Mimi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Peter Nansen
Tytuł Mimi
Pochodzenie Próba ogniowa
Data wydania 1907
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Jan Rowiński i Adam Sobieszczański
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wincenty Szatkowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Mimi.



Zadumana siedziała Mimi na małej ławeczce ogrodowej, marząc o powrocie do stolicy. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ona wpatrując się w grę kolorów świetlnych, zastanawiała się jednocześnie nad swojem młodem, a tak marnie spędzonem życiem.
Miała już lat siedemnaście, wkrótce będzie ośmnastka, a o miłości wie zaledwie tyle, że to podobno jedyne godne zatrudnienie dla szanującej się młodej damy.
Dla przechwałki opowiadała przyjaciółkom, że w tym lub owym jest zakochana; w rzeczywistości tego uczucia wcale nie znała, nie pojmowała go i sama się obmawiała. Ot, zwyczajnie, kłamała: chociaż wiedziała, że w życiu należy kroczyć drogą prawdy przedewszystkiem.
Do miłości co prawda moźeby się nagięła, gdyby tylko narzeczonego nie potrzeba było całować... Bo, czyto nie wstrętne całować usta zarośnięte wąsami, które dopiero co paliły cygaro a może nawet piwo piły?... Brr!... okropne!... Prawda, że ojca często całowała na „dzień dobry” albo „dobranoc”, ale ojciec to nie mężczyzna, ot, tylko sobie ojciec... wreszcie przy całowaniu podciąga mu zwykle wąsy w górę!...
Pojmowała, że czasem koniecznem bywa całować damy, pojmowała nawet mężczyzn którzy pragnęli jej usteczka wycałować, te usteczka tak ponętne, czerwone, wąziuteńkie... ale żeby całować... mężczyznę fe... to musi być coś tak niesmacznego, jak palenie fajki; a jakie to nieprzyjemne wie doskonale, bo nieraz próbowała zaciągnąć się z ojca fajeczki! Uf!... jakie to było obrzydliwe... jakie niesmaczne!... A przecież coś ją pociągało do fajeczki i rozstać się z nią nie mogła. Czyżby i całus podobną tajemniczą siłę posiadał?...
Dwa razy w życiu była w tem położeniu, że pewien pan prosił ją o całusa. Naturalnie, że go odpaliła!...
Trudna nawet rzecz do wiary, że ci zarozumialcy mężczyźni, są pewni, iż sprawiają kobiecie przyjemność, gdy się pozwolą wycałować!... Gdyby było inaczej, propozycji takiej by nie robili.
Jej proponował całusy dwukrotnie jeden tylko mężczyzna.
Gdy dobrze sobie uprzytomni, to był nawet jeden z tych, którego całusy w ostateczności nawet byłyby znośne.
Nazywał się Axel — dość ładne nazwisko — i był inżynierem. Egzaminy jego co prawda nie wypadły zbyt świetnie, ale przyczyną tego nie była głupota, tylko lenistwo, a to zmienia postać rzeczy.
Był wysoki, silny, pokaźny, a tańczył bajecznie. Na jego ramieniu leżało się tylko i pozwalało unosić!...
Miał ładne długie blond wąsy, krótko strzyżoną brodę i niebieskie śmiejące się oczy, które żadnej trwogi nie wzbudzały, choć nieraz na próżno trudził się przestraszyć niemi panie.
Minęło już pół roku, od czasu tej strasznej pierwszej propozycji. Było to na balu, u pułkownika Hammersteda; przy stole siedział obok niej i tak było przez cały karnawał. To podobno często się przytrafia. Bywa to zazwyczaj mężczyzna, któremu się pierwszy taniec ofiaruje, kuzyn lub przyjaciel brata — jeden z tych, co to wybornie tańczy kotyljona, o którym się wie z góry, że swój bukiecik innej damie ofiaruje, z którym się zawsze idzie w parze do stołu, wreszcie jeden z tych, do którego ma się serdeczne zaufanie.
Ostatni to był bal w sezonie, wobec czego nawet przy szampanie panował jakiś sentymentalizm, pary szeptały do siebie, że nie tak prędko się zobaczą i żałowano szczerze karnawału.
Kiedy wstała od stołu, czuła, że trochę więcej wypiła szampana niż należało. On, zawsze grzeczny i uśmiechnięty, przeprowadził ją do jednego z dalszych, pustych pokojów. Naraz, z przerażeniem spostrzegła, że trochę zanadto nad nią się pochylił i patrząc zbyt śmiało w jej oczy zapytał bezczelnie:
„Panno Mimi, czy na pożegnanie nie otrzymam od pani całusa”?
