajdowała się ilość znaczna tak bogatych i pilnym przemysłem bogactwa swe zwiększających ludzi, jakim był Monobaz, żyd także, w którego banku, otwierającym się na Marsowe pole, świetna młodzież rzymska znaczne zaciągała pożyczki; w którego dłonie piękne ręce niejednéj patrycyuszki składały, w zamian za garść sestercyi, drogocenne zastawy; który niemiłosierną lichwą gniótł pnący się ku świetnościom patrycyatu stan średni; któremu nakoniec panujący obecnie Cezar oddał w dzierżawę niejednę gałęź państwowych dochodów. Panującym obecnie Cezarem był Wespazyan, chciwie zgromadzający i skrzętnie szczędzący grosz publiczny, zbrodniczo i marnie przez lat tyle trwoniony w szalonych orgiach Nerona i strasznych burzach wojen domowych. Stary żołdak, w mowie i obyczaju gruby, z sercem o dobro publiczne dbałém, nie wahał się podnosić pieniądz z najbrudniejszych źródeł, ani brać go z rąk najwątpliwszych. Nie czyniły mu téż wstrętu pieniądze, brane z lichwiarskich rąk Monobaza, które zresztą były białemi i w drogocenne pierścienie przybranemi rękoma. Białe te i drogocennie przystrojone ręce nie mogły same otrzymywać z rąk pielgrzymów podatku, należnego gajowi Egeryi. Zastępowały je w czynności téj, wychudłe, drżące, zczerniałe, palce Menochima. Dlaczego Menochim oddawał się czynności téj, przynoszącéj mu w korzyści suchy chleb nędzarza, a nawet pilnie, w imię plemiennéj wspólności, starał się o nią u Monobaza? Kto wié? Być może, iż w sposób inny na byt powszedni zarabiać nie dozwalały mu te przepaściste zadumy, które odbijały się w jego oczach, na ustach i w nawskróś zoranéj twarzy? Być może, iż nieustannym medytacyom jego dobrze było w tém miejscu bezludném i cichém? Być może, iż zieleń gaju nieco spokoju wlewała mu w płonące źrenice, a świergot ptactwa i srebrne dzwonienie strumienia ponure pieśni jego duszy przerywały niekiedy słodką nutą pociechy, nadziei.
Na złoconéj balustradzie, zgarbiony, stopami ziemi nie dotykając, siedział on przez długie godziny i patrzał na miasto olbrzymie, kąpiące w słonecznym blasku niepokalaną białość swych marmurów, złote kopuły świątyń, wdzięczne łuki bram tryumfalnych, strzeliste szczyty pałaców swych i grobowców; patrzał i zdawało się, że widokowi temu nigdy napatrzyć się dosyć nie mógł. Nie uwielbienie przecież bogactw i piękności tylu malowało się w oczach i uśmiechach jego. Malowało się w nich często osłupiałe jakby zdziwienie. Zaczynał z kimś bardzo cicho rozmawiać. Zapytywał: — Odsłoń powieki moje i okaż mi, dlaczego wiecznie cieszą się tryumfują nieprawi, lecz silni? Otwórz rozum mój i naucz mię, jakiemi są drogi Twoje, bo ich zrozumiéć nie mogę. Czy sprawiedliwy żyje poto, aby cierpiał? czy sprawiedliwości uczysz go dlatego, aby nieprawość serce mu szarpała? Czy lud jeden nato zamieszkuje ziemię, aby miażdżyły go stopy innego? I któż przed tobą prawy? Rabusiowiż-to, czy rabowanemu miłość swą okazujesz? Oto piérwszy w dziedzictwie swojém rozkoszy, bogactw i długiego żywota zażywa, a drugi pada na skrwawionéj niwie, lub na ziemi wygnania tęskno pogląda w stronę, gdzie gruzy Syonu...
Z usianego iskrami powietrza żadna nie przybywała odpowiedź; tylko wrzawa wielkiego miasta, wzdymając się na chwilę, przesyłała tu echo radośnego, hucznego akordu, a złocone szczyty gmachów, rozgorzałe w słońcu, buchały ku niebu płomiennym hymnem siły i tryumfu. Spójrzenie Menochima zmieniło kierunek i w innéj stronie spotykało się z widokiem drogi Appijskiéj, która, z pod pysznych łuków kapueńskiéj bramy wybiegając, szeroka, prosta, w nieścignionéj okiem dali przepadająca, zdawała się być ramieniem olbrzyma, wyciągającém się dla objęcia połowy świata. Przez dnie całe panował tam hałaśliwy natłok ludzi i zwierząt. Menochim z oddali dostrzegał sunące po wielkiéj drodze wozy, ładowne towarami, przez osły i muły ciągnięte, i inne jeszcze, lekkie, ozdobne, unoszone przez bystre konie o chyżych nogach i rozwianych grzywach. Pomiędzy wozami widział on przewijające się postacie jeźdźców, z pysznemi rumakami zrośnięte jakby we wdzięczną i dzielną całość, albo na ramionach niewolników niesione lektyki, połyskujące kosztownemi ozdobami, z których wnętrza wychylała się czasem utrefiona głowa kobieca, lub powiewała purpura, zdobiąca senatorską szatę. Czasem téż drogę zalegał oddział pieszego lub konnego wojska, a wtedy w metalowych tarczach, pancerzach, szyszakach, słońce rozżarzało oślepiające pożary, tentent stóp ludzkich i zwierzęcych biegł po bazaltowych płytach przeciągłym grzmotem, w powietrzu rozsypywały się miliony krótkich, metalicznych dźwięków, a towarzyszyły im ogromne, chóralne krzyki, tysiącem piersi śpiewane zwrotki rycerskiéj i tryumfującéj pieśni. Wszystko tam było ruchem, wrzawą, blaskiem, śpiewem, śmiechem, potęgą. Menochim kurczowo załamane i ściśnięte ręce swe podnosił ku niebu, a z piersi jego wydobywał się już tym razem nie szept, ale krzyk chrypliwy i krótki:
— A Jerozolima w gruzach leży!
Czasem na ramię jego opadała dłoń ciężka, a gruby głos, wpół-wesoło, wpół-szydersko, wołał:
— Czegoś tak wpatrzył w niebo baranie ślepie swoje, ty, Judejczyku, brudasie, żebraku z końca świata? Czy nie widzisz, że chcemy wejść do świętego gaju? Dlaczegoż nie wyciągniesz chciwéj łapy swéj, abyśmy w nią asy nasze złożyć mogli?

Menochim budził się z zamyślenia i spostrzegał dwu czy trzech ludzi, owiniętych w grube, brunatne togi, z twarzami osłoniętemi cieniem kapeluszy o szerokich brzegach. Z ubioru i zachowania się poznać można było, że ludzie ci nie należeli wcale do bogatych i potężnych. Byli to plebejusze,
STANĘŁA PRZED NIM I UCHYLIWSZY Z TWARZY GAZOWĄ ZASŁONĘ, MÓWIŁA ZCICHA.
rzemieślnicy może, albo pasożyci, żyjący z jałmużny, udzielanéj im przez możnych, lub państwo. Nic to! przybysza, obdartusa, syna ziemi podbitéj, któréj stolicę i świątynią przed dwoma zaledwie laty w gruzy obalił mężny i świetny Tytus, i oni nawet lżyć mieli prawo. Nie byliż zwyciężcami? I nie byłże to człowiek, różniący się od nich ubiorem, obyczajem, językiem, wiarą? Wracając z gaju, nagabywali go pytaniem:

— Możeś głodny? Mamy tu oto kawał pieczonéj świni i chętnie przysmakiem tym podzielimy się z tobą.
Żyd milczał, patrząc w ziemię.
Ktoś inny, wyglądający na jednego z trefnisiów tych, których pełne były domy możnych, obległ go raz prośbami:
— Najmilszy! czy nie mógłbyś zaprowadzić mię kiedy do swéj bożnicy i pokazać tę głowę oślą, któréj wy, żydzi, nabożną cześć składacie? Radbym bardzo zobaczyć ją i opowiedziéć, com widział, dostojnemu Kryspinusowi; od dni bowiem kilku jest on w złym humorze i, jeśli go czém nie ubawię, gotów mię od stołu swego usunąć.
Ten nie żartował, prosił na prawdę i nawet rzewnie, a dla poparcia prośby téj, pociągał Menochima za ucho tak, jak to w chwilach czułości czyniła żona Kryspinusa z ulubionym swym pieskiem. Żyd nie zaprzeczał niczemu, milczał jak grób, w ziemię patrzał i tylko drżącą ręką usuwał zwolna dłoń, coraz mocniéj cisnącą jego ucho.
Inni bywali gniewliwsi i srożsi.
— O! wy, przybysze — mówili — patrzeć tylko, jak ze skór, zdartych z naszych grzbietów, zaczniecie sobie wyrabiać pantofle! Gdybyś ty, psie przeklęty, podatku tego z nas nie wyciskał, Cezar zniósłby go już pewnie i asy nasze pozostały-by w naszych sakiewkach.
Menochim głuchym głosem odpowiadał:
— Nie moje to są pieniądze, które od was biorę. Jestem sługą Monobaza i wiernie oddaję mu wszystko, co mi tu dajecie.
— Niech bóztwa podziemne pochłoną pana twego, Monobaza, który z biednego synowca mego, Minucyusza, ostatnią już kroplę krwi wycisnął i kupił sobie za nią pierścień z rubinami! Przy piérwszych igrzyskach, głośno w cyrku prosić będziemy Cezara, aby was wszystkich z Rzymu wypędzić rozkazał.
Raz wykwintna postać niewieścia, w towarzystwie dwóch służebnych, przemknęła ścieżką i, w milczeniu wsunąwszy pieniądz w dłoń Menochima, zniknęła w głębiach gaju. Potém, cicho stąpając po gęstych trawach, wracała; smutne jéj oczy, stęsknione za czémś, po czémś spłakane, ciekawie zatrzymały się na ciemnéj, zoranéj twarzy żyda. Stanęła przed nim i, uchyliwszy z twarzy gazową zasłonę, mówiła z cicha:
— Ubogim jesteś. Bogatym cię uczynię, jeśli odkryjesz mi, w czém znaleźć mogę pociechę i spokój, których ani bogowie nasi, ani bogactwa domu mego dać mi nie mogą. Wy, Azyaci, znacie wiele tajemnic i macie jakiegoś Boga, który podobno w najsroższych smutkach pociechy wam zsyła.
— Czegoż chcesz? — zapytał Menochim.
Piękna Rzymianka ze smutnemi oczyma odpowiedziała:
— Sprzykrzyły mi się bogactwa i rozkosze wszelkie. Nie kocham tego, który jest mężem moim i żadnego z młodzieńców rzymskich pokochać nie mogę. Pragnę doskonałości, cnoty jakiéjś, która-by płomieniem rozpaliła puste moje serce; bohaterstwa, które-by podobne było do bohaterstw przodków moich; Boga tego nieznanego, któremu Grecy budują ołtarze, a który innym być musi od bogów naszych, w których już — nie wierzę.
Żyd słuchał ze skupioną uwagą, a potém zapytał:
— Jeżeli nie wierzysz w bogów swoich, czemużeś nawiedzała gaj Egeryi?
— Spragnioną jestem ciszy i cienia... Zamieram w gwarze i blasku. Lubię tu myśléć o miłościach niebiańskich i wielkich ludzkich sercach. Teraz miłości nizkie są i płoche, a serca tych, którzy mię otaczają, z żelaza lub błota!
Nad mówiącą w ten sposób kobietą Menochim pochylił się, i długo, długo, szeptał jéj o czémś, z tajemniczemi gestami i drżącą siwą brodą. Widać było, że mówił jéj, aby kędyś, w umówionéj porze przybyła, że coś jéj obiecywał a coś przed nią wczęści odsłaniał. Rzymianka odeszła, a stary żyd złożył ręce na kolanach i tajemnicze uśmiechy przewijały się mu pomiędzy zmarszczkami twarzy. Dumał i szeptał:
— Droga niezbożnych ciemna, nie widzą gdzie upadną. Oto potkniesz się, Babylonio, o własne bogactwa i rozkosze swoje, bo przepojone niemi być zaczynają dusze twoich dzieci. Jako jeleń źródła leśnego, tak szukają one nowego światła!
Wczas jakiś potém usłyszał, jak dwaj niewolnicy, do gaju dążący, rozmawiali o wydarzeniu dziwném, w domu ich pana zaszłém. Pani ich, Flawia, uwierzyła w jakiegoś cudzoziemskiego boga, oblokła się w szaty surowe, do uczt zasiadać przestała, a nawiedzać zaczęła, z jedną tylko poufną służebną, tę obrzydliwą, cuchnącą dzielnicę miasta, w któréj mieszkają sami tylko Azyaci, Syryjczycy i Żydzi. Niewolnicy mówili o tém obojętnie i szydersko trochę, tak, jak zwyczajnie mawiają słudzy o postępkach i dziwnych kaprysach swych panów, ale zmarszczki na twarzy Menochima drgnęły radośnie, gdy usłyszał on słowa:
— Możny Cestyusz, mąż Flawii, gniewa się i smuci, bo pośmiewisko ludzkie uwłacza powadze jego. Z Flawii śmieją się przyjaciółki jéj, znajome, i podobno sam Cezar, niech długie będzie życie jego.
Dalszych słów rozmowy Menochim nie dosłyszał, lecz z tryumfującym wciąż uśmiechem pomiędzy zmarszczkami twarzy, szepnął:
— Tajemnemi są drogi Twoje! Oto nędzny robak, w pyle deptany, kroplę jadu wpuścił w pyszne serce książęce.
Uspokojony nieco, brał wielką księgę, którą przed wzrokiem przechodniów pilnie ukrywał w wysokich trawach, i powoli przesuwać poczynał oczy po wierszach, napełniających żółte karty pergaminu. Wzrok jego posuwał się z prawéj strony w lewą, a głoski, napełniające książkę, nie były ani łacińskie, ani greckie, lecz przedstawiały te kręte i zmieszane wzory, które znamionują pisma wschodnie. Niedługo przecież oddawał się czytaniu: bądź, że mistyczna natura jego nie była zdolną do długiego zespolania się z myślą cudzą, bądź, że czytane wyrazy rozżarzały mu w piersi płomień natchnienia, zsuwał się szybko ze szczytu złoconéj baryery, drobnemi, spiesznemi kroki do buku przypadał, z nabożnym szacunkiem składał księgę na uprzedniém miejscu, a potém, zwieszony znowu na twardém i wysokiém siedzeniu swém, wyjmował z pod sukni drewniane tabliczki i ostrym stylem pisać zaczynał na oblekającéj je cienkiéj warstwie wosku. Pisał prędko, gorączkowo, z lewa w prawo, tak jak i czytał. Policzki jego zachodziły przy tém zajęciu krwistym rumieńcem, krople potu spływały z pod zawoju i często łączyły się na twarzy z obfitemi łzami. Człowiek ten poetą być musiał, jednym z tych, których bezbrzeżna niedola ojczyzny na ognistym wozie cierpienia niosła ku szczytom mistycznych, namiętnych natchnień.
Raz, kiedy oddawał się on tym swoim pisarskim zajęciom, ścieżką pomiędzy bukszpanami zbliżał się ku niemu człowiek wysoki, młody jeszcze, owinięty płaszczem, którego kapiszon okrywał mu głowę od słonecznego skwaru. W cieniu kapiszona widać było twarz ściągłą i łagodną, a w rysach swych noszącą piętno pochodzenia wschodniego, niemniéj wyraźne, jak to, które odznaczało twarz Menochima. Człowiek ten nie dążył snadź do świętego gaju, bo o parę kroków zatrzymał się i przyjazném okiem wpatrywać się zaczął w piszącego poborcę. Nie chciał mu może przerywać zajęcia, ale gdy końca jego doczekać się nie mógł, przystąpił bliżéj jeszcze i półgłosem parę razy zawołał:
— Menochim! Menochim!
Z palców piszącego wypadł styl. Tabliczkę swą ruchem przestrachu za suknią ukrył i na przybyłego podniósł oczy, ogniem zapału błyszczące i nieco strwożone,
— Nie poznajesz mnie, Menochimie? — zaczął przybyły; — jestem Justus, sekretarz możnego Agryppy. Bywałem w domu twoim gościem częstym, gdy w nim przebywał jeszcze przybrany syn twój, Jonatan.
Menochim wstrząsnął głową z zadowoleniem widoczném.
— Wybacz mi, Justusie, że nie poznałem cię odrazu. Oczy moje starzéć zaczynają...
— Nie, — z uśmiechem odparł Justus, — ale zajmowała cię robota, któréj się oddawałeś. Piszesz...
— Ja! ja! — krzyknął prawie Menochim, — czyżbym mógł? czyż-bym potrafił? nie, to były tylko rachunki, które sporządzałem dla pana mego, Monobaza!
— Ukrywasz się... — zaśmiał się Justus, — bądź spokojnym; o tajemnice twe dopytywać się nie będę. Nie darmo od lat kilku zostaję przy boku Agryppy i królewskiéj siostry jego, Bereniki. Tam tajemnic tyle, co gwiazd na niebie. Nauczyłem się je szanować; alboż ja sam żadnéj własnéj tajemnicy w piersiach swych nie noszę? W czasach naszych, któż nie nosi w sobie tajemnic, swoich lub cudzych? Twarze inne, serca inne, myśl mowie zaprzecza. Nie pytam cię więc, Menochimie, ani co, ani dla czego czynisz. Przyszedłem do ciebie w interesie ważnym.
— Słucham cię, — poważnie i uprzejmie odpowiedział Menochim. — Justus mówić zaczął:
— Rzecz jest prosta, nie wiem tylko, czy taką wyda się tobie. Oto, przyjaciel pana mego, Agryppy, Józef Flawiusz... nie potrzebuję ci mówić kim on jest... pragnie wziąć do boku swego jednego więcéj sekretarza, któryby pod kierunkiem jego pisał i przepisywał wielkie, rozpoczęte przezeń, dzieła. Wiész, że cokolwiek o Józefie powiedzianém być może, kocha on zawsze naród swój, i otoczenie jego liczne składa się tylko z braci naszych. Polecił mi on i teraz wyszukać izraelitę, umiejącego pisać po grecku. Zadanie to dość trudne. Pomyślałem o tobie. Czy chcesz zająć korzystną i zaszczytną posadę u boku uczonego rodaka naszego, przyjaciela Agryppy i Bereniki, ulubieńca Cezara i syna jego Tytusa?
Menochim słuchał z uwagą, ze spuszczonemi powiekami, i wtedy dopiéro, gdy Justus umilkł, odpowiedział:
— Dziękuję ci, Justusie, za pamięć twą o mnie, ale przybocznym Józefa Flawiusza nie zostanę za nic.
Justus nie okazał zdziwienia i spokojnym głosem przemówił znowu:
— Płaca, do urzędu tego przywiązana, znaczną jest. Mieszkanie w pałacu Agryppy, miejsce przy stole jego i dwadzieścia tysięcy sestercyi rocznie.. pomyśl.
— Za nic, — krótko i spokojnie powtórzył Menochim.
— Na miejscu tém zostając, tysiąc przysług oddawać mógł-byś biednym braciom naszym...
— Za nic, Justusie!
— Masz dziecię przybrane, Mirtalę... któréj młodości potrzeba świeższego, niż na Zatybrzańskiém przedmieściu, powietrza...
— Za nic, Justusie!
— Starość, Menochimie, zbliża się ku tobie wielkiemi krokami. Gdy niemoc przykuje cię do łoża boleści, gdy zmęczone ręce twe żadnéj już pracy jąć się nie będą mogły, w Agryppie i Józefie znajdziesz hojnych dobroczyńców i opiekunów troskliwych...
— Za nic, Justusie!
Justus milczał chwilę, namyślał się, a potém tak cicho, jak gdyby lękał się, aby go nawet dęby i buki świętego gaju nie usłyszały, zapytał jeszcze:
— A jeśli... a jeśli Jonatan, to ukochane dziecię twoje, ten rycerz bohaterski, ten biedny wygnaniec, którego teraz palą zapewne afrykańskie skwary i tysiąckroć sroższe od nich rozpacze, jeśli on... wróci? Czém osłonisz go przed niebezpieczeństwy? Kogo wezwiesz dla niego na obronę? Agryppa i Flawiusz skutecznie bronić go mogą; jedno skinienie białego palca Bereniki usunie szyję jego z pod topora, albo ciało jego wydrze płomieniom stosu... Menochim zadrżał od stóp do głowy, wzniesione do góry jego ramiona zatrzepotały w powietrzu, jak skrzydła zranionego ptaka, a z piersi wydarł się krzyk przeciągły.
— Justusie, Justusie! po co mię kusisz? Jonatan mój... To prawda! Jego szyja skazana pod topór... a może jak Goryasza rzucą go w płomienie stosu, i gawiedź rzymska szaleć będzie z radości, na widok mąk i śmierci jednego z ostatnich obrońców Syonu... O Justusie, coś ty mi powiedział! Zakląłeś mnie na szyję najmilszego dziecka mojéj duszy, tego, którego niemowlęciem wyrwałem, wykupiłem z niewoli Edomu! Tak, Justusie, Agryppa obronić go może, Flawiusz zasłonić go może, Berenika... o!
Nie siedział już na ostrzu baryery, lecz, rozciągnięty pod stopami buku, z dłońmi załamanemi nad głową, czoło zanurzał w wysokiéj trawie. Z piersi jego wychodziły wciąż zmieszane krzyki:
— Jonatan! Jonatan mój! rycerz bohaterski! Tułacz nieszczęsny.. czém ja go osłonię? Kogo wezwę dla niego na obronę! O, Ty! gdzież miłosierdzie Twoje?
Justus, milcząc, ze współczuciem patrzał na paroxyzm rozpaczy, wstrząsający ciałem i duszą starszego jego rodaka. Źrenice nawet jego zwilgotniały nieco i kształtne usta zacisnęły się z wyrazem niemego, do milczenia snadź przyzwyczajonego, bólu. Powoli Menochim uspokajać się zdawał. Z twarzą przyciśniętą do ziemi, myślał. Sporo czasu upłynęło, zanim z ciężkością powstał, i pałające oczy swe z pod zawoju w twarzy Justusa utkwiwszy, powtórzył znowu:
— Za nic!
Justus pochylił głowę.
— Spodziewałem się twojéj odmowy, miałem jednak nadzieję, że przedstawienia moje...
— Jakież są one, Justusie? — drżącym jeszcze, lecz uspakajającym się głosem zapytał Menochim. — Ubóztwo? alboż nie najwłaściwszém jest ono synowi obalonego grodu? Mirtala? Alboż jéj także nie wyrwałem, jak Jonatana, z edomskiéj niewoli? Niech dzieli czarny chleb mój i wraz ze mną oddycha powietrzem nieszczęścia. Jonatan? On piérwszy, on najbardziéj, odradzał-by mi dzielić bogactwa i rozkosze tych, którzy zaparli się, odstąpili sprawy ojczystéj i świętéj.
Ostatnie wyrazy wymówił z błyskiem nienawiści w oczach. Justus po chwili milczenia odparł.
— Zbyt surowym jesteś, Menochimie, i sądy twoje mają szybkość, którą nadaje im ogień twego serca. Ani Agryppa, ani Józef, ani nawet Berenika zaprzańcami nie są. Uroczyście i jawnie obchodzą oni wszystkie święta nasze, hojnie wspomagają pieniędzmi nieszczęśliwych braci...
— Ale serca ich, Justusie, serca, serca! — przerwał Menochim, i tysiąc wzgardliwych uśmiechów wstrząsnęło zmarszczkami jego twarzy. — Serca, Justusie, — powtarzał, — które przylgnęły do grzechów i zbytków Edomu; dłonie ich, Justusie, które codziennie serdecznemi uściski łączą się z dłońmi naszych wrogów! Józef Flawiusz przy stole Wespazyana! Berenika w objęciu Tytusa, tego samego Tytusa... o Ty! gdzie sprawiedliwość Twoja!... który żużel pożaru rzucił na naszę świątynią! Agryppa chodzi w szacie Senatora rzymskiego, z sześciu liktorami, którzy żebrzących braci jego, jak psy, spędzają mu z drogi! Cha! cha! cha! I ty, Justusie, mówić śmiesz, że oni zaprzańcami nie są! Święta nasze obchodzą! Sabaty święcą! „Miłości potrzebuję, nie ofiar!” mówił Pan ustami proroka. Ubogich braci datkami obdarzają! A w pałacu Agryppy złoto ze ścian kapie! A ileż kosztuje pierścień drogocenny, który na palec Bereniki włożył pogromca jéj ojczyzny? A jakaż jest cena podarków, które Józef Flawiusz otrzymał od Poppei, rozpustnéj żony strasznego Nerona? Niech sami żrą i piją bogactwa, w ten sposób zdobyte! Moje usta ich nie dotkną...
Justus w pozornym spokoju wysłuchał namiętnéj téj mowy, lecz w cieniu kapiszona czoło jego zaszło rumieńcem.
— Cóż więc mniemasz o mnie, Menochimie? — zapytał z cicha; — o mnie, który mieszkam w ich złoconych ścianach i jem przy ich wspaniałym stole?...
Menochim w zamyśleniu pochylił głowę; po chwili zaczął z cicha:
— Kocham cię, Justusie, boś był najlepszym przyjacielem Jonatana mego, bo znam duszę twoję i wiem, że mieszkają w niéj: miłość i wierność. Głód wysuszał ci kości, schroniłeś się przed nim pod dach Agryppy. Łagodnym byłeś zawsze, zwolennikiem słodkiéj nauki Hillela, która od nienawiści odwodzi i krwią się brzydzi... Ach! i jam kiedyś był Hillelistą! Serce miałem gołębie, a piłem tylko słodki miód przyjaźni i zgody. Ale, Justusie, żaden pieprz nie pali tak podniebienia i żadne wino taką burzą nie kipi w głowie, jak doznane krzywdy! I patrz, Justusie, oto są jeszcze szkody, które pognębiciel sprawia pognębionemu: twoja czysta dusza brudzić się musi w służbie u niezbożnych, moje słodkie serce zapłynęło jadem!
Długo milczeli obaj: Justus, po długiéj chwili, bardzo cicho przemówił jeszcze.
— Czy nie masz nowych wieści o Jonatanie?
— Żyje, — krótko odpowiedział Menochim.
— Niech będzie Pan pochwalonym! On-to wydzierał go dotąd z rąk prześladowców. Żegnam cię, Menochimie.
— Pokój niech będzie z tobą, Justusie.
Justus odszedł, lecz po kilku krokach wrócił.
— Jeżeli-by... — zaczął, — jeżeli-by Jonatan... do domu twego przybył, daj mi o tém wiedziéć. Może będę mógł stać się mu w czém użytecznym... pozwól, abym przynajmniéj, w miarę możności, przyjaźń moję wam okazywał!
Menochim twierdząco skinął głową. Nie przyjął więc korzystnéj posady u boku bogatego rodaka swego i, tak jak piérwéj, przychodził tu codziennie o wschodzie słońca, aby aż do zmroku stróżować nad wejściem do świętego gaju. Miejsce, na którém siadywał, nie było wygodném, a jednak znajdowali się tacy, którzy mu go zazdrościli. Jednym z zazdroszczących był Silas, Syryjczyk, w brudno-czerwonéj tunice, skórzanym pasem przepasanéj, z bosemi stopami, głową wpół łysą a wpół ryżą, i z chytrą, złośliwą, cyniczną twarzą. Był on z profesyi lektykaryuszem, czyli najemnikiem do noszenia lektyk. Ale, znaczną część życia spędziwszy w niewoli, świeżo przez testament pana swojego wyzwolony, pragnął żyć na wolności bezczynnie i hulaszczo. Noszenie lektyk było pracą zbyt ciężką dla ciała jego, wyniszczonego naprzód przez chłosty, których niegojące się nigdy ślady na plecach swych nosił, potém przez rozpustę, w którą, raz wyzwolony, rzucił się z pijaną radością. Wolał-by o wiele bezczynnie przesiadywać dnie całe w rozkosznym cieniu gaju Egeryi. Nie siedział-by tak, jak Menochim, na twardéj baryerze, ale rozciągał-by się miękko na chłodném i bujnem podścielisku trawy. Nagie stopy jego wygrzewały-by się na słońcu, a zwinne ręce umiały-by część otrzymywanych tu asów do własnéj wsuwać sakiewki; przyprowadzał-by tu z sobą parę towarzyszy i gwarzyli-by wesoło, grając w rzucanie monet w cetno i licho, albo nawet w kości, i popijając trypolińskie wino, na które stać-by było poborcę świętego podatku, a które, choć cienkiém jest i pośledniém, błogo rozlewałoby się po gardłach bosych wyzwoleńców. Gdyby nie ten przeklęty żyd, co tu przed kilku laty i jakby na wieki zasiadł, za pośrednictwem jednego ze sług Monobaza, który mu był przyjaznym, dopiął-by niezawodnie celu swoich marzeń. To téż Menochim, w chwilach, gdy najbardziéj zanurzonym był w czytaniu lub pisaniu, wzdrygał się czasem nagle, zeskakiwał z baryery i z przestrachem oglądał się dokoła. Przyczyną przestrachu jego był krzyk lub świst przeraźliwy, nieludzki, do ryku zwierzęcia lub gwizdu drapieżnego ptaka podobny, który nagle rozlegał się nad samém jego uchem. Rozglądał się i nie spostrzegał nic, lecz zaledwie z przestrachu swego ochłonąć mógł i znowu do rozmyślań swoich lub natchnień powrócić, o nogę jego uderzał kamień, tak wprawną ciśnięty ręką, że dolegliwie raził mu stopę i płytki sandał na ziemię zrzucał. Jednocześnie spostrzegał giętką postać w brudno-czerwonéj bluzie, która, rzucając w powietrzu bosemi stopy, kryła się pomiędzy drzewa, a z pomiędzy gałęzi drzew wychylała się ku niemu ciemnoskóra, małemi oczyma błyskająca, zjadliwym uśmiechem wykrzywiona, twarz Silasa. Innym razem, wśród ciszy najgłębszéj, z za drzewa jakiegoś lub wypukłości gruntu, wyskakiwał Silas i, z dłońmi wspartemi na kłębach, z wyszczerzonemi zębami, rozpoczynał przed nim dziwaczne skoki i pląsy. W błękitném, pozłoconém powietrzu, na tle pustego pola i cichego gaju, zwinna, bosa, brudno odziana postać Syryjczyka, miotająca się w skokach i giestach cynicznych, miała w sobie coś piekielnego. Z wyszczerzonych ust jego leciał grad naigrawających się, albo bezwstydnych, wyrazów. Menochim zamykał oczy, ale uszu zamknąć nie mógł. Cierpiał i milczał. Milczał téż, gdy w fałdach swéj sukni znajdował, niewiedziéć zkąd tam biorące się, kawały wieprzowego mięsa, które ze wstrętem od siebie odrzucał. Nie mógł jednak milczéć dłużéj, gdy raz, o zmroku, wracając do domu i zbliżając się ku przedmieściu, spostrzegł kilku ludzi, goniących wątłą i chyżą dziewczynę. Dopędzana niemal, dziewczyna krzyknęła. Menochim poznał głos przybranéj córki swéj, Mirtali. Jak wściekły, rzucił się na przód, ale dwóch nadchodzących poważnych mężów zastąpiło drogę ścigającym, którzy pierzchnęli. Pierzchającymi byli: Silas i przyjaciele jego, Syryjczycy także, lektykaryusze i tragarze.
— Czego chcesz ode mnie? jaką jest wina moja przed tobą? — zapytał nazajutrz Menochim Silasa, gdy ten, jak często bywało, ukazał się w pobliżu gaju Egeryi.
— Chcę, abyś mi miejsca tego ustąpił, — odpowiedział Silas; — a winą twoją jest to, że jesteś psem judejskim, któremu podobnych, rok temu, Syryjczycy w Antyochyi 20,000 wymordowali. Jeżeli tam wymordowano was tylu, dlaczegóż-bym ja jednego zadusić nie mógł?
— Niech zlituje się nad tobą Pan, człowieku czarnych myśli i okrutnego serca! Pomyśl! Judea i Syrya, to dwie rodzone siostry. Jednym mówimy językiem, jednego czcimy Boga. Plemię nasze z jednego korzenia ród swój wiedzie.
— Bodaj-byś zgorzał w ognistém objęciu Molocha! Twoja jedność języka i plemienia, i Bóg twój, i Judea, i Syrya, tyle mię obchodzą, co podeszwa zdartego sandała. Pić chcę, a za pieniądze, które ci płaci Monobaz, napił-bym się do syta. Leżéć chcę, a ty zajmujesz miejsce to, na którém mógłbym wylegiwać się spokojnie. Dlatego postanowiłem, albo spędzić cię ztąd, albo wydrzeć ci z gardła twoję żydowską duszę.
— Skarżyć cię będę! — spokojnie, lecz stanowczo, rzekł Menochim.
— Wyj, psie! skrzecz żabo! sycz, podły gadzie! Zobaczymy, czy cię pan twój, Monobaz, ludożerca, na którego wielu szlachetnych Rzymian dawno już ostrzy zęby, od pazurów Silasa obronić potrafi!

Menochim poszedł do Monobaza, Silas skarconym został; przez całe dni dziesięć nie widać go było nigdzie. Ukazał się jednak znowu, ale Menochima dręczyć zaprzestał. Pilnie tylko szukał sposobności spotkania się z nim i, gdy tylko ją znalazł, w milczeniu podnosił ramię i wykonywał ręką niemy giest groźby. Raz tylko, oko w oko spotkawszy się z Menochimem w tłoku ludzi, napełniającym rynek, mijając go, ponurym głosem rzekł:
BODAJBYŚ ZGORZAŁ W OGNISTÉM OBJĘCIU MOLOCHA!
— Nienawiść tajona sroższą jest, niż jawna. Nadejdzie kiedyś godzina Silasa!

W południe, Menochim na baryerze swéj siadając, jadał chleb, przysypany cebulą, i popijał go wodą, zaprawioną octem; czytywał, pisał, dumał, w milczeniu znosił obelgi i żarty przechodniów, w milczeniu dźwigał ciężar naigrawań się i groźb Syryjczyka. W zmieszanym chaosie ścian i dachów Rzymu, z łatwością rozpoznać mógł miejsce, gdzie wznosił się pałac Agryppy, będący zarazem mieszkaniem Józefa Flawiusza, który go do boku swego zapraszał. Nigdy, kierując się ku miejscu temu, oko jego nie zaszło żalem ni zazdrością. Często natomiast płonęło ono oburzeniem. Często także plecy jego garbiły się tak bardzo, jakby spoczywał na nich ciężar ogromny. Drżącemi usty powtarzał wtedy imię Jonatana, rycerza, tułacza, skazańca...
Ale, na wszystkie te udręczenia swoje, posiadał on widać tajemniczy jakiś, kojący balsam. Codziennie, gdy ognista tarcza słoneczna kryła się za purpurowy skraj widnokręgu, blaski wielkiego miasta gasły i gwary jego milkły, gdy z szafirów niebieskich spływały na ciche pola przezroczyste woale zmroku, a w głębi gaju coraz wyraźniéj i srebrniéj dzwoniły wody strumienia; Menochim opierał twarz na dłoni i, ze wzrokiem błądzącym wysoko, z rytmicznie i powoli kołyszącą się postacią, zapadał w niemą, pogodną zadumę. Być może, iż wtedy zmartwychwstawał w nim Hillelista, człowiek z gołębiém sercem, brzydzącém się niezgodą, krwią i przekleństwy. Twarz jego uspakajała się, usta traciły zbolały swój zarys, w źrenicach gasła namiętność. Cicho, przeciągle śpiewał pieśń nadziei:
„Jako chmura przechodząca, minie niezbożnik; sprawiedliwy, jako fundament wieczny”...
„Ścieżka sprawiedliwych, jako pas światła, ściele się w górę, ku dniowi tryumfu”...
„Oczekiwanie... nieszczęśliwych wesele. Czekaj, narodzie mój, dnia sprawiedliwości!”
Wyraz cichéj radości twarz jego oblewał, gdy, patrząc w niebo, mówił:
— Ty, którego imienia nie umieją wymówić usta moje, dziękuję Ci, żeś i na mnie spuścił chłostę, którą braci moich dotknąłeś, bo stokroć i tysiąckroć lepiéj jest cierpiéć z pognębionymi, niżeli zażywać rozkoszy z pognębicielami...
Wstawał, księgę swą, wyjętą z ukrycia, starannie krył w fałdach sukni, i ścieżką, usłaną bazaltem, a wysadzaną bukszpanami, spokojnie, z wyprostowanym grzbietem i nawet z jakąś niby dumą w podniesionéj głowie, dążyć zaczynał ku dzielnicy miasta, noszącéj nazwę: Transtiberim, czyli Zatybrze.
Transtiberim była to XIV-ta dzielnica Rzymu, zamykająca w sobie dwa wzgórza: Janikulskie i Watykańskie. Z przeciwległéj strony Tybru, na siedmiu pierwotnych, kolebką jéj niejako będących, pagórkach, zgromadzały się wszystkie świętości, blaski i potęgi wielkiéj stolicy; tu znowu, rozległe publiczne ogrody, noszące nazwy Cezara i Agryppiny, jako téż otoczone ogrodami wille możnych, okrywały szczyty i stoki dwu wzgórz przedmiejskich gęstą zielenią, śród któréj jaśniały tu i owdzie śnieżne, wspaniałe łuki i sklepienia bram, wiodących po-za obręb miasta. Tu także, u stóp Janikulu, na ciasnéj przestrzeni, zamkniętéj ścianą wzgórza i brzegiem rzeki, naprzeciw łuku Germanikusa, który bogatą jakby klamrą zamykał spuszczającą się z Awentynu Ostyjską ulicę, szarzała rojem nizkich domków ta część zatybrzańskiéj dzielnicy, którą wyłącznie zamieszkiwali Syryjczycy i Żydzi. Miejsce to różniło się od innych części miasta, nietylko rozmiarem ulic swych i budynków, ale także odrębną całkiem architekturą tych ostatnich i nadewszystko fizyognomią zamieszkującéj je ludności. I po przeciwległéj stronie rzeki istniały miejsca ubogo i ciasno zabudowane. To np., które nosiło nazwę Subury, ulice miało wązkie, domy stłoczone i kruchością swą budzące przestrach przechodniów. Niemniéj przecież były to domy wysokie, sześciu nieraz piętr dosięgające, przyozdobione kolumnadą, któréj cegły i gipsy słabo naśladowały marmury wspanialszych części miasta; wązkie nawet zaułki posiadały tam wysłanie z lawy, lśniącéj jak ciemne źwierciadło, a tu i owdzie ozdabiały się posągami, przedstawiającemi bóztwa niebieskie, lub uwielbianych ziemian. Tam także nikt słyszéć nie mógł mowy innéj, nad łacińską lub grecką, a twarze ludności, grube i często wynędzniałe, nosiły jednak w rysach swych wyraźne dowody pochodzenia swego od starożytnych Kwirytów albo Hellenów, będących w Rzymie dawnymi już i poufałymi gośćmi. Na zatybrzańskiém przedmieściu całkiem było inaczéj. Setki może krótkich, ważkich, krętych uliczek wiły się dokoła domków jednopiętrowych, nizkich, z dachami płaskiemi, otoczonemi balustradą, a zwieńczonemi rodzajem trójkątnéj budki, smutnie spoglądającéj jedyném oknem bez szkła, które było zbytkiem, w tém miejscu nieznanym, a zastępowanym szybami z pęchęrza, albo szmatami przepojonych woskiem materyi. Architektura taka Rzymianom była obcą, dopóki jéj tu nie przywieźli z sobą wędrowcy z Judei. Trójkątna budka owa, nad płaskim dachem stercząca, zawierała w sobie izdebkę, powiększającą szczupłe na dole mieszkanie i noszącą nazwę Aliga; dach płaski, otoczony balustradą, rozszerzał ciasną i duszną przestrzeń, tworząc rodzaj tarasu, na którym jadano, modlono się i często spano. Domki te, uliczki i ciasne placyki zalegała ludność płci obu, w strojach, całkiem téż różnych od tych, które noszono w innych częściach miasta. Nie było tu ani tog brunatnych, szkarłatnych lub białych, ani tunik obcisłych, wytwornych, wzorzystych, ani kobiecych stolli z rzęsistemi haftami, ani zalotnych zasłon, lekkich jak obłok, opływających kształty, uwydatnione lśniącemi od metalowych ozdób pasami. Mężczyźni nosili tutaj długie do ziemi, luźne, grubym wełnianym zwojem ściśnięte w pasie suknie, chithoneth zwane, głowy zaś ich dźwigały ciężkie turbany, łamiące się w twarde załomy, a opuszczające na oczy i policzki cienie wysokich gzemsów. Same turbany te były dziełem zawikłaném, którego wykonania ani podjąć się, ani zrozumiéć-by nawet nie mógł, gołogłowy najczęściéj, a czasem lekkim kapeluszem lub kapiszonem płaszcza głowę swą okrywający, Rzymianin. Kobiety zato jaśniały sukniami swemi, jak różnobarwne kwiaty na łąkach. Zielono, błękitno, żółto robiło się w oczach przybyszowi, gdy patrzał na gromadę niewiast tutejszych, skoro zbiegły się one dla sprzedaży lub kupna na jeden z ciasnych placyków, albo długim szeregiem, w poufałéj gawędzie, obsiadły ścianę jednego z domów. Złoto ani srebro nie świeciło na pasach, otaczających kibicie ich, ale były to lniane lub bawełniane wstęgi, mieniące się pysznemi wschodniemi wzory. Starsze głowy i czoła swe, na wzór mężczyzn, ukrywały w turbanach śnieżnych lub wzorzystych, młodsze spuszczały na plecy bogactwo kruczych albo ognistych warkoczy i nierzadko, idąc, pobrzękiwały chórem dzwoneczków, kołyszących się u wysokich sandałów ich, z czerwonéj lub wzorzysto wyciskanéj skóry. Wszystko to, mężczyźni, kobiety i dzieci, kędzierzawe, wpół nagie, mówiło językiem, całkiem w innych miejscach Rzymu nieznanym, będącym zlewem dwu mów wschodnich: syryjskiéj i chaldejskiéj. Język ten, przez mieszkających tu Syryjczyków także używany, mnóztwem zawartych w sobie brzmień gardłowych przyciszoną nawet rozmowę zmieniał w gwar głośny, a byle trochę ożywionym słowom nadawał pozór kłótni. Nieustanny i głośny gwar, który tu panował, zwiększał się znacznie przez wielką ruchliwość ludności téj, przez blizkie sąsiedztwo portu i przez mnóztwo nagromadzonych tu fabryk. Ludność ta była ruchliwą. Wprawdzie mężowie w podeszłym wieku, zgarbieni i zadumani, przesuwali się często wśród tłumu wlokącym się krokiem nieszczęśliwych; młodzieńcy nawet miewali zmęczone i posępne twarze, a z pod turbanów, okrywających czoła niewieście, patrzały oczy trwożne lub spłakane; wprawdzie na całéj ludności téj widoczném było piętno chorobliwego istnienia na ziemi obcéj i pod obcém słońcem, niepokojów i trosk tułaczki, świeżych, nieprzepłakanych jeszcze, żalów i twardéj walki z ubóztwem: niemniéj jednak była ona ruchliwą; sprężyście, żwawo, z namiętnemi ruchami i zanoszącym się gwarem, krzątała się około zajęć mnóztwa. We wnętrzach domów słychać było furczenie wrzecion i skrzyp tkackich krosien; rozlegał się stuk narzędzi, uderzających w żelazo; widać było głów mnóztwo, schylonych nad misterném oprawieniem w bronz szkieł kolorowych, lub szlifowaniem i rzeźbieniem drogich kamieni; dławiące zapachy wonnych kor i korzeni znamionowały dokonywające się wyroby perfumiarstwa. Gdzieindziéj, na odkrytych, lecz ciasnych przestrzeniach, mnóztwo ludzi mieszało ze słomą ogromne masy gliny i pracowitém wydeptywaniem jéj nogami przerabiało ją na piętrzące się stosy cegieł; tam znowu okręcały się z łoskotem koła i warczały kamienie garncarzy; owdzie gromady haftarzy, ze zgiętemi nad krośnami plecy, w podnoszących się wciąż i opadających rękach błyskały różnobarwnemi, złotemi i srebrnemi, nićmi. Daléj nieco były garbarnie, nadające skórom różną cienkość i barwę; a daléj jeszcze, ciekące po ścianach i progach płyny, ze wstrętliwym pozorem i zapachem, świadczyły o farbiarskich zajęciach. Kilka oberży, brudno i posępnie wyglądających, buchało na zewnątrz hałasem grubych głosów i wonią najpośledniejszych napojów, a dokoła nich zbierali się w krzykliwe gromady, idący po zarobek do miasta, lub z miasta powracający, lektykarze i tragarze. Tragarzy Syryjczyków i Żydów pełno bywało, szczególniéj w tém miejscu, gdzie na żółtych falach Tybru przybyłe zatrzymywały się statki, ładowne towarem, przysyłanym tu z wielkiego nadmorskiego portu Ostyi. Statki przybywały nieustannie; nieustannie téż u brzegu rzeki panował tłok ludności żeglarskiéj, zmieszanéj z tą, która, zdejmując ze statków towary, składała je u brzegu w spiętrzone stosy, albo na grzbietach mułów i osłów i na wozach, zaprzężonych mułami i osłami, uwoziła ku mostom, kilku klamrami spinającym brzegi rzeki. Stuk więc, skrzyp, gwizd i warczenie narzędzi rzemieślniczych i fabrycznych, przeciągłe wołania żeglarzy, przywodzących do portu towarowe statki, i chóralny, potężny plusk ich wioseł, turkot wozów, tentent stóp zwierzęcych, hałasy oberż, łączące się z rozmowami i kłótniami męzkich głosów, z gwarą kupujących i sprzedających niewiast, z wesołemi lub płaczliwemi krzykami mnóztwa dzieci, wytwarzały wrzawę ogłuszającą, jak nieustanny grzmot huczącą w ciężkiém, dławiącém, smrodliwém powietrzu. Olbrzymie ścieki i podziemne kanały, które od wieków już z nieporównaną doskonałością Rzym oczyszczały, téj jego dzielnicy oczyścić nie mogły. Wyraźniéj jeszcze może, niż w ubiorach, mowie i rysach twarzy, Wschód ukazywał się tu w nagromadzonych wszędy śmieciach, w ciekących swobodnie mętnych i cuchnących wodach, w ostrych lub mdławych zapachach, ulatujących z kuchen. Kuchenne zapachy cebuli i ryb nadgniłych mieszały się w powietrzu z gęstym dymem garbarni, z gryzącym smrodem farbiarni, z odurzającą wonią myrry, kasyi, aloesu, szafranu, cynamonu, aromatycznych kor i korzeni, unoszącą się z fabryk perfum. Wszystko to, złączone z wyziewami, jakie wydaje zazwyczaj ciężko uznojona i od wytworności daleka ludność, wytworzyło atmosferę którą-by żadna pierś, miejscu temu obca, bez szkody i cierpienia oddychać nie mogła. Przenigdy téż nie ukazywał się tu nikt z wytwornego rzymskiego świata, i każdy z tych, którzy na Kapitolu, Awentynie lub cesarskiém Palatyńskiém wzgórzu, przechadzali się po źwierciedlanym bruku z lawy, w świeżym i wonnym cieniu pałaców i portyków, spoglądał na mrowisko to, ścielące się po przeciwnéj stronie Tybru, wzgardliwie, niechętnie, co najmniéj obco. Zejść tam, pomiędzy te nizkie, płaskie dachy, w tę ludność, szwargocącą językiem niezrozumiałym i barbarzyńskim, w pył ten, dym, smród i wrzask, wstrętniejszém i straszniejszém dla każdego z nich było-by zadaniem, niż przepłynąć morze i wylądować u brzegów Afryki lub Brytanii.
Jeżeli jednak z góry ku dołowi nie zstępował nigdy nikt, z dołu ku górze wspinało się mnóztwo istot, codziennie od mrowiska tego odrywających się i niezmiennie do niego powracających. Codziennie mnóztwo Żydów, starych i młodych, nie przemieniając ojczystego stroju swego na żaden inny, opuszczało Transtiberim, przebywało jeden z mostów i szerokiemi, wspaniałemi ulicami wstępowało na zamieszkiwane przez panów świata wzgórza. Byli to prawie powszechnie przekupnie, roznoszący po mieście towary, w dzielnicy ich wyrabiane, a które oryginalnością swą zaciekawiały i pociągały Rzymian. Jeden z przekupniów takich niósł na sprzedaż biżuteryą tanią, lecz błyszczącą, bo wyrabianą ze szczątków naczyń z zabarwionego szkła i kryształu, w domach możnych stłuczonych, a skrzętnie przez mieszkańców Zatybrza nabytych i zużytkowanych. Inny pociągał wzrok pękami ślicznych sandałów kobiecych, z czerwonéj i wyciskanéj skóry; inny jeszcze powiewał wstęgami pysznych pasów; albo rozwijał tkaniny, okryte wschodniemi wzorami; albo pobrzękiwał wyrobami z miedzi, bronzu i żelaza; albo jeszcze okazywał na pierścieniach i spinkach misternie rznięte kamienie, lub fantastycznych kształtów naczynia, pełne płynów i maści z wonią nieznaną. Na to obfite napływanie w ich miasto i w łono przemysłu ich tego obcego pierwiastku, wielu Rzymian, dla przyczyn rozlicznych, patrzało niechętnie. Niechętnie patrzał na pokornego brudnego przybłędę dumny i wytworny patrycyusz, a szlachetny patryota dostrzegał w nim jeden z pierwiastków, osłabiających moc jego ojczyzny. Niechętniéj jeszcze, wzgardliwiéj, spoglądał na niego myśliciel, widzący w nim hołdownika przez niego już porzuconych wierzeń i przesądów. Najnienawistniejszém okiem pożerał go kupiec i fabrykant, którego arkadę mijano dla przyjrzenia się jego towarom. Plebs uliczny, gawiedź, spragniona wszelkich wrażeń i widoków nowych, ścigała ich ciekawością swą z hucznym śmiechem, drwiąc z niezrozumiałéj ich mowy, z dziwactw ich stroju, z chudości nawet ciał ich i cierpliwego milczenia ust. Niejeden patrycyusz, filozof, kupiec, którzy-by z ulic Rzymu zdmuchnąć ich pragnęli, zapytywał siebie: zkąd wzięli się oni tutaj? po co przybyli? dlaczego nie pozostali tam, kędy były kolebki i groby ich ojców? A zapytując tak i odpowiedzi na pytania swe nie znajdując, zwyciężcy ci zapominali o tryumfalnych wojennych pochodach, które do stolicy ich wprowadzały tysiące jeńców judejskich; o tém, że na ziemi podbitéj, stratowanéj pożogą i mordem, głodno i straszno było pozostawać jéj dzieciom; że synowie jeńców, przywiedzionych przemocą, urodzili się już w mieście wygnania, a gromady tułaczy, których oni pozbawili ojczyzny, jak ptaki pozbawione gniazda, zakładały je w ich ojczyźnie. Zwycięzcy ci zapominali o tém, że niemiłych im przybyszów przygnali tu krwawi bracia: podbój i gwałt; że, jeźli pognębionego udziałem staje się niedola, ze szczęścia pognębiciela powoli lecz nieuchronnie wyrasta rózga kary i pomsty.
W roju tym niby pszczół, które, wylatując z brudnego, wrzaskliwego ula swego, rozlatywały się po rozległych przestrzeniach, znajdowała się często młoda dziewczyna, drobna, ładna, zgrabna, i w dziwny sposób przystrojona. Była to jedna z haftarek, roznoszących długie pasy wełnianych materyi, okryte naszyciem o wzorach wschodnich, mieniących się fantastycznie połamanemi liniami i purpurą wszelkich odcieni, zmieszaną ze srebrem i złotem. Rzymianki chciwie ubiegały się o wyroby te, któremi przyozdabiały brzegi swych sukien, sprzęty i okna swych mieszkań. Były one kosztowne i całkiem niepodobne do tych, które wyrabiały haftarnie rzymskie; zbytkowność ta więc i osobliwość ich tém ponętniejszemi je czyniły. Młoda haftarka z Transtiberim, ilekroć z towarem swym udać się miała na drugą stronę Tybru, o wczesnéj bardzo porannéj godzinie, wychodziła z jednego z najmniejszych i najuboższych domków przedmieścia i biegła raczéj, niż szła, przez wązkie uliczki, wesoła, lekka, ziemi zda się niedotykająca, a wciąż przy świetle wschodzącego słońca lubująca się pięknością niesionych przez się przedmiotów. Lubowanie się to objawiała ciągłém rozwijaniem pięknych szlaków materyi i przyglądaniem się im, któremu towarzyszyło zachwycone kołysanie się w obie strony głowy jéj małéj i niemniéj od haftów jéj oryginalnéj. Była to głowa, okryta takim gąszczem ognisto-rudych kędziorów, że z dala, przy słońcu, można-by je wziąć za ciężki, złoty wieniec. Z blizka widać było, że kędziory te posiadały figlarność dziecinną i miękkość jedwabiu; a w cieniu złocistéj, miękkiéj téj gęstwiny, olśniewającą białością rozkwitała twarz drobna, przychuda, z dwojgiem czarnych oczu, których płomienność łagodził cień długiéj rzęsy, i z drobnemi ustami, czerwonemi jak odłam koralu. Drobną i wątłą jéj kibić okrywała suknia uboga, spłowiała, przepasana w stanie kawałkiem téż spłowiałéj, lecz pysznie wyhaftowanéj, materyi; szyję zaś, posiadającą rozkoszne, łabędzie zgięcia, otaczał błyszczący i pobrzękujący naszyjnik, z oprawnych w bronz, kolorowych szkiełek.
Biegła, na szczupłych ramionach zawieszała haftowane szlaki, z lubością kołysząc głową, uśmiechała się do nich, a do niéj uśmiechały się łaskawie i pieszczotliwie, wysuwające się z okien i drzwi domków, tylko co ze snu zbudzone, głowy dojrzałych i starych niewiast. Niektóre z nich słały jéj głośne, żartobliwe pozdrowienia; odpowiadała na nie przyjaźnemi skinieniami głowy i rozradowanemi uśmiechami; cieszyła się okazywaną sobie łaską i przyjaźnią ludzką; najbardziéj jednak radowały ją pozdrowienia Sary, niewiasty z twarzą pogodną i dobroduszną, a postawą pełną powagi, bogatéj właścicielki jednéj z największych haftarń Zatybrza. Jéj-to własnością był towar, przez młode dziewczę na sprzedaż niesiony. Dziewczyna haftowała na materyach i nićmi, które jéj dawała Sara; Sara dość hojnie płaciła jéj za to i ją-to, nie zaś żadną inną, wysyłała z towarami do miasta, dlatego, że nikt inny tak dobrze uwagi ludzkiéj na siebie zwrócić i tak roztropnie językiem Edomitów rozmawiać nie umiał. Językiem Edomitów mówić ją nauczył przybrany ojciec jéj, Menochim; Sara, nauczyła ją haftować, ale dziewczyna prześcignęła wkrótce umiejętność swéj mistrzyni. Zaledwie dorosła, dziwne i śliczne zaczęła miewać pomysły i natchnienia; ze wzgardliwém wydęciem ponsowych warg odrzucała cudze, dawane sobie wzory, a z pod drobnych dłoni jéj wypływały, we własnéj głowie jéj powstające, szczególne, do żadnych innych niepodobne, szlaki, arabeski, kwiaty, zamknięte w rzeźbionych jakby ramach, dziwaczne na pozór mieszaniny mnóztwa linii i kolorów, które przecież zlewały się zawsze w pełną wdzięku i fantazyi całość. W głowie dziewczęcia, pod gęstwiną ognistych włosów, błyskały płomyki twórczości. Kiedy otyła Sara po raz piérwszy zobaczyła samoistne roboty swojéj uczennicy, plasnęła w pulchne dłonie i, z błogim uśmiechem na dobrodusznych wargach, po razy kilka zawołała:
Hoscheb! Hoscheb!...
Znaczyło to, że dziewczyna w sztuce haftarstwa za improwizatorkę uznaną została. Wtedy-to, w dniu mianowania jéj tym tytułem, otrzymała ona w podarunku od Sary ów naszyjnik z kolorowych szkiełek i śliczne sandałki, bez dzwoneczków wprawdzie, które nie przystawały ubogiéj dziewczynie, ale z ponsowéj skóry i z podeszwą, głośno i wesoło uderzającą o bruk ulic i portyków rzymskich. W sandałki te i naszyjnik stroiła się wtedy tylko, gdy szła na drugą stronę Tybru.
Głośno i wesoło uderzając sandałkami o lawowe lub marmurowe płyty, coraz powolniéj przecież wspinała się na Awentyńskie wzgórze i o piękności zwieszonych na ramionach swych haftowanych pasów zapominała. Teraz otaczały ją piękności inne, znane jéj oddawna, ale na które dosyć napatrzyć się nigdy nie mogła. Ukazujące się jéj tu zewsząd rzeźby i malowania, mozaiki z różnobarwnych marmurów, kolumnady, posągi, świetne i kunsztowne ubiory mężczyzn i kobiet, budziły w niéj zawsze ciekawość i zachwycenie. Wrzące tu życie, nie wrzaskliwe, brudne, ze złorzeczeniami i łzami zmieszane, jak na rodzinném przedmieściu jéj, ale wykwintne, błyszczące, wesołe, wlewało w pierś jéj wpół rozkoszne, wpół dręczące wrzenie. Z szeroko otwartych oczu jéj, z warg drżących, z rumieńców, które wybijały się na policzki, poznać można było, że pragnęła-by nie iść, lecz leciéć, nie oddychać powietrzem tutejszém, lecz pić je chciwie i bez końca. Szła to powoli, to prędzéj, uśmiechała się do wszystkiego, co wzrokiem napotykała, i machinalnie, bezwiednie, jakby chcąc dostroić się do piękności i blasku otoczenia, stroiła się w niesione przez się hafty, owijała je dokoła szyi, opuszczała na spłowiałą suknią, w malowniczych fałdach zwieszała je na ramionach. Wkrótce osypały ją całą złote i srebrne iskry, które w haftach jéj rozniecało słońce, aż gasły w cieniach portyku, do którego wstępowała po kilku marmurowych schodach, i w którym u jednéj z kolumn stawała, uważna, cicha, pilnie nabywców towaru swego wyglądająca.
Portyk to był, przez Cestyusza, jednego z najmożniejszych panów rzymskich, na Awentynie zbudowany, i na miejsce przechadzki i ochłody ludowi rzymskiemu ofiarowany w darze. Składał się on z dwóch długich rzędów kolumn, złączonych w górze lekkim dachem, a w dole marmurową posadzką. Gzymsy dachu, głowice i podnóża kolumn ociekały bogatemi rzeźby; sufit okrywały rzeźbione także kwadraty i medaliony; tu i ówdzie, pomiędzy kolumnami, wznosiły się potężne lub wdzięczne kształty posągów. Zazwyczaj, mnóztwo ludzi, różnych płci i stanów, przechodziło tamtędy, i niejeden zatrzymał wzrok i uwagę na stojącéj u kolumny żydowskiéj haftarce. Nie jedna téż Rzymianka zbliżała się do niéj, oglądała hafty jéj, lub je kupowała. Przemawiano do niéj różnie: dumnie, łaskawie, lub obojętnie. Ona, oddawna już widując miejsca te i tych ludzi, nieśmiałą nie była. Na zwrócone ku sobie pytania odpowiadała krótko, lecz jasno, i rumieniec okrywał policzki jéj, gdy widziała uśmiechy, wywoływane przez sposób, w jaki wymawiała słowa łacińskie lub greckie. Obu bowiem językami temi zagadywano do niéj i obu umiała ona odpowiadać, lecz mieszała się i długie powieki swe na czarne źrenice opuszczała, ilekroć wzrok jéj napotkał uśmiech wzgardliwy, albo szyderskie, niechętne spojrzenie. Najwzgardliwszą i najsroższą wydawała się jéj twarz haftarza pewnego, którego tu widywała często. Z dosłyszanéj rozmowy jakiéjś dowiedziała się o tém, że był on, tak jak Sara, właścicielem haftami, ale nie na Transtiberim, tylko na Awentynie istniejącéj, i że imię jego było Sylwiusz. Był to człowiek lat średnich, dostatnio w kraciastą tunikę, albo fałdzistą togę ubrany, z długim, orlim nosem, nadającym twarzy jego dziobaty pozór ptasi, z białą, wypieszczoną i kosztownym pierścieniem błyszczącą ręką. Zbliżył się raz do niéj i, hafty jéj przerzucając, ostrym głosem zapytał:
— Z za Tybru?
— Tak, panie.
— Z fabryki Sary?
— Tak, panie.
— A tyż kim jesteś?
— Robotnicą Sary... improwizatorką...
Mniemała, że wymienienie tytułu, którym była dumną, złagodzi srogiego fabrykanta rzymskiego. Lecz on, w twarz jéj zlęknioną i zasmuconą cisnął piorunujące spojrzenie i przez zacięte zęby wymówił:
— Bodaj was wszystkich wzięły na swoich nadwornych haftarzy bóztwa piekielne!

