Miljoner „Y“/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Miljoner „Y“
Podtytuł Powieść o dzielnym murzynku-sierocie
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1933
Druk Zakładt Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XV.
Całą parą.

Przez kilka dni jeszcze Y chodził zamyślony po Nowym Jorku, zwiedzał pewne drobne fabryki, przesiadywał w muzeum wynalazków, naradzał się ze wspólnikiem swoim Stefanem Michalczakiem i poczciwym kustoszem.

Widać, że narady te doprowadziły do należytego skutku, bo wkrótce w dzielnicy rybackiej gruchnęła wieść, że spółka „Miljon ostryg na dzień” wydzierżawiła spory teren i zaczęła wznosić nieduży, żelazo-betonowy budynek.
Ossendowski Miljoner Y p186.png

Łasi na wszelkie nowiny dziennikarze i znajomi młodocianych dyrektorów usiłowali dowiedzieć się od nich o nowych planach przedsiębiorstwa, lecz wszystkie wybiegi spaliły na panewce. Czarni chłopcy i poważny zawsze, skupiony Michalczak zachowywali tajemnicę i dawali zdawkowe odpowiedzi.
Każda jednak tajemnica z biegiem czasu zostaje wyjaśniona.
Tak się też stało w dzielnicy rybackiej.
Pewnego popołudnia na zaciekawiającym wszystkich sporym, białym budynku zjawił się szyld:

Elektryczna fabryka wyrobów z masy perłowej”.
Spółka John Y, Henryk Llo, Stefan Michalczak.