Zerwała się, oprzytomniała... i drżąc cała powiedziała stanowczo:
„O, napewno nie otrzymasz go pan!” poczem okropnie wystraszona wybiegła do drugiego pokoju!..
Co to za maniera, tak bez żadnej ceremonii coś podobnego proponować. Nie wolno przecież wymagać, od młodej osoby, żeby ni stąd ni zowąd mężczyznę całowała...
To też potem powiedziałam mu zupełnie serjo: „Gniewam się bardzo na pana”. On, bezczelny, przymrużył na to oczy i bez zarumienienia się odparł: „ Ja w to nie wierzę”! Impertynent!... powiedział to nawet tonem, dowodzącym pewności siebie!...
Zadowolona wówczas była z tego, że się nieprędko zobaczą.
Wkrótce po zajściu tem — wyjechała na wieś do przyjaciółki Idy i razem spędzały lato, zwierzając się wzajemnie ze swych uczuć i myśli. — Ida była jednak czasem tak dziwną, że trudno było ją pojąć. Na przykład pewnego razu utrzymywała, że dzieciństwem jest uznawać całusy za coś brzydkiego; przeciwnie, całus dla niej to wprost rozkoszna rzecz. Podrażniona tem nieco Mimi, zapytała czy go też Ida kiedy spróbowała? — a ta mała rozpustnica, w oczy jej się roześmiała, twierdząc, że trudno by jej nawet przyszło wszystkie ofiarowane całusy zliczyć!...
Brr!... dziwne przyjemności miewają nieraz ludzie!...
— Tu na wsi, miała dzięki Bogu, przez pewien czas spokój, który, niestety, już został zakłócony. Oto jednego dnia wpadł Axel jak bomba. Okazało się, że był serdecznym przyjacielem brata Idy.
Naturalnie, że powitała go zimno i ceremonjalnie. On na to nie zwracał uwagi, podał jej rękę, jak gdyby nic między nimi nie zaszło. Zaczął rozprawiać o pięknie spędzonych wieczorach zimowych. — Słuchała tych opowiadań z przestrachem, jak zlodowaciała!...
A przecież... i tu powtarzało się to samo, co w mieście. Nieustannie razem przebywali, razem się wybornie bawili, a wczoraj... wczoraj wieczorem nastąpiła ta straszna „druga propozycja“.
Wczoraj odbył się wielki obiad, na który zaproszono całą okolicę. Zabawa była wspaniała... Axel naturalnie prowadził ją znowu do stołu. W czasie obiadu zwracali uwagę na przybyłe damy, które były trochę za bardzo wydekoltowane. Biedaczki, sądziły w naiwności ducha, że to ich urok podnosi. Zwracali także uwagę na niezbyt gustowne suknie, przeładowane ozdobami.
Po obiedzie udali się wszyscy na taras, gdzie podano kawę, a Axel... wymknął się z nią do ogrodu. Widocznie znowu wypiła trochę za wiele szampana. Zdala od willi, w głębi alei orzechowej, zaczął znowu ją prosić o całusa.
Tym razem już się tak nie przestraszyła... miała już pewną rutynę; ale mu znowu stanowczo powiedziała: „Na nic się nie zdało prosić mnie o całusa, gdyż go panu nie dam”!
A on, impertynent, na to: „Panno Mimi, pani jest nieostrożną, niech się pani liczy ze słowami!”
Czy rzeczywiście była nieostrożną?... Co on przez to rozumiał?... Co znaczyły te słowa zagadkowe?...
Ach, jakżeby chętnie sprawdziła tę tajemnicę!...
I panna Mimi siedziała teraz w ustroniu i marzyła o tem i owem z jej młodocianego życia, które nic o miłości jeszcze nie wiedziało.
Nagle uczuła gorący oddech na swej szyi; zanim zdążyła się odwrócić ujrzała uśmiechniętą twarz Axela, tuż obok swojej twarzyczki i w chwili gdy chciała krzyknąć, zamknięto jej usta..... całusem!
Zanadto była zmieszana, aby łajać; trzęsła się cała, śmiała, płakała i trzepotała jak zmokły wróbelek.
A on... siedział zupełnie spokojnie na ławeczce obok niej, jak gdyby nic niezaszło i odezwał się wesoło:
„Panno Mimi, pani rzeczywiście byłaś wczoraj bardzo nieostrożna... Powiedziałaś wyraźnie, że na nic się niezda prosid panią o całusa...
Więc?...
Postanowiłem prośby sobie zaoszczędzić!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Wincenty Szatkowski, Peter Nansen.