Odszedł, lecz potém często przechodził tamtędy i na dziewczynę, obwieszoną wschodniemi haftami, rzucał spojrzenia, pełne niechęci i wzgardy. Raz szedł w towarzystwie innego człowieka, który, nizki i pulchny, z utrefionemi kunsztownie włosami i togą w zalotne fałdy ułożoną, zionął mocnym i daleko rozchodzącym się zapachem perfum. Był to perfumiarz, imieniem Wentury. Obaj rozmawiali z sobą z ożywieniem wielkiém i z niezadowolonemi minami. Sylwiusz palcem wskazywał na żydowską haftarkę; Wentury, ruchem sklepowego eleganta, odwrócił się w stronę przeciwną i takim samym gniewnym i pogardliwym gestem ukazał starego, zgarbionego, łachmanami prawie okrytego żyda, który, na drugim końcu portyku u stóp kolumny przysiadłszy, wystawiał na widok publiczny flakony i pudełka z wonnemi płynami i maściami. Obaj ludzie, haftarz i perfumiarz, zmarszczyli nizkie czoła.
MIRTALA.
— Wkrótce — zawołał jeden z nich — uczciwi Rzymianie obsiądą most żebraków, a cudzoziemcy rozpierać się będą w grodzie Romulusa. Rzecz to doprawdy dziwna, że Cezar — niech długie będzie życie jego! — nie wzbroni tym psom azyatyckim wstępu do głównych przynajmniéj ulic miasta.

— Nie teraz przynajmniéj, nie teraz nastąpić to może — wpół z tajemniczą, wpół z gorzką miną odparł Wentury — kiedy Tytus, (oby na półbożka tego wiecznie łaskawymi byli bogowie!) duszę swą utopił w pięknych oczach żydówki Bereniki...
— Chciałbym, aby wspaniała Berenika i królewski brat jéj, Agryppa, posiedli wieczną miłość bogów! Żydami są także, to prawda, ale cóż to szkodzi, skoro niedawno, gdy zapotrzebowali do pałacu swego stu haftowanych okryć na łoża i sofy, u mnie je zamówili. Wprawdzie głusi tylko i ślepi nie wiedziéć mogą o Sylwiuszu, najdoskonalszym w Rzymie haftarzu, albo nad jego wyroby przekładać łachmany tych azyatyckich barbarzyńców!
Oddalili się. Żydowska dziewczyna rozmowę ich słyszała, i długo potém dumała nad czémś głęboko. Myślała o tém, czy być mogło, aby tak wielka sprzeczność zachodziła pomiędzy ludźmi samymi a ich dziełami? Tyle piękności stworzyć, a miéć serca twarde, chciwe, okrutne... jak to być mogło? Więc Rzymianie ci, którzy w jéj wyobraźni przybierali niezrównaną piękność i potęgę, byli może istotnie takimi, za jakich miano ich na Transtiberim? Tam nazywali się oni okrutnikami, ciemiężcami, bluźniercami Boga i wrogami cnoty, tam złorzeczono im o każdéj niemal minucie dnia i płakano na nich głośno, z jękami, w świątyni i ścianach domowych. A jednak, nie! Sylwiusz i Wentury oddalili się, i oddaliły się strojne panie, które, z chciwością rozpatrując i kupując towar jéj, na nią patrzały dumnie i szydersko; natomiast zaś, jakże szanownym i dobrym wydawał się podeszły mąż ten, co się często przechadzał pod cieniem portyku, otoczony gronem młodzieńców, do których przemawiał z powagą i dobrocią, a którzy słuchali go ciekawie i z uwielbieniem! Siwiejąca, długa broda spływała mu na ciemną, malowniczo fałdującą się, togę; wpół łyse otwarte czoło przerzynały zmarszczki przebytych trudów; w ognistych oczach płonął zapał niemal młodzieńczy, a na ustach znać było słodycz serca, które kochać umié. Towarzyszący mu młodzieńcy zgrabni byli i strojni, a jednak poważni i skromni; podeszły mąż przypominał jéj dziwnie Menochima. Inne były ruchy i rysy, inne téż postawa i ubiór, a jednak było pomiędzy nimi coś wspólnego. Może zapał, może cierpienie... Od rodaka, sprzedającego perfumy, dowiedziała się, że mąż ów był tém, co u Rzymian nosi nazwę filozofa, że nazywano go téż Stoikiem, że imię jego było Muzoniusz Rufus, a towarzyszący mu młodzieńcy byli jego uczniami. Nie wiedziała wcale, co znaczyły nazwy: Filozof i Stoik, ani czego-by właściwie nauczać mógł Muzoniusz; ale zrodziła się w niéj paląca ciekawość usłyszenia mowy jego, zdobycia nauki téj, któréj on młodym rodakom swym udzielał. Pilnie chwytała dźwięki zalatującéj ją rozmowy i parę razy dosłyszała wymawiane przez Muzoniusza wyrazy: sprawiedliwość, cnota, czystość serca, litość, wierność. Co to znaczy? Tam, na Transtiberim, często wyrazy te wymawiano, i doprawdy, w ustach Rzymianina tego miały one toż samo brzmienie, z jakiém wymawiał je Menochim. Czy i tego także, wraz z całym ludem jego, ogarniają przekleństwa, na Transtiberim brzmiące? A ona dziwny jakiś pociąg czuła ku grupie téj, zwolna przechadzającéj się po portyku, z któréj, gdy spojrzenie jednego z młodzieńców, trafem na nią upadłszy, dłuższą chwilę zatrzymało się na włosach jéj i twarzy, czuła mącącą się w głowie myśl, i w zamęcie tym wołający wciąż jeden okrzyk: „jakże oni są piękni”.
Jeden z nich, mijając ją z blizka, rzucił jéj dnia pewnego kilka wyrazów:
— Śliczniuchną jesteś, mała Judejko! i gdybym był malarzem, zaraz-bym głowę twoję na ścianie triclinium mego wymalował!
— Proś o to Artemidora! — zawołał inny i oddalili się.

W godzinę potém, młodą haftarkę mijała rodaczka jéj, znana jéj trochę mieszkanka Zatybrza, roznosząca po mieście wyroby ze stali. Dziewczyna poprosiła ją o stalowe lusterko i, przyglądając się niby misternéj ramie jego, patrzała na odbicie własnéj swéj twarzy. Była potém weselszą jeszcze, niż zwykle, i głośno, dziecinnie śmiała się, patrząc na zabawę małych chłopców, którzy w portyku giętkiemi laskami popychali obręcze, zaopatrzone w dzwonki i brzękawki. Obręcze toczyły się i dzwoniły, chłopcy w krótkich tunikach, ze złotemi łańcuszkami, u których wisiały złote kule na szyjach, gonili je, śmiejąc się i w elastycznych poskokach. Młodziutka haftarka śmiała się także, całą siłą swych wielkich, rozradowanych oczu przyjmując udział w zabawie. O! jakże-by chciała poskoczyć, pochwycić jednę z lasek i wraz z dziećmi temi biegać w cienistym portyku, w pogoni za błyszczącą, dzwoniącą obręczą... Ale nie dla niéj były gry wesołe, tak jak i mądre nauki. Uczuwała nagle, że nogi bolały ją od całodziennego stania i, osunąwszy się na marmurową posadzkę, siadała u podnóża kolumny; a im więcéj dzień zbliżał się ku końcowi, im większa cisza zapanowywała w portyku i na krzyżujących się dokoła niego ulicach, tém cichszą stawała się ona i smutniejszą. Drobna jéj postać malała jakby, kurczyła się, przybierając pozór pokory i zgnębienia. W cieniach, zaczynających napełniać portyk, gasły do szczętu iskry te, któremi poranne słońce osypywało ją, gdy tu przybywała. Znikały téż jéj wesołe i zachwycone uśmiechy, martwiały żywe ruchy. Skurczona, z głową opartą o twarde podnóże kolumny, pokorna i smutna, była już tylko dzieckiem ubogiém, mizerném, niewiedziéć jak spadłem w ten świat blasku i wielkości, dzieckiem ludu, miejscom tym obcego, nieznaném tu przez nikogo, niezwiązaném tu żadną nicią sympatyi, ani wspólności z nikim i z niczém. Wstawała i, powoli, wcale inaczéj niż z rana, stąpając, a wciąż oglądając się po-za siebie, opuszczała Awentyńską dzielnicę, przebywała most, pod którym głucho szumiały wody rzeki, i za rzeką znikała w grubéj téj,
CZĘŚĆ SZLAKU BYŁA JUŻ WYKONANA.
dusznéj, cuchnącéj mgle, która niby banią z brudnego szkła, obejmowała siedlisko wygnania, biedy, płaczu i przekleństwa.

Dnia pewnego, nie wiele potém, gdy Menochim odrzucił świetną propozycyą Justusa, młoda haftarka, wstępując do Awentyńskiego portyku, ujrzała widok niezwykły. Było to w godzinach popołudniowych, w których Rzymianie zwykli byli napełniać łaźnie, sprawować sądy, słowem, oddawać się zajęciom i rozrywkom w chłodnych ścianach domowstw. Ulice były puste prawie, w portyku siedziało i stało kilku tylko przekupniów i rzadko bardzo kroki spieszącego przechodnia uderzały przez chwilę o marmur posadzki, poczém wszystko milkło. Haftarka przybywała tu w złą porę, ale zatrzymano ją długo w miejscu inném, gdzie téż kupiono znaczną część jéj towaru. Przyszła więc późno, ale jakże szeroko i ciekawie otworzyła swoje wielkie oczy, i jak nieruchomo stanęła, aby módz niepostrzeżenie przypatrzyć się temu, co się tu dziś robiło. Niedaleko wejścia do portyku wzniesione było rusztowanie wysokie, u którego szczytu, równoległego z gzemsami dachu, siedziało i stało kilku ludzi. Jednego z nich haftarka spostrzegła najpierwéj. Młody, wysoki, w białéj tunice, z obnażonemi ramiony, siedział on na najwyższym szczeblu rusztowania i pęzlem trzymanym w ręku napełniał malowaniem dość szeroką przestrzeń, znajdującą się pomiędzy sufitem a głowicami kolumn; część szlaku, który widocznie świetnym wieńcem otoczyć miał portyk dokoła, była już wykończoną. Składała się ona z kwiatów i kłosów, ujmowanych w ramy z zygzaków greckich i wdzięcznie mieszanych z mnóztwem postaci dziecięcych, skrzydlatych, figlarnych, roześmianych. Charakter roboty téj był tak wesołym i wykwintnym, jak twarz i ruchy samego malarza. Kilku innych ludzi, młodych także i zwinnych, pomagało mu w pracy i rozweselało ją przyjacielską, a jednak pełną uszanowania, rozmową. Podawali mu oni farby, zmieniali pęzle; lekkiemi rzutami rąk, uprzedzających jego rękę, rzucali na ścianę piérwsze kontury przyszłego malowidła; zbiegając o kilka stopni niżéj, z dala przypatrywali się skończonym już częściom roboty; wydawali okrzyki podziwu, albo czynili nieśmiałe uwagi. Mieli pozór uczniów jego i pomocników.
Był to więc malarz! A ona, tak całém sercem swém pragnęła kiedykolwiek ujrzéć z blizka jednego z tych, których dzieła widokiem swym napełniały ją dziwną rozkoszą i takiemi myślami, od których głowa jéj, w godzinie powrotu na rodzinne przedmieście, stawała się ciężką, smutną i pokorną. Patrzała téż teraz na malarza chciwie, z podniesionym wzrokiem, i chociaż religijne wierzenia Edomitów ze słyszenia tylko znane jéj były, chociaż od niemowlęctwa czcić ją nauczano jedynego Boga, w głębokościach istoty swéj, trwożnie, lecz z uwielbieniem, nazwała go pół-bogiem. W ten sam sposób przypatrywała się mu przez wiele dni następnych. W czasach ostatnich robotnice Sary wiele wykończyły robót, a ona, w nagrodę za dokonany haft, piękniejszy i nowszy jeszcze nad inne, otrzymała od dobréj kobiety, która pieściła ją nieco, zlecenie rozprzedawania towaru. Przychodziła więc i patrzała. On ani jéj spostrzegał. Rankiem przybywał tu, wesoły, raźny, w orszaku uczni swych i wielbicieli, szybko wbiegał ku szczytowi rusztowania i tam godzinami zostawał, zatopiony w swéj pięknéj pracy, czasem tylko śmiejąc się dźwięcznie z zachwytów lub uwag swych wielbicieli, albo ponsowe usta odświeżając podawanym sobie przez nich soczystym owocem. Haftarka z za sukni swéj wyjmowała w południe kęs chleba i sera i, zjadłszy szybko, oddawała się znowu swéj, przez nikogo niedostrzeganéj, kontemplacyi. Raz przecież, tuż prawie obok niéj zabrzmiał donośny głos, wołający:
— Artemidorze! Artemidorze!
W sposób ten wołał na malarza jeden z uczni jego, szczupły, zgrabny chłopak, który zbiegł był z rusztowania aż na dół portyku i teraz, z wyciągniętą ku górze ręką, wskazywał mistrzowi jednę z lilii czy róż girlandy, która ztąd wydawać się mogła zbyt małą i nikłą. Artemidor odwrócił głowę i, wdzięcznie na wysokiém siedzeniu swém przegięty, spojrzał w dół na czyniącego mu uwagę młodego ucznia. Spojrzenie jego upadło zarazem na dziewczynę w spłowiałéj sukni, okrytéj szlakami pysznych haftów, z głową nastrzepioną mnóztwem ognistych kędziorów, ze splecionemi, jak do modlitwy, rękoma, z wlepionym w niego wzrokiem czarnych oczu. Nieme to, pokorne uwielbienie zwróciło snadź na siebie przyjazną uwagę mistrza. Łagodnie, wesoło przez chwilę popatrzył na nią, lecz wnet odwrócił głowę i znowu pogrążył się w pracy. Nie dziw. Pomiędzy żydowską dziewczyną tą, nędzarką prawie, a świetnym i przez Rzym cały uwielbianym malarzem Artemidorem, istniéć nie mogła wspólność żadna. Jednak nazajutrz, gdy pęzel swój oderwał od wykończonego już małego Fauna, spojrzał znowu w dół i przez chwilę zatrzymał wzrok na wzniesionéj ku niemu twarzy dziewczęcia. Ona przed wzrokiem tym nie spuściła oczu. Uśmiechnęli się do siebie. Wkrótce potém Artemidor przyszedł do portyku w towarzystwie jednego tylko ucznia. Długo malował, aż, zawieszając pęzel w powietrzu i niedbałym ruchem głowę w dół pochylając, zapytał:
— Kim jesteś, dziewczę?
Stłumionym głosem odpowiedziała:
— Żydówką jestem.
Artemidor zaśmiał się głośno.
— Gdybyś mi była odpowiedziała inaczéj, powiedział-bym ci, że kłamiesz. Słońce Azyi rozpaliło włosy twe i oczy.
— Słońce Azyi nie rozpaliło mi włosów, ani oczu. Urodziłam się w Rzymie.
— Doprawdy? I, na Jowisza! Rzymowi wstydu nie przynosisz. Zabawnie trochę latyńska mowa w ustach twych wygląda, ale czyni cię to tém osobliwszą, a osobliwości wszelkie są teraz namiętnością Rzymian. Jak ci na imię?
— Mirtala.
— I imię to osobliwém jest także. Gdzie mieszkasz?
— Na Transtiberim.
— Lituję się nad tobą. Stopa moja nie postała tam nigdy...
Chwilę jeszcze popatrzył na nią i do pracy swojéj powrócił. W czas jakiś potém, znowu w dół spojrzał, jakby chciał przekonać się, że nie odeszła. Stała wciąż na tém samém miejscu, kędyś daleko rozmarzonemi oczyma patrząca, ze skrzyżowanemi u piersi ramiony. Smuga słonecznych promieni, zakradłszy się pod gzémsy portyku, we włosach jéj i spływających z ramion haftach rozżarzała tysiące iskier. W oczach malarza ukazało się coś nakształt zachwytu.
— Czy to są twoje roboty? — zapytał.
— Moje, — odpowiedziała, i z pewną dumą rozwinęła szeroko jeden ze szlaków.
— Śliczne wzory! — zawołał malarz, całą postacią już w dół przegięty. — Zkąd je bierzesz?
— Oddawna już układam je sama. Improwizatorką jestem...
— Arachne! muszę przyjrzéć się z blizka tobie i robotom twoim!
Wydawszy okrzyk ten, zerwał się z miejsca i, z żywemi, giętkiemi ruchy, z pęzlem w ręku, zstępować począł z rusztowania. W téj saméj chwili w portyku ukazała się kobieta, wyniosłéj postawy i w bogatym stroju, prowadząca za rękę dziesięcioletnie dziecię, chłopczyka, w szkarłatnéj, krótkiéj tunice, ponsowych sandałach i łańcuszku ze złotą kulą na szyi. Z kruczych warkoczy kobiety téj gazowa zasłona, jak lekki srebrzysty obłok, spływała na suknią jéj białą, bogato srebrem haftowaną i na ramionach spiętą spinkami z rubinów. Za nią, w oddaleniu pewném, postępował sługa, niosący różne przedmioty szkolne, jako to: podługowaty futerał, chroniący pergaminowe zwoje, tabliczki, style, gąbkę i kałamarz. Spostrzegłszy nadchodzącą, Artemidor pochylił głowę ukłonem, uszanowania pełnym. Ona powitała go z dala już przyjaznym uśmiechem, a dziecię, rękę swą z dłoni matki wysunąwszy, z krzykiem radości pobiegło na przód i, swawolnie obejmując artystę drobnemi ramiony, poufale do niego szczebiotać zaczęło. Chłopak to był żywy, hoży, z elastycznemi ruchy i oczyma iskrzącemi się życiem i pojętnością. Szczebiotał, że wraca ze szkoły, do któréj matka jego przybyła sama, aby odprowadzić go do domu, a w któréj dziś właśnie mistrz Kwintylian opowiadał śliczną historyą o Manliuszu, co to wspomagał biednych, bronił uciśnionych i zginął taką straszną, okropną śmiercią...
— Cicho bądź, Helwidyuszu! Szczebiot twój nie dozwala mi powitać przyjaciela naszego, Artemidora!
Wyniosła i strojna kobieta wymówiła słowa te z pieszczotliwém, ku dziecku zwróconém, spojrzeniem, które surowe nieco jéj rysy rozjaśniło wyrazem dobroci i spokojnéj wesołości.
— Dziełu twemu, Artemidorze, przypatrywałam się już nieraz, gdym przechodziła tędy w czasie nieobecności twojéj. Niemiły ten Cestyusz podwójnie teraz dumnym czuć się będzie z portyku swego, gdy przyozdobi go ręka twoja. A wielce mu teraz pociechy potrzeba. Od klęski wojennéj, którą poniósł w Judei, spochmurniał bardzo i mniéj dobrze bawi się, niż za czasów Nerona, którego był ulubieńcem i niecnym pochlebcą.
— Cały Rzym mówi o nieporozumieniach jego z żoną; — odparł Artemidor. — I doprawdy, niepodobna dziwić się ślicznéj Flawii, jeżeli związek z nim zadowolnić jéj nie mógł.
— I że zadowolenia tego szuka podobno w dziwacznych jakichś, azyatyckich wierzeniach i zabobonach... — Wzgardliwie nieco uśmiechnęła się kobieta.
Czarne brwi młodego malarza drgnęły.
— Azya ogarnia nas zewsząd, dostojna Fanio! — odparł posępnie — i blizkim może jest czas, w którym, jak Azyaci, padać będziemy czołami do stóp naszych władzców, przed którymi, jak przed królami Partów, zbiry nosić będą ogień, symbol świętości ich i grozy. Niewolnicze poddaństwo i zabobony, oto podarki, które nam podbity przez nas Wschód przynosi...
— Podbity! za jaką cenę! — z goryczą szepnęła Fania.
Ale Artemidor długo posępnym myślom oddawać się nie mógł. Natura to snadź była młodzieńcza, świeża, w któréj smutek i gorycz topiły się szybko w swobodnych uśmiechach.
— Azya ta przecież — zawołał wesoło, — przysyła nam téż czasem ciekawe i wdzięczne zjawiska. W chwili właśnie, gdy nadchodziłaś, dostojna Fanio, rozmawiałem z jakiémś żydowskiém dziewczęciem, które, doprawdy, ma najpiękniejsze włosy i oczy, jakie w życiu mojém widziałem. W dodatku jest ona...
Spojrzenie jego szukało Mirtali, która, usunąwszy się nieco od rozmawiających, ciekawie jednak słowa rozmowy ich chwytała.
— Jesteś tu jeszcze! — zawołał; — popatrz, Domina, na nią i na jéj roboty!
— Dzieweczkę tę, — odparła Fania, — widuję tu oddawna i nieraz już nawet kupowałam u niéj hafty, które sprzedaje. Nie widziałam jednak...
— Popatrz, Domina, popatrz tylko uważnie, — wołał Artemidor, który w obu rękach swych rozwijał pas śnieżnéj, wełnianéj materyi, cały okryty liśćmi i kwiatami takich barw i kształtów, jakie tylko wyśnić się mogły gorącéj i bujnéj fantazyi. — Arachne, która w sztuce tkackiéj była rywalką Minerwy, pozazdrościć-by mogła tym drobnym rączkom... Kto cię uczył rysować?
— Symeon, mąż Sary...
— Mistrzem więc jéj był żyd jakiś, nieuczony zapewne i, jak oni wszyscy, sztuce naszéj obcy! Jakże-bym pragnął miéć cię uczennicą moją!
Od zdumienia osłupiała, drżąca z radości, Mirtala stała w płomieniu rumieńca, ze spływającym na policzki cieniem długich rzęs, z rozkosznym wpółuśmiechem na trochę rozwartych ustach. Nagle usłyszała wyrazy, kobiecym przyjaznym głosem wymówione.
— Chodź do domu mego; pokażę cię matce mojéj i przyjaciołom naszym, i musisz mi opowiedziéć historyą swoję...
— Mówiłem ci, Mirtalo, że osobliwości wszelkie są dziś namiętnością Rzymian, a ty osobliwością jesteś!... — Ze śmiechem zawołał Artemidor.
I zwracając się do Fanii, dodał:
— Czy pozwolisz, Domina, abym dziś był gościem twoim?
— Nie możesz wątpić o mojéj dla ciebie przyjaźni, a mąż mój, który wkrótce z Bazyliki powróci, i Muzoniusz, który dziś właśnie odwiedzić nas przyrzekł, zobaczą cię z radością.
Mały chłopak bawił się nieopodal z malutkim, ładnym pieskiem, towarzyszącym kobiecie jakiéjś, która, zatrzymawszy się w portyku, kupowała perfumy od starego przekupnia żyda. Fania przywołała syna i, zwracając się znowu do Mirtali, powtórzyła:
— Pójdź za mną...
Mirtala podniosła powieki i spotkała się z oczyma Fanii, których głęboką czarność łagodził wyraz spojrzenia. Łagodnie i łaskawie, nadewszystko jednak ciekawie, patrzała ona na żydowską dziewczynę, która pobladła nagle i nawet cofnęła się o kroków parę. Wejść do wnętrza jednego z domów tych, na które tyle razy z zachwytem patrzała, o których mieszkańcach śniła zawsze mnóztwo cudownych rzeczy, było-by dla niéj radością niezmierną. Przytém usłyszała, że będzie tam Muzoniusz... zobaczy więc i usłyszy z blizka męża tego... Ale wszakże to był dom Edomitów! Przestąpić próg domu tych, którym złorzeczyli jéj bracia, czy wolno jéj było? Cóż-by powiedział na to Menochim? co-by powiedziała Sara, któréj syn najstarszy zginął niedawno na wojnie, z Edomitam wiedzionéj? Co-by powiedział mąż Sary, ponury Symeon, którego brwi najeżone, twarde, zbiegały się nienawistnie na samo imię Rzymianina? Co-by powiedział na to Jonatan... gdyby powrócił i dowiedział się, że narzeczona jego nawiedza domy tych, z którymi on tak krwawo w murach oblężonéj Jerozolimy walczył, od których mściwéj dłoni uciekając, tułał się teraz po Afrykańskich pustyniach, jak źwierz tropiony? Blada, wahająca się, przez dwa sprzeczne uczucia rozdzierana, podniosła oczy pełne łez i już wymówić miała: „Nie pójdę za tobą, pani!”; gdy Artemidor dotknął z lekka jéj ręki i wpół wesoło, wpół poważnie rzekł:
— Chodź! nie lękaj się! Ludźmi jesteśmy i życzliwymi dla wszystkiego, co ludzkie, zkądkolwiek pochodzi.
Zapomniała o wszystkiém. Transtiberim, Menochim, Sara, Symeon, Jonatan, przestali istnieć dla niéj. Nietylko posłuszna, ale rozpromieniona, odzyskując żywe i zgrabne swe ruchy, poszła za Fanią i Artemidorem. Z rozmowy ich dowiedziała się wkrótce, że znaléźć się ma w domu Pretora Rzymu, Helwidyusza Prisca, wysokiego dostojnika, którego imię ze zgrozą wspominała często ludność Zatybrzańskiego przedmieścia. Zgroza ta pochodziła zapewne ztąd, że był on pomiędzy Edomitami dostojnikiem wysokim i możnym, bo o żadnym jego czynie złym i okrutnym nie słyszała nigdy. Więc z obawy Pretora Rzymu? Jak on wygląda? Pozór jego musi być strasznym, spojrzenie piorunującém, dłoń żelazną i okrytą plamami krwi, a może... podobniejszym jest on do lwa krwiożerczego, lub do drapieżnego, potężnego orła, niż do człowieka? Drżąc znowu, wchodziła do przedsionka domu, nad którego czworokątną kolumnadą wznosiło się odkryte niebo, a na posadzce z szarego marmuru jaśniał z purpurowych liter ułożony, gościnny i wesoły napis: „Witajcie!”





II.

Jakkolwiek Helwidyusz Priscus był dostojnikiem wysokim, a Fania pochodziła z senatorskiego możnego rodu, dom ich nie należał do najbogatszych i najwspanialszych w Rzymie. W przeszłości ich rodów, jako téż we własnéj ich od przodków nieodrodności, spoczywały przyczyny tego, że ściany nie ociekały tu złotem, czary i misy nie świeciły dyamentami, sprzętów nie okrywały, równie jak złoto i dyamenty drogie, tkaniny z jedwabiu. Nie było tu téż tłumu niewolników najrozliczniejszych plemion i stopni, ani nieustannego gwaru uczt, oblewanych strumieniami wina, rozweselanych brzękiem rzucanych kości, huczną muzyką, lubieżnemi tańcami Hiszpanek i Egipcyanek, przedstawieniami dowcipnych albo bezwstydnych pantomin. Uciech tych bez hamulca i zbytków bez miary, które napełniały pałace ludzi, z panującym porządkiem publicznych spraw pogodzonych i z niego właśnie ciągnących ogromne, najrozmaitsze korzyści, w domu pretora i żony jego nie było. Niemniéj, w miejscu tém i w téj epoce, mierne nawet bogactwa bywały wielkiemi, a perystyl, zdobiący tylną część domu Helwidyusza i Fanii, z mnóztwem kolumn swych, z żółtego, numidyjskiego marmuru, z za których przeglądała zieleń ogrodu, z ujętym w wyrzeźbione ramy dachu szafirowym stropem nieba, z mocnemi woniami roślin, kwitnących w śnieżnych wazonach, miejscem był wykwintném, świeżém i wesołém. Było to miejsce, w którém, w porach od zajęć wolnych, najchętniéj zgromadzała się rodzina, i w którém przyjmowano najpoufalszych i najmilszych gości. Pośrodku, na układanych z różnobarwnych marmurów arabeskach i szlakach posadzki, wesoło igrały, w miliony iskier i kółek rozsypujące się, promienie słońca; w cieniu, rzucanym przez nagłówki kolumn i rozłożyste krzewy róż i krokusów, na bronzowych, w kość słoniową zdobnych, stołkach i krzesłach, zasiadało szczupłe grono ludzi. Dokoła stołu, wspartego na lwich łapach a dźwigającego srebrną, rzeźbioną czaszę, pełną owoców, i czary napełnione winem, rozcieńczoném wodą i osłodzoném wonnym attyckim miodem, ludzie ci skupiali się w ciasne, poufne, przyjacielskie koło. Najpoważniejsze i najwygodniejsze siedzenie, bo krzesło poręczowe, katedrą zwane, z purpurowém obiciem, z poręczą misternie rzeźbioną, i wysokim, miękkim podnóżkiem, zajmowała matka Fanii, Arya, kobieta stara już, małomówna, z twarzą delikatną i białą, jak listek lilii, w mnóztwo zmarszczek zmiętą, a osłonioną cieniem długiéj zasłony, któréj lekkie, czarne zwoje owijały jéj fałdzistą suknią. Była to postać surowa, zamknięta w sobie, i nietylko żałobne jéj suknie, lecz blade, milczące wargi i wyraz oczu, głęboko zapadłych pod brwią jeszcze czarną, przywodziły koniecznie na myśl jakieś boleśne tragedye, których ona jedną z aktorek być musiała.
I nie mylił-by się ten, kto-by domysł ten stworzył. Od dnia, w którym pod Filippami ostatnie republikańskie zastępy uległy przed geniuszem i szczęściem następcy piérwszego Cezara, nieprzerwane pasmo spisków, buntów, krwi i żałoby przerzynało panowanie dziewięciu następnych jedynowładzców. Zazwyczaj nie dla wszystkich dusz ludzkich fakt spełniony niezłomnym rozkazem być może. Są takie, które, dla przyczyn różnych z nim pogodzone, czynią z niego sobie skarbnicę uciech, potęgi i bezpieczeństwa, i takie, które, wbrew konieczności żelaznéj i bezsilności własnéj, powściągnąć nie mogą, a często i nie chcą, przejmujących je dreszczów gniewu i oporu. Tak bywać musiało od piérwszego zarania ludzkiéj myśli; tak było przez ciąg całego stulecia i w Rzymie Cesarskim, wzniesionym na gruzach staro-rzymskiéj, burzliwéj i wybujałéj, lecz twórczéj, potężnéj i długowiekowéj wolności.
Do tych opornych, niepohamowanemi czołami w straszny niezłomnością swą fakt dziejowy uderzających, należał ojciec Aryi, Petus Sesina, i mąż jéj, Trazeusz. Piérwszy, na rozkaz Cezara Klaudyusza, drugi z woli Nerona, przedwczesną i okropną śmiercią zginęli. Należała téż do nich i matka jéj, imieniem także Arya, która, małżonka swego przeżyć nie chcąc, dobrowolną śmiercią swą męczeński zgon jego uprzedziła. Należeli do nich liczni krewni i przyjaciele jéj i jéj rodu, mężowie i niewiasty o najprzedniejszych w Rzymie umysłach i charakterach, a którzy teraz, jak widma skrwawione i dumne, błądzili już tylko w krainie jéj wspomnień.
Cóż więc dziwnego, że kobieta, z któréj losów dziejopisarze układali posępne obrazy, a wieszcze czerpali wrzące i bohaterskie natchnienia, wyglądała tak, jakby sama wypadkiem tylko z krainy cieniów pośród śmiertelnych wyrzuconą została.
U stóp jéj, o kolana jéj wsparty, rumianą twarz swą ku niéj podnosząc, siadywał mały Helwidyusz, a szczebiot jego, którym opowiadał babce przeróżne dziecięce swe przygody i wrażenia, mieszał się z ożywionemi głosami Fanii i Muzoniusza.
Z za krzesła i białéj sukni Fanii wysuwała się młodziutka dziewczęca głowa z ognistemi kędziory, i czarne oczy spoglądały na wszystko i wszystkich z ciekawością i uwagą niezmierną, z tysiącem przelatujących w źrenicach uśmiechów i płomieni. Mirtala, często przychodząc do domu tego, gdzie kupowano znaczną część jéj towaru i gdzie parę godzin zlatywało jéj, jak jedna rozkoszna minuta, oddawna już opowiedziała tu krótką swą przeszłość. Za piérwszéj jéj bytności, Fania obchodziła się z nią z łaskawością, wyniosłą nieco i połączoną z tém lekceważącém trochę zaciekawieniem, które w Rzymianach obudzały plemiona, obce cywilizacyi ich, szczególniéj zaś wschodnie. Przypatrując się zgrabnéj kibici i pojętnym oczom dziewczyny, pytała:
— Czy nie jesteś, dzieweczko, potrosze Greczynką? z ojca może, lub z matki? Imię twoje brzmi z grecka...
Ze spuszczonemi powiekami, Mirtala odpowiedziała:
— Galilea, dziedzictwo synów Izraela, była rodzinném miejscem ojca i matki mojéj. Ojciec mój był rybakiem, spokojnie rzucającym sieci swe na wody błękitnych jezior, lecz pod rządami Rzymianina Felixa, wmieszany w bunt Zelatorów, został przez Felixa oddanym w niewolę pewnemu greckiemu panu, do którego domu dobrowolnie za mężem swym udała się matka moja, Rebeka. Dobrą robotnicę, umiejącą tkać cienkie materye i cudnie haftować, grecki pan przyjął z ochotą. W domu tym urodzonéj, dano mi imię: Mirtala.
Urodziła się więc w niewoli. Jakim sposobem wolną mieszkanką Transtiberim została? Ożywiając się coraz, opowiedziała, że z niewoli, małém, nagle osieroconém dziecięciem, wykupił ją Menochim. Zaraza dotknęła Rzym i zabiła jéj ojca. Dusza matki jéj, która oddawna tęskniła za wolnością i swém rodzinném, błękitném jeziorem, wkrótce téż rozwiodła się z ciałem. Wtedy-to Menochim, mnóztwem zabiegów i starań, wykupił ją z niewoli Greka. I nietylko ją jednę. Menochim poświęcił cały majątek swój na wykupowanie z niewoli Edomskiéj judejskich dzieci. Był on kiedyś bogatym. Ojca jego potężny wódz rzymski, Pompejusz, który z wojskami swemi piérwszy naszedł Judeę, jako wojennego jeńca do Rzymu przywiódł. Tu zostawał on w służbie bogatego i hojnego pana, który, wyzwalając go, zapisał mu w testamencie mienie znaczne. Menochim mienie to odziedziczył, (dom na ulicy Subury i wiele tysięcy sestercyi), ale nie użył go ani na prowadzenie korzystnego handlu, ani na uczty i piękne suknie, ani na gody weselne. Nie pojął nigdy żony i własnych dzieci nie miał. W Rzymie, w Efezie, Antyochii i Koryncie, wyszukiwał drobne dziatki judejskie, których rodzice odumarli w niewoli, i z panami ich długie o nie zaprowadzał targi. Wielu w ten sposób dziewczętom i chłopcom wolność przywrócił. Teraz wszyscy już oni są dorosłymi. Jedni w odległych stronach prowadzą handel, inni w Judei osiedlili się na roli; dwoje tylko przy Menochimie pozostało, bo umiłował on je najwięcéj... ona i Jonatan...
Wymówiwszy imię to, umilkła nagle. Wiedziała dobrze, dlaczego przed obcymi wymawiać go nie można, i przelękniona tém, co uczyniła, zaczęła prędko, prędko, znowu o przybranym ojcu swoim mówić. Dawniéj zdrowym on był, silnym, i często nawet wesołym. Oczy jego świeciły pogodą i pobłażliwością, a mowa była łagodną i żartobliwą. Ale teraz wcale już jest inaczéj. Biedny Menochim wychudł i zgarbił się, policzki jego zżółkły i okryły się zmarszczkami, głos ma czasem jękliwy, a czasem surowy, i takie smutne, ponure spójrzenie. Zmienił się bardzo, czarnych myśli pełną stała się głowa jego i gniew w sercu mu osiadł. Gniewa się teraz często, wyrzeka, złorzeczy...
I jéj oczy także zaszły łzami. Zgromadzone w perystylu kółko ludzi z uwagą słuchało dziejów Menochima, opowiadanych przez przybrane dziecię jego. Ogarniające głowę żydówki, spójrzenie Fanii, mniéj wyniosłém a bardziéj życzliwém się stało; z ponsowych ust Artemidora znikał wesoły uśmiech, Arya nawet podnosiła zżółkłe, ciężkie powieki, i pod czarnemi brwiami surowe jéj źrenice zapalały się błyskiem niemego współczucia; Muzoniusz zaś zapytywał:
— Czy nie odgaduję przyczyny, która ugięła zdrowie ciała i goryczą zaprawiła duszę Judejczyka tego? Wszakże, dzieweczko, zmienił się on w ten sposób po téj straszliwéj wojnie, w któréj zburzono stolicę i świątynią waszę?
— Tak, panie! — z cicha odpowiedziała Mirtala, i twarz ukrywszy w dłonie, rzewnie płakać zaczęła. Płacząc, po kilka razy podnosiła się z podnóżka, który jéj za siedzenie służył, jakby poskoczyć, odejść, uciec ztąd pragnęła. Nie odchodziła jednak, nie uciekała. W piersi jéj pół-dziecięcéj toczyła się walka. Opowiadając o Menochimie, przypomniała sobie wszystko, wszystko, i to także, że tu być nie powinna. A jednak przykuwała ją tu paląca ciekawość pojętnego jéj umysłu, przykuwał czarem niezmożonym dźwięczny głos Artemidora, który, do Muzoniusza zwrócony, z głębszém i smutniejszém, niż zwykle, spójrzeniem, zapytywał:
— Mistrzu! jakże się to dziać może, że zawsze i wiecznie radość i tryumf jednych boleścią jest i uniżeniem innych? Drobném jeszcze dziecięciem będąc, słyszałem Senekę, gdy mówił: „Człowiek dla człowieka winien być rzeczą świętą”. Nie są-ż ludźmi Judejczycy ci, którym wodzowie nasi spustoszyli i odebrali ojczyznę? Nie jest-że człowiekiem Menochim ten, którego dusza napełniła się goryczą od naszéj radości?
— Powiedziałeś, Artemidorze! — z większém, niż zwykle, ożywieniem potwierdzała Fania. — Judejczyk ten jest człowiekiem cnotliwym.
Nagle blade i zawsze milczące wargi Aryi otworzyły się, i głos głęboki, stłumiony, wychodzący widocznie z piersi, o którą straszne uderzały ciosy, wymówił:
— Oddawna, oddawna ten sam gniew i ta sama boleść są w sercach naszych!...
Słowa te, tajemnicze dla każdego obcego ucha, zrozumianemi tu jednak zostały, a w siwych źrenicach Muzoniusza zapalił się blask, niemal młodzieńczy.
— Tak, najdostojniejsza, i ta sama walka, którą toczą szlachetni i dumni...
— Padając wśród niéj na połowie swéj drogi, jak kłosy podcięte i zrąbane dęby... — dokończyła Fania.
O kim mówili, kogo pobladła nagle żona pretora porównywała do przedwcześnie podciętych kłosów i zrąbanych dębów? — Mirtala nie wiedziała, lecz zrozumiała dobrze, że ciężkie smutki i krwawe straty zaprawiały przeszłość, kto wié, może i teraźniejszość tego domu, w którym, pomimo bogactw, spokoju i częstéj wesołości, czuć było czasem zawieszoną w powietrzu łzę nieprzepłakanego żalu, albo westchnienie niezaspokojonych, wysokich pragnień.
Bez cienia obawy przestępowała teraz próg domu pretora. Znała już rzymskiego dostojnika tego i wiedziała dobrze, jak on wygląda. Zadrżała i zbladła, gdy po raz piérwszy, wbiegający do perystylu, młody służący, oznajmił obecnym przybycie pana domu. Jednocześnie przez otwarte na oścież kolumnady, nad któremi, dla wpuszczenia we wnętrze domu letniego ciepła i woni kwitnących w perystylu roślin, popodnoszono barwiste opony, ujrzała wysokiego, młodego jeszcze człowieka, o silnéj postaci i kruczych włosach, szybkim krokiem przebywającego dwie obszerne sale. Z dala już spostrzegła, że ruchy jego były żywe, rysy piękne i że nad spuszczonemi w zamyśleniu powiekami czarne brwi zsuwały się surowo i groźnie. Zaledwie jednak przestąpił próg perystylu i, podniosłszy powieki, rzucił spójrzenie na zgromadzone tam osoby; uśmiech przyjazny roztopił twardość jego rysów, męzki, donośny głos, w którym czuć było przyzwyczajenie do głoszenia rozkazów i wyroków śród rozległych przestrzeni bazylik i rynków, wymówił pozdrowienie serdeczne, i — o dziwo! ręka z pod fałd płaszcza wyjęła — zabawkę dziecinną. Była to piłka misternéj i artystycznéj roboty, złożona z giętkich złotych obręczy. Mały Helwidyusz poskoczył ku ojcu, który na chwilę podniósł go wysoko w silnych ramionach, a potém, śmiejąc się, złotą piłkę rzucił z taką siłą, że, w elastycznych poskokach i z metaliczném brzęczeniem przebywszy perystyl, zniknęła w gęstéj zieleni ścielącego się u stóp kolumn trawnika.
Dziecię, krzycząc z radości, pogoniło za piłką, a Helwidyusz Priscus, płaszcz z ramion spuściwszy, zasiadł w domowém kole swém, przy stole, pełnym owoców i wina. Nie miał on na sobie wspaniałéj sukni Pretora, bo przybywał nie wprost z Bazyliki, gdzie sprawował najwyższy urząd sądowy, lecz z łazien, do których przed powrotem do domu zwykł był wstępować. Ztamtąd-to zapewne wychodząc, zanim umieścił się w lektyce swéj, przez kilku barczystych Kapadoków niesionéj i otoczonéj tłumem przyjaciół i klientów, wysoki dostojnik ten i surowy sędzia, w jednym ze sklepów, otaczających łaźnie, kupił i z tajemnym uśmiechem pod fałdą płaszcza ukrył zabawkę, którą powitać miał jedynaka swego. Teraz, w tunice białéj, ozdobionéj szkarłatnemi senatorskiemi szlakami i uwydatniającéj w pełni silne i harmoniejne kształty jego ciała, przykładał on do ust czarę z chłodzącym napojem i zupełnie już wypogodzonym wzrokiem wodził po twarzach tych, których kochał. Wkrótce jednak zasępił się znowu i brwi ściągnął groźnie, gdy, na pytanie Muzoniusza odpowiadając, mówić zaczął o słynnym procesie Herasa. Cóż uczynił mąż ten, Stoik, oddawna trzymający się z dala od zgiełku i blasku stolicy i dworu, a którego głowa przed niewielu tygodniami spadła pod ostrzem topora, na placu publicznym, będącym miejscem tracenia złoczyńców? Heras złoczyńca! Nie, był to najcnotliwszy z ludzi, i tylko filozofia Stoików, którą wyznawał, powściągnąć nie mogła porywczości jego, a oddalenie od świata zmieniło ją w prawdomówność, nieznającą granic. Uniósł się. Publicznie, w cyrku, patrząc na Berenikę, jak, okryta drogiemi klejnoty, miękko spuszczała głowę na ramię Tytusa, zawołał do syna Cezara, że lud Rzymski szanuje jeszcze cnoty rodzinne i że widok miłostek jego duszę mu zaraża.
Słowom jego odpowiedziały w wielu miejscach cyrku huczne oklaski, ale niebawem głowa Herasa rozłączyła się z jego ciałem, a mienie jego Wespazyan oddał pod zarząd Procuratora a rationibus, czyli ministra skarbu.
— Sam doradziłem dzieciom Herasa, — mówił Helwidyusz, — aby wytoczyły proces o poojcowską spuściznę, a zanim strony przed senatem staną, Pretor rozstrzyga. Wczoraj mówili ze mną posłowie Wespazyana, którego łakomstwo lęka się zdobycz tę utracić... Dziś w Bazylice, Marek Regulus, ten zausznik i rzecznik Nerona, przez trzy obroty wodnego zegara jadowitą ślinę swą spluwał na pamięć Herasa, a Pliniusz Secundus, młodzieniec, godny wielkiego stryja swego, stawał w obronie jego dzieci...
Umilkł na chwilę Helwidyusz i otarł kroplę potu, która spływała mu po śniadém czole.
— Mów daléj, — szepnęła Fania.
— Mów prędzéj, — zawołał Muzoniusz.
— Dzieciom Herasa słuszność przyznałem, — dokończył Pretor.
Fania zbladła, niemniéj przecież głowę podniosła.
— Dobrześ uczynił! — zawołała. — Ale — dodała ciszéj, — jedna to więcéj kropla, dolana do czary uraz Wespazyana.
Ogniste oko Muzoniusza zaszło wilgocią, a ściśnięte wargi Aryi drgnęły i wyszeptały:
— Zawsze to samo! zawsze to samo!
Innym razem, wnet po przybyciu Pretora, do perystylu wbiegła kobieta, niezbyt młoda już, wystrojona, z przyprawionemi rudemi włosy, z twarzą wysmarowaną maściami, z suknią ozdobioną różami sztucznemi, lecz które wybornie naśladowały prawdziwe, nietylko barwą, ale i wonią. Była to Caja Marcya, krewna Fanii, jedna z tych kobiet, jakich mnóztwo znajdowało się w Rzymie, a które, po przejściu burzliwéj i miłostkami zajętéj młodości, starość swą cieszyły odmładzającemi strojami, upojeniami uczt i widowisk, najbardziéj przecież zgromadzaniem i rozsiewaniem przeróżnych wiadomości o wszystkich i wszystkiém. Od wczesnego poranku do późnego zmroku przebywając na ulicach i placach publicznych, w portykach i ogrodach, w świątyniach i łaźniach, w przedsionkach i salach jadalnych, od prostego rzemieślnika i niewolnika, pełniącego służbę we wnętrzu możnego domu, do najwyższych dostojników i najwybredniejszych wykwintnisiów, wszystkich znając i ze wszystkimi rozmawiając chętnie, wiedziały one o wszystkiém wprzód, niż ktokolwiek inny, a to, co wiedziały, roznosiły po ogromném mieście z większym pośpiechem, niż cesarscy gońcy, cwałujący na bystrych koniach po przerzynających państwo drogach publicznych. Woniejąca różami, lekko, na skrzydłach jakby niesiona, do piersi tuląc malutkiego pieska, którego kosmaty pyszczek tylko wyglądał z pośród róż i pstrych materyi ubrania, Caja Marcya wbiegała do perystylu, wołając:
— Pozdrawiam was, dostojni! Witaj, Pretorze! Przechodząc, ujrzałam cię wysiadającego z lektyki! Wróciłeś więc już z Bazyliki, w któréj pewno nie dowiedziałeś się jeszcze o najważniejszéj nowinie dzisiejszéj! Dzisiejszéj nocy Domicya Longina zniknęła z domu męża swego, Eliusza Lamii! Uprowadził ją i w swoim pałacu zatrzymał Domicyan, młodszy syn Cezara, którego niech bogowie nieśmiertelnym uczynić raczą! Cóż ty na to, Pretorze? Biedny Lamia! Nie żałuję jednak ślepca tego. Ostrzegałam go sama, a on mi odpowiedział tylko ze śmiechem: „W każdéj kobiecie młodéj i pięknéj widzisz, Marcyo, samę siebie; ale wiedz o tém, że Domicya moja wcale do ciebie podobną nie jest!” Jego Domicya! — Otóż nie do niego już, ale do młodego Cezara należy ona! Co on teraz uczyni, ten zakochany ślepiec? Z Domicyanem walczyć nie radziła-bym mu; przed kaprysami łysiejącego młodzieńca tego, stary Wespazyan nawet i piękny Tytus ustępować muszą; napiera się teraz podobno, aby wysłano go na wojnę z Allanami. Bo będziemy mieli wojnę. Niedarmo przecież w Sycylii spadł deszcz czerwony, a w Wejach urodziło się prosię z jastrzębiemi szponami! Nieszczęścia wiszą nad Rzymem. A ty, Pretorze, miéj się na baczności. Słyszałam, żeś srodze obraził bóztwa wyrokiem swym, wydanym w sprawie dzieci Herasa. Dwa dni temu, przy stole Wespazyana, ktoś nagle zapytał: dlaczego piękna Fania nie ukazuje się nigdy na dworskich zebraniach? Przepowiadają edykt cesarski, który filozofów skaże na wygnanie z Rzymu. Cestyusz rozwodzi się z żoną swoją, Flavią, którą podobno Judejczycy nauczyli czcić oślą czy koźlą głowę. Czy słyszeliście o drogocennym pierścieniu, który Tytus dla Bereniki ze Wschodu sprowadził? Żadna Rzymianka nie miała nigdy tak kosztownych klejnotów, jak te, któremi Tytus przyozdabia judejską kochankę swoję.
Mówiąc to wszystko, wielkiemi haustami wypróżniała czary wina i, serdecznemi słowy osypawszy rodzinę Pretora, wiecznie jednako ruchliwa i wesoła, do ruchu przy tém pobudzana skomleniem pieska swego, dom Helwidyusza opuściła. Nie widziała wcale, że pozostawia za sobą twarze, pobladłe od smutku i gniewu.
— Na mściwego Jowisza! Nie Lamią to tylko obraził Domicyan, plamiąc i gwałcąc domowe ognisko jednego z obywateli rzymskich! Czy nikt już w swych ścianach domowych bezpiecznym być nie może od kaprysów i napaści syna Cezara! Teraz to dopiéro cenzorowie, ci starodawni stróże rzymskiéj cnoty, nie próżnowali-by na swym urzędzie, gdyby... gdyby urząd ten istniał jeszcze! Lecz cóż naprawdę trwa jeszcze w Rzymie z tego, co niegdyś istniało? Gdzie jest powaga i władza konsulów, będących już teraz marnym cieniem czegoś, co było? Gdzie samodzielność i duma senatu, który niekiedy już tylko odważa się być słabém echem swéj przeszłości? Gdzie trybunowie gminni, których rozum i wymowa, broniąc praw ludu, dźwigały go zarazem nad podłość służalstwa i nad źwierzęce zasklepienie się w interesach brzucha, którego żywić już nie chcą rozpróżniaczone ręce? Wszystkie te rękojmie obrony i dostojeństwa Rzymu skupiły się w jednéj dłoni, spoczęły na jednéj głowie...
— Nieszczęsny, znieważony Lamia!
— Domicya Longina wiernie dotąd i szczerze kochała małżonka swego.
— Tak! — z szyderstwem, zawołał Helwidyusz, — lecz jakaż miłość i jaka cnota oprzeć się mogą w Rzymie ponętom, ziejącym z Palatyńskiego wzgórza?
— Którego fundamentem jest gawiedź, psuta hojnie sypaną jéj jałmużną i szaleństwem igrzysk, a murem obronnym miecze i dzidy żołdactwa, — wyrzekł Muzoniusz.
Mówiono potém o podstępnym procesie, wytoczonym przez przyjaciela Domicyana, Metiusa Hara, w celu wydarcia połowy mienia Polii Argentaryi, wdowie po poecie Lucyanie, przez Nerona na śmierć skazanym. Domicyan poprzysiągł, że przyjaciel jego tryumf i bogate łupy odniesie ze sprawy téj, która niebawem wytoczoną będzie przed trybunałem Pretora.
— Znowu Helwidyusz... — zawołała Fania i umilkła nagle.
Stara Arya, nieruchoma w swém poręczowém krześle, wyprostowana i surowa w żałobnych sukniach swych i zasłonach, poruszała zwolna zwiędłemi wargami i, jakby zmęczoną pamięcią swą coraz nową paciórkę niżąc na długi sznur wspomnień, szeptała:
— Zawsze to samo! zawsze to samo!
W rozmowy te, w których głucho zdawały się wrzeć powściągane gniewy i namiętności, mieszały się przylatujące z ogrodu wybuchy i gamy dziecięcego śmiechu. Mały Helwidyusz bawił się piłką, która, w powietrzu z brzękiem zwijając swe obręcze, w postaci złotego półksiężyca na trawę spadała.

Mirtala nie kryła się już za krzesłem Fanii, ale, u stóp perystylu, na trawie przysiadłszy, błyszczącemi oczyma ścigała wesołą grę dziecka.
I WESOŁO DOM HELWIDYUSZA OPUŚCIŁA.
— Pójdź! — zawołał raz na nią mały Helwidyusz, — pokażę ci, jak trzeba toczyć trochus po ścieżkach ogrodu i rzucać onyxowe kule po planach pochyłych!

Brała odtąd udział w zabawach tych, którym przez dni tyle, w awentyńskim portyku, przypatrywała się z dala z zazdrością i zachwyceniem. Na wyścigi z gibkim, swawolnym chłopcem biegła za mosiężném kołem, z przeraźliwém brzęczeniem dzwonków toczącém się po żwirem wysypanych ścieżkach, lub pośród trawnika, z podniesioną twarzą, wyciągała dłonie po spuszczający się ku ziemi złoty półksiężyc. Świeże, wonne powietrze ogrodu, tak niepodobne do tego, jakiém na Transtiberim oddychała, rozszerzało szczupłą jéj pierś i białość twarzy zapalało płomieniem rumieńca. Usta jéj śmiały się, oczy błyszczały szczęściem; wydawała się dzieckiem, potrzebującém szerokiego oddechu swobody i radości, ptakiem, wypuszczonym z klatki i którego skrzydła drżały do lotu. Helwidyusz i Fania, stojąc wśród żółtych kolumn perystylu, które w łunie słonecznéj i na tle zieleni paliły się, jak ogniste słupy, z uśmiechem patrzali na głośną zabawę jedynaka z tą obcą, lecz wdzięczną dzieweczką. Oczyma malarza patrzał téż na nią Artemidor, i wkrótce potém, trzymając w dłoni swéj rękę Mirtali, oprowadzał ją po domu Pretora, ukazując i tłómacząc znajdujące się w nim dzieła sztuki. W triclinium, czyli w sali jadalnéj, stawali przed okrywającym ścianę wielkim obrazem, pośród którego, na tle świeżego jak wiosna krajobrazu, nad brzegiem wody, w zieleni gaju, z rozwianym płowym włosem, igrała z towarzyszkami swemi wdzięczna i poetyczna Nauzika. Artemidor słowami Homera powtarzał dzieje królewskiéj téj córki, a Mirtala z rozżarzonym wzrokiem słuchała dźwięków epopei greckiéj, melancholijnie i słodko brzmiącéj w ponsowych ustach malarza.
— Tyś do niéj podobna, — mówił. — Czy wiész, kto obraz ten malował? Kobieta. Jaja z Kryzykosu, sławna malarka, którą w czasach Augusta czcił jak bóztwo cały świat grecki i rzymski. Ty także mogła-byś kiedyś tworzyć arcydzieła takie. — Rysy haftarki okrywały się wyrazem dojmującego żalu.
— Nigdy! — odrzekła, — religia ojców moich wzbrania pęzlem, czy dłutem, naśladować postacie ludzkie!
— Jakto! więc w domach swoich nie macie posągów?
Przecząco wstrząsnęła głową.
— Ani obrazów?
— Nie!
— I wzbrania wam tego religia wasza? Cóż za barbarzyństwo! Jaki bezmyślny i gruby zabobon!
Śmiał się. Grek z pochodzenia, urodzony i wychowany w Rzymie, którego ulice i place zdobiło trzydzieści tysięcy dzieł rzeźbiarskiéj sztuki, wykonanych z marmuru, bronzu, złota i kości słoniowéj, którego świątynie, teatra, domy, roiły się fantastyczną ludnością tą, przez pracę wielu stuleci i geniusz dwóch ludów z kamienia i metalu wywołaną, dziecię cywilizacyi wykwintnéj i sięgającéj już najwyższych swych szczytów, wychowaniec filozofii, wyzwalającéj rozum ludzki, artysta mistrzowsko malujący kwiaty, ptaki, dzieci, młodzieńcze twarze i wszystko, co na ziemi wiosną było, świeżością, rozkwitem i śmiechem, — długo, dźwięcznie, wzgardliwie i razem serdecznie śmiał się z ponurego ludu, za występek poczytującego to, co dla niego było skrzydłem myśli, iskrą serca, najpyszniejszą ozdobą i rozkoszą życia. Nagle przestał śmiać się:
— Czegoś ty taka smutna, Mirtalo?
Teraz dopiéro spostrzegł zmianę, która w niéj zaszła od chwili, gdy po raz piérwszy zobaczył ją w portyku. Rumieńce zdrowia i blaski wezbranego życia, oblewające ją w ogrodzie, wśród wesołéj zabawy i na tle powietrza zróżowionego łunami słońca, pogasły i znikły. Teraz stali pośrodku obszernéj sali, do któréj światło dzienne wlewało się tylko przez czworokątny otwór dachu, na kilku kolumnach wsparty i kawałkiem błękitnego nieba świecący prostopadle, nad okutą w marmur szybą kryształowéj wody. W wodzie pływały złote i ponsowe rybki, dokoła niéj rosły w rzeźbionych wazonach szerokolistne rośliny, a kilka bronzowych amorków, wychylając się z zieleni, zdawało się igrać złotemi piłkami. Smuga zachodzącego słońca, wnikając przez otwór w dachu, stała w powietrzu ognistym słupem, za którym, nieśmiało, w głęboki cień kolumny kryło się dziewczę w spłowiałéj sukni, przewiązanéj barwistym, haftowanym pasem, ze znieruchomiałą drobną kibicią i opuszczonemi bezwładnie, szczupłemi ramiony. Przychudłe już i wprzódy policzki jéj stały się jeszcze chudszemi, twarz całą okrywał wyraz cierpiącego marzenia, a w zapadłych nieco, szeroko rozwartych oczach mieszkać się zdawał cały smutek ludu, który, jak występku, wyrzekał się najpiękniejszych uroków życia, i tam, na brudném, cuchnącém przedmieściu, wiódł ponury i złorzeczący żywot zwyciężonych.
Jak z portyku, do którego przybywała zawsze wesoła i żwawa, tak z domu Pretora, który rajem ziemskim był dla niéj, Mirtala wracała na rodzinne przedmieście swe powoli, z piersią pełną tłumionych westchnień, z głową ciężką od dziwnych myśli i marzeń. Jak w senném marzeniu, przed oczyma jéj przesuwały się nieustannie twarze i obrazy, które pozostawiała za sobą, nie wiedząc, czy kiedykolwiek jeszcze je ujrzy; niby iskry, migotały w zmroku rubiny, zdobiące srebrzystą zasłonę i krucze włosy Fanii; powoli unosiła się kędyś wysoko tragiczna twarz Aryi; lekka Nauzika biegła nad brzegiem morza; chóry skrzydlatych amorków igrały złotemi piłkami; uśmiechniona Wenus uczyła służyć lwa potężnego; rzędy żółtych kolumn paliły się w słońcu, jak ogniste słupy; śród bieli marmurów, kwieciste zasłony opadały miękkiemi fałdy; aloesy przeglądały się w kryształowéj szybie wody, usianéj złotemi i szkarłatnemi rybkami...
— Czegoś ty taka smutna, Mirtalo?
Pytanie to szło za nią i wraz z niém szły ponsowe usta, które je wymówiły, i czarne, ogniste oczy, które w twarzy jéj utonęły z przyjazném współczuciem. Za nią, przed nią, w powietrzu, na niebie i ziemi, szła wysoka, gibka postać męzka, w białéj tunice, z obnażoném ramieniem, trzymającém pęzel, niby berło. O, królu!... Pęzel opadał wciąż na paletę i, podnosząc się ku lśniącemu szlakowi marmuru, prędko, cudem niby, wywoływał nań nieskończoną, zda się, grę życia, wiosny, młodości, radości. Róże i lilie splatały się tam i pachniały, szczebiotały ptaki, z za greckich zygzaków, wesołych, figlarnych, wyglądały dzieci skrzydlate o ciałach rumianych... O, promieniu!...
Królem w krainie piękna, promieniem słońca w mroku jéj młodości, wydawał się jéj obcy młodzieniec ten, którego imię... U końca mostu stanęła i, oczy wznosząc ku niebu, na którego ciemném tle błyszczała już jedna wielka gwiazda, wymówiła:
— Artemidor!
Był on tak daleko od niéj i tak nad nią wysoko, jak gwiazda.
Nagle wzdrygnęła się i przyśpieszyła kroku. Z marzeń wyrwała ją głośna i grubijańska wrzawa. Przebywała jeden ze szczupłych i brudnych rynków Transtiberim, przy którym największa z oberż przedmieścia, Taberna meritoria zwana, wrzała zmieszanemi krzykami i śmiechami mężczyzn i kobiet, łączącemi się z huczącym odgłosem sumbuki, syryjskiego muzycznego instrumentu, piskliwemi tonami fletów i przyciszoném dzwonieniem sisto, metalowych kastaniet, wstrząsanych podniesionemi rękoma syryjskich tancerek. Taberna meritoria była jedném z najulubieńszych miejsc zabaw gawiedzi, złożonéj z ulicznych próżniaków, opiłych lektykarzy i tragarzy, niewolników, wymykających się o zmroku z domu swych panów, i z tamtéj strony rzeki śpiesznie ku niéj przybywających. Tu najliczniéj schodzili się kuglarze, pokazujący za drobną zapłatę sztuki akrobatyczne, psy uczone, kury wróżące, walczące przepiórki i koguty; tu, przy dźwiękach sumbuki i fletu, tańczyły kobiety o żółtych twarzach, w srebrnych pierścieniach na palcach nóg bosych; tu, nad ogniem fajerek, smażył się nieustannie najpożądańszy przysmak rzymskiéj gawiedzi: kiełbasy z wieprzowego mięsa; tanie wina lały się z amfor w kubki z czerwonéj gliny; tu nakoniec zjawiał się niekiedy i tłumy ku sobie pociągał cud zadziwiający i ponętny: obficie z odłamu skały ciekący strumień oliwy. Ktokolwiek chciał, mógł czerpać ze strumienia tego. Tłumy cisnęły się do oberży z amforami, dzbanami i kubkami w rękach, a były zawsze tak liczne i liczbą swą śmiałe, że edylowie, strzegący publicznego porządku i przebiegające miasto oddziały nocnych straży, odwracając oczy, z daleka miejsce to wymijały.
Mirtala, tuląc się do ścian domów, jak drobny, chyży cień, przebiegła rynek. Po raz to piérwszy w tak późnéj porze znajdowała się w pobliżu strasznéj oberży. Wracała zazwyczaj wcześnie, o zachodzie słońca. Dziś spóźniła się. Długo, odpowiadając na pytania, które jéj zadawał, rozmawiała z malarzem. Powoli, ośmielona, opowiedziała mu dzieciństwo swe, spędzone na płaskim dachu małego domku Menochima i na śmietniskach wązkiéj uliczki, wraz z przybranym bratem swym, Jonatanem, który był taki dobry dla niéj i łagodny, bardzo ją kochał, a potém, nagle, poszedł bronić Jerozolimy i... już nie wrócił. Opowiedziała ciche i długie dumania swe u stóp Gaju Egeryi, gdy tam codzienną żywność przynosiła przybranemu ojcu; a potém zachwyty swe nad haftarskiemi krośnami, w których rozsnuwały się, z głowy jéj płynące, coraz nowsze i piękniejsze wzory; a potém jeszcze smutek, którym przejmowało ją brudne, brzydkie, duszne powietrze, i trwogę, jaką napełniał ją Syryjczyk Silas, wróg jéj ojca i ją samę ścigający często grubiańskiemi giestami i słowy...
A teraz, wszak słyszy znowu głos Silasa! O! głos ten wybija się z tłumu, biegnie za nią, zbliża się, zmieszany z innym głosem jakimś, kobiecym, który także słyszała kędyś... Ją-to wyraźnie ścigają dwa te głosy ochrypłe, urągliwe, rozchichotane śmiechem, podobnym do źwierzęcego rżenia. Przytém, biegnie téż za nią i goni ją śpieszny tentent stóp... Wątpić nie mogła, że w przezroczystym zmroku dostrzegł ją bawiący się przed oberżą Silas. Biedz zaczęła tak szybko, że tchu brakło w jéj piersi. Rynek pusty był, domy tylko szczelnie pozamykane, puste tarasy, i tam... ta straszna, pijana, szalona wrzawa oberży...
— Na Molocha i Beliala, bogów przodków moich! nie wymkniesz mi się tym razem, chuda przepiórko! Raz przecież pochwycę cię i dobrze utuczę świniém mięsem i uściskami memi...
— Niech wprzód, Silasie, ja ją w pazurach moich uścisnę, tę przeklętą haftarkę, która zamienić mię ma na służbie u dostojnéj Fanii! — krzyczał zdyszany głos kobiecy.
Mirtala, pomimo śmiertelnego przestrachu, poznała głos Egipcyanki Chromii, ciemnotwarzéj garderobiany Fanii, która w domu Pretora ciskała na nią często ponure i jadowite spójrzenia. Zazdrościła jéj łask swéj pani i lękała się zostać zastąpioną przez żydowskie dziewczę z Transtiberim.
— Na pomoc, Babasie! — krzyknął Silas do człowieka, który w téj chwili z oberży na rynek wybiegł. — Nogi dłuższe masz i silniejsze od moich; wyciągnij je, Babasie, i pomóż mnie i Chromii złowić tę gadzinę, wypełzłą z jaszczurczego gniazda!