Nikt, oprócz właścicieli, nie wiedział, jak właściwie powstała ta nowa fabryka w największem mieście Stanów Zjednoczonych. Myśl ta zjawiła się i urzeczywistniła zupełnie przypadkowo.
Y chodził pogrążony w rozmyślaniach nad jakiemś nowem przedsiębiorstwem, bo czuł się już na siłach „rozpuścić skrzydła” szerzej i śmielej.
Miał już oddanych sobie przyjaciół, doświadczenie, zapał i pieniądze.
Poza tem posiadał niezastąpionego pomocnika — Michalczaka, — człowieka bardzo zdolnego, pracowitego i sumiennego.
Myślący poważnie i ściśle Y wierzył we własne siły, a przy towarzyszących mu pomyślnych okolicznościach nie wątpił o powodzeniu. Długo nie mógł jednak zatrzymać się na czemś określonem i pracować już w tym wyłącznie kierunku.
Różne myśli świtały w młodej, kędzierzawej głowie czarnoskórego młodzieńca i różne plany zaprzątały myśl jego.
Pewnego razu po kolacji kierownicy spółki omawiali w hotelu sprawy coraz bardziej rozszerzającej się otwieralni ostryg.
Llo uderzył nagle pięścią w stół i mruknął frasobliwie:
— Mam poważne kłopoty z naszym składem pustych muszel. Wywoziłem je na wskazane przez magistrat miejsce, dwa razy udało mi się wynająć za tanie pieniądze dwie łodzie rybackie, naładować je odpadkami naszego przedsiębiorstwa i wrzucić je do morza. Teraz jednak władze zakazały składania muszel na brzegu, a również zanieczyszczania morza, wydając zarządzenie, aby odpadki były odwożone daleko od brzegu i wrzucane do otwartego oceanu. Będę zmuszony wynajmować holownik z krypą,[1] a to strasznie kosztowne! Tymczasem skład mam wypchany skorupami pod sam strop, bo ilość ich zwiększa się codziennie!
Po tem to pełnem troski przemówieniu Llo powstał nagle plan, który zapoczątkował pomysłowy Michalczak i, za zgodą przyjaciół-wspólników, wykonał.
— Musimy zużytkować muszle jako materjał surowy do wyrobu jakichś potrzebnych przedmiotów... — oznajmił mechanik. — Myślałem już o tem nieraz i chcę wam zaproponować założenie fabryki guzików, spinek, sprzączek do pasków, klamerek do podwiązek i szelek, taniej biżuterji dla pań...
— O! — zawołał Y. — A jak się to przedstawia w cyfrach? Czy posiadamy dostateczny kapitał, mister Stefan?
— Przedstawię wam ścisłe obliczenie w ciągu tygodnia — odparł mechanik...
W ten sposób powstała fabryka wyrobów z masy perłowej.
W nowym gmachu, zastawionym małemi tokarkami, pracowali robotnicy w okularach, chroniących oczy przed ostremi odłamkami i pyłkiem muszel.
Na najwyższem piętrze mieściła się szlifiernia i mały zakład jubilerski, gdzie pracowały przeważnie kobiety; tu z wytoczonych i wypolerowanych płytek masy wyrabiano taniutkie bransoletki, kolje, cygarnice, zapalniczki, torebki, piękne szkatułki, sztuczne kwiaty i inne drobiazgi.
Y, posiadający zmysł praktyczny, objeżdżał Nowy Jork i nawiązywał stosunki handlowe.
Udało mu się otrzymać duże zamówienie na piękne, ozdobne pudełka do łakoci i owoców w kilku największych cukierniach; na wąskie, długie szkatułki do fabryk rękawiczek; słynne zaś sklepy Woolworth, sprzedające wszystkie przedmioty po 10 lub 20 centów, zaproponowały mu stałą dostawę wyrobów nowej fabryki.
Spółka miała szczęście.
Od pierwszego niemal dnia cała produkcja jej znalazła odbiorców.
Llo nietylko nie miał kłopotu z odpadkami „mechanicznej otwieralni ostryg”, lecz zmuszony był oznajmić w dzielnicy, że nabywa puste muszle.
Fabryka wymagała kilku nowych zaufanych pomocników, bez których Y, Llo i Michalczak nie mogliby już dać sobie rady.
Y zaprosił na stałą posadę Willy, syna Czarnego Bim’a, a starych wypróbowanych przyjaciół, których niegdyś zwyciężył na konkursie otwieraczy ostryg — Jednookiego Flaska, Czerwonego Pedra i czterech innych przeniósł z otwieralni do nowego przedsiębiorstwa, zapewniając im udział w zarobkach fabryki.
Najwięcej pracy w nowych warsztatach miał dyrektor techniczny, jakim pozostawał zdolny i energiczny Michalczak.
Obowiązki jego stawały się z dniem każdym liczniejsze i trudniejsze, więc też sprowadził sobie do pomocy jeszcze dwóch innych Polaków — elektrotechnika i mechanika maszynowego.