Silna, jakby żelazna, dłoń Babasa na ramię jéj opadła, i czarnemi włosy obrosła twarz tragarza zionęła na głowę jéj oddechem, cuchnącym cebulą i winem. Z innéj strony chwytał już pas jéj zwinny Silas, a przed nią, z rozczochranemi włosy i rozognionemi oczyma, istny obraz pijanéj jędzy, wysunęła się Chromia, i roztwarte, zakrzywione, srebrnemi pierścieniami błyszczące palce swe do twarzy jéj przykładała.
GDYŚ WYSZŁA Z DOMU FANII, POSZEDŁEM ZA TOBĄ.
— Nie drap jéj, Chromio — wołał Babas — zanim przyjrzymy się jéj przy świetle, palącém się w oberży!...

— Przeciwnie! na wszystkich bogów twoich i moich! pociągnij po twarzy jéj pazurami swemi tyle razy, ile asów zarobku odbiera mi codziennie ojciec jéj, Menochim!...
W téj chwili, nad trojgiem ludzi, porywających już swą ofiarę, zabrzmiał donośny i dźwięczny głos męzki:
— Na Persefonę! Cóż to za napaść na niewinne i bezbronne dziewczę? Czy na przedmieściu tém poślepli edylowie? czy nigdy nie przechodzi tędy straż nocna? Precz ztąd! łajdacy! opilcy bezwstydni! zakało Rzymu! Pierzchajcie, bo straży zawołam! lecz wprzódy z ręki mojéj przyjmcie te podarki, które się wam należą...
Mówiąc to, pchnął w plecy Silasa z taką siłą, że zatoczył się on na pół-pijanych nogach i twarzą ku ziemi upadł; poczém zamierzył się na wysokiego, silnego Babasa, ale ten, zaledwie na niespodziewanego przybysza spójrzenie rzucił, wnet odskoczył i, w szalonych podskokach długich i silnych nóg swych, ku oberży uciekać począł. Po długim, fałdzistym płaszczu, osłaniającym wysmukłą postać, i po rysach twarzy rozgniewanéj i dumnéj, Babas w przybyszu poznał niewidywane tu nigdy zjawisko: Rzymianina z tamtéj strony Tybru. Był to więc może urzędnik dostojny, albo pan bogaty, z którym kłótnia niebezpieczną była dla jego tchórzowstwa i niepodobną dla służalczéj jego względem dostojeństw i bogactw pokory. Poznała téż w nim Rzymianina z tamtéj strony Tybru Chromia, i z głośnym krzykiem zdumienia i przestrachu do stóp mu upadła.
— Artemidorze! nie gub mię nieszczęsnéj! Dostojny! zlituj się! Tajemnie wymknęłam się z domu pani mojéj, Fanii, aby z przyjaciółmi mymi, Silasem i Babasem, wesołą przepędzić godzinę! Przeklęta dziewka ta usiłuje miejsce moje zająć... podziemne duchy natchnęły mnie zemstą... Najdostojniejszy! nie gub mię!...
Ze wstrętem, od stopy swéj, do któréj przywiązała się ramionami, odepchnął Egipcyankę, któréj gibkie, pół-nagie ciało, do wijącego się węża w chwili téj było podobném, i łagodnie ująwszy rękę Mirtali, pociągnął raczéj, niż powiódł ją daléj, w chaotyczne i mroczne uliczki przedmieścia.
— Wskazuj mi drogę do domu ojca twego! Bogowie! jakież ponure miejsce! Niech umrę, jeśli odgadnę, jakim sposobem ludzie mieszkać mogą w takich drewnianych budach! A toż co znowu? kupa śmiecia, podobno kałuża pośrodku ulicy! Czy doprawdy znajduję się w Rzymie?
— Jakim sposobem znalazłeś się tu, panie?
— Gdyś wyszła z domu Fanii, poszedłem za tobą.
— Za mną?
Ciche pytanie to podobném było do łkania. On przeciwnie, wesołym był, jak zawsze. Bawiła go snadź niezwykła przygoda, wesoło zadziwiała własna w tém miejscu obecność.
— Odkąd wszedłem na to przedmieście, wiem już dobrze, dlaczego bywasz smutną. Żałuję cię. Uczyń wedle domniemania przebrzydłéj Chromii. Pozostań przy Fanii, która chętnie w domu swym miejsca ci udzieli. Piękność i wesołość wezmą cię tam w twórcze swe ramiona, a ja przychodzić tam i uczyć cię będę sztuki malarskiéj. Uczynię z ciebie drugą Jaję z Kryzykosu...
Mirtala wysunęła rękę z jego dłoni i stanęła, jak wryta. W cieniu widać było, jak dłonie jéj błagalnie splotły się u piersi.
— Odejdź ztąd, panie! — szepnęła.
Artemidor obejrzał się.
— Czy dlatego odejść mam i samę jednę pozostawić cię w téj ponuréj dziurze, że znowu słyszę goniące cię kroki czyjeś? — żartobliwym tonem zapytał.
Istotnie, od kilku minut ktoś szedł za nimi. Był to mężczyzna wysoki i szczupły, którego twarz niewidzialną była w zmroku i w cieniu szerokich brzegów kapelusza. Nie ścigał ich, lecz równym, chociaż znużonym krokiem, w pewném oddaleniu wciąż postępował.
— Jeżeli nie mylę się — rzekł Artemidor — jest to rzezimieszek, z którym, wracając, spotkać mi się przyjdzie. Pomimo ciemności, widzę, że oberwańcem jest i że cieszy się ze spotkania niezwykłego tu łupu. Mniejsza o to! spotka pięść moję, a jeśli to nie wystarczy, ostrze mego sztyletu....
Krótki, ostry sztylecik, z bogatą rękojeścią, błysnął mu w dłoni. Zaśmiał się.
— Ile razy wychodzę sam, albo w towarzystwie jednego tylko Heliasa mego, biorę to z sobą, aby módz, w razie niemiłego spotkania, własną ręką dopomódz do opiekowania się mną przyjaznéj mi dotąd Fortunie. Dziś, nietylko przyjaciół swoich, ale i mego miłego Heliasa odprawiłem. Chciałem pomówić z tobą sam-na-sam. Dlatego za tobą szedłem.
Po chwili znowu mówić zaczął:
— Cóż, Mirtalo? Uczynisz, jak ci doradzam? Pozostaniesz w domu Fanii? Pomyśl. Sztuka jest państwem czarowném, rozległém, pełném rozkoszy, których bogowie sami wybrańcowi jéj zazdrościć mogą. Królową w państwie tém być możesz. Wolną być możesz od trapiących naród twój zabobonów bezmyślnych, od ponurych i nędznych widoków Transtiberim, od prześladowań Silasa i jemu podobnych... Kto inny powiedział-by ci, że uczyni cię swą kochanką. Ja nie. Uwodzenie niewinności nie jest rzemiosłem mojém. Nie jestem ja skromnisiem, ale małoż jest w Rzymie bezwstydnic, które mi już zbrzydły? Kiedy na ciebie patrzę, lepiéj, niż dawniéj, rozumiem słowa mistrza mego, Muzoniusza: „Uczciwością męża jest nie dotykać zepsuciem nikogo i nie obrażać skromności niczyjéj.“ Zajmujesz mię więcéj, niżem z razu mógł mniemać, ty, cudzoziemska Arachne... Oczy masz piękne i wymowne, a usta twoje podobne są do koralu, zwilżonego rosą. Ale nad oczy i usta twe piękniejszą jest stokroć ta iskra twórczości, którą nieznane siły w pierś twą położyły. Ja iskrę tę w płomień zamienię. Uczynię z ciebie malarkę, na cały świat głośną, a wtedy otoczą cię kołem radosném wszystkie rozkosze sławy, bogactw i miłości!...
Tym razem mówił z powagą i zapałem. Ona stanęła znowu i, splecione ręce ku niemu podnosząc, stłumionym głosem zawołała:
— Artemidorze!
W wykrzykniku tym była wdzięczność bez granic i upajająca radość; jednak drżącemi usty po chwili szeptała:
— Odejdź ztąd! Oto są drzwi domu Menochima. Wszak zobaczę cię jutro w portyku. Pomiędzy wami na zawsze nie pozostanę... nigdy...
Załkała cicho, głęboko.
— Ale wszakże cię jutro zobaczę w portyku, Artemidorze! Odejdź ztąd! Oto są drzwi domu Menochima. Wszakże cię jutro zobaczę, panie!
— Zostań w pokoju i myśl o radzie, którą ci daję. Przyjdź jutro do portyku. Pokażę ci, jakim sposobem maluję ptaki te, które dziś tak podziwiałaś... Przyjdź do portyku...
— Zobaczę cię jutro, panie!
Odszedł i wkrótce skrzyżował się z nocnym wędrowcem, na którego plecach teraz dopiéro spostrzegł podróżną torbę, a w ręku wędrowny kij. Nie był to więc rzezimieszek, ale podróżny jakiś, wśród umilkłych i śpiących uliczek przedmieścia szukający na noc przytułku. Spokojnie minął on Rzymianina i widać było tylko, że usiłował w zmroku rozpoznać rysy jego. Potem przyśpieszył kroku, i Mirtalę, która otworzyć już miała drzwi ojcowskiego domu, za rękę pochwycił. Zarazem cicho, prędko, syro-chaldejskim językiem przemówił:
— Ktożeś ty, izraelska dziewczyno, tocząca nocne rozmowy z cudzym młodzieńcem, w języku Rzymian?
Pochylał się ku niéj coraz niżéj, i nagle, prostując się, stłumionym głosem zawołał:
— Mirtala! Mirtala!
Ona rzuciła się ku domowi i, niknąc w jego wnętrzu, pozostawiła drzwi na oścież otwarte. Przez te otwarte drzwi ukazała się izdebka mała, nizka, z ciemnemi drewnianemi ścianami, których chropowatéj nagości nie przyozdabiało nic, oświetlona mdłém światłem małéj lampy, mglista od dymu, czarną nicią wijącego się z na-pół zwęglonego, po roztopionym tłuszczu pływającego, knota. W ciemnéj ramie ścian i sufitu izdebki, w mgławém i dymném świetle, na drewnianym stołku, przed stołem, okrytym wązkiemi i długiemi kartami pergaminu, zgarbiony, z trzcinką, służącą do pisania, w ręku, z rozrumienionemi policzkami, siedział Menochim. Na odgłos śpiesznych kroków wbiegającéj do izdebki Mirtali, podniósł twarz.
— Tyżeś-to, Mirtalo? dlaczego wracasz tak późno?
Ale dziewczyna zniknęła kędyś w najciemniejszym kącie izby; natomiast, w drzwiach otwartych stał podróżny z torbą na plecach, w kapeluszu z szerokiemi brzegami. Gdy tylko z postacią tą spotkał się wzrok Menochima, całe ciało jego, jak targnięta struna, wyprężyło się i pochyliło na przód. Sekund kilka pochylony, sztywny, z szeroko rozwartą źrenicą, wpatrywał się w przybyłego, aż porwał się ze stołka, zachwiał się, wyciągnął na przód ramiona, i wielkim głosem, w którym czuć było łkania i śmiechy, krzyknął:
— Jonatan!





I NA KLĘCZKI RUNĄWSZY, DŁUGO TWARZ SWĄ UKRYWAŁ W SUKNI MENOCHIMA.
III.

Jonatan torbę swą i kij sękaty na ziemię rzucił i, na klęczki runąwszy, długo twarz swą ukrywał w sukni Menochima, który, osunąwszy się na stołek, drżącemi rękoma obejmował jego szyję, dotykał ramion i twarzy, głowę swą, okrytą ciężkim turbanem, do czarnowłoséj głowy jego przykładał. Ani jedno słowo z ust ich nie wychodziło; milczenie panowało w izbie, w któréj najciemniejszym kącie niewyraźnie szarzała, do drewnianych krosien haftarskich przytulona, postać niewieścia. Knot w lampie zatrzeszczał, karta pergaminowa z szelestem zsunęła się ze stołu, Menochim zdławionym szeptem wymówił:
— Synu mój! bohaterze! chlubo Izraela i boleści moja!
Jonatan ręce jego od ust swych odjął.
— Chwalę i wysławiam Pana, że pozwolił mi, zobaczyć cię jeszcze, ojcze!
— Wstań, wyprostuj się, ukaż mi twarz swoję! Niech ujrzę, żeś jest tym samym, który przed czterema laty odszedł ode mnie, aby z piersi swéj dla ojczyzny naszéj uczynić wał obronny! Niech ujrzę, co uczyniła z ciebie wojna straszliwa i tułaczka długa! Wstań, synu!
Jonatan podniósł się z klęczek, ale przez sekund parę chwiał się, jak człowiek, śmiertelnie znużony i posługujący się ostatkami sił swoich. Wzrost miał wysoki i znać było, że kiedyś barczystym i silnym być musiał. Teraz jednak, tunika rzymska ciemnéj barwy, zszarzana i niedbale opadająca mu prawie aż do stóp, obutych w grube płytkie sandały, ukryć nie mogła niezmiernéj chudości i wynędznienia ciała jego. Kości ramion i bioder jego sterczały; szyja wychylała się z podartych brzegów tuniki, koścista i okryta ciemną, zgorzałą od skwarów, skórą; twarz, o pięknych, podłużnych rysach, ciemna także, spalona, krótkim, czarnym zarostem obrosła, uderzała wklęsłością policzków, uwydatniającą długość przygarbionego nosa i wypukłość warg, tak prawie białych, jak pergaminy, pokrywające stół Menochima. Widać było, że postać tę i twarz długo i bezlitośnie rzeźbiły: głód i bezsenność, trudy ciała i rozpacze ducha, wiatry, mróz i upały pustyń. Lecz ani dnie głodowe i noce niespane, ani męczarnie mozołów i bólów, ani ostrza wichrów i płomienie skwarów, nie mogły zagasić w téj wynędzniałéj piersi ognia, który w niéj płonął i wyglądał na zewnątrz przez oczy, głęboko zapadłe, ciemnemi kołami objęte, czarne jak noc i czarnemi, gęstemi brwiami ocienione. Stanął, wyprostował się i na Menochima patrzał, aż ponurość twarzy jego rozwidniła się uśmiechem i suchy ogień oczu ochłódł w zapływającéj je łzie. Przez uśmiech ten i tę łzę, która nie spłynęła na policzki, lecz tylko oszkliła źrenice, przejrzało coś z przeszłości człowieka tego, dalekiéj, dalekiéj, pacholęcéj, niewinnéj, może wesołéj...
Menochim dłońmi twarz zakrył; cienka postać jego, przewiązana grubym pasem, i głowa, ocieniona zwojami turbanu, zakołysała się powoli w strony obie.
— O! biedne, nieszczęsne, zniweczone dziecko moje! — zawołał. — Pocoś ty tu przyszedł? pocoś przybliżył się do jastrzębich szponów? Lepiéj-by ci było z głodu na pustyni umrzéć, albo w jaskini lwa oczekiwać godziny zbawienia, niż tu schwytanym zostać przez wrogów i zginąć pod ich toporem, albo zgorzéć w płomieniach stosu. Wiedziałem, że żyjesz, i z sercem trzęsącém się od trwogi, myślałem często: on tu przyjdzie! zechce zobaczyć starego Menochima i młodą oblubienicę swoję, i — przyjdzie! Kiedym stróżował tam, u gaju Egeryi, liście drzew szeptały mi: przyjdzie! gdy usypiałem, widziałem anioła z żałobnemi skrzydłami, który, płacząc z litości, szeptał mi: przyjdzie! Wyciągałem ręce ku niebiosom, żebrząc u pana: niech nie przychodzi! I oto przyszedłeś, jesteś tu, a ja czémże zasłonię cię przed oczyma wrogów, czém cię przed pociskami ich obronię? Ubogi jestem i nieznany, siły nie mam żadnéj i porwą cię ztąd ode mnie, jak jastrząb u gołębicy małe jéj porywa!...
Jonatan uśmiechał się znowu, ale inaczéj już, niż wprzódy: niedbale, prawie wyzywająco.
— Nie trwoż się, ojcze, — rzekł, — przebyłem drogi długie i ludne, a nikt mnie nie poznał. Ubiór Edomitów przybrałem i językiem ich umiem mówić tak dobrze, jak oni...
— Rysy twarzy twojéj zdradzą cię...
— Jak trzoda kóz, spędzonych z pastwiska swego, tak rozsiani są teraz Izraelici po całym przestworze rzymskiego państwa. I w samym Rzymie mieszka ich mnogość wielka...
— Ciebie szukają... Nie darmo byłeś przyjacielem najmilszym i nierozłącznym towarzyszem Jana z Giszali; nie darmo w bojach ściągałeś na siebie sławę nieustraszonego wojownika; nie darmo, uparty i niepokonany, należałeś do szczupłéj garści tych, którzy, zamknąwszy się w świątyni, opuszczeni przez wszystkich, bronili świętości Izraela, aż dopóki bezbożne usta Tytusa nie rozkazały rzucić na nie główni pożogi! Cezar sam wié o tobie, pamięta cię Tytus, pamiętają pewno rzymscy żołnierze...
Jonatan podniósł głowę.
— A więc, — zawołał, — niech mię chwytają, więżą i uśmiercą, jak uśmiercili tylu braci moich, godniejszych i doskonalszych ode mnie!
Ale widząc, że Menochim od stóp do głowy zadrżał, łagodniéj dodał:
— Uspokój się, ojcze! pod dachem twoim przebędę tylko dni kilka. Niech oczy moje napatrzą się na twarz twoję, która była dobroczynném słońcem mego dzieciństwa; niech uszy moje nasłuchają się głosu twego, którego nauki uczyniły mię tém, czém jestem. Potém odejdę ztąd tak niepostrzeżenie, jak tu przybyłem, i skryję się w pewnym zakącie Gallii, gdzie kilku przyjaciół moich bezpieczny znalazło przytułek i gdzie mnie także odkryć nie zdoła wzrok prześladowców. Bądź spokojny. Starać się będę, by cię nie ugodził ten cios, na myśl o którym drży z bojaźni twoje dobre, ojcowskie, stérane serce!...
Uspokojony nieco, Menochim odsłonił twarz i, spojrzeniem szukając kogoś w głębi izby, zawołał: Mirtalo!
Na dźwięk imienia tego, twarz młodego Izraelity stała się znowu twardą i posępną, czarne brwi zbiegły się nad oczyma jego, które pół-badawczém, pół-srogiém wejrzeniem ogarnęły wysuwającą się z mrocznego kąta dziewczynę. Oderwała się od krosien swych, do których dotąd zdawała się być przykutą, i wyszła na światło lampy powolnym, trwożliwym krokiem. Widać było, że scena i rozmowa, których świadkiem była, silne na nią wywarły wrażenie. Twarz jéj oblewał gorący rumieniec; nieśmiały wzrok to chylił się ku ziemi, to z miękkim, rozrzewnionym wyrazem spływał na Menochima, to zwracał się ku Jonatanowi, a spotkawszy się z badawczém wejrzeniem jego, zmącony spływał znowu na glinianą podłogę. Chudy ten, od nędzy zczerniały człowiek, z rysami stwardniałemi w walkach, z ponurym płomieniem w zapadłych oczach, budził widoczną trwogę w dziewczynie téj, o wątłém, delikatném ciele i duszy artystycznéj, rozkochanéj w pięknościach linii i barw, w całéj radośnéj i świetnéj promienistości rzymskiego świata. Ze spuszczonemi powiekami, milcząc, wysłuchała rozkazów Menochima, który mówił jéj, aby wnet poszła do domu Symeona i Sary, oznajmiła im o przybyciu Jonatana i prosiła ich o wieczerzę dla drogiego gościa. Potém, posłuszna i cicha, wyszła, bez najlżejszego szelestu drzwi za sobą zamykając.
— Bracia nasi nie zdradzą nas, — po odejściu jéj mówił Menochim, — wszyscy oni kochają cię i wysławiają imię twoje...
Jonatan, z brwią ściągniętą, chmurny i roztargniony, wpatrywał się w znajdującą się u stóp jego wklęsłość glinianéj podłogi.
— Ojcze! — zaczął z cicha, — odkąd odszedłem ztąd, Mirtala dorosła.
Wzajemnie Menochim, zajęty jedną, najważniejszą dla niego w téj chwili myślą, na słowa jego nie zważał.
— Symeon, — ciągnął daléj, — powinien koniecznie dziś o przybyciu twojém wiedziéć. Mąż to jest z ponurém obliczem, lecz mądrą głową i sercem gorąco kochającém swych braci. Jako ojciec synagogi, zwoła on jutro do domu modlitwy Moade-El, święte zgromadzenie, na którém opowiesz całéj kehili, (gminie) naszéj drogi, jakiemi cię Pan prowadził. Opowiadania takie nieraz rozlegają się w ścianach synagogi, rozgrzewają ostygających i pocieszają tych, którzy cierpią najsrożéj — wątpiąc!...
— Ojcze!... gdym odchodził, była ona jeszcze małą dziewczynką... teraz rozkwitła, jak Jerychońska róża, i Sulamitka Salomonowéj pieśni wdzięczniejszą od niéj nie była!...
— Małżonka Symeona, Sara, przemyślną jest i mądrą niewiastą. W domu swoim ustawiła ona dwanaście haftarskich krosien, przy których pracuje dwanaście robotnic i wielka korzyść spływa ztąd na dom Symeona. Bogaci są, i w wędrówce, która cię czeka, pomocnymi ci być mogą...
— Szczęśliwi, którzy w pokoju i radości serca wić mogą gniazda rodzinne i wprowadzać do nich oblubienice swoje!
— Ufam téż hojnéj ręce Goryasza. Wyrabia on wonne maści i płyny, które pomocnicy jego rozprzedają po ulicach Rzymu i, zaprawdę, wierny ten wyznawca słodkiéj nauki Hillela uczci przecież tego, który, jeżeli przelewał krew, to tylko w obronie ziemi ojców naszych i pod hasłem Pana Zastępów...
— Ojcze! dlaczego pozwalasz, aby Mirtala sama jedna i w późnéj porze dnia wracała z tamtéj strony Tybru? Poco wysyłasz ją do Edomskiéj jaskini? Dlaczegoś ją nauczył mówić językiem wrogów?
Tym razem Menochim usłyszeć i odpowiedziéć musiał, bo Jonatan, schylony, silnie pociągnął go za suknią i wlepiał w niego oczy, pałające gniewem.
— Synu mój! — odpowiedział łagodnie, — alboż ja i ona nie zapracowujemy wspólnie na odzież i pożywienie nasze? A jakimże mógł-by być jéj zarobek, gdybym ją na Transtiberim, jak ptaka w klatce, trzymał, a usta jéj wobec obcych, pośród których żyjemy, niememi uczynił?
— Niechaj-by lepiéj umarła z głodu i niemą nazawsze została, niżeli...
Wstrzymał się, umilkł, patrzał na zmarszczki, okrywające twarz Menochima, na zmęczone, krwistą obwódką otoczone, jego powieki, na usta jego zwiędłe; umilkł; po chwili dopiéro rzekł ciszéj:
— Ojcze! nie odejdę ztąd bez Mirtali. Zabiorę ją z sobą, do Gallii zawiodę, i tam, w bezpiecznym zakącie, uścielę sobie gniazdo ubogie, w którém ukryję ją od cudzych oczu...
Menochim myślał długo, wstrząsał głową, po chwili uroczystym głosem rzekł:
— Przyrzeczona ci od dzieciństwa, Mirtala, jest oblubienicą twoją. Uprowadź ją i zaślub, i niech błogosławieństwo Pana będzie z Wami i potomstwem waszém. Lękam się tylko...
— Lękasz się, aby obecność jéj ucieczki méj nie utrudniła, niech zginie ona lepiéj u boku mego, niżeli...
I znowu wielkim wysiłkiem woli powściągnął się i umilkł. Po grubych zmarszczkach, fałdujących policzki Menochima, spływały dwie łzy.
— Sierocą będzie starość moja, jako cedru, od którego siekiera drwala odrąbała wszystkie latorośle jego...
Podniósł jednak głowę, zarumienił się, oczy jego strzeliły błyskawicą.
— Ale — zawołał — Pan w dobroci swojéj dał mi pociechę nieprzebraną...
Dłoń jego opadła na pergaminy, stół okrywające.
— Z niemi — domówił ciszéj — wytrwam do końca... niemi do chwili ostatniéj służyć będę sprawiedliwości... Z nich biją promienie, które oświecą i ogrzeją dni mojéj starości!...
— Pergaminy te, ojcze, były zajęciem i szczęściem twojém już przedtem, nim ztąd odszedłem. Ale co na nich kreślisz...
— Dowiész się o tém jutro. Jutro, po raz piérwszy, przed ludzkiém okiem całą duszę moję ukażę, a oko to będzie twojém...
Kilkaset tylko kroków oddzielało malutki domek Menochima od obszerniejszego niż wiele innych i pokaźniéj wyglądającego mieszkania Sary. Wewnątrz mieszkania tego widać téż było dostatek, z zamożnością graniczący. W izbie obszernéj, choć nizkiéj także i z ciemnemi, chropowatemi ścianami, wesoło paliły się dwie spore lampy, przy których świetle trzy młode dziewczyny, wysmukłe, bladawe, z grubemi kosami zarzuconemi na plecy, z przywiązanéj do przęśnicy, śnieżno białéj wełny, wiły na wrzeciona cienkie nici, a dwaj poważni, brodaci mężowie, w długich chitonetach i ciężkich turbanach, nad wielką rozwartą księgą wsparci, wiedli ze sobą cichą, częstemi giestami rąk i głów ożywioną, rozmowę. Prządki były córkami Sary; twarze miały pogodne i, często uśmiechając się ku sobie, zamieniały się wesołemi szepty. Jeden z dojrzałych mężów był Goryaszem, owym bogatym perfumiarzem i łagodnym Hillelistą, o którym wspominał Menochim, drugi — Symeonem, małżonkiem Sary, ojcem Transtiberańskiéj synagogi, srogim i twardym zwolennikiem nauk Schamaja, mistrza zaciętéj walki Izraela z obcemi narody. Dokoła ciemnych ścian stały drewniane ławy, stołki i skrzynie, tu i owdzie przyozdobione dość kosztownemi okryciami; stół, przy którym siedzieli dwaj mężowie, zasłany był cennym kobiercem wschodnim, w kącie izby połyskiwał srebrny, ciężki, siedmioramienny świecznik, otoczony misami, dzbanami i czarami z drogiego metalu. Wprawdzie nie było tu nigdzie, na ścianach, sprzętach ani w naczyniach, najlżejszego podobieństwa do czegoś, coby nazwaném być mogło dziełem sztuki: żadnego malowania, żadnych ozdób, żadnéj nigdzie wesołéj, wdzięcznéj gry barw lub linii. Wszystko tu było surowe, poważne, monotonne, niemniéj przecież dostatnie i prawie bogate. W izbie téj panowała cisza, bo dziewczęta szeptały, a dwaj mężowie rozmawiali cicho, częste w rozmowie swéj czyniąc przerwy. W jednym tylko z jéj kątów, w pobliżu srebrnego świecznika, rozlegał się od chwili do chwili donośniejszy nieco wybuch młodzieńczego głosu, lecz milkł natychmiast, skoro tylko Symeon, jakby dla poskromienia wesołości, która go raziła, zwracał w tę stronę twarz swą surową i chmurną. A jednak własny to syn jego, zaledwie dorastający młodzieniec, jedyny pozostały mu po zabiciu przez Rzymian starszego w murach Jerozolimy, rozmawiał tam z przyjacielem swoim, młodziutkim także synem Goryasza. W drugiéj dopiéro izbie, obszerniejszéj jeszcze niż poprzedzająca, oświetlonéj we dnie małemi, lecz licznemi okienkami, a teraz kilku jasno palącemi się lampami, panował ruch i gwar wielki. W jak najlepszém możliwie oświetleniu, stało tam dwanaście krosien haftarskich, od których właśnie w téj chwili powstawały robotnice Sary. Były to kobiety różnego wieku, młodziutkie i stare już prawie, ale wszystkie ubogo odziane, ze stroskanemi, chudemi twarzami, córki lub matki ubogich widocznie i ciężko pracujących rodzin. Pomiędzy niemi, żwawa pomimo znacznéj swéj tuszy, z rumianemi policzkami i bystrym, roztropnym, energicznym wzrokiem małych oczu, mówiąc wciąż i gestykulując, od krosien do krosien przechodząc, uwijała się Sara. Jednym z robotnic udzielała ona pochwał, innym przygan i napomnień. Tu, dobrodusznie uderzając po ramieniu mizerną i bladą dzieweczkę, zapytywała o zdrowie jéj dziada, biednego kochanego starca, który po mieście roznosił perfumy Goryasza. Tam, całując głośno pomarszczone czoło siwéj już kobiety, wołała z żartobliwym zachwytem:
— Ach! jakie to oczy! jakie to jeszcze u ciebie oczy, Miriam! Jak ty ten ładny kwiat dziś wyhaftowałaś! — Gdzieindziéj przyrzekła wdowie jakiéjś, że przez rok cały żywić będzie dwoje jéj dzieci; a tam znowu ładnéj dzieweczce o błyszczącym naszyjniku, do wyrazu surowości nastrajając dobroduszne swe rysy, groziła, że odprawioną przez nią zostanie, jeżeli, tak jak dotąd, więcéj myśleć będzie o przyozdabianiu się naszyjnikami i naramiennikami, niż o ćwiczeniu się w sztuce haftarskiéj. Przytém, z nadzwyczajną zręcznością i wprawą licząc asy i sestercye, dzienną ich płacę rozdawała robotnicom, które, odchodząc, całowały poufale twarz jéj, albo nizkim ukłonem chyliły przed nią głowy i, przechodząc w milczeniu przez izbę poprzedzającą, stopniowo znikały za drzwiami, na ulicę prowadzącemi.
Od lat kilkunastu już Sara kierowała haftarskim zakładem swym, w podobnie czynny i roztropny sposób, a dostatek, napełniający mieszkanie jéj rodziny, z téj-to przeważnie pracowitości i zabiegliwości pochodził. Symeon, biegły niegdyś w sztuce szlifowania i oprawiania drogich kamieni, oddawna już zarobkową pracę zaniedbał, oddając się całkiem prawie czytaniu i rozważaniu ksiąg potrójnie świętych, bo zawierających w sobie dzieje narodowe, ustawodawstwo i wykład religijnéj wiary Izraela. Ciało tylko jego w ścianach tych przebywało, dusza ulatywała wciąż daleko, na Wschód, do miasta Jabue, dokąd, po strasznych i ostatecznych klęskach Izraela, udali się najznakomitsi jego mężowie, na przekor wszystkim prawdopodobieństwom, naradzając się tam nad przechowaniem plemiennéj i religijnéj odrębności Izraelskiego ludu. I teraz także, kiedy Sara w izbie robotnic gasiła lampy, a potém, otwierając skrzynie, starannie wkładała w nie świeżo ukończone roboty i, z błogim uśmiechem na ustach, myślą liczyła ilość znajdującego się już w skrzyniach cennego towaru, Symeon donośniejszym nieco głosem i ze wzrastającym zapałem do Goryasza mówił:
— Z każdéj litery świętych ksiąg naszych wyciągnąć korzec przepisów, które wypełniać będzie zmuszony każdy prawy syn Izraela. Oto zadanie Beth-dinu, mądrego zgromadzenia, które nad przyszłością naszą obraduje w Jabue. Tak, Goryaszu! z każdéj litery korzec przepisów! One-to, jako płot niewzruszony, odgrodzą zewsząd Izraela od obcych narodów. Niech każdy czyn swój pełni inaczéj i każdą godzinę życia swego przepędza inaczéj, niż synowie ludów cudzych, a nie zmiesza się z nimi i nie utonie pośród nich, jak marna kropla w ogromie Oceanu. Z każdéj litery korzec przepisów! a ktokolwiek jednego z przepisów tych, najdrobniejszego choćby, wypełniać nie zechce, przekleństwo nań! przekleństwo srogie, nieubłagane, wykluczające go z pomiędzy żyjących, a ciało i duszę jego oddające na pastwę aniołów śmierci i pomsty! Dzieła tego dokonać zadaniem jest Beth-dinu, zasiadającego w Jabue... dlatego-to dusza moja przebywa częściéj tam, niżeli tu...
Goryasz trząsł zwolna głową, okrytą płowemi, siwiejącemi włosami, a na białéj, drobnemi zmarszczkami pooranéj twarzy jego malował się łagodny smutek. Po chwili wskazujący palec wyciągnął w górę i przyciszonym głosem mówić zaczął:
— Kiedy poganin pewien przybył do Hillela, prosząc go, aby mu wytłómaczył wiarę Izraela, Hillel odpowiedział: „Nie czyń bliźniemu twemu, czego nie chcesz, aby czyniono tobie.“ A mędrcom w Jabue, na wykład wiary naszéj, wkrótce już i lata całe starczyć nie będą...
— Nie czyń bliźniemu twemu, czego nie chcesz, aby czyniono tobie! — z goryczą powtórzył Symeon. — O, Goryaszu! Goryaszu! a jakoż nam przez obce narody uczynioném zostało!
— Grzesznemi są one zapewne — odparł Goryasz — lecz Hillel mawiał także: „Nie sądź bliźniego twego, zanim zważysz: co sercem i myślą jego kierowało.“
— Bliźniego! — zawołał Symeon — niech w téj chwili prawica Przedwiecznego w marny proch rozsypie kości moje, jeżeli kiedykolwiek Greka lub Rzymianina bliźnim moim nazwę!
Łagodny Goryasz żywym jednak ruchem ze stołka powstał.
— O, Symeonie! — zawołał — oby usta synów naszych nie powtarzały słów, które wyrzekłeś!
— Usta i serca synów naszych — krzyknął już prawie Symeon — z pokolenia w pokolenie powtarzać je będą; ale zaprawdę, Goryaszu, miękka nauka Hillela ciebie i podobnych tobie prowadzi wprost ku... odstępstwu!
Goryasz zarumienił się z razu gwałtownie i drżącemi ustami szepnął:
— Odstępstwo!... ja, ja... ku odstępstwu!...
Lecz wkrótce, wierny zasadom swoim, powściągnął gniew, uśmiechnął się pobłażliwie i, biorąc rękę rozgniewanego przyjaciela, a twarz do pałającéj jego twarzy przybliżając, szepnął:
— Symeonie! ojcem synagogi naszéj mianował cię lud... a Hillel mawiał: „Ten, kto pozwala gniewowi, aby go unosił, nie może nauczać ludu.“
Symeon ponuro nad pałającemi oczyma ściągnął krzaczyste brwi i, usiadłszy, zatopił dłonie w gęstwinie kruczych, krętych, siwiejących włosów. W téjże chwili, Sara, która przyzwyczajoną była do sporu i utarczek dwóch przyjaciół, i nigdy w nich żadnego nie brała udziału, donośnym i wesołym głosem wezwała rodzinę swą na wieczerzę. Pośrodku izby stał długi stół, z gładko wyheblowaną deską z cyprysowego drzewa, obficie zastawiany misami i dzbanami, w których znajdowały się ciasta, harbuzy gotowane z mlekiem, ryby, silnie zaprawne cebulą, pierniki z maku i miodu smażone, lekkie i tanie gatunki win. Zastawa ta objawiała także panujący w domu dostatek, z gospodarską skrzętnością złączony. Po chwili, kilkanaście osób, przy wesołém świetle lamp i z gwarem przyjacielskich rozmów, stół ten obsiadło. Lecz zaledwie, po odmówionéj przez Symeona modlitwie, ręce biesiadników wyciągnęły się ku misom i dzbanom, drzwi, wiodące na ulicę, otworzyły się cicho, i do izby weszła Mirtala. Wchodzącą powitał głośny okrzyk trojga dziewcząt, uprzejmy uśmiech Goryasza, ciekawy, choć nieśmiały, wzrok dwóch młodzieńców, i pieszczotliwe cmoknięcie pulchnych ust Sary. Ale ona, roztargniona i milcząca, nie patrząc na nikogo, szybko przeszła dużą izbę, stanęła przed Sarą i, obie dłonie na ramionach jéj opierając, schylona, długo jéj coś na ucho szeptała. Sara, słuchając, szeroko otwierała swoje małe oczy, wydawała urywane okrzyki, bladła i rumieniła się naprzemian; aż gdy dziewczyna szeptać jéj do ucha przestała i wyprostowała się, klasnęła w pulchne dłonie, zerwała się ze stołka i, wyciągając ręce do obecnych, krzyknęła:
— Słyszycie! słyszycie! co ta dziewczyna mi powiedziała! Ach! co ona mi powiedziała! Jonatan przyszedł! Jonatan znajduje się w domu ojca swego, Menochima! Jonatan, który poszedł był tam... razem... z moim Enochem...
Enoch, był to ten syn jéj pierworodny, który na polu bitwy zginął... tam! Usłyszawszy o powrocie Jonatana, kobieta tylko o synu swym pierworodnym wspomniała, i z twarzą w dłoniach, rozpłakała się rzewnie. Ale wieść, przez nią ogłoszona, na wszystkich obecnych silne i różnorodne wywarła wrażenie. Symeon powstał szybko i wymówił z cicha:
— Jonatan... towarzysz Enocha mego!
I w ponurém oku jego błysnęła łza, niby krótka, męzka odpowiedź na długi, niewieści płacz Sary. W zamian, błękitne, łagodne oczy Goryasza zapaliły się iskrami.
— Jonatan! słodkie pacholę, którego w lwa zamieniła miłość ojczystéj ziemi!
Dwaj młodzieńcy powstali i z pałającemi twarzami przybliżyli się do Mirtali; poskoczyły téż z siedzeń swych dziewczęta i, pobrzękując dzwonkami, zdobiącemi ich sandały, otoczyły rówieśnicę wieńcem ramion i zarzuciły ją gradem szczebiotliwych pytań. Sara, płacząc jeszcze, bezładne téż pytania zadawała Mirtali. Młodzi chłopcy wołali:
— Pragniemy zobaczyć go! chcemy go słyszéć!
Goryasz, pomimo dojrzałego wieku swego, żywy, i którego łagodność naiwnym niekiedy czyniła, mieszał téż głos swój ze szczebiotem niewieścim i młodzieńczym. Gwar nietylko nie ustawał, ale zwiększał się, gdy niecierpliwy Symeon surowym i nakazującym głosem zawołał:
— Uciszcie się! Niewiasty, pozamykajcie gadatliwe usta! Pacholęta, ustąpcie na stronę! Języki wasze podobne są do młynów, a głowy do pustego pola, z którego wiatr ciekawości zmiata ziarna rozumu!...
Głosu ojca rodziny, tego srogiego głosu, który nie znał pieszczoty ani śmiechu, usłuchali wszyscy. Wśród ogólnego milczenia, Symeon zapytał Mirtali, z czém przybywała i czego żądała? W ogniu rumieńców cała, ze spuszczonemi oczyma, bo nigdy jeszcze nie ośmieliła się spójrzéć w twarz Symeona, Mirtala poselstwo swe opowiedziała. Symeon, po chwilowym namyśle, zwrócił się do żony:
— Saro, daj dzieweczce wszystko, co najsmakowitszego i najposilniejszego w domu swym posiadasz... Naléj do dzbana najlepszego wina, wyjm ze skrzyni pościel najmiększą... Niechaj posili się i spocznie obrońca Syonu... towarzysz Enocha.
Potém do Mirtali rzekł:
— Powiédz temu, który dziś nawiedził progi wasze, (niech błogosławieństwo Pana towarzyszy każdemu krokowi jego i każdéj chwili jego życia!) że pojutrze, wnet po zachodzie słońca, zwołane będzie do domu modlitwy Moade-El Święte Zgromadzenie najlepszych członków Kehili (gminy), któremu bojownik i wędrowiec boje i wędrówki swe opowiadać będzie. A teraz weź to, co w ręce twoje włoży Sara, i odejdź w pokoju!
Wkrótce Mirtala była już z powrotem w ojcowskim domu i, stawiając na stole misy i dzbany, któremi Sara nietylko ją, ale i jednę z córek swych obciążyła, usługiwała dwom mężczyznom, pogrążonym w milczącéj zadumie. Po piérwszych wybuchach powitania, po piérwszych krótkich i urywanych zwierzeniach, Jonatan umilkł. Znać w nim było znużenie wielkie, na długie rozmowy nie dozwalające, lecz nie przeszkadzające myślom męczyć daléj zmęczoną już głowę. Uważnie, uparcie przypatrywał się wszystkim kątom małéj izby, i widać było, że wspomnienia dzieciństwa i piérwszéj młodości strugami biły do pamięci jego, że w sercu jego dwie przeszłości, całkiem do siebie niepodobne, walczyły z sobą, dobijając się o piérwszeństwo. Menochim milczał także i wpatrywał się w przybranego syna z czułością i niepokojem. Mirtala podała im misę z wodą, którą omyli sobie ręce, a potém misy z potrawami i dzbany, z których do glinianych kubków nalewano wino. Jonatan przestał przypatrywać się izbie i zaczął ścigać wzrokiem każde jéj poruszenie. Teraz, gdy ochłonęła nieco ze wzruszeń, wieczoru tego doznanych, a gorliwie i cicho krzątała się około stołu, ktoś, znający ją przedtém, dostrzedz mógł-by zaszłe w niéj zmiany, subtelne, lecz nadające jéj pozór, dziwnie z otoczeniem jéj niezgodny. Niedawno jeszcze, każdy poznał-by w niéj od razu Izraelitkę, mieszkankę żydowskiéj na Transtiberim dzielnicy; teraz, w ruchach jéj, postawie i nawet w wyrazie twarzy było coś, od czego wiał inny świat jakiś, coś, niby echo dalekiéj jakiejś muzyki. Ogniste kędziory jéj, splątane dawniéj w gąszcz nierozwikłany i ciężkim wieńcem otaczające jéj głowę, teraz spływały na szyję jéj i plecy w jedwabistych, spokojnie falujących zwojach. Spłowiała suknia jéj układała się w fałdy nieruchome, w malownicze węzły splatał się jéj u stanu pas, wyszyty w jaskrawe palmy; a gdy prosta i lekka, cichą stopą przebywając izbę, w podniesionéj ręce niosła dzban z czerwonéj gliny, dziwnie podobną była do tych postaci greckich i rzymskich dziewic, które, z marmuru ukute, zaludniały place i portyki Rzymu. Jak we wnętrzu posągów, spokojnych i białych, zdaje się gorzéć ukryty, a źródłem czaru ich będący, ogień namiętności, tak po bladawéj, milczącéj jéj twarzy, grały i migotały błyskawice blizkiéj burzy uczuć. I jak oczy posągów zdają się nieruchomo tkwić w nieskończoności, tak jéj źrenice, głębokie i zadumane, po-przez wszystko, co ją otaczało, patrzały kędyś daleko...
Jonatan jadł mało. Długa nędza odzwyczaiła go od obfitego używania pokarmów. Lecz, niosąc do ust czerwony kubek z winem, zatrzymywał go przy bladych wargach i, wzrokiem płonącym wśród ciemnych kół, otaczających powieki, nieustannie ścigał Mirtalę. Gdy po ukończeniu wieczerzy otworzyła ona wązkie, niewidzialne prawie drzwiczki, i zniknęła na ciemnych schodkach, wiodących do izdebki, znajdującéj się na górze i mającéj być mieszkaniem Jonatana, zwrócił się on do zamyślonego Menochima.
— W dzieweczce — rzekł — czuję coś obcego... Rzym wieje od niéj.
Menochim odpowiedział:
— Dobrą jest, uległą i pracowitą. Nigdy przez nią nie zapłakało oko moje. Sara uważa ją za piérwszą swoję robotnicę. Będzie ci ona żoną wierną, niewiastą, która buduje dom męża...
Po chwili milczenia, wstając, Jonatan rzekł:
— Powiédz jéj, ojcze, aby nie odchodziła ztąd nigdzie. Moją jest. Nie zostawię jéj tu za żadne skarby świata. Minął dzień krwi i tułaczki. Pożądam dnia radości. Mirtala żoną moją zostanie i powiodę ją do Gallii, aby tam była ozdobą życia mego.
Wkrótce potém cicho i ciemno było w domu Menochima. Na tarasie, za trójkątną przybudówką, co mieściła w sobie górną izdebkę, zakryty ścianą przed wzrokiem tych, którzy-by wczesnym rankiem przechodzili ulicą, Jonatan leżał na miękkiéj pościeli, przez Sarę mu przysłanéj, i z twarzą zwróconą ku nocnemu niebu, szeroko otwartemi oczyma wpatrywał się w gwiazdy. Usta jego poruszały się od chwili do chwili, jakby modlił się, lub z kimś niewidzialnym rozmawiał. Raz głośniéj nieco wymówił:
— Panie Zastępów! czemuś nas opuścił?
W téj saméj chwili, cicho otworzyły się drzwi domu, i na zmrok nocy wysunęła się z nich szczupła niewieścia postać. Kamień duży leżał w blizkości progu; usiadła na nim, wciągnęła w pierś ciepłe powietrze, wzruszane rzeźwiącemi podmuchami wiatru, ale twarzy nie podniosła ku niebu, owszem, schyliła ją nizko i ukryła w dłoniach.
— Biedny on, biedny! biedni oni! — szepnęła.
Myślała o Jonatanie i Sarze, opłakującéj zabitego syna, o ponurym Symeonie, łagodnym Goryaszu, o dwóch młodzieńcach, którzy dziś, na wieść o przybyciu obrońcy Syonu, takie wzburzone mieli twarze i załzawione oczy.
— Biedny on! — powtarzała — zczerniały od nędzy, ze zbielałemi usty! Biedni oni wszyscy, smutkiem, ubóztwem i gniewem trapieni! biedni my wszyscy!
Podniosła twarz smutną i, osłupiałym wzrokiem wpatrując się w mroczną przestrzeń, pod dotknięciem jakby wspomnienia jakiegoś, drgnęła.
— Powiedział: „Przyjdź jutro do portyku!“ A ja... nie przyjdę! O, Artemidorze!





IV.

— Artemidorze! Artemidorze! dokąd tak śpiesznie dążysz? I tak samotnie, w towarzystwie jednego tylko Heliasa swego! Gdzież są weseli przyjaciele twoi? czy opuścili cię twoi uczniowie i wielbiciele?
Tak brzmiał donośny i piskliwy, jakkolwiek wykwintnym akcentem wielkiego świata przyozdobiony, niewieści głosik.
Było to na ulicy, która, wypływając z pod bramy Ostyjskiéj, staczała się po pochyłości Awentynu, ku wysokiemu łukowi Germanicusa i przeświecającemu za nim szlakowi rzeki. Na rzece, z pod arkad łuku widać było most, łączący Awentyn z Janikulskiém wzgórzem, u którego stóp, nizko przy ziemi, szarzała i mrowiła się żydowska dzielnica. Długi rząd wykwintnych domów i arkad z towarami oddzielał ulicę tę od rynku rybiego, którego gwary i swędy przylatywały tu z powiewami wiatru. Ulica to była piękna jeszcze, źwierciadłem stwardniałéj lawy zasłana, w dwie kosztowne niby klamry bramy Ostyjskiéj i łuku Germanicusa ujęta, z bazaltowemi chodnikami, pełnemi przechodniów dostatnio ubranych; lecz czuć tu już było blizkość części miasta ubogich, handlarskich, ciasnych i cuchnących. Z pod wysokich sklepień bramy Ostyjskiéj wypłynęło na ulicę towarzystwo, złożone z kilku wystrojonych i wyperfumowanych mężczyzn, a na którego czele biegła raczéj, niż szła, żwawa i zgrabna Kaja Marcya, dogonić usiłująca wysmukłego mężczyznę w białéj tunice, za którym postępował jeden tylko młodziutki chłopak, w grecki chiton przybrany. Środkiem ulicy, kilku lektykarzy niosło, połyskującą ozdobami, lecz pustą lektykę. Kaja Marcya wolała chodzić po mieście pieszo, bo tym sposobem łatwiéj zatrzymywać się mogła we wszystkich bramach i portykach, pod wszystkiemi łukami i arkadami miasta, aby tam patrzéć, słuchać, podsłuchywać, chwytać po drodze znajomych i nieznajomych, wabić i pociągać ku sobie urokiem niebrzydkich jeszcze oczu i pustéj, ale wesołéj paplaniny, młodych i niemłodych próżniaków, których ilość znaczna, czas pozostający od wizyt, uczt i łazien, przepędzała na otwartém powietrzu i bezmyślném zbijaniu kosztownych bruków miasta. Dziś Kaja miała na sobie suknią, bogato naszytą haftowanemi szlakami, i mnóztwo bursztynów na pół-odkrytéj piersi i ramionach, w uszach i włosach, które, przed kilku dniami rude, dziś, nagle, stały się czarnemi. W czarnych lokach było jéj daleko więcéj do twarzy, niż w rudych, i kiedy Artemidor, na dźwięk imienia swego, zatrzymał się pośród chodnika, ujrzał przed sobą kobietę wcale ładną, niezmiernie ożywioną, zalotnemi oczyma błyskającą i giestykulującą rękoma białemi, na których błyszczały drogie pierścienie. Od otaczających ją mężczyzn wionęła na niego silna woń perfum. Utrefieni, w suknie barwiste ustrojeni, z blademi, zmęczonemi, pół-znudzonemi a pół-rozswawolonemi twarzami, powitali go oni chórem uprzejmych, wesołych okrzyków. Jeden z nich mówić zaczął wierszami, ale Kaja, jedną ręką trzymając srebrny łańcuszek, na którym prowadziła za sobą nieodstępnego pieska swego, drugą, giestem poufałym, opuściła na ramię malarza.
— Dokąd, mistrzu, w téj porze i w tém miejscu?
— Pora i miejsce to temi samemi są dla mnie i dla ciebie, Domina — śmiejąc się, odrzekł malarz.
— Na Dyanę, w któréj świątyni przepędziłam dzisiejszy poranek, wymijającą dałeś mi odpowiedź! Chcę wiedziéć, dokąd idziesz?
— Na Janikul, do ogrodu Cezara...
— Za godzinę słońce już zajdzie. Czy zamierzasz przechadzać się w ciemnościach nocnych?
— Zamierzam malować noc, spuszczającą się na kwiaty, tak, jak nielitościwa starość spuszcza się na lica niewieście...
Towarzysze Kai parsknęli śmiechem; jeden z nich wierszami znowu pochwalił złośliwy dowcip malarza, Kaja zaśmiała się także.
— Otoż dociąłeś mi! — zawołała. — Nic to; gniewać się na ciebie nie będę, bo jesteś najpiękniejszym młodzieńcem w Rzymie, i w dodatku, muzy mściły-by się na mnie, gdybym ci co złego uczyniła. Dlaczego jesteś dziś tak samotny? Helias jest ślicznym chłopcem, ale towarzystwo jego wystarczyć ci nie może. Pójdź z nami. W Ostyjskiéj bramie spotkaliśmy przekupnia, który uraczył nas zamrożoném mlekiem i wybornemi ciastkami, nadziewanemi pasztetem z ptasich wątróbek. Teraz dążymy do świątyni Junony, gdzie na intencyą pewną zawiesić mam serce, ulane ze złota i przyozdobione najpiękniejszym z moich szmaragdów. Będzie to ofiara, godna bogini, do któréj szczególne uczuwam nabożeństwo. Potém, Artemidorze, wsiądę do lektyki mojéj i poniosą mnie na Marsowe pole, bo pałam ciekawością ujrzenia przygotowań, które czynią tam do Appolińskich igrzysk. Pójdź z nami!
Wesołość Artemidora zmieniać się zaczynała w znudzenie. Roztargniony, kędyś w stronę mostu poglądający, odrzekł:
— Nie, Domina; szukam dziś samotności; z tobą przestając, znalazł-bym się w towarzystwie całego Rzymu.
— Znowu dociąłeś mi, niepoprawny! Nie pierwszy to raz do zrozumienia mi dajesz, że plotkarką jestem. Powiem ci zato parę wiadomości, które pewno zmartwią cię tyle, ile mnie cieszą pojutrzejsze igrzyska. Czy ty chociaż o igrzyskach tych wiész cokolwiek? Na polu Marsowém zobaczymy tańce trojańskie; tak, trojańskie tańce, wykonywane przez kwiat młodzieży naszéj, którą dowodzić będzie sam przepiękny Tytus. Umieram z ciekawości i lecę, aby zobaczyć, jak budują trybuny i loże... Podobno osobna loża wzniesioną będzie dla Bereniki i dworu jéj... Powiadają, że po skończeniu igrzysk, Berenika laurowy wieniec włoży na głowę Tytusa, a w téj saméj chwili ogłoszoném zostanie ludowi małżeństwo przyszłego Cezara z... Żydówką. Czy my naprawdę doczekamy tego, że Cezarowie nasi żenić się będą z kobietami Wschodu?... Ale o tém wszystkiém: sza! bogom wszystko wolno... Ja na igrzysko patrzéć będę z loży Cestyusza...
— Zapominasz, Domina, że winną mi jesteś zemstę — przerwał Artemidor.
Zaledwie przypomnieć sobie mogła to, co mówiła przed chwilą.
— Tak, na mściwą Junonę! — z wybuchem śmiechu zawołała. — Docinałeś mi dziś bez litości starością i plotkarstwem, muszę cię w zamian zmartwić.
Wspięła się na palce i, wciąż wspierając dłoń na ramieniu malarza, tajemniczo szeptać zaczęła:
— Przyjaciele twoi niech będą ostrożni. Zły wiatr wieje nad domem Helwidyusza i Fanii, i nad głową tego starego nudziarza, Muzoniusza, którego, niech zginę, jeżeli wiem, dlaczego filozofem nazywają, bo popełnianie szaleństw jest jego udziałem. Jeżeli Pretor nie osądzi sprawy Karusa i Argentaryi tak, jak się Domicyanowi podoba,... nie ręczę, czy koniec miesiąca tego ujrzy go jeszcze w Rzymie. Wiem o tém od Cestyusza, który wié wszystko... Syn Cezara!... Karus jest ulubieńcem syna Cezara! Czy twój Pretor oszalał, że ciągle sprzeciwia się tym, którzy w dłoniach swych dzierżą pioruny ziemskie? Muzoniusz znowu prawił coś publicznie o starodawnych dyktatorach, co, gdy tylko niepotrzebnymi już byli, składali władzę w ręce ludu, który ich nią obdarzył. Wszyscy zrozumieli, komu-to dociąć chciał Muzoniusz. On i Dyonizyusz z Pruzyi, i wielu jeszcze głupców myślą, że krzykami swemi zmiotą z pallatium następców Augusta... Przyjaciele twoi, Artemidorze, są kupą szaleńców...
Tu wspięła się wyżéj jeszcze i ciszéj szepnęła:
— Na stole Wespazyana oddawna już leży edykt, skazujący na wygnanie wszystkich waszych filozofów, pod których płaszczami oddychają Manliusze i Brutusowie. Dobry Cezar z podpisaniem jego waha się jeszcze, ale... lada sposobność... A co? czy nie zemściłam się nad tobą? Piękne oblicze syna muz zciemniało, jak noc burzliwa!...
Jak noc istotnie zciemniała twarz Artemidora, przed chwilą jeszcze śmiejąca się niedbale i przyobleczona wyrazem żartobliwéj niecierpliwości.
— Dostojna Kajo! — ozwał się ten z towarzyszy gadatliwéj kobiety, który przedtém przemawiał wierszami — jeżeli przy świetle dzienném chcesz dziś jeszcze zobaczyć pole Marsowe...
— Ależ chcę, Marcyalu, pałam tą chęcią... Masz słuszność, Marcyalu, spóźnię się najpewniéj... Żegnam cię, Artemidorze! Czy słyszałeś o tém, że nazajutrz po trojańskich igrzyskach Cezar wydaje wielką ucztę dla ludu?... Wino lać się będzie strugami... najprzepyszniejsze mięsiwa, mnóztwo skoczków i kuglarzy, wystawa osobliwości na Forum... Lud obżerać się i bawić będzie... Żegnam cię, Artemidorze! Nie wiesz jeszcze pewnie o tém, że Domicyan nie otrzymał dowództwa wojsk, wychodzących przeciw Allanom, i niepowodzenie to przyprowadza go do wściekłości... pociesza się tylko Longiną, ukradzioną Lamii... Dziwy nad dziwami! Lamia, zamiast rozpaczać po téj niewiernéj, rzucił się w orgie, w których dotąd nie widywano go nigdy... Żegnam cię, Artemidorze! Czyś słyszał o téj kobiecie z Lukanii, która powiła dziecko z czterema głowami? Fatalny prognostyk! Fatalniejszy jeszcze, niż ta ognista kula, którą widziano, spadającą nad Wejami...
— Kajo Marcyo! — przerwał znowu najpoufalszy z towarzyszy jéj, poeta Marcyalis — zamknij na chwilę usta swe i wsiądź w lektykę, jeżeli nie chcesz ściągnąć na siebie gniewu Junony za niezłożenie jéj ofiary twojéj w dniu przyrzeczonym.
— Niech-że bogowie bronią mię od popełnienia przestępstwa takiego — zawołała kobieta, na któréj twarzy odmalował się przestrach istotny i, ciągnąc za sobą kudłatego pieska swego, pośpieszyła nakoniec do swéj lektyki, którą lektykarze ponieśli ku wznoszącéj się na pochyłości Awentynu świątyni Junony i za którą, uśmiechając się złośliwie lub wesoło rozmawiając, śpiesznie udali się utrefieni i wystrojeni próżniacy.
Lektyka Kai krzyżowała się w drodze z wielu innemi lektykami, a za każdą z nich postępowały większe i mniejsze orszaki, złożone z ludzi różnego wieku, stanu i strojów, a wszyscy tym swoim pochodem składali hołd szacunku lub dowód przyjaźni temu, którego niesiono w lektyce. Zresztą, jak zwykle w porze zachodu słońca, ruch na ulicach Rzymu ustawać zaczynał; większość bowiem mieszkańców miasta znajdowała się już w ścianach domowstw i zasiadała do głównego dziennego posiłku. Zamrożone mleko i pasztet z ptasich wątróbek, które Kaja Marcya naprędce spożywała w Ostyjskiéj bramie, stanowiły prandium (podwieczorek), po którym oczekiwała ją jeszcze kędyś obfita albo i świetna coena, czyli wieczerza. Dnia tego zresztą nie miała już ona zobaczyć przygotowań do igrzysk trojańskich, dokonywających się na Marsowém polu, bo wieczór zbliżał się szybko, a lektyka jéj, w drodze do świątyni Junony, zatrzymała się raz jeszcze, i zza podniesionéj firanki jéj wychyliła się głowa kobieca, ubrana w bursztyn, i z przywołanym przechodniem jakimś długą zagaiła rozmowę.
W złotych i różowych blaskach nadchodzącego wieczoru, w przycichających gwarach rybiego rynku i mrowiącéj się za rzeką żydowskiéj dzielnicy, u końca ulicy, wypływającéj z pod Ostyjskiéj bramy, w téj chwili pustéj już prawie, Artemidor zatrzymał się i stanął, plecami oparty o rzeźbione gzémsy luku Germanicusa, twarzą zwrócony ku miastu, u którego szczytu, w przeczystém powietrzu, pałające światła walczyć zdawały się z przezroczystemi cieniami. Nieopodal, pod ciemném sklepieniem łuku zatrzymał się téż i stanął Helias, młodziutki sługa o greckich rysach, długich jedwabistych włosach i przenikliwych oczach, jedno z tych chłopiąt pięknych, starannie uczonych, przebiegłych i zręcznych, które posiadać musiał w domu swym każdy wykwintny Rzymianin, i które u boku panów swoich pełniły czynności podczaszych, deklamatorów, czasem trefnisiów lub szpiegów, częściéj powierników, posłów, kochanych i pieszczonych ulubieńców domu.
Helias na służbie u Artemidora trefnisiem ani szpiegiem być nie mógł, lecz u stołu, w niewielkiéj ale wykwintnéj jadalni malarza, kołysał w rękach swych amforę łabędzich kształtów, i gdy ze srebrnego jéj dzioba sorrenckie lub fabonyjskie wino lało się w rubiny kryształowéj czary, srebrny głos swój łączył z cichém dzwonieniem płynu, pół deklamując, pół śpiewając poezye greckie. Nieraz téż, od lat już kilku, panu swemu, wiodącemu swobodny i rozkoszny żywot słynnego artysty, służył on za powiernika i posła w miłosnych przygodach, a nikt lepiéj od niego nie umiał pokryjomu wręczyć tabliczki, opieczętowanéj woskiem, młodziutkiej żonie bogatego starca; nikt gorliwiéj i bystrzéj nie strzegł domu, w którym pan jego pędził miłe godziny na umówionéj schadzce. Wiedział on dobrze, co nastąpić miało, gdy malarz wymykał się starannie od przyjaciół swych i wielbicieli, a na samotną udając się wycieczkę, jemu jednemu tylko mówił: „Pójdź ze mną, Heliasie!“
W téj jednak stronie miasta nigdy jeszcze z panem swoim nie był. Czyżby Artemidor naprawdę dążył do ogrodu Cezara, którego gęsta zieleń okrywała część Janikulskiego wzgórza? Być może, iż czeka tam na niego bogata Fulwia, którą opuścił był przed rokiem, a która go ku sobie dotąd jeszcze przyzywać nie przestawała, albo tancerka Higarya, Andaluzka ta z wulkaniczném okiem, któréj portret, niedawno, w postawie lubieżnie w tańcu przegiętéj, z rozwianym włosem i sistrą w podniesionéj ręce, na ścianie sypialni swéj sam wymalował? Któż zresztą zgadnąć może, z kim spotkać się, jakiéj przyjemności użyć zamierza w ciemniejącym ogrodzie, ten, którego usta tak świeże są i śmieją się tak często, którego serce napawa się naprzemian wzniosłą pięknością sztuki i czarami ziemskich, upalnych rozkoszy? Lecz dlaczegoż stanął on w cieniach pysznego łuku i, bez śladu uśmiechu na zamyślonéj twarzy, zapominać zdawał się o celu swéj wycieczki?
Celem wycieczki jego nie był wcale ogród Cezara, tak jak o tém powiedział kobiecie, zarzucającéj go natrętnemi pytaniami. Przedpołudniowe godziny spędził on dziś w Awentyńskim portyku, kwiecistą girlandą, którą go przyozdobił, z upodobaniem i zapałem spinając postać Eraty, muzy poezyi lekkiéj i miłosnéj, w bluszcze owiniętéj, ze złotą lirą w dłoniach. Pomimo zapału i rozkoszy, jakiemi przejmowało go, wypływające z pod pęzla jego, białe oblicze bogini, od chwili do chwili spójrzenie jego spadało w dół i błądziło śród kolumn portyku. Piérwszy to raz w życiu swém nie spostrzegał kogoś, kogo ujrzéć pragnął; piérwszy raz ktoś, kogo przyzwał do siebie, nie przybywał. Nieprzyzwyczajony do przeciwności i zawodów, niecierpliwił się, i było coś dziecinnego w gniewnym gieście, jakim paletę i pęzel rzucił na ręce uczniów swoich, a ponsowe usta ułożył w zarys wzgardliwy. Wcześniéj, niż zwykle, przerwał robotę, i w otoczeniu liczném, a po drodze wzrastającém, udał się do łazien, gdzie długo i zawzięcie w marmurowym basenie, zimną wodą napełnionym, używał przyjemności pływania, a potém, w Elaeothecium, czyli sali perfum, przeciw zwyczajowi swemu, gburowato zgromił posługacza, że go nazbyt obficie namaścił był wonnemi płynami. Brzydził się modą zbytecznego perfumowania się, i do sali perfum wchodził tylko dla zaprawienia wonią fiołków kruczych swych włosów. Tym razem, roztargniony, pozwolił posługaczowi uperfumować się za wiele i, opuszczając łaźnią, wszystkich, którzy na Ambulatio, dziedzińcu do przechadzania się, zaczepiali go przyjacielskiemi powitaniami, obrzucił strzałami złośliwego dowcipu. Do poróżnionego z żoną Cestyusza, którego właśnie portyk za ogromną malował zapłatę, a który, z wysokości bogactw i przydwornego stanowiska swego, witał go wspaniałym giestem, zawołał:
— Jakże powodzi się dostojnéj Flawii, małżonce znakomitego Cestyusza? Odkąd judejscy czy chaldejscy bogowie zajmować ją zaczęli, Rzym widziéć ją przestał!
Karusowi, najbliższemu przyjacielowi jednego z synów Cezara, rzekł:
— Młodym jesteś, Karusie, a śmierdzisz perfumami, jak stara zalotnica!
Ze Stelli, bogatego próżniaka, bawiącego się poezyą i skupowywaniem dzieł sztuki, zaśmiał się:
— Czy od wczoraj, Stello, ułożyłeś choćby kilka złych wierszy? A Axiusz, ten handlarz z Sabury, czy oszukał cię znowu, sprzedając ci za wielką cenę wyrób ostatniego partacza za arcydzieło Mirona lub Praxitela?
Obrażeni wzruszali ramionami, lecz w milczeniu połykali złośliwe przygryzki malarza.
— Zdaje się — wyrzekł Cestyusz — że, po Cezarze i synach jego, artyści są w Rzymie ludźmi, którym najwięcéj wolno. Innemu nie uszły-by na sucho zuchwalstwa, jakich się on dopuszcza. Ale tego młokosa karcąc, obrazili-byśmy muzy, których jest wybrańcem...
— I oburzyli-byśmy przeciw sobie wszystkich, którzy w Rzymie przepadają za sztuką malarską... — dodał Karus.
— Za obrazę, jemu zrządzoną, kobiety rzymskie podniosły-by bunt, jak wtedy, kiedy im Katon złote naramienniki nosić zabronił — owijając się w jedwabną suknią z szerokiemi rękawami, i miękko układając się na sofie, dokończył biały, ładny, leniwy Stella.
W domu pretora Artemidor długo rozmawiał z Fanią, któréj opowiedział krzywdę, wyrządzoną wczoraj Mirtali przez garderobianę jéj, Egipcyankę Chromią. W godzinę potém, Chromia, zagrożona strąceniem jéj na niższy szczebel domowéj posługi, podniosła wielki krzyk żalu i złorzeczeń, na który jednak nikt nie zważał, bo ważniejsze stokroć sprawy zajmowały rodzinę pretora. W dniu poprzedzającym, Helwidyusz, na uczcie w Pallatium, przy stole Cezara przemówił się ostro z ministrem skarbu, Klaudyuszem Etruskiem, starym Syryjczykiem i wyzwoleńcem, który przebiegłym rozumem i wschodnią służalczością dosięgnął najwyższych zaszczytów dworskich, a płaski, giętki, korny, służył już siódmemu z rzędu Cezarowi. Pomiędzy dworakiem tym a ojcem jeszcze Helwidyusza, starym i nieugiętym republikaninem, istniała głucha nieprzyjaźń, która, raz wybuchnąwszy, skończyła się upadkiem i zgubą drugiego.
Do matki i żony Pretor z pokorą prawie mówił:
— Przebaczcie mi, że mącę wciąż spokojność waszę. Powinienem był milczéć, gdy podły Syryjczyk, schlebiając Wespazyanowéj namiętności, układał niemiłosierne i niesprawiedliwe plany nowych podatków. Wszak wiadomo, że stanie się tak, jako lis ten doradza, ale porywczy jestem i rozdrażniony. Nad głową moją czuję miecz Damoklesa. Jest nim sprawa Karusa i Argentaryi. A ten, kto pewnym nie jest, czy jutro jego białém lub czarném będzie, gołębiem być nie może.
Teraz znowu słowa Kai Marcyi, wybornie zazwyczaj o wszystkiém zawiadomionéj, potwierdziły obawy te, których pełnemi były dziś oczy Fanii, gdy na wzburzoną twarz męża swego patrzała. Artemidor, który po spożyciu w domu swym lekkiego prandium, rzekł do Heliasa, aby szedł za nim, i szybko, wesoło, znowu dążył ku Transtiberim, stanął u łuku Germanicusa i schmurzoném okiem wodził po przyozdabiających go rzeźbach. Rzeźby te przedstawiały bitwy i zwycięztwa, odniesione przez jednego z najczystszych i najszlachetniejszych bohaterów przeszłości rzymskiéj. Czystości téj i szlachetności, sławy rozgłośnéj i wielkiéj w narodzie wziętości zazdrościł mu Tyberyusz, mądry ten, lecz okrutny władzca, który tysiącami krwawych ofiar utrwalił dzieło poprzednika swego, Augusta. Czy Germanicus, wcześnie umierając, padł ofiarą zawiści i podejrzeń jego? Czy istotnie trucizna przecięła mu w połowie piękną nić życia? Tak o tém, gdy Artemidor małém chłopięciem był, mówiła mu matka ze zgrozą w oku; w to wierzył on i teraz, patrząc na rzeźby, bogato okrywające wspaniałe i wdzięczne zagięcia łuku, który pomnikiem był wielkiego męża, zgubionego tak, jak zgubionymi może będą wkrótce ci, których imiona szeptały mu przed chwilą płoche usta Kai. Wkrótce może, tak jak niegdyś Agrypina, małżonka Germanicusa, Fania, z dalekich krain wygnania wracając, tu, w tym porcie Tybrzańskim, ze statku na ziemię rzymską zstąpi i w dłoniach, o zemstę wołających, wysoko wzniesie urnę z popiołami zamordowanego męża!...
Opuściła go w téj chwili wszelka myśl płocha. Szedł był z zamiarem szukania Mirtali, któréj twarz i postać daleko głębiéj wryły się w jego pamięci i rzewniejsze budziły w nim uczucia, niż to kiedykolwiek było udziałem świetnéj Fulwii i nawet prześlicznéj, szalonéj Higaryi.
Szedł, aby znaléźć ją i dowiedziéć się od niéj, dlaczego nie przyszła, gdy on powiedział jéj wczoraj: przyjdź! Ale teraz, po rozmowie z Kają, która odnowiła w nim wrażenie, dziś w domu Pretora doznane, i po myślach gniewnych, poważnych, obudzonych w nim przez przypatrywanie się rzeźbom, zdobiącym łuk Germanicusa, gonienie za schadzką, jeżeli nie miłosną, to w miłosném uczuciu przyczynę mającą, zdało mu się niepodobném. Jednak, gdy spojrzał na rój nizkich, ciemnych domków żydowskiéj dzielnicy, gdy w pierś mu zaleciał cuchnący zaduch, gęstą parą owijający stopy Janikulskiego wzgórza, oczy jego napełniły się wyrazem żalu. Szybkim ruchem wyjął z za sukni tabliczkę, oblaną stwardniałym woskiem, i złotym stylem pisał na niéj przez chwilę, potém, spojrzeniem i ruchem głowy przywołał ku sobie Heliasa. Długowłose chłopię, znudzone i z niecierpliwione, przyskoczyło natychmiast i, zaledwie Artemidor z cicha do niego mówić zaczął, skupiona uwaga odmalowała się na pojętnéj twarzy jego. Bystrym wzrokiem ścigał giesta pana swego, który, wyciągnąwszy ramię, wskazywał mu żydowską dzielnicę i jakieś śród niéj kierunki i zwroty. Potém wręczył mu zapisaną tabliczkę.
— Widziałeś ją nieraz w portyku i w domu Fanii. Poznasz ją?
Greczynek potwierdzająco wstrząsnął głową.
— Znajdziesz ją?
Spojrzał wyzywająco i w drwiącym uśmiechu ukazał śnieżne zęby.
— Czekać cię będę w domu. Odpowiedź przynieś mi. Śpiesz.
Przed domem Menochima stało grono młodych dziewcząt, obejmujących się ramionami i z cicha, z ożywieniem wielkiém, z sobą rozmawiających. Były to córki Sary, które, przysłane tu przez matkę dla dopomożenia Mirtali w sporządzaniu wieczerzy, pozostały jeszcze, trapione ciekawością zobaczenia Jonatana, albo przynajmniéj dowiedzenia się szczegółów o tym niezwykłym człowieku i towarzyszu nieszczęsnego ich brata. Żółte i niebieskie suknie ich wesoło świeciły przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca; czarne i rude kosy ocieniały szyje, połyskujące szklanemi naszyjnikami; dzwonki sandałów pobrzękiwały u ich stóp, niecierpliwie poruszających się. Jedna trzymała srebrny dzban, napełniony winem; druga zawieszała na ramieniu Mirtali bogato haftowany ręcznik do ocierania rąk po umyciu ich przed i po jedzeniu; trzecia głaskała dłonią włosy towarzyszki, żywo opowiadając o krzątaninie, która od wczoraj w domu ich zaszła. Ojciec ich, Symeon, zajęty był całkiem zwoływaniem na jutro gminy do domu modlitwy, matka płakała i śmiała się z kolei, a im bezustannie rozkazywała dopomagać Mirtali w przyjmowaniu drogiego gościa. Szczebiotały długo i, u progu domu pozostawiwszy przyniesione przez się przedmioty, jak ptaki frunęły ku wznoszącemu się w pobliżu domowi Sary. Mirtala patrzała za niemi chwilę, z uśmiechem, który na twarz jéj z wesołych twarzy ich spłynął, aż zmieniwszy kierunek wejrzenia, jakby zdrętwiała, osłupiałym wzrokiem wpatrzyła się w kogoś, stojącego z przeciwnéj strony ogrodzenia. Jakkolwiek w cieniu stojący, Helias zwrócił-by tu na siebie uwagę każdego, kto-by go spostrzegł. Greckie chitony zarówno niewidywanemi tu bywały, jak rzymskie togi. On zaś miał na sobie chiton z materyi, barwą swą przypominającéj ametysty, a długie, kasztanowate włosy, miękką falą spływały mu aż do stanu, ocieniając twarz białą, delikatną, dziewiczą. Trudno było-by zgadnąć odrazu, do jakiéj płci należał; ale Mirtala poznała go przy piérwszem spojrzeniu. Widywała go i w portyku, i w domu Fanii, wiedziała kim był, komu służył i nawet jakie było imię jego. Zdziwienie, radość, trwoga, mieniły się na jéj twarzy. Greczynek, gdy córki Sary zniknęły, bacznie rozejrzał się dokoła i, odrywając plecy od płotu, o który niedbale i na pozór leniwie opierał się dotąd, szybko przebył wązką i brudną uliczkę.
— Nakoniec, — zaczął, — rozleciały się przepiórki te, które tak długo szczebiotały dokoła ciebie, tym waszym dziwnym, brzydkim językiem. Nie mogłem przecież oddać ci przy nich tego, co ci przeze mnie przesyła pan mój, Artemidor.
Na dłoni jego ukazała się zapisana tabliczka. Podawał ją Mirtali, która chciwie ku niéj wyciągnęła rękę i wnet ją cofnęła. Drżała, a z twarzy jéj krew cała zdawała się znikać aż do kropli.
— Dlaczegoż cofasz rękę, jak-byś się tém oparzyć lękała? — Ciekawe oczy topiąc w pobladłéj twarzy dziewczyny, z uśmiechem szeptał Helias. — Nie lękaj się; ręki nie spali ci pismo mego pana. Wéź i czytaj.
Wzięła, oczy utkwiła w piśmie i twarz jéj okryła się wyrazem cierpienia.
— Nie umiem czytać latyńskiego pisma... Zaledwie dosłyszalnie szepnęła.
Nie okazując zdziwienia, Helias zapytał:
— Chcesz, abym ci to przeczytał?
Po chwili milczenia, błagalnie odpowiedziała:
— Przeczytaj!
Chłopię bystrém spojrzeniem ogarnęło pustą w téj chwili uliczkę. Stali zresztą okryci nieco ścianą domu; przybliżył się więcéj jeszcze do Mirtali i z cicha, prędko, przeczytał:
— „Nie byłaś dziś ani w portyku, ani w domu Fanii. Czy zamierzasz może nie ukazywać mi się już nigdy? Przystał-bym na to, gdybym nie żałował pięknéj perły, tonącéj w kałuży. Jutro, o zachodzie słońca, czekać cię będę u łuku Germanicusa. Przyjdź”!
Helias przestał czytać i oddawał jéj tabliczkę, ale ona jéj nie brała. Wyciągała po nią rękę i cofała ją. Nagle twarz w dłoniach ukryła.
— Nie mogę... nie mogę!...
Greczynek nie zrozumiał.
— Używaj słów latyńskich, lub greckich, bo mowy waszéj nie rozumiem. Co mam powiedziéć panu memu?
Odsłoniła twarz, pochwyciła pismo Artemidora i, z przerażeniem w oczach, znowu oddawała je Grekowi. Lecz on zasunął dłonie pomiedzy fałdy chitonu.
— Przyjdziesz? dlaczego nie odpowiadasz?
W ziemię patrząc, cicho, w rozmarzeniu, wymówiła:
— Czyż spragniona sarna może nie biedz ku leśnemu źródłu? Czy róża nie rozkwita, gdy z za chmur zaświeci słońce?
— Dziwnieś to powiedziała, ale odpowiedź twą zapamiętam i dosłownie panu memu powtórzę, — rzekł Helias, i powolnym, niedbałym krokiem, niby ciekawy przechodzień rozglądając się dokoła, odszedł. W końcu ulicy rozminął się ze starym żydem, w ciężkim turbanie i z twarzą zoraną, a tak zamyślonym, że nie spostrzegł go wcale. Był to wracający do domu Menochim. Wchodząc do nizkiéj, małéj izby swéj, zapytał: — Gdzie jest Jonatan?
Na głos jego, w kącie izby, z za krosien, szybko coś za suknią chowając, podniosła się z ziemi Mirtala i, zbliżywszy się do przybranego ojca, nizko schylona, do ręki jego płonące usta przycisnęła.
— Jonatan nie wrócił jeszcze z domu Goryasza, do którego udał się zaraz po odejściu twojém.
Gdy to mówiła, głos jéj brzmiał żalem duszy błądzącéj, lecz z błędem swym niemogącéj rozstać się, jakby z życiem.
W godzinę potém, w cieniu krosien swych na glinianéj podłodze siedząc, Mirtala wlepiała w twarz Menochima oczy, w które zbiegać się zdawały wszystkie siły pojęcia jéj i uczucia. Ciężki turban z głowy zdjąwszy, a bielejące włosy osłoniwszy małą okrągłą czapeczką, która nie zakrywała mu wysokiego, zoranego czoła, Menochim, przy świetle małéj lampy, czytał głośno z rozrzuconych przed nim na stole kart pergaminu. Naprzeciw, z półcienia wychylała się ciemna i wynędzniała, lecz uważna i skupiona twarz na nizkim stołku siedzącego Jonatana. Nad głowami dwóch tych ludzi mglił się dym, ulatujący z lampy; głos czytającego Menochima rozlegał się po izdebce. To, co czytał, było owocem dumań, marzeń i cierpień całego jego życia, dziełem, które w izdebce téj i u stóp gaju Egeryi pisał od lat już wielu. Jęki żałośne, krzyki rozpaczy, błagania, wyrzuty i zapytania zwracane ku Bogu, bunty przeciw samemu Bogu, mistyczne rojenia o rajskiéj przyszłości, straszne pocieszania się złorzeczeniami, miotanemi na wrogów, fantastyczne sny i widziadła, przedstawiające wrogów tych w postaci orłów wielogłowych, skrzydlatych rumaków, roznoszących klęski, mórz, wylewających na świat czarne i cuchnące wody, wszystko to składało się na ten ponury, konwulsyjny poemat, będący niczém inném, jak jednym z utworów tych, które, nosząc nazwę Apokalipsy, rojami w porze owéj rozchodziły się po świecie.
Menochim był poetą, ale takim, jakiego wydać może tylko lud, mocujący się wszystkiemi siłami z przedwczesną śmiercią, zgorączkowany od ran mu zadanych, szalejący w ucisku przemocy, i w szale swym śniący o rajach, potworach, cudach wybawienia i piekłach zemsty, od udręczeń swych uciekający w pijane konwulsye przekleństw, albo w mistyczną krainę extazy.
Był on poetą. Ale zarazem był on człowiekiem chudym, bosym, w łachmany niemal ubranym, z ochrypłym i piskliwym głosem w wązkiéj, słabéj piersi. Teraz, kiedy zdjął turban swój i gruby pas rozwiązał, zmniejszył się i zeszczuplał jeszcze. Ani powagi i wyniosłości wieszcza, ani piorunujących dźwięków proroka w postaci i głosie jego nie było. Kiedy w uniesieniu czytał, a raczéj z pamięci wygłaszał najpotężniejszą strofę poematu swego, bose jego stopy, niesięgające ziemi, kołysały się i trzepotały w powietrzu, a chude ramiona dokonywały giestów, na których widok uśmiechnął-by się wzgardliwie najpośledniejszy mówca z tamtéj strony Tybru. Wydawał się wtedy biednym, chudym ptakiem, konwulsyjnie bijącym w odarte z piór skrzydła. Kiedy zaś strofa żałosną była, błagalną, pokorną, ochrypły głos jego rozkwilał się i cieniał, chude ciało kołysało się w strony obie, drżące dłonie bezwładnie dotykały czoła, oczu, policzków, piersi. Podobnym wtedy stawał się do rozkwilonego, skarżącego się, ku piersi matczynéj niedołężne ramiona wyciągającego, dziecka. I tylko, czy miotał się, czy kwilił, czy konwulsyjnie trzepotał w powietrzu bosemi stopy, czy wargom z łagodnym zarysem śmiesznie nadawał wyraz nienawiści lub grozy; na wzniesioném czole jego tysiączne zmarszczki wypisywały mnóztwo przesnutych marzeń, w źrenicach płonął ogień niewysłowionéj tkliwości, a po sfałdowanych, żółtych, drgających policzkach, od czasu do czasu spływała powoli wielka, pod mdłém światłem lampki świecąca, łza.
Najpośledniejszy mówca z tamtéj strony Tybru, patrząc na poetę tego i słuchając go, uśmiechnął-by się wzgardliwie. Ale pierś Jonatana dyszała głośno i śpiesznie, dłonie jego zczerniałe, czerwonemi bliznami poznaczone, często szukały kolan ojcowskich, na które opadało, wzruszeniem spłonione, czoło.

Mirtala wysunęła się także pod światło lampy, i nie u krosien już swych, ale u ściany, w pobliżu rozmawiających usiadła. Wysilenie myśli, głęboko coś rozważającéj, malowało się w oczach jéj wilgotnych, błyszczących i w Menochima, jak w tęczę, utkwionych.
JONATAN, PLECAMI KU DRZWIOM ZWRÓCONY, NIE WIDZIAŁ NIC.
— Imię twoje, ojcze, sławném i czczoném będzie wśród Izraela... — zawołał Jonatan.

Menochim przecząco wstrząsnął głową.
— Imię moje! — odpowiedział — nie, Jonatanie! Przed tobą jednym otworzyłem duszę moję i na ustach twych kładę pieczęć tajemnicy. Cóżem ja jest? Nieznany, ubogi, pogardzany. Któż mnie słuchać zechce? Ja chcę, aby każde słowo moje było dla Izraela kroplą balsamu i dzidą obrony. Dlatego wyrzeknę się chluby z dzieła mojego, ogłoszę ludziom, że jest ono spuścizną wielkiego naszego Ezdrasza. Temu, kto niegdyś, po wyzwoleniu z niewoli mniéj srogiéj, niż nasza, odbudował Syońską świątynią, wielkiemu skrybie, prorokowi czasów dawnych, łatwiéj uwierzy lud i łacniéj od pieśni jego zapalać się i krzepić będzie, niż gdyby wiedział...
— Wyrzeczesz się więc chluby wszelkiéj z dzieła, które było pracą całego życia twego?
— Nie żądza chluby wiodła ręką i sercem mojém — odrzekł Menochim, a po chwili, ze schyloną twarzą, splecionemi dłońmi i rytmicznie kołyszącą się postacią, pokornym, błagalnym głosem, niby modlitwę mówić zaczął: — Zamień mię, Przedwieczny, w cień nikły, w płomień dogorywający, w marne ziarno piasku! obym, Przedwieczny, stał się przelatującym powiewem wiatru, zeschłym liściem, miotanym po pustych polach, obym zniknął i rozwiał się, jak biała mgła przed promieniem słońca, jak płowa kurzawa pod kopytem jeźdźca... Niech, o Przedwieczny! imienia mego z pokolenia w pokolenie nie wymówią żadne ludzkie usta, i na grobie moim niech pusty chwast z ciernistym przewija się głogiem; lecz z duszy mojéj do duszy ludu mego przenieś choć jednę iskrę nadziei, z pieśni méj uczyń dla niego jednę minutę trwania, pracą mą otrzyj mu z oka jednę łzę boleści...
Drobne, dziewczęce dłonie wyciągnęły się z cienia i sięgały po opuszczoną na suknią rękę Menochima. Postawa Mirtali pokorną była. Zrozumiała wszystko. Wyciągnęła ramiona i już, już, obok Jonatana przychylić się miała ku jego stopom; gdy nagle cofnęła się znowu w cień i obie dłonie niespokojnie przycisnęła do piersi, tam, gdzie, za suknią ukryta, spoczywała cienka tabliczka, zapełniona pismem Artemidora; zarazem szepnęła cicho:
— Nazwał mię perłą, tonącą w kałuży... klejnotem najdroższym jest dusza ojca mego!
Nagle poskoczyła, z błyskawiczną szybkością stanęła pomiędzy Jonatanem a drzwiami i, miękki pas swój zrywając z siebie, rozpostarła go szeroko, niby płachtę, którą-by okryć się chciała. W szeroko otwartych oczach jéj malowało się przerażenie. Przerażenie téż wstrząsnęło ciałem Menochima, który, twarzą ku drzwiom siedzący, zarówno jak Mirtala, ujrzał w drzwiach, cichutko z zewnątrz uchylonych, zaglądającą do izby głowę, rudemi włosami okrytą, i twarz żółtą, z małemi, świecącemi oczyma, bystro i ciekawie obiegającemi izbę. Jonatan, plecami ku drzwiom zwrócony, nie widział nic.
— Sen twój, Silasie, niespokojnym być musi, skoro w wieczornéj porze zaglądasz do cudzych domów — z łagodném szyderstwem rzekł Menochim.
Silas nie wchodził, i wciąż tylko przez drzwi uchylone głowę swą do izby wsuwał.
— Ty także czuwasz, ścierko Monobaza, a dziewczyna twoja pokazuje ci ze swym pasem sztuki kuglarskie. Gościa macie; widziałem go, idącego z domu Goryasza. Wydało mi się, że jest to przybysz ze stron dalekich i przyszedłem, aby go powitać.
Śmiertelna bladość okrywała twarz Menochima. W dłoni swéj kurczowo ściskał suknią Jonatana, który uczynił ruch porywczy, jakby powstać i ukazać się zamierzał. Lecz w téjże chwili, po małéj izbie rozległ się dźwięczny, srebrny, wesoły wybuch śmiechu. Mirtala, zwinnemi ramiony rozwijając wciąż i kołysząc w powietrzu miękką, haftami błyszczącą materyą, z głośnym, swobodnym śmiechem wołała:
— Przybysz z daleka! O, Silasie! nie poznałeś więc Judy, syna Goryasza, który przyszedł dziś, aby rozmową swoją rozweselić starego Menochima? Nie poznałeś więc Goryaszowego syna, którego włosy podobne są do piór kruczych? Idź do Edomity tego, który na Awentynie mieszka i chore oczy ludzkie leczy. Idź, Silasie, do Edomskiego lekarza, bo, gdy się spóźnisz, oślepniesz tak, że już i do swojéj ulubionéj oberży nie trafisz!...
W miarę jak mówiła, podniesiony głos jéj słabnąć zaczynał. Lecz Silas nie miał delikatnego słuchu i, wyrzekłszy grube zaklęcie jakieś, głowę swą usunął z drzwi, które ze stukiem zamknęły się za nim. Za drzwiami czekała na niego gromadka ludzi, wśród których połyskiwały w cieniu srebrne pierścienie i naramienniki Egipcyanki Chromii i odznaczała się barczysta i wysoka postać Babasa.
— Nie wiem, nie widziałem; dyabelska ta dziewczyna zasłoniła go przede mną — do towarzyszy swych szepnął Silas.
— Dlaczego-żeś nie wszedł, ośle syryjski? — krzyknęła Chromia.
— Dziękuję! Jeżeli nie omyliły mię oczy moje, krzywy nóż tego siepacza odesłać-by mię mógł bóztwom podziemnym...
— Dziewczyna może mówiła prawdę — ozwał się Babas, który podsłuchywał był za plecami Silasa. — Widziałeś może Goryaszowego syna...
— Dał-bym sobie rękę uciąć, że był to ten, za którego wydanie władzom rzymskim mielibyśmy za co upijać się codziennie przez cały miesiąc. Niedarmo, patrząc na przeklętego poborcę i dom jego, oczu pożyczam od Argusa...
— Wytrzeszczaj-że drugim razem lepiéj swoje psie ślepie! — gniewnie sarknęła Chromia — bo jeśli mi jakimkolwiek sposobem dziewczyny téj nie sprzątniesz, zamienię cię na Babasa, który oddawna już wzdycha do mnie... Głupia ze mnie dziewka, że tak długo zgadzam się łaskami memi obdarzać takiego, jak ty, niedołęgę!...
Silas ponuro mruknął:
— Sprzątnięto-by ich rychło, gdyby się dowiedziano, że w budzie swéj przechowują zawziętego nieprzyjaciela Cezara i bogów!
Odeszli w kierunku oberży, z któréj zamkniętego wnętrza wymykały się przez szczeliny czerwone światła pochodni i stłumione dźwięki syryjskiéj sumbuki.
W izbie Menochima ciemno już było i cicho.





V.

Nazajutrz niezwykłe wrzenie napełniało całą zatybrzańską dzielnicę, najbardziéj zaś tę jéj część, którą zamieszkiwali Syryjczycy i Żydzi. We wrzeniu tém były dwa jakby prądy: jeden głośny, krzykliwy, wesoły; drugi przyciszony, głuchy, spodem płynący. Żaden z pomiędzy licznych Syryjczyków, zajmujących się zwykle noszeniem lektyk, wyładowywaniem towarów, wyrabianiem cegieł, w dniu tym nie udał się do zwykłéj swéj pracy, lecz wszyscy dokoła mieszkań swych i oberż zbierali się w gadatliwe i żywo giestykulujące gromady, do których przyłączała się znaczna ilość próżnującéj zawsze gawiedzi ulicznéj, obdartusów i łotrzyków, żywionych przez państwo, z dalszych części Transtiberim i nawet z przeciwnéj strony Tybru, dziś tu napływających. Przedmiotem zajęcia całego tłumu tego, pstro i pół-nago wyglądającego, który, nie pozwalając mu pracować, gromadnie kupił go na ulicach i przed oberżami, było jutrzejsze święto Apollina i przygotowujące się na ten dzień igrzyska i zabawy. Igrzyska, był to wyraz, wywierający na nich wpływ czarodziejski. Burzył on im krew w żyłach, zapalał wyobraźnią i ciekawość, namiętną niecierpliwością zdawał się stopy ich odrywać od ziemi. Rozmawiali, krzyczeli raczéj, kilku językami. Najrzadziéj w miejscu tém odzywała się mowa łacińska, częściéj brzmiały zepsute i z łaciną mieszane dyalekty greckie; górował nad niemi, pochłaniając je tu prawie, język syryjski. Wszyscy przecież rozumieli się wzajem wybornie.
Jeżeli pomiędzy ludźmi tymi różnego pochodzenia i właściwości zachodziły kiedyindziéj częste i burzliwe niechęci, współubiegania się i starcia, dziś, w przededniu igrzysk, godzili się oni z sobą wybornie w jednych żądzach i oczekiwaniach. Sprzeczek wprawdzie nie brakło i teraz, ale przyjacielskich i rozwiązujących się spokojnie. Jedni wołali, że woleli-by o wiele walkę gladyatorów w Amfiteatrze, albo wesołe i zmysły łechcące pantominy w teatrze Balbusa czy Pompejusza, aniżeli te konne, rycerskie popisy szlacheckiéj młodzieży, które odbyć się miały na Marsowém polu. Większość jednak tłumu, namiętnie, nad miarę, cieszyła się nadzieją ujrzenia tańców trojańskich, bardziéj jeszcze przewodniczącego im Tytusa, syna Cezara, najbardziéj tém, co koniec igrzyska przynieść miał z sobą. Imię Bereniki było na wszystkich ustach. Żaden z tych ludzi, najniższy szczebel społeczny zajmujących, nie widział nigdy z blizka królowéj Chalcydy, téj najpiękniejszéj kobiety Wschodu, która oczarowała Tytusa, którą Tytus jutro ludowi swemu, jako małżonkę swą, ma ukazać. Potém zresztą, od połowy dnia, odbywać się będą w cyrku Flamińskim gonitwy na wozach, a potém jeszcze, nazajutrz, wystawy osobliwości na Forum Romanum i placu Marsowym, i uczty olbrzymie, przez Cezara zastawiane dla ludu.
Kiedy imię Bereniki, z ust do ust przebiegając, brzmiało na ulicach i placach przedmieścia, na dźwięk jego odwracali twarze swe, oczy w ziemię wlepiali i w ściślejsze zbijali się gromadki, ludzie w długich sukniach, grubych pasach i ciężkich turbanach, którzy dziś także w domach swych i przy swych zajęciach spokojnie pozostawać nie mogli. Byli to żydzi, niezwykle téż dnia tego wzruszeni i ruchliwi, lecz nie o jutrzejszych igrzyskach rozmowę wiodący. O czém gwarzyli, nie wiedziała gawiedź, z pstréj mieszaniny kilku plemion złożona. Mówili cicho, tajemniczo i, sprzecznie z rozweselonymi i pół-pijanymi już ludźmi, którzy ciągnęli ulicami lub otaczali oberże, wydawali się bardziéj zasmuconymi i niespokojnymi, niż zwykle. Ciche rozmowy ich, tajemnicze giesty, niespokojnie rozglądające się spójrzenia, stanowiły ów drugi prąd dzisiejszéj na Transtiberim wrzawy, ów prąd przyciszony, głuchy, spodem płynący.
Baczne ucho, które-by uważnie wsłuchało się w szmer prądu tego, dosłyszało-by, że, jak w tamtym głośno i nieustannie wspominano Berenikę, jak w tym cicho płynęło imię Jonatana. Lecz nikt o podsłuchywaniu ich nie myślał. Silas nawet, zapominając o urazach i zemście swojéj i przed oberżą wyciągając na słońcu bose swe nogi, wesół przebierał w kupie orzechów, grając z kilku towarzyszami w cetno i licho; wysoki Babas, za rzucane mu asy siłę swą ukazując, rozdawał dokoła szczutki, od których ludzie chwieli się na nogach albo na ziemię padali; Chromia zaś, przy ścianie oberży błyskając srebrnemi obręczami, zdobiącemi ciemną jéj skórę, i oczyma pożerając Babasa, wrzaskliwie opowiadała, jako przez panią swą, Fanią, wyzwoloną i z domu jéj wyprawioną została. Gdzieindziéj obito-by ją i strącono do kuchennych posług; ale z domu Pretora wyprawiano tylko złe i niechętne sługi. Wolnością jéj cieszyła się gospodyni oberży, bezzębna Charopia, z siwemi włosy, spuszczającemi się na twarz żółtą z pod brudnéj chustki, która, z glinianéj amfory lejąc wino w czerwony jéj kubek, namawiała ją do stałego przebywania w oberży. Egipcyanka, z ciałem swém giętkiém i ruchami podobnemi do skrętów wężowych, z purpurowemi usty, kruczym, roztarganym włosem i migocącym połyskiem srebrnych bransolet, uznaną snadź była za ponętną Wenerę miejsca tego. Charopia umizgała się do niéj i wciąż dolewała jéj kwaśnego, lecz mocnego trunku, którego ona tyle czar wychyliła, ile było liter w imieniu siłacza Babasa.
— Wesoło mi tu między wami, przyjaciele! — krzyknęła — lecz weseléj nam jeszcze będzie po jutrze, gdy cesarscy kucharze napieką dla nas wołów i wieprzy, a podczaszowie gardła nam pozalewają winem mniéj kwaśném, niż twoje, Charopio! Igrzysk i uczt, Cezarze! Hojnym i dobrym jest Cezar! Będziemy mieli igrzyska i ucztę!
— Życia i szczęścia Cezarowi, panu naszemu! — krzyknęło nagle mnóztwo głosów, a chóralny okrzyk ten leciał w czystém, letniém powietrzu długo i daleko.
Na tarasie domku Menochima, ścianą trójkątnego piąterka osłonięci całkiem przed wzrokiem przechodniów, wsparci o haftowane poduszki Sary, w pół-leżących postawach siedzieli dwaj mężczyźni. Jednym z nich był Jonatan, głowę drugiego ocieniał głęboki kapiszon płaszcza. Przybliżali ku sobie twarze, trzymali się za ręce i cicho ze sobą rozmawiali.
— Justusie! — mówił Jonatan — jakże los mój wydaje mi się godnym zazdrości wobec twojego. Jako jeleń przez myśliwca, ścigany jestem przez tych, z których przemocą do ostatniego tchnienia nadziei walczyłem. Lecz ani serce, ani twarz moja nie kłamią, i chleba mego nie spożywam u stołu odszczepieńców, jak ty, sekretarzu Agryppy, codzienny towarzyszu i dworaku obrzydłéj Bereniki i zdrajcy Józefa!
Justus twarz zasmuconą usiłował ukryć głębiéj w cień kapiszona.
— Ku bojom orężnym nie wiodły mię ani skłonności, ani przekonania moje — odpowiedział z cicha — dlatego nie towarzyszyłem tobie, gdy na odgłos wypadków, gotujących się w Judei, udałeś się tam z wielu tutejszymi rówieśnikami swymi. Sercem przecież i obyczajem wierny jestem ojczyznie naszéj i wierze przodków naszych, a teraz, gdy Menochim oznajmił mi o przybyciu twojém, przybiegłem tu, jak brat, stęskniony za niewidzianém długo obliczem brata.
Po chwili milczenia dodał:
— Czy pozwolisz, abym ukazał ci rzeczy pewne, których jasno widziéć nie możesz?
— Mów — rzekł Jonatan.
— Mówić chcę o tych, których wy odstępcami i przeniewiercami nazywacie. Bogaci, zaznajomieni z cywilizacyą helleńską i rzymską i z ustrojem rzymskiego państwa, Agryppa, Józef i wszyscy im podobni, mniemają, że walka z potężnym Rzymem szaleństwem jest, wiodącém małą Judeę do ostatecznéj zguby. Dlatego pogodzili się z tém, przeciw czemu wy targnąwszy się zuchwale, sprowadziliście zburzenie stolicy i świątyni naszéj.
Szyderski uśmiech błądził po bladych wargach Jonatana.
— Czy pewnym jesteś, Justusie, że pogodzenie się ich z Rzymem źródło swe wzięło z troskliwości o resztkę mizernego istnienia kraju i ludu naszego? Czy nie olśniła ich raczéj potęga Rzymu? czy nie oczarowały ich blaski i rozkosze, wzbronione wiernym wyznawcom wiary naszéj, niedostępne synom naszéj spustoszonéj ziemi, a któremi tu nasycać się mogą dowoli? Pałace ich pełne malowanych i rzeźbionych postaci ludzi i zwierząt, stoły ich gną się pod cudzoziemskiemi przysmakami, togi rzymskie wspaniale owijają ich ciało, na łożach rzymskich rozkosznie wyciągają się ich członki. Józef Flawiusz przyjmował bogate dary od nałożnicy Nerona, a Wespazyan obdarzył go rozległemi dobrami; Agryppa otrzymał królestwo Chalcydy, odebrane od Bereniki, która w zamian...
W miarę jak mówił, mowa jego stawała się szybką i syczącą, nienawiść iskrzyła się w zapadłych oczach, ręka kurczowo ściskała przedmiot jakiś, u piersi za suknią ukryty. Przez zaciśnięte zęby wymówił jeszcze:
— Tu są oni nietykalni, niedostępni, bo otacza ich i ochrania zbrojna prawica Rzymu. Ale tam, Justusie, tam...
Zaśmiał się zdławionym, zjadliwym śmiechem.
— Tam, w Jerozolimie, krew im podobnych zalewała bruki ulic, a z rozbitych czaszek ich mózg bryzgał na święte mury, których oni bronić nie chcieli!
Justus zadrżał.
— O, Jonatanie! — zawołał — cóż uczyniły z ciebie krótkie te lata, które od rozstania się naszego upłynęły!... Znałem cię młodzieńcem śmiałym, lecz łagodnym; ujmującym się za skrzywdzonymi, lecz brzydzącym się krwią i okrucieństwem... Teraz... pozór twój jest pozorem mieszkańca pustyni, który w walkach z lwami i niedźwiedziami zapomniał słodkich uczuć ludzkich, w którego uszach nigdy nie brzmiała rajska zapowiedź proroka: „Przekują miecze swe na pługi, a jagnię w spokoju uśnie obok lwa i dziecię bezpiecznie igrać będzie nad gniazdem wężowém!“
Z nienawiścią, rozpalającą wzrok Jonatana, zmieszał się wyraz bolesnego szyderstwa.
— Czy mieszkałeś, Justusie, w świętéj głowie proroka i dowiedziałeś się, jak daleko w przyszłość sięgał wzrok jego, kiedy wygłaszał on swą rajską zapowiedź? Przedwieczny tylko znać może czasy spełniania się widzeń proroczych. Ja, z morza krwi i płomieni dłonią Jego wyprowadzony, wiem, że jeszcze one nie nadeszły. Dopóki sprawiedliwość nie zapanuje nad światem, dopóki człowiek nastawać na człowieka i silniejszy deptać słabszego będzie, dopóty miecz pomsty ścigać musi tych, którzy, jak Agryppa i Józef, odstępują sprawy słabych, lecz sprawiedliwych...
— Każdy z ludzi dźwiga brzemię grzechów sobie właściwych — z rozwagą i smutnie odparł Justus. — Jeżeli tamtym trwożliwość, obojętność, żądza chluby i rozkoszy ujmuje gorliwości dla sprawy słusznéj, wy grzeszycie zbytkiem zapalczywości, szaleństwem, rzucającém was w męki daremne, sercem, stwardniałém na obrzydłość okrutnych czynów. Wy nazywacie ich odstępcami i przeniewiercami, oni wam dają nazwy gorliwców wściekłych, krwawych siepaczy...
— Takimi jesteśmy! — prostując się na siedzeniu, zawołał Jonatan.
W téj saméj chwili w ręce jego błysnął nóż zakrzywiony, rodzaj krótkiego, obosiecznego miecza.
— Tak, Justusie, gorliwcem jestem, który, gdy pora była, ścinał krwawe grona w winnicy Edomskiéj, i ścinać je gotów jeszcze... tym oto sierpem.
Justus dłonią przysłonił oczy.
— Schowaj oręż ten — szepnął co prędzéj — wydać on cię może... Poco go nosisz przy sobie? Pokusa łatwo przeniknąć może do oszalałego serca...
Jonatan zasunął nóż w zanadrze i z gorzkim uśmiechem zaczął:
— Nie lękaj się! Agryppie twemu krzywdy żadnéj nie zrządzę. Dzień znoju długim był i strasznym. Odpocząć pragnę. Pójdę daleko, w cichym kącie wzniosę ściany domu swego, ustawię moje krosna, i u boku małżonki hodować będę synów, aby wzięli po mnie dziedzictwo...
Przestał mówić. Rysy jego, które przy ostatnich słowach złagodniały nieco, zasępiły się znowu. Ulicą przeciągał i dom Menochima mijał wesoły tabor uliczny, wiedziony przez kobiety, pobrzękujące na instrumentach muzycznych i w opadającém z nagich ramion ubraniu. Kilkunastu mężczyzn, obdartych i pół-bosych, z zielonemi wieńcami na głowach i gdzie niegdzie z rozkwitłemi różami u piersi i w rękach, postępowało w takt muzyki, wrzaskliwie śmiejąc się i krzycząc. W weselącéj się gromadzie téj czuć było zbliżanie się orgii, które po Apolińskich igrzyskach nastąpić miały; była ona słabym tylko i oderwanym akordem tych szalonych hulanek, któremi aż po brzegi napełniał się i kipiał Rzym w dnie noworocznych Saturnalii. Saturnalie wprawdzie nie prędko jeszcze nastąpić miały, ale święto Apollina wzniecało także wesołość, którą wzdymała i roznamiętniała skwarna pogoda lipcowych dni. Niewidzialni sami, Jonatan i Justus, przez szczeliny balustrady, otaczającéj taras, widziéć mogli dokładnie pstry i huczny orszak, który, mijając dom Menochima, wydał zmieszane, chóralne okrzyki:
— Zdrowia i szczęścia wspaniałemu Tytusowi, synowi bozkiego Cezara! Zdrowia i szczęścia Berenice, pięknéj oblubienicy Tytusa!
— Czy słyszysz, Justusie? czy ty to słyszysz? — gwałtownie szepnął Jonatan. — Imię Izraelitki ta nawet podła zgraja łączy z imieniem tego, który ojczyźnie naszéj ostatnie zadał ciosy! Czy to być może, Justusie, aby ona małżonką jego została? czy to być może, aby zgorszenie takie dotknęło oczu ludzi? aby ślina takiéj obelgi spadła na nasze straty i bóle!
Z pochyloną twarzą Justus odpowiedział:
— Niestety! tak się podobno stanie! Tytus kocha ją więcéj, niż źrenicę oka swego, a ona... Alboż niewiasta oprzéć się może urokom promieniejącéj piękności, złączonéj z najwyższém w świecie dostojeństwem? Tytus jest najpiękniejszym człowiekiem w Rzymie i następcą Wespazyana.
— Widziałem ją niegdyś — w zamyśleniu mówił Jonatan — widziałem ją, gdy, w czasie piérwszych powstańczych ruchów w Jerozolimie, wyszła na taras pałacu swego, w szkarłacie i złocie cała; splecione ręce wyciągała ku nam, błagając, abyśmy rozeszli się, uspokoili i nie ściągali na siebie i na Judeę całą mściwéj ręki Rzymian... Była wtedy wspaniałą, ale lud krzyknął ku niéj: „Wnuką Machabeuszów jesteś, bądź im podobną! Judytą bądź! Ujmij miecz, i duchem przodków swych niesiona, przoduj nam w walce, jako słup ognisty ojcom naszym przodował na puszczy!“ Był to, Justusie, wielki moment, był to moment, w którym niewiasta ta stać się mogła duszą narodu swego, mocą i chwałą jego, i — kto wié? może jego zbawieniem... Ale ona...
— Wiem — dokończył Justus — wraz z bratem swym opuściła wzburzoną stolicę...
— Uciekła i bezpieczeństwa swego szukała w obozie Rzymian! Tam-to Tytus, jedną ręką rzucając na Jerozolimę głównie pożogi, drugą wkładał na palec jéj pierścień oblubienicy... O, Przedwieczny! czy żaden piorun twój nie spadnie pomiędzy tych ludzi, aby rozerwać ohydny ten, bluźnierczy, potworny związek?
Strasznie w téj chwili wyglądał Jonatan. Oczy jego, krwią nabiegłe, wznosiły się ku niebu, kurczowe drganie wstrząsało wynędzniałą twarzą, w dłoni błyskał znowu, z-za sukni wydobyty, nóż. Justus śpiesznie za ręce go pochwycił.
— Uspokój się! to, czego tak się lękasz, nie stanie się może jeszcze. Oddawna już Tytus poślubił-by Berenikę, gdyby nie sprzeciwiał się temu ojciec jego, pragnący synów swych połączyć z najdostojniejszemi rodzinami rzymskiemi, a przez to powiększyć świetność niskiego i niespodzianką losu tak wysoko wyniesionego, rodu swego; gdyby nie sprzeciwiał się temu patrycyat rzymski, w połączeniu przyszłego cezara z kobietą wschodnią widzący dla siebie ubliżenie; gdyby nie sprzeciwiali się temu sami nawet filozofowie, ogromny tu wpływ wywierający, a gardzący Izraelem za wiarę jego, którą poczytują oni za zbiór zabobonów ciemnego i nieokrzesanego ludu... Czy wiész, co spotkało stoika Herasa, który publicznie gromił Tytusa za popisywanie się z miłością swą ku Berenice? Ściętym on został na publicznym placu. Okropniejszy może los spotkał za toż samo Dyonizyusza z Pruzyi. W cyrku, wobec stu tysięcy zgromadzonego ludu, wolał on do Tytusa, aby powrócił do opuszczonéj przez się małżonki swéj, Marcyi Furmilli, a Berenikę odesłał do jéj ojczyzny... Dyonizyusza oćwiczono publicznie i z Rzymu wygnano, ale krewni i przyjaciele Marcyi Furmilli pozostali, a obraza ich i chęć zemsty wzmacnia i mnoży nieprzyjaciół władzy cesarskiéj, którzy w Rzymie istnieją jeszcze, a na których czele stoją: pretor Helwidyusz i stoik Muzoniusz...
Jonatan opowiadania tego słuchał ze skupioną i chciwą uwagą.
— Justusie! — zwolna i w zamyśleniu zaczął — Rzymianie-to więc sprzeciwiają się związkowi temu, przez pogardę i nienawiść dla nas... a z pomiędzy braci naszych żaden-że nie znalazł się tak śmiały?
— Jakże-by to być mogło? — odparł Justus. — Ci, którzy Berenikę otaczają, pragną najżywiéj związku, w którym widzą wielką chlubę dla siebie i liczne dla ojczyzny naszéj korzyści; inni zaś, ubodzy, zboleli, przerażeni, są jako krety, pracujące pod ziemią...
Jonatan nie odpowiedział nic i w głęboką pogrążył się zadumę. Nie przerywał jéj Justus, i wpatrzony w twarz przyjaciela, zdawał się nadaremnie smutnemi oczyma szukać na niéj śladów pogodnéj jego młodości.
Wtém, na widzialnéj z tarasu, górnéj części wschodów, z izby dolnéj ku górnéj wiodących, ukazała się Mirtala. Wyprostowana i zamyślona, z tym spokojem postawy i ruchów, który, zdawać się mogło, że spłynął na nią z greckich i rzymskich posągów, w jednéj, podniesionéj nieco, ręce, trzymała misę, w zieleń ubraną i owoców pełną, w drugiéj, opuszczonéj wzdłuż sukni, dzban z czerwonéj gliny. Z ognistemi kędziorami, opływającemi twarz białą i szczupłe ramiona, ze spuszczonemi powiekami, przed Justusem i Jonatanem stanęła.
— Ojciec mój, — rzekła — wychodząc dziś z domu, rozkazał mi, Justusie, uczęstować cię, gdy tu przybędziesz, owocami i winem. Oto są oliwki, daktyle, migdały, figi i wino, na jakie stać było dom nasz.
Rzekła to z cicha, ze słabym, lecz uprzejmym na ustach uśmiechem i, na obu mężczyzn oczu nie podnosząc, oddalić się chciała. Ale zatrzymał ją nagły giest Jonatana. Porywczo, głosem, w którym trudno było gniew od serdeczności odróżnić, zawołał:
— Nie odchodź! Dlaczego zawsze uciekasz ode mnie? Usiądź tu, chcę na ciebie patrzéć.
Pozostała, lecz nie usiadła. Ramieniem wsparta o balustradę tarasu, nieruchomym wzrokiem patrzała daleko, w przestrzeń. Justus spożył kilka owoców, wychylił czarę wina i powstał.
— Pora mi odejść. Słońce chyli się ku zachodowi...
Mirtala szybkim ruchem zwróciła twarz ku mówiącemu:
— Czy myślisz, Justusie, że prędko już... słońce zachodzić będzie?
Justus, z przyjemnością widoczną patrząc na nią, uśmiechnął się i odrzekł:
— Spójrz tam... za te gromadę płaskich dachów, na wysoko zaokrąglające się linie łuku Germanicusa... Czy widzisz to, co ci ukazuję?
Patrzała w stronę, ku któréj Justus wskazujący palec wyciągał, i powoli skinęła głową.
— Otoż, gdy wdzięczne i wspaniałe sklepienia te kąpać się zaczynają w takich, jak teraz, jaskrawych światłach, słońce blizkiém jest zachodu. Co ci jest, dzieweczko? Oczy twoje dziwny przybrały wyraz i zdało mi się, że zadrżałaś?
— Nic to, Justusie. Chłodny powiew zaleciał tu od Tybru, a łuk ten... jaskrawy... obraził mi oczy...
Uśmiech łagodny i uczuciem rozkoszy zaprawny dziwnie wyglądał na zdręczonych ustach Jonatana.
— Nieśmiałą jest ona, Justusie — szepnął. — Gdy odpowiadała tobie, rumieniec, podobny do powstającéj zorzy, lica jéj oblał...
— Piękną jest i wdzięku pełną — równie cicho odparł Justus i z westchnieniem dodał: — Obyś co prędzéj na łonie oblubienicy swéj uciszyć mógł wzburzone swe serce!...
Po chwili odchodził, i Mirtala uczyniła znowu ruch taki, jakby odejść chciała.
— Pozostań! — zawołał znowu Jonatan.
Stanęła przed nim, zmieszana.
— Usiądź tu przy mnie.
Usiadła na miejscu, które przed chwilą zajmował Justus i, nie podnosząc powiek, milczała.
— Dlaczego unikasz mnie? Obchodzisz się ze mną tak, jakbym ci był obcym. Czyż nie nazywałaś mię kiedyś bratem swoim? Wzrastaliśmy oboje pod jednym dachem, a ja, starszy i silniejszy, czy wyrządziłem ci kiedy krzywdę jaką?
Gdy mówił to, wzrok jego był miłosny, ale dźwięk głosu szorstki i porywczy. Tak długo snadź wydawał on okrzyki bojowe, że znikły z niego brzmienia łagodne i czułe.
— Podniosłaś na mnie spójrzenie swoje! Patrz tak na mnie, dzieweczko!... bo z oczu twych na rany moje spływa balsam gojący...
Istotnie, gdy wywoływał wspomnienia wspólnego ich dzieciństwa, podniosła na niego wzrok, trwożny jeszcze, ale przyjazny. Lecz w téj-że chwili ujął on ją za rękę. Wychudła i zczerniała dłoń jego twardą była i szorstką, czuć w niéj było przyzwyczajenie do gniewnego ściskania oręża, a czerwone blizny, które ją okrywały, zdawać się mogły plamami krwi. Mirtala znowu twarz odwróciła i powściągnąć nie mogła drżenia, które wstrząsnęło szczupłemi jéj ramiony. O! kędyś, w innym świecie, inna wcale ręka, biała, wykwintna, ujmowała dłoń jéj w uścisk tak miękki i słodki, że od niego ku piersi jéj wstępowały potoki niewysłowionéj rozkoszy...
— Lękasz się mnie, płoche dziecko, nie umiejące oddać czci, przynależnéj mężowi, steranemu w walkach świętych! Nie rozumiész, jakiém dostojeństwem okryje cię Pan, gdy zostaniesz małżonką obrońcy Jego narodu!
Oczy jego płonęły teraz gniewną obrazą, a dłoń coraz twardszym, bolącym uściskiem, obejmowała drobną, pół-dziecinną rękę.
Po chwili jednak zmiękł znowu.
— Czyż zawsze byłem taki, jak teraz, stwardniały w srogiéj prawicy Pana, zjeżony kolcami gniewu i popędliwości? Przypomnij sobie, Mirtalo, wspólną przeszłość naszę. W dnie letnie, małéj dzieweczce, bawiącéj się przed progiem domu Menochima, przynosiłem nieraz z ogrodu Cezara rozkwitłe róże; w zimie, drżącą i drobną, owijałem ją płaszczem moim. Był dzień, w którym, pośród Appijskiéj drogi, wyrwałem cię z pod kopyt rzymskiego jeźdźca. Ty wczoraj odwdzięczyłaś mi tę przysługę, roztropnie i śmiało zasłaniając mię przed wrogiem. W piersi mojéj, Mirtalo, mieszkało kiedyś serce łagodne, a srogim ogniem zapaliły je i powłoką żelazną okryły gniewy wojny i męki tułaczki. Teraz, kiedy na ciebie patrzę, powraca do mnie pogodna młodość moja. Milszą mi jesteś nad źrenicę oka mego; piękne są jagody lica twojego, jak u synogarlicy, a szyja twoja jako klejnoty; usta twe — jabłka granatu, a włosy — szkarłat królewski, przetykany złotem...
Na wychudłą i zczerniałą twarz tę wystąpił wyraz namiętnego, pół-nieprzytomnego marzenia. W zapadłych, ciemnemi kołami okrążonych oczach, błysnął płomień, podobny temu, z jakim pielgrzym spragniony, po wielu dniach, spędzonych śród piasków pustyni, przybliża usta swe ku wodom strumienia. Ona odwracała wciąż twarz, a pobladłe usta jéj niedosłyszalnie szepnęły:
— „Oczy masz piękne i wymowne, Mirtalo, a usta twoje podobne są do koralu, zwilżonego rosą...“
I z oddali, z oddali, usłyszała głos, który kiedyś, w dźwięcznéj mowie Latynów, słowa te wymówił. Odtąd, dwa głosy przemawiały do niéj: jeden blizki, tuż przy niéj brzmiący twardo i ponuro, drugi młodzieńczy, świeży, śpiewny, oddalony, tak oddalony, jakby z innego dolatywał świata...
— Krwawa wojna i długa tułaczka uczyniły mię takim, jakim jestem. Lecz minął już dla mnie dzień bojów i mąk. Poślubię cię tu, oblubienico moja, w ciszy i skromności, jako przystoi czasom niedoli. Nie chcę wieńca na głowę moję, ani fletów i cymbałów przed ślubnym orszakiem; nie będą cię nieść drużbowie w lektyce błyszczącéj, i kwiatami włosów twych nie przyozdobią drużki... samo bowiem wesele zwyciężonego rycerza poważne być powinno i owiane wonią świętego smutku...
Z odwróconą wciąż twarzą i coraz bledsza, Mirtala szeptała:
— „Pozostań w domu Fanii. Piękność i wesołość ujmą cię tam w twórcze swe ramiona, a ja przychodzić i uczyć cię tam będę sztuki malarskiéj...“
Rękę jéj ku piersi swéj przyciągając, Jonatan mówił daléj:
— Powiodę cię z sobą na ziemię wygnania, ale śród któréj nikt nas nie odnajdzie i nikt nie zburzy spokoju naszego. W nizkiéj i ciemnéj chacie, ukrytéj przed światem ścianami gór gallijskich, ustawimy dwoje krosien, na których ja tkać, ty haftować będziesz. Pracą rąk zarabiając chleb nasz i dzieci naszych, przeżyjemy dni nasze, nieznani i zapomnieni...
— Uczynię z ciebie drugą Jaję z Kryzykosu... królową będziesz w czarowném państwie sztuki... otoczą cię kołem radosném wszystkie rozkosze sławy i miłości!...“
— W gorący dzień lata wywiodę cię, małżonko moja, do winnicy, którą własnemi zasadzimy rękoma, i jak Booz i Ruth, zrywać tam będziem dojrzałe grona aż do zachodu słońca...
— Słońce zachodzi!... — z ust dziewczyny wyrwał się nagle okrzyk, przerażeniem prawie dźwięczący.
— Gdy całkiem zgasną światła słoneczne, udamy się do Moade-El, gdzie wraz z gminą całą słuchać będziesz tego, co mówić mam...
— Puść mię, Jonatanie! słońce zachodzi!
Drobna ręka jéj daremnie z całéj siły targnęła się w żelaznéj dłoni jego; nie roztworzył on twardego jéj uścisku. Wzrok jego zatonął w twarzy jéj, ponuro znowu i podejrzliwie.
— Dokąd chcesz odejść? Menochim nie wrócił jeszcze z gaju Egeryi... córki Sary nie wołają cię jeszcze, abyś szła z niemi...
— Słońce zachodzi! puść mię!
— Dokąd chcesz odejść? Mirtalo! Mirtalo!
Głos jego, gdy po dwakroć wymawiał jéj imię, zabrzmiał srogo i groźnie.
— Słońce zachodzi!...
— Czy z niém razem zajdzie dla ciebie występna nadzieja jaka?
— Słońce zachodzi! puść mię!
— Słuchaj, dziewczyno! — głucho, lecz srogo krzyknął — dlaczego płonisz się i drżysz cała, a w oczach twoich błyszczą łzy i płomienie? Dokąd chcesz odejść? Co cię obchodzi zachodzące słońce? Kim był cudny młodzieniec ten, z którym rozmawiającą widziałem cię w późnéj porze wieczoru? Czy ty także staniesz się ohydą i hańbą narodu swego? Czy ty... jak Berenika...
Twarz i postawa Mirtali zmieniła się nagle. Z niecierpliwéj, błagającéj, stała się ona zawstydzoną, zgnębioną. Oczy dłonią zakryła.
— Nie, Jonatanie, nie... Nie puszczaj mię, Jonatanie! Zostanę przy tobie, nie puszczaj mię!
Długie, łkające westchnienie pierś jéj podniosło. Pochwyciła teraz sama ramię towarzysza dzieciństwa i zdawało się, że pragnie przykuć się do niego. Ale on szorstko odepchnął ją od siebie, a w téj-że chwili mignął błysk i rozległ się dźwięk stali. Krótki miecz Jonatana, przy gwałtowném poruszeniu jego wysunął mu się z-za sukni i upadł u nóg Mirtali. Porwała się, odskoczyła i, drżąca, ze śmiertelną odrazą w spójrzeniu, patrzała na mordercze narzędzie, którego Jonatan nie podniósł z ziemi. Wzrok jego, ostry i świecący, jak ostrze jego noża, wpijał się w coraz bardziéj blednącą i ruchem wstrętu pełnym odwracającą się twarz dziewczyny. Pomiędzy nimi wązki promień słońca olśniewające, stalowe błyski rozpalał w krótkim, zakrzywionym mieczu. Mirtala przymknęła powieki. Tuż nad narzędziem śmierci zawisło przed jéj oczyma narzędzie sztuki: pęzel, z pod którego wypływał kielich białéj lilii. W téj chwili na wschodkach ukazała się głowa w ciężkim, żółtawym turbanie. Menochim wszedł na taras i, ujrzawszy oręż, który Jonatan powoli z ziemi podnosił, drgnął i stanął. I po jego twarzy przemknęły także trwoga i odraza, lecz wkrótce znikły. Jonatan powstał i, plecami o ścianę wsparty, z uroczystą powagą i surowym głosem rzekł do Menochima:
— Justus był tu. Mówił mi on, ojcze, że poganie sami gromią bezwstyd Bereniki. Dlaczegoż pomiędzy wami nie znalazł się nikt, kto-by słowem śmiałém powściągnąć sprobował zgorszenie, zatruwające dusze naszych niewiast? Niejedna z izraelskich dziewic, ojcze, wstępować zapragnie w ślady Bereniki!...
Na dole, kilka świeżych kobiecych głosów wołało Mirtali. Dziewczyna szybko zbiegła ze schodów i przed drzwiami domu wpadła w ramiona kilku dziewcząt, które, chwytając ją za ręce, obejmując kibić jéj i szyję, zarzuciły ją pytaniami i wnet uprowadzić ze sobą chciały.
— Matka nasza zabroniła nam wracać bez ciebie, bo jesteś zawsze pieszczotą jéj oczu i nie może ona długo obejść się bez swojéj hoszeb! — śnieżne zęby ukazując w serdecznym uśmiechu, mówiła rudowłosa Lia, najmłodsza córka Sary.
Najstarsza z sióstr, wysoka, w żółtéj sukni i bogatym pasie, zgrabna Rachela, z dumném czołem, ocienioném kruczym warkoczem, poważnie głaskała dłonią ogniste włosy niższéj i młodszéj od niéj dziewczyny.
— Odkąd oblubieniec twój wrócił do domu waszego — mówiła — stałaś się, Mirtalo, zamyśloną i milczącą. Myślisz zapewne o tém, jakiem szczęściem obdarzył cię Pan, czyniąc cię wybranką wielkiego męża!...
— Ojciec mój, stary i chory Aron, który wraz z tobą codziennie siadywał w Awentyńskim portyku, przyszedł dziś do domu Sary, aby wraz z Symeonem udać się na Zgromadzenie Święte. Pragnie on także zobaczyć ciebie, bo byłaś zawsze perłą dla jego oczu, tam, gdzie was oboje otaczali zawsze sami ludzie obcy.
Słowa te wymówiło szczupłe, ubogo ubrane i nieśmiałe dziewczę, z bladą, mizerną twarzą i cierpiącém wejrzeniem dużych, myślących oczu. Mirtala, która innych przyjaciółek swoich nie zdawała się wcale słyszéć, zarzuciła ramię na szyję biednéj i nieśmiałéj Eli, córki starego, chorego Arona, i długim pocałunkiem usta swe do bladych ust jéj przycisnęła. Była ona zawsze najmilszą jéj z rówieśnic i towarzyszek wszystkich, dlatego może, iż równie jak ona improwizować umiała wzory haftarskie, i tak jak ona, nosiła w sobie nieokreślone tęsknoty za czémś, co było może ideałem piękna i niedostępnemi im urokami życia. Średnia córka Sary, mała, żywa, ognista Miryam, niecierpliwie uderzała w ziemię dzwoniącym swym sandałkiem.
— Czy nie zamierzacie, — wołała — spędzić przed drzwiami Menochima całego wieczoru? Gdy raz otworzycie usta, nie możecie już nigdy nagadać się do syta! Zamiast całować się z Elą, spójrz na niebo, Mirtalo! Zanim dojdziemy do domu rodziców naszych, słońce zajdzie całkiem!
Obejmujące szyję przyjaciółki ramię Mirtali opadło nagłe. Wzniosła oczy ku niebu, które istotnie powlekać się już zaczynało przezroczystą zasłoną zmroku. Z za ciemnych ogrodów Cezara, okrywających stok Janikulu, wypływał biały rożek półksiężyca. Niespokojne oczy przesuwając po twarzach towarzyszek, szybkim, urywanym głosem mówić zaczęła:
— Idźcie do domu matki waszéj... przyjdę tam za chwilę... Teraz iść muszę... muszę... tam, w stronę mostu i łuku...
Uczyniła ruch taki, jakby nie odejść, ale raczéj odbiedz, uleciéć od nich chciała; lecz nagle, cała drżąca, z wyrazem męki niewymownéj na twarzy, stanęła i obu rękoma uczepiła się ramion i szyi Eli... — Idę z wami... już idę... prowadźcie mię... obejmij mię, Elo!...
Nie spostrzegając dziwnych zmian, które zachodziły w słowach jéj, ruchach i wyrazie twarzy, wesołe i uroczystością dzisiejszą zajęte dziewczęta, uprowadziły ją ku domowi Sary. Ela szczupłém ramieniem otaczała jéj kibić; rudowłosa z uśmiechem szeptała coś o niéj poważnéj Racheli; żywa Miryam, brzęcząc dzwonkami sandałów, błyszczący naszyjnik swój zapinała u jéj szyi. Przed progiem domu Sary, Mirtala stanęła znowu i, z twarzą wzniesioną, spojrzała kędyś daleko i wysoko. Daleko, za nizkiemi, płaskiemi dachami przedmieścia, wysoko, jakby pod samém szarzejącém sklepieniem nieba, szczyt łuku Germanikusa płonął jeszcze w ostatnich blaskach słonecznych, jak tęcza, spleciona z purpury i złota. Ani na otaczające ją towarzyszki, ani na ludzi innych, których coraz więcéj ukazywało się na ulicy, nie zważając, Mirtala, giestem rozpacznéj tęsknoty wyciągnęła splecione ręce ku punktowi temu, samotnie gorejącemu jeszcze śród szybko mierzchnącéj przestrzeni. Lecz zaledwie towarzyszki jéj zdołały wyrzec słowo zapytania, ogarnęła ją i z sobą porwała rzeka ludzi, śpieszących się, przygarbionych, pochylających głowy pod ciężarem grubych turbanów, tłoczących się i popychających wzajem, i z cicha, lecz zapalczywie ze sobą gwarzących. Podobnemi rzekami, ze wszystkich ulic i placów przedmieścia, lud płynął ku wysoko wznoszącemu się nad domowstwa inne domowi modlitwy.
Była to budowa nietylko wysoka, ale i dość bogato przyozdobiona. Zdawało się, że na nią, to i w nią spływały wszystkie bogactwa, na jakie zdobyć się mogła otaczająca ją gromada nizkich i ozdobności wszelkiéj pozbawionych domówstw. Bogactwa te wprawdzie, w porównaniu z temi, które gromadziły się z drugiéj strony Tybru, a nawet i w innych miejscach zatybrzańskiéj dzielnicy, były jako drobna kropla wobec wezbranego morza. Niemniéj, w zbiorowisku tém śmieci, kałuż i smrodów, było to miejsce jedyne, otoczone czystością, pielęgnowaną starannie; wśród ścian drewnianych, ciemnych, skleconych z niedbałością taką, że czyniła je ona podobnemi do wędrownych tylko namiotów, były to ściany jedyne, na które złożyły się cegły i wapno, a nawet, gdzieniegdzie, skromne, bo rzeźb pozbawione, lecz różnemi barwami mieniące się, marmury. Drzwi wysokie, szerokie i przyozdobione ognistą miedzią koryncką, długo stały otworem, wpuszczając do wnętrza budowy, coraz gęściéj napływający, kilkotysięczny tłum. Wnętrze to, wysokie i rozległe, oświetlone mnóztwem lamp, a przyćmione nieco ulatującym z nich dymem, jaśniało białością nieskazitelną ścian i sufitu, śród któréj błyskały tylko pozłacane balustrady, dzielące tę część świątyni, w któréj zasiadali mężczyzni, od téj, którą napełniać miały kobiety. U jednéj ze ścian wznosił się ołtarz, ujęty w ramy złoconych kolumn, o które wspierały się dwie tablice, zapisane krętemi hebrajskiemi znakami, a pośród których purpurowa opona zasłaniała półkolisty otwór niszy, przybrany w wieńce z uschłych gałęzi cedrowych i oliwnych. Kręte złote szlaki liter, wypisane na tablicach ze śnieżnego i jak źwierciadło przezroczystego phengitu, były dziesięciorgiem synajskich przykazań; w niszy, za purpurową firanką, spoczywała księga Izraela; uwiędłe gałęzie, wieńczące otwór niszy, zerwane, były z cedrów, obrastających górę Libanu, i z drzew oliwnych, wieńczących Syon. Dawno tu przywiezione, uwiędły i zeschły, lecz nie zdejmowano ich ztąd dopóty, dopóki-by świeżemi zastąpione nie zostały; płomyki, gorejące w dwu siedmioramiennych, złoconych świecznikach, obficie oświetlały ołtarz ten i w pobliżu niego wznoszącą się, kilku wschodami od marmurowéj podłogi oddzieloną, mównicę. Na mównicę tę wstępowali zwykle mężowie, mający ludowi czytać i tłómaczyć ustępy Thory, albo téż ci, którzy, z dalekiego świata przybywając, opowiadali mu o dalekiéj ojczyźnie, o rozsypanych po całym świecie braciach, o nowych myślach jakichś, lub pracach, których przedmiotem były religijne wierzenia, społeczny ustrój albo polityczne nadzieje zwyciężonego ludu. W téj chwili mównica była pustą, ruch zgromadzającéj się ludności jeszcze nie ustał i drzwi świątyni stały otworem. Moade-El, zgromadzenie święte, zwoływane tu w celach religijnych lub społecznych, nigdy może jeszcze tak liczném nie było. W późnéj porze dnia zgromadził je Symeon dlatego, aby obecnym mu być i ducha swego skrzepić niém mógł nietylko dostatni i z czasem swym ściśle nie liczący się mieszkaniec dzielnicy, ale także, wedle malowniczych wyrażeń Thory, „ten, który rąbie drzewo, i ten, który nosi wodę”.
Po jednéj stronie złoconéj balustrady zasiedli mężczyźni, po drugiéj, nad kilku marmurowemi wschodami, ławy napełniły się rzędami niewiast. W liczném zebraniu tém, każde baczne oko dostrzedz-by musiało przedewszystkiém jednę szczególną jego cechę, którą był zupełny prawie brak dorosłych młodzieńców. Oprócz nielicznéj gromadki tych, z których twarzy, wpółdziecinnych jeszcze i męzkiego zarostu pozbawionych, poznać można było, że bardzo niedawno pocholętami być przestali, znajdowali się tam sami tylko mężowie w wieku późnym, lub dojrzałym, starzy lub pochylający się ku starości. Wprawdzie na ulicach i placach dzielnicy igrało zwykle mnóztwo dzieci, lecz pomiędzy rojem drobnych tych istot, a siwiejącym lub osiwiałym tłumem ojców ich i dziadów, istniała szczerba. Tworzył ją całkowity prawie brak pokolenia jednego, pokolenia, które przed kilku laty, na odgłos wszczynającéj się wojny świętéj, wywędrowało ztąd ku dalekiéj ojczyźnie i — nie wróciło. Jedni z nich, na polu walk krwawych, w pożodze, która pochłonęła świątynią, pod karcącym mieczem zwycięzców — zginęli; inni, rozsypani po świecie, wiedli żywot trudny, albo, jako wojenni jeńcy, żyli w ciężkiéj u zwycięzców niewoli. W dniach powszednich, w zwykłym torze codziennych zajęć, objaw ten, cechujący pojutrze nieszczęśliwéj wojny, mniéj uderzał w oczy i serca. Zato, w całéj żałobnéj grozie swéj zjawiał się on zawsze, ilekroć tak, jak dziś, gmina zgromadzała się w jednych ścianach i tysiącami razem oczu i serc spostrzegała nieobecność najdroższych sił i ukochań swoich. Smutne téż, zamyślone, ponure były długie szeregi twarzy ciemnych, gęsto obrosłych, ocienionych żółtemi lub brunatnemi zwojami turbanów; smutno i żałobnie czarne szlaki wiły się po białych szalach, opływających prawie aż do ziemi ciemne chitonety. W czasach niedawnych jeszcze, szale te tkano ze śnieżnéj tylko wełny; ale odkąd w płomieniach i dymie pożogi runęła Jerozolimska Świątynia, brzegi ich, u których wisiały nici i chwasty, przypominające o węźle przymierza z Panem, otaczać zaczęto czarnemi szlakami. Cóż dziwnego? Mędrcy składający Jabue, zgromadzenie, obradujące nad przyszłością Izraela, mniemać a przynajmniéj głosić zaczynali, że sam nawet anioł Metatron, patron i rzecznik Judei przed Panem, żałobnemi znakami obwiódł teraz srebrzyste swe skrzydła. Mniéj smutnie wyglądało zgromadzenie niewiast. Na tle marmurów, przyozdabiających ściany, jaśniało tam wiele twarzy młodych, świeżych, z których nawet uroczystość chwili spędzić nie mogła rumieńców i uśmiechów. Nad fałdzistemi płaszczami, spływającemi z ramion aż ku ziemi, kołysały się tam głowy niewiast dojrzałych, w kwiecistych turbanach, albo w barwnych siatkowych czepcach. Ta i owa, na głowę, plecy i czoło, zarzuciła białą zasłonę, tak, że z pod niéj widać było tylko wielkie wschodnie oczy, z ognistą źrenicą, i powściągliwie uśmiechające się, purpurowe usta. Tu i owdzie na białém czole połyskiwała złota opaska, z dużą perłą pośrodku, z uszu zwisały drogocenne kolce, po szyi wiły się i aż do haftowanego pasa spływały naszyjniki ze szkieł, do dyamentów podobnych. Tu i owdzie także, po twarzy zoranéj i bladéj, toczyła się łza, pod światłem lamp jak brylant błyszcząca, albo młode lecz smutne oczy patrzały w dal, z tęsknotą bez granic. W jednéj stronie pobrzękiwały dzwonki, czy metalowe blaszki sandałków, w innéj nad szepty szemrzące dokoła wzbijało się długie, łkające westchnienie.
Nagle szepty, westchnienia, stłumione wykrzyki powitań, ciche dzwonienie sandałów i naszyjników niewieścich — umilkły; w ciszę nieskazitelną zamienił się głuchy szmer, towarzyszący zawsze licznemu zgromadzeniu ludzi, a z samych choćby poruszeń ciał ich i oddechów piersi złożony. Zdawać-by się mogło, że każdy z członków zebrania tego znieruchomiał i każda pierś na chwilę powstrzymała oddech. Po wschodach, na mównicę prowadzących, wstępował człowiek wysoki i chudy — rzecz niewidziana tu nigdy — w rzymską tunikę, zszarzaną, odartą, ubrany, i z głową nie przykrytą niczém, tylko zarosłą lasem kruczych, splątanych włosów. Wszystkie nędze ciała i męczarnie ducha patrzały z twarzy jego zczerniałéj, wychudłéj, krwawemi poznaczonéj bliznami; z oczu jego zapadłych, ze zciemniałych powiek, z ust bladych o zarysie udręczonym, lecz hardym, biła namiętność sroga, nieukojona, uparta. Stanął na mównicy wyprostowany. Wklęsłe policzki jego zapłonęły, rozejrzał się dokoła wzrokiem sypiącym płomienie i, w tył nieco przegięty, jak skrzydła rozpostarł ramiona. W téjże chwili, zanim mówca wydać mógł piérwszy okrzyk swój, który zdawał się łkać we wzdętéj piersi jego, z głośnym trzaskiem i migotliwemi błyskami zdobiącéj je miedzi, szybko i szczelnie zamknęły się wysokie drzwi świątyni.
Na zewnątrz cicho było i jasno. Srebrny półksiężyc, wypłynąwszy całkiem z-za ciemnych ogrodów Cezara, świecił pod szafirowém sklepieniem w otoczeniu mnóztwa iskrzących się gwiazd. Zatybrzańska dzielnica, ze stokami dwóch wzgórz, okrytemi ciemną gęstwiną ogrodów, z tu i owdzie świecącemi białością ścianami letnich mieszkań bogaczów, z tłoczącą się u stóp jednego ze wzgórz gromadą nizkich i płaskich domów, spała, i uśpionemi zdawały się być nawet zamknięte szczelnie oberże i otaczające je mieszkania Syryjczyków. Za rzeką, z cicha szumiącą, na siedmiu swych wzgórzach dźwigając wysoko ciężkie kopuły świątyń i bazylik, ciemne sklepienia łuków i w świetle księżyca srebrzące się szlaki portyków, Rzym usypiać zdawał się pod gwieździstém sklepieniem, cichym, bo bezpiecznym, snem olbrzyma. Kiedy niekiedy tylko, za rzeką i mostem, kędyś na ulicach i placach Awentynu, rozlegał się śród ciszy, do stłumionego grzmotu podobny, miarowy i szybki tentent wielu stóp ludzkich. Były to wojskowe straże nocne, w różnych kierunkach przebiegające uśpioną stolicę.
Tu i owdzie jeszcze, na tarasach żydowskiéj dzielnicy szarzały siedzące w milczeniu gromadki ludzi, albo niewyraźnie rysowała się pojedyńcza postać, nad ogrodzeniem tarasu stojąca, i w cichéj kontemplacyi, czy namiętnéj modlitwie, twarz i ręce wznosząca ku niebu.
W głęboką ciszę tę, w powietrze ciepłe i z lekka rozwidnione światłem półksiężyca, mieszał się głos męzki za zamkniętemi drzwiami świątyni, samotnie długo brzmiący w jéj wnętrzu. Murowane ściany i grube odrzwia pochłaniały słowa mówiącego, lecz dźwięki głosu jego, głucho wybijając się na zewnątrz, wydawały się pieśnią, złożoną ze wszystkich tonów, na jakie zdobyć się może pierś ludzka. Wydawały się one nieskończoném jakby recitativem, które chwilami płynęło spokojnie i cicho, to znów szumiało, jak zrywająca się burza, to śpieszne, zdyszane, podobném stawało się do kaskady, lecącéj po spadzistości skały; to jeszcze grzmiało bojowemi trąbami, krzyczało jękami umierających od miecza, głodu i pożogi; albo rozpływało się w żal bezdenny, w kwilenie bezsilnego dziecka, lub wściekły płacz zmiażdżonéj piersi rycerza. Kiedy-niekiedy słowo jakieś lub imię wybijało się na zewnątrz świątyni. Słychać było wyrazy: wojsko, twierdze, mury obronne, wojna domowa, oblężenie, głód, wycieczki nocne, świątynia, pożar, gruzy, rzezie, ucieczki. Słychać téż było imiona krajów, narodów i pojedyńczych ludzi: Rzym, Pont, Syrya, Idumea, Arabia, Egipt, Wespazyan, Tytus, Józef Flawiusz, Jan z Giszali. Znać było, że wiele na raz ludów w sposób różny przyjmowało udział w opowiadanym dramacie, że wiele krajów i miast było świadkami rozgrywających się tu scen jego, że wielu mężów, na cały świat sławnych, w różnych kierunkach popychać go usiłowało ku ostatecznemu rozwiązaniu. Kiedy po raz piérwszy imię Jana z Giszali wyszło z ust opowiadającego, odpowiedziało mu olbrzymie, kilka tysięcy piersi wzdymające, westchnienie. Na dźwięk imienia największego z wodzów, najzagorzalszego z gorliwców, najwytrwalszego z obrońców Syonu, wszystkie serca uderzyły głośno i piersi głęboko, długo, westchnęły. Potém znieruchomiały znowu, zasłuchane, nieme, w kamiennéj ciszy.
Godziny upływały; nagle głos opowiadającego, jak ziarno piasku w nadlatującym tumanie kurzawy, znikł w ogromnym okrzyku tłumu, który tym razem nie umilkł zaraz, owszem, zmienił się w długi, bezładny, namiętny gwar mnóztwa głosów. W tłumie ściśniętym murowanemi ścianami coś zakipiało i wrzało potém coraz goręcéj i głośniéj.
Na mównicy stojąc, Jonatan kończył opowiadanie nietylko wojny stoczonéj i zakończonéj klęską oblężenia stolicy, ale i własnéj także ucieczki z rąk wrogów, i długiéj, kilkuletniéj tułaczki po niegościnnych miastach Syryi, morzach i wyspach Grecyi, po skwarnych i bezludnych pustyniach Afryki. Kończąc, podniósł twarz, wysoko wzniósł ramię, i w dłoni kurczowo ściśniętéj ukazał krótki, zakrzywiony miecz Jana z Giszali. Wszyscy powstali. W upalném powietrzu ogromnéj sali, w mglistém choć obfitém świetle lamp, u których posługacze świątyni ucinali knoty, lecz gęstych nici dymu rozegnać nie mogli, nawał głów i ramion ludzkich cisnął się ku mównicy. Wszystkie usta były otwarte, wszystkie oczy wzniesione w górę, tam, gdzie nad tym ludzkim odmętem górując, Jonatan, dziwnie uciszony, z kapłańską jakby dostojnością w postawie, ku oczom i ustom zbliżających się pochylał lśniącą, ostrą, obosieczną pamiątkę wielkiego męża. Nie mówił teraz nic; oni wzamian, mówiąc, jęcząc, płacząc, oglądali oręż, dotykali go, przyciskali do niego swe usta. Zapominając o najważniejszych obrzędowych przepisach, niewiasty zmieszały się z mężczyznami i cisnęły się także ku narodowéj relikwii. Były tam matki, żony i siostry tych, którzy zginęli, walcząc u boku Jana z Giszali. Jedna z nich uczyniła ruch taki, jakby objąć i w ramionach swych oręż ten, niby dziecię, kołysać chciała. Na zimnéj i lśniącéj powierzchni stali kładły się usta młodzieńców i dziewic, i zlewał ją deszcz łez, kapiących z oczu przygasłych, zbolałych. Byli tacy, na których twarzy wybijała się walka. Odraza, uczuwana do mordów i krwi, zasada jakaś wysoka, w jednym z licznych i rozmaitych strumieni narodowéj tradycyi zaczerpnięta, pochylające się nad mieczem głowy przejmowała wstrętem.
Goryasz, wyznawca łagodnéj nauki Hillela, po razy kilka schylał się nad orężem bohatera i po razy kilka odwracał od niego twarz zapłonioną, cierpiącą; aż nakoniec, jedno z walczących w nim uczuć zwyciężyło, i usta jego długim, miłosnym pocałunkiem spoczęły na zimnéj stali. Jednak zaraz wyprostował się, ku ołtarzowi wyciągnął ramiona i z wybuchem boleści krzyknął:
— O, Przedwieczny! patrz, co z narodem Twoim uczynili jego wrogowie! Oto całuje on narzędzie śmierci i cześć oddaje ostrzu, przelewającemu krew!
— Najsroższą z krzywd, zadanych nam przez zwycięzców, jest, o, Goryaszu, w duszę ludu wlany jad nienawiści!
Słowa te, szeptem zdławionym wymówił Justus, którego oczy chciwie jednak tkwiły w mieczu Jana z Giszali.
W téjże chwili rozległ się grzmot kolan, padających na klęczki, i ciał, które runęły na ziemię. Odmęt twarzy starych i młodych, męzkich i niewieścich, zniknął, bo wszystkie czoła dotknęły marmurów posadzki, albo, nizko schylone, ukryły się w dłoniach, a w upalném powietrzu i dymném świetle sali wybuchnął olbrzymi śpiew:
— „Wilcy i niedźwiedzie spustoszyli mi ziemię, ziemię, będącą radością moją, i mnie zawiedli w niewolę, a nikt nie bronił mię i nikt sprawy méj nie sądził. I oto jestem jako kruk czarna, ja, któram białą była, jako gołębica, bo dom mój spustoszony i ziemia bezludna!“
— „O, jakżeś, Najwyższy, poniżył swe dzieci! Chwała Twoja opuściła świątynią naszę, i obcy rycerze igrali z Arką Przymierza. I oto jestem jako kruk czarna, ja, któram białą była, jako gołębica, bo dom mój spustoszony i ziemia bezludna!“
Jonatan, wyprostowany i milczący, stał na mównicy, powoli i głęboko oddychając, jak ktoś, co spoczywa po dokonaném dziele. Pogoda, z dokonanego dzieła płynąca, okrywała mu twarz rozognioną i ciemną. Uczynił to, co w mniemaniu jego było zadaniem świętém; słowami swemi rozpłomienił ducha ludu dla sprawy, któréj orężem bronić już nie mógł. Z dumą, powoli, wodził wzrokiem dokoła świątyni, aż zatrzymał spójrzenie na niewieściéj postaci, która, sama jedna wśród pochylonych i kołyszących się głów, stała za połyskującą złoceniami balustradą, prosta, nieruchoma, wpatrzona w niego oczyma, w których przerażenie mieszało się z uwielbieniem. Tłum, który przed chwilą cisnął się był ku mównicy, nie porwał jéj za sobą. Obu ramionami uczepiła się poręczy balustrady i nie dała się porwać fali, gwałtownie spadającéj z marmurowych schodów. Grozą nieprzezwyciężoną, mrożącą, przejęły ją roztaczane przez Jonatana obrazy strasznych mordów i klęsk. Za nic, za nic w świecie nie zdołała-by zbliżyć się do człowieka tego, ani choćby końcem palca dotknąć lśniącéj téj stali, która tysiące razy nurzała się kiedyś w krwi ludzkiéj. Nogi odmawiały jéj posłuszeństwa, krwawa mgła zaćmiewała oczy, i tylko drobne dłonie kurczowo, z siłą niespodzianą, ściskały metalową poręcz, będącą w téj chwili podporą jéj i obroną. Jednakże, oczu pełnych przerażenia, zmieszanego z czcią, oderwać nie mogła od człowieka tego, który tak długo walczył i cierpiał. Aż nagle powiodła spójrzeniem po falującém morzu schylonych ku ziemi ciał i głów ludzkich. Niezmierna litość, dojmujące współczucie rysami jéj wstrząsnęło. Osunęła się na klęczki, czołem uderzyła o złoconą poręcz i łzy gradem lały się z jéj oczu, gdy w upalném powietrzu i mętném świetle świątyni huczały ostatnie strofy pieśni:
— „Dokąd-że, Panie, dokąd-że gołąbkę Twoję więzić będą sieci ptasznika? Tyle już wiosen i tyle zim minęło, odkąd drży ona pod ostrzem miecza, w lwich zębach i w jarzmie wroga. I oto czarną stałam się, jako kruk, ja, któram białą była, jako gołębica, bo dom mój spustoszony i ziemia bezludna!“