Po dwu latach pracy fabryka posiadała już własne dynamomaszyny[2] i nadbudowała trzy piętra, pracując forsownie i zdobywając coraz to nowe rynki.
Czarni chłopcy mieli teraz dość czasu, aby się oddać nauce, to też ukończyli szkołę i, posiadając dyplomy, zaczęli uczęszczać na wyższe kursy handlowe.
Pewnego razu przyszła do nich pani Red.
Miała zapłakaną twarz i drżące usta.
Ze szlochem opowiedziała im, że poczciwy szyper Thomas Red zginął bez wieści. Dowiedziała się o nim tylko tyle, że na Atlantyku szalała przed miesiącem burza, po której parowce spotkały pływające resztki dwu żaglowych okrętów. Na jakiejś wyłowionej belce widniał napis „Daddy Ralph”. Nie miała wątpliwości, że straszliwy orkan strzaskał i zatopił żaglowiec jej męża i że szyper wraz z całą załogą zginął w otchłani oceanu.
Skończywszy opowiadanie swoje, płakała długo i rozpaczliwie, a gdy uspokoiła się trochę, szepnęła:
— Pozostaliśmy w nędzy — ja, córka moja Edyta i syn Robert, który nie ma już środków na zdobycie dyplomu inżyniera-chemika! Przyszłam prosić pana, dobry mister Y, o pracę dla nas wszystkich... Może, przez pamięć o biednym moim mężu...
Y podszedł do płaczącej kobiety, ujął ją za rękę i rzekł cichym, wzruszonym głosem:
— Droga pani Red! Gdyby nie szlachetny, poczciwy mister Thomas Red, obaj z Llo zginęlibyśmy prawdopodobnie... Mógł on wszakże wyrzucić nas za burtę, gdyśmy płynęli na gapę na jego „Daddy Ralph’ie” i zostawić nas bez pomocy w nowo-jorskim porcie. On to uczynił nas takimi, jakimi staliśmy się w Stanach Zjednoczonych... Nigdy nie zagaśnie w naszych sercach wdzięczność dla Thomasa Red’a, a pamięć o nim przechowamy do śmierci!
Umilknął i zaczął chodzić po pokoju, namyślając się i, jak zwykle, marszcząc czoło.
Chłopcy mieli mieszkanie w gmachu fabrycznym i dochodził tu częstotliwy warkot z tokarni, zgrzyt szlifierek i urwane sapanie motoru.
Y stanął wreszcie przed panią Red i rzekł:
— My nie możemy pozwolić, aby pani zmuszona była ciężko pracować! Wiem, że panna Edyta jest wykwalifikowaną buchalterką...
— Tak! — zawołała pani Red. — Ukończyła szkołę w zeszłym roku z odznaczeniem!
— Panna Edyta Red od jutra otrzyma posadę w biurze naszych przedsiębiorstw — powiedział Y, patrząc na towarzysza pytającym wzrokiem.
Yes, indeed![3] — potwierdził Llo. — Brakuje nam poważnej siły fachowej w biurze.
Y skinął głową i ciągnął dalej:
— Mister Robert zostanie zaangażowany przez spółkę naszą jako inżynier, lecz musi przedtem zdobyć dyplom. Potrzebujemy dyplomowanego, amerykańskiego inżyniera.
— Nie mamy pieniędzy... — westchnęła pani Red.
— Słyszałem już o tem od pani — odparł Y. — W tym celu będziemy wypłacali panu Robertowi stypendjum, które odrobi zczasem, pracując w naszych warsztatach. Chyba to już wszystko, pani Red?
— O, tak! Dziękuję panom, kochani, poczciwi, szlachetni panowie Y i Llo! — zawołała pani Red, a łzy znowu popłynęły z jej oczu.
— Proszę się uspokoić, droga pani, i nie dziękować nam! — mówił Y. — Ja i Llo dobrze wiemy, że na świecie niema takiego nieszczęścia, któregoby nie można było usunąć lub złagodzić wspólnemi siłami przyjaznych, oddanych i ufających sobie wzajemnie ludzi! Pan Thomas Red zaufał nam, my — zato ufamy jego rodzinie... To takie proste i naturalne!
Yes, indeed! — powtórzył drżącym głosem Llo, bo mu się też zbierało na płacz.
Ażeby nie zdradzić swego wzruszenia, wstał i szybko opuścił pokój.
Y pomógł pani Red ubrać się i pod ramię sprowadził wzruszoną kobietę ze schodów.
Powróciwszy do domu, zawołał Llo i zaproponował:
— Wstąpmy do kościoła... Chcę pomodlić się za dusze naszych przyjaciół: dobrego szypra, bosmana, Johna Fowlers, starego, poczciwego Webbley’a i tych wszystkich, którzy, gdyśmy, uciekłszy z więzienia, płynęli na pokładzie „Daddy Ralph’a”, polubili nas...
— Myślałem już o tem, rru — odpowiedział Llo, biorąc kapelusz. — Chodźmy!
W skupieniu wyszli na ulicę.


Przypisy

  1. Duża „berlinka“ — drewniany statek do ładowania towarów, ciągniony przez parowy holownik.
  2. Maszyna, wytwarzająca prąd elektryczny.
  3. Tak! Niezawodnie! (ang. wyrazy). Czytaj: Jes, yndid.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.