VI.

O Polu Marsowém istniała w Rzymie stara legenda, wcale niepodobna do téj, która urokiem poetycznych wspomnień uświęcała gaj Egeryi. Tam liście drzew i fale strumienia opowiadały o dobroczynnym królu-prawodawcy i dobréj wieszczce jego. Tu, zbrojne hufce, zgromadzające się do wojennych ćwiczeń i przeglądów, szczękiem oręża i gwarem udawanych bitew, przez długie wieki przypominały krwawe walki ludu, wyzwalającego się z pod okrutnéj dłoni Tarkwiniusza Pysznego. Wymowny dziejopis rzymski opowiada tę legendę następnemi słowy: „Sprawa Tarkwiniuszowéj własności wytoczyła się przed rozpoznanie senatu. Zapalczywy gniew wziął nad innemi względami górę... Łan Tarkwiniuszowy, pomiędzy Tybrem a miastem, poświęcono Marsowi, a właśnie pod owę porę okrywało go bujne, pod sierp dościgłe zboże. Nasłany tłum wszystko do pnia wykosił, a kłosy z ziarnem do szczętu w Tybr wrzucił. Nurty żniwo to na mieliznę zniosły, tam je napływ mułu stężył, aż zwolna powstała wyspa, która dziś świątynie i krużganki dźwiga.“
Że następcą dobrego i mądrego Numy może być srogi i pyszny Tarkwiniusz, była to dla rzymskiego ludu nauka, z któréj korzystał on przez długie wieki. Wszystko minęło. Brzęki mściwych sierpów, ścinających Tarkwiniuszowe żniwo, aby je na znak ohydy pogrążyć w nurty rzeki, czas zmienił w echo, coraz słabiéj brzmiące w uszach i sercach odległych pokoleń. Lecz żyła jeszcze szczupła garść ludzi, w których pole, noszące imię boga wojny, i wśród rzeki wznosząca się wyspa, utrwalały pamięć o rzadkiém dziejowém zdarzeniu, jakiém była zwycięzka walka słuszności z przemocą.
Cesarski Rzym wrzawą wezbranego życia i blaskiem ogromnych bogactw napełniał dziś dawny łan Tarkwiniuszowy. Z jednéj jego strony, za żółtym pasem rzeki, spiętéj drogocennemi klamrami mostów, a migotliwym niby klejnotem, połyskującéj wyspą, „dźwigającą świątynie i krużganki“, szerokim bazaltowym szlakiem sunęła droga, Tryumfalną zwana, a po-nad nią Watykańskie wzgórze rysowało na błękitach nieba faliste skłony i spuszczało ku rzece ciemne gęstwiny ogrodów, usiane srebrzącemi się w słońcu ścianami lekkich gmachów.
Naprzeciw rzeki z mostami i wyspą, drogi Tryumfalnéj i okrywających Watykan ogrodów, ze stoków Kwirynału i Kapitolu, ulice szerokie, stężałą lawą wysłane, nieprzejrzanemi szeregami pałaców i arkad staczały się aż ku brzegom rozległéj przestrzeni, okrytéj wiosenną zawsze zielenią murawy, owianéj świeżością mnóztwa wodotrysków, których perliste szmery łączyły się z szeptami wawrzynów i mirtów, a brylantowe deszcze spadały do stóp śnieżnych, bronzowych, złoconych posągów, wydających się zaklętym tu w nieruchomość, dramatycznym i miłosnym tłumem bogów, bohaterów, mocarzy i wieszczów. Słupy, snopy i tęcze wód biły z olbrzymich muszli, które w bronzowych dłoniach dźwigały trytony o potężnych ciałach, pół-wężowych, pół-ludzkich, z rozwartych paszcz delfinów, z czar, które w smukłych ramionach wznosiły dziewicze Nereidy.
Pośród wiosennéj murawy, w ramach bukszpanów i fiołków, okrążając mirtowe i wawrzynowe gaje, mnóztwo ścieżek, nierozwikłanym z pozoru chaosem wiło się i przybiegało do stóp największego z portyków Rzymu, dwupiętrowéj galeryi, tak szerokiéj, że w dole czterokonne wozy wymijały się w niéj łatwością, a w górze mieścić się i przechadzać mógł tłum wielotysięczny. Wielki portyk wybiegał nad samym brzegiem rzeki, z pod sklepień wyniosłéj bramy, koronkowym szlakiem kolumn swych i rzeźb przerzynał wszerz całą rozległość dawnego łanu Tarkwiniuszów i znikał aż pod stokami Kapitolińskiego wzgórza, za potężnemi, owalnemi ścianami Flamińskiego cyrku, uwieńczonego, jakby girlandą z płomieni, nagłówkami kolumn z miedzi korynckiéj, jaskrawo palącéj się w światłach słonecznych. Tu, pod ścianą Kapitolu, dokoła Flamińskiego cyrku, tłumnie cisnęły się budowy, rozmiarów i przeznaczeń różnych. Świątynie Herkulesa i Minerwy, wojennéj Bellony i egipskiéj Izydy, Panteon z wielką, wydętą kopułą, ogromne łaźnie Nerona, pół-okrągłe krypty trzech teatrów, rzędy arkad, napełnionych drogocennemi towarami, pałace możnych, długie kolumnady, osłaniające dolne piętra pałaców, wszystkie te, w różnych czasach i dla celów różnych wznoszone dzieła lub arcydzieła architektonicznéj sztuki, tworzyły nieprzejrzaną gęstwinę marmurów, bronzów, kości słoniowéj i drogocennych metali, ociekających malowidłami i rzeźbą. Rzeźba ta girlandy kamiennych kwiatów i liści wiła po przezroczystych ażurach kolumnad, mnóztwem kamiennych obliczy ludzkich, dziecięcych, zwierzęcych, wspinała się na potężne ściany; z dachów, fryzów, gzémsów, z pod progów i ścian, wabiła lub groziła postaciami wesołych Faunów, figlarnych Amorów, Sfinxów zadumanych, potężnych lwów, delfinów, orłów, sępów, węży, bajecznych i w naturze nienapotykanych splotów źwierzęcych i ludzkich ciał.
Dachy portyków i pałacowych krużganków dźwigały tam jakby napowietrzne, kwitnące ogrody, okna świątyń i górnych piętr pałaców jaśniały kryształowemi szybami i powiewały różnobarwnemi zasłonami; słupy arkad wystawiały na widok publiczny nieobliczone bogactwa i olśniewającą migotliwość kobierców i tkanin wschodnich, greckich naczyń, złotych, srebrnych, wyrzeźbionych, malowanych, alexandryjskich szkieł i kryształów, zabarwionych przeróżnie i w przeróżne wylewanych kształty; cenne gatunki drzew, mozaiki, drogie kamienie, perły, bursztyny, onyxy, agaty, szyldkret, kość słoniową, ujęte w kunsztowne dzieła stolarskiéj, snycerskiéj i złotniczéj sztuki.
Taki dziś miała pozór część owego Tarkwiniuszowego łanu, który niegdyś złocił się i szemrał zasiewaném na rzecz królewską zbożem. Lecz inną część jego, zwycięzki lud, który ściął do szczętu i w nurty rzeki rzucił królewskie zboże, przeznaczył był na dopełnianie najważniejszych czynności publicznego życia swego: na wojskowe przeglądy lub ćwiczenia i sejmy, obierające konsulów, dyktatorów, cenzorów, trybunów, pretorów, edylów, wszystkich słowem tych, którzy z woli i wyboru ludu sprawować mieli rządy państwa i kierować jego losami. Część tę pola, poświęconego Marsowi, z jednéj strony obrzeżał Tybr, z drugiéj, do lasu dziś już podobne, Pompejańskie i Lukullusowe ogrody; z trzeciéj — ulica Szeroka (via lata), obiegająca stopy Kwirynalskiego wzgórza. Miejsce to nosiło nazwę Septów, a było otwartym i rozległym placem, który od brzegu do brzegu napełniały niegdyś orężne brzęki rycerstwa, albo burzliwe, skłócone gwary wolnego ludu, czyniącego tu użytek z najważniejszéj ze swobód swoich. Piérwszy Oktawian-August miejsca tego użył na widowiska publiczne, zabawiające i jednające dla niego tłumy burzliwe i wrażeń namiętnie żądne. Odtąd ćwiczenia i przeglądy wojskowe odbywały się tu, jak dawniéj, ale lud nie obierał nikogo na dostojeństwa żadne. Wszystkie one skupiły się teraz na jednéj, najwyższéj głowie. Imperatorem, czyli głównym dowódzcą wojsk, dyktatorem, konsulem, trybunem, cenzorem — był Cezar. Imiona innych, pomniejszych, wiatry lecące z Pallatium przynosiły do uszu ludu i posłusznie powtarzały je na Septach usta jego. W zamian, często bardzo Septy kipiały radością tłumów, rozbawionych igrzyskami, a pasionych chlebem, z szaloną niekiedy hojnością sypiącym się na nie z dłoni Cezara...
Przez Augusta zbudowana, wielka droga Flamińska, szerokim pasem sunęła pod lesistą zielenią Pompejańskich ogrodów, u skraju Septów wiązała się z ulicą Szeroką, przez którą w łono stolicy wpływała. U brzegu jéj, niby olbrzym wyprostowany i strojny, nad zieleń ogrodów i pod błękity nieba wzbijał się śnieżny grobowiec Augusta, z nieruchomo gorejącą pod błękitami, ogromną kulą złotą.
Jak akord muzyczny, zgodnie odpowiadający akordowi innemu, w znacznéj od grobowca odległości odpowiadał mu, lecz wyżéj od niego wzbijał się obelisk słońca, na którego strzelistym szczycie, w postaci potężnego młodziana, z długiemi włosy i siedmiopromienną na nich koroną, z lirą w ręku a kijem pasterskim u stóp, stał bóg światła, obfitości, młodości i twórczych natchnień — Febus Apollo. U stóp tego-to obelisku, całą rozległość dawnego miejsca sejmowych obrad kolisto otaczając, wzniosły się, w amfiteatr zbudowane, wielopiętrowe schody, a u dołu stanęły obszerne, purpurą i złoceniami zdobne, trybuny i loże.
Najpodeszlejsi w wieku starcy przypominali sobie, że, za czasów dzieciństwa ich, w tém samém miejscu, Oktawian-August radował lud widokiem igrzysk Trojańskich. Teraz znowu, na rozległéj arenie, zasłanéj miękkim i obficie zroszonym kobiercem murawy, ujrzéć miano igrzyska te, w których brali udział nie najemni kuglarze i skoczkowie, nie grubijańscy cyrkowi woźnice, nie w niewoli urodzeni gladyatorowie, nie ulubieni nawet muzycy i deklamatorzy, ale liczna, świetna młodzież dwóch najwyższych w państwie stanów: synowie senatorskich i rycerskich rodzin. Na czele zaś jéj, księciem młodzieży w igrzyskach tych mianowany, znajdować się miał syn cesarski, niedawny zwycięzca Judei, pięknością, męztwem i talentami wsławiony Tytus — przyszły Cezar.
Piérwsza godzina dnia upływała. Słońce, za Kwirynalskiém wzgórzem wschodzące, blado-żółtém światłem napełniło wnętrze głębokiéj kotliny, któréj ściany od szczytu do dołu wysłane już były postaciami, ubiorami i twarzami ludzi. Przez noc całą pole Marsowe szumiało morzem ludności, oczekującéj tu nadejścia dnia, i któréj część znaczna, przy pierwszych już brzaskach świtu, z radosnym hałasem stłoczyła się na kolistych ławach. Czternaście ław, dla rycerskiego stanu przeznaczonych, napełniło się już po brzegi, lecz dostojność postaw i giestów, właściwa ludziom wyższych warstw społecznych, jako téż gorliwa nad nimi pieczołowitość „designatorów“, urzędników, wskazujących miejsca i doglądających porządku, nie dopuszczały tu tłoku tego i hałasu, który kipiał na piętrach wyższych, zaludnionych tłuszczą kupców, fabrykantów rzemieślników, wyrobników, czeladzi fabrycznych i dworskich, nadewszystko zaś żołnierzy. Niepodobna już było w tłumie tym odróżnić rodowitych Rzymian i dawnych lub świeżych przybyszów z Grecyi, Syryi, Azyi Mniejszéj, z Afryki, Hiszpanii, a nawet z niedawno podbitéj Gallii i Brytanii, i na-pół podbitych, sprzymierzonych prowincyi germańskich. Pośród potomków starożytnych Kwirytów, śniadolicych, o wązkich czołach i postawach dumnych jeszcze nawet w łachmanach, pośród Greków, zgrabnych, zwinnych, strojnych, gadatliwych, i Syryjczyków z chytrym wzrokiem i cynicznemi twarzami, mieszali się barczyści i ociężali Kapadoci, czarni Numidzi, biali, płowi i silni Germanie, żwawi, weseli, dziwnie szybko cywilizacyą rzymską wchłaniający w siebie Gallowie, pół-dzicy, ponurzy Bryci, Hiszpanie o gorejących źrenicach, sprężyści i szczupli Partowie, żółtoskórzy, mądrzy, o przebiegłych oczach i sarkastycznych uśmiechach Egipcyanie, z których niejeden zapewne, spoglądając na otaczające go przepychy i obrządki, z dumą potomka wielkiego rodu, piérwszy początek ich wywodził ze swéj ojczyzny. Wschodnie podanie o wieży Babel sprawdzać się zdawało w tém zbiorowisku najrozmaitszych plemion i języków, które podbój, żądza użycia, przeróżne interesa i nieprzezwyciężona siła pociągu, przez cywilizacyą wyższą na niższą wywierana, zgromadziły w stolicy świata.
W chaosie tym czuć było, spajającą go w karną całość, siłę miecza. Czuć ją było w ogromnéj ilości żołnierstwa różnéj broni i różnych téż plemion, które dziś, z ludem zmieszane i wraz z nim igrzysk oczekujące, panowało nad nim wyraźnie butą, dumą, śmiałością słów i poruszeń, gotową zda się zdeptać wszystko, co-by jéj niepodobać się mogło, wiedząc o tém, że uczynić to jéj wolno bezkarnie.
Zaprawdę! najwyższym wodzem ich i sędzią był Cezar. A któż, jeśli nie oni, Cezarem go uczynili? Kto, jeśli nie oni, utworzyli dla Pallatium żelazny fundament, na którym stało ono bezpiecznie? Czy tylko oni? A! i ta tłuszcza jeszcze, która w téj chwili, na widok wchodzącego do jednéj z lóż cesarskiego syna, szaleje okrzykami, na cześć jego wydawanemi; — i te tam gromady bogatych wykwintnisiów, próżniaków i hulaków obu płci, które teraz dopiéro zaczynają napełniać loże i trybuny olśniewającém bogactwem swych strojów i gwarem pustych i błahych rozmów, ale nie te, o! najpewniéj nie te trybuny i loże, które powoli i jakby niechętnie zajmować zaczynają mężowie i niewiasty, dziś nawet, w dniu igrzysk, w dniu Apollina, nie rozebrani z powagi, z surowości, z zamyślenia, w którego głębi kipią wieczne i nieprzejednane bunty. Tych mieczem i wygnaniem dziesiątkowały już podejrzliwe i mściwe dłonie dziewięciu poprzednich cezarów, a jednak — żyją oni jeszcze, tu są także, a na chmurnych ich czołach wić się zdaje daléj i daléj w przyszłość promień ten, który przed wiekami połyskiwał w sierpach ścinających królewskie zboże na Tarkwiniuszowym łanie...
Trybuny i loże były już prawie napełnione. W jednéj z nich, Cestyusz, wódz wojsk zwyciężonych w Judei i zażarty wróg judejskiego plemienia, w śnieżną i złotem szytą latiklawę owinięty, wspierał się o bogato haftowane poduszki, ponury i rozjątrzony, pomimo licznego otoczenia, z osób obu płci złożonego. Młodziutkiéj i pięknéj żony jego, która uwierzyła w judejskiego Boga, u boku jego nie było. Nieustannie zato, głośno, po łacinie i grecku, szczebiotała tam Kaja Marcya, tuląca w objęciu nieodstępną swą psinę; u odkrytego łona innych niewiast tuliły się karzełki, małpki, papugi i nawet uczone gołębie i szpaki; leniwy Stella powiewał szerokiemi rękawami swéj przezroczystéj, niewieściéj szaty; wytworny Karus rozsiewał mocne zapachy perfum; poeta Marcyalis układał naprędce złośliwe epigramata, które hucznym śmiechem napełniały obszerną i licznie zaludnioną lożę.
Niedaleko ztamtąd, oczy wielu ludzi zwracała na siebie wyniosła i w skromną stollę ubrana, Fania, żona pretora. Kilka tylko wielkich rubinów krwisto błyszczało w kruczych jéj włosach, z których spływająca srebrzysta zasłona lekkim obłokiem owijała jéj kibić. Otaczało ją ludzi wielu: niewiast dojrzałych, dziewic młodych, mężów w brunatnych płaszczach i z długiemi brodami, w których poznawano filozofów. W loży téj, postawy i giesta spokojne, powściągliwe, wiernie przedstawiały istotny, surowy typ rzymskiego plemienia. Rozmowy toczyły się tam przyciszone, niemniéj żywe i pełne uśmiechów ust młodych i ognistych błysków źrenic. Fania, uprzejma i na każde słowo otoczenia swego uważna, niespokojną jednak wydawała się i bledszą, niż zwykle. Helwidyusza przy niéj nie było. Jako pretor, musiał on z wierzchołka wysokiéj bramy dać znak rozpoczęcia igrzysk. Bez znaku, przez niego danego, rozpocząć się one nie mogły. Cezar Wespazyan nie przybył jeszcze. Czy popędliwy i litery prawa ściśle przestrzegający, Helwidyusz, pozwoli rozpocząć igrzyska w nieobecności Cezara? Postawa i twarz Fanii były spokojne, ale serce jéj pod miękkiemi zwojami śnieżnéj materyi uderzało gwałtownie. Do młodzieńca, tuż za nią stojącego, zwracając się, rzekła z cicha:
— Czy mógł-byś, Artemidorze, dotrzéć do wyjścia i Helwidyuszowi zanieść ode mnie poselstwo, które ci powierzę?
— Sprobuję, Domina — szybko odparł malarz. — Co mężowi twemu powiedziéć od ciebie mam?
— Powiédz mu, że proszę go... aby pamiętał o małym Helwidzie naszym...
Artemidor, z uszanowaniem i nizko skłoniwszy głowę, opuszczał lożę pretora, ścigany wzrokiem jednéj z młodych dziewcząt, otaczających Fanią, i ognistemi spójrzeniami bogatéj Fulwii, którą, po krótkim, lecz głośnym w Rzymie związku miłosnym, opuścił był przed rokiem. Piękna ta i wysoko urodzona żona bogatego i starego wyzwoleńca przepych stroju swego i powaby nie ukrywanéj wcale zalotności roztaczała w téj saméj trybunie, w któréj Eliusz Lamia, wesołością huczną i o nic zda się niedbającą, zwracał na siebie uwagę publiczną. Odkąd jeden z synów Cezara uwiódł i porwał mu żonę, stał się on przedmiotem mnóztwa rozmów, ciekawości, ubolewań i szyderstw. Wiedział o tém. Z niedbałemi ruchami wielkiego pana, nie troszczącego się o gwary gawiedzi, w stroju i z postawą człowieka, który zbyt młodym i możnym czuł się, aby cios doznany o rozpacz go mógł przyprawić, ukazał się on w trybunie z otoczeniem liczném i wesołém, promieniejący, swobodny, świetny.
Głośne i z lekka tylko ironią zaprawne, żarty jego, słyszeli nawet ludzie, z dala siedzący; z zapałem deklamował miłosny wiersz jakiś, świeżo przez spółczesnego poetę utworzony, pochylał się nad Fulwią i w słowach zalotnych wyrażał podziw swój nad pięknością jéj i z kolei nad okrywającemi ją klejnotami. I raz tylko, raz jeden, w chwili, gdy syn Cezara, Domicyan, wysmukły, blady i łysiejący młodzieniec, otoczony mnóztwem dostojników, pomiędzy którymi przeważali ludzie w wojskowych ubiorach, ukazał się śród purpury, złoceń i rzeźb cesarskiéj loży, niedbała i wesołością upojona twarz Lamii wyglądała tak, jakby na mgnienie oka zsunęła się z niéj maska. W tém mgnieniu oka, szybkiém, jak błyskawica, ukazała się ona zmiętą i rozpłomienioną rozpaczą i gniewem. Z rozgorzałych nagle oczu znieważonego, na niezdrową i złośliwą twarz uwodziciela strzeliło spójrzenie, pełne nienawiści ponuréj i wściekłéj; wnet przecież, bardzo szybko, wesoła maska okryła znowu twarz Lamii i tylko wzrok jego ostygał powoli, bo spotkało go wiele spójrzeń przyjaznych, dających mu zrozumiałe dla niego znaki porozumienia i jednomyślności.
Jedna już tylko trybuna pustą była. Obszerna i niemniéj bogato od cesarskiéj przystrojona, zwracała ona wciąż na siebie uwagę powszechną. Dlaczego dotąd nie napełniło jéj grono ludzi, oczekiwanych przez publiczność z ciekawością najwyższą? Wiedziano powszechnie, kto w niéj ma zasiąść. Dlaczego nie przybywała ta, któréj imię było dziś na wszystkich ustach? Czy zatrzymywało ją dotąd w łożu leniwstwo wschodnie? albo, w marzeniach o cesarskim kochanku, zapomniała o dzisiejszéj uroczystości obcego jéj ludu? Może od źwierciadła oderwać się nie mogła, pragnąc pięknością swą wywołać dziś z ust oblubieńca słowo, na które oczekiwała od dawna, i zdobyć przyjaźń narodu, którego panią zostać pragnęła? Z wewnątrz nie widać było orszaków, do amfiteatru przybywających. Wchodziły one do lóż i trybun, przez liczne kurytarze, ułatwiające napływ i odpływ ludności. Jednak, na raz, wiele tysięcy wytężonych w tę stronę oczu, za lekkim ażurem zawartéj bramy, ujrzało przebiegający szereg ludzi, biało ubranych i podnoszących w rękach topory, owinięte pękami rózg. Byli to liktorowie, którzy, sznurem jeden za drugim biegnąc, poprzedzali kilkanaście wspaniałych i błyszczących lektyk, otoczonych konnym oddziałem Germanów, zbrojnych w łuki, okrytych zwierzęcemi skórami i na wiatr puszczających grzywy płowych włosów. Tak zjawiał się zawsze na ulicach Rzymu orszak żyda Agryppy, króla darowanego mu przez rzymskich władzców malutkiego państewka, Chalcydy. Fantazyjném niemal królowaniem tém dzielił się on z siostrą swoją, i wraz z nią — może przez nią — używał najwyższych tu honorów i insygnii: liktorów, szat senatorskich i wojennych straży. Orszak ten przemknął za lekkim ażurem zawartéj bramy. Natomiast u szczytu kilku marmurowych schodów, spuszczających się ku pustéj dotąd trybunie, ukazała się olśniewająca postać kobieca, i kto wié, jakiém uczuciem zjęta, nieruchomo przez chwilę stała.

Czy w dniu, który stanowczo rozstrzygnąć miał jéj losy, widok obcego ludu zbudził w sercu jéj lub sumieniu, śpiącą zazwyczaj, trwogę lub zgryzotę, albo téż raczéj chciała ludowi temu ukazać się w całym przepychu piękności i bogactwa i pozwolić, aby przez chwilę mógł on od stóp do głowy objąć wzrokiem postać swéj przyszłéj pani? Nie była już młodziutką, i ten to właśnie wiek dojrzały, w jakim się znajdowała, nadając kształtom jéj siłę i
BERENIKA.
pełność rozkwitu, przyoblekał je w przepych istotnie królewski. Siła i duma biły od jéj postaci; z rysów jéj i ubioru wiał Wschód. Kto wié, jaką myślą, czy jakiém uczuciem powodowana, w Rzymie i z Rzymianami żyjąc, nie opuszczała ona nigdy żydowskiego stroju. Zapewne, z przebiegłością kobiety, która czarować umié i pragnie, odgadła, że on-to najlepiéj wdziękom jéj przystawał; w nim przecież po raz piérwszy ujrzał ją Tytus.

Z silnych i cudownie utoczonych ramion, płaszcz, olśniewający wschodniém splątaniem wzorów i barw, spływał aż do skraju sukni, przewiązanéj bogatym pasem. Na śnieżnéj piersi, któréj nie osłaniała wzorzysta tkanina płaszcza, w kilku zakrętach wił się aż do pasa gruby łańcuch złoty, z uczepionym u ogniw rojem drobnych księżyców, gwiazd, wężów i gadzin. Ramiona jéj owijały złote węże, w których wnętrzu, jak wszyscy o tém wiedzieli, kryły się, w kształcie tajemniczych napisów, przyciągające szczęście, talizmany wschodnie. Z pod złotéj opaski, usianéj rosą drogich kamieni, olbrzymie warkocze, tak czarne i lśniące, że krucze włosy Rzymianek wobec nich pogasły, migocąc wplecionemi w nie złotemi gwiazdami i wężami, opadały na plecy jéj, pierś, ramiona, aż do skraju płaszcza, mieszając się i plącząc z dyamentowemi, długiemi aż do ramion, kolcami, z błyszczącemi splotami i fręzlami pasa, u którego zwieszały się, dyamentami sadzone a wonnościami napełnione, flakony, i pełne złotych monet, przezroczyste, misternie z pereł plecione, sakiewki.
Żadna z niewiast rzymskich nie nosiła takich płaszczów, pasów, łańcuchów i puszczonych na wolę warkoczy; żadna z nich, najbardziéj rozkochana w zbytku, nie okrywała się takiém mnóztwem barw, wzorów, drogich kamieni i metali. Żadna téż, najzalotniejsza, nie miała w twarzy tego wyrazu pół-sennéj, rozmarzonéj, kornéj namiętności, który przemawiał, wabił, pieścił, ze śniadego czoła, uczernionych powiek, długiéj, falistéj rzęsy i pół-otwartych, zmysłowych oczu Bereniki. W przepychach blasków i barw rozkochany, półsenny, lubieżny Wschód Daryuszów, Sardanapalów i Salomonów, zdawał się spływać w łono rzymskiego plemienia pod postacią kobiety téj, na któréj widok, przez chwilę, Amfiteatr zalegała cisza grobowa, aż w górze, na piętrach najwyższych, wybuchnęły grzmoty oklasków i krzyków. W górze, na piętrach najwyższych, zmysły czarująca piękność jéj i przepych jéj stroju dokonały dla niéj podboju zmysłowéj i bogactwo wielbiącéj tłuszczy.
— Witaj, Bereniko! Zdrowia i szczęścia Berenice! Sophos! (brawo) sophos! sophos!
Tak huczał w górze lud różnoplemienny, wrażeń chciwy, synowi Cezara przypodobać się żądny; dłonie tam klaskały, głowy falowały, ramiona miotały się, powiewając w powietrzu różnobarwnemi chustkami. Ławki środkowo, napełnione rycerstwem, z rzadka tylko wtórowały temu zapałowi tłumów; na dole, w trybunach i lożach patrycyuszów, męzkie i niewieście postacie pogrążyły się w nieruchome milczenie. Zaledwie tu i owdzie dworak jakiś powitał wchodzącą powstaniem z miejsca i uprzejmym giestem ręki; prawie na plecy skrzywionego Cestyusza wspinając się, Kaja Marcya wydawała donośne okrzyki ciekawości i podziwienia; czoła filozofów i senatorów schmurzyły się, poważne niewiasty spuściły powieki, po ustach wykwintnisiów nawet i zalotnic mknęły wzgardliwe, szyderskie uśmiechy. Oklaski i krzyki w górze trwały jeszcze, gdy Berenika, w miękkiéj, pół-leżącéj postawie, zasiadła pośród szkarłatnych, złotem i perłami haftowanych poduszek, w otoczeniu licznego grona kobiet, w migotliwy i bogaty strój wschodni przybranych.
Z innéj strony trybuny zasiedli jednocześnie z nią przybyli mężczyźni. Tu panowały wyłącznie ubiory rzymskie. Agryppa, w senatorskiéj latiklawie, blady, zimny, milczący, pozór miał Epikurejczyka, nie pozwalającego żadnym sprawom świata wstrząsać wykwintnym jego spokojem. Obok niego, lecz całkiem do niego niepodobny, ukazał się Józef, żyd, który, na znak hołdu dla panującéj w Rzymie rodziny Flawiuszów, przybrał nazwisko Flawiusza — ex-rządca Galilei, o zdradę kraju obwiniony przez dowódzców judejskiego powstania, pisarz sławny już z dzieł swych, pisanych po grecku, a w których naprzemian schlebiał zwycięzcom i wysławiał zwyciężony swój naród, złorzecząc i oczerniając tych z pomiędzy rodaków swoich, którzy śmieli podnieść rękę przeciw potędze Rzymu, budzącéj w nim cześć szczerą i czołobitną. Dwoistość uczuć i charakteru malowała się wyraźnie w żywéj postaci i ruchliwych rysach Józefa.
Przyjaciel Agryppy, cieszący się łaskami królewskiéj rodziny, zasiadł on w jednym rzędzie z królem Chalcydy; za dwoma tymi ludźmi, najwybitniejszymi pośród przebywającéj w Rzymie arystokracyi żydowskiéj, zasiadło i stanęło liczne grono bogatych i wpływowych żydów, których najwybitniejszym typem był opasły i doskonałém zadowoleniem z siebie jaśniejący, w rzymską togę ubrany, złotem i klejnotami u piersi i rąk błyszczący, bankier Monobaz. On i kilkunastu podobnych mu ludzi przedstawiali w Rzymie tę część żydowskiego narodu, która w ojczyźnie swéj nosiła nazwę Saduceuszów. Posiadacze znacznych majątków, potomkowie starożytnych rodzin, przyswoili oni sobie do pewnego stopnia grecko-rzymską oświatę, w obyczajach naśladowali zwycięzców połowy świata, korzyli się przed potęgą, rozdającą wszelkie zaszczyty i dobra, filozofowali trochę, ze szkoły Epikura czerpali wyłącznie naukę spokojnego używania rozkoszy ziemskich, w białych i klejnotami zdobnych rękach żwawo i biegle obracali ogromne bogactwa. Każdy z nich przywiódł tu z sobą synów swych, krewnych, skrybów, pomocników i piérwsze sługi swego domu.
Ogromny orszak, nie mniejszy od tych, które dokoła patrycyuszów składali klienci i ich słudzy, zaległ głęboką i obszerną trybunę Agryppy, a z pomiędzy niego, prostotą postawy i stroju, jako téż cichym smutkiem oblicza, wyróżniał się Justus. Najmilszy mu snadź, czy najważniejsze czynności u boku jego pełniący, zajął on miejsce najbliżéj Agryppy, i z-za festonów szkarłatnych opon zamyśloném okiem wodził dokoła. Nagle, uczucie zdziwienia i trwogi wstrząsnęło spokojnemi jego rysami, a z ust wyrwał się szybko stłumiony wykrzyk. Spójrzenie jego, zwolna rozglądające pstrą mieszaninę ubiorów i twarzy, spotkało się z postacią dobrze sobie znaną, któréj dlatego może nie spostrzegł, że była mu ona drogą i że przyoblekały ją cechy, wyróżniające ją z otaczającego tłumu. Cechami temi były: niezmierna chudość ciała, ubiór podarty i w wielu miejscach odsłaniający skórę zczerniałą i opaloną, twarz ciemna, chuda, czerwonemi bliznami przerznięta, czarnym, splątanym zarostem zjeżona. Na jednéj z najniższych, gminowi wyznaczonych ław, wysoki i chudy człowiek ten w podartéj sukni, nie siedział, ale stał i tak pochylał się na przód, jakby wnet, ruchem rozjuszonego tygrysa, rzucić się miał na zieleniejącą w głębokim dole arenę. Oczy jego zapadłe, ciemnemi kołami otoczone, z pod powiek zczerniałych i brwi zsuniętych wpatrywały się w lożę Agryppy i Bereniki, z wyrazem to bezdennego żalu, to naprzemian wściekłéj nienawiści.
Z ust Justusa wyrwał się krótki i szybko stłumiony wykrzyk:
— Jonatan!
Czego on przyszedł tu? Jakim sposobem, dlaczego, w jakim celu wdarł się pomiędzy tłum ten, wśród którego tysiąc oczu poznać i tysiąc ust wydać go może? Jaka myśl, jaki szalony zamiar zrodzić się mogły w zgorączkowanéj głowie człowieka tego, który tyle już widział krwi i mąk, tyle przeniósł rozpaczy i nędzy, że na wszystko ważyć się był zdolny?
Z pobladłą twarzą, Justus myślał przez chwilę; potém z uszanowaniem pochylił się nad Agryppą i szepnął do niego słów kilka. Milczący Agryppa, z obojętną łaskawością skłonił głową na znak przyzwolenia; Justus wraz z kilku sługami opuścił trybunę, a po chwili, na jednéj z ław, przeznaczonych dla gminu, dał się widziéć ruch taki, jak gdyby świeżo nadpływająca fala roztrącała tam pstre morze ludności, czyniąc pośród niéj miejsce dla siebie. Słychać tam było donośne głosy designatorów, usiłujących torować drogę komuś, kto, jako sekretarz króla Chalcydy, miał prawo, wraz z towarzyszami swymi, zająć pośród pospólstwa miejsce poczesne.
Lecz nikt, ani gmin sam, nie spostrzegał tego, co się działo na gminnych łwach. Trzecia godzina dnia upływać zaczęła; Cezar nie przybywał jeszcze. Stary, chory, w żołnierskiém życiu stwardniały, pieniężnemi sprawami nadewszystko zajęty, Wespazyan, pomp i obchodów publicznych nie lubił. Czyż przeto tysiączne tłumy w upalnym ścisku oczekiwać na niego mają? Czy przeto stać się nie ma zadość obyczajowi, który zabawy publiczne rozpoczynać nakazywał wnet po wschodzie słońca, i ważniejszym nad ów obyczaj przepisom, zalecającym czcić dzień, poświęcony bogom, od samego jego początku? Na górnych piętrach czuć było stłumione niby warczenie zniecierpliwionych tłumów; niżéj, twarze chmurzyły się niezadowoleniem i usta zamieniały się sarkastycznemi uśmiechy. W szeregach szlachty, senatorów, dworaków, filozofów, artystów, wykwintnisiów i hulaków, przeróżne ambicye, niechęci, urazy, wspomnienia i próżności stanowiły materyał palny, w którym drobna iskra wzniecić mogła ciche, lecz niebezpieczne pożary. Sam patron dnia, Febus Apollo, na podniebnym szczycie obelisku swego gniewać się zdawał na ludzi za ociąganie się z oddawaniem czci jego świętu, i z siedmiopromiennéj korony swéj, kąpiącéj się w słońcu, ciskał im w oczy groźne błyskawice.
Nagle, na ławach szlacheckich i w wielu senatorskich lożach wybuchnęły huczne, przeciągłe oklaski; w zamian zaś, gmin, warczący przedtém, umilkł i skamienieli dworacy. Na szczycie wyniosłéj bramy ukazał się pretor. Białą togą, złotemi palmami usianą, wspaniale opłynięty, z berłem w ręce jednéj, a białą chustką w drugiéj, silny i śmiały Helwidyusz Priscus, ukazał się na szczycie bramy, powitany oklaskami jednych, a przerażoném milczeniem innych.
Sophos, pretorze! Witaj, odważny! Zdrowia ci, dostojny! — z dołu ku górze wzbijał się snop głosów, zapałem brzmiących.
Blady i łysiejący Domicyan wściekłe wejrzenia rzucał ku szczytowi bramy; tu i ówdzie, z ust ludzi, błyszczących wojskowém ubraniem, wybiegały grube przekleństwa; tłuszcza ocknęła się i zaszemrała.
— Cezar nie przybył jeszcze... Cezara niéma... Cezara niéma... W nieobecności Cezara! Możeż to być? możeż to być? możeż to być?!..
Mogło to być. Pretor rękę jednę oparł na srebrnym orle berła swego, drugą wyciągnął. Biała chustka, jak wielki motyl, na zieloną arenę spadła. W téj saméj chwili, nieopisaném szyderstwem nabrzmiały głos Lamii wzbił się nad wszystkie gwary, wołając:
— Długiego życia ci, Helwidyuszu! długiego ci życia! długiego ci życia!
Fania szybkim ruchem srebrzystą zasłonę na twarz zarzuciła; schylony nad nią Artemidor szeptał:
— Małżonek twój odpowiedziéć ci kazał, Domina, że nie godzien miéć syna ten, kto nie śmié uczynić zadość słuszności i prawu.
Słuszności i prawu stało się zadość. Na szczycie bramy, wojennie, tryumfalnie, przeciągle, zagrały trąby, ażurowe jéj odrzwia rozwarły się na oścież, wielotysięczny tłum, z zapartym w piersiach oddechem, znieruchomiał.
Przez rozwartą bramę, na rozległą, zieloną arenę powoli wjeżdżać zaczęły konne i zbrojne hufce, czterokonnemi, tuż za sobą postępującemi rzędami; wszystkie inne wyprzedzał hufiec najmłodszy, w którym na trackich, małych, jak śnieg białych koniach, jechali młodzieńcy, zaledwie z pacholęcego wieku wyrośli, w śnieżnych tunikach, ozdobionych purpurą, w zielonych wieńcach na odkrytych głowach, z pełnemi strzał kołczanami na plecach i lekkiemi, krótkiemi dzirytami w dłoniach. Zaledwie dorośli, smukli, wiotcy, pół-rycerze ci a pół-dzieci, silnie jednak i zręcznie dzierżyli na srebrzystych wodzach konie swe, które, z zalotnym wdziękiem stąpając, zdawały się nie dotykać prawie trawnika areny.
Za białym i lekkim tym hufcem ukazał się drugi, starszy już i cięższy, połyskujący złocistą maścią koni, zjeżony długiemi, ostremi dzidami, niby rzeką stali płynący małemi tarczami i płaskiemi misiurkami jeźdźców. Trzeci, na wzór Germanów, nie osłaniał niczém głów ani piersi. Ramiona i piersi okrywały mu skóry wilcze; grubą skórą okryte były nogi; w rękach jeżyły się napięte łuki i ciężkie, długie, żelazne dzidy. Był tam jeszcze poczet, na hiszpańskich, zwinnych, o drgającéj skórze koniach jadący, z małemi tarczami i hełmami z kunsztownie wyciskanéj skóry, z krótkiemi, zakrzywionemi mieczami u boku, a stalowemi lancami w rękach; i inny jeszcze, ostatni, którego afrykańskie, czarne jak noc, rumaki, stąpały poważnie, a silni, wysocy jeźdźcy, potężnie wyglądali w pełnym, szczero-rzymskim rynsztunku: w pancerzach, okrytych wzorzyście rzniętym bronzem, w hełmach wysokich z orlemi skrzydły, w sandałach, okrywających nogi sznurowaniem ze skórzanych tasiem, z ogromnemi, wklęsłemi, od ramion do kolan sięgającemi tarczami, i długiemi, obosiecznemi mieczami, w złoconych i wyrzeźbianych pochwach. Każdy z pocztów tych miał dowódzcę swego, który pojedyńczo na czele każdego z nich jechał. Lecz zaledwie ten, który ostatniemu przywodził, ukazał się w rozwartéj bramie, amfiteatr zahuczał, zagrzmiał, zawył huraganem oklasków i krzyków.
Na czarnym koniu, w złocistym pancerzu, z twarzą półokrytą hełmem, z którego ulatywać zdawał się złoty orzeł z rozpiętemi skrzydły, ogromną tarczę z wyrzeźbioną na niéj Chimerą, o lwiéj głowie i ogonie żmii, jak lekkie piórko na dłoni trzymając, prosty, kształtny, wyniosły, jak błyskawica pomknął wzdłuż hufców, które na arenie wyciągały się długim sznurem i, na czele wszystkich ich stanąwszy, złotą, długą lancę swą wzniósł wysoko. Był to Tytus.
Umiarkowane na dole, namiętniejsze w środku, na górnych piętrach oklaski i krzyki szalały jeszcze, i jeszcze od grzmotu ich trzeszczały rusztowania budowy i kipiéć zdawało się czyste, a coraz gorętsze powietrze, gdy olbrzymi wieniec koni i jeźdźców objął dokoła zieloną arenę. Złota lanca Tytusa znowu mignęła w powietrzu, wieniec rozerwał się, hufce uszykowały się w czterokonne sznury, i powolnym z razu, potém coraz szybszym, lecz zawsze poważnym i rytmicznym krokiem, płynąć i wić się po arenie zaczęły.
Bez okrzyku, ni słowa, bez brzęku broni i prawie bez tententu kopyt, wyciągnięte w sznury hufce konne i zbrojne płynęły wzajem ku sobie, rozmijały się, skręcały w różne strony, zwijały się w koła i girlandy, krzyżowały wstęgi młodych głów w zielonych wieńcach z bronzowemi potokami hełmów, lasy dzirytów i dzid z gęstwiną napiętych łuków. Lekkie i zalotne, to silne i groźne, wiły się one po arenie i dokoła siebie, ze zwinnością ptaków, z giętkością wężów, z wdziękiem, harmonią i ciszą taką, jakby ruchy ich posłusznemi były czarodziejskiéj, długiéj, kędyś za światem śpiewanéj, pieśni.
Oklaski i krzyki zmilkły, zastąpił je szmer, podobny do szumu morza, lecz i ten przycichał stopniowo, aż roztopił się w ciszę, mąconą tylko gorącemi oddechami tysięcy piersi ludzkich. Ciekawość, poszanowanie dla starożytnego igrzyska i tych, którzy w niém udział przyjmowali, pozamykały usta wszystkie, a szeroko pootwierały rozpłomienione oczy. Ze szlacheckich i senatorskich siedzeń mnóztwo mężczyzn i kobiet pochylało się nad arenę, z pobladłemi od wzruszenia twarzami, szukając i ścigając wzrokiem w rycerskim tłumie najbliższych i najdroższych. Na zewnątrz amfiteatru panowała téż cisza nieskazitelna. Dachy portyków okryte były tłumami, które, do wnętrza amfiteatru docisnąć się nie mogąc, wrzały przedtém i huczały, lecz na odgłos trąb, dających znać o rozpoczęciu się widowiska, zapadły w uroczyste milczenie i stały teraz na tle szafirów nieba, podobne do ścian pstro malowanych, ku miejscu igrzysk schylonych. Z szafirów nieba, pogodnych, ochłodzonych żeglującemi po nich stadami białych obłoków, cisza, ciepło i rzęsiste światło lały się się na murawy, posągi i kwiaty Marsowego pola. Słychać było poważny szum Tybru i perliste szmery wodotrysków; dokoła Flamińskiego cyrku miedziane nagłówki kolumn płonęły ognistym wieńcem. U strzelistego zaś szczytu obelisku, potężne kształty bozkiego młodziana rysowały się wyraźnie; lira jego, w słonecznych iskrach cała, ożywała, drgała, migotała i, zda się, że w ciszy téj namiętnéj i uroczystéj, słuch tylko wytężyć trzeba, aby wnet, wnet usłyszéć, jak Febus Apollo na złotych strunach przygrywa pod niebem rycerskim tańcom, rozwijającym się ku czci jego na zieloném dnie ogromnéj kotliny.
Kilka głosów przerwało uroczystą ciszę, wołając:
— Eneida! Eneida! bozki Wirgiliusz!
Na dźwięk imienia uwielbianego, dawno zmarłego wieszcza, mnóztwo ludzi, na znak czci, powstało z miejsca siedzeń. To, na co patrzyli, było wierném odwzorowaniem starożytnéj zabawy, którą największy z wieszczów ich w latyńskiéj epopei opiewał. Strofa-to epopei rozwijała się przed nimi. Powstali na chwilę z grobów najodleglejsi ich przodkowie. W strofie téj i w tym obrazie pogrążyły się i utonęły postronne namiętności i drobne próżności wszelkie. Zgromadzenie całe, jak jedna istota, pochyliło się nad areną, wyciągnęło ramiona i ze wzdętéj piersi wyrzuciło zgodny, olbrzymi, krótki, bo namiętny, krzyk:
— Sophos!
I wnet umilkło znowu, lecz w zamian dno kotliny zakipiało ruchem, zagrzmiało tententem, zadzwoniło brzękiem oręża i tarcz. Spokojny i uroczysty rytm przemieniał się tam w pośpieszny wojenny, burzliwy. Zamiast w ciszy i z wdziękiem splatać się i rozmijać z sobą, rycerskie hufce zjeżyły się ostrzami dzid, na ramionach wsparły wytężone łuki, tarcze ku piersiom lub głowom poniosły, spięły rumaki i pędziły ku sobie, upojone, zda się, oddechem boga wojny. Już, już, jak płomienne wichry zetrzéć się z sobą mają, lecz jeden z nich czyni odwrót szybki i wybawienia szuka w ucieczce. Inne, ścigając go, rozpraszają się także. Arenę usiały roje rycerzy, pojedyńczo, z osobna, dokonywających z chyżością błyskawic tysiąca zwrotów. Trackie koniki białe, niosąc biało ubranych jeźdźców, wydają się rozsypanóm nad murawą i niedotykającém jéj stadem łabędzi. Inni podobni są do lwów płowych, w pogoni za zdobyczą, na wiatr puszczających grzywy; tamci, na czarnych, potężnych rumakach, roznoszą pożary bronzowych pancerzy i hełmów, nad któremi najwyżéj rozpiętemi skrzydły unosi się złoty orzeł Tytusa, i z gęstwiny dzid żelaznych, stalowych, złota lanca jego strzela nad wszystkie głowy, które, w pośpiechu nawet i szale ucieczek i gonitw, napowietrznych poruszeń jéj z oczu nie tracą. I teraz także, na znak dany przez to błyszczące ostrze, hufce wracają z rozsypki, z szybkością myśli zbiegają się, szykują, koniom swym wsteczne dają obroty i pośród areny tworzą czworobok ogromny, zbity, mur niby, w mgnieniu oka wystawiony z łbów koni i opancerzonych piersi ludzkich. Nad murem tym wyrósł i nieprzebitą zjeżył się gęstwiną wysoki, ostry, ciemnemi błyskami migocący las żelaznych i stalowych dzid. Złoty orzeł z rozpiętemi skrzydły obleciał dokoła czworobok, i złota lanca zakołysała się znowu w powietrzu; mur czworoboku rozłamał się, rozproszył się las połyskujących ostrzy; tarcze skórzane, stalowe, bronzowe, w rękach rycerzy wzniosły się nad ich głowy, ku którym napięte łuki sypnęły deszczem strzał i pocisków.
Jak deszcz rzęsisty, spadający na metalowe posłania, strzały i dziryty dzwoniły po tarczach; od gęstéj chmury ich ściemniała na chwilę arena, aż rozwidniła się, i dokoła niéj ukazał się znowu wieniec koni i jeźdźców, nieruchomy, lecz, jak tęczą, igrający mieczem. Tak w greckim, pyryjskim tańcu, od którego może trojańskie te harce początek wzięły, dziewice igrały z lutnią, którą sobie wzajem z rąk do rąk rzucały.
Mężowie i rycerze lutnią zastąpili mieczem. Szeroki miecz Tytusa, rzucany, chwytany, podawany daléj, powietrzem niby leciał, z rękojeści, w dyamenty zdobnéj, siejąc deszcz krwawych, zielonych, błękitnych błysków. Przeleciał olbrzymie koło i ani razu ziemi nie dotknął, ani żadnéj nie zakrwawił dłoni... aż w górę, do wysokości orła na hełmie, wzniósł go syn cesarski, a na znak ten, wieniec rycerski pękł, zadzwonił w tarcze, i znowu trackie konie, jak śnieżne łabędzie, nad murawą, zda się, unosząc biało ubranych jeźdźców, szły na spotkanie czarnych biegunów z orlemi skrzydłami; hiszpańskie rumaki, delikatne i wrażliwe, z drżącą skórą i parskającemi nozdrzami, płomienie ciskając z oczu, krzyżowały się z kosmatym zastępem skór wilczych i gniadym pocztem, opuklerzonym stalą... I znowu cicho, bez okrzyków i brzęku broni, prawie bez tententu kopyt, hufce rozmijały się, skręcały w strony różne, wiły się po arenie i dokoła siebie, z wdziękiem, harmonią i powagą taką, jakby ruchy ich posłusznemi były czarodziejskiéj jakiéjś, za światem śpiewanéj, pieśni...
Tak trwało długo. Czwarta i piąta godzina dnia upływała, a rycerze i rumaki, bez spoczynku i bez znużenia, z siły swéj i zręczności składali hołd bogu światła i piękna, dumie własnéj i zabawie ludu.
Lud bawił się. Rozpoznawano w rycerskich zastępach znajome lub drogie twarze, wywoływano znane lub sławne imiona; oklaski krótkie i namiętne wybuchały, milkły, wybuchały znowu, urywały się, jak przecięte nożem ciekawości: co będzie daléj? Nie zagrzmiały one, jak zwykle bywało, przy wejściu Cezara. Wespazyan przybył bardzo późno; lud przybycia jego prawie nie spostrzegł, i wtedy dopiéro krótko, z roztargnieniem powitał go, gdy Tytus, na widok ojca, skinieniem lancy do szyku przywrócił swe hufce i, wraz z hufcami, oddał Cezarowi pokłon wojskowy. Wiedziano, że syn ten i ojciec kochają się i wspierają wzajem. Niemało ludzi spostrzegło w zamian jadowite spójrzenia, jakiemi drugi syn Cezara ścigał starszego brata.
Wiedziano téż powszechnie, że Domicyan nienawidził Tytusa, tego ulubieńca natury i losu, który od natury i losu otrzymał wszystko, co człowiek posiąść może: piękność czarującą, siłę, odwagę, talenta, najwyższą dostojność i bałwochwalczą miłość żołnierzy. Czego mu jeszcze niedostawać mogło?
Niedostawało mu może tego, co mieć ma prawo każdy śmiertelnik prosty: nazwy prawéj małżonki dla ukochanéj kobiety i dośmiertnego z nią związku?
Trąby na szczycie bramy grały znowu wojennie, tryumfująco, rozgłośnie, dając znać o kończącém się widowisku. Brzegiem areny, w długi znowu sznur rozwinięte, hufce ciągnęły poważne, dumne, a tak świeże i niezmęczone, że tu i ówdzie zaledwie krople potu spływały z pod zielonych wieńców na młodziutkie czoła, tu i ówdzie biała piana plamiła czarną lub płową sierść koni, a niejedna głowa wznosiła się w górę, wzrokiem szukając znanych lub ukochanych twarzy, i niejedne usta z pod bronzowego hełmu przesyłały uśmiechy ku pochylonym nad areną, wzruszonym i rozkoszą drgającym, ustom niewieścim.
Tytus przodem jechał. Zdjął hełm ze złotym orłem i wraz z tarczą trzymał go u boku, drugą dłonią dotykając zaledwie luźno puszczonych wodzy. Teraz lud dowoli napatrzyć się mógł twarzy jego, któréj piękność od krańca do krańca znanego świata stutrąbna sława głosiła. Po długich, rycerskich harcach, nie było na niéj wyrazu tryumfu lub wesołości. Zadumę i niepokój baczne oko wyczytać-by na niéj mogło. Zrośnięty jakby z czarnym swym biegunem, z postawą prostą, spokojną i silną, Tytus, pochylał jednak śniade czoło, jakby pod ciężarem palącéj troski. On, wódz po wielekroć zwycięzki, czy odniesie dziś zwycięztwo, którego oddawna pragnęło serce jego i inne jeszcze? Zwycięztwo nad czém? Nad wolą ojca, pobłażliwą dla niego zawsze, lecz tym razem surową; nad dumą patrycyuszów, niechęcią filozofów i licznych ich uczniów, nad kaprysami gminu, któremu panować miał, lecz który zarazem panował nad nim. Dokąd wiedzie on hufce swoje? Złożył już wraz z niemi pokłon przed lożą Cezara, i drugi, odwiecznym zwyczajem nakazany, przed szeregiem śnieżnych tog senatorskich.
Trąby grają wciąż pieśni odwrotu; szeroka brama stoi otworem, lecz hufce rycerskie, z dowódzcą swym na przedzie, ciągną jeszcze brzegiem areny. Wielotysięczny tłum wié dobrze, gdzie konia swego zatrzyma dowódzca. Przez kilka dni ktoś po stolicy rozsiewał wieść tę, która jednych poiła gniewem, w innych zapalała gorączkę ciekawości i współczujące sympatye. Nakoniec, czarny rumak stanął, jak wryty. Tytus osadził go przed trybuną Bereniki; za nim, także jak wryte, stanęły hufce jego.
Wśród purpurowych festonów, z poduszek haftowanych perłami i złotem, zwolna, rozkosznym i kornym ruchem, w całéj wyniosłości rosłéj swéj kibici, opłynięta całém bogactwem stroju swego, podniosła się i stanęła czarodziejka Wschodu. Któż kiedy zliczyć potrafił trawiące marzenia, niepokoje i żądze, z jakiemi chwili téj oczekiwała? Kto kiedy zgadnie, czy teraz miłość albo duma wrzały w jéj żyłach palącym warem? Pod skrętami złotego łańcucha, po cudownéj jéj piersi przebiegały namiętne drżenia; warkocze, jak czarne węże, owijały jéj kibić, na śniadą twarz i szkarłatne usta spadł wyraz upajającéj, pół-zmysłowéj, pół-extatycznéj rozkoszy. Głowę dyamentami usianą pochyliła nizko, pokornie, podniosła ciemne powieki, i z pod firanki falistych, drżących rzęs, spójrzenie czarnych, jak noc, pieszczących, pokornych oczu, zatopiła w podniesionych ku niéj źrenicach kochanka.
Patrzeli na siebie chwilę. Berenika powoli, w senném jakby upojeniu, pochylała się nad rzeźbioną poręczą trybuny, a w dłoniach, nieśmiałym ruchem rozkochanéj niewolnicy, podnosiła laurowy wieniec.
Końca téj sceny, końca sceny, którym być miało, według krążących wieści, ogłoszenie małżeństwa cesarskiego syna z królową Chalcydy, wielotysięczne zgromadzenie oczekiwało z oddechem w piersiach zapartym, z uczuciami rozmaitemi. Tu i owdzie tylko, w górze i na dole, biegły stłumione, choć namiętne szepty, podobne do wązkich strumieni, przerzynających morze ciszy...
Wtém, jak huk gromu spadającego na ziemię, kędyś, z górnych piętr budowy, rozległ się krzyk:
— Przeklęta bądź, Bereniko, hańbo narodu swego! zdrajczyni sprawy słusznéj! trucicielko dusz cór judejskich!...
Tu głos chrypliwy, wykrzywiający latyńskie dźwięki, lecz potężny siłą tą, którą daje bezpamiętna, zajadła namiętność, urwał się na chwilę, jakby usta krzyczącego ręka jakaś zamknąć probowała. Wnet jednak, bardziéj jeszcze rozdrażniony, więc potężniejszy, niż przedtém, wybuchnął znowu:
— Przeklętym bądź i ty także, niszczycielu krajów cudzych, potworze, któryś spalił świątynią...
Teraz słychać było w górze szamotanie się ciał jakichś, biorących się za bary, urywane krzyki i zbrojne kroki. Ale szaleniec, kędyś tam, w pstrym i ściśniętym tłumie, konwulsyą namiętności zjęty, głosem ochrypłym i przerywanym toczoną walką, wołał jeszcze:
— Przeklęci bądźcie oboje przez silnego i strasznego Boga! Przeklęci bądźcie przez niebo i ziemię! Przeklęci bądźcie przez wszystkich, służących sprawiedliwości! Przeklęci bądźcie przez każdą siłę wyższą na niebie i ziemi! Przeklęci... przeklęci... przeklęci!...
Ochrypły, przerywany, wściekły głos oddalał się wciąż, oddalał się i słabł, jakby tego, z czyjéj piersi wybuchał, uprowadzano coraz daléj i daléj. W trybunach, lożach i na wielu szlacheckich ławach panowało milczenie, stokroć wymowniejsze, niż-by były huczne oklaski. Milczenie to było pełne złośliwéj radości, przemocą niemal wydzierającéj się na twarze. Wszystko, co z jakichkolwiek przyczyn, dla obecnego porządku w Rzymie lub dzisiejszych przedstawicieli jego kroplę choćby jadu chowało w sercu, wszystko, co ze wzgardą spoglądając na obce narody, gardziło klejnotami okrytą przedstawicielką tego z pomiędzy nich, którym gardzono najbardziéj; wszystko, co było w Rzymie czystém, zbuntowaném, dumném, zawistném lub urażoném, z obojętnością, wymowniejszą nad oklask, przyjęło obelgę, przez nieznane jakieś usta rzuconą na głowę cesarskiego syna i jego kochanki.
Wraz z otoczeniem swém milczał i tryumfujące spójrzenia ciskał Cestyusz, nienawidzący Judejczyków, których zwyciężyć nie mógł i którzy mu odebrali żonę; milcząc, lecz ironicznie uśmiechano się w loży Eliusa Lamii, którego twarz, pod wesołą maską, miłostki cesarskiego syna rzeźbiły rozpaczą i gniewem; ponuro i głośno niemal śmieli się krewni i przyjaciele Marcyi Formilii, opuszczonéj małżonki Tytusa. Lecz ponurą i groźną także stała się dobroduszna zazwyczaj, gruba, żołnierska twarz Wespazyana; Domicyan popędliwym giestem wyciągał ramię, wołając:
— Cezarze! rozkaż, aby jutro ścięto publicznie śmiałka tego!
Ale gdy giest i usta jego groziły, oczy śmiały się zjadliwą radością, ciosem, który brata jego dotknął, budzoną. Ciosem były dla Tytusa nie tyle krzyki i przekleństwa nieznanego zuchwalca, ile ten niemy poklask, którym przyjęła je znaczna część tych właśnie, których dziś ująć, zadziwić, dla celów swoich podbić zamierzał. Nie ugiął on przecież głowy; przeciwnie, oczy jego, które przed chwilą z upojeniem tonęły w źrenicach kochanki, cisnęły płomień srogiego gniewu. Łagodny Tytus, którego ci i owi zwać już poczynali: „słodyczą ludzkiego rodu“, w gniewie, w żalu, uczuł się ulubionym synem pana świata, i spójrzeniem piorunującego pół-boga wodził dokoła. Berenika zniknęła pośród orszaku Agryppy, który otoczył ją i szybko przed oczyma ludzi zasłonił.
Wszystko jednak, co działo się na dole, cichą sielanką było wobec téj burzy, którą huczały górne piętra gmachu. Tam żołnierze kochali Tytusa jako wodza, który powielekroć wiódł ich ku zwycięztwu, a lud, olśniony pięknością jego, siłą i dostojeństwem, gotów był stawiać dlań ołtarze i umieścić go w rzędzie nieśmiertelnych bogów. Tam także najgłębsze wzgardy i najsroższe urazy wrzały ku judejskiemu plemieniu. A nie był-że Judejczykiem zuchwalec ten, który wściekłemi słowy swemi obraził pół-boga i, nadewszystko, przerwał zabawę wesołą, a palącéj ciekawości tłumów zaspokoić się nie pozwolił? Wprawdzie i Berenika także żydówką była. Ale nad śmiertelniczki wszystkie wyniosła ją miłość cesarskiego syna, zmysłowa piękność jéj upajała oczy ludzkie, a biła od niéj ponętna groza bogactw. Ten zaś, obdartus, nędzarz, przypatrujący się widowisku na ławie gminnéj, w sposób właściwy judejskiemu pospólstwu przekręcający latyńskie słowa, — kim on jest?
— Jest to żyd! żyd! żyd! — donośnie wołał Sylwiusz, właściciel haftarskiéj fabryki na Awentynie. — Niech mi bozki Apollo lirę swą z obelisku wnet na głowę rzuci, jeżeli nie poznałem w nim jednego z haftarzy, mieszkających za Tybrem!...
— Nie, wcale nie; mylisz się, Sylwiuszu — przekrzyczeć przyjaciela usiłował perfumiarz Wentury. — Żydem jest on najpewniéj, ale nie haftarzem. Przysięgam, że jest to jeden z tych, którzy na Transtiberim wyrabiają perfumy!...
Przez tłum ściśnięty, depcąc po ludzkich nogach i potężnemi pięściami roztrącając ludzkie ramiona i plecy, przebijał się setnik olbrzymiego wzrostu, rozgniewany i zaciekawiony, z ust wyrzucający grube przekleństwa.
— Gdzie on jest? — krzyczał — gdzie on podział się? Czy schwytano go i uwięziono? Spostrzegłem go z daleka... Kim on jest? Widziałem go już kiedyś! Widziałem go już kiedyś! Gdzie ja go widziałem?...
Mnóztwo głosów naraz mówiło:
— Nie pochwycono go i nie uwięziono!
— Człowiek jakiś stał za nim i usta zamykać mu usiłował...
— Żyd jakiś także, ubrany w togę...
— Przywiódł ze sobą ludzi wielu...
— Wparli się pomiędzy nas, jak byki pomiędzy owce... i rozsiedli się dokoła niego...
— Gdy, roztworzywszy pysk, wrzeszczał swoje głupie przekleństwa, ciągnęli go wstecz, ale opierał się im... Chudy, jak przepiórka, która trzy dni nie jadła, a silny jak ty, Pedanusie...
— Otoczyli go tak, że nie mogliśmy pięściami naszemi do boków jego dotrzéć, ani z ramion naszych uczynić mu łańcuchów...
— Ciągnęli go... obronili... uprowadzili...
— Gdzie ja widziałem! na Herkulesa, gdzie ja wsciekły pysk ten kiedyś już widziałem? — olbrzymią pięścią uderzając się po spoconém czole, powtarzał setnik.
Wtém, zwinnie, jakby kości nie posiadał, wywinął się z tłumu i przed setnikiem stanął, do pasa mu zaledwie wzrostem sięgający człowieczek, w brudno-czerwonéj bluzie, pół-ryży a pół-łysy, ze śladami sandałów na bosych prawie nogach. Żółte, małe oczy, z kocią przebiegłością ku grubéj i wielkiéj twarzy olbrzyma podnosząc, zawołał:
— Gdzie i kiedy wściekły pysk ten widziałeś, Pedanusie, powié ci o tém Silas, lektykarz z tamtéj strony Tybru. Widziałeś go na czele judejskiego wojska, zbuntowanego przeciw Cezarowi... Wrogiem on jest Cezara i bogów... żydem zaciekłym, który chciał-by usmażyć cię, Pedanusie, i zjeść na sabatową wieczerzę... Zbiegiem on jest, którego dawno już ścigają władze rzymskie...
— Pamiętam! — krzyknął Pedanus — na Herkulesa! przypomniałeś mi wszystko, lektykarzu, podobny do glisty! Widziałem go na czele przeklętych buntowników, u boku Jana z Giszali... Zawsze on tam był, zawsze był u boku tego azyatyckiego lamparta... sam jak lampart!...
— Przekleństwo mu! — zawył tłum — przekleństwo zbuntowanemu plemieniu jego!
— Gdzie on mieszka? łysa głowo! gdzie on ukrywa się, glisto! Gadaj, oberwańcze! roztwórz brudny pysk swój, Syryjczyku! Prowadź nas... niech go w pokutnéj ofierze zarzniemy na ołtarzu Apollina... Prowadź nas!... niech go skrępowanego oddamy mściwéj dłoni Tytusa...
Odpowiedzi nie było. Mały, skurczony, jak wąż zwinny Silas, zmieszał się z pstrym, wrzeszczącym, miotającym się tłumem i — zniknął.





VII.

O ile w dniu Apollina ulice i rynki Rzymu opustoszonemi były z ludności, gromadzącéj się dokoła Septów i Flamińskiego cyrku, o tyle nazajutrz mrowiły się one i buczały milionowym tłumem, ucztującym i bawiącym się pod odkrytém niebem. Na licznych rynkach, noszących nazwy: rybiego, wieprzowego, wołowego, drzewnego i t. p., ogromne stoły gięły się pod stosami grubego pieczywa i gotowanych lub pieczonych mięsiw. Z metalowych kraterów, czyli zbiorników win, mnóztwo łyżek odpowiedniego kształtu lalo w kubki czary i mocny trunek, rozcieńczony płynnym miodem i napełniający powietrze ostrym zapachem korzennych przypraw.
Do stołów tych, zastawionych przez Cezara, którego skąpstwo i chciwość znikały wobec potrzeby bawienia i karmienia ludu, przystępowali ludzie różnych stanów. Możni i wykwintni tylko obchodzili dzień ten huczném ucztowaniem w ścianach domów swych i pałaców. Rynki i ulice roiły się ludnością, złożoną z licznych klientów wielkich domów, noszących zbiorową nazwę pasożytów; ze świeżych wyzwoleńców, którzy jeszcze nie mieli czasu otrząść się z fizycznych i moralnych nędz niewolnictwa; z wolnych najemników, używanych do różnych robót w fabrykach, sklepach, na ulicach, w porcie; z niewolników, którym łaskawość panów ich nie wzbraniała rzadkiéj zabawy; z mnóztwa żołnierzy i setników, z prostactwa swego znanych.
Tłum ten zwiększały jeszcze liczne, nazwę collegiów noszące, zgromadzenia rzemieślników różnych zajęć: haftarzy, perfumiarzy, piekarzy, szewców, krawców i t. p., a mieszali się do niego także kupcy, którym posiadany dostatek nie przeszkadzał do pożądania ulicznych uczt i rozrywek; pośledni adwokaci, szukający tu sposobności popisywania się z wymową i zdobywania przez nią klienteli; ciekawość i łatwowierność tłumów wyzyskujący wróżbiarze, gwiaździarze, kuglarze. Jakkolwiek w trzech naraz teatrach odegrywano dnia tego śliczne pantominy i ucieszne atelany, czyli sceniczne farsy, jakkolwiek tysiące ludzi przypatrywały się na Marsowém polu wystawionym tam na widok publiczny osobliwym źwierzętom i wężom ogromnym, nosorożcom, tańczącym słoniom i t. d., na Septach podziwiały siłaczy, linoskoków, szybkobiegów, przeróżnych kuglarzy i skoczków; to jednak nie było w Rzymie ulicy żadnéj, którą-by nie ciągnęły gromady mężczyzn i kobiet, nasyconych jadłem, upojonych, a co najmniéj, rozweselonych trunkiem, z głowami ustrojonemi w zielone wieńce, z flecistkami na czele, z ulicznymi deklamatorami, mówcami i trefnisiami, którzy, wspinając się na wyniesione nad poziom miejsca, przykuwali do siebie uwagę gromad tych, albo budzili w nich śmiechy, do grzmotów podobne. Wszystko to grało, śpiewało, śmiało się i huczało w powietrzu upalném, duszném, wstrząsaném tylko od czasu do czasu dławiącemi powiewami wiatru, wiejącego z południa i wiodącego za sobą chmury i burzę. Szmaty chmur szarych, ciężkich, sunęły pod niebem, przysłaniając od chwili do chwilki słońce, lecz nie ochładzając żaru, którego piekące tchnienia roznosił, ze spieczonych pustyń lecący, Africus.
Forum Romanum gorzało. Roziskrzone niebo lało blaski swe na świątynie, pałace i kurye rynku tego, noszącego właściwie nazwę Forum Civilis, rynek obywatelski; w słonecznéj spiece, która go napełniała, olśniewająco płonęły niezliczone i nieocenione przedmioty bogactwa, z których tam, na kunsztownie zbudowanych rusztowaniach, uczyniono wystawę publiczną. Był to wystawiony na widok publiczny skarbiec państwowy: zbiór łupów, zdobytych przez wojny zwycięzkie, i kosztowności, zgromadzonych przez chciwość, marnotrawstwo, lub artystyczne zamiłowanie poprzednich Cezarów. W górze, nad rusztowaniami temi, tak jak i dokoła Forum, u ścian, wrót i portyków, sztandary wojenne wysoko wznosiły w powietrze zdobiące je orły, gwiazdy, sploty wężów i grozić zdające się olbrzymie ręce. W dole, pstry, na wiele oddzielnych gromad rozbity tłum, z podniesionemi głowami rozglądał się w tém nagromadzeniu bogactw, które poiło go uczuciem bezbrzeżnéj dumy. Setki rozognionych oczu przesuwały się z kolei po stołach, okrytych naczyniami złotemi i usianemi obfitą rosą drogich kamieni; po łożach, urabianych w kształty lwów, łabędzi lub pawi, a wysadzanych kością słoniową, szyldkretem, srebrem i dyamentami; po szachownicy, utworzonéj z dwóch dyamentowych tablic, a któréj pionki zawierały w sobie pudy kunsztownie rzeźbionego złota; po ulanych ze srebra i złota posągach bogów, Cezarów i sławnych wodzów; po kilkudziesięciu koronach, uplecionych z pereł; po wielkiéj grocie, niby obfitą rosą, osypanéj perłami; po wzgórzu nadewszystko, będącém istotném wzgórzem, ze złota ulaném, a na którego spadzistościach wiły się gałęzie winne, wyrastały jabłonie, pokryte liściem i owocem, biedz zdawały się, jakby żywe myśliwskie orszaki, złożone z lwów, jeleni i ścigających je psów.
Te i inne tym podobne osobliwości i drogocenności, od czasów Pompejusza już i Cezara, więc od stu przeszło lat, stopniowo zgromadzały się w skarbcu rzymskim i wywierały na duszę rzymskiego ludu właściwe sobie czary. Ale dziś, na Forum, wznosiło się pośród innych rusztowanie jedno, które najliczniejsze ku sobie przyciągało gromady, bo wystawione na niém były najmniéj jeszcze znane, przed kilku zaledwie laty, po ostatniém słynném zwycięztwie wojenném, do Rzymu przywiezione. Ostatniém słynném zwycięztwem wojenném było bezwarunkowe i ostateczne podbicie, oddawna już, lecz warunkowo podległéj Rzymowi, Judei. Rusztowanie, największą ciekawość budzące, okrytém było łupami, które zwycięzki Tytus przed kilku laty przywiózł w darze Rzymowi z obalonéj w gruzy Jerozolimy.
Wyosobnione nieco z pomiędzy innych, wznosiło się ono w pobliżu wielkiego nagromadzenia marmurowych łomów, z których w téj porze właśnie budowano tryumfalny łuk Tytusa.
Łuk skończonym jeszcze nie był, ale o tryumfie kochanka Bereniki wymownie opowiadały ludowi przedmioty, którym przypatrywał się on z ciekawością najżywszą. Były to przedmioty, któremi naród, daleko, daleko ztąd osiadły, przez długie wieki istnienia swego, przez długi szereg pokoleń, z miłością, z czcią, z milionami trudów i nadziei zdobił i wzbogacał to, co mu najdroższém i najświętszém było: świątynią Boga swego, ognisko, ku któremu zbiegały się wszystkie strumienie narodowego życia. Były tam kobierce ogromne, stubarwne, puszyste, nieobliczonéj ceny; opony haftowane misternie, spinane mnóztwem klamr drogocennych; bogate futra, malowane szkarłatną farbą; był tam ogromny zbiornik wody, z metalowych źwierciadeł urobiony; wielki stół kościelny z drogocennego drzewa, z ciężką balustradą złotą; świecznik siedmioramienny, z bajeczną obfitością osypany złotemi liliami i owocami... Nad tém wszystkiém, u szczytu rusztowania, stał w blasku słonecznym, jaskrawo malowany, olbrzymich rozmiarów obraz, przedstawiający tryumfalny wjazd Tytusa do Rzymu, po odniesioném zwycięztwie. Za wozem tryumfatora cisnęły się radosne tłumy, szły zwycięzkie wojska i ciągnął poczet wojennych jeńców, zgnębionych, wybladłych, pół-nagich, z łańcuchami u nóg i pętlami na szyjach. Nad obrazem, u samego szczytu, paliły się złote litery, składające napis: „Judea zwyciężona, Judea podbita“.
Smutnéj wystawie téj przypatrujący się ludzie wesołymi byli. Grube palce wyciągały się w górę, wskazując to i owo, języki uderzały w podniebienia, wydając dźwięki, podobne do smakowania wybornych potraw; ruchliwe wyrostki rozpościerały u nosa dziesięć palców rąk, dając przez to drwiące oznaki wzgardy swéj dla podbitego ludu; Sylwiusz, haftarz z Awentynu, ramieniem obejmował szyję, niższego od niego, perfumiarza Wenturego, i obaj promienieli radością i dęli się dumą. Popchnął ich i roztrącił, przeciskający się przez tłum, setnik Pedanus.
— Czego ciśniesz się, balu, i ludzi po drodze rozbijasz? — krzyknął obrażony Sylwiusz.
— Taranie do tłuczenia kamieni! omało ramienia mego plecami swemi nie zgniotłeś! — cienkim i zaperzonym głosem zawtorował przyjacielowi ufryzowany i woniejący perfumiarz.
Dwu wykrzykom tym zawtórowało wiele innych. Za Pedanusem inni jeszcze setnicy i prości szeregowcy niemiłosiernie deptali ludzkie nogi ciężkiemi stopami swemi, ubranemi w szamerowane sandały, a silnemi ramionami roztrącali zuchwale ludzkie karki i plecy. Wyrostek jakiś, który właśnie przed chwilą, w weselu serca, przesyłał drwiące giesta ku przedstawionéj na obrazie gromadzie wojennych jeńców, obu rękoma pochwycił się za ucho i z głośnym płaczem przypadł ku ziemi. Nieusuwającego się prędko z drogi, jeden z żołnierzy poczęstował żartem, od którego z ucha nieszczęśliwego malca pociekł cienki strumień krwi. Łajania i przekleństwa ozwały się w tłumie. Kobieta jakaś, tuląc w objęciach zranionego chłopca, przeraźliwie wyrzekać zaczęła na zuchwalstwo i nieobyczajność żołnierzy, którzy niedawno męża jéj, ogrodnika, zrabowali z wiezionych do Rzymu jarzyn i owoców, a dziś zranili jéj dziecko...
— Czy na zuchwalców tych obywatel rzymski sądu i kary już naléźć nie może?
— Mnie śmiał potrącić, mnie, Sylwiusza, którego roboty zdobią pałac samego Cezara!
— Plecy moje długo pamiętać będą pięść twoję, Pedanusie, ale, na Herkulesa! jutro szambelanowi, którego wiernym klientem jestem, zaniosę flakon cynamonowéj perfumy i błagać go będę, aby skargę moję na ciebie wniósł przed oblicze bozkiego Cezara!
— Jeżeli uczynisz to, Wentury, dowiedziesz tylko, że głowa twoja daleko mniéj waży od łuta cynamonu. Powinieneś wiedziéć, że oddawna już na szali sądów rzymskich setnik posiada wagę stu pudów, a spokojny obywatel — jednéj setnéj łuta...
Głos jakiś poważny, smutny i ironią nabrzmiały, przenosząc wszystkie inne, zawołał:
— Niewdzięczne dusze!
Obejrzano się. Człowiek, który dwa te wyrazy wymówił, wysmukły był i zgrabny, lecz rysom jego przypatrzyć się było trudno, bo ocieniał je głęboki kapiszon płaszcza. Nic w tém dziwnego nie było. Mnóztwo ludzi kryło głowy przed słonecznym skwarem pod kapiszonami lub kapeluszami o szerokich brzegach.
— Co ten skrzeczy? mów daléj! Czy cię matka dwa tylko wyrazy wymawiać nauczyła? — śmiejąc się, wołano dokoła.
Człowiek w kapiszonie powtórzył znowu:
— Niewdzięczne dusze!

Pedanus podjął się wytłómaczyć zagadkowe słowa nieznajomego. Zwrócił się twarzą ku zgromadzeniu i wskoczył na łom marmuru. Z dala wydawać
PRZEZ PSIE MORDY WASZE SZCZEKA DUSZA NIEWDZIĘCZNA.
się mogło, że olbrzymia postać jego, w sznurowanych sandałach, metalowym pancerzu i z krótkim mieczem u boku, stała na głowach ludzkich. Potężną pięść nad głowy te wyciągając, krzyknął:

— Obywatel rzekł prawdę. Przez psie mordy wasze szczeka dusza niewdzięczna. Łajecie i oskarżać chcecie uczciwego żołnierza, gdy wyjmie on z waszego garnka garść gotowanego bobu, albo, przechodząc, przyciśnie wam koniec delikatnego paluszka! Czyż żaden geniusz, opiekujący się rozumami ludzkiemi, nie powiedział wam nigdy, że gdyby nie ten uczciwy żołnierz, nie posiadalibyście tego, co posiadacie?
W tłumie ozwały się śmiechy i wołania:
— Niech mię Jowisz bóztwom podziemnym odda, jeżeli wiem, co posiadam!
— Nie posiadam nawet jednego srebrnego naczynia!
— Co ja posiadam, setniku? co ja posiadam?
— Pokaż mi własność moję, setniku, a synowski pocałunek złożę na twojéj pięści!
— Całuj, ślepe szczenię! — odkrzyknął Pedanus. — Alboż te góry złota, pereł i dyamentów, na które patrzycie tutaj, nie są własnością waszą? Do Rzymu należą one, a wy jesteście obywatelami Rzymu, ergo, waszém to wszystko jest!
— Dobrze! — zaśmiał się ktoś — gdy głodnym będę, wykąszę szmaragd z tego oto stołu i najem się nim do syta, a gdy moja Klelia o nową suknią dokuczać mi będzie, ubiorę ją w tę perłową grotę...
— Nikczemna duszo! — zawołał inny setnik, na niższym złomie marmuru u boku Pedanusa stojący — czy nie możesz najeść się i przyodziać dumą Rzymianina, któremu wszystkie narody świata dań tę złożyły?
— Prawdę rzekł! Pudens rzekł prawdę! Wszystkie narody świata nam dań tę złożyły. Jest ona własnością naszą! — zawołało mnóztwo głosów.
— I naszą nieśmiertelną chwałą!
— I słodyczą oczu waszych, które w dnie święte widokiem bogactw tych poić się mogą do syta!...
— Powiedziałeś, Pedanusie! powiedziałeś, Pudensie! Zdrowia i wiecznego życia Cezarowi, który nam na nie patrzéć pozwala!
Pedanus parsknął śmiechem, od którego, zdawało się, że drgnęło potężne rusztowanie.
— Czemuż, trzodo barania, i nam także zdrowia i wiecznego życia nie życzysz! Naszym-że to potem i naszą krwią chluby te i pociechy wasze kupione. Któż je zdobył, jeżeli nie nasze męztwo? Kto azyatyckich barbarzyńców do stóp waszych rzucił, jeżeli nie nasze pięści i miecze?
Pełne zapału krzyki rozległy się w gromadzie. Wszystkie głowy przytwierdzająco kiwały, wszystkie oczy, rozgniewane przed chwilą, z poszanowaniem i miłością zwracały się ku potężnym postaciom setników. Sylwiusz przepchnął się ku Pedanusowi i, wyprężając ramię, przyjacielsko i delikatnie pociągał go za brzeg konchy usznéj.
Wentury, z flakona, wyjętego z-za sukni, wylał trochę perfumy na włosy jednego z żołnierzy; kobieta, która przed kilku minutami płakała nad skrwawioném uchem syna, podnosiła rozpromienione oczy i uśmiechała się rzędem śnieżnych zębów.
— Nie gniewam się już na was, żeście wóz męża mego zrabowali z jarzyn i owoców... — mówiła. — Gdy przechadzać się za miastem będziecie, wstąpcie do domu ogrodnika Tacyusza. Żona jego, Balbia, uczęstuje was wyborném mleczywem i winogronami z własnéj winnicy...
— I, przez wdzięczność za zabijanie synów wszystkich narodów świata, z rozkoszą pozwoli wam zakrwawić drugie ucho swego syna! — donośnie odezwał się znowu wysmukły i zgrabny człowiek, ubrany w płaszcz z kapiszonem.
Nikt jednak tym razem na odezwanie się jego uwagi nie zwrócił. W tłumie sykano:
— Milczéć! milczéć! setnik mówi!
Pedanus mówił istotnie. Szeroko rozmachując potężnemi ramiony, wskazywał on wciąż na rusztowanie, okryte łupami, przyniesionemi z Judei, zapytywał o coś, coś opowiadać zaczynał. W przycichającym gwarze, niby urywane ryki, słychać było słowa jego:
— Jeżeli mniemacie, że to były sobie wesołe tańce, jesteście stadem osłów. Powiadam wam, że bronili się, jak lwy wściekłe... Tarany i bale, któremi rozbijaliśmy ich mury, psuli i palili. Z trzystu machin wyrzucali na nas kamienie i groty... osypywali nas deszczem strzał, owiniętych w płonące pakuły... oblewali nas kipiącą wodą i oliwą... Wszystko to czynili, i więcéj jeszcze... wypadali na nas we dnie i w nocy... nie dawali nam jednéj minuty bezpiecznego snu i odpoczynku... Aha! gdybyście ich wtedy widzieli!... wykuli-byście tyle posągów, ilu było rzymskich żołnierzy, w téj walce z rozjuszonemi bykami i lampartami... Jan z Giszali nie był człowiekiem. Powiadam wam, że nie był on człowiekiem takim, jak wy, i nawet jak my, to jest naprzykład ja, albo Pudens... Na własne oczy widziałem, jak z głowy jego wylatywały płomienie i siadały na głowach jego żołnierzy... Powiadam wam, że był to czarownik... Kiedy raz z góry oliwnéj stoczyli się na nas, jak piana lernejskiéj hydry, Fulminata nawet, czy słyszycie? najwytrawniejsza z czterech legii Tytusa, Fulminata, w któréj setnikami są Pedanus i Pudens, nie ustała... w szyku i odpornie, ale cofnęła się, i gdyby nie Tytus, którego bozki głos usłyszawszy, przestawaliśmy zawsze słyszéć samych siebie... może-byście teraz nie wytrzeszczali oczu na łupy judejskie i nie rozdziawili gąb, słuchając słów Pedanusa... Przeklęte plemię! Ile razy wspominam o tym dniu feralnym, który na moment przyćmił sławę Fulminaty, tyle razy czuję straszny apetyt pożarcia choć jednego z tych wrogów Cezara i Rzymu.
Tak mówił Pedanus, a gniew i srogość, coraz bardziéj pokrywające dobroduszny z natury wyraz grubéj, wielkiéj jego twarzy, szybko, jakby magnetycznie, udzielały się słuchającéj go gromadzie.
— Przeklęte plemię! — zawołał ten sam głos, który wprzódy z żartobliwą ironią mówił o wykąszeniu w chwili głodu szmaragdu z judejskiego stołu i ubraniu żony, Klelii, w grotę perłową. — Przeklęte plemię! Chciałbym zemścić się za Fulminatę i w zębach moich schrupać jeden jego ułamek!
Widocznie najskeptyczniejszych nawet z razu ogarniał zapał. Ci, którzy bliżéj Pedanusa stali, śmieli się. Z twarzy setnika widać było, że opowiadać zaczął coś zabawnego. Wszyscy słuch wytężyli. Gdyby ktokolwiek tam mniéj był zajęty opowiadaniem setnika, spostrzegł-by, że czoło wysmukłego człowieka, ubranego w płaszcz z kapiszonem, okryte było krwistym rumieńcem, a w ciemnych oczach jego świeciły łzy.
— Powiadam wam — prawił Pedanus — że bogowie sami na widok ten ze śmiechu brali-by się za boki!... Było to tak: Tytus przemówił do nas... święte dreszcze zjęły nam ciała i dusze... Fulminata leci na ich spotkanie... Wicher nigdy szybszym od niéj nie był... Konnica przeciw konnicy, wpadamy na nich, ścieramy się, twarz z twarzą, pierś z piersią, miecz z mieczem... Łoskot, huk, krzyki, jęki, walenie się na ziemię cielsk końskich i ludzkich — nie słyszymy nic... Ogłusza nas wstyd wczorajszy, wściekłość szkarłatem okrywa przed nami wszystko... Konie i twarze wrogów, miecze ich, stojące za nimi mury oblężonego miasta, niebo, ziemia... wszystko... czerwone... Powiadam wam, że w téj godzinie bogowie dla nas cały świat krwią umalowali... Nie wiem, ile łbów ściąłem, ile piersi przebiłem, ile tułuwi odrąbałem... Wtém, czuję, że ze mną samym źle... Jeden z nich naciera na mnie z zajadłością i zręcznością piekielną. Sto razy miecz mój dotykał jego piersi i sto razy odbił on go i swój ku mnie obrócił. Patrzę: mrówka, czy pantera? Mały, cienki, mizerny... (z głodu wychudły, bo głód straszliwy panował już tam w ich murach), do ramienia mi wzrostem nie sięga, istna mrówka!... a silny, pomimo to, a rozjuszony, sprężysty i obskakujący mię dokoła — jak pantera! Eheu! myślę sobie, czy ja się dam zjeść owadowi temu? Bogowie mię natchnęli! Miecz przerzuciłem w lewą rękę, a prawą schwyciłem go za udo, i nie mieli-byście czasu wymówić Salve! — a już z konia go ściągnąłem. Lekkiż był! Ręka moja czuła, że wnętrzności jego były puste. Tu już i cofać się oni przed Fulminatą naszą zaczęli, a ja, judejskiego rycerza mego za nogę trzymając, ku Tytusowi go pełnym pędem konia mego niosłem. Pędziłem, a jeńcem moim, niby skryb trzcinką, wciąż go za nogę trzymając, w powietrzu wywijałem. Ktokolwiek spójrzał, wybuchał śmiechem, ale zato z siły i pięści Pedanusa nikt odtąd nie zaśmieje się nigdy...
Słuchacze śmieli się nie z siły i pięści Pedanusa, aż nadto widocznéj, ale z przedstawionego przezeń obrazu judejskiego rycerza, którym setnik rzymski, za udo go trzymając, niby skryb trzcinką w powietrzu kręcił...
— Zuchwalstwo ich granic nie znało — równie grubym, jak u Pedanusa, głosem zawołał niżéj nieco stojący Pudens. — Niechaj Pedanus potwierdzi prawdę tego, co wam opowiem. Staliśmy naprzeciw ich wojska, czekając hasła do boju. Poruszyć się nie można... Niechaj Pedanus potwierdzi, jaka to męka nie módz poruszyć się bez rozkazu i bezczynnie słuchać zuchwałych wyzywań ich i żartów... Wyzywali i żartowali... żartowali z nas, że tak już długo oblegamy ich miasto i nic dokazać nie możemy... Wtém jeden z nich, ten, którego widzieliśmy zawsze u boku dowódzcy ich, Jana z Giszali, wypada na przód. Wysoki, chudy, czarny, z trzęsącéj się gęby ciska na wojska nasze grad obelżywych wyrazów i wyzywa... wyzywa: „Niech który z rycerzy waszych stoczy ze mną pojedyńczą walkę... Pójdź, pójdź, Rzymianinie! uderz się piersią w pierś z Judejczykiem... niech ramionami memi choćby jednego z was do serca przycisnę!“ Niech Pedanus potwierdzi, że tak wyzywał. Słucham, wściekam się, ale stoję, jak wryty. Karność! nikomu bez rozkazu poruszyć się nie wolno! Mniéj wytrwałym i karnym był Priscus, młodziutki syn siostry mojéj, Serwilii... Rok jeszcze nie upłynął, odkąd włożono na niego togę dojrzałości... wnet potém został żołnierzem... dziecko! Niech Pedanus potwierdzi! Wypadł z szeregów... nie wytrzymał... zerwał się... na Judejczyka leci... spotkali się, starli, walczyli krótko... Priscus mój padł skrwawiony, przeszyty na wylot mieczem Judejczyka... Niech Pedanus potwierdzi, jak białym i pięknym, jak odważnym i dobrym był syn mojéj Serwilii... dziecko! Jam nie żonaty... Służąc Rzymowi, nie miałem czasu usłać sobie gniazda... Priscusa chciałem za syna sobie przybrać... Siostrę miałem jednę... tę... Serwilią... uczciwą i słodką kobietę, która, gdym w Rzymie przebywał, karmiła mię doskonałym bobem, naprawiała mi odzież i wraz ze mną wspominała rodziców naszych... Z żalu po synie, prędko poszła w krainę cieniów!... Niech Pedanus potwierdzi...
Pedanus nie potwierdzał. Pięścią olbrzyma ocierał on łzami zwilgocone oczy. Głos Pudensa, który stawał się coraz żałośniejszym, i grube rysy jego, wykrzywiające się do płaczu, rozrzewniły wrażliwą gromadę słuchaczy.
— Gdybym była na miejscu Serwilii — cisnąc do piersi wyrostka ze skrwawioném uchem i ukazując białe zęby, krzyknęła Balbia — dopóty pomiędzy Judejczykami szukała-bym owego, dopókibym go nie znalazła, oczu mu nie wykłuła, języka nie urżnęła i pazurami serca nie wydrapała!...
— A gdybyś, Balbio, matką była Judejczyka tego, którego Pedanus, kręcąc za udo w powietrzu, niósł Tytusowi, co-byś uczyniła? — donośnym głosem zapytał człowiek w płaszczu z kapiszonem.
Nikt go nie słuchał. Gromada, słuchająca opowiadań setników, wrzała.
— Jakto! — najgłośniéj krzyczał haftarz Sylwiusz — i żaden z was nie pomścił biednego Priscusa? Zuchwalstwo Judejczyka uszło mu bezkarnie?...
— Pomściła go strzała Pudensa — zawołał Pedanus. — W towarzysza Jana z Giszali cisnął on strzałę... którą ugodzony, padł na ziemię...
— Zabity! — z uczuciem jakby niewysłowionéj ulgi westchnął tłum.
Pudens ścisnął pięście i rozpaczliwym ruchem wyciągnął ramiona.
— Niech Pedanus potwierdzi, że jest to plemię czarowników! Zabójca mego Priscusa padł, ugodzony strzałą moją... a jednak widziałem go wczoraj!...
— Gdzie? kiedy? mów!
— Wczoraj, na Septach... Ten sam, który z bluźnierczéj gęby swéj cisnął obelgę na bozkiego Tytusa i wspaniałą Berenikę... Był to on, ten sam.... Niech potwierdzi Pedanus...
— Powiadam wam, że był to ten sam... — potwierdził Pedanus. — Zabitym go mniemaliśmy, wczoraj ożył... dziś znowu może Harpie pociągnęły go do podziemnego państwa...
— Żyje! — piskliwym, przeszywającym głosem krzyknął ktoś w tłumie.
Człowiek, ubrany w płaszcz z kapiszonem, zadrżał. Nikt na niego nie patrzał. Uwaga powszechna zwróciła się na człowieka w brudno-czerwonéj bluzie, z głową pół-ryżą, pół-łysą. Pedanus, patrząc na niego z wysokości swojéj, zawołał:
— Witam cię, glisto! Wczoraj już rozmawiałem z tobą. Żyje, powiadasz?...
— Żyje! — podnosząc wzrok ku olbrzymowi i żółtemi powiekami mrugając, odpowiedział Silas.
— Gdzie jest? kędy ukrywa się zabójca mego Priscusa? Prowadź nas tam, oberwańcze, a sprawimy ci taką nową tunikę, jakiéj nie widziały od urodzenia żółte twoje ślepia! — wołał Pudens.
Ale Silas skrył się już za szerokiemi plecami Babasa i zwinném ciałem uwieszonéj u ramion siłacza, ciemnolicéj, rozczochranéj, w srebrne obręcze strojnéj Egipcyanki, Chromii.
Przypomnienie wczorajszego wydarzenia na Septach było strzałą, owiniętą w płonącą materyą i w tłum rzuconą. Wszyscy naraz przypomnieli sobie urazę swą, wszyscy naraz zagadali, wszyscy uderzyli w oburzenie nad zniewagą, wyrządzoną synowi Cezara, i obrazą wspaniałéj Bereniki, w gniew na zuchwalstwo nędznego cudzoziemca, który znieważył majestat rzymskiego ludu.
Z grupy, utworzonéj przez Syryjczyków, nad którą wzrostem swym wynosił się Babas, a którą ożywiał zjadliwy chichot Chromii, piskliwy głos donośnie zawołał znowu:
— Nazywa się on: Jonatan!
Była-to druga strzała, w płonącą materyą owinięta i w tłum rzucona. Mnóztwu ludzi imię to przypomniało mnóztwo rzeczy. Nie jedne uszy słyszały o nim po wielekroć, nie jedne oczy szukały go i ścigały po świecie. Był to jeden z wodzów judejskiego powstania, jeden z najcięższych przestępców przeciw władzy nad światem Cezara i Rzymu. Ten-to był, który, po wielekroć raniony, z ran swych wyleczał się zawsze i znowu obok Jana z Giszali przeciw wojskom rzymskim stawał. Ten-to był, który, tułaczem już nędznym i ściganym będąc, zdołał jeszcze w Egipcie zebrać kilkotysięczną zbrojną gromadę Judejczyków i wzniecić tam przeciw władzom cesarskim bunt, mizerny wprawdzie i szybko utopiony we krwi buntowników, lecz świadczący o zażartéj nienawiści i nieposkromioném zuchwalstwie potwora tego. I ten potwór, ten czarownik, którego doścignąć nie mogły ani strzały, ani zbiorowe mordy, ani czujne, sturęczne władze wielkiego państwa, znajduje się w Rzymie i śmié... śmié... śmié publicznie urągać majestatowi rzymskiego ludu, złorzeczyć ukochanemu przez lud i wojsko synowi Cezara i oblubienicy jego... Setnicy zeskoczyli z marmurowych łomów i, zbici pośród Forum w gromadkę, złożoną z połyskujących olbrzymów, toczyli pomiędzy sobą namiętną rozprawę. Na łomie marmuru stanął Sylwiusz i, powiewając malowniczemi fałdami swéj togi, poruszając w powietrzu białą ręką, na któréj błyszczał pierścień z amestystem, przemawiał długo w zgiełku i wrzawie, aż ściągnął na siebie uwagę powszechną i sprowadził względną ciszę. Z giestem pretora i miną polityka, roztrząsającego sprawy ważne, przemawiał:
— Rozważcie to, obywatele, w światłych umysłach waszych! oni jedni opierali się tak długo potędze naszéj. Egipt, Syrya, Azya Mniejsza, Gallia, Hiszpania dziękują już fortunie za to, że połączyła je z Rzymem, inni warczą, lecz korzą się przed potęgą i oświatą naszą... rozważcie to, obywatele, przed potęgą i oświatą naszą, zatém moją, Wenturego i twoją także, Tacyuszu, i twoją, Nigerze, i twoją, Balbio, i twego małego syna, Balbio! Ci tylko, mizerni, tak długo stawiali nam czoło, i teraz jeszcze, zwyciężeni, bluźnią bogom naszym, Cezarowi i nam... Ale czy oni są naprawdę zwyciężonymi? Rozważcie to, obywatele, w światłych umysłach waszych, czy zwyciężonymi są ci, którzy zachodzą nam drogę wszędzie: w porcie, na rynkach, w portykach, i uczciwym obywatelom rzymskim odbierają zysk z ciężkiéj ich pracy i możność wyżywienia swych rodzin...
Tu, niby z pod skrzydła, z pod ramienia Sylwiusza wysunęła się ufryzowana główka Wenturego, który, rozpościerając ramiona, zawołał:
— Sylwiusz rzekł prawdę! Odkąd rozmnożyli się oni za Tybrem, nie sprzedaję połowy téj ilości perfum, jaką sprzedawałem dawniéj... Sylwiusz rzekł prawdę!
— Prawdę rzekłeś, Sylwiuszu, prawdę rzekłeś! — Odpowiedziało mnóztwo głosów, których większość należała do robotników, pracujących w fabrykach Sylwiusza i Wenturego. Naśladując klientów wielkich panów i swych patronów, rzęsistemi nawet oklaskami osypali oni mowy swych pracodawców.
Oprócz nich zresztą, znajdowało się w słuchających gromadach wielu innych najemników, którzy istotnie ubogi, lub nawet nędzny mieli pozór. Ci, w każdéj okoliczności przypomniéć radzi to, co obchodziło ich najwięcéj, wołać zaczęli, że dwanaście asów dziennego zarobku nie starczy im na wyżywienie się i utrzymanie rodzin i że patronowie powinni-by płacić im więcéj.
— Jakże uczynić to możemy — z giestem mówcy, wyrażającego rozpacz, odpowiedział Sylwiusz — skoro sami ze stron wszystkich doświadczamy najsroższych ucisków? Nie dość, że patrycyusze prowadzą na własną rękę mnóztwo fabryk i wyroby swe, dokonywane przez niewolników, taniéj od nas sprzedawać mogą, trzebaż jeszcze, abyśmy we własnéj stolicy naszéj udręczani byli przez cudzoziemców!... Rozważcie to, obywatele...
Potém, słodkim jak miód, czułością nabrzmiałym głosem, zawołał:
— Czy przystaniecie na to, obywatele, aby uczciwi Rzymianie obsiedli most żebraków, a cudzoziemcy rozpierali się z bogactwami swemi w grodzie przodków naszych?... Rozważcie to w światłych...
— Most żebraków! most żebraków! — z pod ramienia mówcy jękliwie przerwała ufryzowana głowa perfumiarza — rozważcie to w światłych głowach waszych!
— Na Kastora! — zawołał wysoki i chudy Mercenarius — gdy patronowie obsiądą most żebraków, my dzieci nasze chyba w Tybr powrzucamy!...
— Jeżeli wprzódy na sabbatowych wieczerzach nie pozjadają ich Judejczycy!
Słowa ostatnie wymówił człowiek, który dotąd w milczeniu przysłuchywał się wszystkim mowom i rozmowom. Stał on u stóp rostry, publicznéj mównicy, plecami oparty o jeden z okrętowych przodów, z których składał się wysoki jéj piedestał. Bogatą suknią okryty, na ciemnéj twarzy miał on wyraz przebiegłości, zuchwalstwa i złośliwości, właściwy niewolnikom wielkich rodów, pełniącym u boku panów swych czynności rządzców domu, pochlebców, tajemnych agentów w ciemnych i często niebezpiecznych sprawach. Poznano w nim ulubionego niewolnika, rządzcę domu, pochlebcę i tajemnego pełnomocnika Cestyusza, byłego dowódzcy wojsk rzymskich w Judei i męża pięknéj Flawii.
W mgnieniu oka ciekawość publiczna opuściła Sylwiusza, a zwróciła się ku najstarszemu słudze wielkiego pana. Otaczało go kilku innych jeszcze ludzi, którzy naraz albo z kolei przemawiali także, wtórowali słowom swego zwierzchnika, albo je uzupełniali. Wszyscy oni byli z panem swym w Judei, znali dobrze kraj ten i zamieszkujące go plemię. Opowiadali téż rzeczy, od których słuchacze bledli z przerażenia, albo drżeli z gniewu. Jakto? pieką ciała cudzoziemców i zjadają ich wnętrzności?! cześć oddają ośléj głowie, kozłowi i takiemu bożkowi, którego wnętrze napełnione jest ogniem! W ogień ten rzucają oni na ofiarę dzieci! Bożek ten nazywa się Moloch. Modlą się téż do cielęcia, ulanego ze złota. Posiadają czary i zaklęcia, któremi cudzoziemców nawracają na swoję wiarę. Mnóztwo jest w Rzymie ludzi, którzy wiarę ich przyjęli. Czy lud rzymski spokojnie patrzéć będzie na opuszczone bóztwa swoje?... Poprzedni Cezarowie nieraz już przeciw Azyatom tym świętości Rzymu bronili. Klaudyusz wypędził ich z Rzymu. Cezar Wespazyan łagodny jest i zatrudniony wielce innemi sprawami, ale nienawidzi ich, i po tém, co wczoraj zaszło na Septach, opuści pewno na nich karzącą prawicę...
Na Forum rozległy się syczące szmery:
— Cezar ich nienawidzi! Czy słyszycie? Cezar ich nienawidzi! Sługa Cestyusza wié, co mówi! Mówi on, że Cezar ich nienawidzi!
Wysmukły, zgrabny człowiek, w płaszczu z kapiszonem, szybko teraz opuścił, błyszczący niezmiernemi bogactwy i huczący wrzawą roznamiętnionych tłumów, rynek obywatelski. Z trudnością niejaką przecisnąwszy się przez gęsto zaludnione i pysznemi gmachami otoczone ulice Tuskulańskie, minął rynek drzewny, okryty pijącą i hulającą tłuszczą, okrążył wielki cyrk, nad którym akrobata, podobny do jaskrawo opierzonego ptaka, wieszał się po wysoko rozciągniętéj linie, i wązkiemi, cichemi już przejściami wstąpił na Awentyn, gdzie ażurem kolumnady swéj i barwami fryzu, przez Artemidora malowanego, jaśniał portyk Cestyusza.
Tu ciszéj znacznie było, niż gdzieindziéj. Na krzyżujących się dokoła portyku ulicach nie zastawiano stołów z ucztami i nie hałasował ucztujący lud; w portyku zaś przechadzało się kilku ludzi, z których jeden, najwyższy i najbarczystszy, brodę miał siwiejącą, płaszcz ciemny i twarz spokojną, choć gęsto zbrużdżoną. Przechodzień, idący z Forum, przystanął i słuch wytężył w stronę przechadzających się ludzi. Zatrzymali się téż oni wkrótce w pobliżu jego. Młody i świeży głos zapytywał:
— A teraz, Muzoniuszu, powiedz nam, czém jest odwaga?
Plecami wsparty o kolumnę, z ramionami skrzyżowanemi u piersi, stoik odpowiedział:
— Odwaga, Epiktecie, jest cnotą, uzbrojoną w obronie sprawiedliwości. Nie jest ona potworem, który rzuca się w porywie chciwości i barbarzyństwa, dla nasycenia chuci i pychy, lecz wiedzą o prawach ludzkich, nauczającą odróżniać to, co znosić wypada, od tego, co cierpianém być nie powinno. Serce Sparcyaty gorzało tylko dla zwycięztw. Tak samo dzieje się z pysznym. Chce on być piérwszym, chce on być jedynym, a wznieść się tak nad innych nie może, bez zranienia sprawiedliwości i zdeptania dobra. Z takim walcząc, odważnym szermierzem sprawiedliwości będziesz...
Chwilę panowało milczenie. Poczém ktoś znowu zapytał:
— A czém-że, mistrzu, w saméj istocie swéj jest dobro?
— Składają się na nie cztery pierwiastki: miłość ludzi, miłość prawdy, miłość wolności i miłość harmonii.
Wysmukły przechodzień, który, z jedną stopą, postawioną na podstawie kolumny, łokieć na kolanie a czoło na dłoni opierał, podniósł głowę i zawołał:
— Słowa twoje, mistrzu, jak muzyka niebieska grają w ciszy tego portyku i jak balsam kojący cieką w zgiełku, który napełnia dziś to miasto. Ale, Muzoniuszu, gdy ty szlachetnych młodzieńców tych nauczasz tu miłości dla ludzi i prawdy, tam, na Forum, wilki i żmije leją w duszę rzymskiego ludu jad pychy i nienawiści!
Muzoniusz i otaczający go młodzieńcy obejrzeli się, ale przechodzień, który wyborną łaciną, z lekka tylko zaprawną cudzoziemskim akcentem, słowa te wymówił, śpiesznie już skręcał na jednę z ulic, ku Tybrowi wiodących. Po chwili milczenia, w grupie, stojącéj w cieniu portyku, ozwał się głos młodzieńczy, lecz ironią i popędliwą goryczą brzmiący:
— Ktokolwiek był przechodzień ten, który przemówił do nas, prawdę powiedział. Obejrz się, Muzoniuszu. Gdy my, w chłodnéj téj ciszy, pijemy wraz z tobą niebieski napój filozofii, dokoła nas wrą szały źwierzęce, lud obżera się, opija, hula i wydaje okrzyki na cześć tych, którzy przemieniają go w trzodę wieprzy i wilków. Gorycz i oburzenie wzięły wodze myśli moich i pytam cię, mistrzu: dlaczego tak wązką i niezaludnioną jest droga ta, po któréj za tobą idziemy?
Muzoniusz łagodném wejrzeniem objął głowę wątpiącego młodzieńca, i głosem, w którym czuć było spokojnie uśmiechającą się duszę, odpowiedział:
— Jest ona, Juwenalu, wysoką i nieśmiertelną. Zjęty gniewem na zbrodnie i głupoty ludzkie, wiédz o tém, że ród ludzki nie kończy się na nas i że pochodu jego wiek ten nie zamknie. Z pod niebieskiéj jasności i ciszy, filozofia sieje prawdy swe w dusze rzadkie, wybrane, które zwolna i z trudem roznoszą je po przestrzeni i czasie. Myśmy kapłani jéj i szerzyciele. Do nas-to stosować należy wiersz Enniusza: „Niechaj nikt łzami grobów naszych nie skrapia, bo żyjemy wiecznie, z duszy do duszy latając“. Gdy namiętności kipią, przemoc uciska, głupota szaleje, nie cofajmy się z szeregu szermierzy za prawdę i dobro, lecz, jak na skale wysokiéj i nieśmiertelnéj wsparci, w przyszłość świata zapatrzeni, czoła nasze na gromy i fale wystawiając, przy zasadach stójmy!...
Wśród oddalonych szumów, które z rynków i ulic taranami niby biły w upalne powietrze, słowa Muzoniusza niebieską muzyką grały istotnie w cichym i chłodnym portyku, balsamem gojącym lać się zdawały na ziemskie wrzawy i szał. Młodziutki Juvenal, do ust, z których zniknął sarkastyczny i gorzki uśmiech, poniósł skraj płaszcza ukochanego mistrza; głębokie i cierpiące oczy Epikteta napełniły się blaskiem natchnienia; Tacyusz z zamyśloném czołem i energicznemi rysy zawołał:
— Pójdźmy, mistrzu, na Forum, aby na własne oczy zobaczyć to, o czém mówił nam ów przechodzień!
Lecz do grupy rozmawiających zbliżał się śpiesznie młody, wysmukły mężczyzna, w białéj tunice i srebrnéj opasce na kruczych włosach. Był to Artemidor. Z głębokiém uszanowaniem skłonił się przed Muzoniuszem, rówieśników zaś przyjazném orzucił spójrzeniem.
— Helwidyusz i Fania proszą cię, mistrzu — rzekł — abyś co najprędzéj przybył do domu ich, w którym, zanim upłynie godzina, przyjmować będą odwiedziny Domicyana, syna Cezara.
Oczy stoika zaświeciły, jak u rycerza, wzywanego do boju; wkrótce jednak na wysokiém czole jego drgnęły i pogłębiły się zmarszczki. Wzniósł nieco ręce, spójrzeniem utonął wysoko.
— Domicyan w progach córki Trazea... twarzą w twarz z Helwidyuszem...
Tu, dając się porwać płomiennemu charakterowi swemu, który filozofia na wodzy trzymała, ostudzić go nie mogąc, zawołał:
— Jest-że dzień choćby jeden, który-byśmy, w spokoju i bezpieczeństwie, wielkim myślom i rozważaniom poświęcić mogli? Bądźmy gotowi, o ukochani! bądźmy gotowi na to, że każda godzina dla niejednego z nas feralną stać się może.
Odeszli.
Przechodzień, który przed chwilą do Muzoniusza przemawiał, był już także daleko. Ulicą, która z bramy Ostyjskiéj ku Tybrowi wiodła, spuścił się on z Awentynu, przeszedł pod cienistém i rzeźbiami ociekającém sklepieniem łuku Germanicusa, przebył most i znalazł się w żydowsko-syryjskiéj dzielnicy Zatybrza. Tu cisza panowała głęboka. Syryjska ludność wyciągnęła na miasto ku ulicznym zabawom i ucztom, żydzi zawiesili snadź zwykłe swe zajęcia. Można-by myśléć, że, uczuwszy powiew burzy czy niebezpieczeństwa, przypadli oni ku ziemi, oddechy nawet zapierając w piersiach. Dzielnica miała pozór taki, jakby zamieszkująca ją ludność nagle wymarła. Ciasne rynki i ulice, bezludne dziś, kałuże swe i kupy śmiecia kąpały w blasku jaskrawego, burzę zapowiadającego słońca; zgęszczone, cuchnące powietrze, mętną parą owijało szare domy, okna przyćmione szybami z pęcherza, tarasy otoczone nizkiemi ogrodzeniami, na których tu i owdzie, z trójkątnych przybudówek głucho wydobywały się gwary zapalczywych rozpraw. W ciasnych izdebkach, mieszczących się na tych malutkich piąterkach, ludność żydowska zwykła była skupiać się i naradzać w ważniejszych wypadkach burzliwego życia swego. Tam bowiem nikt widziéć ich, najść niespodzianie, ani z ulicy podsłuchać nie mógł.
Izdebka, zbudowana nad dachem Menochima, pełną była ludzi, którzy gorączkowemi stopy deptali podłogę jéj, ubitą z gliny, wapna i popiołu, i turbanami dotykali prawie belek sufitu. Niewielu ich było, a jednak ścisk był taki, że popychali się i nadeptywali wzajem. Przez szybę z pęcherza wdzierało się tam niewiele światła, powietrza brakło także; strugi potu ciekły z pod turbanów na twarze zorane, zapalczywe, przerażone.
Przechodzień, przybywający z Forum, szybko po wązkich wschodach wbiegł na taras i wszedł do izdebki. Wszedłszy, natychmiast płaszcz swój z kapiszonem na ziemię z ramion zrzucił; z pod niego ukazał się wykwintny strój rzymski, od którego ponury Symeon i kilku innych ze wstrętem odwrócili oczy. Ale Menochim rzucił się ku przybyłemu i chciał ręce jego całować.
— Justusie! zbawco Jonatana mego...
Nic dał mu dokończyć. Ani na wdzięczności pełne uściski Menochima, ani na podejrzliwe spójrzenia innych nie zważając, sekretarz Agryppy prędko, prędko opowiadać zaczął o wszystkiém, co widział i słyszał na mieście, o tém także, o czém dowiedział się w domu zwierzchnika swego. Sroga burza wisiała nad tułaczą gminą. Cezar i synowie jego, arystokracya żydowska i część patrycyatu rzymskiego, żołnierze, kupcy, lud, wszystko to zawrzało przeciw przybyszom gniewem i nienawiścią, które nigdy istnieć nie przestawały, ale teraz, rozżarzone i ośmielone, wybuchnąć mogły.
Jak strasznym mógł być wybuch taki, świadczyły o tém edykta poprzednich Cezarów, skazujące żydowską ludność na ryczałtowe wygnanie z Rzymu, i świeże, okropne sceny mordów i pożóg, które już po upadku Jerozolimy napełniały nieraz Antyochią, Alexandryą, Cezareę. Nadewszystko, życie Jonatana srodze jest zagrożoném. Wiedzą dziś już wszyscy, że żyje on i gdzie przebywa. Lecz spokojność i bezpieczeństwo gminy całéj wisi także na włosku, nad którego zerwaniem wiele rąk pracuje.
Dla zgromadzonych w izdebce ludzi wiadomości te zupełnie nowemi nie były. Oprócz Justusa, posiadali oni w bogatych dzielnicach miasta przyjaciół swoich, którzy od rana już znosili im groźne wieści o wrzeniu ucztujących dziś i pijących tłumów; o tém, że wznoszący się na Forum posąg Alexandra Tyberyusza, rządzcy Egiptu, żyda-zaprzańca, niemniéj jednak żyda, przed wschodem słońca już oblanym został brudnemi płynami; że gromady ludu i nawet szlachty przeciągały przed pałacem Monobaza z wściekłemi krzykami żądając od żydowskiego bankiera zwrotu pieniędzy, lichwą z obywateli rzymskich wyciśniętych. Justus dodał, że Józef Flawiusz, wczesnym już rankiem wezwany przed oblicze Cezara, stoczył z nim długą rozmowę, po któréj wrócił do pałacu Agryppy, płacząc i wyrzekając na nieuleczalne szaleństwa żydowskiego pospólstwa, a w pałacu Agryppy, od wczesnego téż ranka, przebywał Tytus, sam-na-sam z Bereniką, rozgniewaną, zrozpaczoną i mniéj zapewne, niż kiedy, skłonną sprawę ludu swego w obronę swą przyjąć.
Obecni pobladłe i drgające twarze jednomyślnie zwrócili ku Jonatanowi, stojącemu dotąd nieruchomo w pobliżu okna. Stał, ramieniem o ścianę wsparty, a profil chudéj twarzy jego, gęsto obrosłéj, ostro i posępnie rysował się na złotawéj od słońca szybie z pęcherza. Menochim przysiadł w kącie izdebki i, skurczony, twarz ukrył w dłoniach. Inni zapytywali:
— Poco Jonatan uczynił to, co gminę całą na niebezpieczeństwo narażało? Poco obudził drzemiące stada jastrzębi i lwów? Dlaczego od wczoraj milczy tak, jak gdyby usta jego zamknęła pieczęć Pańska? Dlaczego wciąż w ziemię patrzy, jak gdyby wstyd go obarczał, on, który przedtém śmiałém okiem rycerza w oblicze ludu swego spoglądał?
Justus, stojąc tuż przy nim, łagodnie namawiał go, aby postępek swój usprawiedliwił przed tymi, którzy za niego ponieść mogą srogą odpowiedzialność i karę.
Jonatan milczał, jak grób. Na twarzy jego, zwykłą mu wprzódy hardość i popędliwość zastąpił wyraz głębokiego upokorzenia. Najmniéj przenikliwe oko wyczytać-by na niéj mogło dojmujące i tłoczące uczucie wstydu. Ci, którzy z tłumnemi zapytaniami zwracali się ku niemu, nie śmieli przecież dotknąć go żadném obelżywém słowem lub giestem. Nie był-że on jednym z najzaciętszych obrońców ojczyzny ich i świątyni, przyjacielem Jana z Giszali, męczennikiem sprawy świętéj? Lecz bojaźnią zjęte, rozjątrzone piersi ich, wrzały gniewem. Ponury Symeon, rzucając ręką w stronę Justusa i ukazując rzymski strój jego, krzyknął:
— Zdrajcą jest ten! Jeżeli chcemy, aby zlitował się nad nami Pan, przepędźmy z pośród siebie tych, co przyodzieli się w edomską skórę. Precz ze zgromadzenia wiernych!
Justus zbladł naprzód, a potém oblał się szkarłatem. Nie miał czasu odpowiedziéć, bo pomiędzy niego a Symeona rzucił się Goryasz. Biała twarz Hillelisty gorzała rumieńcem oburzenia.
— Za jaką winę — krzyknął — lżysz młodzieńca tego, który już nieraz służył nam radą swą i pomocą, a wczoraj osłonił przed wrogiem rycerza Syonu?
— Na uszy własne słyszałem — wołał Symeon — jako mówił, że w greckich i rzymskich naukach mieści się wiele prawd wielkich, i że źle czynimy, oddalając się od nich...
— Mówił może prawdę... — nieśmiało wtrącił w tłumie ktoś z młodszych.
Kłótnia zawrzała. W ogniu jéj i wrzawie zarysowały się wyraźnie dwa prądy, ciekące w tém morzu nieszczęścia. Jeden z nich płynął nienawiścią bez granic; drugi smutkiem wielkim, lecz nie gaszącym pochodni rozumu.

— Szamaistą jestem i szczycę się tém! — wołał Symeon. — Szamaistą jestem, który wściekł się przeciw narodom cudzym i dla którego wszystko greckie i rzymskie jest jako psie ścierwo, zarażające winnicę Pańską. Mędrców naszych wielbię tych, którzy w Jabue głoszą: „Z każdéj litery wyciągnąć korzec przepisów, a z tych przepisów utworzyć płot, który-by Izraela od innych oddzielił narodów.“
POCO JONATAN UCZYNIŁ TO, CO GMINĘ CAŁĄ NA NIEBEZPIECZEŃSTWO NARAŻAŁO.
Goryaszowi w zapale sprzeczki turban osunął się na tył głowy, a z pod niego rudawe kędziory opadały na spocone czoło. Śmiał się z szyderstwem, źle przystającém do łagodnéj twarzy i jasnych oczu jego.

— Dzięki mędrcom naszym — mówił — którzy dniami i nocami przemyśliwają nad tém, co nam uczynić czystém, a co nieczystém, szydzące z nas narody obce słuszność mają, twierdząc, że wkrótce słońce samo czyścić zechcemy, aby bez grzechu módz na nie spoglądać!...
— Zdrada! przeniewierstwo! odszczepieństwo! Zdrada! zdrada! — wołało głosów kilka.
— Biada ci, ludu mój! — wszystkie inne przenosząc, zabrzmiał u okna głos młody i donośny, — rozjątrzony i podejrzliwy, będziesz ty odtąd straszném imieniem zdrajcy piętnować każdego z synów swoich, który ci kroplę świeżego napoju poda w naczyniu nowém, albo przestrogą prostować sprobuje drogi twoje!
Był to głos Justusa. Wnet zdyszane piersi okrążyły go murem ciasnym, a kilkanaście ramion groźnie wyciągnęło się ku niemu.
Zgiełk nieopisany powstał. Zapominając o bezpośrednio grożących im niebezpieczeństwach, ludzie ci płonęli wieczną gorączką nieszczęśliwych.
— Precz z grona wiernych, służalcze Agryppy! Miotło Edomitów! Trądzie na ciele Izraela! Zuchwały plwaczu na świętości nasze! precz ztąd! precz!
Teraz kilka rąk drżących, lecz silnych, chwytało go za ramiona i darło na nim cienką materyą rzymskiéj tuniki; jedna ręka ciemna, z kurczowo drgającemi palcami, ręka Symeona, którego czarne oczy paliły się dzikim ogniem fanatyzmu, zbliżała się ku jego obnażonemu gardłu. Sekunda jeszcze, a szaleństwo, powstałe z nieszczęścia, urodziło-by zbrodnią. Lecz w téj-że chwili Jonatan obudził się, jakby ze snu. Było to obudzenie się lwa. Do lwa podobny, rzucił się ku zagrożonemu i zasłonił go przed napastnikami piersią swą i rozpostartemi ramiony. Na zgnębioną i zawstydzoną przedtém twarz jego wróciła cała śmiałość i duma. Oczy ciskały błyskawice, zbielałe usta drgały. — Z dala! z dala od niego!.. — zawołał głosem, w którym ozwały się echa wojennych rozkazów; — jam człowiek czynu, nie słów... W boju i bólu zapomniałem, co czyste jest, a co nieczyste... i o mędrcach waszych w Jabue nie mówiły mi nic wichry pustyń i bałwany mórz przebywanych... To tylko wiem, że kocham Judeę, a bolące rany moje mówią mi, że człowiek ten kocha ją także... On, brat mój... dobry!
I dziwnie miękko ramiona swe zaokrąglił dokoła piersi Justusa, a rozpalone oczy jego, w twarz przyjaciela patrzące, omgliły się taką czułością, z jaką może niegdyś, niegdyś, w niewinnych dniach pacholęctwa, patrzały w szafir nieba lub w purpurowy kielich róży, którą z ogrodów Cezara przynosił Mirtali.
— Dobry... — powtórzył ciszéj — Ja nie wiem, kto z tych ludzi prawy jest a kto nieprawy... mnie do ich sporów — nic! Wiem tylko, żeś przyjacielem moim od dni dziecinnych i że skrzywdzić cię nie dam...
— Nie dam! — powtórzył jeszcze, ale już na Symeona i stronników jego patrząc, a głos jego rozległ się znowu w ciasnych ścianach izby, wojennym niby rozkazem.
Obecni osłupieli z razu, potém cofnęli się. Znieważać rycerza i męczennika tego nie śmiał i nie chciał nikt. Niektórzy z zawstydzeniem pochylili głowy; inni żuli jeszcze gniew swój w warczących ustach. Goryasz, twarzą ku ścianie zwrócony, płakał; Menochim, skurczony w kącie, zmordowaném i pełném trwogi okiem patrzał na dwóch przyjaciół, których postacie, w cień usunięte, zlewały się w jednę. Wśród czarnego, jak noc, zarostu, białe zęby Jonatana groźnie jeszcze błyskały.
W tém, pośród chwilowéj ciszy, z jednego z kątów izby ozwał się głos bardzo stary, łagodny i proszący: Pozwólcie, bracia, aby najuboższy i najpokorniejszy z was, ale latami najstarszy, przemówił do was.
Słowa te wyrzekł Aron, bardzo stary dziad bladéj i smutnéj Eli, najmilszéj przyjaciółki Mirtali. Niedawno jeszcze roznosił on po mieście wonności, wyrabiane w fabryce Goryasza, i wraz z Mirtalą stawał z towarem swym w portyku Cestyusza. Teraz jednak, wielka słabość woskową żółtością oblała mu twarz zdrobniałą, cierpiącą, otoczoną białym jak śnieg zarostem. Turbana na głowie udźwignąć już nie mógł; śnieżne włosy spływały mu z pod okrągłéj mycki na chudą szyję i pomarszczone czoło. U kolan jego leżał sękaty kij, na którym złożywszy małe, trzęsące się ręce, nad ziemią pochylony, z szyją wyciągniętą, łzawemi oczyma po zgromadzeniu wiodąc, mówić zaczął:
— Kiedy sprzeczki waszéj słuchałem, Przedwieczny podszepnął uchu memu przypowieść, zapisaną w jednéj ze świętych ksiąg naszych...
Wszyscy umilkli i słuchali. Na żółtych wązkich ustach Arona zaigrał uśmiech przebiegły. Wzniósł nieco ręce i, czyniąc niemi zwolna ruch liczenia na palcach, mówił daléj:
— Cztery rzeczy na ziemi są maluczkie, a mędrsze od najmędrszych. Mrówki, lud słaby, które we żniwa przygotowują żywność sobie; zajączki, gmin nie silny, który jednak w skałach łożyska sobie czyni; szarańcza, króla niemająca, lecz chodząca hufcami; pająk, lichy owad, a jednak mieszkający w pałacach królewskich.
Umilkł i, zagadkowo, przebiegle uśmiechając się, z pod czerwonych powiek pojętne źrenice po obecnych wodził. Ci, z wyrazem zapytania w oczach, na niego patrzyli. Po chwili, wolniéj jeszcze, niż wprzódy, z głębokim namysłem w głosie i ruchach głowy, dokończył:
— Kłótnie, tak jak i rozkosze, potężnych rzecz. Lud słaby ma, jako mrówki, pilnie zgromadzać żywność sobie, aby mu sił do życia nie zabrakło; niech, jak zające, wytrwałém pukaniem, twarde skały przekuwa on dla siebie w bezpieczne łożyska. Gdy, jak szarańcza, bez ziemi jest i króla, niech spójnym hufcem chodzi. Niech tak, jak pająk brzydki i gardzony, przędzę swą wszędzie rozsnuwa, aby miał o co zaczepić się w tym królewskim pałacu, który Przedwieczny zbudował dla wszystkich narodów — silnych i słabych.
— Niech się tak stanie! — uroczystym chórem odpowiedzieli obecni i cicha uroczystość spłynęła na wszystkie twarze te, zmordowane i płonące, lecz które słowa starca postawiły przed obliczem długiéj, trudnéj, krwawéj przyszłości.
Ale Aron miał jeszcze coś do opowiedzenia. Starym był bardzo i pamiętał wiele, pamiętał dzień nieszczęsny, w którym z rozkazu Cezara Klaudyusza wygnano z Rzymu wszystkich zamieszkujących w nim żydów. Opowiadał o wszystkich nędzach i rozpaczach strasznéj owéj pory. Któż zgadnie rozpacz mrówek, gdy ciężkie koło przebiegającego wozu mrowisko ich rozgniecie i drobny ludek rozpędzi we wszystkie strony świata? Nikt nie zważy brzemion tych i smutków, które unosi z sobą rój człowieczy, z siedliska swego w szeroki świat pognany...
Być może, iż pod ciężkiemi turbanami włosy obecnych na głowach ich powstawały. Przy opowiadaniu Arona, ruchy ich stawały się bezładnemi, kolana i ręce drżały, słowa plątały się na pobladłych ustach. Bojaźń zaczynała już wnikać w krew tych, w których serca nieszczęście i krzywda lały nienawiść i podejrzliwość, mózg ich zaprawiając dymem mistycznych rojeń.
— Zwołać wszystkich starszych gminy! naradzić się! Do kogo udać się po obronę i ratunek? Jak zażegnać gniew Cezara i Rzymian? Co czynić?
Z wołaniami i zapytaniami temi opuszczali izdebkę, tak, jak gdyby w téj chwili już goniła ich kosa śmierci; śpiesząc się, nadeptywali sobie wzajem na pięty. Menochim powlókł się za nimi; Aron, wspierając się na sękatym kiju, wyszedł ostatni.
Justus i Jonatan pozostali sam-na-sam. Sekretarz Agrypy pochwycił ręce przyjaciela i zarzucił go pytaniami.
— Obce ludy, Jonatanie, miewają wielkich mężów, roniących wielkie słowa. Jeden z nich rzekł: „Miłość ojczyzny jest tak ogromną, że ją nie trwaniem naszego życia, lecz troskliwością o jéj życie mierzymy“. Ona-to cię upoiła! Nią uniesiony, nie mierzyłeś jéj trwaniem życia swego i swoich.
Jonatan słuchał z odwróconą twarzą, aż z porywczym giestem zawołał:
— Przestań, Justusie! nie powiększaj wstydu mego! piérwszy-to raz przeniewierzyłem się sprawie świętéj! Przebacz mi, Judeo! pierwszy raz oddałem pokłon cielcowi namiętności własnych!
Czoło przyciskał do ściany, blade usta przygryzał do krwi, cicho i ponuro z przytłaczającą pokorą szeptał:
— Ułomnym jest człowiek, z niewiasty zrodzony...
Potém, nie zmieniając postawy, prędko mówić zaczął:
— Jakoż mówić im miałem, że uczyniłem to przez nienawiść wroga, kiedy usta me otworzyła miłość dla kobiety? Miałżem łgać podle, albo przed nimi otwierać skrytości upadku mego?... Kiedy tu przybywałem, w późnéj wieczornéj godzinie widziałem dzieweczkę, idącą u boku Rzymianina i toczącą z nim cichą rozmowę... W domu ojca naszego ujrzałem ją i, jak w niebieskich podwojach, utonęły w niéj oczy moje, lecz uczułem zaraz, Justusie, wiejącą od niéj woń Edomu. Gołębie oczy swe odwracała ode mnie i myślała... o tamtym. Kiedym trzymał jéj rękę, wyrywała się i myślała o tamtym!... W Moade-El nie przybliżyła się ku mnie, jak inni, lecz stała z daleka, blada od zgrozy... Brzydzi się ona, Justusie, trądem nieszczęść naszych i myśl swą kąpie w przeklętych rozkoszach Rzymu. Opuściwszy Moade-El, przez noc całą okiem niezmrużoném patrzałem w niebo, pytając Przedwiecznego o zagadkę mąk moich... Z oberż syryjskich, cichém powietrzem leciało wciąż ku mnie imię Bereniki... O, trucicielko!... przed świtem byłem już za Tybrem. Nie szedłem sam. Niósł mię duch jakiś. Nie wiedziałem, co uczynię. W głowie mojéj nie było nic, prócz szumu, grzmiącego wciąż: biada! Nie myślałem o Judei, nie myślałem o zniszczonéj chwale Przedwiecznego... myślałem o téj mojéj... wdzięcznéj... nie mojéj!... Kiedy tamta... jak żmija, złotą łuską okryta, podniosła się na spotkanie Edomskiego kochanka, nie widziałem jéj... nie widziałem jéj... przed oczyma stała mi moja... i do Rzymianina swego wyciągała ramiona... Wtedy krzyknąłem... pierś miałem pełną jęków i klątw... Justusie... początek czynu mego nie w miłości ojczyzny był, lecz — kobiety!
Łkał głośno, spłonioną twarz krył w dłoniach, z pod których ciekły gęste łzy, aż ugięły się pod nim kolana i, czołem ziemi prawie dotykając, prędko, prędko, szeptać zaczął:
— Ułomnym jest człowiek z niewiasty zrodzony... przebacz Judeo! nie gaś, Przedwieczny, ognistego słupa, za którym szedłem dotąd krwawą moją drogą!
Smutnie i pobłażliwie słuchał Justus wyznań przyjaciela, aż w oku błysnęła iskra uwielbienia. Dusza Jonatana otwierała się przed nim na oścież; widział w niéj rozpacz i wstyd, wzniecone tém, że przez chwilę jednę działał pod wpływem osobistych uczuć i żądz. Łagodną dłoń położył na nizko schylonéj głowie i z cicha mówić zaczął. Mówił, że noc całą spędził na przygotowaniach do ucieczki tego, kto dziś już zaraz pojmanym zostać może; że w przystani stoi łódź, gotowa wypłynąć ku Ostyi, gdzie przyjaciele, uprzedzeni o wszystkiém, przyjmą go i wnet umieszczą na piérwszym statku, który port morski opuszczać będzie...
— Na morze! na morze! — zawołał nakoniec, — na nową tułaczkę i nędzę... ale innego wybawienia niéma!
Jonatan powstał i wyprostował się.
— Nie! — odpowiedział stanowczo; — nie odejdę z domu tego — sam.
— Jak-to? w okolicznościach tak groźnych, chcesz uprowadzić z sobą dzieweczkę?
— Chcę ją ztąd zabrać, jako małżonkę moję.
Daremnemi były długie namowy Justusa.
— Zginiesz, — mówił.
— Wraz z nią! — ponuro i z cicha odrzekł Jonatan.
— Pójdź do łodzi!
— A ona?
— Niepodobna!
— Więc... Justusie, doradzasz mi, abym ją pozostawił objęciom Rzymianina?
Zaśmiał się długo, gorzko.
Justus załamał ręce, szybko zbiegł ze wschodów i w izbie dolnéj kilka razy zawołał:
— Mirtalo! Mirtalo!
Chciał zapewne mówić z nią; chciał ją błagać, aby odrobiną spokoju uleczyła szał nieszczęsnego, aby prośby swe do jego namów przyłączyła. Otwierając wązkie drzwi, wiodące na ulicę, powtarzał jeszcze:
— Mirtalo! Mirtalo!
Nadaremnie. Ta, któréj wołał, była daleko.





VIII.

Była ona u szczytu Awentyńskiego wzgórza, na którym, w pobliżu świątyni Junony, błyszczący kryształowemi oknami górnego piętra i otoczony śnieżną kolumnadą, stał dom pretora.
Nie bez trudności przebywała swą drogę, bo ciągnące ulicami, wesołe, wpółpijane gromady, wstrzymywały ją i zaczepiały grubijańskiemi gestami i słowy. Milczącéj jednak i śpiesznie usuwającéj się z drogi nikt nie uczynił nic złego. Młodziutka zresztą głowa jéj i zgrabna kibić okryte były przed skwarem i tłumem lnianą, białą oponą, jakiéj niekiedy używały judejskie kobiety. Trwogi zresztą nie czuła żadnéj. Myśl jéj czém inném zajętą była, niż niebezpieczeństwem, jakie-by ją zkądkolwiek spotkać mogło. W głowie jéj nieustannie szumiały wyrazy, które od wczesnego rana obijały się o jéj uszy: „Dokąd udać się po obronę i ratunek? Co czynić?“ Nikt nie wiedział, lecz ona wiedziała. Po obronę i ratunek szła do tych możnych, dobrych, mądrych... Alboż oni sami nie cierpią także? Ileż razy widziała bladość bólu i gniewu, oblewającą twarz pretora? Ileż razy z oczu Fanii na czoło małego syna, w jéj obecności, padały łzy! Muzoniusz, tak jakoś nieokreślenie, lecz tak dziwnie do Menochima podobny! A on? On także jest tam pewnie... Wstawi się za nią i za ludem... Zobaczy go! Jakto? ona zobaczy go? dziś! zaraz! O! słońce szczęścia, dobywające się z ponuréj nocy! Nie widziała go tak już dawno! Może znowu, jak dawniéj, cudny głos jego zaśpiewa w jéj uchu. Może, jak dawniéj, weźmie on ją za rękę i poprowadzi w zielone głębie ogrodu, lub od obrazu do obrazu, od posągu do posągu, iść z nią będzie, jak dobry anioł w promienném państwie sztuki. Piekło opuszczała, raj był przed nią. Drżała pod białą zasłoną, na któréj iskrzył się haft srebrny... Leciała, a za nią leciał, na skrzydle białéj zasłony, rój srebrnych iskier.
Przed drzwiami domu pretora stanęła. Niespodziewanie dla niéj, panowały tam ciżba i zgiełk. Kilkudziesięciu Numidów potężnych, czarnoskórych, przybranych w złote ozdoby, stało tam w posągowéj i ponuréj nieruchomości, na ramionach dźwigając lektyki, podobne do małych domów, wyzłoconych, w kość słoniową i szkarłaty zdobnych. Dokoła lektyk mnóztwo służby różnych stopni i przeznaczeń, w białych sukniach, wyszywanych złotem, skracało sobie czas próżniaczego oczekiwania gwarną rozmową i dorywczemi zabawami. Niektórzy z nich, na chodniku usiadłszy, grali w rzucanie monet, które na jednéj stronie przedstawiały głowę panującego Cezara, na drugiéj przód okrętu: „Głowa, czy okręt?“ rozlegały się wołania, i monety z metalicznym dźwiękiem padały na bazaltowe płyty chodnika. Inni, pośrodku ulicy, bawili się w odgadywanie zagadek i w ściganie zalotnemi żartami przechodzących kobiet. Przed drzwi poblizkiéj, wytwornie zbudowanéj oberży, wybiegła młoda i ładna Greczynka, w żółtéj sukni, czerwonym pasem wysoko przewiązanéj, i pomiędzy Jońskiemi kolumnami stanąwszy, odrzucając w tył gęstwinę orzechowych włosów, wabiła ku sobie cesarską służbę posągową pozą swą, rozkosznym uśmiechem i błyszczącą amforą, którą na dłoni do wysokości głowy swéj wznosiła.
Wszystkim wiadomo było, że białe, złotem wyszywane tuniki, stanowiły barwę cesarskiego dworu, któréj, prócz Cezara i synów jego, nikomu w Rzymie używać nie było wolno. Niedawno jeszcze rozpowiadano sobie o srogiéj obrazie, jaką zapłonął był Domicyan, gdy Salwidyenus, jeden z najmożniejszych wykwintnisiów czasu, a siostrzeniec jednego z poprzednich Cezarów, ośmielił się służbę swą przyodziać w strój podobny. Domicyan-to właśnie nawiedzał teraz dom Helwidyusza. Jego-to słynni z siły swéj Numidzi, jak czarne kolumny, podpierali lektyki, bogactwem kapiące; jego-to służba złotemi haftami strojów swych zalewała ulicę; jego liczna i strojna świta napełniała część wchodowego podwórza domu i połowę atrium, czyli pierwszéj od wejścia sali, któréj drzwi szerokie i ozdobne były w téj chwili na oścież rozwarte.
W téj chwili atrium przedstawiało obraz wspaniały i tłumny; przez kilka rzędów lekkich kolumnad, nad któremi w ciężkie festony podniesiono kwieciste kobierce, wzrok nurzać się mógł ztamtąd w szeregu komnat dalszych, w których światła i cienie krzyżowały się po kunsztownych sprzętach, mozaikowych posadzkach, malowaniami okrytych ścianach, długich szeregach posągowych wyobrażeń bohaterów i bogów. U końca perspektywy téj, długą, odkrytą galeryą biegł pełen kwiatów perystyl, zamknięty rzędem żółtych kolumn, które, jak słupy ogniste, gorzały w słońcu, na tle gęstéj zieleni ogrodu. Czworokątnym tylko otworem w dachu oświetloną, rozległą salę, noszącą nazwę atrium, napełniało półświatło. Pośrodku zbiornik wody stalową szybą błyszczał w wieńcu zieleni i igrać zdających się pośród niéj bronzowych amorów. Za nim, w głębi sali, na marmurowym ołtarzu płonęła zwolna wiązka wonnego drzewa, a dokoła płomyków tych, chwiejących się i wydzielających pachnące dymy, stały różnéj wielkości posągi, wyobrażające bóztwa domowe, patronów i patronki przeróżnych spraw i uczuć rodzinnych. Dokoła domowego ołtarza tego, u stóp domowych bóztw, zasiadała w téj chwili rodzina i skupili się przyjaciele pretora. Było to grono dość liczne, pośród którego naprzód rzucała się w oczy posępna postać staréj Aryi, w czarnych zasłonach, na wysokiém krześle nieruchomo siedzącéj. Naprzeciw niéj Fania roztargnionym giestem pieściła krucze włosy, siedzącego u kolan jéj, małego syna. W pobliżu dwu tych kobiet, na tle brunatnych tog klientów domu, otoczony uczniami swymi, stał Muzoniusz; Artemidor ramieniem obejmował szyję sarkastycznie uśmiechającego się Juvenala; młodziutki Tacytus, z posępnie ściągniętemi brwiami, wpatrywał się w tłum, napełniający przeciwległą połowę sali, na który téż głębokiemi oczyma swemi smutnie spoglądał blady i cichy, tylko co z pęt niewolnictwa wyzwolony, Epiktet.
Przeciwległą połowę sali napełniał dwór Domicyana: dostojnicy wojskowi w błyszczących strojach, szambelani w dworskiéj barwie, senatorscy i szlacheccy synowie, z wypieszczonemi twarzami i utrefionemi włosy, woniejący, różnobarwni, do niewiast zalotnych podobni. Był tam, ponury zawsze i wojenne porażki swe względami młodego Cezara osłonić usiłujący, Cestyusz; był także, w wieńcu ze świeżych róż na głowie, ładny Stella, przy sposobności każdéj cytujący wiersze słynnych poetów; był jeszcze butny hulaka ów i wykwintniś, siostrzeniec Cezara Ottona, Salwidyenus, i ulubieniec Domicyana, Metius Karus, i wielu innych jeszcze ludzi, którzy napełniali Rzym rozgłosem uczt swych i orgii, zuchwalstwem zbytków i dziwactwem zniewieściałych strojów.

Stali tam oni w postawach rozmaitych: miękko chyląc zwieńczone głowy na jedwabiami okryte ramiona przyjaciół, leniwie wspierając się o kolumny, zamieniając się z sobą krótkiemi szepty i uśmiechy. Stella ukazywał Cestyuszowi białe swe palce, skarżąc się, że je okrył pierścieniami, zbyt ciężkiemi na dzień tak upalny; Salwidyenus, zmysłowe wargi przykładając do ucha młodego prefekta pretoryanów, z cynicznym błyskiem oczu wskazywał na stojącego za panem swym, ślicznego Greczynka, Heliasa; lecz prefekt pretoryanów nie mógł oderwać oczu od czarnéj postaci Aryi, budzącéj w nim widocznie przesądną trwogę, i jednemu z szambelanów zwierzał się po cichu, że wolał-by spotkać się z gromadą dzikich Kattów, niźli z widokiem tragicznéj téj niewiasty; na co odpowiadając, szambelan, chmurnie szeptał, że złe go dręczą przeczucia, gdyż, wychodząc dziś z domu, zawadził o próg stopą, z któréj spadł mu sandał. Większość zresztą ludzi tych nieruchomo stała, uważna na każdy ruch i giest pana swego; pośród wojskowych stal czasem dźwięknęła, albo przez otwór w dachu spuszczający się promień słońca zaświecił w bronzach pancerzy i pozłocił różane wieńce.
STALI NAPRZECIW SIEBIE DWAJ LUDZIE: PRETOR RZYMU I SYN CEZARA.
Pomiędzy dwiema grupami temi, wyosobnieni nieco, stali naprzeciw siebie dwaj ludzie: pretor Rzymu i syn Cezara.

Wysoki i silny Helwidyusz przerastał o wiele Domicyana, którego kształtną, lecz niewielką postać, malowniczo opływała purpurowa chlamida grecka. Twarz jego, niezdrową bladością okryta, dwoistą była. Gdy wprost na nią patrzano, posiadała rysy piękne i łagodne, z profilu zaś przywodziła na pamięć drapieżnego ptaka. Głowę miał na-pół już ogołoconą z włosów, postawę skromną i na cienkich wargach uśmiech przymilenia.
Śmiała twarz pretora zdawała się z bronzu wykutą, tak nieruchomemi były energiczne jéj rysy, w chwili, gdy witał on gościa, którego przybycie od rana już przez dworskiego gońca oznajmioném mu było.
— Pozdrawiam cię, Domicyanie! Czém służyć sobie rozkażesz, dostojny gościu mój?
Fania podniosła się z siedzenia i, ręki syna nie wypuszcząjąc z dłoni, oddała gościowi ukłon uprzejmy. Poczém wnet usiadła znowu, spokojna, i tylko po lekkiém drżeniu ręki, którą złożyła na szkarłatnéj tunice małego syna, odgadnąć było można wzruszenie, wybornie tajone.
Z powiekami skromnie spuszczonemi i przymilonym na ustach uśmiechem, Domicyan wskazał giestem stojącego tuż za nim Metiusa Kara, i łagodnym, przyciszonym głosem odpowiedział:
— Jeżeli raczysz, znakomity Helwidyuszu, udarować spójrzeniem swém tego oto przyjaciela mego, przyczynę, która mię tu sprowadziła, łatwo odgadniesz. Przybyłem, aby osobiście prosić cię o łaskawy dla niego wyrok w procesie, który wytoczył on przeciw Polli Argentaryi, wdowie po niegodnéj pamięci buntowniku, Lukaniuszu. Proszę cię, dostojny, abyś nie wahał się pomiędzy najmilszym przyjacielem moim a rodziną tego, którego imię ohydą zaprawia język każdego z prawych obywateli Rzymu.
W czasie przemowy téj, jedno tylko, niedostrzegalne prawie, drgnienie, przebiegło po czole pretora. Najwyższy w państwie sędzia, którego wyroki publicznie pętać probowano, z jednostajnie wciąż nieruchomemi rysy i uprzejmym głosem odpowiedział:
— Proszę cię, panie, abyśmy mogli o Lukaniuszu nie mówić wcale. To, co-byś o nim powiedział, miłém-by mi nie było; moje o nim słowa obraziły-by ciebie. Przyjacielowi twemu, Karusowi, Helwidyusz Priscus szczęścia życzy, ale pretor nie ma pamięci dla imion i stosunków ludzkich. Wyrok w sprawie Karusa i Argentaryi wydadzą przez usta moje prawa ojczyzny naszéj i sprawiedliwości.
Na twarz cesarskiego syna zwolna wstępować zaczął blady rumieniec. Za nim, w świcie jego, szeptano:
— Przepowiadaliśmy bozkiemu Domicyanowi odmowę zuchwalca tego. Powiedział: „Twarzą w twarz stojąc ze mną, śmiałość swą utraci...“
Ale Domicyan skromną wciąż zachowywał postawę, a uśmiech jego pieszczotliwym niemal się stawał.
— Jakaż jest wina moja przed tobą, dostojny i znakomity, że tak srogo postępujesz sobie ze mną i z przyjaciołmi mymi? — żałośnie zawołał.
W świcie zaszemrały cichutkie śmiechy.
— Na głowę Gorgony! Od zapytania tego skamieniéć można! Syn Cezara pyta o winę swą tego, któremu w snach i na jawie bzdurzy się jeszcze o przedcezarowych wiekach!
Prefekt pretoryanów, waleczny żołnierz i przebiegły dworak, głośno prawie przemówił:
— Spytajmy o winę tę filozofa Muzoniusza... Jakże rozczulająco opowiadał on niedawno o dyktatorach dawnych, którzy w ręce ludu składali władzę swą, ilekroć miły lud ten obedrzéć ich z niéj zapragnął!
Domicyan mówił daléj:
— Młody jestem i wiem, że skromność przystoi małym jeszcze zasługom moim. Skromnie więc i z synowskiém uszanowaniem przychodzę do ciebie, ozdobo Rzymu, a ty prośbie méj odmawiasz!
Z jednostajnym wciąż uprzejmym spokojem, Helwidyusz odpowiedział:
— Gdyby, Domicyanie, żądanie twe słuszném było, spełnił-bym je z ochotą; ale, wymagając pogwałcenia sprawiedliwości od tego, który stróżem jéj być powinien, wymagasz rzeczy, obrzydłéj bogom, zarówno jak ludziom...
Domicyan, podniósł nieco ramiona, które, białe i nagie, wydobywały się z ponsowych fałd chlamidy, i głosem rozżalonym zawołał:
— Bogowie mi świadkami, jak niesprawiedliwie krzywdzą mię najdostojniejsi obywatele ojczyzny mojéj! Widzę, Helwidyuszu, że ani odrobiny łaski twéj nie posiadam. Nie uznajesz mię nawet godnym tytułu Cezara, który, jako synowi bozkiego ojca mego, nosić mi przystoi. Jak niańka małą dziecinę, nazywasz mię imieniem mojém, i jak pedagog niedorostka uczysz, co obrzydłém jest bogom i ludziom. Wolał-bym, znakomity, abyś mię więcéj kochał i nie odmawiał mi tego, co moje. Łagodny przecież jestem i uraz chętnie zapominający. Słusznie stosować mogę do siebie wiersz nieśmiertelnego Homera...
Tu, z doskonałą retoryczną precyzyą, zadeklamował po grecku:
„Krew przecież nie kipi tak u mnie, by o nic wrzała, gniew mój hamuję rozumnie“...
I rozpromieniony rozkoszą, którą mu własna deklamacya sprawiała, ciszéj dodał:
— Kochać cię, Helwidyuszu, nie przestanę i ojca mego skłaniać nie będę, aby bozkim podpisem swym uświęcił edykt, skazujący cię na wygnanie z Rzymu, lub... ze świata; ale, rozważ! i wyrokiem swym, dobra pozostałe po obrzydłym Lukaniuszu, z rąk Argentaryi w ręce przyjaciela mego przenieś!
Przy ostatnich słowach, ostre i sarkastyczne tony dźwięknęły w łagodnéj jeszcze mowie jego, rumieniec jego zwiększał się, ale nie zmniejszała się skromność postawy. W pokorném jakby oczekiwaniu odpowiedzi, ramiona u piersi skrzyżował i głowę pochylił. Na odpowiedź nie czekał długo.
Ze zsuniętemi łukami brwi czarnych, spokojny przecież, Helwidyusz powtórzył:
— Wyrok ten, Domicyanie, wypowiedzą przez usta moje prawa ojczyzny naszéj i sprawiedliwości.
Starcie się dwu tych ludzi żelaznéj woli wywołać musiało zgrzyt ostry i groźny; wydał go z razu orszak dworski, którym, jak gdyby wicher zakołysał. Stal tam dźwięknęła. Podniesiony, leniwy głos Stelli dobitnie zadeklamował wiersz z Odyssei:
— „Czekając na twój rozkaz, chowamy milczenie.“ Ktoś energiczniéj podchwycił.

„Gdy tak rozważa w sercu i na rozum bierze,
Niech go wał morski rzuci na skalne wybrzeże“.

Ktoś inny jeszcze zaśmiał się szydersko i cisnął jeden wyraz:
— Szaleniec!
Ale Domicyan sam wyglądał teraz wcale inaczéj, niż wprzódy. Krwisty, ciemny rumieniec, nietylko oblał mu czoło i policzki, lecz spuścił się na obnażoną szyję i zabarwił blade ramię, dumnym giestem wyciągające się z pośród fałd chlamidy, spiętych klamrą z tęczowym opalem. Opal mniéj iskrzył się od źrenic jego, pierś mu wznosiło wrzenie krwi gwałtownéj; z szalonéj pychy jego spadły obłudne zasłony. Po krótkiéj chwili milczenia, głos jego wybuchnął i rozległ się w ścianach sali, dumny i szyderski:
— Dziecku, ssącemu pierś matki, pozazdrość, Helwidyuszu, rozwagi i przezorności! Wybrałeś się, Helwidyuszu, na wojnę z bogami, i szczególnéj tylko pobłażliwości ojca mego zawdzięczasz, że dotąd jeszcze nie jesteś pastwą bóztw podziemnych. Tyś-to długo prawił w senacie, aby przybywającemu do Rzymu Wespazyanowi jak najmniejsze składano hołdy, bo czołobitność wywołuje tyranią. Tyś-to wymownie nauczał senatorów, jako powinni prawną ustawą zakreślić granice wydatkom pana świata. Tyś-to, na spotkanie jego wraz z innym przez senat wysłany, przemówić do niego śmiał: „Wespazyanie!“ A cóżeś to uczynił w święty dzień Apollina? Otworzyłeś arenę igrzysk w nieobecności wszechwładnego! Po stokroć winnym się stałeś obrazy majestatu, téj najcięższéj ze zbrodni ziemskich; a jakże dziś mnie w ścianach tych przyjąłeś? Gdzie są kwiaty i wonie, lutnistki i śpiewacy, którzy-by objawili mi radość twoję i wdzięczność? Zuchwała odmowa, oto wszystko, czém obdarzyłeś mnie, który, jako jagnię przed lwem korzyłem się przed tobą. Mądrymi byli zaprawdę poprzednicy ojca mego, i gotów jestem w każdéj chwili składać ofiary na ołtarzach Tyberyusza, Klaudyusza i Nerona, którzy z takich, jak ty, zielsk jadowitych, oczyszczali ziemię...
Helwidyusz, z coraz bardziéj bledniejącą twarzą i zaciśniętemi usty, przyjmował miotane na niego obelgi. Snadź postanowił milczeć. Wszak nieraz już wyrzucano mu, i on sam sobie wyrzucał, zbytnią porywczość. Milczał więc, lecz milczenie to takiém mu snadź było udręczeniem, że pytający, proszący wzrok, podniósł zwolna na twarz Muzoniusza, jakby pomocy lub rady wzywał u przedstawiciela wysokich idei ludzkości. Stoik, płaszczem owinięty, ognisty wzrok wzajemnie w twarzy jego utkwił, i gdy Domicyan mówić przestał, po wielkiéj uciszonéj sali rozległ się głos Muzoniusza, równie jak jego donośny i, jakby tryumfującym uśmiechem zaprawny. Na Helwidyusza patrząc, stoik mówił:
— Jeśli ci rzekną: „Okuję cię w kajdany!“, a ty szanujesz tylko cnotę swoję, odpowiedz: „Okuj mię; w kajdanach twych pozostanę jeszcze wolnym“.
Ostatnie słowa utonęły w zgiełkliwym gwarze, który wzniósł się w dworskim orszaku. Oczy zapłonęły, usta wybuchły zjadliwym śmiechem, palce wyciągały się, wskazując filozofa, który, bez cienia niepokoju, wodził po lżących go i grożących mu ludziach, więcéj litośnym, niż pogardliwym wzrokiem. Nagle wszyscy umilkli, wszystkie oczy utkwiły w jednym punkcie, w jednéj raczéj czarnéj linii, która zarysowała się na tle złotego ogniska, nad otaczającym je wieńcem bóztw domowych.
Z poręczowego krzesła swego zwolna podniosła się Arya, i na podnóżku, który wysoki wzrost jéj wyższym jeszcze czynił, stanąwszy, w czarnych obsłonach, wyprostowana, ku Domicyanowi ramię wyciągnęła. Głosem takim, że usłyszeli go najdaléj nawet stojący, wymówiła:
— Umarli pozdrawiają cię, synu Cezara!
Ona sama wyglądała tak, jakby przybywała z krainy cieniów. Coś nakształt przesądnéj trwogi zmąciło na widok jéj rozszerzone źrenice i zamknęło drgające złością usta Domicyana. Tragedya powiała od niewiasty téj, któréj oczy zapadłe z pod siwych zjeżonych brwi gorzały, jak pogrzebowe pochodnie.
— Umarli pozdrawiają cię przeze mnie, synu Cezara! — powtórzyła. — Wiesz dobrze, kim jest ta, która teraz przemawia do ciebie. Gdyś był dziecięciem, niańki straszyły cię pewnie historyą rodu mego. Czy widzisz za mną hekatombę, z krwi i kości najdroższych moich wzniesioną przez tych, których w domu tym wysławiać śmiałeś?
Ponure rysy jéj drgnęły, lecz wnet blademi dłońmi zgarnęła na pierś czarne swe zasłony i zawołała:
— Nie będę płakać przed tobą, młody Cezarze. Nie sprawię ci rozkoszy patrzenia na łzy dostojnéj matrony rzymskiéj. Ale z tronu boleści moich powiem ci, abyś opuścił dom ten, któremu obecność twoja urąga. Nie z różdżką pokoju przybyłeś tu, ale z biczem obelgi i groźby. Wyjdź!...
Zgiełk wybuchnął. Jedni z dworaków grozili, inni trwożnie szeptali, że Augurów zapytać trzeba, jaką wróżbą jest dla młodego Cezara dzisiejsze spotkanie się z tą ponurą, starą kobietą.
— Złe gieniusze obłąkały ją...
— Rozszczekała się, jak Hekuba, gdy, po utracie dzieci swych, przemieniła się w sukę!
— Wygląda tak, jakby dzisiejszéj nocy opuściła Hades!
Prefekt pretoryanów zadzwonił mieczem.
— Na Herkulesa! czyliż wystarczy krakanie jednéj baby, aby w nas strach zabobonny obudzić!
Wystarczało. W fałdach chlamidy swéj Domicyan drżał. Ile w drżeniu tém było gniewu, ile trwogi? Wiedzieli o tém ci, którzy znali go z blizka. Gwałtownikiem był i tchórzem. Drżąc jednak, zjadliwie śmiał się i rwącym się w piersi głosem zawołał:
— Żegnaj się ze światem, Pretorze, bo krótko już patrzeć na niego będziesz! Żegnaj się z Rzymem, Muzoniuszu, ty małpo Minerwy, bo jutro wygna cię z niego edykt Cezara! Żegnajcie mi na zawsze, opuszczeni przez bogów!
Jak rzeka wezbrana i hucząca, dwór cesarskiego syna, z panem swym na czele, wypływał z domu Pretora, gdy u wyjścia z wchodowego podwórca drogę mu zastąpiła gromada strojnych kobiet i mężczyzn. Wiodła ją woniejąca, żwawa, w kwiatach, haftach i klejnotach cała, Kaja Marcya. Za rękę trzymała młodziutkiego chłopca, z ładną, delikatną, znudzoną twarzą, ze złotą kulą, na cennym łańcuchu wiszącą u szyi. Oko w oko spotkawszy się z Domicyanem, wietrznica rzymska rozsypała do stóp cesarskiego syna pęk trzymanych w ręku krokusów i lilii, i sama z wytwornym wdziękiem na kwiatach przyklękając, a piękne oczy ku niebu wznosząc, zawołała:
— Dziękuję ci, o Junono, żeś w zamian złotego serca, z najpiękniejszym szmaragdem moim, które w świątyni złożyłam, prośby méj wysłuchała. Oddawna, słoneczny Domicyanie, pragnęłam spojrzéć z blizka na blask oblicza twego. Ujrzałam lektyki twoje przed drzwiami Pretora i bogowie natchnęli mię, abym dziś właśnie pragnienie swe ukoiła. Bądź uwielbiony, o nieśmiertelny! i zrządź mi łaskę, o którą błagać cię będę. Oto jest syn mój, Hortensyusz, dziecko, któremu jeszcze złotéj kuli z szyi nie zdjęto...
W orszaku ozwały się ciche chichoty.
— Któryż-to z czterech jéj mężów pozostawił jéj na pamiątkę Ganimedka tego?
— Co ona chce, aby z malcem tym uczynił bozki Domicyan?
— Ładną jest jeszcze i, na Wenerę, nie zląkłbym się jéj, gdyby mię spotkała w miejscu ustronném...
Kaja nie słyszała nic. Cała dusza jéj zebrała się w jéj oczy i tonęła w twarzy cesarskiego syna, którą hołd otrzymany uspokoił i rozpogodził. Z ruchami wytwornego światowca, podniósł on z klęczek ładną kobietę i opiekuńczym giestem oparł dłoń na ramieniu niedorosłego jéj syna.
— Z Hortensyusza mego, bozki Cezarze, uczyń sobie sługę i niewolnika! — ze łzami zachwytu w oczach wołała Kaja; — niech ci on wino do czar nalewa i zapala ogień na ołtarzu twych bóztw domowych. Poświęcam go na twym ołtarzu...
Coraz więcéj promieniejący, do błogich uśmiechów dymem pochlebstwa i pięknemi oczyma Kai łechtany, Domicyan przestąpił próg podwórza, giestem skromnego eleganta zaprosiwszy wprzód Kaję, aby szła za nim.
Odeszli. Za plecami zamykających orszak szambelanów i paziów Ostyaryusz zamknął drzwi domu, z za których długo jeszcze dochodził, płynący ulicą, do odlatującego wichru podobny, tentent i gwar.
Dom Pretora zaległa cisza. Arya, wsparta na ramieniu Fanii, opuszczała atrium, zbielałemi usty szepcąc zwrótkę ciemnego poematu swego:
— Zawsze to samo! Zawsze to samo!
Klienci i przyjaciele domu, pomiędzy drzewami podwórza rozsypani, z cicha i smutnie gwarzyli z sobą; gromadka młodych ludzi, w różnobarwnych tunikach, u jednéj ze ścian sali zasiadłszy, z przelotnemi uśmiechami na twarzach słuchała płynnéj, przyciszonéj mowy Juvenalisa, który, z sarkastycznemi usty i tragicznym płomykiem w oczach, puszczał wodze satyrycznemu natchnieniu, i w słowach, z których wiały gorycz i groza, wyśmiewał Domicyana, dworaków, płoche kobiety i bezmyślną tłuszczę.
Helwidyusz zbliżył się do Muzoniusza. Widać było, jak drżenia przebiegały ciało jego hartowne i silne.
— Mistrzu, — rzekł, — jeżeli w kajdanach wolnym jeszcze jestem, winienem to nauce stoików. Wiek cały upłynął, odkąd, wśród niesłychanych nieszczęść i ucisków, wy jesteście doradzcami i pocieszycielami prawych i niepodległych. Według wskazań waszych żyjemy; umieramy, przez was pocieszani. Dziś, Muzoniuszu, zobaczyłem z blizka czarną godzinę moję. Mam na ziemi ukochania wielkie, które wkrótce opuścić mi przyjdzie. Ojczyzna... przyjaciele, małżonka... dziecię... O, mistrzu! dusza moja zakłócona! Weź ją i ukołysz duchem filozofii, aby spokój mędrca i wytrwanie obywatela zachować mogła!
Na siwéj rzęsie Muzoniusza błysnęła łza, lecz postawa jego spokojną była i cichy blask okrywał zbrużdżone czoło.

— Dla tego, że ludzkie uczucia w uroczystéj chwili kołacą ci w piersi, — odrzekł, — nie trwóż się o spokój i wytrwanie swoje. Dusza silna nie ma być przeto zimną i nieczułą. Stoicyzm nie nakazuje ci obojętności; nakazuje ci on tylko zwycięztwo cnoty nad bólem i trwogą. Łabędzie, Helwidyuszu, śpiewając, umierają; nie wesołą przecież, lecz uroczystą strofą, śmiertelna pieśń ich płynie ku słońcu...
NA KONIEC, ZOBACZYŁEM CIĘ, ARACHNE MOJA.
Usiedli przy ognisku i, pochyleni ku sobie, rozpoczęli długą, cichą rozmowę.

Niedaleko ogniska stał wysmukły młodzieniec w białéj tunice, ze srebrną opaską na kruczych włosach, i z razu chmurny wzrok wlepiał w ziemię. Lecz, gdy tylko podniósł powieki, cała dusza jego skupiła się w oczach, które utkwiły w postaci kobiecéj, majaczącéj w najciemniejszym kącie wielkiéj sali. Jakkolwiek opływała ją całą biała zasłona, rozpoznał odsłoniętą część twarzy. Oczy ich spotkały się z sobą. Z dala uśmiechnęli się do siebie. Skinieniem głowy przywołał ją i z cicha wymówił: Chodź!...
W ogrodzie Pretora było miejsce jedno, do którego nie dochodziły ani echa ulicznego zgiełku, ani promienie upalnego słońca. Z gęstwiny nizkich bukszpanów i krzaczystych mirtów kilka palm strzelało tam wysoko zielonemi parasolami swemi, rozlewając dokoła cień rzeźwiący i chłodny. Krzewy, okryte kwitnącemi różami, i puszysty kobierzec fiołków, napełniały powietrze upajającą wonią; w pobliżu, brylantową rosą osypując róże i fiołki, szemrała fontanna. Samotność panowała tu zupełna, a ciszę przerywały tylko szmery fontanny i dźwięki dwu rozmawiających głosów. Męzki, kryształowy, śpiewny głos mówił:
— Nakoniec zobaczyłem cię, Arachne moja! Gdzieżeś tak długo była? Czemu nie przyszłaś, gdy cię wzywałem? Burzą oddycham, a ciebie, jak pogody, pragnę.
Na kobiercu fijołków leżąc, z głową na dłoni wspartą, łagodnym giestem pieścił on włosy siedzącéj przy nim dziewczyny i wzrokiem pił rumieniec szczęścia, który wybijał się na twarz jéj, przychudłą i jak liść lilii białą i delikatną.
— Dawno, dawno, dawno nie widziałam cię, królu mój, — zaczęła ona. — Brat mój, którego w dzieciństwie za oblubieńca mi dano, uwieźć mię ma z Rzymu na zawsze... Wszyscy moi całowali miecz obrzydły, a dziś płaczą, jęczą i lękają się bardzo... Ale teraz wydaje mi się, że to był ciężki sen... Przedwieczny mię obudził i oto znowu z tobą jestem i na ciebie patrzę... Artemidorze!
Oczy miała pełne łez. Stęskniona miłość jéj naiwnie i namiętnie wypowiadała się spojrzeniem, uśmiechem i słowy. We wzruszeniu, przechodzącém jéj siły, pochyliła spłonione czoło i tuż przy jego piersi utopiła je w chłodnéj gęstwinie fijołków. Lecz na delikatnych ramionach jéj spoczęły dwie białe dłonie, i ruchem, pełnym pieszczoty, podniosły ją z nad kwiatów. Ciemne, głębokie oczy malarza napełniały się upajającą rozkoszą.
— Nic schylaj twarzy ku ziemi, — zaczął z cicha i zwolna, ale patrz w górę, dokoła i na mnie... Jak pięknym jest świat! Czy te gorące szafiry nie na to istnieją, aby przyświecać ludzkiemu szczęściu? Czy pyszne te róże nie są pochodniami, które natura zapaliła poto, aby płonęły na ołtarzach miłości?
Rój motyli, ze skrzydłami osypanemi purpurą i złotem, unosił się nad kwiatami; w bukszpanach i mirtach śpiewały ptaki; fontanna, szemrząc, sypała wciąż na trawy brylantowe deszcze...
— Słuchaj fontanny, Mirtalo! w śpiewie jéj słyszę dźwięki czar, napełnionych winem, i szmery ust, złączonych pocałunkami!..
Kawałkiem raju, spadłym na ziemię, wydawało się miejsce to, a tocząca się w niém, przyciszona rozmowa, strofą idylli, wplątaną w krzyki i płacze tragedyi życia. Wszystkiemi siłami swemi, dwie te istoty młodzieńcze i świeże, wyrywały się z objęć tragedyi. Nie chcieli cierpiéć. Szczęście niezmierne, pogoda bez cienia, śmiały się ku nim z piękności natury i rozkochanego uścisku ich dłoni. On, wychowaniec stoików, dalekim był od brutalnych uniesień, któremi-by mógł ją zranić i spłoszyć. Wytworny artysta, powoli pić chciał rozkoszną godzinę i, gdy na młodziutkie, niepokalane, darem twórczości obdarzone dziewczę, spoglądał, w myśli mu snuły się, bezświadomie niemal, Platońskie marzenia o czystéj i wzniosłéj miłości dusz. Z za szerokich wachlarzy palm promień słońca spłynął mu na krucze włosy i roziskrzył w nich srebrną opaskę. Wyciągał ramię ku kwitnącym dokoła drzewom i, zrywając róże, kładł je na głowie jéj, piersi i sukni.
— Słuchaj, dzieweczko! nigdy kobieta żadna nie przemówiła mi do duszy tak, jakoś ty to uczyniła. Nieraz ogarniał mię szał boga miłości, ale od śpienionego kielicha prędko z niesmakiem odwracałem usta. Nie znajdowałem w nim tego, czegom pragnął; pragnąłem duszy czystéj i natchnionéj, jak twoja, Mirtalo!
Ten sam płomień, który na jego głowie roziskrzał srebrną opaskę, w haftach opadającéj zasłony jéj zapalił roje iskier. Rumieniec jéj z różami walczył o świetność; ogniste włosy strugi złota rozsypały po piersi jéj i ramionach. Pochylił się, wieniec spleciony z róż położył na ślicznych tych włosach i zwolna pociągał ją ku sobie.
Ale ona, w téj właśnie chwili, nagle zbladła i, pokornie chyląc zwieńczoną swą głowę, oparła się pociągającym ją dłoniom.
— Pójdę już... — szepnęła, — zły sen mój powraca... — On, nad głową jéj schylony, zwolna powtarzać zaczął wiersz jednego z latyńskich wieszczów.
— Biada ci, jeżeli myśleć będziesz o końcu, który mnie lub tobie przeznaczyli bogowie! Mądrą bądź! pij wino i długich nadziei nie żądaj od krótkiego życia. Gdy mówim z sobą, zawistny czas uchodzi. Chwytaj dzień, jak najmniéj ufając przyszłości...
Pobladła więcéj jeszcze i ręce z dłoni jego wysunąć sprobowała.
Carpe diem! (chwytaj dzień) — powtórzył on jeszcze, ale ciszéj już i smutniéj, niż wprzódy; ręce jéj z dłoni swych wypuścił i schmurzony nagle wzrok w przestrzeni utkwił.
Daremnie, daremnie, jak dwa ptaki rozkochane w słońcu, uciec pragnęli z pod ciężkich i ciemnych chmur. Chmury leciały za nimi, krzyki i płacze tragedyi wdzierały się w ich sielankę; nie byli snadź z tych, którzy długo usypiać mogą na kwiatach rozkoszy, wśród błądzących dokoła widm zagłady i nieszczęść.
— Pójdę już... — wstając, rzekła Mirtala. I, obie ręce ku głowie podnosząc, jakby sennym głosem mówić zaczęła:
— Niech zlituje się nade mną Przedwieczny! Kiedy tam jestem, umieram, że tu być nie mogę. Tu będąc, tam lecieć pragnę. Dwa potężne anioły rozrywają mi serce... cóż uczynię?
Wyraz niewymownéj męki okrył zbladłe jéj rysy, ale wnet, jakby na własne pytanie odpowiadając, szepnęła:
— Pójdę...
— Dokąd? — zapytał Artemidor.
— Do możnego Pretora przyszłam, aby go o ratunek błagać... i... nieszczęsna, zapomniałam!
Artemidor, z gorzkim na ustach uśmiechem, powstał także.
— Do możnego Pretora po ratunek przyszłaś... alboż dla niego samego jest ratunek jaki? Kimże on jest sam, jeśli nie skazańcem, po którym wkrótce łzami żalu i wściekłości zaleją się oczy wszystkich go kochających?
W téj chwili za rozmawiającymi ozwał się głos męzki, pogodny i prawie wesoły.
— Kto rozmawia tu o Pretorze i wszelkiéj już odmawia mu mocy? Tyś to, Artemidorze? i ty także, wdzięczna dzieweczko? Czego żądacie ode mnie? Czém będę jutro? Nie wiem... Ale dziś jeszcze Pretorem Rzymu jestem. Kogo ratować mam i od czego? Czy ciebie, Artemidorze, od strzał Kupidyna? Czy ciebie, dzieweczko, od żaru, którym płoną oczy tego ulubieńca muz?
Ścieżką, wijącą się wśród bukszpanowych krzewów, Helwidyusz zbliżał się ku młodéj parze, w sposób powyższy przemawiając do niéj. Obok niego postępował Muzoniusz, z pogodnym także uśmiechem na ustach. Za nimi z blizka szła Fania i mały Helwidyusz, który, ujrzawszy Mirtalę, poskoczył, z krzykiem radości zawiesił się u jéj szyi i szczebiotać zaczął o tém: że tak długo bawić się z nim nie przychodziła; że nie widziała jeszcze jaskółki jego, ze stali i srebra zrobionéj, a która, byle ją puścić w powietrze, latała jak żywa... jak żywa...; że niedawno było mu bardzo smutno, bo ojciec jego z młodym Cezarem rozmawiał tak dziwnie jakoś, tak straszno... a matka, w głąb’ domu odszedłszy, daremnie ukryć chciała łzy, które on zobaczył i z twarzy jéj zcałował; ale teraz znowu wesoło, wesoło mu bardzo; wszystko, jak zwykle; zaraz pobiegnie po jaskółkę swoję, którą z Mirtalą puszczać będą w powietrze, aby leciała wysoko, po-nad bukszpany i mirty, het, nad palmy może...
Istotnie, wszystko w tym domu było, jak zwykle, a pogoda, rozlana na twarzach mieszkańców jego, nie pozwoliła-by odgadnąć nikomu tego, co było z nimi przed godziną i być miało jutro. Na śmiałém i energiczném obliczu Pretora nie było już i śladu tego zakłócenia duszy, na które skarżył się przed swym mistrzem. Daléj nieco, w pobliżu fontanny, kwiecistemi tunikami migotała na słońcu gromadka młodych ludzi, a gwar rozmowy ich i ożywione giesta napełniały ogród życiem i ruchem. Jedna tylko Fania cicha była i blada; głowę swą, w któréj czarnych warkoczach rubiny drżały, jak krople krwi, oparła na ramieniu męża i tak do niego cała przylgnęła, jakby lękała się, że wnet, wnet z nim rozłączoną zostanie. Patrząc na uczepionego wciąż do sukni Mirtali i rozgłośnie szczebioczącego syna, szepnęła:
— Sierota!
Pretor dosłyszał zapewne, bo kibić jéj ściśléj otoczył ramieniem, ale nie rzekł nic. Uważnie słuchał Artemidora, który z cicha mówił mu coś o Mirtali, rodzinie jéj i zagrożonym ludzie. Muzoniusz słuchał także i rzekł coś o scenach, które dziś rozegrywały się na Forum. Gdy skończyli, Helwidyusz zwrócił się ku obecnym:
— W altanie zastawione oczekuje nas prandium (podwieczorek). Proszę was, drodzy, abyście ze mną zasiedli do stołu. Tam wysłuchamy żądań dzieweczki i po raz ostatni zapewne wspólnie wylejemy czarę wina do stóp Jowisza wyzwalającego...
W altanie, przed półokrągłą ławą, hemicyclum zwaną, a z kunsztownie rzeźbionych marmurów złożoną, na wielkim stole, wspierającym się na potężnych słoniowych nogach, stały w srebrnych naczyniach świeże i woniejące owoce, złociste kratery napełnione winem, ciasta, rozlewające zapach attyckiego miodu, kryształowe czary z zamrożoném mlekiem, barweny (ryby) osypane zielenią oliwek. Trzéj młodzi chłopcy, z włosami rozpuszczonemi na barwiste suknie, o palmy wsparci, oczekiwali przybycia biesiadników, aby ze stóp ich pozdejmować sandały i ze smukłych amfor do czar ich nalewać różane i fijołkowe płyny.
Ale Helwidyusz milczącym giestem oddalić się im rozkazał, i wraz z rodziną i gośćmi swymi na hemicyclum zasiadł. Mirtala u wejścia do altany stanęła. Tuż przy niéj, u wejścia do altany także, wznosił się potężny, mistrzowską ręką wykonany posąg Jowisza — nie tego, który groźby i gromy w dłoniach swych dzierżył, lecz tego, który z ucisku i krzywd wyzwalał. Nieśmiałość i wzruszenie chyliły nizko zarumienione jéj czoło, nad którém płonął wieniec z róż, przez Artemidora spleciony. Chwilę nieruchoma i milcząca stała; przypominała sobie, że kiedyś ukochane usta mówiły jéj ustęp z poematu greckiego, w którym gość błagający klękał u gościnnego ogniska. Uklękła więc i, oczy łzami zaszłe wznosząc ku twarzy Pretora, ramionami objęła marmurowe stopy boga wolności...





IX.

Dzień chylił się ku końcowi. Uliczne wrzaski ludu, pijanego winem i wzbudzonemi namiętnościami, biły ku niebu, ciemniejącemu dziś wcześniéj, niż zwykle. Ciemniało dziś ono wcześniéj, niż zwykle, dlatego, że gotowała się pod niém jedna z tych burz groźnych i niszczących, których zbliżanie się napełniało tłumy trwogą, w części płynącą z przewidywań słusznych, więcéj jeszcze przesadzoną, bo przesądną. Po wystawach osobliwości wszelkich, którym przez dzień cały przypatrywał się lud, niebo samo zdawało się chciéć go zadziwić wystawą rzeźb i blasków swoich. Rzeźby te i blaski potężne były i, w nieporównanéj świetności swéj, ponure. Nad brzegiem Tybru, wielki rynek rybi i parę sąsiednich ulic zalegały gęste tłumy, pstre od różnobarwnéj odzieży, nieruchome od przerażenia, z jakiém przyglądały się prologowi zbliżającego się dramatu natury.
Za Janikulskiém wzgórzem zachodziło słońce, lecz krwistą tarczę jego zasłaniać poczęła olbrzymia chmura, obejmująca widnokrąg czarném półkolem. Na spotkanie jéj, ze wszystkich stron widnokręgu, ciągnęły ciężkie i poszarpane szmaty obłoków płowych, ckliwą bielą poplamionych, lub wzdętych żarzącą się czerwonością. Piekący, suchy africus dął z południa; od strony morza zalatywały słone powiewy, w których czuć było nawałnicę deszczową. Przez wiatry roznoszone wonie róż, łącząc się w powietrzu z zapachami ostrych korzeni i rozlanych win, tworzyły w dusznéj spiece atmosferę ciężką i odurzającą, od któréj schły podniebienia i gorzały głowy.
Głębią półkolistéj chmury, podnoszącéj się z nad zatybrzańskich wzgórz, słońce rozpalało tysiącem kolorów i ogni, budując z niéj zarazem wypukłe i jaskrawo pomalowane góry, lasy, gmachy, źwierzęce i roślinne potwory. Snopy świateł jaskrawych i mętnych błądziły w przestrzeni. Górująca nad stolicą, kapitolińska świątynia Jowisza piorunującego, stała w krwistéj niby pożodze. Półokrągłe szczyty bram i łuków gorzały także. Wzamian, pałace Palatynu i Kwirynału mgliły się, jak uciekające w dal mary, płowém i mętném światłem oblane. Nad Marsowém Polem tumany kurzu i porwanéj z wodotrysków wody wicher skręcał w złotawe słupy, które z szumem przelatywały przez rzekę i, niby strachem gnane potwory, sunęły nad szerokiemi drogami. Ciemne ogrody szumiały jak lasy; pod żółtemi falami Tybru, obrębionemi białawą pianą, słychać było głuche warczenie wzdymających się wód. Deszcz przecież nie padał jeszcze; grzmotów, ani błyskawic nie było. Owszem; wichry same ucichały czasem, opadały niesione przez nie słupy kurzawy, ogrody przestawały kołysać się i szumiéć, a w uciszonéj przestrzeni Tybr tylko warczał i pod niebem chmury sunęły wciąż ku sobie, zwolna, ciężko, jasność dzienną coraz szybciéj zmieniając w mrok, oświetlony przykremi blaskami.
Nad brzegiem Tybru zgromadzone tłumy, wpół tylko trzeźwe, upajały się do reszty grozą nadprzyrodzoności, którą w rozpalone ich głowy leli obficie gminni wieszczbiarze i gwieździarze. W ciężkie i poważne, acz nieraz podarte i brudne, płaszcze owinięci, uroczystym krokiem od gromady do gromady przechodzący, wskazywali oni ludowi to, czego-by może nie ujrzały własne jego oczy. Słynni z odgadywania znaczeń i wróżb, zawartych w zjawiskach przyrody, w poufnym stosunku zostający z gwiazdami i całym obszarem nieba, przenikać umiejący gniew i łaskę bogów, nietylko wskazywali oni rzeźby te i malowidła, jakiemi chmury okrywały niebo, ale i tłómaczyli je także. Jedni z nich mieli oczy przebiegłe i chytre; snadź w dokonywaniu czynności swéj widzieli własne cele i korzyści. Na twarzach innych rozlewał się wyraz mistycznéj extazy; wierzyli sami w to, co mówili. Mówili na punktach różnych; wszędzie pożerano ich słowa. Wskazywali i tłómaczyli, podnosili twarze wysoko i wyciągali ku niebu wskazujące palce.
— Patrzcie, Kwiryci! gdy na niebie ukaże się taka struga krwi, jak ta, która tam za ogród Cezara ścieka, bogowie tworzą straszne dla ludzi zamiary...
Eheu! wołał drugi; — widzicie te dwa ogniste, skrzyżowane miecze? Znak to niemylny, że Apollo, za znieważenie święta swego, wzywa Jowisza, aby gromy swe spuścił na was...
— Eskulapie! Eskulapie! — wołał gdzieindziéj glos, nabrzmiały trwogą; — spuść znowu na oczy moje łuski te, które zdjąłeś z nich niegdyś! Niech znowu oślepną raczéj, niż patrzéć mam na te czarne tarcze, z których środka sączy się krew... Gdy tarcze te uderzą o siebie i jedna drugą zetrze, biada Rzymowi! Czy widzicie tarcze te, Kwiryci? czy je widzicie?
Wszystko widzieli: strugę krwi, ogniste miecze skrzyżowane, tarcze żelazne, sączące z siebie krew. Wszystko to widzieli i daleko więcéj jeszcze, bo istotnie, z fantazyą niedoścignioną, przyroda malowała i rzeźbiła dziś niebo. W największéj z chmur przez chwilę ścierały się z sobą dwa hufce rycerskie, i potém szybko przelały się w dwie chymery, trzęsące lwiemi grzywami, a rzucające za siebie ogony płowych wężów. Z za chimer wysunął się Satyr, śmiejący się i rogaty, a z innéj strony płynęła ku niemu rozwiewna girlanda białawych nimf. W tém, chimery, satyr, nimfy i otaczające je mętne wianki lasów — zniknęły, a cielsko chmury zbiło się w jednę olbrzymią górę, z któréj wyżłobionego szczytu buchnęły krwiste, z fioletem i bielą zmieszane, płomienie. Podobném to było do wybuchającego wulkanu.
— Gore! — krzyknęło kilkadziesiąt głosów, w których czuć było najsroższą ze wszystkich obaw Rzymian — obawę pożogi.
Jednocześnie rozległ się w powietrzu pojedyńczy, przeciągły, metaliczny dźwięk. Zkąd on pochodził? Z prostego wypadku zapewne, zaszłego w jedném z poblizkich domówstw, albo w jednéj z zatybrzańskich fabryk. Ale tysiąc ludzi z krzykiem na klęczki upadło i ramiona ku niebu wzniosło. Jeden z wieszczbiarzy głośno i dobitnie, wśród powszechnego milczenia, tłómaczył, że dźwięk usłyszany pochodził od tarcz podniebieskich, które, niewidzialne w téj chwili, bo wulkanem tym osłonięte, uderzyły o siebie.
W pobladłym tłumie rozległy się wołania:
— Wielka Junono, któraś dobrowolnie z Wejów do Rzymu przybyła i wierzchołka Awentynu strzeżesz, obroń swe miasto!
— Najświętsza Izydo egipska, słabych niewiast opiekunko, ulituj się nad nami!
— Apollinie! łaskawy patronie pasterzy, nie daj zginąć biednemu ludowi!
Rodzinne uczucia mocno i trwożnie zakołatały w piersiach.
— Ojcze! ojcze! gdzie jesteś? — wołał głos pacholęcy i łzawy.
— Balbio! szukam cię! Kędy-żeś mi przepadła?
— O! dzieci moje! biegnę do dzieci moich, pozostałych tam... na Suburze!
— Nie pójdę z tobą, matko... nie opuszczę Klaudyusza mego, którego kocham!
Sylwiusz, haftarz z Awentynu, przytomny zupełnie, skeptycznie uśmiechał się z rozpraw wieszczbiarzy, przebiegłe wejrzenia rzucał dokoła i ramieniem obejmował szyję Wenturego, którego szczupłe i wypieszczone ciało drżało, jak w febrze.
— O, Sylwiuszu! — szeptał — kiedy lękam się tak, jak teraz, chciał-bym, aby mię matka nie urodziła!
— Głupiś, jak tylko-co urodzone dziecko! — Sarknął haftarz, lecz, mimo to, czuléj i silniéj drżącego przyjaciela ramieniem ogarnął.
Wentury wytrzeszczonemi oczyma na chmury patrzał.
— Patrz, Sylwiuszu, patrz! niech mię bogowie opuszczą, jeżeli nad głowami naszemi nie widzę stada słoni!
— Głupiś, jak pusta amfora! — powtórzył Sylwiusz i, korzystając z pomysłu przyjaciela, wskazujący palec ku obłokom wyciągnął.
— Stado słoni! — krzyknął, — niech mię bogowie opuszczą, jeśli to nie jest stado słoni. Będzie nam dobrze, Kwiryci, jak bestye te na głowy nasze hrymną! Jeżeli ślepymi nie jesteście, widzicie sami, z któréj strony one lecą. Ze Wschodu lecą! przeklęty Wschód! przeklęci przybysze ze Wschodu, którzy gniew bogów na nas ściągają!
Ścisk zwiększał spiekę i potęgował wrażenia. Tu i owdzie opowiadano dziwne wypadki, świeżo zaszłe, a najwyraźniéj zwiastujące zbliżanie się wielkich klęsk. Wszyscy słyszeli, a teraz opowiadali o tém, jako, niedawno temu, w Apulii urodziło się cielę z głową u lędźwi. W Arretium spadł deszcz kamieni. Straszniejszém jeszcze zjawiskiem bogowie nawiedzili Samnium. Spadł tam deszcz także, ale z poszarpanych kawałów mięsa. W Etruryi sześciomiesięczne dziecko zawołało u łona matki: biada! W Apulii dwie gorejące pochodnie, w biały dzień, przeleciały nad łanem i żniwiarzami.
Pedanus, żołnierz zasłużony i nieporównanego na wojnie męztwa, w téj chwili pobladły i ze zmąconym wzrokiem, donośnie zawołał:
— W rodzinném mojem Bruttium podobno babie jakiéjś kłosy pszeniczne wyrosły z nosa...
Cud ten, przez Pedanusa ogłoszony, śmiechu nie obudził. Dziś z rana jeszcze, najłatwowierniejsi nawet śmieli-by się z tego pewno; ale teraz, jedni nie byli już zdolni wątpić o czémkolwiek, inni, mniéj liczni, wątpliwości objawiać nie śmieli. Nikt zresztą nie wątpił o prawdziwości słów Pudensa, któremu nocy dzisiejszéj ukazał się we śnie siostrzeniec jego, Priskus, i z płaczem wyrzucał niepomszczoną śmierć swoję. Pudensowi istotnie śnić się to musiało, bo, rozpowiadając o tém, usta krzywił żałośnie, a w oczach mu pałała wściekła żądza pomsty.
Lecz straszniejszemi nad wszystkie cuda i sny były wywoływane wciąż wspomnienia wydarzeń rzeczywistych a niedawnych. Niedawno, bo u końca panowania Nerona, bogowie nawiedzili Rzym burzą, przedtém niewidzianą. W okolicach Rzymu szalała trąba powietrzna, niszcząc domy, zboża, winnice i lasy. Ziemia zatrzęsła się, morze wystąpiło z łożyska swego i wzburzonemi bałwanami zrywało i unosiło wszystko, co znalazło się na ich drodze. W Rzymie samym pioruny strzaskały mnóztwo posągów i zabiły mnóztwo ludzi. Tybr rozlał i rzucił na miasto ogromną ilość syczących i zjadliwych gadów...
Był to zapewne skutek wichru, który zadął znowu, ale na wszystkich głowach zjeżyły się włosy. Pomimo spieki, zimny pot zraszał wiele skroni. W dali, w dali, płynąć poczęły dźwięki chóralnéj, przeciągłéj pieśni. Co to było? W stronie, z któréj zazwyczaj przybywały z Ostyi ładowne statki, po warczących i białą pianą poplamionych falach Tybru, pod czarną chmurą, płynęła ciężka, duża galera. Wzdęty jéj żagiel, nakształt skrzydlatego skieletu, sunął po szaréj przestrzeni; brzegi jéj we dwa rzędy obsiadali ludzie, których wiosła z rytmicznym pluskiem opadały na wodę. Wioślarze, zbliżając się do portu, śpiewali, a przewlekła pieśń ich bezbrzeżną melancholią płynęła w burzliwéj ciszy. Zagłuszył ją wnet i pochłonął daleki jeszcze turkot piérwszego grzmotu.
Pośrodku niebieskiego sklepienia, wązki tylko pas błękitu widzialnym pozostał; zresztą, zagasłe już, czarne i rude chmury, ujmować zdawały się świat w dwie olbrzymie skorupy, które wkrótce zewrzeć się z sobą miały. Jedna z nich powitała drugą dalekim jeszcze grzmotem. Błyskawicy nie widział nikt. Ktoś, wieszczek jakiś, krzyknął, że nie był to wcale grzmot, ale odgłos bębnów, które na ścianach świątyni Marsa, jak to nieraz już bywało, same przez się zahuczały, wróżąc tém klęskę. Tłumy, zalegające wybrzeże Tybru, szalały. Pobladłe usta, bezprzestannie, namiętnie, dopytywały się o możliwą przyczynę wyraźnego gniewu bogów. Szczękające zęby i szeroko otwarte oczy rzucały na twarze ludzkie wyraz źwierzęcy. Ażeby nie zostać zmiażdżonymi, zapragnęli zmiażdżyć kogoś. Kogo?
W gromadach tych, kto i pod wpływem jakich pobudek, czy uczuć, zagadał o morderstwach? Tonem recytatywa, donośnie rozlegającego się wśród chwilowéj ciszy, basowy głos jakiś prawił:
— W Cezarei wymordowano ich 20,000... W Antyochii, Grecy i Syryjczycy, wszystkie ich domy zamienili w perzynę. W Egipcie, z rozkazu Cezara, świątynią ich, na wzór jerozolimskiéj zbudowaną, zniesiono ze szczętem.
Na punkcie innym, ktoś, zdyszanym i od strachu czy wściekłości krztuszącym się głosem, podjął:
— Śmieli oni odgrażać się, że w czasie igrzysk spalą amfiteatr, z czterdziestu tysiącami widzów. W Alexandryi to było. Świadków postawić mogę.
Sylwiusz zaczął:
— Gdybyśmy na wzór Cezarei i Antyochii...
A ktoś inny podchwycił:
— Chóry niepokalanych dziewic, śpiewając święte hymny, wodą poświęconą skrapiały-by Rzym...
— Skoro czci nie oddają ani Cezarowi, ani bogom... komuż więc?
— Duchom podziemnym...
— Pryskusie mój! niechaj w téj chwili głowa Gorgony w kamień mię zamieni, jeżeli dziś śmierci twéj nie pomszczę...
Wszyscy razem mówili, podniecając się wzajem, modląc się i złorzecząc zarazem...
Czy to, tak strasznie szumiące w téj chwili, wybrzeże Tybru, zalaném było samemi tylko podłemi i okrutnemi duszami? Jak tkliwie jednak i mocno mężowie, bledzi sami, cisnęli tam do piersi przerażone małżonki i drżące córki, które z kolei wyciągały ramiona ku ukochanym swym, jakby pragnęły choćby zginąć, lecz z nimi. Byli tam przyjaciele, obejmujący się ramionami, jakby jeden drugiego przed niebezpieczeństwém osłaniać zamierzał, i wrogowie, którzy, w uroczystéj chwili, giestem zgody podawali sobie dłonie. Byli téż tacy, którzy gorąco, szczerze, wzywali pomocy swych Larów domowych, ślubując im sute ofiary. Collegia rzemieślnicze, wspólnością pracy złączone, tłoczyły się w spójne gromady, a niewolnicy i najemnicy tulić się zdawali pod opiekuńcze skrzydła panów swych lub patronów, którzy pobłażliwie znosili ocieranie się ramion ich o swe ramiona, a kiedy niekiedy rzucali im nawet życzliwe słowa. Więc cóż? Dlaczego?...
W tém ktoś zawołał: — Uciszcie się! patrzcie! oto bogowie zsyłają nam wróżbę: z nad Kapitolu zerwały się kruki!...
Z nad Kapitolińskiéj świątyni, która teraz ciemna i olbrzymia górowała nad miastem, zerwało się istotnie stado czarnych ptaków i, ciężkim lotem, z krakaniem głośném i żałośném, ciągnęło w mroczném przedstworzu. Wszakże lot ptaków, to jedna z najświętszych dla Rzymian wróżb i wskazówek. W którą stronę zwrócą się kruki i gdzie opadną? Nad Awentynem zniżyły lot. Osiądą może na świątyni Junony i wskażą przez to, że ta-to bogini ofiar i błagań od ludu żąda. Nie; to tylko burzą nabrzmiałe powietrze ociąża ich skrzydła. Wzbiły się znowu wyżéj... lecą... Na wybrzeżu grobowa cisza zastąpiła uprzednie kipienie. Tysiące bladych, lub rozpalonych twarzy wznosiły się w górę; usta szeptały modlitwy, plączące się z przekleństwami. Kruki, krakając wciąż, zawisły nad łukiem Germanikusa, lecz ciężkie skrzydła ich musnęły tylko półkolisty szczyt jego. Na wybrzeżu zahuczał krótki krzyk:
— Za Tybr polecą!
I znowu zapanowała tam cisza. Kruki leciały nad Tybrem, nizko; słychać było monotonny łoskot ich skrzydeł, który jednak umilkł wkrótce. Jakby jednomyślnie, w linii pionowéj, opadły one na syryjsko-żydowską dzielnicę i pośród płaskich domów jéj — zniknęły.
Nad Janikulskiém wzgórzem błysnęło... Wnet potém na wybrzeżu wybuchnął olbrzymi krzyk:
— Za Tybr! za Tybr! za Tybr!
Po chwili, z pod łuku Germanikusa wypływało morze ludzi zdyszanych, giestykulujących, potem oblanych i, pokrywając most, grzmiało:
— Za Tybr! za Tybr!

Jednocześnie, naprzeciw mostu rozwarły się na oścież drzwi wielkiéj oberży i buchnęło z nich na zewnątrz jaskrawe światło palących się w jéj wnętrzu pochodni. W świetle tém, banda syryjskich tragarzy, lektykarzy i łotrzyków wirowała i szumiała, nakształt roju pszczół, aż także, niby na spotkanie tłumu przebywającego most, puściła się w pochód. Pijani i rozhukani, ogromny Balas w zielonym wieńcu i wpółnaga Chromia z rozwianemi włosy, szli przodem. On do Satyra, ona do Bachantki podobna, trzymali się za ręce, tańcząc w takt muzyki syryjskich flecistek, które, w kraciastych
NA JEDNYM SZCZEGÓLNIEJ Z RYNKÓW TOCZYŁY SIĘ NAJZACIĘTSZE NAPADY I WALKI.
sukniach i z błyszczącemi tyarami na głowach, wydymając policzki, dmuchały we flety, albo, podnosząc nagie ramiona, klekotały metalowemi sistrami (rodzaj kastanietów). Silas, w czerwonawéj bluzie, dokoła flecistek tańczący, podobnym był z dala do rudego kozła; bezzębna Charopia, z chustą opadłą na plecy a siwemi włosami na wyżółkłéj twarzy, skakała także, z czerwonéj czary rozlewając wino. Za nimi cisnęło się mnóztwo rozhukanych postaci: ręce klaskały, głowy, w zwiędłą zieleń przybrane, kołysały się w pijanym szale. Taberna meritoria wyrzucała na świat napełniającą ją zwykle pianę. Tu już nie lękano się burzy, ani myślano o bogach; czułych nawoływań rodzinnych, ani nawet przesądnych modlitw, nie było na ustach żadnych.

Tłum, zbiegający z mostu, i zgraja, wybuchająca z oberży, spotkały się i zmieszały z sobą. Wściekłe krzyki zjednoczyły się z rykami śmiechów i przeszywającemi tonami fletów. Dzielnicę, mrowiącą się u stóp Janikulskiego wzgórza, pokryły naraz dwie ludności: jedna ruchomą i burzącą lawą opłynęła uliczki i rynki; druga, z jękami kobiet, płaczem dzieci i ramionami wyciągającemi się ku niebu, okryła płaskie dachy.
Co tam działo się, w téj nawałnicy ludzkiéj? Czy i jak bronili się napastowani? Z czyich piersi wybuchały jęki te przeszywające, przekleństwa straszne, śmiechy, zmieszane z łkaniami, które tam utworzyły zgiełk wielojęzykowy, zagłuszający szum wichru i rzeki? Co oznaczały, wpadające w zgiełk ten, stuki, brzęki, trzaski? Jakie hasła roznosiły przenikliwe tony fletów, które od chwili do chwili, jak strzały świszczące, zgiełk przeszywały? Wszystko to tajemnicą nieprzeniknioną pokrywał niezmierny, na ciasnych przestrzeniach wirujący odmęt ciał i głosów ludzkich, i zmrok coraz gęstszy, zaciągany nad światem przez dwie olbrzymie, czarne skorupy chmur.
Na jednym szczególniéj z rynków, tym właśnie, gdzie stały domy Sary i Goryasza, toczyły się najzaciętsze napady i walki. Sylwiusz z haftarzami i Wentury z perfumiarzami swymi, czynili zadość nakipiałym w nich oddawna gniewom i zawiściom; we wnętrzach domów rozlegały się trzaski łamanych skrzyń i brzęki rozbijanych naczyń. Z jednéj strony, szmaty materyi, ciężkich od okrywających je haftów, spadały na głowy i oplątywały stopy ludzi; z innéj, rozlane wonności napełniały powietrze zaduchem ostrym i odurzającym. Pedanus i Pudens, z gromadą ludzi różnego stanu, szukali tam także człowieka, nad którym pomścić się rozkazywały im cienie zabitego na wojnie Pryskusa. Gromada Syryjczyków, od bandy swéj oderwana, ciągnęła ku poblizkiéj oberży krzyczącą i wydzierającą się im Miryam, najmłodszą córkę Sary. Za nimi, przysadzista i otyła Sara, zapominając o pustoszoném domowstwie swém, jak ciężki ptak z rozpostartemi skrzydłami, leciała, krzycząc. Kilku młodych ludzi, pośród których rzymskim ubiorem swym wyróżniał się Justus, walczyło przed domem Goryasza. Jeden z nich upadł; porwał go i w ramionach, rozszalały rozpaczą, unosił Goryasz, ten łagodny Hillelista, który teraz, z oczyma, świecącemi jak u wilka, krzyczał:
— Przebacz, Symeonie! przebaczcie mędrcy w Jabue, żem wam zaprzeczał! Zemsty! zemsty!
W tém, w miejscu jedném, dał się uczuć ruch taki, jakby świeżo przybyła gromada ludzi rozepchnąć tłum i drogę sobie pośród niego torować usiłowała. Przybysze ci przedzierali się wyraźnie ku domom, dokoła których najzażarciéj krzyczeli i uwijali się haftarze i perfumiarze. Głosy jakieś poważne, dźwięczące mową wytworną, wyróżniać się zaczęły z pomiędzy grubijańskiéj i wielojęzycznéj wrzawy. Wyraźném stawało się, że wszczynał się tam spór, a raczéj zawiązywała się rozmowa jakaś dziwna, co chwila urywana, któréj początek niewiedziéć jak i gdzie się zawiązał, w któréj, z jednéj strony, czuć było wielkie wysilenie głosów, rozkazujących coś, proszących o coś, twierdzących o czémś, z innéj — rozlegać się poczęły grube żarty i śmiechy. Haftarze przecież i perfumiarze zaczynali już uspakajać się nieco. Przeciwległa strona rynku kipiała wrzawą wielką, lecz tu podobném już stało się dosłyszéć głos donośny, spokojny, lecz w spokoju swym nakazujący, który kędyś, w głębi tłumu, przemawiał:
— Spór macie z mieszkańcami domów tych. Dobrze. Ale dwa są sposoby roztrzygania sporów: jeden przez rozum, drugi przez siłę... Piérwszy ludzkim jest, drugi źwierzęcym... Jesteście stadem bydląt?
Kilka głosów zaśmiało się chórem. Jeden z nich, podobny do głosu Pedanusa, zawołał:
— I tu także wleźć musiałeś, filozofie!... Skorzystasz tyle, ileś skorzystał, kiedyś naprzeciw wojsk Witeliusa, Rzym oblegających, wyszedł i paplał im, że wojna zbrodnią jest a pokój — rozkoszą...
— Mówiłem im i wam mówię teraz, — ciągnął w tłumie spokojny, lecz nakazujący głos; — mówiłem im i wam mówię: precz z gniewem! Nic on sprawiedliwego nie zrządzi, a niéma dobra, jeno to, co sprawiedliwe...
W téj chwili, szeroką piersią, jak taranem, drogę sobie otwierając, człowiek, który wszczął dziwną tę sprzeczkę, wybił się z pomiędzy tłumu i u drzwi domu Sary na wyniesieniu jakiémś stanął. Na kruchém i pod stopami jego trzeszczącém, bo z rozbitych skrzyń i sprzętów złożoném, wyniesieniu tém, postać jego zarysowała się wysoka, barczysta, w fałdzisty płaszcz owinięta, lecz rysów rozpoznać w zmroku nie było można. Znali go jednak i poznali tu wszyscy. Z wnętrza domu, przez okno, z którego szybę z pęcherza wyrzucono, wychylił się Sylwiusz, tak zmęczony, że togę swą zdjąć musiał, spocony, zziajany, wściekły na tego, który mu w drogę właził.
— Niech cię Hades pochłonie, papugo Minerwy! — krzyknął; — pocoś tu przyszedł, aby klekotać nam nad głowami swoje wieczne: Niéma dobra, jeno to, niéma zła, jeno tamto...
Ale inni w weselsze, niż Sylwiusz, usposobienie wpadli.
— Spać idź, Muzoniuszu! dobréj nocy ci, małpo bogów!
On, nie na ludzi, lecz w daleką, burzliwą przestrzeń patrząc, mówił:
— Społeczność ludzka trwa tylko przez sprawiedliwość, zginęła-by, jeżeli-by jéj członkowie nastawali wzajem na życie swe i zdrowie...
Otaczający zaczynali bawić się na dobre.
— Słuchajmy go! — wołano, — niech papla...
Wentury cienkim swym głosem prawił:
— W głowach własnych dosyć mądrości mamy. Co nam przyjdzie z przywidzeń chorego twego mózgu?
Członek szewckiego collegium, wypadkiem pomiędzy haftarzy zaplątany, przybliżył się do filozofa i, ręce za plecy zakładając, a wzrok ku twarzy jego podnosząc, z dumą zadowolonego z siebie szewca przemówił:
— Dlaczego, Muzoninszu, taki blady jesteś i pomarszczony? Widać po tobie, że fortuna wyciąć ci musiała nie jeden tęgi policzek. Nacóż więc przydały ci się uczone twe wywody?
— Przydały mu się one na to, — odpowiedział ktoś inny — aby ujmował się za cudzoziemcami, obrzydłymi Cezarowi i bogom...
Muzoniusz odpowiedział:
— Nie rozumiecie mię i drwicie ze mnie, ja jednak mówić nie przestanę.
Podniósł głos:
— Jaką jest natura człowieka? Czy każe mu ona dobrze czynić, a gdy nic już innego nie może, dobrze życzyć...
Z tłumu, wybuchającego śmiechem, młody człowiek ze wschodniemi rysy, a w rzymskiém ubraniu, donośnie zawołał:
— Nie taką jest, Muzoniuszu, natura ludzka, nie taką jest ona, jak mniemasz, i w tém omyłka twoja! Mędrca z tłuszczą dzielą przepaści, których nie zapełnią wieki!
Muzoniusz, usiłując wzrokiem przebić zmrok i tłum, odpowiedział:
— Usłyszałem duszę, która myśli! Kimkolwiek jesteś, wiész, że stoik nie cofa się przed pośmiewiskiem tłuszczy, ani groźbami możnych. Nie rozkazuję mieczem i nie bałamucę cudami. Dziś więc nie zrządzę nic. Ale przyszłość — moja. Przy zasadach stoję.
— Stój sobie, stój! — wołano; — nie ujmie nam to z garnka ani jednego ziarnka fasoli. Sam sobie wrogiem jesteś, bo słychać jakoś, że lada dzień Cezar z Rzymu cię wygna. A może zarzucą ci sznur na szyję i do więzienia pociągną... Cóż ci pomogą wtedy twoje zasady?
Pedanus wystąpił z tłumu. Z rubasznym więcéj, niż złośliwym, śmiechem na twarzy, olbrzymie pięści swe ukazywał.
— Kto z nas silniejszy, filozofie! kto z nas silniejszy? Mądrym jesteś, a ja cię przecież jednym pstryczkiem z nóg zwalę. Nie potrzebuję mądrości twojéj, wolę swoję siłę.
Trefniś jakiś zawołał:
— Filozofie! kto z nas więcéj śmiał się w życiu? ty, czy ja?
Szewc podjął:
— Kto dłużéj żyć będzie: szewc, czy filozof?
Gruby pasożyt, z trudnością wyciskając się z tłumu, śmiał się:
— Czyj brzuch pełniejszy, Muzoniuszu? mój, czy twój?
Mnóztwo ludzi z konwulsyi gniewu i strachu wpadło w konwulsye śmiechu. Gniewu, ani chęci walczenia z nim stoik w nich nie budził. Poprostu, wyśmiewali go. Gruby śmiech ten huczał pośród płaczów, jęków, łajań i przekleństw, rozlegających się dokoła. Blizko kędyś, w uliczce, wypływającéj z rynku, ozwało się urywanemi tony parę fletów i zapalczywy głos jakiś krzyknął:
— Pedanusie! Pedanusie! śpieszcie! Syryjczycy znaleźli człowieka, którego szukacie! Oto prowadzą go i z nim razem czeczotkę jakąś!
W téj saméj przecież chwili, z oddalonym a nieustannym hukiem grzmotu zmieszał się turkot kół i tentent koni, a most, łączący Awentyn z Zatybrzem, rozbłysnął pochodniami, w których czerwoném świetle biegł raczéj, niż szedł, długi orszak ludzi. Ktoś możny i licznym pocztem otoczony śpiesznie przybywał. Kto? poco?
— Liktorowie! na Herkulesa! Są to liktorowie! poprzedzają bogaty wóz jakiś! Konie jak orły! Patrycyusz jakiś na wozie stoi... drugi wodze trzyma! Usuwajcie się! zmykajcie! z drogi! z drogi!
Sznur biało ubranych liktorów, z toporami w rękach, biegnąc, rozpędzał tłum i torował drogę dwukonnemu wozowi, otoczonemu mnóztwem pieszych ludzi, z których ilość pewna niosła palące się pochodnie. Szybkim pędem przebywszy most, na rynku, napełnionym ludzką ciżbą, orszak ten zwolnił kroku. Na wozie stali istotnie dwaj ludzie: jeden rosły i silny, wspaniałą togą białą, złotemi palmami usianą, opłynięty, dłoń wspierał na berle ze srebrnym orłem; drugi, młody i wysmukły, ze srebrną opaską na kruczych włosach, w białych rękach trzymał szkarłatne wodze. Do poręczy woza uczepione, u boku pięknego woźnicy, w postawie ptaka zrywającego się do lotu, siedziało śliczne chłopię, z greckim profilem i długiemi włosami, rozsypanemi po ametystowym chitonie.
— Pretor! pretor! — zaszumiał tłum i nagle umilkł. Nie powitali go urągowiskiem, jak Muzoniusza. W świetle pochodni wóz jego błyszczał bogactwem ozdób, hiszpańskie konie postępowały dumnie, a wodze ich trzymał malarz słynny... Władzy, bogactwu i sławie któż mógł urągać? Nie ci zapewne, do których teraz przemawiał Helwidyusz.
Kto wié, czy nie dlatego przeważnie przybywał on tutaj, aby po raz ostatni przemówić do rzymskiego ludu. Wkrótce zapewne usta jego zamkną się na wieki. Teraz więc serce jego wybuchało... Wybuchało ono grozą, oburzeniem i niezmierzonym żalem. Śniada i śmiała twarz jego w czerwoném świetle pochodni gorzała; z pod czarnych ściągniętych brwi, oczy ciskały błyskawice bólu. Nie był to tak, jak Muzoniusz, człowiek samotnych i głębokich dumań, ale mąż czynu i boju. Głos jego, tłumiony z razu przez głuche łoskoty grzmotów, ale potężny i do szerokich przestrzeni przywykły, rozlegał się po rynku. Słowa jego padały na głowy ludzkie z siłą ciskanych kamieni. Mężem stanu był i patryotą. Ludowi, który oniemiał i znieruchomiał, przypominał wielką i wolną przeszłość jego. Z przeszywającém szyderstwem zapytywał go: czy nic już więcéj do czynienia nie ma, prócz opychania brzuchów swych, upajania się trunkiem, drżenia przed bezmyślnemi baśniami i napastowania bezbronnych?
Przez chwilę głos jego pochłonęły znowu szumy wiatru, ogrodów i rzeki, aż znowu wybił się się on z nich piorunujący:
— Za forum — cyrk, za trybunów — histryonów wam dano, z miejsca obrad i wyborów zrobiono miejsce igrzysk, rynek obywatelski zmieniono w rynek świni. „Chleba i igrzysk!“ wołacie i psiemi języki liżecie rękę, sypiącą na was jedyne te dobra, których pragnąć umieją ciemne wasze głowy! Krwi jeszcze pragniecie, choćby niewinnéj, a łaskę waszę posiadają ci właśnie, którzy z was czynią bezmyślną i okrutną trzodę...
W tłumie rozległy się sarkania:
— Obelgi ciskasz! obelgi na biedny lud ciskasz, dumny patrycyuszu!
— Patrz, patrz! — wołał Sylwiusz — abyś ze słów swych dla szyi swéj nie kuł topora...
Niezmąconém spojrzeniem objął Helwidyusz morze głów ludzkich, wóz jego otaczające, i bólem wielkim drgnęły śmiałe usta jego.
— Nie możnym i wielkim urodziłem się — odpowiedział — ale wielce wam blizkim, synem setnika... Nie urodzeniem tedy dumnym, lecz prawością. Nie obelgi rzucam, ale ostatnie wezwania... Kto mi groził toporem?... Wiem, wiem o nim, Rzymianie! Nie straciłem rozumu i wiem, co czynię. Liktorowie moi i wezwana przeze mnie straż miejska rozpędzi was ztąd do domów, jak pijaną i bezmyślną zgraję... Nie przerobię was przecie i wcześnie umrę, ale w dziejach ojczyzny zapiszą jedno jeszcze imię, nieskalane służalczością względem purpury, ani względem błota!
Tu jedna z uliczek, wypływających z rynku, buchnęła muzyką i śmiechami, dziko mieszającemi się z przeraźliwym kobiecym krzykiem. Na odgłos krzyku tego, w dłoniach Artemidora zadrżały wodze. Rzucił je w ręce Heliasa, zeskoczył z woza i zbladłą twarz do pretora zwrócił.
— Pozwól mi, panie, wraz z liktorami twymi tam pośpieszyć... Głos ten poznałem... O, mściwi bogowie!
Nie skończył jeszcze, gdy na rynek wpadły: Chromia, Charopia, kilka innych podobnych im kobiet i dwie flecistki, z wydętemi policzkami dmące w swe flety. Rozczochrana i rozogniona banda ta, do chóru furyi czy jędz podobna, ciągnęła za ramiona i podartą odzież szczupłą i wyrywającą się im dziewczynę. Na widok zbliżających się liktorów pierzchnęły. Dziewczyna w podartéj odzieży, z rozpostartemi ramiony i nieprzytomnym wzrokiem, przypadła do wozu Pretora i, na klęczki padając, czołem uderzyła o rzeźbioną oś jego koła.
— Przyjaciele! — do orszaku swego zawołał Helwidyusz — niech kilku z was do domu mego uprowadzi dzieweczkę! Zemdlała, powiadacie? Wnieś ją więc na wóz mój, Artemidorze.
Omdlewającą objęły giętkie ramiona, a nad uchem jéj schylone usta namiętnie szepnęły:
— Kochanko moja!
Otworzyła osłupiałe oczy, i gdy poznała chylącą się nad sobą twarz malarza, uśmiech niewymownego szczęścia przewinął się po zbielałych jéj ustach. A w téj chwili, przed wozem Pretora zjawiła się postać inna. Wyciskającą się z uliczki ciżbę ludzką, z Syryjczyków, setników i żołnierzy złożoną, wyprzedzał żyd stary, bosy, w podartéj sukni, z turbanem zsuwającym się na plecy i odkrywającym siwe, rozczochrane włosy. Biegł zdyszany, wołając:
— Tam przyjechał pan możny... sam Pretor... on sprawiedliwość uczyni... On wam powié, że kłamiecie, jak psy... że to nie on, ale ja... ja... Menochim...
Zatrzymał się przed stojącym na wozie Pretorem i schylił się ukłonem prędkim, a tak giętkim i nizkim, że czołem prawie ziemi dotknął. Wyprostował się również prędko, i śpiesznie, zanosząc się, z językiem plączącym się w ustach, mówić zaczął:
— Nie wierz im, najdostojniejszy! zlituj się i nie wierz im, o możny! Łgą oni! On nic nie winien. On nigdzie nie był i nic wam złego nie robił... w domu zawsze siedział i tkał sobie! On tkacz... spokojny taki.. Jagnię od niego łagodniejszém nie jest. Gdzie jemu do wojowania i podnoszenia buntów i do bluźnienia w amfiteatrze wielkości waszéj i cesarzy waszych... On-by nawet nie potrafił tego... taki łagodny... I rozumu na to potrzeba, a on głupi sobie... Zwyczajnie tkacz prosty... cha, cha, cha, cha!..
Śmiał się, śmiał się. Bose nogi jego dreptały po piasku, całe ciało wyłamywało się w dziwne sposoby, a z oczu, obłąkanych rozpaczą, strumieniem lały się łzy. Przyskoczył do woza, wspiął się na palce i usiłował do ust swych ponieść skraj togi Pretora.
— Powiem ci prawdę, najdostojniejszy — mówił — błagam cię, abyś mi wierzył. Wielki! miéj litość i uwierz w to, co ci powiem... On, to jest syn mój... to jest ten Jonatan, którego Syryjczycy z domu wyciągnęli, a setnicy przed oblicze twoje wiodą, nigdzie nie był i nic nie robił... To jest wielka omyłka... Za mnie go wzięto... Ja to chodziłem do Judei na wojnę przeciw wam... ja biłem się z wami u boku Jana z Giszali... ja w Egipcie bunt podniosłem, ja w amfiteatrze... Wszystko ja... ja... Menochim! A on nic! do niego to czysta przyczepka! Błagam cię, potężny, abyś wierzył... Ale jakże tu nie wierzyć, kiedy to czysta prawda... Rozkaż liktorom, aby mię skrępowali, a setnikom, aby puścili jego... Więźniem swym uczyń mię, zamiast niego, a jak pies u stóp twych czołgać się będę, dopóki nie skonam... Dlaczegoż nie rozkazujesz liktorom wiązać mnie? Wrogiem waszym całe życie byłem... Ach! ile ja tam w Judei żołnierzy waszych pozabijałem!.. jak ja w amfiteatrze głośno krzyczałem! A wy myślicie, że to on... ten niewinny... co zawsze w domu siedział i tkał sobie... cha, cha, cha, cha! Dlaczegoż, najpotężniejszy, nie rozkazujesz jeszcze wiązać mnie? Nie wierzysz mi? Liktorowie! wiążcie mię! litości! litości! wiążcie mię, liktorowie!
Bose stopy jego dreptały wciąż i podskakiwały; biegał od jednéj osi woza do drugiéj; złożone, gotowe niby do sznurów, ręce ku liktorom wyciągał. Podarta suknia obnażyła mu w kilku miejscach chude ramiona, światła pochodni migotały po twarzy jego, zmiętéj i zalanéj brylantową rosą. Nagle umilkł i, z oschłemi, osłupiałemi oczyma, trzęsąc się jak w febrze, u jednego z kół wozu na ziemi przysiadł. Przed wozem, Pedanus i Pudens, za oba ramiona trzymając, postawili Jonatana. Przytém mówili, gdzie widywali go i co uczynił. Z za potężnych ich pleców co chwila wyskakiwał Silas, wołając, że on-to go wynalazł i władzom rzymskim teraz wydaje. Wtórował mu grubym głosem Babas, i Chromia, przyskoczywszy, z żywą gestykulacyą ramion, srebrnemi obręczami świecących, potwierdzała słowa przyjaciół swoich.
— Liktorowie! — Na Syryjczyków wskazując, zawołał Pretor, — rozpędźcie mi te gady! Wy, setnicy, pozostańcie...
A do Jonatana krótko i ciszéj, niż mawiał zwykle, rzekł:
— Mów, Judejczyku!
Nigdy przedtém niewidywany u niego spokój oblewał postawę i twarz Jonatana. Jak nie wyrywał się przedtém z dłoni setników, tak teraz, z podniesioną nieco głową, oko w oko na Pretora patrzał. Na mgnienie oka w kruczym zaroście jego błysnęły białe zęby, co rzuciło mu na twarz wyraz dzikiéj nienawiści, lecz wnet potém spokojnym głosem zaczął:
— Starzec ten kłamał przed tobą, Pretorze, bo kocha mię bardzo. Wszystko zaś, co setnicy mówią ci o mnie, prawdą jest. Imię moje — Jonatan. Walczyłem z wami na wojnie; lżyłem was w amfiteatrze; nienawidzę was w sercu swojém. Gdyby mi Przedwieczny sto razy żyć pozwolił, sto razy czynił-bym tak, jako czyniłem. Oto wszystko. Każ ludziom swoim, aby prowadzili mię na śmierć.
Jakże podobnemi, jak dziwnie podobnemi z sobą były losy dwu tych ludzi: tego, który, stojąc na bogatym wozie, dłoń wspierał na berle i wyrok wydawać miał, i tego, który w podartéj odzieży, nędzny i schwytany, wyroku oczekiwał! Nie dziw téż, że Helwidyusz stał chwilę zamyślony, ze spuszczonemi powiekami i skamieniałemi rysy, i że ręka jego, na srebrnym orle wsparta, podniosłszy się zwolna, opadła na niego znowu. Do przyjaciół swych, którzy z blizka go otaczali, rzekł z cicha:

ŚWIATŁA NIEBIESKIE! CZY TAM NAD WAMI NIEMA NIKOGO, KTOBY LITOŚĆ CZUŁ NAD BIEDNĄ LUDZKOŚCIĄ?

— Starca i dzieweczkę uprowadźcie do domu mego... Niech nie widzą...
Lecz ta, którą troszczył się, szept jego dosłyszała i, wyrywając się z obejmujących ją, ukochanych ramion, ku Jonatanowi poskoczyła.
— Ja z nim! — krzyknęła.
Ogromne włosy swe, od świateł pochodni złote, obu dłońmi zgarniała z twarzy, po któréj ciekły potoki łez. Pierś i ramiona jéj z za podartéj sukni świeciły bielą marmuru. Ku ciemnéj ludności, która w zgnębionych lub błagających postawach, ze szmerem tłumionych płaczów, obsiadywała rynek i tarasy domów, ręce wyciągnęła.
— Z tobą nieszczęsny ludu mój — ja z tobą!...
Grube, rzadkie krople deszczu padać zaczęły i przyćmiewały światło pochodni. Wicher zaszumiał i kędyś, blizko już, nad Janikulskiém wzgórzem, ogłuszająco zaturkotał grzmot. Z ucichającego grzmotu wyłonił się donośny i rozkazujący, lecz na dnie piersi drżący, głos Pretora:
— Liktorowie! wiążcie człowieka tego!
Nie wymówił jeszcze słów tych, gdy Mirtala skokiem sarny rzuciła się ku pojmanemu i, szyję jego obejmując, na pierś mu upadła.
— Ja z nim! — krzyknęła znowu.
Ale tym razem poskoczyło za nią kilku ludzi i młody Rzymianin, ze srebrną opaską we włosach, już, już kibici jéj dotykał, gdy w ręku Jonatana błysnęła stal... Było to jedno mgnienie oka. Wzrok topiąc w twarzy Artemidora, Jonatan znowu w dzikim uśmiechu ukazał białe zęby i głucho wymówił:
— Jutro zamordujecie mię... nie odejdę bez niéj... Nie będziesz jéj miał, Rzymianinie!
O! dziwna genealogio szałów z nieszczęść i zbrodni z krzywd ludzkich! Miecz bohatera sprawiedliwości utonął w piersi niewinnéj, bezbronnéj dziewczyny.
W téj chwili na środku nieba, olbrzymie skorupy chmur zwarły się sobą szczelnie i uczyniły świat podobnym do ściśle zasklepionego, dusznego garnka. Płomienie pochodni, gęstym dymem otoczone, chyliły się ku ziemi; wiatr niemi miotał i przygaszały je ciężkie krople deszczu. Wzamian niebo całe zapłonęło błyskawicami. Tysiące ognistych wężów nieustannie wiło się po czarnych, wydętych chmurach, oślepiające blaski lejąc na ziemię. W blaskach tych, zatybrzański rynek przedstawiał widok tłumny, lecz cichy, jak grób. Most na Tybrze okrywała, rozkazów oczekująca, zbrojna kalwata żołnierzy. Groza, ohyda, żałość, strach, zawarły usta tłumów, które, jak mur nieruchomy, stały na rynku i klęczały na płaskich dachach. Wyosobniony nieco, na niewielkiém wyniesieniu stał Muzoniusz. Kolana jego obejmował i twarz swą w płaszczu jego ukrywał wysmukły młodzieniec w białéj tunice. Można-by rzec, że, gromem życia rażony, przypadł on do stóp

filozofii, od niéj wzywając ukojenia i mocy. Stoik, śród szalejących burz niebieskich i ziemskich sam jeden spokojny, czoło jednak miał bardzo blade i oczy pełne bezbrzeżnego smutku. Twarz i ramiona powolnym giestem wznosząc w górę, zawołał:
— Światła niebieskie! czy tam nad wami niéma nikogo, ktoby litość uczuł nad biedną ludzkością? Długoż, długoż jeszcze, obrazom takim przyświecać będziecie?
Z przeraźliwym trzaskiem grom uderzył w wody Tybru i po wzburzonych falach potężny grzmot toczył się długo...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.